p
Podziękowania
Podziękowania
Największy wkład w powstanie tej książki
mieli pacjenci, z którymi pracowałam przez cały okres życia zawodowego,
oraz ich starania, aby dojść od siebie po doświadczeniach, z jakimi
przyszło im się zmierzyć. Miałam możliwość towarzyszyć wielu z nich w procesie dochodzenia do lepszego poznawania samych siebie i odwracania
skutków dawnych traum. To właśnie ich wątpliwości i problemy utorowały
drogę do rozumienia problemów psychologicznych wynikających z traumatycznych doświadczeń, a także do obszarów, nad którymi należy
pracować, aby zniwelować konsekwencje tychże doświadczeń.
W obszarze teoretycznym największy wpływ na rozwój mojego podejścia
wywarły teorie dysocjacji oraz traumy złożonej, które nie zostaną tu
jednak szczegółowo opisane ze względu na informacyjny charakter książki.
Głębsza analiza tej problematyki, z licznymi odniesieniami do innych
specjalizujących się w niej autorów, zawarta została w moich
publikacjach, takich jak Trastornos Disociativos (Zaburzenia
dysocjacyjne), Trastorno de Identidad Disociativo (Zaburzenie
dysocjacyjne tożsamości) oraz EMDR y Disociación, el Abordaje
Progresivo (EMDR i dysocjacja, podejście progresywne), spośród których
dwie ostatnie powstały przy współpracy z Dolores Mosquerą.
Terapia EMDR legła u podstaw mojego zainteresowania tematyką traumy i dysocjacji. W ramach tej perspektywy teoretycznej zakłada się, że obecne
problemy wynikają z przeszłych negatywnych doświadczeń, których nasz
mózg nie był w stanie przetworzyć. Owe niezasymilowane doświadczenia
determinują, często bez udziału naszej świadomości, nasz sposób
funkcjonowania w świecie. To podstawowe założenie stanowi rdzeń
niniejszej książki, w której będziemy bezustannie łączyć obecne schematy
naszych zachowań z czynnikami pochodzącymi z przeszłości.
W ramach moich wcześniejszych doświadczeń zgłębiałam terapię grupową,
terapię systemową oraz poznawczo-analityczną terapię zaburzeń
osobowości. Wszystkie te podejścia pokazały mi wagę relacji, zarówno w powstawaniu problemów psychologicznych, jak i w tym, jak się z nimi
mierzymy.
W ostatnich latach zaczęto łączyć obszar regulacji emocjonalnej z pracą
nad traumą, przywiązaniem i dysocjacją. Wraz z moimi
współpracowniczkami, Lucíą del Río i Anią Justo, pracowałyśmy nad
zagadnieniem związku pomiędzy dysocjacją psychologiczną i somatyczną,
regulacją emocjonalną a psychozą. Refleksje związane z tą problematyką
również wzbogaciły tę książkę.
Wstęp
Wstęp
Człowiekowi można odebrać wszystko z wyjątkiem jednego -?ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych
okolicznościach, swobody wyboru własnej drogi.
Victor E. Frankl1
Sara cierpi na bóle głowy, które lekarze
zaklasyfikowali jako napięciowe. Jednak do niej ta diagnoza nie
przemawia, ponieważ nie łączy swoich dolegliwości z żadnymi stresującymi
sytuacjami ani nie zauważa, by pojawiały się akurat wtedy, gdy czymś się
zdenerwuje. Marcos niekiedy traci panowanie nad sobą. Nie chodzi o to,
że ma zły charakter, jednak faktem jest, że są sytuacje, które
sprawiają, że wybucha, a później czuje się bardzo źle z tym, co zrobił.
Lucía przez całe życie cierpiała na depresję, ale w ostatnich latach jej
nastrój znacznie się pogorszył. Odkąd pamięta, miała tendencję do bycia
osobą negatywistyczną, pesymistyczną, o skrajnie niskim poczuciu własnej
wartości. María ma problemy z pamięcią. Zapomina o pewnych wydarzeniach.
Niekiedy zdarza się, że robi coś, a potem nie pamięta, kiedy to zaczęła
i w jakim celu. Sofía tnie sobie ręce i nogi, aby nie czuć tego, co
czuje, albo je do momentu, aż będzie miała wrażenie, że zaraz pęknie, a wszystko po to, by stłumić poczucie wewnętrznej pustki, która ją
wypełnia. Clara często czuje się obco, tak jakby całe jej otoczenie było
snem, a ona została oddzielona od tego wszystkiego i działała niczym
automat. Carmen słyszy w głowie głosy, które ją obrażają i zmuszają do
robienia rzeczy, których nie chce robić. Josefa jest podporą swojej
rodziny, silną kobietą, i zawsze zajmuje się problemami osób w swoim
otoczeniu. Darío żyje w ciągłym lęku, dręczony bezustannymi
wspomnieniami, które sprawiają, że ma poczucie, jakby przeszłe
wydarzenia powtarzały się raz za razem. Pedro uważa, że nie ma żadnego
problemu, ale jego żona zarzuca mu, że nie jest wobec niej czuły i że
nie ma sposobu, by do niego dotrzeć.
Co wspólnego mają ze sobą wszystkie te osoby? Ich sytuacje zdają się
całkowicie odmienne i prawdopodobnie gdyby skonsultowali się ze
specjalistą z obszaru zdrowia psychicznego, otrzymaliby zupełnie różne
diagnozy. Jednak ich problemy wywodzą się z traumatycznych doświadczeń,
które miały miejsce w bardzo wrażliwym okresie ich życia i które mogły
być bardzo długotrwałe i skrajnie trudne. Poza tym historie tych osób
sprawiły, że nie umieją one w zdrowy sposób regulować emocji. Jak widać,
wszyscy oni zareagowali na to, co im się przytrafiło, na skrajnie różne
sposoby, niekiedy wręcz stojące ze sobą w sprzeczności. Niektórzy z nich, tak jak Sara i Pedro, do tego stopnia oddzielili się od swoich
emocji, że już ich nie odczuwają. Inni, jak Sofía czy Darío, są przez
nie zalewani. Każda z tych skrajności stanowi problem, gdyż uniemożliwia
tym ludziom rozumienie i regulowanie swoich stanów emocjonalnych, tak by
pomagały im lepiej radzić sobie w codziennym życiu.
Kolejną cechą wspólną wszystkich tych osób jest to, że trawi je
permanentny konflikt wewnętrzny. Lucía bezustannie się zadręcza, Marcos
usiłuje kontrolować własne reakcje i wstydzi się, gdy się ujawniają,
Darío walczy ze swoimi wspomnieniami, Josefa nigdy nie ma poczucia, że
robi wystarczająco dużo, María i Clara nie potrafią nawet określić, kim
są... Wszyscy oni odrzucają pewne aspekty siebie, cechy charakteru,
atakujące ich wspomnienia, głosy, które słyszą, oraz własne emocje. Są
rzeczy, o których nie chcą myśleć, których nie chcą czuć. Nie
identyfikują się z niektórymi aspektami swojej osobowości lub nie chcą
uznać ich istnienia. Ta wewnętrzna walka jest nieustannie obecna w ich
życiu i pochłania ogromną część ich energii. Nie dość, że nie prowadzi
do rozwiązania problemów, to stanowi ich centralną część.
Znaczne różnice pomiędzy powyższymi przypadkami dostrzeżemy natomiast w poziomie świadomości własnych problemów u poszczególnych osób, a także w źródłach ich trudności. Prawdopodobnie gdybyśmy je o to zapytali,
niektóre z nich potrafiłyby połączyć swoje symptomy z elementami własnej
biografii, które przyczyniły się do ich rozwoju, ale wiele z nich nie
znalazłoby wyjaśnienia dla tego, co im się przydarza. Jak mogliśmy
zobaczyć, w niektórych przypadkach dana osoba nie dostrzega tego, że ma
jakikolwiek problem, a zauważają go jedynie inni. Możliwe, że wydaje im
się, iż przeszłość nie miała wpływu na ich obecny sposób funkcjonowania
albo że zdołały się już z nią całkowicie uporać. Wszystkim tym sytuacjom
będziemy mieli okazję się przyjrzeć w kolejnych rozdziałach.
Viktor Frankl był austriackim neurologiem i psychiatrą, który przeżył
pobyt w nazistowskich obozach koncentracyjnych. Podobnie jak on, wiele
osób doświadczyło traumatycznych wydarzeń, które wciąż wywierają wpływ
na ich relacje z innymi ludźmi i ze światem oraz na stosunek do samych
siebie, choć traumy te nie muszą być wcale tak ewidentne jak w przypadku
Frankla. To właśnie wraz z potężnymi konfliktami zbrojnymi ubiegłego
wieku zaczęło rosnąć znaczenie badań naukowych nad traumą. Coraz
bardziej oczywiste stawało się, jak mocno takie wydarzenia mogą wpływać
na rozwój problemów psychologicznych, które niekiedy mogą trwać przez
długie lata, a w wielu przypadkach nie ustępują samoistnie. Zaczęto
zatem opracowywać metody leczenia stworzone właśnie z myślą o ofiarach
sytuacji traumatycznych i coraz lepiej rozumieć znaczenie tego typu
zdarzeń.
Poza skutkami konfliktów zbrojnych w ostatnich dekadach zaczęło wzrastać
znaczenie badań nad przemocą domową, zwłaszcza wymierzoną wobec kobiet i dzieci. Jest to inny rodzaj wojen, często z bombami, których nie
słychać, i ranami, których nie widać, jednak ich konsekwencje zarówno w krótszej, jak i dłuższej perspektywie mogą okazać się katastrofalne.
Tematem tej książki są psychologiczne skutki wszystkich tych
doświadczeń, ale przede wszystkim -?jak to określił Frankl -?nasza
wolność decydowania o tym, co z nimi zrobimy. Kluczowymi warunkami
umożliwiającymi podejmowanie decyzji są zrozumienie problemu,
zwiększenie świadomości dotyczącej tego, co się dzieje wokół nas i w naszym wnętrzu, oraz analiza dostępnych możliwości. Z tej przyczyny
wiele rozdziałów tej książki skupia się na zrozumieniu skutków trudnych
doświadczeń dla funkcjonowania psychicznego. Jednak samo zrozumienie nie
wystarczy, gdyż musimy też aktywnie zaangażować się w zaprowadzenie
zmian w naszym życiu. Skrajnie negatywne, powtarzające się doświadczenia
prowadzą do wytworzenia sztywnych wzorców funkcjonowania, które należy
przerwać i zmodyfikować. Trzeba w aktywny i celowy sposób przełamać
inercję, z której powodu tkwimy w miejscach, w których nie chcemy się
znajdować.
Jak rozumiemy pojęcie traumy?
Wśród profesjonalistów nie ma konsensusu co do tego, jaki rodzaj
doświadczeń należy uznać za traumatyczne. Nie ulega wątpliwości, że
udział w potencjalnie śmiertelnym wypadku, przeżycie napaści albo utrata
całego dobytku w katastrofie takiej jak trzęsienie ziemi, pożar lub
powódź są okolicznościami potencjalnie traumatyzującymi. Jednak na
poziomie psychologicznym nie są to wcale sytuacje najbardziej
destrukcyjne.
Człowieka cechuje zadziwiająca zdolność adaptacji i przetrwania. Jednak
w odróżnieniu od innych gatunków nasza umiejętność radzenia sobie z tym,
co nam się przytrafia, ma silny związek z relacjami. W długim okresie,
od momentu poczęcia aż po osiągnięcie wieku dorosłego, jesteśmy zależni
od naszych opiekunów. Rozwijamy się w łonie matki, a później wytwarzamy
więzi, aby zapewnić sobie ochronę i móc dalej rozwijać się fizycznie i psychicznie. Ewolucyjnie umożliwiło to nam jako gatunkowi osiągnięcie
wysokiego poziomu funkcjonowania. Jednak nasza największa siła jest
zarazem naszą główną słabością, gdyż jesteśmy bardzo zależni od ludzi,
którzy opiekują się nami w okresie rozwoju. Nawet jako osoby dorosłe
zawsze pozostajemy w obszarze relacji. Dlatego też nic nie może
straumatyzować nas bardziej niż druga istota ludzka.
Konsekwencje katastrof naturalnych lub wypadków mogą być tragiczne, lecz
najbardziej dotkliwe są traumy typu interpersonalnego i to właśnie one
powodują najgłębsze zaburzenia tożsamości i systemu wartości jednostki.
Takie poważne traumy interpersonalne, zwłaszcza jeżeli mają miejsce na
początkowych etapach rozwoju lub pojawiają się w ramach bliskich
związków uczuciowych, dają początek objawom klinicznym, które zebrane
zostały w ramach koncepcji traumy złożonej. Choć pojęcie to nie istniało
do tej pory jako kategoria diagnostyczna w klasyfikacjach
międzynarodowych, wielu autorów opisywało już wcześniej, w jaki sposób
wpływają na nas doświadczenia tego rodzaju2,3.
W rzeczywistości najtrudniejsza dla nas do przyjęcia okazuje się
rozbieżność pomiędzy rzeczywistością, która sprawia nam ból, a naszą
skłonnością do zwracania się do innych. Niektórzy autorzy twierdzą, że
głównym elementem traumy jest doświadczenie zdrady ze strony osób,
którym ufaliśmy4.
Jako istoty społeczne dorastamy w grupach, które zapewniają nam poczucie
pewności i ochrony, a w dorosłości wciąż otaczamy się sieciami wsparcia
społecznego. Krzywda pochodząca spoza tych grup jest czymś, czego można
się spodziewać. Jeżeli jednak osoby, od których oczekujemy opieki, ranią
nas lub ignorują, wykracza to poza schemat zaprogramowany w naszych
mózgach przez ewolucję. Jeżeli na przykład ulegliśmy wypadkowi
samochodowemu, najgorszym elementem tego wspomnienia może być brak
zrozumienia i pomocy ze strony policjantów, którzy przybyli na miejsce
zdarzenia, lub ocknięcie się w szpitalnym łóżku, kiedy nie ma w pobliżu
nikogo, kto wyjaśniłby nam, co się dzieje. Jeżeli bliska osoba trafi z poważnym problemem na izbę przyjęć, najbardziej może nam zapaść w pamięć
jakiś mało empatyczny komentarz lekarza. Gdy oczekujemy pomocy od osoby,
która zajmuje tak szczególne stanowisko, zwłaszcza gdy znajdujemy się w pozycji zależności, wrogi gest lub brak uwagi może sprawić, że coś w nas
pęknie.
Właśnie dlatego historie przemocy lub porzucenia w rodzinie zazwyczaj
wywołują najbardziej złożone traumy. W takich sytuacjach osoby
najsłabsze są krzywdzone w obrębie grupy, która powinna budować ognisko
rodzinne i zapewniać ochronę przed światem zewnętrznym. Doświadczenia
takie jak wojna, porwanie, długa izolacja lub związek z kimś, kto znęca
się nad nami psychicznie lub fizycznie, mogą powodować obraz kliniczny,
w którym zaburzona zostaje cała osobowość. Nie jest to wówczas jedynie
wspomnienie, którego nie sposób zasymilować, bowiem następuje wówczas
załamanie się naszych przekonań na temat nas samych, innych ludzi i otaczającego nas świata
Niektórzy autorzy opisują również tak zwane ukryte traumy5. Chodzi o drobne,
codzienne doświadczenia, które moglibyśmy uznać za mało istotne,
"rzeczy, które dzieją się" w każdej rodzinie. Wynikają z braku
rozeznania, nieadekwatnych reakcji na emocje drugiej osoby, manipulacji
lub braku wsparcia we wrażliwym okresie dzieciństwa. Wiele z tych
sytuacji ma związek z pojęciem przywiązania, oznaczającym poszukiwanie
ochrony u opiekunów, od których jako dzieci jesteśmy zależni; w okresie
dorosłości owo przywiązanie przenosimy na osoby, z którymi nawiązujemy
więzi uczuciowe. Zdrowy styl przywiązania nazywany jest ufnym lub
bezpiecznym. Charakteryzuje go elastyczna, stabilna i spójna więź
pomiędzy dzieckiem a opiekunem. W przypadku zbyt dużego dystansu lub
przesadnego niepokoju mówimy o lękowym stylu przywiązania. Gdy niepokój
staje się nie do wytrzymania, pojawia się strach i powstaje
zdezorganizowany styl przywiązania. Tak jak bezpieczny styl przywiązania
chroni nas przed życiowymi przeciwnościami, tak style lękowy oraz
zdezorganizowany wpływają na to, w jaki sposób wchodzimy w interakcje z innymi oraz jaki mamy stosunek do samych siebie.
Wpływ tych wczesnych traumatycznych doświadczeń może być różny, w zależności od etapu życia, na jakim miały one miejsce6. Gdy wystąpi wiele
bardzo trudnych doświadczeń, a w dodatku styl przywiązania do opiekunów
jest zdezorganizowany, prowadzi to do zjawiska psychologicznego zwanego
dysocjacją7.
Dysocjacja to złożone pojęcie, nie do końca dobrze zdefiniowane, które
wiąże się z objawami takimi jak trudność w przypomnieniu sobie wydarzeń,
poczucie oddzielenia od własnego ciała, emocji lub otoczenia, a także z rozmaitymi objawami ze strony ciała. Według niektórych autorów
najbardziej charakterystyczną cechą dysocjacji jest fragmentacja
osobowości i tożsamości8. Ktoś, kto doświadczył
poważnych traum interpersonalnych, często znajduje się w stanie
bezustannej walki z samym sobą, unikając wspomnień tego, co się
wydarzyło, i odrzucając te aspekty własnej osobowości, z którymi się nie
identyfikuje. Taka osoba może czuć, myśleć lub robić coś zupełnie
odmiennego, niż pragnie, odczuwać swoisty rodzaj obcości wobec swojego
sposobu funkcjonowania w niektórych sytuacjach lub żyć w stanie
ciągłych, wewnętrznych sprzeczności. Nie wykształci zintegrowanego
obrazu siebie, a wiele aspektów jej życia umysłowego nie jest
akceptowanych, regulowanych lub modulowanych we właściwy sposób.
Objawy dysocjacyjne pojawiają się zatem w najbardziej ekstremalnych
sytuacjach złożonej traumatyzacji i w przypadku zdezorganizowanego stylu
przywiązania9. Mogą
wówczas pojawiać się luki w pamięci związane bądź to z sytuacjami
bieżącymi, bądź też z przeszłością. Zarówno bodźce zewnętrzne, jak i te
pochodzące z ciała mogą wydawać się dziwne lub odległe, a własne
zachowania mogą być odczuwane jako automatyczne lub mechaniczne. Często
myśli, uczucia i działania nie są w takiej sytuacji uznawane za własne i przybierają niekiedy formę głosów. Mogą się bardzo zmienić cechy
osobowości, a emocje i zachowania -?ulec usztywnieniu. Niekiedy
pojawiają się rozmaite symptomy fizyczne, takie jak paraliż, ruchy
niekontrolowane, zaburzenia czucia, utrata zmysłów, na przykład wzroku
lub słuchu. Niektórzy doświadczają takich objawów w trakcie
traumatycznego wydarzenia, na przykład podczas napaści mają poczucie, że
znajdują się poza ciałem, albo część tego doświadczenia nie zapisuje się
w ich pamięci. W innych przypadkach symptomy pojawiają się po długim
czasie od czynnika, który je wywołał, na przykład w bardzo niewielkim
stopniu dają o sobie znać w reakcji na sytuacje przeżyte w dzieciństwie,
natomiast znacznie wyraźniej i intensywniej objawiają się w dorosłości.
Te symptomy łączą się z bardziej uogólnionymi przejawami traumy
złożonej, takimi jak głęboka zmiana przekonań na temat siebie i świata,
problemy z regulacją emocji i popędów, zachowania autodestrukcyjne,
trudności w nawiązywaniu relacji intymnych, zaburzenia w postrzeganiu
innych ludzi, idealizacja osób, które wyrządziły nam krzywdę, a także
problemy medyczne.
Niezależnie od formy, w jakiej obecnie problemy się manifestują, ważne
jest, by uświadomić sobie związek pomiędzy nimi a leżącymi u ich podłoża
przeszłymi wydarzeniami. Należy też zrozumieć, dlaczego te objawy
utrzymują się w czasie, mimo że uprzykrzają nam życie i chcielibyśmy się
ich pozbyć. Poczucie bycia niezrozumianym oraz trudności ze
zrozumieniem, co tak naprawdę się przydarzyło, to częste wrażenia osób,
które doświadczyły traumatycznych wydarzeń. Przede wszystkim zabrakło im
poczucia bezwarunkowej akceptacji, jakiej potrzebuje każde dziecko. Co
więcej, otaczający je świat wielokrotnie okazywał się pełen sprzeczności
i paradoksów, a nikt nie pomagał im nadać sensu temu, co się działo. W wyniku tych doświadczeń, zarówno w dzieciństwie, jak i w dorosłości,
osoby takie mają ogromne trudności w zrozumieniu i zaakceptowaniu samych
siebie i odpowiadaniu w świadomy sposób na własne potrzeby. Właśnie
dlatego głównym celem tej książki jest zapewnienie pomocy pacjentom i profesjonalistom w zrozumieniu, z jakiego powodu te problemy się
pojawiają i utrzymują. Nasze sposoby patrzenia na siebie samych oraz
wchodzenia w kontakt z innymi ludźmi, które pierwotnie ukształtowały się
tak, by pomóc nam w przetrwaniu w nieprzyjaznym otoczeniu, muszą zostać
całkowicie przeformułowane. Musimy nauczyć się patrzeć na siebie innymi
oczami. Nasze nastawienie wobec ludzi i świata musi stać się bardziej
otwarte i elastyczne. Jeżeli zdołamy to zrozumieć, będziemy mogli
rozpocząć proces zmiany.
1. Przełączanie się z trybu automatycznego na ręczny
1
Przełączanie się z trybu automatycznego na ręczny
Powinniśmy starać się oduczyć znacznej części tego, czego się
nauczyliśmy, i nauczyć się tego, czego nas nie nauczono.
Ronald D. Laing
Juanowi udało się przetrwać wojnę, która
trwała wiele lat, a wręcz zaczęła się na długo przed jego urodzeniem.
Całe pokolenia jego przodków walczyły przez długie dekady, ale nikt nie
był w stanie stwierdzić, co zapoczątkowało ów konflikt ani dlaczego
wciąż trwał. W takich właśnie okolicznościach przyszło mu dorastać, a dopóki nie wyjechał za granicę, nie zdawał sobie nawet sprawy z istnienia innego świata.
W czasie wojny rozwinął wiele umiejętności. Nauczył się odnajdować
najmniej niebezpieczne miejsca, ale jako że żadne z nich nie było
wystarczająco pewne, posiadł też zdolność spania tak, jakby nie spał,
zawsze mając przy sobie broń i cały czas pozostając w stanie czujności,
w którym jego uwadze nie umykał najmniejszy nawet odgłos czy ruch.
Wykształcił w sobie też szczególną wrażliwość, pozwalającą mu zauważyć u ludzi każdy podejrzany gest czy zachowanie. Jeżeli nikomu nie ufasz, nie
zostaniesz zdradzony. Ta umiejętność wielokrotnie ratowała mu życie.
Juan musiał stać się ekspertem w dziedzinie taktyki walki. Nauczył się
walczyć jak nikt inny i nie wahał się przed wykorzystaniem tej
umiejętności w najdrobniejszej nawet prowokacji. Był też doskonałym
biegaczem i dzięki temu udało mu się uciec przed atakującą go grupą.
Przez wiele godzin biegł przez las w takim tempie, że zostawił pościg w tyle. Jego najcenniejszą umiejętnością była zdolność do pozostawania w bezruchu, niczym posąg, z maksymalnie zredukowanym oddechem. Napastnicy
przechodzili tuż obok i go nie zauważali. Raz udawał martwego i nawet
nie odczuł bólu, gdy go postrzelono, aby się upewnić, czy faktycznie nie
żyje. Gdy został schwytany i przez wiele miesięcy był przetrzymywany
przez uzbrojoną grupę, udawało mu się nie zwracać na siebie uwagi,
ponieważ pochylał głowę i unikał kontaktu wzrokowego. Wypełniał
wszystkie polecenia swoich oprawców i doszło wręcz do tego, że stał się
dla nich niezbędny, gdyż opiekował się innymi pojmanymi. Wykonywał
wszystkie obowiązki, a nawet robił jeszcze więcej, niż od niego
oczekiwano. Zachowywał się jak idealny więzień, dzięki czemu uniknął
wielu kar. Gdy zyskał zaufanie swoich oprawców, udało mu się uciec.
Obserwował wszystkie te sytuacje, nie odczuwając, by miały na niego
jakikolwiek wpływ, a że powtarzały się tyle razy, zdołał się na nie
znieczulić. Już nie było bólu, strachu ani smutku. Myślał tylko o tym,
jak przeżyć kolejny dzień i kolejną chwilę. Cierpienie było luksusem, na
który nie mógł sobie pozwolić.
Juan miał zaledwie osiemnaście lat, gdy znalazł się na pokładzie statku,
który zabrał go do innego kraju i pozwolił zostawić wojnę za sobą.
Emocjonalnie czuł się jednak zarazem jak starzec bez sił i jak dziecko,
któremu nie dane było dorosnąć.
Wkroczył do tego nowego świata, lecz wszystkie jego systemy adaptacyjne
były przystosowane do poprzedniego i nie miał świadomości, że powinien
je dezaktywować. Na odgłos nadjeżdżającego samochodu sięgał ręką do pasa
po broń. Gdy słyszał głośne dźwięki, instynktownie starał się szukać
schronienia. Nie był w stanie nawiązać z nikim relacji, ponieważ na
przykład gdy sąsiad witał się z nim w windzie albo ktokolwiek go
zagadywał, zawsze budziło to jego negatywną reakcję. Tak naprawdę mało
kto się do niego zbliżał, bo na jego twarzy zawsze malował się wyraz
napięcia i nieufności. Choć w nowym miejscu nie groziły mu tak wielkie i ciągłe niebezpieczeństwa jak w kraju pochodzenia, Juan wciąż uruchamiał
te same automatyczne reakcje, które tak wiele razy ocaliły mu życie.
Spokojna rozmowa w kawiarni, uśmiech piekarza, spacer po parku, w którym
ludzie spokojnie spędzają czas -?żadne z tych doświadczeń do niego nie
docierało. Życie nie było w stanie przedrzeć się przez cały ten pancerz,
który tak efektywnie go chronił przed doznaniem krzywdy. Emocjonalne
znieczulenie nie ustępowało, przyćmiewając wszystkie uczucia i uniemożliwiając mu na przykład rozkoszowanie się lekkim wiaterkiem lub
promieniem słońca padającym na twarz. Rzeczy, które aktywowały jego
czujność -?a było ich wiele -?budziły w nim jedyne uczucie, którego był
świadomy -?ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. Spojrzenie komuś w oczy
zawsze wywoływało w nim nieprzyjemne wrażenie, które narastało, jeżeli
dana osoba nie cofała wzroku. Dlatego unikał takich sytuacji.
Niekiedy powracały do niego wspomnienia wraz z intensywnymi, trudnymi do
wytrzymania uczuciami. Zdarzało się również, że pojawiały się one w jego
snach. Prawie zawsze udawało mu się nad nimi zapanować, oddalić je od
siebie, choć aby to uczynić, musiał pozostawać w ciągłym napięciu. Od
dziecka miał zakodowaną z tyłu głowy zasadę: zrelaksowanie się może cię
kosztować życie. Nauczył się też, że nieznane terytoria są
niebezpieczne, więc powtarzał te same, rutynowe zachowania w sztywny i automatyczny sposób. Utrwalił w sobie wiele zasad, które przez długie
lata były dla niego niezbędne i przekształciły się w jego stały sposób
funkcjonowania. Choć wiedział, że wojna dobiegła końca, na jakimś
głębokim poziomie wciąż była w nim żywa, a jego organizm reagował tak,
jakby nigdy nie oddalił się z tamtych niebezpiecznych rejonów. Nie
zdawał sobie sprawy, że jest w innym miejscu, w odmiennych warunkach, że
zasady z jego dawnego świata tutaj nie obowiązują, że traci wiele
okazji, które nie tylko nie stwarzają niebezpieczeństwa, ale są dobre i cenne. Juan dusił się wewnątrz pancerza, który kiedyś tak skutecznie go
chronił. Teraz uniemożliwiał mu korzystanie z życia. Kroczył przez nowy
świat z mapami pochodzącymi z tego poprzedniego, rozmawiał z nowymi
krajanami w języku swojej dawnej społeczności. Emocjonalne znieczulenie
Juana było tak duże, że nie pozwalało mu zdać sobie sprawy, co się z nim
dzieje, a sytuacja nie poprawiała się bynajmniej wraz z upływem czasu.
Możemy zmienić tylko to, czego jesteśmy świadomi. Gdy znajdujemy się w trudnej sytuacji, nasz organizm jest skupiony na pokonaniu tej
trudności. Jeżeli nie jest to możliwe przy użyciu środków, jakimi
dysponujemy, staramy się po prostu przeczekać daną sytuację. Jeżeli
okoliczności okażą się zbyt trudne, ograniczamy się do tego, by utrzymać
się na nogach i iść dalej przed siebie. Znaczna część tego procesu jest
zautomatyzowana, zwłaszcza gdy mierzymy się z sytuacjami, które uznajemy
za niebezpieczne, gdyż wówczas nie ma czasu na dokonywanie analiz.
Priorytetem staje się przeżycie i przenosimy się na poziom reakcji
instynktownych.
Żołnierz na polu bitwy jest całkowicie uzależniony od tej podstawowej
zdolności przeżycia. Musi być czujny, nastawiony na wykrycie
niebezpieczeństwa, mieć wyczulone zmysły. W sytuacji zagrożenia trzeba
najpierw działać, potem myśleć, i robić to skutecznie. W tych reakcjach
nie różnimy się zbytnio od zwierząt, które w warunkach naturalnych muszą
walczyć o przeżycie. I rzeczywiście, reakcje te mają źródło w najbardziej prymitywnych obszarach naszego mózgu, tych, które
współdzielimy z gatunkami mniej zaawansowanymi ewolucyjnie, na przykład
gadami. W przypadku zagrożenia jest to najszybszy i najbardziej
efektywny sposób reagowania. Problem pojawia się, gdy te automatyczne
systemy pozostają aktywne przez dłuższy czas i stają się naszymi
regularnymi wzorcami zachowań. W efekcie zaczynają się one uruchamiać
poza okolicznościami, dla których zostały stworzone. W obliczu
nieszkodliwych, nieznaczących sytuacji reagujemy tak, jakbyśmy
znajdowali się w śmiertelnym niebezpieczeństwie Pozostajemy bezustannie
w trybie czujności, niepotrzebnie eksploatując nasze zasoby. Przypomina
to sytuację, w której mielibyśmy w domu alarm uruchamiający się za
każdym razem, gdy przez okno wleci mucha. Czy taki system skutecznie
chroniłby nas przed włamywaczami?
Doświadczenia konfliktu zbrojnego to jedna z sytuacji wywołujących
poważną traumę interpersonalną, która może spowodować objawy traumy
złożonej i dysocjacji. Jednak nie jest to jedyny rodzaj wojny, w jakiej
ludzie uczestniczą. Być może najstraszniejsza z wojen to ta, w której
biorą udział dzieci dorastające we wrogim środowisku rodzinnym. Nie
chodzi jedynie o maltretowanie fizyczne czy nadużycia seksualne, lecz
również o opiekunów pogrążonych w depresji, chorych lub niezdolnych do
zrozumienia, troski i opieki nad dziećmi, które są od nich zależne.
Jeżeli matka doświadczy poważnej traumy na przestrzeni dwóch pierwszych
lat życia dziecka1,
może mieć to znaczny wpływ na umiejętność nawiązania z nim więzi, a co
za tym idzie, na późniejszy rozwój jego psychiki.
Co więcej, charakterystyka ludzkiego umysłu wiąże się z innymi
czynnikami, które dodatkowo komplikują sytuację. Przyjrzyjmy się raz
jeszcze, jak żołnierz Juan uruchamia szeroki wachlarz reakcji obronnych.
Są one aktywowane w odpowiedzi na konkretne okoliczności, aby
przystosować się do wymagań danej sytuacji. Gdy może stanąć do walki,
ponieważ mierzy się z wrogiem, który dysponuje taką samą bronią jak on,
robi to. Jeżeli zaś nie jest w stanie walczyć, rusza do ucieczki. W warunkach naturalnych zwierzęta zachowują się tak samo. Niedźwiedź i lew
mogą walczyć, ponieważ ich siły są porównywalne. Jeżeli jednak w trakcie
walki lew zyska przewagę, niedźwiedź bez cienia wstydu ucieknie. Ludzie
prawdopodobnie czuliby się w takiej sytuacji zawstydzeni, mimo że
wiedzieliby, iż ucieczka jest najskuteczniejszym sposobem na przeżycie.
Nasze przekonania, normy społeczne i moralne mają wpływ na to, w jaki
sposób później analizujemy to, co się wydarzyło, i być może to one
utrudniałyby nam pogodzenie się z faktem, że nie walczyliśmy i nie
zwyciężyliśmy. Być może uznalibyśmy się za tchórzliwych i mielibyśmy do
siebie żal.
Jednak instynkt obrony nie ogranicza się tylko do reakcji walki i ucieczki. Te dwa typy reakcji wiążą się z podjęciem jakiegoś działania.
Co jednak w sytuacji, gdy nic się nie da zrobić? Co począć, jeżeli ktoś
nas atakuje, a my nie mamy dokąd uciec? Znowu, w naturze wszystko jest
prostsze. W stadzie lwów wszystkie osobniki pochylają głowę przed
przywódcą, chyba że dorosną na tyle, by stawić mu czoła. Żaden z młodych
osobników by się na to nie zdobył. Jednak gdy jako dzieci odczuwamy
strach przed nauczycielem, starszym lub silniejszym kolegą albo
członkiem naszej rodziny, niekiedy możemy mieć wyrzuty sumienia, że
pochylaliśmy głowę i nie patrzyliśmy w oczy osobie, która budziła nasze
obawy -?a przecież stanowi to dwie najskuteczniejsze i najrozsądniejsze
strategie przetrwania. Nasz organizm cechuje się mądrością, która
sprawia, że wybieramy reakcje, które mogą nas najlepiej ochronić w danych okolicznościach. Jednak nasze myśli nam tego nie wybaczają i sugerują, że "nie zrobiliśmy wystarczająco dużo". To poczucie może
towarzyszyć nam przez całe życie i wywierać na nas wpływ w wielu różnych
okolicznościach.
W końcu, w sytuacjach bez wyjścia, bez możliwości wyboru, jak wtedy, gdy
drapieżnik osacza swoją ofiarę, wiele zwierząt zamiera bez ruchu i wchodzi w stan pozornej śmierci, co zniechęca agresora. Drapieżniki
nauczyły się w toku ewolucji, że należy omijać ofiarę, która się nie
porusza, gdyż może być martwa, a w konsekwencji niejadalna. Dlatego w razie niepewności pozostanie w bezruchu może okazać się zbawienne i nasz
organizm o tym wie. Żołnierzowi Juanowi ten instynkt przetrwania ocalił
życie. Zarazem jednak brak reakcji w konfrontacji z kimś, kto nas
poniża, może być nie najlepszym rozwiązaniem. Bajki i filmy dla dzieci
pokazują, że legendarni bohaterowie nie trwają w bezruchu ani nie
pochylają głowy, lecz walczą niezależnie od okoliczności. A wręcz, co
gorsza, jako najbardziej godne podziwu ukazywane są te osoby, które giną
w bitwie, choć zgodnie ze zdrowym rozsądkiem była ona z góry skazana na
porażkę, gdyż przedkładały swoje ideały nad podstawową logikę
przetrwania. Ludzie ingerują w naturalne systemy, które niekiedy są nie
do końca skuteczne. Jednak natura cechuje się własną prostą mądrością.
Jeżeli czytając ten rozdział, zadajemy sobie pytanie: "Dlaczego wtedy
nie walczyłem(-łam), aby się obronić?", prawdopodobnie odpowiedź będzie
brzmiała: "Ponieważ mój organizm wiedział lepiej ode mnie, co trzeba
zrobić". Ewolucja nauczyła nas, że niejednokrotnie brak działania jest
najlepszym działaniem; że najmądrzejszą obroną nie jest atak, a bezruch.
To, że niekiedy możemy się bronić, nie robiąc nic, bywa trudne do
przyjęcia dla osób, które przeżyły przytłaczające sytuacje i w ich
obliczu doświadczyły paraliżu lub blokady.
Tak jak wcześniej wspomniano, zasoby niezbędne do przetrwania
niekoniecznie są dopasowane do naszego codziennego życia. Jeżeli
musieliśmy przed długi czas pozostawać skupieni na obronie, niełatwo
jest nam przeprogramować nasz system. Tendencja do parcia naprzód,
działania w sposób automatyczny i nieskupiania się na przeszłości, może
być bardzo silna. Niegdyś takie działanie było naszym sposobem na
przetrwanie. Nie jesteśmy świadomi, że ta tratwa, której kurczowo się
uchwyciliśmy, kiedy nasz statek zaczął tonąć, po wyjściu na brzeg nie
jest już nam potrzebna i może przeszkadzać. Jeżeli weźmiemy ją ze sobą
na śniadanie, do łóżka czy do pracy, przestanie stanowić rozwiązanie, a przerodzi się w problem. Zastosowanie systemu, który w konkretnych
okolicznościach był skuteczny, do każdego rodzaju sytuacji, sprawia, że
przestaje być on efektywny, bądź też może przynosić korzyści na krótką
metę, natomiast w dłuższej perspektywie powodować negatywne
konsekwencje. Dodatkowo emocjonalne odrętwienie, które pomaga nam
utrzymać równowagę, sprawia, że nasza świadomość wydarzeń staje się
niepełna i płytka. Często zdarza się, że w późniejszym okresie pojawiają
się objawy psychologiczne lub fizyczne, które z pozoru nie mają związku
z przeszłymi wydarzeniami. Niekiedy nawet jeżeli ktoś rozumie źródła
swoich problemów, może zastanawiać się, czy warto angażować się w długotrwały proces terapii, który ma na celu poradzenie sobie z trudną i bolesną przeszłością, jeżeli tak naprawdę jedyne, czego pragnie, to
nigdy więcej o niej nie myśleć.
Innym skutkiem długotrwałych, trudnych doświadczeń jest to, że owe
instynktowne systemy obrony, automatyzując się i utrzymując przez długi
czas, stają się naszym jedynym systemem reagowania. Z tego powodu mogą
później uruchamiać się w sytuacjach, w których nie są już adekwatne.
Możemy być już starsi lub znaleźć się w kontakcie z kimś, wobec kogo nie
powinniśmy być konfrontacyjni, bądź też mamy inne możliwości wybrnięcia
z sytuacji, ale nasz system nie potrafi już dokonywać wyboru. Zawsze
będziemy odwoływać się do reakcji, które swego czasu były skuteczne,
choć teraz już nie mają zastosowania, a może nawet są niewłaściwe. Mimo
to wciąż są to wzorce reakcji, które nasz organizm automatycznie
uruchamia.
Faktem pozostaje, że jeżeli nie zatrzymamy się, by leczyć nasze rany,
wciąż będą one pozostawały otwarte, a my już zawsze będziemy odczuwać
ból. Nasz organizm pozostanie w stanie ciągłej gotowości, ponieważ
informacja, że zagrożenie już minęło, nie dotrze do głębi naszej istoty.
Systemy ochrony pozostaną zablokowane, będą uruchamiać się w automatyczny, sztywny sposób, nie adaptując się do sytuacji, w których
się znajdujemy. Emocjonalne znieczulenie, które chroniło nas przed
bólem, sprawi, że będziemy sądzić, iż już pokonaliśmy problem albo że
nie był aż tak istotny. Może wydawać nam się, że powrót do normalnego
funkcjonowania jest zbyt trudny i że powtórne nawiązanie kontaktu z tymi
głęboko zakopanymi emocjami i odczuciami będzie wiązało się z niepotrzebnym cierpieniem. Jednak niezrobienie tego jest równoznaczne ze
świadomością, że w naszym ogrodzie znajduje się mina przeciwpiechotna.
Wydaje nam się, że wystarczy nie zbliżać się do miejsca, gdzie jest
zakopana. Tymczasem może się zdarzyć, że pewnego dnia potkniemy się i na
nią nastąpimy. Jeżeli nawet jednak to się nie wydarzy, nigdy nie
będziemy naprawdę mogli cieszyć się naszym ogrodem.
2. Jak nauczyć się czuć na nowo
2
Jak nauczyć się czuć na nowo
Pomiędzy mną a życiem jest cienkie szkło. Choćbym nie wiem jak wyraźnie
widział i rozumiał życie, nie mogę go dotknąć.
Fernando Pessoa1
Niekiedy, gdy przydarza nam się coś złego,
nie zauważamy tego od razu, lecz dopiero po jakimś czasie, kiedy
przerwiemy czynność, którą byliśmy zajęci, i przekierujemy uwagę na
własne samopoczucie. Jeżeli zaś krzywda dzieje nam się bezustannie,
skupianie się na tym, jak się czujemy, staje się luksusem, na który nie
możemy sobie pozwolić, więc odłączamy się na stałe od własnych uczuć. To
samo ma miejsce w kontekście kontaktów interpersonalnych: często zdarza
się, że ludzie w naszym otoczeniu nie są w stanie odgadnąć naszych
emocji ani pomóc nam w zrozumieniu naszych reakcji. Ten brak zestrojenia
z otoczeniem dodatkowo wzmaga nasze poczucie alienacji.
Nawet gdy ludzie z pozoru zdają się przytłoczeni intensywnymi emocjami,
mogą mieć trudność z nawiązaniem z nimi kontaktu lub ich tolerowaniem.
Dziecko dorastające w środowisku rodzinnym przesyconym przemocą
prawdopodobnie będzie miało trudność z radzeniem sobie z własną
złością. Może przejawiać się to w dwojaki sposób. Jedną z możliwości
jest brak kontroli nad złością, nadmierna impulsywność; gdy coś taką
osobę sprowokuje, nie będzie w stanie nad sobą zapanować. Drugą opcją
jest próba pomieszczenia czy zakopania tego ogromu emocji, co doprowadzi
do trudności w stanowczym wyrażaniu własnych poglądów, odmawianiu czegoś
czy też proszeniu o to, czego się potrzebuje. Gdy opiekun cierpi na
depresję, dziecko może nie mieć możliwości wyrażania własnego smutku,
a jeżeli zauważy przygnębienie w oczach matki lub ojca, będzie mu ono
przypominało o bolesnym dystansie, jaki tworzy się w jego wyniku
pomiędzy nim a opiekunem. Poczucie wstydu lub wstrętu, którego nie
sposób ujawnić, może prowadzić do aktywnego unikania tych emocji.
Unikanie i tłumienie mogą dotyczyć nie tylko negatywnych emocji. Również
przyjemność czy radość budzą niekiedy obawę i potrzebę autocenzury -
dlatego że są odległe od dotychczasowych doświadczeń danej jednostki
bądź też dlatego że uważa ona, iż na nie nie zasługuje. Być może w w pierwszych latach jej życia zabrakło przyjemnych chwil w kontakcie z opiekunami, ponieważ byli oni chorzy albo sami nie potrafili się niczym
cieszyć. W tym drugim przypadku pozytywne odczucia stają się obce i często są jedynie przypomnieniem czegoś, o czym dana osoba wie, że
powinna była dostać, lecz nie zostało jej to dane.
Emocje i odczucia fizyczne to nasze czujniki. Ich osłabienie pozbawia
nas punktu odniesienia pozwalającego ocenić to, co nam się przydarza,
jaki ma na nas wpływ, oraz to, czego potrzebujemy i w jaki sposób to
osiągnąć. Idziemy przed siebie po omacku, bez kontaktu z własną intuicją
i działając jedynie na podstawie instrukcji obsługi bazującej na
logicznym rozumowaniu, które w dodatku jest zniekształcone przez
przekonania zrodzone w tych samych traumatycznych kontekstach, które
spowodowały oddzielenie od emocji.
Ważną częścią procesu zdrowienia jest pogodzenie się ze swoimi emocjami
i zidentyfikowanie dostępnych nam zasobów pozwalających na ich
regulowanie. Emocje nie są same w sobie ani dobre, ani złe, każda z nich
pełni istotną funkcję i dopiero gdy wszystkie współpracują, możemy
skutecznie radzić sobie w rozmaitych sytuacjach. Niekiedy może nam być
trudno zrozumieć, czemu służą niektóre z emocji, zwłaszcza te
nieprzyjemne, ale żadna z nich nie istniałaby, gdyby nie odgrywała
kluczowej roli w naszym życiu. Przyjrzyjmy się zatem rozmaitym emocjom i uczuciom (stanom nieco bardziej złożonym niż emocje) oraz ich głównym
funkcjom.
Do czego służy strach?
Strach nas chroni. Dzięki niemu nasz organizm mobilizuje się, aby
zareagować w obliczu zagrożenia. Odczucie strachu jest automatyczną
reakcją, która zapewnia nam bezpieczeństwo; sprawia, że zaczynamy
uciekać, jeszcze zanim zdążymy się nad tym dobrze zastanowić. Gdy strach
jest współmierny do sytuacji, w jakiej się znajdujemy, stanowi nasz
istotny zasób.
Zaczyna on natomiast stanowić problem, gdy aktywuje się co chwila i towarzyszy nam bezustannie. Czasami tak się dzieje, ponieważ strach
zostaje dosłownie "wbudowany w nasze ciało". Gdy znajdujemy się w sytuacji, która nas przeraża, ale nie ma możliwości, by się z niej
wydostać, nie możemy się też wyzwolić z reakcji lękowej. Gdy
przestraszymy się czegoś, a zagrożenie już minie, niekiedy drżymy,
płaczemy, robi nam się słabo: ciało "pozbywa" się w ten sposób strachu i dzięki temu możemy przejść w inny stan emocjonalny. W sytuacjach bez
wyjścia nie dochodzi do takiego rozładowania i reakcja pozostaje
zablokowana, a następnie aktywuje się ponownie w podobnych
okolicznościach. Może również przerodzić się w stan bezustannej
czujności, hiperaktywacji, która utrzymuje nas w stanie ciągłego
napięcia, uniemożliwiając rozluźnienie się i odpoczynek.
Do czego służy złość?
Złość to emocja o złej sławie, lecz w rzeczywistości ma duży związek z naszym instynktem przetrwania. Wraz ze strachem stanowi jedną z dwóch
reakcji aktywnej obrony, które jako pierwsze aktywują się na poziomie
instynktownym. Jeśli przeciwnik przewyższa nas siłą, reakcja ta jest
automatycznie blokowana przez organizm. Pies może walczyć z kotem, ale
będzie uciekał przed lwem. Złość, emocja nastawiona na wyzwolenie
aktywnej reakcji, na walkę z zagrożeniem, pozostaje wówczas "uwięziona
wewnątrz" i może dawać o sobie znać pod postacią rozmaitych symptomów.
W wielu przypadkach ta zablokowana złość jest dodatkowo odrzucana,
jeżeli na przykład w dzieciństwie mieliśmy w swoim otoczeniu kogoś
bardzo agresywnego lub krytycznego i obserwowaliśmy jego częste wybuchy
i nieumiejętne kanalizowanie gniewu, czego konsekwencje odczuwaliśmy my
bądź bliskie nam osoby. Uznaliśmy wówczas, że to złość sama w sobie jest
czymś złym, a nie to, w jaki sposób ten ktoś sobie z nią nie radził.
Powiedzieliśmy sobie: "Nie chcę taki (taka) być", "Nie chcę tak się
czuć". W efekcie ta złość, której nie dajemy zdrowego ujścia, obraca się
przeciwko nam i zamienia się w samooskarżenia lub autosabotaż. Nigdy jej
nie okazując, stajemy się w dodatku dużo bardziej bezbronni, niezdolni
do powiedzenia "nie" i proszenia o to, czego potrzebujemy, co dodatkowo
napędza błędne koło naszego cierpienia.
Do czego służy czułość?
Czułość nie jest jedną z emocji podstawowych, lecz złożonym uczuciem.
Dążenie do nawiązywania relacji z innymi jest wrodzoną potrzebą
człowieka. Jednak w sytuacji, gdy nasze pierwsze więzi były przesycone
niepokojem lub charakteryzowały się dystansem bądź nieobecnością,
pokochanie kogoś może jawić nam się jako coś niebezpiecznego lub budzić
w nas niepewność. W efekcie unikamy więc nawiązywania relacji lub
czujemy się źle, gdy stają się one zbyt bliskie. Możemy zawsze
postrzegać więź z innymi ludźmi jako coś niepokojącego, źródło
cierpienia, lub też przekonać samych siebie, że miłość i przywiązanie
nie są nam do niczego potrzebne.
Tak jak wcześniej zostało to opisane, odczuwanie "pozytywnych" emocji
bywa niekiedy trudniejsze niż dostrzeżenie tych "negatywnych". Jest to
również zależne od tego, czy mieliśmy w dzieciństwie pozytywne
doświadczenia miłych chwil spędzonych z którymś z naszych opiekunów,
wspólnego śmiechu, zabawy, radości. Takie momenty stanowią bazę, która
pozwala nam później odczuwać emocje związane z pozytywnym przywiązaniem
i radością. Może również się zdarzyć, że jeżeli jako dzieci nie mieliśmy
takich doświadczeń, w dorosłości odczuwamy rozpaczliwą potrzebę
bliskości, co wiąże się z tym, że wobec aktualnych relacji nie mamy
racjonalnych oczekiwań, lecz chcemy, by zapewniły nam "wszystko to,
czego nam zabrakło w dzieciństwie". To prowadzi do nieadekwatnych
reakcji i wielu problemów w kontaktach z bliskimi ludźmi.
Do czego służy smutek?
Człowiek to z natury istota społeczna. Żyjemy w grupach i łączymy się ze
sobą sieciami relacji. Dzieci przez wiele lat potrzebują swoich
opiekunów, dlatego też wczesne więzi są kluczowe dla zdrowego procesu
rozwoju. Ich siłę wzmacnia dodatkowo uczucie, z którym mierzymy się w obliczu utraty bliskich osób: smutek. Gdyby utrata kogoś lub czegoś nie
budziła w nas smutku, nie pozostawalibyśmy przywiązani do tych obiektów,
podobnie jak nie poszukujemy pożywienia, gdy nie jesteśmy głodni.
Smutek, choć niekiedy bolesny, jest istotny dla prawidłowego
funkcjonowania i przetrwania jednostek i społeczności. Można określić go
jako rodzaj "relacyjnego kleju".
Emocja ta, podobnie jak wszystkie pozostałe, podlega samoregulacji, o ile pozwolimy jej płynąć swobodnie i łączyć się z innymi uczuciami.
Smutek przypomina rzekę, która, choć nikt nią nie kieruje, potrafi
trafić do morza. Jeżeli ludzie wpływają na jej bieg, budując wały
przeciwpowodziowe i kanały, znacznie zwiększa się prawdopodobieństwo, że
w wyniku jakiejś potężnej ulewy rzeka wystąpi z brzegów i zniszczy
wszystko na swojej drodze. Na nic zda się zamykanie zapór, aby uniknąć
powodzi: to jeszcze bardziej skomplikuje sytuację, gdyż spowoduje
nagromadzenie się takiej ilości wody, że gdy w końcu tama puści, skutki
będą jeszcze bardziej katastrofalne. Gdy odczuwamy smutek, a jednocześnie jesteśmy na siebie z tego powodu źli, nie pozwalamy mu
swobodnie płynąć, spychamy go do środka. A to, co nie znajduje ujścia,
zostaje w naszym wnętrzu. Możemy tego nie zauważać, lecz zakopane emocje
zawsze powodują szkody.
Do czego służy radość?
Radość to energia, która wiąże się z pełnym nadziei oczekiwaniem, z chęcią podejmowania różnych aktywności. Przeżywanie przyjemnych chwil
stanowi emocjonalną pożywkę, tak samo ważną jak jedzenie. Pomimo
wyraźnie pozytywnego charakteru tej emocji nie każdy czuje się z nią
dobrze. Przyjemne chwile są często zakłócane przez myśli takie jak: "Po
czymś dobrym zawsze przychodzi coś złego" albo "Nie mam prawa do
szczęścia", które nawiedzają nas niczym duchy i powodują złe
samopoczucie.
Niektórzy uważają, że mogą zajmować się jedynie czymś pożytecznym lub
poświęcać czas innym ludziom. Nie czują przyzwolenia, by robić coś bez
konkretnego celu albo dla samej przyjemności, gdyż wywołuje to w nich
poczucie winy lub dyskomfort. Nasz system przetrwania nakazuje dążenie
do bezbłędnego wykonywania zadań, walkę o zyskanie poczucia kontroli
albo podejmowanie prób -?zazwyczaj bezskutecznych -?spełniania oczekiwań
otoczenia. Często też poświęcamy się opiece nad innymi, gdyż sami nie
otrzymaliśmy potrzebnej opieki. Jak wcześniej wspomniano, trudno jest
porzucić stare schematy.
Do czego służy poczucie winy?
Poczucie winy to uczucie, nie emocja podstawowa, i podobnie jak
wszystkie wcześniej opisane również pełni zdrową funkcję. Zdrowe
poczucie winy nazywa się odpowiedzialnością i to ono pozwala nam uczyć
się na własnych błędach i je naprawiać. Aby działało we właściwy sposób,
musi być adekwatne do sytuacji. Jeżeli nagromadziło się go zbyt dużo,
możemy czuć przesadną winę, nawet w sytuacjach, kiedy to inni są za coś
odpowiedzialni w równym stopniu co my. Gdy tak się dzieje, zamiast uczyć
się na bazie swoich doświadczeń, blokujemy się i toniemy.
Często, gdy winimy się za przeszłe błędy, sami siebie oszukujemy.
Analizując, co mogliśmy wówczas zrobić, nie bierzemy pod uwagę tego, co
wiedzieliśmy w tamtym czasie, możliwości, które wtedy były w naszym
zasięgu, naszego stanu emocjonalnego, naszego wieku... Stwierdzamy:
"Gdybym teraz znalazł(a) się w tej sytuacji, wszystko zrobił(a)bym
inaczej", lecz przecież teraz dysponujemy wskazówkami, do których wtedy
nie mieliśmy dostępu. Wówczas nie znaliśmy przyszłości, wiedzieliśmy
tyle, ile wiedzieliśmy, i byliśmy tacy, jacy byliśmy. Zrobiliśmy to, co
mogliśmy przy zasobach, jakimi wówczas dysponowaliśmy. Trzeba brać to
pod uwagę, jeśli chce się dokonać sprawiedliwej oceny. Musimy mieć
również świadomość, że dopóki nie zostanie wynaleziony wehikuł czasu, to
niezależnie, jak bardzo będziemy cofać się po swoich śladach, nie
zmienimy tego, w jaki sposób sprawy się potoczyły. Zdrowe poczucie winy
nie prowadzi do posypywania ran solą, lecz do uczenia się na własnych
błędach i wyciągania wniosków z doświadczeń, aby podejmować w przyszłości lepsze decyzje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki