p
Kim jestem?
Mam na imię Ela, ale w Internecie używam pseudonimu Święta Ladacznica. Jestem byłą pracownicą seksualną. Przez mniej więcej pięć lat spotykałam się z klientami jako dziewczyna do towarzystwa. Pracowałam zarówno w agencji, jak i samodzielnie. Przez półtora roku wynajmowałam mieszkanie do spotkań, a przez trzy - dojeżdżałam do klientów na własną rękę, spotykając się w hotelach i apartamentach.
Pochodzę z centrolewicowej, wykształconej rodziny, która dobrze znała się z czołowymi działaczami "Solidarności" i walczyła o niepodległość. W dzieciństwie niczego mi nie brakowało... no, może jeszcze jednej książki.
Niestety moim bliskim przestało się powodzić, kiedy miałam kilkanaście lat. Z roku na rok było coraz gorzej. To, że dorosłam i poszłam do pracy na etacie oraz miałam stypendium naukowe na studiach, niewiele pomogło. Z powodów zdrowotnych przestałam być w stanie pracować na etacie, a niestety byłam jedyną osobą w rodzinie, która zarabiała pieniądze. Praca seksualna, o której marzyłam już w podstawówce, okazała się strzałem w dziesiątkę. Stanęłam z powrotem na nogi, pomogłam rodzinie, miałam dużo czasu na rozwój kompetencji zawodowych i poznałam świetnych ludzi - z niektórymi utrzymuję kontakt do dziś. Dzięki escortingowi jestem dziś w zupełnie innym miejscu.
Tematyka ludzkiej seksualności fascynowała mnie od bardzo dawna, ale przy okazji pracy seksualnej miałam okazję zweryfikować wiele mitów. Postanowiłam też zainwestować w rozwój swojej wiedzy - w trakcie tych pięciu lat escortingu odbyłam wiele kursów edukacyjnych i rozwojowych prowadzonych przez polskich oraz zagranicznych specjalistów. Przeczytałam też dziesiątki książek o seksie i związkach.
Moim wielkim marzeniem było wydanie własnej książki o ludzkiej seksualności. Już kilka razy mnie wydrukowano, pojawiałam się też w różnych mediach jako publicystka, ale teraz czytasz moją pierwszą samodzielną publikację.
Książka ta jest zbiorem autentycznych pytań, jakie zadali mi anonimowo czytelnicy Escort Girl Blog - internetowego pamiętnika, który prowadzę, odkąd zatrudniłam się w agencji towarzyskiej w 2015 roku. Na potrzeby książki ugładziłam nieco język pytań i przeredagowałam moje odpowiedzi tak, aby były bardziej wyczerpujące. Dorzuciłam także kilka pytań i odpowiedzi z innych źródeł, tak aby tematyka publikacji była pełniejsza. Na blogu nikt bowiem nie zapytał mnie o najpowszechniejsze wady pracy seksualnej, a tak się składa, że choć przez większość czasu lubiłam swoją pracę, to miała ona swoje cienie. Czuję się odpowiedzialna za obraz pracy seksualnej i nie chciałabym wywrzeć na żadnej młodej kobiecie wrażenia, że na pewno zarobi majątek, wszystko będzie dobrze i nic złego nigdy jej nie spotka.
W chwili, gdy piszę te słowa, od ośmiu miesięcy nie pracuję seksualnie. Zrealizowałam inne swoje marzenie - poszerzyłam swoje kompetencje i mam własną firmę. Bez escortingu nie byłoby to możliwe. Ale praca seksualna nie spłynęła po mnie jak po kaczce: mam awersję do wielu seksualnych aktywności, które - praktykowane z obcymi ludźmi - po prostu mi się przejadły.
#WSTĘP
Na moim blogu przez dwa lata funkcjonowała specjalna podstrona z pytaniami, gdzie każdy mógł anonimowo zapytać mnie o cokolwiek - pokłosie zbanowania mnie przez Ask.fm za pisanie o sprawach dla dorosłych. Łącznie na blogu pojawiło się około tysiąca pięciuset pytań oraz komentarzy do najnowszych artykułów i komentarzy do odpowiedzi na cudze pytania. To właśnie z tego zbioru pochodzi 95% pytań i odpowiedzi, które przeczytacie w tej książce.
Pytania zadawali przeważnie mężczyźni, część pytań dotyczyła anatomii i fizjologii związanej z seksualnością.
Pewien czytelnik napisał mi tam mniej więcej tak:
Proszę, błagam, apeluję. Wielkość penisa, ilość wystrzelonej spermy, wygolona czy nie - kurczę blade, ja nie chcę tego tu spotykać. Gdzieś musi być granica między "otwartością" i wolnością mówienia o wszystkim, a zwykłą fizjologią. Bo za chwilę będą pytania o naprawdę obrzydliwe rzeczy. Mnie urzekła w Tobie, Elu, inteligencja, otwartość, szeroka perspektywa. Klasa, styl. Ale nie prosta fizjologia. Please!
Odpisałam mu następująco:
Fizjologia też jest ważna, zwłaszcza w seksualności.
Ludzie nie mają gdzie o tym rozmawiać i tabuizują swoje ciało, żyją ze wstydem i kompleksami, które potrafią ich blokować na długo - wystarczy choćby, że raz zdarzy się nieprzyjemny wypadek z czymś, o czym nie chcesz czytać. I ten czytelnik będzie się powstrzymywać przed miłą czynnością na zasadzie urazu psychicznego, bo chce uniknąć drugiej "wpadki".
Przyznaję, że część pytań o ciekawostki mnie nie inspiruje, ale najwyraźniej dla kogoś to są ważne sprawy, o których z jakiegoś powodu nie chce pisać na grupie o seksie na Facebooku. To zrozumiałe.
Podczas zajęć z edukacji seksualnej często można zadać osobie prowadzącej anonimowe pytania na karteczkach (najlepiej jak jest to osoba obca, spoza szkoły, aby nie rozpoznała charakteru pisma) i wtedy obowiązuje zasada "nie ma głupich pytań". Ta koncepcja jest mi bardzo bliska i mam wrażenie, że dla części moich czytelników ten dział na blogu spełnia właśnie funkcję tych karteczek.
Dobrze rozumiem Twoją niechęć, ale myślę, że może ona wynikać (popraw mnie, jeśli się mylę) właśnie z tego, że traktujemy fizjologię jako coś wstydliwego, nieodpowiedniego do rozmów, budzącego nerwowy śmiech i zażenowanie. Jak nastolatki z "Sex Education" podczas lekcji z nakładania prezerwatyw na dilda. A przecież to nasze ciała i im lepiej je znamy oraz im bardziej akceptujemy, tym łatwiej nam się żyje. Dlatego proszę Cię o trochę wyrozumiałości dla pytających i dla mojej postawy.
Jeśli chcesz, mogę zacząć edytować pytania o "te sprawy", dodając na ich początku hashtagi, na przykład #ciało, żeby osoby jak Ty mogły pominąć to, czego nie chcą widzieć. Może to też ułatwić czytanie pytań tym, których interesują tylko wybrane tematy. Co o tym myślisz?
Kiedy szukałam pomysłu na tę książkę, to pytanie było świeże jak dzisiejsza bułeczka. Ponieważ w odpowiedzi podsumowałam swoje podejście do edukacji seksualnej, postanowiłam, że to od niego zacznę tę książkę. Wdrożyłam też w książce pomysł z hashtagami i podzieliłam pytania na następujące grupy: #klienci, #seksworkerki, #omnie, #bezpieczeństwo, #onaion, #zdrowie, #ciało, #prawo, #klubyswingerskie, #oferta, #doświadczenia, #arsamandi, a także oznaczyłam dwa pytania jako #pornografia i #akcesoria. Jeśli jakaś kategoria pytań Ci nie podejdzie, łatwo stwierdzisz, co chcesz ominąć.
#ONAION
Czy mogłabyś na podstawie swojego doświadczenia powiedzieć, co różni seksualność mężczyzn od seksualności kobiet? Czy może nie jesteś w stanie tego określić, bo jest to zbyt indywidualne?
To trudne pytanie. Oczywiście da się zauważyć pewne tendencje płciowe, ale pisanie o nich to zawsze generalizowanie. Potem zwykle pojawia się ktoś, kto ma inaczej i mówi "nie wiedziałam, że jestem mężczyzną".
Na pewno mamy inną fizjologię seksu. Kobiety podniecają się zasadniczo wolniej i częściej na podniecenie wpływa poczucie łączności z partnerem/partnerką albo zainicjowanie już działań (to ostatnie to tak zwane pożądanie responsywne). Częściej lubią tak zwaną grę wstępną i częściej są w stanie przeżywać wielokrotne orgazmy (choć również mężczyzna jest w stanie się tego nauczyć, kilkakrotnie byłam świadkiem). Oczywiście to statystyka, a nie prawda typu "każda kobieta tak ma".
U mnie różnice przekładają się na to, że często zaczynam mieć autentyczną ochotę na seks w trakcie akcji, ale zanim podniecę się do etapu orgazmu, to przeciętny mężczyzna już dojdzie i zapomni o seksie. Tym bardziej, że wielu z nich wciąż traktuje grę wstępną jako przygotowanie kobiety do penetracji. No nie. Wprawdzie część z nas nawet nie lubi gry wstępnej, ale część kobiet woli ją od penetracji i mogłaby na niej poprzestać - szczególnie jeśli finałem byłaby umiejętnie zrobiona minetka albo zabawa z magiczną różdżką. Dlatego też mówienie o grze wstępnej trochę zafałszowuje obraz kobiecej seksualności i osobiście nie przepadam za tym pojęciem. W tym ujęciu seks dwóch kobiet to wyłącznie gra wstępna...
Oczywiście moi kochankowie byli w większości klientami, a więc należeli do specyficznej grupy, bo wielu z nich zależało tylko na ICH przyjemności, a moja to był taki dodatek. Jednak u wielu mężczyzn niebędących klientami zauważam to samo, podczas gdy seks z kobietą wyraźnie częściej prowadził do obopólnej przyjemności.
#PRAWO
Co powiedziałabyś feministkom na przykład ze Szwecji, które są dumne z tego, że tam klienci są karani?
Feministkom ze Szwecji powiedziałabym, że w praktyce są dumne z tego, że narażają pracownice i pracowników seksualnych na znacznie większe niebezpieczeństwa i że bardzo im gratuluję, że rozporządzają życiem i seksualnością innych kobiet niczym najbardziej konserwatywne mohery.
Tak zwany model szwedzki, obowiązujący również w kilku innych państwach i coraz bardziej popularny, jest bardzo niebezpieczny dla pracownic seksualnych z kilku powodów.
Po pierwsze, kryminalizacja klientów sprawia, że porządni mężczyźni albo rezygnują z kupowania seksu albo praktykują seksturystykę do innych krajów, na przykład Polski. Dostępni zostają ludzie, którzy nie przejmują się prawem i nie boją się łatki przestępcy - ten gorszy sort, który jest bardziej przemocowy.
Po drugie, kryminalizacja klientów powoduje, że panowie bardzo chronią swoją tożsamość, czyli jeśli popełnią przestępstwo, to pozostają bezkarni - jest ich o wiele trudniej namierzyć. W Polsce klienci chętnie podają numer telefonu, często nawet nazwisko. Pracownice seksualne korzystają z tego, podając namiary na klientów swoim osobom zaufanym na wypadek, gdyby nie wróciły bezpiecznie ze spotkania. W Szwecji i krajach z podobnym modelem prawnym - klienci kryją się jak mogą.
Po trzecie, model szwedzki zakłada, że kobieta nigdy nie pracuje seksualnie z własnej woli. Jest w nim ofiarą. Więc jeśli utrzymuje, że jednak ofiarą nie jest, to z automatu jest traktowana jak zaburzona. Wiele kobiet potraciło w ten sposób kontakty ze swoimi dziećmi, a często to z ich powodu podjęły tę pracę.
Ale nic z tego i tak by nie dotarło do feministek ze Szwecji, bo ten gatunek, zwany potocznie swerfami (SWERF = Sex Worker Exclusionary Radical Feminist), nie słucha pracownic seksualnych innych niż te, które mówią, że praca seksualna to najgorsze, co je spotkało w życiu i dodatkowo zgadzają się, że kryminalizacja klientów jest właściwa.
#ZDROWIE
Gdybyś miała stałego zaprzyjaźnionego klienta i on zaproponowałby Ci zrobienie wspólnie badań i uprawianie seksu bez prezerwatywy, bo tak przyjemniej, to co Ty na to?
Uznałabym, że jest, delikatnie mówiąc, bardzo głupi.
Po pierwsze, ja nie miałam i nie mogłam mieć zaufania do klienta, jakiegokolwiek, że uprawiałby seks tylko ze mną.
To musiałaby być niezwykle bliska relacja z kimś bardzo szczególnym, totalnie monogamicznym, niezwykle odpowiedzialnym i godnym zaufania. Taką relację mam dopiero teraz, z moim chłopakiem.
Po drugie, i to dlatego uważałabym go za nierozgarniętego (oraz nieodpowiedzialnego!), jako pracownica seksualna byłam w grupie podwyższonego ryzyka. Miałam nawet trzydziestu partnerów seksualnych miesięcznie, a prezerwatywa nie daje stuprocentowej gwarancji zachowania zdrowia. Z nikim nie decydowałam się na seks bez zabezpieczenia. Nawet badanie się co miesiąc nie dawałoby drugiej osobie totalnego zabezpieczenia, bo istnieje coś takiego jak okienko serologiczne - czyli że testy wykazują zakażenie chorobą dopiero po jakimś czasie od zakażenia.
Dlatego nie, seks bez prezerwatywy w trakcie pracy seksualnej jest absolutnie niemożliwy.
Ludzie czasem pytają w tym miejscu "a prywatnie?". Cóż. Także z moim chłopakiem cały czas escortingu upłynął nam w towarzystwie gumek i regularnych wspólnych badań. Nasza bliskość nie miała najmniejszego wpływu na bezpieczeństwo naszego seksu.
Zawsze jestem w szoku, że partnerzy i znajomi niektórych pracownic i pracowników seksualnych uprawiają z nimi seks bez zabezpieczenia, "po znajomości". Jeżeli podejmujesz ryzykowne zachowania seksualne - a częsty seks z wieloma ludźmi do nich zdecydowanie należy - to zabezpieczaj się zawsze, przede wszystkim z ludźmi, na których zdrowiu Ci zależy. Chyba że wspólnie świadomie ryzykujecie.
Niestety bardzo często widzę nie "zaryzykujmy" a "ufam ci", podczas gdy zaufanie ma cokolwiek do rzeczy tylko kiedy jest się w zamkniętej relacji po wspólnych testach uwzględniających okienko serologiczne. Inaczej można mieć tylko nadzieję, że wirusy wyczują magicznie, że tym razem mają nie zakażać, bo nie dochodzi do zapłaty za seks, bo to pierwszy raz, bo to tylko ten jeden raz, bo sobie bezpodstawnie ufamy, że jesteśmy zdrowi... Podpowiem: nie wyczują. Wirusy po prostu zakażają jak leci.
#OFERTA
Napiszesz coś więcej o sesjach BDSM? Zaciekawiło mnie, czym się różnią od zwykłych sesji albo zwykłych sesji z ostrym seksem?
Na sesje BDSM z profesjonalnymi uległymi umawiają się panowie, którzy lubią dominować albo są sadystami (albo jedno i drugie). O wiele bardziej popularna jest komercyjna dominacja dla uległych i masochistycznych klientów, ale na tym się nie znam. Z kolei oferta komercyjnych uległych jest bardzo skromna i wyróżniałam się na rynku.
Znakiem rozpoznawczym Panów i Sadystów jest to, że często podczas sesji BDSM posługują się różnymi akcesoriami, takimi jak obroża i smycz, kajdanki, klamerki na sutki czy wargi sromowe, maski na twarz, liny, świeczki do kapania woskiem na skórę, pejcz albo pas, knebel itp. - różnie, według preferencji danego klienta i arsenału, jakim wspólnie dysponujemy. Te akcesoria służą po pierwsze do zrobienia atmosfery, po drugie do zniewolenia, a po trzecie do zadawania bólu, większego lub mniejszego (ja lubię mniejszy). Niektóre zabawki to zupełnie normalne przedmioty domowego użytku, takie jak klamerki do bielizny czy chrupki dla psa, inne kupuje się w wyspecjalizowanych sex shopach. Ale można się bawić i bez zabawek.
Ogólnie sesja BDSM to nie tylko ostry seks, ale i kontrola (na przykład nad zachowaniem albo orgazmami, które mam lub których nie wolno mi mieć), upokorzenie (na przykład opluwanie, wyzwiska albo napisy na ciele), ból (ciągnięcie za włosy, dużo klapsów, łaskotanie). Panów, którzy to lubią, cieszy władza nade mną. Taka sesja nie jest partnerska, bo ja im tę władzę czasowo oddaję, ale po pierwsze, poruszamy się w uprzednio ustalonych ramach działania, a po drugie, zawsze mogę użyć hasła bezpieczeństwa (tak zwanego safeworda). Obecność hasła bezpieczeństwa pozwala mi ustalonym zawczasu słowem / gestem przerwać ich działania, jeśli przekroczą jakoś moje granice, na przykład bólu czy poprzez oczekiwanie czegoś, czego nie zrobię. Każdy klient ma inne preferencje, więc sesje bardzo różnią się między sobą.
Po wszystkim następuje tak zwany aftercare, czyli wyjście z roli i przegadanie całości na spokojnie oraz intensywna opieka, jeśli jestem obolała lub w silnych emocjach.
To tak z grubsza i w wersji komercyjnej, bo prywatnie można być w rolach Dominującego i uległej cały czas (nawet podczas aftercare), a z klientem widywanym w najlepszym razie co kilka tygodni raczej się tak nie da.
#PRAWO
Jak wyglądała u Ciebie kwestia podatków?
Jeśli coś jest widziane przez polskie prawo jako prostytucja, to nie może być przedmiotem ważnej prawnie umowy, a co za tym idzie - pieniądze z tego nie liczą się jako dochód. Nie są też darowizną. Ani nie są z niewiadomego źródła (za co płaci się fiskusowi 75%). Po prostu ich nie ma.
Co za tym idzie, jeśli mam dowody na to, że moje dochody pochodzą ze sprzedaży seksu, to:
- nie płacę podatków od dochodu
- mogę być zarejestrowana jako bezrobotna, bo formalnie nie mam dochodu
- o emeryturę muszę zadbać sama
- nie mam zaświadczenia o zarobkach, no bo formalnie nie mam dochodu
- nie mogę założyć firmy i tak rozliczać sobie dochodów, płacić ZUS-u i podatków, bo byłoby to poważne przestępstwo
Jeśli nie miałabym dowodów na to, że moje dochody pochodzą ze sprzedaży seksu, to Urząd Skarbowy mógłby mi zabrać 75% przy okazji np. kupna mieszkania za oszczędności (haha, oszczędności). To konieczne, bo sporo ludzi udawało, że ma pieniądze z seksu, żeby uniknąć ogromnego podatku. Co więcej, Urząd Skarbowy orientuje się w stawkach za usługi seksualne i wylicza sobie, czy realne jest, że cała kwota pochodzi z prostytucji.
(Popularna opinia głosi, że podatków nie płacimy, bo państwo byłoby alfonsem, ale tu chodzi o nieważność umowy sprzedaży seksu jako niemoralnej).
Szczęśliwie już mam firmę i już płacę podatki i składki - na razie tylko zdrowotne, bo wciąż korzystam z ulgi na start. Wciąż bardzo cieszy mnie możliwość wrzucania inwestycji w koszty prowadzenia działalności. Niby to absurd, skoro dawniej nie płaciłam podatków, ale magia kosztów na mnie działa. I mam piękny program księgowy! Brakowało mi tego, serio.
#SEKSWORKERKI
Chciałbym zapytać, ile wynosi Twoim zdaniem optymalna stawka za jedną godzinę w Warszawie? Chodzi mi o to, ile trzeba zapłacić, by spodziewać się wysokiej jakości usług i dziewczyny ze zdjęć. Od dłuższego czasu nastawiam się na takie spotkanie i nie chciałbym się zrazić.
W naszej branży nie ma takiej kwoty, przy której jest gwarancja jakości. Kiedyś widziałam reklamę pani z Odlotów z wyższej półki cenowej (400 zł za godzinę? 500?), niezwykle atrakcyjnej. Z recenzji na Garsonierze wyczytałam, że ona w ogóle nie istnieje, a pod wskazanym adresem mieści się agencja z rozbudowanym systemem dopłat: w cenie podanej w ogłoszeniu było dostępne prawie że nic. Natomiast przypuszczam, że luksusowe agencje z renomą pilnują standardów, ale nie dam za to głowy. Równocześnie istnieją osoby, które mają bardzo niskie stawki, rzędu 100-150 złotych, oferujące doskonałą jakość usług.
Ogólnie polecam Ci wybrać sobie ileś obiecujących ogłoszeń z popularnych portali, podzwonić, dopytać o szczegóły oferty - w tym dopłaty - i wybrać osobę, z którą będziesz mieć największą chemię. Niestety nie gwarantuje to bezpieczeństwa.
W branży jest zatrzęsienie osób stosujących overbooking (umawianie kilku klientów na jedną godzinę, bo mężczyzna najwyżej spotka się z koleżanką z drugiego pokoju lub - jeśli pracownica jest sama - pocałuje klamkę) albo wystawiających fałszywe ogłoszenia z cudzymi fotografiami. Żadne z tych dwóch zjawisk nie jest dostatecznie mocno potępiane. A przecież gdyby praca seksualna była legalną pracą, fałszywe zdjęcia byłyby nielegalne, a overbooking... co najmniej dyskredytujący usługodawcę.
Zdecydowanie największe ryzyko wiąże się z umawianiem u pracownicy seksualnej w mieszkaniu - często to są agencje lub prywatne osoby idące w ilość, a nie jakość. Osoby dojeżdżające do hoteli, które dodatkowo nie pobierają oddzielnej opłaty za dojazd, to znacznie częściej niezależne profesjonalistki, no i takie działanie raczej wyklucza overbooking czy podstawienie koleżanki. Ale nawet one mogą pracować na zdjęciach kupionych w Internecie lub po prostu komuś ukradzionych.