p

Too Far. Czarna lilia. Tom 2 - Sylvia Day

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

1

Lily

Zabi­łam wszyst­kich i wszystko, na czym mi kie­dy­kol­wiek zale­żało, aby chro­nić moją obse­sję na twoim punk­cie, Kane. Mimo to patrze­nie, jak wycho­dzisz - nawet w zwy­kły dzień pracy, taki jak dzi­siaj - jest trud­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek.

Wahasz się. Tak jak­byś czy­tał mi w myślach i czuł to, co ja.

- Nie chcę cię zosta­wiać - mówisz, kiedy docho­dzimy do drzwi.

Twoja torba czeka na ele­ganc­kiej kon­soli z afry­kań­skiego drewna w małym holu wej­ścio­wym. Dwaj ochro­nia­rze stoją na straży w przed­sionku windy po dru­giej stro­nie podwój­nych drzwi. Wziąw­szy pod uwagę poziom bez­pie­czeń­stwa, byłoby pra­wie nie­moż­liwe, aby intruz dotarł do apar­ta­mentu.

Znam prawdę - nie tyle zabra­niasz innym wejść, co zamy­kasz mnie w środku.

- Czy nie mówi się, że roz­łąka spra­wia, że kochamy moc­niej? - Uśmie­cham się, mimo że zachłan­ność na cie­bie ści­ska mnie za gar­dło.

- Mia­łem już dosyć roz­łąki - oznaj­miasz, a mię­śnie szczęki masz napięte. W two­ich ciem­nych oczach widać błysk gniewu, a wście­kłość jest nie­mal nama­cal­nym żarem. Blo­ku­jesz ją przez więk­szość czasu, ale wiem, że tam jest. Nato­miast nie wiem, czy to nasza roz­łąka cię roz­wście­cza, czy mój powrót.

Żyli­śmy z dala od sie­bie przez kilka lat, czyli dłu­żej niż byli­śmy razem, i może ni­gdy mi tego nie wyba­czysz. Ale tym, za co powi­nie­neś mnie nie­na­wi­dzić, jest przede wszyst­kim spo­tka­nie mnie.

Moje pra­gnie­nie cie­bie było zbyt silne, a jestem samo­lubną kobietą.

- Gdy­bym kochał cię bar­dziej, Seta­reh - szep­czesz, gorą­cym spoj­rze­niem wpa­tru­jąc się w moją twarz - udu­si­ła­byś się.

Nie sądzę, żebyś wie­dział, jak bar­dzo praw­dziwe jest to stwier­dze­nie. Twój zapał i ambi­cja, cha­ry­zma i inte­li­gen­cja... Pło­niesz. Ten wewnętrzny ogień przy­pa­lił moją duszę i pło­mie­nie wspól­nie pochło­nęły wszyst­kich wokół nas.

Pod­cho­dzę bli­żej i przy­wie­ram do cie­bie, obej­mu­jąc ramio­nami twoją szczu­płą talię. Ciało masz twarde i cie­płe. Zawsze byłeś ogniem dla mojego lodu i roz­ta­pia­łam się w tobie, moje deli­katne kształty dopa­so­wy­wały się do two­ich sztyw­nych płasz­czyzn. Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem obej­mu­jesz mnie, pochy­la­jąc się opie­kuń­czo. Jestem bez­pieczna w two­ich ramio­nach. Ale ty w moich ni­gdy nie byłeś bez­pieczny.

- Będę tu na cie­bie cze­kać - obie­cuję, bo wiem, że musisz to usły­szeć. Jesteś na tyle mądry, żeby nie wie­rzyć we wszystko, co mówię, jeśli w ogóle wie­rzysz w cokol­wiek. Mimo to wiesz, że kocham cię nie­przy­tom­nie. Tylko to nas łączy i tylko tego naprawdę potrze­bu­jemy.

W odle­głym zakątku umy­słu wyobra­żam sobie inną scenę. Sto­imy przy drzwiach wej­ścio­wych, aby ruszyć szybko w różne miej­sca, zaczy­na­jąc dzień. Nasze usta spo­ty­kają się w pośpie­chu, rado­śnie roze­śmiane, bo świat należy do nas i nie mamy się czego bać. Jeste­śmy sza­leń­czo zako­chani, bez żad­nego z tych nie­po­ko­jów. Nie ma obawy, że to roz­sta­nie będzie osta­teczne.

Przy­ci­skasz wargi do czubka mojej głowy.

- Mam nadzieję, że pla­nu­jesz nasz mie­siąc mio­dowy. Gdy tylko ECRA+ wystar­tuje, ucie­kamy stąd.

- Co powiesz na śnieg? - pro­po­nuję. - Kopy śniegu. Odle­gła chata, w pro­mie­niu wielu kilo­me­trów nie ma nic. Doje­chać i wyje­chać można tylko płu­giem śnież­nym. Ogromny komi­nek, a przed nim sterta futer. I paru­jąca wanna z hydro­ma­sa­żem na tara­sie.

- Dosko­nale. - Odsu­wasz się i cału­jesz mnie w koniu­szek nosa. - Będę cię ogrze­wał.

Nie ma co do tego wąt­pli­wo­ści. Pra­gniesz mnie pra­wie tak samo inten­syw­nie jak ja cie­bie.

Odchy­lam głowę do tyłu i przy­glą­dam się two­jej twa­rzy. To boskie, jaki jesteś wspa­niały. Kwa­dra­towa szczęka, wąski grzbiet nosa i kości policz­kowe tak wyso­kie, że widać pod nimi zagłę­bie­nia. To twarz, która spra­wia, że anioły śpie­wają, o ustach tak peł­nych i zmy­sło­wych, że kuszą kobietę do grze­chu. I te oczy, pra­wie czarne, z rzę­sami tak gęstymi, że można by nazwać cię ład­nym, gdy­byś nie był tak bar­dzo męski.

Chcia­ła­bym, żeby to były tylko twój wygląd i wyraźna męskość, które przy­cią­gnęły mnie do cie­bie. Pło­mień pożą­da­nia sza­leje, a potem się wypala. Z początku wma­wia­łam sobie, że tak wła­śnie sta­nie się mię­dzy nami, ale ni­gdy w to nie wie­rzy­łam. Rozu­mia­łeś mnie od chwili, gdy się pozna­li­śmy. Twoje prze­ni­kliwe, żar­liwe spoj­rze­nie prze­biło się przez war­stwy toż­sa­mo­ści i zaj­rzało w głąb mojej duszy. A tam, gdzie inni zna­leź­liby strach, ty zna­la­złeś miłość.

Opusz­cza­jąc głowę, skła­dasz na moich ustach głę­boki, zmy­słowy poca­łu­nek. Jest w nim namięt­ność i wście­kłość, pożą­da­nie i tęsk­nota. Kocha­li­śmy się o wscho­dzie słońca i wciąż czuję odcisk two­ich dłoni i ust na swo­jej skó­rze, ale twój poca­łu­nek wyraża taki głód, że wiem, że nie jesteś zaspo­ko­jony.

Czy to poczu­cie poży­czo­nego czasu kie­dy­kol­wiek minie?

Bra­kuje ci tchu, kiedy odsu­wasz się i przy­ci­skasz czoło do mojego.

- To jest tor­tura.

Odpy­chasz mnie gwał­tow­nie i chwy­tasz torbę, szarp­nię­ciem otwie­ra­jąc drzwi, jak­byś wie­dział, że jeśli teraz nie wyj­dziesz, już tego nie zro­bisz. Zamek pra­wie się zatrza­skuje, kiedy znów je otwie­rasz i znaj­du­jesz mnie w tym samym miej­scu, w któ­rym mnie zosta­wi­łeś.

- Kocham cię.

Uno­szę kąciki ust i przy­kry­wam dło­nią bolące serce.

- Wiem.

W ciszy po twoim odej­ściu wypusz­czam powie­trze z płuc i ramiona mi opa­dają. Przy­zwy­cza­ili­śmy się do bycia samemu, ale teraz... wypeł­nia mnie smu­tek.

W apar­ta­men­cie przez chwilę panują cisza i spo­kój. Wydaje się, jakby leżał uśpiony, gdy cię nie ma, odpo­czy­wa­jąc, dopóki nie wró­cisz ze swoją nie­kon­tro­lo­waną emo­cjo­nal­no­ścią i ener­gią. Płytki pod moimi bosymi sto­pami są cie­płe, ogrze­wane pod­czer­wie­nią, ale wyobra­żam sobie, że zatrzy­mują twoje cie­pło jak kamień w słońcu.

Jestem osa­mot­niona w swoim smutku, z krwią na rękach.

Wie­żo­wiec, w któ­rym miesz­kamy, koły­sze się na wie­trze z żałob­nym jękiem. Ten dźwięk to zna­jomy i dziw­nie kojący lament.

Teraz, kiedy zabi­łam Valona Laskę i wyja­wi­łam ci naj­gor­sze z moich sekre­tów, chcę pozbyć się fał­szy­wej toż­sa­mo­ści, którą przy­ję­łam, by wkro­czyć w twoje życie. Lily Rebecca Yates mogłaby w końcu zna­leźć miej­sce spo­czynku na dnie Atlan­tyku. Wiesz, że nie jestem nią, tą ide­alną kobietą, która była miła, bez­in­te­re­sowna i nie miała szkie­le­tów w swo­jej sza­fie.

Ale i tak mnie chcesz.

Mimo to wszy­scy w naszym życiu są prze­ko­nani, że jesteś żonaty z Lily. Nie mogą się ni­gdy dowie­dzieć, że Lily była kłam­stwem.

Myślę więc, że wcale nie jestem sama. Kobieta, któ­rej życie i męża ukra­dłam, towa­rzy­szy mi jak cień, nawie­dza­jąc swo­jego sobo­wtóra w każ­dej minu­cie każ­dej godziny, codzien­nie.

2

2

Lily

1 maja 1999

Więk­szość ludzi wie­rzy, że potra­fią roz­po­znać Śmierć, wszech­obec­nego Ponu­rego Żni­wia­rza uzbro­jo­nego w kosę. Ale ona ni­gdy nie ukry­wała w ten spo­sób swo­ich wdzię­ków. Cia­łem wodziła na poku­sze­nie, jej okry­ciem był wodo­spad lśnią­cych obsy­dia­no­wych wło­sów, a krwi­sto­czer­wony uśmiech ostrzem noża. Wie­dzia­łam to, bo była moją matką.

Przy­go­to­wy­wa­łam się na jej przy­by­cie z dro­bia­zgową dba­ło­ścią o wygląd, tak jak to we mnie wpo­iła. Obry­so­wa­łam górne powieki eyeli­ne­rem, szyb­kim, wyćwi­czo­nym ruchem nad­garstka, prze­cią­ga­jąc kre­skę w górę, by utwo­rzyć kocie oko. Był to ten sam ruch, który wyko­na­łam wcze­śniej tego dnia przed pój­ściem do szkoły, ale teraz dokład­nie oczy­ści­łam twarz i zaczę­łam od nowa. Mój maki­jaż - zbroja, jak nazy­wała go mama - musiał być świeży i per­fek­cyjny.

Kiedy byłam gotowa, zaję­łam się miesz­ka­niem. Pospiesz­nie prze­su­nę­łam w górę okien­nice. Lubiła świeże powie­trze. Ja wola­łam trzy­mać okna zamknięte, kiedy byłam sama. Bez sza­leń­czego hałasu ruchu ulicz­nego w dole na Bro­okly­nie czu­łam się bez­piecz­niej. Przy opusz­czo­nych okien­ni­cach dźwięki mia­sta zmie­niały się w stłu­miony pomruk podobny do szumu krwi w bez­piecz­nym mat­czy­nym łonie. Matka nie miesz­kała już ze mną, ale chro­niła mnie i utrzy­my­wała, a mój mały apar­ta­ment wyda­wał mi się najbez­piecz­niejszym miej­scem na świe­cie. Czę­sto przy­wo­ły­wa­łam ją pamię­cią w tej prze­strzeni tak wyraź­nie, jakby zawsze była ze mną.

Z gra­mo­fonu obok tele­wi­zora Cre­edence Cle­ar­wa­ter Revi­val śpie­wali o wyglą­da­niu przez tylne drzwi. Mama lubiła muzykę z innej epoki i uwa­żała, że tej współ­cze­snej cze­goś bra­kuje. Poza Prince'em, o któ­rym mówiła, że jest wyjąt­kowo uta­len­to­wa­nym muzy­kiem, współ­cze­śni arty­ści nie robili na niej wra­że­nia. Świeca paląca się na okry­tym sza­lem sto­liku do kawy wypeł­niała powie­trze zapa­chem wani­lii i kwia­tów wiśni. Mama lubiła prze­strze­nie, w któ­rych pach­niało ład­nie i swo­iście kobieco. Piżmo i drzewo san­da­łowe były zbyt męskie.

Nie­na­wi­dziła męż­czyzn. Nie wie­dzia­łam dla­czego. Ni­gdy o to nie pyta­łam, bo spę­dza­ły­śmy razem czas bar­dzo krótko i rzadko i nie chcia­łam psuć tych chwil nie­przy­jem­nymi spra­wami. Zasta­na­wia­łam się jed­nak nad tym. Zwłasz­cza że męż­czyźni ją kochali; zro­bi­liby dla niej wszystko. Zban­kru­to­wa­liby, roz­bili swoje rodziny i zruj­no­wali sobie życie. Czę­sto mi powta­rzała, że są z natury słabi. Nadają się tylko do schle­bia­nia i zapład­nia­nia.

Ale zawsze z jakimś była, choć nie­zbyt długo. Za każ­dym razem, gdy ją widzia­łam, miała nowego męż­czy­znę. Derek. Rey­naldo. Pierre. Jeremy. Tomas. Han. I tyle innych imion, które zapo­mnia­łam. Nie sku­pia­łam się na nich, kiedy roz­ma­wia­ły­śmy. Bar­dziej inte­re­su­jące było obser­wo­wa­nie, z jakim oży­wie­niem - lub nie - ich opi­sy­wała.

Koń­cząc maki­jaż, przyj­rza­łam się sobie kry­tycz­nym okiem. Czy moje włosy były ide­al­nie pro­ste, bez ani jed­nej fali czy nie­rów­no­ści? Czy szminka pre­cy­zyj­nie pod­kre­ślała kon­tur ust i była na nich bar­dziej roz­tarta, niż je pokry­wała?

"Jesteś taką piękną dziew­czyną", powie­działa mi nauczy­cielka przed­mio­tów ści­słych rok temu, gdy byłam w dru­giej kla­sie liceum. "Nie musisz w ogóle nosić maki­jażu".

Wspo­mnia­łam o tym matce, kiedy zapy­tała, jak mi idzie w szkole. Jej uśmiech zastygł w kąci­kach ust. "Chyba będę musiała poroz­ma­wiać z panią Busta­mante", powie­działa.

Wie­dzia­łam, któ­rego dokład­nie dnia odbyło się to spo­tka­nie, cho­ciaż żadna z nich nie wspo­mi­nała o tym ani wcze­śniej, ani póź­niej. Wie­dzia­łam, bo pani Busta­mante nie zapra­szała mnie już do pracy po lek­cjach, na co cze­ka­łam z nie­cier­pli­wo­ścią, bo oszczę­dzało mi to dodat­ko­wej godziny czy dwóch spę­dzo­nych samot­nie w domu, a kiedy na mnie patrzyła, w jej oczach widać było strach.

"Jesteś przy­gnę­biona", stwier­dziła matka, kiedy odwie­dziła mnie następ­nym razem. "Bra­kuje ci tego, że zwra­cała na cie­bie uwagę, mimo że ta uwaga osła­bi­łaby cię i łatwo pozwo­liła ufor­mo­wać na jej wyobra­że­nie tego, kim powin­naś być. Nie jeste­śmy tak słabe, Ara­celi. Wiemy, kim jeste­śmy i nikt nie może nas zmie­nić. Pozbądź się każ­dego, kto pró­buje".

Była jedyną osobą, która kie­dy­kol­wiek nazy­wała mnie Ara­celi, imie­niem, które dla mnie wybrała. Nie zdra­dziła go nikomu innemu i nauczyła mnie, żebym tego nie robiła. Uwa­ża­łam to za dobrą zabawę. Jeśli podo­bało mi się jakieś imię, mogłam je mieć, dopóki nie zmie­ni­łam szkoły i nie przy­ję­łam nowego, które bar­dziej mi się podo­bało.

"Nic nas nie ogra­ni­cza", powie­działa mi. "Nie jeste­śmy uwię­zione w tej samej roli na resztę życia. Jeste­śmy wolne, ty i ja. Możemy robić, co chcemy".

Bar­dzo ją kocha­łam. Ni­gdy nie zapo­mnia­łam, jakie mia­łam szczę­ście, że byłam jej córką.

Sły­sząc, jak klucz wsuwa się do zamka, obró­ci­łam się szybko, roz­sy­pu­jąc w nie­ła­dzie swoje dłu­gie włosy. Pospiesz­nie prze­cze­sa­łam pal­cami zmierz­wione pasma, prze­stra­szona, że znaj­dzie we mnie jakąś wadę. Czu­łam eks­cy­ta­cję, nie zde­ner­wo­wa­nie. Pod­czas gdy moje kole­żanki z klasy zma­gały się z bra­kiem pew­no­ści sie­bie zwią­za­nym z obra­zem ich ciał, ja wie­dzia­łam, że cho­ciaż nie wyglą­dam dokład­nie tak jak moja matka, jestem do niej wystar­cza­jąco podobna, aby uznać mnie za piękną. Ni­gdy nie mogłaby stwo­rzyć niczego, co by takie nie było.

- Witaj, kocha­nie. - Jej głos brzmiał jak śpiew syreny.

Przez moment napa­wa­łam się jej wido­kiem. Przyj­rza­łam się butom na wyso­kich obca­sach z cien­kimi paskami na kost­kach, ele­ganc­kiej czar­nej sukience na jedno ramię, która opi­nała jej szczu­płe ciało, lśnią­cym, atra­men­to­wo­czar­nym wło­som... A potem chło­nę­łam oczami jej twarz. Jak u anioła. Tak ide­alną, dosko­nale syme­tryczną. Skóra biała jak deli­katna por­ce­lana była tłem dla ciem­nych brwi, szma­rag­do­wych oczu obra­mo­wa­nych czar­nym eyeli­ne­rem i szkar­łat­nych ust.

Pod­bie­głam do niej, rzu­ca­jąc się na nią tak, jak fale roz­bi­jają się o brzeg. Gdy mnie pochwy­ciła, roz­legł się jej melo­dyjny śmiech, a zapach róż zmie­szany z cytru­sami nasy­cił moje zmy­sły.

Bicie jej serca przy moim uchu było naj­uko­chań­szym dźwię­kiem. Wciąż rosłam, więc musia­łam się tro­chę zgar­bić, wpa­so­wu­jąc w miej­sce, które naj­bar­dziej lubi­łam. Była cie­pła i mocno mnie obej­mo­wała. Jakaś część mnie zawsze jej łak­nęła i ści­ska­łam ją kur­czowo, pró­bu­jąc wypeł­nić tę pustkę.

- Nie było mnie aż tak długo - powie­działa, a ja nie zaprze­czy­łam, cho­ciaż minęły tygo­dnie. Im byłam star­sza, tym dłuż­sze sta­wały się jej nie­obec­no­ści.

Kiedy byłam w gim­na­zjum, trwały jakiś tydzień. Gdy poszłam do liceum, wydłu­żyły się do pra­wie mie­siąca. Dzwo­niła co kilka dni, dźwię­kiem swo­jego głosu łago­dząc moją tęsk­notę. Dopil­no­wy­wała, żebym miała pie­nią­dze na zaopa­trze­nie kuchni, a co kilka mie­sięcy cho­dzi­ły­śmy na zakupy - zawsze w stylu vin­tage - dla zabawy i z koniecz­no­ści, gdy zmie­niały się pory roku, a ja mia­łam coraz dłuż­sze nogi.

"Ważne jest, aby ubie­rać się ponad­cza­sowo, a nie mod­nie", prze­ko­ny­wała. "I lepiej nosić ubra­nia od pro­jek­tanta niż uży­wane, masowo pro­du­ko­wane szmaty".

- Com­ment vas-tu, chérie? - zapy­tała, spraw­dza­jąc mnie.

W szkole mia­łam lek­cje hisz­pań­skiego, to było bar­dziej prak­tyczne. Ale w domu uczy­łam się fran­cu­skiego, a także wło­skiego, ponie­waż wie­dza o tym, co ludzie o tobie mówią, była nie­zbędna, zwłasz­cza gdy myśleli, że ich nie rozu­miesz.

- Merve­il­leux, main­te­nant que tu es a la maison! - Uści­snę­łam ją moc­niej, bo powie­dzia­łam prawdę - cudow­nie było znów mieć ją w domu. Ale ona się­gnęła za sie­bie, aby chwy­cić mnie za przed­ra­miona i ode­rwać moje ręce.

- Pokaż mi się.

Trudno mi było się cof­nąć, bo zawsze trudno jest zre­zy­gno­wać z tego, czego pra­gniesz bar­dziej niż cze­go­kol­wiek innego, ale dałam radę, lekko odchy­la­jąc głowę, żeby mogła mi się przyj­rzeć.

Musnęła pal­cami mój poli­czek, odgar­nia­jąc z niego luźne pasmo wło­sów, a potem prze­su­nęła nimi po linii brwi. Sta­ran­nie je wysku­by­wa­łam, utrzy­mu­jąc gęste, gdy nada­wa­łam im kształt taki jak u niej.

- Jesteś dosko­nała - mruk­nęła z dum­nym uśmie­chem. - Dziś są twoje szes­na­ste uro­dziny... Jak to się stało, że lata zle­ciały tak szybko? Kiedy wkrótce opu­ścisz to gniazdko, świat będzie kom­plet­nie zasko­czony.

Panika zatrze­po­tała w moim brzu­chu jak skrzy­dła motyla. Coraz czę­ściej mówiła, że wyru­szę w świat. Jak będę ją wtedy widy­wać?

- Czy pojadę z tobą? - zapy­ta­łam, cho­ciaż wie­dzia­łam, że nie ma tego w pla­nach.

"Zawsze jesteś ze mną", mawiała. "Stwo­rzy­łam cię i pie­lę­gno­wa­łam w sobie, tuż pod ser­cem".

Jej zie­lone oczy błysz­czały śmie­chem.

- Może kiedy będziesz star­sza. Jesteś jesz­cze za młoda, żeby żyć w moim świe­cie.

To, że żyjemy w róż­nych świa­tach, było jak cios nożem w serce.

Wtedy przy­po­mnia­łam sobie, jakie mam szczę­ście. Moje kole­żanki miały zwy­czajne matki; moja była nie­zwy­kła. Podo­bało mi się, że jest inna. Tań­czyła, kiedy miała na to ochotę, mówiła, co jej się podo­bało i zmu­szała świat, żeby się do niej dosto­so­wy­wał. Moi kole­dzy z klasy urzą­dzali imprezy, kiedy ich rodzice wycho­dzili na wie­czór, ale ja zacho­wy­wa­łam swoje sank­tu­arium dla sie­bie. Przy­pro­wa­dze­nie kogoś do domu byłoby jak podzie­le­nie się nią, a ja mia­łam jej tak mało.

- Pomy­śla­łam, że przy­go­tuję stir-fry! - zawo­ła­łam pod­eks­cy­to­wana. - Albo zro­bię sałatkę z tru­skaw­kami i kur­cza­kiem. Jeśli wyko­rzy­stamy tru­skawki do sałatki, na deser możemy zjeść kru­che cia­sto z brzo­skwi­niami.

- Abso­lut­nie nie. Nie będziesz goto­wać w swoje uro­dziny. Wyj­dziemy do mia­sta.

- Och... nie musimy. - I nie chcia­łam tego robić. Wola­łam, żeby­śmy były same przez te kilka godzin, które spę­dzi ze mną. Może mi opo­wie, co robiła, odkąd ją ostat­nio widzia­łam.

- Powie­dzia­łam nie, Ara­celi. - Rzu­ciła mi spoj­rze­nie, które powstrzy­mało dal­sze pro­te­sty, więc dener­wo­wa­łam się i wier­ci­łam nie­spo­koj­nie, tłu­miąc w sobie zbyt wiele emo­cji. - Goto­wa­nie dla sie­bie to dba­nie o sie­bie. Goto­wa­nie dla kogoś innego to poświę­ce­nie, a poświę­ce­nie to głu­pota.

Wes­tchnę­łam przy­gnę­biona. Wszyst­kie moje marze­nia o sie­dze­niu na podusz­kach pod­ło­go­wych i jedze­niu przy sto­liku do kawy obró­ciły się w pył. Kie­dyś jada­ły­śmy w ten spo­sób, w róż­nych miesz­ka­niach w pię­ciu innych dziel­ni­cach.

- Nie bądź taka roz­cza­ro­wana, kocha­nie. - Pochy­liła się i dotknęła nosem mojego. - To twoje uro­dziny! Szes­na­ście lat temu omal mnie nie zabi­łaś i tylko garstka ludzi mogłaby o tym opo­wie­dzieć, gdyby jesz­cze żyli, by móc o tym mówić. Musisz być obsłu­gi­wana, feto­wana i uwiel­biana, moje wspa­niałe dziecko. Musisz się przy­zwy­czaić do bycia w cen­trum uwagi i wie­dzieć, jak to wyko­rzy­stać, ponie­waż twoim prze­zna­cze­niem jest mieć wszystko. Wszystko.

Znów mnie objęła i tuliła mocno, choć zde­cy­do­wa­nie za krótko. Kiedy mnie puściła, dotknęła dło­nią mojego policzka.

- A teraz idź i włóż tego ślicz­nego Diora, któ­rego zna­la­zły­śmy.

Pospie­szy­łam, żeby zro­bić to, o co pro­siła, bo nie chcia­łam być z dala od niej zbyt długo. Nie mogłam pozbyć się stra­chu, że w każ­dej chwili zosta­nie wezwana i odej­dzie.

Kiedy wybie­głam z gar­de­roby z butami w ręce, zoba­czy­łam, jak zamyka na klucz szu­fladę niskiego sto­lika bocz­nego, który zna­la­zły­śmy lata wcze­śniej na wyprze­daży gara­żo­wej. Nie wie­dzia­łam, co tam trzyma, bo zawsze zabie­rała ze sobą klucz, a ja ni­gdy nie wściu­bia­łam nosa w nie swoje sprawy. Poza tym zawsze czu­łam na sobie jej wzrok. Nie wiem, czy rze­czy­wi­ście mnie obser­wo­wała, ale mia­łam takie wra­że­nie i dla­tego tak się zacho­wy­wa­łam.

Wyszły­śmy z domu na cały wie­czór i krę­ci­ły­śmy się po mie­ście. Zja­dły­śmy za dużo steku z polę­dwicy w restau­ra­cji Peter Luger i tylko przez chwilę poda­wa­łam w wąt­pli­wość - w myślach - jak za to zapła­cimy. Matka śmiała się, kiedy zdmuch­nę­łam świeczkę na dese­rze. "Teraz, kiedy jesteś star­sza, jest o wiele zabaw­niej!", powie­działa. Dała mi w pre­zen­cie naszyj­nik, wisio­rek w kształ­cie serca wysa­dzany bry­lan­tami z ema­lio­waną lilią w środku. "Ty też kwit­niesz, Ara­celi!". Poszły­śmy potań­czyć do baru jaz­zo­wego, w któ­rym pach­niało whi­sky i cyga­rami. Gra­ły­śmy w bilard, a mama nacią­gnęła grupę pija­nych męż­czyzn. Słońce oświe­tlało już hory­zont, kiedy wró­ci­ły­śmy do domu. Mama kazała mi iść spać i powie­działa, żebym się nie mar­twiła szkołą, bo zadzwoni, żeby mnie uspra­wie­dli­wić. "Dziś nie ma dla cie­bie żad­nych sztyw­nych obo­wiąz­ków spo­łecz­nych!".

Była pierw­sza po połu­dniu, kiedy w końcu obu­dzi­łam się na sofie. Wraz z powro­tem świa­do­mo­ści poczu­łam przy­tła­cza­jący cię­żar osa­mot­nie­nia. Ode­szła. Wie­dzia­łam to, zanim spoj­rza­łam na swoje łóżko, w któ­rym spała, ponie­waż kie­dyś nale­żało do niej. Gorące i cięż­kie łzy spły­wały tak długo, aż włosy na moich skro­niach stały się od nich mokre.

Minęła trze­cia, gdy zauwa­ży­łam, że z zamknię­tej szu­flady sto­lika wysta­wał maleńki klucz uni­wer­salny. Długo się w niego wpa­try­wa­łam, zanim spró­bo­wa­łam go zigno­ro­wać, ale wołał mnie, gdy bra­łam prysz­nic, a potem przy­go­to­wy­wa­łam jedze­nie, które mia­łam nadzieję podać jej poprzed­niego wie­czoru. Gdy sie­dzia­łam na pod­ło­dze ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, moje spoj­rze­nie wciąż do niego wra­cało. Matka nie była kobietą, która popeł­nia takie błędy. "Ni­gdy nie zosta­wiaj śla­dów", powta­rzała zawsze.

Czyżby zosta­wiła go celowo? Dla­czego?

O dzie­wią­tej wie­czo­rem nie mogłam już się dłu­żej opie­rać. Kiedy powoli się nad nim pochy­li­łam, poczu­łam na sobie jej wzrok, ostry jak szty­let.

- Zadzwoń do mnie, jeśli nie chcesz, żebym tam zaj­rzała - powie­dzia­łam na głos, mając wra­że­nie, że to jakiś test. Ale tele­fon - z nume­rem, który zmie­niała co kilka mie­sięcy - nie zadzwo­nił.

Klucz prze­krę­cił się z tru­dem, jakby zamek potrze­bo­wał smaru. Resztę mebla odno­wi­ły­śmy, grun­tow­nie czysz­cząc i impre­gnu­jąc ole­jem do drewna. Gwał­tow­nie zaczerp­nę­łam powie­trza i szarp­nię­ciem otwo­rzy­łam szu­fladę.

Stara puszka po her­bat­ni­kach była wypeł­niona roz­ma­itymi spin­kami do man­kie­tów, zegar­kami i pier­ścion­kami - sygne­tami o obrącz­kach za dużych na nasze szczu­płe palce. Marsz­cząc brwi, grze­ba­łam w nich, a metal pobrzę­ki­wał nie­har­mo­nij­nie. Ni­gdy wcze­śniej nie zauwa­ży­łam, że kolek­cjo­nuje takie rze­czy. Pod­czas wszyst­kich naszych wizyt w skle­pach z uży­wa­nymi rze­czami ni­gdy nie przy­ła­pa­łam jej na prze­glą­da­niu szkla­nych gablot, a ponie­waż zawsze ją obser­wo­wa­łam, wyda­wało się nie­moż­liwe, żebym prze­ga­piła jakie­kol­wiek jej hobby.

Złoto i sre­bro były z początku chłodne, ale zro­biły się cie­płe w dotyku. Gdy dło­nie zaczęły mi się pocić, pobru­dziły błysz­czący metal. Uży­wa­jąc rąbka koszulki, wypo­le­ro­wa­łam dowody swo­jej cie­ka­wo­ści. Przez moment roz­wa­ża­łam wło­że­nie ręka­wi­czek i wypo­le­ro­wa­nie wszyst­kiego, żeby nie pozo­sta­wić żad­nych odci­sków pal­ców, które mogłyby mnie zdra­dzić.

Ensem­ble pour toujo­urs, Pierre - Sophia

Wpa­try­wa­łam się w inskryp­cję na obrączce, dopóki palce nie zaczęły mi drżeć tak, że nie mogłam już jej odczy­tać. Razem na zawsze. Obrączka ślubna. Nale­żąca do męż­czy­zny o tym samym imie­niu, co ten, z któ­rym matka się spo­ty­kała. Zbieg oko­licz­no­ści. Dziwne, ale praw­do­po­dobne.

W moich wnętrz­no­ściach utwo­rzył się węzeł i zaci­snął się jak wąż.

Tro­fea.

Wycią­gnę­łam wnio­sek aż za szybko, jak­bym potrzą­snąw­szy pudeł­kiem puz­zli, od razu uło­żyła gotowy obra­zek. Czy ukoń­cze­nie szes­na­stu lat w jakiś spo­sób wyostrzyło moje zmy­sły?

Ale ona chciała, żebym się dowie­działa, prawda? Czy przez lata nie pod­su­wała mi wska­zó­wek? Czy tak, jak ja chcia­łam, żeby mnie rozu­miała, ona rów­nież chciała być rozu­miana?

Żółć pode­szła mi do gar­dła i prze­łknę­łam ją, ale wzbie­rała tak szybko, że led­wie zdo­ła­łam się powstrzy­mać, zanim dotar­łam do łazienki. Wymio­to­wa­łam tak gwał­tow­nie, że całe ciało pokryło mi się zim­nym potem. To było nie­koń­czące się, głę­bo­kie oczysz­cza­nie.

Opa­dłam na chłodne kafelki pod­łogi i opar­łam się o ścianę łazienki, a myśli na zmianę kłę­biły mi się gło­wie i zasty­gały. Wyda­wało się, że nie potra­fię zro­zu­mieć tego, co widzę, a jed­no­cze­śnie, że zna­la­złam odpo­wiedź na od dawna zada­wane pyta­nie.

Nie wiem, jak długo tam sie­dzia­łam. Na zewnątrz było ciemno, kiedy wró­ci­łam do pokoju i sta­ran­nie zebra­łam zawar­tość puszki, odkła­da­jąc ją na miej­sce. Zamknę­łam szu­fladę na klucz, ale zosta­wi­łam go tak, jak zna­la­złam. Zapa­li­łam świecę na sto­liku i otwo­rzy­łam okna, chcąc poczuć się, jakby matka znów była ze mną w domu.

Ale to wywo­łało we mnie zbyt wielki lęk.

Zamknę­łam więc okna, zdmuch­nę­łam pło­mień świecy i usia­dłam w ciem­no­ści z kola­nami przy­cią­gnię­tymi do piersi.

3

3

Witte

Obec­nie

Kro­ple desz­czu lśnią na oszklo­nych wie­żow­cach Man­hat­tanu, kiedy kładę gazetę na pozła­ca­nej tacy leżą­cej na oto­ma­nie w salo­nie głów­nego apar­ta­mentu. Ściany pokryte są posta­rza­nymi lustrza­nymi płyt­kami, które uka­zują moje odbi­cie zamglone i nakra­piane, jak w sta­rych nie­mych fil­mach. Ktoś mógłby powie­dzieć, że moja posada major­do­musa jest rów­nie archa­iczna, ale ludzie nie wie­dzą, że mój obecny zawód jest rów­nie nie­bez­pieczny, jak tajne źró­dło utrzy­ma­nia, które zosta­wi­łem wiele lat temu. Męż­czy­zna, dla któ­rego pra­cuję, ma rodzinę tak bez­względną, że są jak gniazdo węży, które wiją się, nie zwa­ża­jąc na to, czyj ogon gryzą.

Każ­dego innego dnia wyszedł­bym tą samą drogą, którą przy­sze­dłem, wypeł­niw­szy zada­nie. Dziś prze­cho­dzę przez pokój i zatrzy­muję się pod przej­rzy­stym lustrem wiszą­cym na ścia­nie, pod któ­rym stoi lustrzana kon­sola. Podob­nie jak wszystko w moim życiu, lustro nie jest tym, na co wygląda. Czarne aksa­mitne wstążki, na któ­rych wydaje się zawie­szone, są ilu­zją. Kiedy przy­ci­skam kciuk do zama­sko­wa­nego czyt­nika odci­sków pal­ców, lustro bez­sze­lest­nie prze­suwa się w górę, odsła­nia­jąc sejf.

Wewnątrz znaj­duje się impo­nu­jąca kolek­cja klej­no­tów - naszyj­niki, pier­ścionki, bran­so­letki i inne wybrane przez pana Blacka jako pre­zenty dla jego żony. Mówię o niej: pani Black. Inni nazy­wają ją Lily, ale to tylko jeden z jej licz­nych pseu­do­ni­mów.

Nie znamy jej praw­dzi­wego imie­nia, wieku ani histo­rii. Sfa­bry­ko­wała dzie­siątki toż­sa­mo­ści, które odkry­li­śmy dzięki dro­bia­zgo­wemu śledz­twu obej­mu­ją­cemu wszyst­kie lata, w któ­rych uwa­żano ją za zmarłą. Przy­znała się do auten­tycz­nej więzi tylko z dwiema oso­bami: swoją zmarłą matką Ste­pha­nie i kochan­kiem matki - Valo­nem Laską.

Lily twier­dzi, że nie zna praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści swo­jej matki - Ste­pha­nie Laska to jeden z wielu pseu­do­ni­mów - i przy­znała się do mat­ko­bój­stwa, aby uwol­nić się od wpły­wów zagra­ża­ją­cych wszyst­kim, któ­rzy są jej bli­scy. Kocha­nek, Valon Laska, był prze­stępcą poszu­ki­wa­nym przez sta­nowe i fede­ralne organy ści­ga­nia. Został zabity wczo­raj przez osobę, która bar­dzo przy­po­mina żonę mojego pra­co­dawcy.

Nie ma wąt­pli­wo­ści, że kobieta, która wpro­wa­dziła się do pen­tho­use'u - i łóżka mojego pra­co­dawcy - jest nie­bez­pieczna.

Zna­leź­li­śmy ją, kiedy prze­cho­dziła przez ulicę w śród­mie­ściu, kobietę o nie­zrów­na­nej twa­rzy Lily, która jest teraz uzna­wana za jedyną panią Black. Jak i dla­czego tak długo uwa­żano ją za zmarłą, to zagadka, którą wciąż pró­bu­jemy roz­wią­zać. Ale pan Black bez waha­nia zaak­cep­to­wał ją jako żonę, o któ­rej myśle­li­śmy, że zagi­nęła na morzu kilka lat temu. Jego zda­niem ponow­nie połą­czył się ze swoją wielką miło­ścią i jest zde­cy­do­wany sta­wić czoło każ­demu zagro­że­niu, aby utrzy­mać ją u swego boku.

Po mojej lewej stro­nie znaj­dują się lekko uchy­lone drzwi do jej gar­de­roby, która służy jako przej­ście do jej sypialni. Za moimi ple­cami takie same drzwi pro­wa­dzą do gar­de­roby i sypialni pana Blacka, ale wiem, że jest teraz z nią, w jej sypialni, spę­dziw­szy tam całą noc. Wła­śnie dla­tego, że są razem, ryzy­kuję prze­szu­ka­nie sejfu. Tak samo jak on jest nią zafa­scy­no­wany, tak i ona jest nim zauro­czona. Dosko­nale odwraca jej uwagę i muszę to wyko­rzy­stać, zanim mój pra­co­dawca wyj­dzie na cały dzień i pozwoli jej być bar­dziej świa­domą moich dzia­łań.

Wczo­raj w nocy spę­dzi­łem wiele godzin na stu­dio­wa­niu zdjęć z poli­cyj­nego moni­to­ringu, na któ­rych uchwy­cona była kobieta podej­rzana o zabi­cie Laski. Podo­bień­stwo spraw­czyni do pani Black jest nie­sa­mo­wite, przez co sub­telne róż­nice są bar­dziej widoczne. To wysoka kobieta i smu­kła jak trzcina, o figu­rze pożą­da­nej przez pro­jek­tan­tów mody, bo na tak zgrab­nych kształ­tach każdy ele­ment gar­de­roby pre­zen­tuje się jak naj­ko­rzyst­niej. Przy skó­rze bla­dej jak świa­tło księ­życa i wło­sach do ramion w kolo­rze praw­dzi­wej głę­bo­kiej czerni uroda Lily jest wyra­zi­sta i nie­do­ści­gniona.

Kobieta na zdję­ciach jest rów­nie wysoka, z wło­sami opa­da­ją­cymi do bio­der. Nie roz­po­znaję tej sukienki, a zdo­łał­bym to zro­bić, gdyby pocho­dziła z gar­de­roby damy, którą znam. Nie­które kąty twa­rzy nie cał­kiem się zga­dzają, ale nie da się zaprze­czyć, że kobiety o uro­dzie Lily są nie­zwy­kle rzad­kie. Nie­moż­liwe, aby ist­niała nie­spo­krew­niona osoba o nie­mal iden­tycz­nym wyglą­dzie.

Wodzę wzro­kiem po rzę­dach błysz­czą­cych klej­no­tów. Czuję przy­pływ adre­na­liny, gdy nie znaj­duję przed­mio­tów, któ­rych szu­kam. Odkąd pani Black się poja­wiła, zada­łem sobie milion pytań, a teraz mam ich jesz­cze wię­cej.

Śmiech Lily, gar­dłowy kon­trast z jej zaska­ku­jąco dziew­czę­cym gło­sem, dobiega moich uszu. Kucam, szu­ka­jąc cha­rak­te­ry­stycz­nego bły­sku, który mógłby zdra­dzić łań­cu­szek lub kol­czyk w gru­bym runie dywanu. Wiem, że to mało praw­do­po­dobne, ale muszę wszystko spraw­dzić. Wstaję z pustymi rękami, wsu­wam szu­flady do wnęki w ścia­nie i zamy­kam sejf.

Nie ma wąt­pli­wo­ści, tej biżu­te­rii bra­kuje.

Odwra­cam się i wycho­dzę z salonu przez główną gar­de­robę, ale przy­staję w pół kroku, gdy dźwięk ich gło­sów się przy­bliża i domy­ślam się, że weszli do pokoju tuż za mną. Posta­na­wiam zary­zy­ko­wać i zostać, uda­jąc, że pro­stuję wiszące gar­ni­tury pana Blacka, żebym mógł pod­słu­chi­wać. Bli­skość jego żony wysyła stru­mień ener­gii w prze­strzeń mię­dzy nami i jeżą mi się włosy na karku. Ma ten rodzaj dyna­mi­zmu, który wszystko prze­nika. Pamięć o niej wypeł­niła pen­tho­use, zanim jesz­cze posta­wiła w nim stopę. Kiedy tu zamiesz­kała, dom wokół niej ożył. Tak jak i sam pan Black.

- Czy na naj­bliż­sze kilka tygo­dni masz zapla­no­wane coś, co mogłoby prze­szko­dzić w zapro­sze­niu two­jej rodziny na kola­cję? - Lily ma cha­rak­te­ry­styczny głos. Wysoki, z chra­pli­wym cie­płem. Patrząc na nią, nikt by się nie spo­dzie­wał, że będzie mówić w ten spo­sób, ale gdy już prze­mówi, nie można sobie wyobra­zić, że będzie brzmiała ina­czej. Nie potra­fię wychwy­cić jej akcentu. Nie daje żad­nych wska­zó­wek, kim może być pod zna­ko­mi­tym prze­bra­niem, które nosi z taką swo­bodą.

Każda oka­zja, jaką jej stwo­rzy­łem, by wyja­wiła coś - cokol­wiek - o sobie, została zigno­ro­wana. Lily ni­gdy nie mówi o swo­jej prze­szło­ści, nawet mimo­cho­dem. W latach, kiedy uwa­żano ją za zmarłą, jej zna­jomi mówili o niej jako o kobie­cie głę­boko zain­te­re­so­wa­nej innymi oso­bami. Teraz, kiedy ją pozna­łem, wiem, że zachęca ludzi do mówie­nia o sobie, więc nie ma wiele spo­sob­no­ści, żeby robić to samo.

- Jestem do two­jej dys­po­zy­cji, Seta­reh. - Mój pra­co­dawca zwraca się do żony tylko tym mia­nem, które zna­czy "los" i "prze­zna­cze­nie". To roman­tyczne, tak, i wymowne. Ponie­waż nie zna jej praw­dzi­wego imie­nia, pozwala to na prawdę mię­dzy nimi, a nie kłam­stwo. - Zawsze.

Cie­pło w gło­sie pana Blacka to coś, do czego wciąż się przy­zwy­cza­jam. Lily wró­ciła zale­d­wie kilka mie­sięcy temu, ale w naj­bar­dziej fun­da­men­talny spo­sób zawsze tu była. Moim pra­co­dawcą jest nie­zna­jomy, męż­czy­zna cał­ko­wi­cie odmie­niony przez jej powrót.

Po latach patrze­nia jak cierpi, jed­no­cze­śnie głę­boko opła­ku­jąc swoją uko­chaną żonę, cie­szę się, że w końcu jest szczę­śliwy. Chcę wie­rzyć, że miłość Lily do pana Blacka jest szczera, ale ona jest w sta­nie przy­jąć nie­zli­czone oso­bo­wo­ści i cechy, które są cał­ko­wi­cie sfin­go­wane.

Nagle roz­lega się dodat­kowy głos, co ozna­cza, że włą­czyli tele­wi­zor w salo­nie. Lokalny dostawca tele­wi­zji kablo­wej zawsze jako domyślny wybiera kanał pierw­szy, który ofe­ruje cało­do­bowe, powta­rzalne rela­cje z naj­now­szych wyda­rzeń. Potem dźwięk zostaje wyci­szony i sły­szę sze­lest gazety.

Odwa­żam się wyj­rzeć zza drzwi i widzę dosko­nały obraz życia rodzin­nego - Lily sie­dzi na sza­fi­ro­wej sofie w krwi­sto­czer­wo­nym jedwab­nym kimo­nie, a mój pra­co­dawca spo­czywa obok niej w czar­nych jedwab­nych spodniach i szla­froku. Ona ma pod­kur­czone nogi, w ręku trzyma notes i dłu­go­pis, a lśniące włosy zasła­niają jej twarz, gdy pisze. On sie­dzi bli­sko niej, czy­ta­jąc wia­do­mo­ści. Na ekra­nie tele­wi­zora nad komin­kiem Valon Laska wpa­truje się w widzów z jed­nego ze swo­ich licz­nych zdjęć poli­cyj­nych.

Nie mogę się ruszyć, tak jestem wstrzą­śnięty wido­kiem tych trojga razem. Na próżno cze­kam, aż Lily pod­nie­sie wzrok i zoba­czy męż­czy­znę, o któ­rym mówiła, że nie był jej ojcem, ale dbał o jej dobro. Twier­dziła, że zabiłby jej męża, bo tego wła­śnie chcia­łaby od niego jej matka.

- Seta­reh... - Pan Black powoli odwraca głowę, aby na nią spoj­rzeć, jakby trudno mu było prze­ry­wać czy­ta­nie. To pierw­sza oznaka fał­szu, bo nie ma niczego, na co wolałby patrzeć bar­dziej niż na swoją żonę.

Podaje jej gazetę i ciężko wzdy­cha. Nie widzę jego twa­rzy, ale u niej widać głę­bo­kie zanie­po­ko­je­nie. Bie­rze gazetę, ale nie spusz­cza z niego wzroku.

- O co cho­dzi?

- Laska - odpo­wiada szorstko. - Wczo­raj został zamor­do­wany.

Lily wyraź­nie sztyw­nieje. Ide­al­nie wygięte łuki brwi uno­szą się, gdy zaczyna szybko czy­tać, prze­ska­ku­jąc wzro­kiem po sło­wach. Jego ręka obej­muje jej ramię i przy­ciąga ją do sie­bie. To gest pocie­sze­nia z powodu śmierci czło­wieka, który miał go zabić, tak jak zabił tylu innych.

- Powie­dzia­ła­bym, że ktoś wyświad­czył światu przy­sługę - mówi w końcu drżą­cym gło­sem.

W tych sło­wach nie ma emo­cji, ale papier gazety sze­le­ści w jej drżą­cych pal­cach.

Pan Black opiera głowę o jej głowę i rzuca roz­ło­żoną gazetę z powro­tem na oto­manę.

- Rozu­miem, że twoje uczu­cia są skom­pli­ko­wane.

- Nie są skom­pli­ko­wane. - Zerka na tele­wi­zor, ale repor­ter prze­szedł już do kolej­nej sprawy, więc nie zoba­czyła poprzed­niej wia­do­mo­ści. - To ulga. Jesteś bez­pieczny.

- Ty też i tylko to się liczy.

Cofam się i cze­kam chwilę, cie­kawy, czy powie jej to, co wie. Kiedy ich roz­mowa wraca do pla­nów kola­cji, wycho­dzę po cichu, a mój pogląd znów się zmie­nia.

Pan Black już wczo­raj wie­dział, co się wyda­rzyło - sam mu o tym powie­działem. I poin­for­mo­wał żonę o mor­der­stwie w ten spo­sób, za pośred­nic­twem gazety, z uda­wa­nym zasko­cze­niem...?

Prasa wie bar­dzo nie­wiele z tego, co mnie jest wia­dome o zabój­stwie Valona Laski. Zwłasz­cza że kobieta odpo­wie­dzialna za jego zadźga­nie została sfo­to­gra­fo­wana, a dzia­ła­jący pod przy­krywką poli­cjanci, któ­rzy go obser­wo­wali, byli naocz­nymi świad­kami jej obec­no­ści w miej­scu zbrodni. Zbu­do­wa­łem sieć osób, które mogą mi pomóc w pra­wie każ­dym zada­niu w służ­bie wielu pra­co­daw­ców i z róż­nych powo­dów. Pan Black wie dużo z tego, co ja wiem o tym mor­der­stwie, ale nie podzie­lił się z żoną szcze­gó­łami.

Co przed nią ukrywa? Że kobieta, która zabiła Laskę, jest do niej bar­dzo podobna? Albo że jego źró­dła i wie­dza są obszerne?

Jest głę­boko zako­chany w żonie, ale czyżby jej nie ufał? A może pró­buje ją chro­nić?

Nie­zwy­kła uroda Lily jest naj­mniej zabój­czą z jej broni.

Robiąc powolny, kon­tro­lo­wany wydech, zauwa­żam, jak bar­dzo jestem zdu­miony zacho­wa­niem pana Blacka. Gdy­bym nie wie­dział, że jest ina­czej, uwie­rzył­bym, że dopiero teraz dowie­dział się o zabój­stwie Laski.

Sie­dzą tam razem, mąż i żona. Namiętni kochan­ko­wie i brat­nie dusze, któ­rych łączy wszystko oprócz szcze­ro­ści.

Nagle doznaję olśnie­nia. Nie doce­ni­łem męż­czy­zny, któ­rego uczy­łem, jak pra­wi­dłowo sie­dzieć i jeść, jak się dobrze ubie­rać i jak postę­po­wać z auto­ry­te­tem i roz­ma­chem. Jego ojczy­mowi bra­ko­wało taktu i doj­rza­ło­ści, aby wycho­wać dziecko innego męż­czy­zny. A matka skre­śliła go, woląc się sku­pić na wycho­wy­wa­niu jego przy­rod­niego rodzeń­stwa.

Tylko że Kane Black odniósłby suk­ces ze mną lub beze mnie. Nie przy­pi­szę sobie zasług za jego inte­li­gen­cję, ambi­cję czy natu­ralny magne­tyzm. Wie­dział, że potrze­buje men­tora, wyszu­kał go i dla­tego jest bez­po­śred­nio odpo­wie­dzialny za czło­wieka, w któ­rego się ukształ­to­wał.

Gdzieś po dro­dze jed­nak nasz zawo­dowy dystans się skró­cił i w końcu cał­ko­wi­cie znik­nął. Jest naj­bliż­szy synowi, jakiego kie­dy­kol­wiek będę miał, i to spra­wiło, że stał się mar­twym polem widze­nia. Ale teraz to dostrze­gam.

Jest rów­nie nie­bez­pieczny jak jego żona.

4

4

Amy

- Chyba sobie ze mnie, kurwa, żar­tu­jesz? - Z otwar­tymi ustami gapię się w tele­wi­zor w swo­jej sypialni. Pat Kier­nan z NY1 wła­śnie podaje naj­waż­niej­sze infor­ma­cje na temat zabój­stwa Valona Laski. - No nie, to nie­moż­liwe.

Jakieś prze­kleń­stwo ciąży nade mną? Ktoś nie ode­brał mi szczę­ścia przez przy­pa­dek. Nie była­bym zasko­czona, gdyby Aliyah, moja wiedź­mo­wata teściowa, miała gdzieś w domu ołta­rzyk z lalką voodoo, która wygląda jak ja i ma powbi­jane szpilki albo inne cho­ler­stwo.

Sprawy szły zbyt dobrze, więc powin­nam była przy­go­to­wać się na to, że wszystko pój­dzie w dia­bły. Kiedy potrze­bo­wa­łam nowego klienta, pewien dawny pod­niósł słu­chawkę i do mnie zadzwo­nił. Pra­cuję nad kon­tem Laski, rewi­ta­li­zu­jąc kanały mediów spo­łecz­no­ścio­wych dla restau­ra­cji, która jest jed­nym z jego legal­nych biz­ne­sów. Czy wie­dzia­łam, że facet jest prze­stępcą? Oczy­wi­ście, wszy­scy to wie­dzieli. Ale ni­gdy nie pro­sił mnie o nic nie­le­gal­nego, ni­gdy nie nego­cjo­wał obniżki mojego wyna­gro­dze­nia, zawsze natych­miast pła­cił swoje fak­tury i wysy­łał mi co naj­mniej kil­ka­na­ście zle­ceń. Był ide­al­nym klien­tem.

Kiedy zadzwo­nił kilka tygo­dni temu, byłam wnie­bo­wzięta. Jego kolejne zle­ce­nia pomo­głyby mi oży­wić moją firmę i ode­brać ją Arman­dom. A teraz...?

Nagle gdzieś w moim wnę­trzu budzi się roz­ba­wie­nie i zwi­jam się ze śmie­chu. To naprawdę bar­dzo zabawne. Padam na pod­łogę, łzy ciekną mi z oczu, bo nie mogę prze­stać chi­cho­tać.

Nikt nie mówi, że się­gnię­cie dna może być zabawne, ale to zależy od per­spek­tywy. W moim przy­padku odkry­cie, że spa­łam ze swoim szwa­grem, cho­ler­nie zmie­niło mój punkt widze­nia.

- Kie­dyś już wspię­łam się na szczyt - mówię do sie­bie zdy­szana, ocie­ra­jąc oczy. - Mogę znów to zro­bić. I tym razem nikt mnie z niego nie strąci.

Przez lata zapo­mnia­łam, że jestem w naj­lep­szej for­mie, kiedy sta­wiam czoło naj­gor­szemu. Zapo­mnia­łam wiele rze­czy, także to, kim, kurwa, jestem, i czego, do cho­lery, chcę. Wiem tylko, że mam dość sie­bie, i że skoń­czy­łam z cier­pie­niem przez to.

Trzeź­wość też zmie­nia per­spek­tywę.

Coś jest nie tak...

Wstaję, odwra­cam się od tele­wi­zora i wra­cam do łazienki, aby dokoń­czyć szy­ko­wa­nie się do pracy. Mogę kie­ro­wać swoją karierą. Mogę odnieść suk­ces. A zwy­cię­stwo zależy od dobrze roze­gra­nych moich kart. Więc zacznę od tego i będę pra­co­wać nad resztą życia.

Sta­ram się sku­pić na jed­nej rze­czy naraz. Muszę, w prze­ciw­nym razie nie czu­ła­bym się, jak­bym zaczy­nała wario­wać, ale od razu stra­ci­ła­bym pano­wa­nie nad sobą. W ostat­nich dniach spo­tkało mnie zbyt wiele okrop­no­ści.

W ciągu ostat­nich kilku dni trzeź­wo­ści milion razy ana­li­zo­wa­łam w myślach kata­stro­falną serię zda­rzeń, które wpro­wa­dziły mnie do rodziny Arman­dów. To wła­śnie pod­czas mojego pierw­szego biz­ne­so­wego lun­chu z Valo­nem Laską wiele lat temu dostrze­głam Kane'a i zosta­łam przez niego dostrze­żona. Przez kilka godzin pie­przy­li­śmy się tak, jakby świat miał się skoń­czyć. W następ­nych dniach nie mogłam prze­stać o nim myśleć, ale mnie olał. To powi­nien być koniec, ale posta­no­wi­łam pocze­kać na niego przed budyn­kiem Cross­fire, gdzie mie­ści się jego firma - Baha­ran Phar­ma­ceu­ti­cals - aby zaaran­żo­wać przy­pad­kowe spo­tka­nie.

Kiedy przez drzwi obro­towe wyszedł na ulicę, poczu­łam coś, co być może błęd­nie zin­ter­pre­to­wa­łam jako rado­sne pod­nie­ce­nie. Kane jest tak wysoki i dosko­nale umię­śniony. Gar­ni­tury leżą na nim, jakby były przy­szyte do jego ponęt­nego ciała. Poru­sza się w spo­sób, który mówi, że jest spor­tow­cem, z siłą i ele­gan­cją, które suge­rują wital­ność i męskość. Nie zauwa­ży­łam Dariusa, który szedł obok niego, dopóki nie zosta­li­śmy sobie przed­sta­wieni. A kiedy pro­wa­dzi­łam uprzejmą roz­mowę z jego bra­tem, aby go uspo­koić i mu zaim­po­no­wać, Kane wsiadł do cze­ka­ją­cego przy kra­węż­niku range rovera, a Witte odje­chał, zabie­ra­jąc go.

To było dru­zgo­cące, zostać prze­ka­zaną w ten spo­sób innemu face­towi. Pomy­śla­łam, że uda mi się spra­wić, by tego poża­ło­wał, więc zabra­łam Dariusa do domu i pie­przy­łam się z nim do utraty zmy­słów. Ale czy Kane'a to obcho­dziło? Ani tro­chę. I teraz muszę się zasta­no­wić... Czy naprawdę zro­bi­łam to z powodu Kane'a, czy dla­tego, że chcia­łam poczuć się pożą­dana po tym, jak zosta­łam tak cał­ko­wi­cie odrzu­cona? I przez jakiś czas nie miało zna­cze­nia, dla­czego skoń­czy­łam wtedy z Dariu­sem, ponie­waż byli­śmy sza­leń­czo szczę­śliwi. Dopiero dużo póź­niej dowie­dzia­łam się o obse­sji Kane'a na punk­cie jego zmar­łej żony Lily.

Kane mnie pie­przył, bo wyglą­dam jak ona, i na tym polega jego fik­sa­cja. Jak bar­dzo jest to chore? Powinno mnie cał­ko­wi­cie znie­chę­cić, jeśli cho­dzi o niego. Na pewno cho­ler­nie mnie to drę­czyło. To był punkt zwrotny, kiedy zaczę­łam radzić sobie z pożą­da­niem i nad­mier­nym sku­pia­niem się na Kanie.

Ale dla­czego? I dla­czego nie kwe­stio­no­wa­łam, że zmie­niam się w świ­ru­skę? Wie­dzia­łam, że coś jest nie tak, że nie czuję się sobą. Moje ide­alne mał­żeń­stwo z ide­al­nym mężem już nie wyda­wało się bez­pieczne. We wszyst­kim i wszyst­kich wyczu­wa­łam... zagro­że­nie.

Tera­peutka powie­działa mi, że mam pro­blemy z porzu­ce­niem przez ojca, które zabu­rzają spo­sób, w jaki prze­twa­rzam sprawy, ale czy nad tym pra­co­wa­łam? Nie. Po pro­stu cią­gle chcia­łam od Kane'a tro­chę uzna­nia, że nie jestem jed­no­ra­zowa, a jed­no­cze­śnie odgra­dza­łam się od Dariusa.

I upi­ja­łam się do nie­przy­tom­no­ści. Nie mogę zapo­mnieć o tej czę­ści.

Powie­dziano mi rów­nież, że mam cały bagaż, któ­rym obar­czone są dzieci alko­ho­li­ków - impul­syw­ność, prze­sadne reak­cje, poczu­cie bycia ofiarą, łatwość osą­dza­nia, chęć doga­dza­nia innym, para­noję i mnó­stwo innych gów­nia­nych ety­kie­tek, które przy­kle­jają ludziom, żeby pobie­rać wygó­ro­wane opłaty za sesje tera­peu­tyczne.

Przy­glą­dam się sobie w łazien­ko­wym lustrze. Podo­bień­stwa, które Kane dostrzegł mię­dzy Lily a mną, zostały meto­dycz­nie wzmoc­nione. Moje się­ga­jące pra­wie do pasa włosy zostały przy­ciem­nione, aby były dokład­nie zgodne z jej kolo­rem. Ciem­no­fio­le­towy jedwab biu­sto­no­sza, który otula moje małe piersi, to rady­kalna zmiana w sto­sunku do neu­tral­nych, zło­ci­stych kolo­rów, które nosi­łam wcze­śniej.

Moja gar­de­roba była kie­dyś wzo­ro­wana według gustu mojej teścio­wej - zawie­rała cał­ko­wi­cie neu­tralną paletę barw. Tak jak i sypial­nia. Teraz przy­brały tro­chę gotyc­kiego luk­susu w stylu Lily i pen­tho­use'u. Ale miesz­ka­nie, które mia­łam przed ślu­bem z Dariu­sem, było urzą­dzone w rado­snych paste­lach.

Kiedy zaczę­łam nie­na­wi­dzić sie­bie tak bar­dzo, że chcia­łam być jaką­kol­wiek kobietą, tylko nie sobą?

Kim ja jestem? Już, kurwa, nie wiem.

- Nie jesteś ubrana - mówi Darius, wcho­dząc do mojej łazienki w gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze z kra­wa­tem w odcie­niu jego jaskra­wo­nie­bie­skich oczu. Staje za mną i nasze spoj­rze­nia spo­ty­kają się w odbi­ciu w lustrze. Tylko Darius, Ramin i ich sio­stra Rosana mają te piękne tęczówki. U Kane'a są czarne jak węgiel. - Ale taką wła­śnie cię lubię - szep­cze, pochy­la­jąc głowę, by poca­ło­wać mnie w ramię.

Zamy­kam oczy i wdy­cham zapach jego wody toa­le­to­wej, szu­ka­jąc w sobie tej rado­ści, którą kie­dyś czu­łam, gdy sku­piał się na mnie. Kiedy się od sie­bie odda­li­li­śmy? Dla­czego do tego dopu­ści­łam? Bo rodzice dali mi mistrzow­ską lek­cję auto­de­struk­cji? A może to nie moja wina? Aby mieć trwałe mał­żeń­stwo potrzeba dwojga ludzi.

Darius jest przy­stojny i wyspor­to­wany, to uoso­bie­nie wyso­kiego, ciem­no­wło­sego i przy­stoj­nego męż­czy­zny, cho­ciaż nie jest tak wysoki jak Kane. Pra­gnie mnie gorąco pomimo roz­rywki, jaką zapew­nia mu jego asy­stentka. Jesz­cze nie­dawno dotyk jego gar­ni­turu na mojej nagiej skó­rze wywo­łałby natych­mia­stowe pożą­da­nie, ale teraz, gdy wiem, że mnie zdra­dza, czuję tylko wście­kłość.

Otwie­ram lekko oczy, a krew wrze we mnie z gniewu.

- Kiedy zaczą­łeś pie­przyć swoją asy­stentkę?

Sztyw­nieje i kom­plet­nie nie­ru­cho­mieje. Jego klatka pier­siowa unosi się za moimi ple­cami, gdy bie­rze głę­boki wdech, a spoj­rze­nie spo­tyka się z moim w lustrze. Mię­śnie szczęki ma napięte.

- Powtórz to.

- Od początku mnie zdra­dza­łeś? - mówię szybko, zim­nym tonem. - A może cze­goś mi bra­kuje?

Pro­stuje się i obraca mnie za ramiona.

- Dobrze rozu­miem? Myślisz, że pie­przę Alice?

- Zaprze­czasz?

- Osza­la­łaś? Nie, nie rżnę się ze swoją asy­stentką. - Patrzy na mnie z gnie­wem, a kiedy mil­czę, mruży oczy w nie­bez­pieczne szparki. - Zdaję sobie sprawę, że dużo pijesz, ale myśla­łem, że wiesz, jak czę­sto pie­przę cie­bie, swoją żonę. Nie mam czasu ani ener­gii wty­kać go w kogoś innego.

W jego wście­kło­ści jest agre­sja i wska­zuje na poczu­cie znie­wagi, a nie zacho­wa­nie obronne.

- Jak to jest, że ni­gdy nie mogę się z tobą skon­tak­to­wać w piąt­kowe popo­łu­dnia? - pro­wo­kuję.

Unosi brwi.

- Mam regu­larne spo­tka­nia z matką. Amy, wiesz, że pra­cuję. Wła­śnie tak dbam o cie­bie i daję ci wszystko, czego pra­gniesz.

- Nie weszłam w to mał­żeń­stwo z niczym! - odpa­ro­wuję ze zło­ścią. - Odnio­słam duży suk­ces, jeśli pamię­tasz.

- Oczy­wi­ście, że pamię­tam! Zako­cha­łem się w kobie­cie suk­cesu i chcia­łem zbu­do­wać z nią życie.

Głowa gwał­tow­nie opada mi w tył i z sykiem wcią­gam powie­trze przez zęby, jak­bym dostała cios. W rze­czy samej tak było.

- Trudno mi czuć się jak ta kobieta, kiedy twoja matka mnie usu­nęła i pod­wa­żyła mój auto­ry­tet.

- Rozu­miem i pra­cuję nad tym. Prze­cież wiesz.

Nie­na­wi­dzę tego tonu, któ­rym stara się mnie udo­bru­chać, kiedy cho­dzi o jego matkę. Myślę o tym, jak ona ze mną roz­ma­wia i jak mnie trak­tuje.

- To ona się wyga­dała, że mnie zdra­dzasz.

Darius znów sztyw­nieje. Przez chwilę stoi onie­miały.

- Co takiego?

- Sły­sza­łeś. - Chcę skrzy­żo­wać ramiona, bo w bie­liź­nie czuję się zbyt odsło­nięta, co jest śmieszne. Nikt w moim życiu nie widział mnie nago czę­ściej niż Darius. Wpa­truję się w niego, nie­pewna, jaka jest prawda. Myślę, że znam tego męż­czy­znę, któ­rego poślu­bi­łam, ponie­waż go kocham.

Ale prze­czy­ta­łam umowę o fuzji, na mocy któ­rej moja firma zarzą­dza­jąca mediami spo­łecz­no­ścio­wymi, Social Cre­amery, stała się spółką kon­tro­lo­waną przez Baha­ran, szybko roz­wi­ja­jącą się kor­po­ra­cję far­ma­ceu­tyczną. Wiem, że Darius jest zbyt inte­li­gentny, aby prze­oczyć klau­zulę wyj­ścia i inne zna­czące infor­ma­cje, które zna­la­złam. A gdyby nie rozu­miał ter­mi­no­lo­gii praw­ni­czej, zwy­kła roz­mowa z Rami­nem, który spo­rzą­dził umowę, wystar­czy­łaby, żeby mieć świa­do­mość naszych moż­li­wo­ści. Darius musiał wie­dzieć o tej klau­zuli, ale temu zaprze­cza.

- Amy. - Ści­ska moje ramiona. - Musisz być bar­dzo pewna takiego oskar­że­nia.

- Wiem, kim jest twoja matka, Darius. To ty nie masz o tym poję­cia.

Dla­czego Ramin pomógł mi z tą umową? Dla­czego upiera się, że od ponad roku mówi mi o klau­zuli wyj­ścia? Dla­czego każdy z Arman­dów opo­wiada inną histo­rię? Wiem, że Aliyah i Darius są nie­wia­ry­godni. Moż­liwe, że Ramin też. Prze­le­ciał żonę brata, więc nie jest do końca godny zaufa­nia.

Prze­ły­kam napły­wa­jącą żółć. Nie mogę myśleć o swoim dru­gim szwa­grze. Za każ­dym razem, gdy to robię, prze­raź­liwy alarm zagłu­sza moje myśli i przy­pra­wia mnie o mdło­ści.

- Amy...

- Jeśli chcesz, żebym ci uwie­rzyła, ty musisz uwie­rzyć mnie - mówię sta­now­czo.

- Hej. - Prze­suwa dło­nie w górę moich ramion i we włosy. Jego przy­stojne rysy łagod­nieją w chwili, gdy mnie obej­muje. - Oczy­wi­ście, że ci wie­rzę - uspo­kaja. - Jeste­śmy ty i ja prze­ciwko całemu światu. Obie­ca­li­śmy to sobie.

Przy­wie­ram do niego, dotyk jego twar­dego ciała jest taki zna­jomy. Znów przy­wo­łuję wspo­mnie­nia o tym, jacy kie­dyś byli­śmy, ale to, co czuję, jest ode­rwane od tego, co pamię­tam. Kolejne odcię­cie, przez które mam wra­że­nie, jak­bym była kimś innym.

Coś jest nie tak...

Biorę głę­boki wdech i mówię:

- Prze­pra­szam, że nie byłam... sobą. Ni­gdy nie myśla­łam, że jestem kimś, kto potrze­buje kariery, żeby wyka­zać swoją war­tość, ale może tak jest. - Prze­chy­lam głowę do tyłu, żeby na niego spoj­rzeć. Nie muszę się bar­dzo sta­rać, żeby wyglą­dać na prze­stra­szoną i bez­bronną, bo tak wła­śnie się czuję, nawet jeśli jestem zde­cy­do­wana iść naprzód. - Nie mogę uwie­rzyć, że nie wypra­co­wa­łam jakiejś klau­zuli wyj­ścia lub ukry­tego spo­sobu na wypa­dek, gdyby fuzja z Baha­ran nie wypa­liła. Co za głupi błąd. Nie mogę prze­stać pluć sobie w brodę.

- Kocha­nie. Nie. Nie możesz się za to obwi­niać. - Przy­ci­ska usta do mojego czoła. - Ja też się z tym zma­ga­łem. Mia­łaś nadzieję, że ci dora­dzę, a ja nawet o tym nie pomy­śla­łem, bo jeste­śmy rodziną, a wspólna praca przez resztę życia była naszym zobo­wią­za­niem wobec sie­bie.

Czyżby naprawdę nie wie­dział? Czy to moż­liwe?

- Może jakiś praw­nik mógłby przej­rzeć umowę i zna­leźć spo­sób, któ­rego nie bra­li­śmy pod uwagę.

- Myślisz, że już tego nie pró­bo­wa­łem? - szep­cze. - Kiedy prze­sta­łaś mi ufać? Wiesz, że jesteś dla mnie wszyst­kim.

Jego dło­nie głasz­czą moje nagie plecy w górę i w dół, roz­grze­wa­jąc skórę, ale mój gniew jest tak lodo­waty, że dostaję gęsiej skórki. Zaczy­nam drżeć, powstrzy­mu­jąc chęć, by go ode­pchnąć, ude­rzyć i podra­pać paznok­ciami jego twarz, aby wszy­scy mogli zoba­czyć, że jestem gotowa wyrwać się z tej kłam­li­wej, zdra­dziec­kiej rodziny.

- Wyjdźmy gdzieś wie­czo­rem - pro­po­nuje. - Od wie­ków nie byli­śmy na randce, a potrze­bu­jemy tego. Ostat­nio jeste­śmy tak sku­pieni na pracy, że stra­ci­li­śmy z oczu to, co jest ważne.

Powoli, ostroż­nie wypusz­czam powie­trze z płuc. To nie jest dobry moment, by wywo­ły­wać kon­flikty. Tą prze­klętą umową posta­wili mnie w sytu­acji bez wyj­ścia, dokład­nie tak, jak chcieli.

- Świetny pomysł. Podoba mi się.

- Od razu zro­bię rezer­wa­cję. - Znów mnie całuje. - Za ile będziemy mogli wyjść?

- Nie­długo - odpo­wia­dam słodko, wygła­dza­jąc klapy jego mary­narki. - Będę gotowa, zanim się obej­rzysz.

Uśmie­cha się.

- Pocze­kam w salo­nie.

Mój mąż wycho­dzi dłu­gimi, ele­ganc­kimi kro­kami. Gdy jest poza zasię­giem wzroku, mój uśmiech znika. Złość pło­nie mi w żyłach niczym dobry alko­hol. Gniew daje siłę i przyj­muję go z rado­ścią.

Myślę, że Aliyah zachę­ciła Dariusa, żeby się ze mną oże­nił. Zawsze uwa­ża­łam, że to ona zasu­ge­ro­wała włą­cze­nie Social Cre­amery do Baha­ran. Moja teściowa jest cwana. Widocz­nie zda­wała sobie sprawę, że racz­ku­jąca Baha­ran potrze­buje bez­po­śred­niego dostępu do kon­su­menta. Koszty zatrud­nie­nia przed­sta­wi­cieli han­dlo­wych, któ­rzy mie­liby zachę­cać leka­rzy, są zapo­rowe. Znacz­nie taniej jest stwo­rzyć por­tal inter­ne­towy, za pośred­nic­twem któ­rego leka­rze prze­pi­su­jący leki i szu­ka­jący łatwych pie­nię­dzy mogą kon­sul­to­wać się z pacjen­tami online i wysy­łać leki pocztą. Wymaga to jed­nak zwa­bie­nia kon­su­menta do por­talu, co jest moją spe­cjal­no­ścią.

Weszłam w pułapkę Arman­dów z uśmie­chem, myśląc, że staną się rodziną, któ­rej zawsze pra­gnę­łam. Dawno temu zosta­wi­łam swo­ich rodzi­ców, psy­chicz­nie zabu­rzo­nych alko­ho­li­ków, ku obo­pól­nej uldze. Ni­gdy nie chcieli mieć dziecka i zawsze trak­to­wali mnie jak dar­mo­zjada.

Aliyah prze­jęła moją firmę poprzez fuzję. Zarzą­dzała nią tak, że dopro­wa­dziła do ruiny, ale jestem pewna, że celowo. Teraz, gdy ją znam, myślę, że ni­gdy nie chcia­łaby mieć udziału w biz­ne­sie, który pomaga innym fir­mom odnieść suk­ces. Wszy­scy na świe­cie są dla niej kon­ku­ren­cją. Chciała spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy i cał­ko­wi­tej kon­troli, i dostała to.

I Darius. Ogra­ni­czał mnie, aż w końcu sie­dzia­łam sama w naszym miesz­ka­niu, a moimi jedy­nymi praw­dzi­wymi przy­ja­ciółmi były kolo­rowe karafki na wózku baro­wym, mój dom był sprzą­tany i posiłki przy­go­to­wy­wane przez gospo­dy­nię, z którą nie mogę się poro­zu­mieć, bo mówimy róż­nymi języ­kami, a moim jedy­nym celem było słu­że­nie jako obiekt do zaspo­ka­ja­nia żądzy mojego męża. Ni­gdy nie byłam dla nikogo niczym poza ład­nym opa­ko­wa­niem do rucha­nia. Nie mam uczuć ani umy­słu.

Czy nie będą zasko­czeni, gdy się zorien­tują, że naprawdę mam rozum i talent do małej zemsty? Aliyah też jest w tym dobra, ale cho­dzi na pal­cach wokół swo­ich dzieci. Nic nie stoi mi na prze­szko­dzie poza mną samą.

Otwie­ram dolną szu­fladę toa­letki i wycią­gam pół­li­trową butelkę wódki, którą trzy­mam owi­niętą w cze­pek prysz­ni­cowy. Ślinka mi ciek­nie, gdy na nią patrzę, a palce głasz­czą chłodne szkło. Chcę odkrę­cić nakrętkę i pocią­gnąć tęgi łyk, wie­dząc, jak dobrze się poczuję, gdy trafi do mojego brzu­cha. Wyko­na­łam godną pochwały pracę, odzwy­cza­ja­jąc się od alko­holu, ale nie to mnie teraz powstrzy­muje.

Nie ufam już, że mogę prze­łknąć cokol­wiek w tym miesz­ka­niu, nie po tam­tej nocy u Ramina. Mogę popeł­nić wiele okrop­nych rze­czy, ale zdrada do nich nie należy. Mono­ga­mia i wier­ność to dla mnie dwie pod­sta­wowe war­to­ści. Ni­gdy nie zła­ma­ła­bym tych zasad, nawet będąc pijana w sztok.

Coś jest cho­ler­nie nie tak!

Muszę zain­sta­lo­wać kamery, które kupi­łam dawno temu, i dobrze je ukryć. Począt­kowo pla­no­wa­łam moni­to­ro­wać, co się dzieje, gdy tracę przy­tom­ność, ale teraz chcę obser­wo­wać wszyst­kich innych. Moją gospo­dy­nię, gości, a nawet męża - męż­czy­znę, który wła­śnie skła­mał mi pro­sto w twarz tak prze­ko­nu­jąco, że trudno mu nie wie­rzyć, nawet gdy znam treść umowy o fuzji tak dobrze, jak teraz.

Moje utraty pamięci i nie­wy­tłu­ma­czalne zacho­wa­nie nie są wywo­łane alko­ho­lem. Pamię­tam, jak sta­łam w miesz­ka­niu Ramina i czu­łam się jak pasa­żerka w czy­imś ciele... czy­imś życiu. Wtedy pomy­śla­łam, że oni muszą jakoś wypa­czać mój umysł, a im dłu­żej to trwa w ciągu ostat­nich kilku lat, tym bar­dziej jestem pewna, że albo jestem odu­rzana, albo pod­da­wana gasli­gh­tin­gowi, a może jedno i dru­gie, i dopóki nie prze­stanę pić, nie mogę niczego wyklu­czyć.

Zanim zmie­nię zda­nie, odkrę­cam nakrętkę i wyle­wam pozo­sta­ło­ści z butelki do odpływu. Zapach jest jed­no­cze­śnie odpy­cha­jący i kuszący. Opary zdają się zale­wać moje zmy­sły, prze­bie­ga­jąc wnętrz­no­ści gwał­tow­nym dresz­czem. Płu­czę butelkę i cho­wam z powro­tem. Muszę pamię­tać, żeby ją wyrzu­cić, kiedy będę mogła podejść do kosza na śmieci nie­zau­wa­żona. To mój cho­lerny dom, ale zawsze czu­łam się tu jak gość.

Pro­stu­jąc się, znów widzę sie­bie w lustrze. Odchy­lam ramiona w tył i uno­szę głowę. Zie­leń moich oczu jest ciem­niej­sza niż u Lily, bar­dziej szma­rag­dowa, mniej jade­itowa. Kiedy pierw­szy raz zoba­czy­łam jej foto­gra­fię wiszącą na ścia­nie u Kane'a, pomy­śla­łam, że mło­dość i orga­zmiczny blask dały jej lekką prze­wagę nade mną. Potem spo­tka­łam ją oso­bi­ście i zda­łam sobie sprawę, że ta prze­waga jest ogromna. Blask, któ­rym ona lśni, wyraża bogac­two i klasę.

Pra­cuję nad swo­imi nie­do­sko­na­ło­ściami. Zmniej­szy­łam prze­wagę Lily. Przed­tem byłam jej bladą imi­ta­cją, ale wkrótce będę w sta­nie jej dorów­nać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki