Wprowadzenie
Skutki tego, co się nie wydarzyło
Kiedy zastanawiamy się nad tym, jakich największych krzywd doznaliśmy w naszym życiu, w pierwszej chwili przychodzą nam na myśl zdrady,
bezpośrednie ciosy - wszystko to, co nam się przytrafiło. A jednak gdy
przyjrzymy się głębiej, dojdziemy do wniosku, że najtrwalsze ślady w naszym wnętrzu odciska nieobecność, utrata oraz to, co było dla nas
ważne, ale się nie wydarzyło. Słowa, których do nas nie wypowiedziano,
ludzie, którzy nas nie dostrzegali, poczucie, że się nie liczymy, że nie
istniejemy dla ważnych dla nas osób - to wszystko potrafi boleć bardziej
niż zadany cios czy rzucona zniewaga.
Kiedy coś takiego dzieje się w dzieciństwie - i to w szerokim zakresie -
nazywamy to zaniedbaniem. Choć jest to najczęstsza forma znęcania się
nad dzieckiem, przeważnie umykа uwadze, ginąc wśród innych nadużyć. Co
więcej, przybiera codzienną, znormalizowaną postać w wielu rodzinnych
sytuacjach, które na pierwszy rzut oka wydają się całkowicie zwyczajne.
W każdym wychowaniu pojawiają się braki. Co więcej, muszą wystąpić i dobrze, że się pojawiają. Zdrowe wychowanie nie jest stanem idealnej
harmonii między opiekunami a dzieckiem; nie ma zapobiegać wszelkim
niepokojom ani ich łagodzić. Wręcz przeciwnie, wystarczająco dobrzy
opiekunowie to ci, którzy towarzyszą dziecku w złych chwilach, zajmują
się nim, kiedy wpadnie w gorszy nastrój, pomagają mu przetrwać
niepewność związaną z rosnącą autonomią i uczą ponoszenia
odpowiedzialności stosownej do wieku. W dobrym wychowaniu też występują
zawiedzione nadzieje, nieporozumienia, trudności i rozczarowania - a ich
powodem są dzielni rodzice, którzy robią, co mogą, dla dzieci będących w nieustannym procesie zmian i adaptowania się do wcale niełatwych wyzwań.
Zatem kiedy to, co się nie wydarzyło, nabiera znaczenia? Czy nadajemy mu
wagę, czy lekceważymy? Wszystko zależy od tego, jak głęboko braki
wpłynęły na nasze życie. Jeśli doświadczamy problemów emocjonalnych,
przeżywamy trudności w relacjach, jeśli nie czujemy się dobrze, warto
sprawdzić, dlaczego tak się dzieje. Odpowiedź, dlaczego jesteśmy tacy,
jacy jesteśmy, kryje się w początkach naszej historii, przede wszystkim
w relacjach z najbardziej znaczącymi postaciami w naszym życiu. Wtedy
działy się zarówno wspaniałe, jak i przykre rzeczy. Czasem jednak
problemem jest właśnie to, że coś się nie wydarzyło - przynajmniej nie w wystarczającym stopniu. Celem tej książki jest zaproszenie do odkrywczej
podróży ku samym sobie - takiej, w której weźmiemy pod uwagę także ten
ostatni brakujący element. To, co się nie wydarzyło, może stać się
brakującym puzzlem potrzebnym do pełnego zrozumienia siebie.
W jaki sposób to, co się nie wydarzyło (a powinno było się wydarzyć),
wpływa na nasze życie dziś? Często skutki są ciche i niewidoczne, ale
dogłębne. Bardzo możliwe, że braki pozbawiły nas zdolności obserwowania
tego, co się nam przytrafia, zaciekawienia tym, co się kryje w głębi nas
samych, możliwości otwarcia się na innych po to, by spojrzeć na nasze
wnętrze ich oczami. Dlatego pierwsze pytanie brzmi: jak wpływa na nas
to, co się nie wydarzyło?
Żeby na nie odpowiedzieć, należy zwrócić uwagę na sytuacje, które mogą
być spowodowane brakiem, pustką i stratą:
Kiedy jesteśmy odłączeni od naszych emocji. Zauważenie
obniżonego nastroju może sprawiać nam trudność i rozpoznajemy go
dopiero wtedy, gdy nasze ciało krzyczy, a niepokój sięga zenitu,
jednak odłączenie od emocji nie pozwala nam na bieżąco rozumieć, co
się dzieje, co wywołało taką gwałtowną reakcję i jak to na nas
wpływa. Może dostrzegamy złe samopoczucie, ale nie wiemy, czy jest
fizyczne, czy emocjonalne, z czym dokładnie się zmagamy, co
właściwie nas złości lub zawstydza. Emocje mogą się w nas kumulować,
aż się wyleją, ponieważ dosłownie nie wiemy, co z nimi zrobić. Nie
dajemy im upustu, nie dzielimy się nimi z innymi, nie opiekujemy się
nimi, a one coraz bardziej wzbierają i wracają do nas w coraz
trudniejszej do zniesienia postaci lub tymczasowo nas zalewają.
Kiedy przeważnie przyjmujemy postawę obronną. Świat wydaje nam
się wrogi, a innych postrzegamy jako potencjalnych wrogów. Zwykle
nie dostrzegamy przyjaznych twarzy ani zaproszeń do bliskości i uważamy, że "ludzie już tacy są" lub że z jakiegoś niezrozumiałego
powodu są tacy dla nas.
Kiedy próbujemy zadowolić cały świat. Potrzeby innych
przedkładamy nad własne. Co więcej, naszych tak naprawdę nie
dostrzegamy. Aby pojąć, czego nam potrzeba, musimy dokładnie
zrozumieć to, co czujemy. Ale gdy nie mamy połączenia z emocjami,
znaczenie tego, co na nas wpływa, i tego, czego nam brak, pozostaje
poza naszą świadomością. A ponieważ nie czujemy się ważni, próbujemy
być niezbędni. Gdy potrzeby innych uznajemy za priorytet, z biegiem
czasu stajemy się coraz bardziej niedożywieni. Tak jednak było
zawsze, dlatego nie zauważamy tego emocjonalnego głodu.
Kiedy nie prosimy o pomoc, a gdy ją otrzymujemy, nie dajemy sobie
pomóc. Jeśli nigdy nie dostawaliśmy troski, wsparcia i uwagi, to
logiczne, że nie liczymy na nie w naszych relacjach. Oznacza to, że
nie mówimy, kiedy jest nam źle, nie pokazujemy smutku ani nie
lubimy, gdy ktoś go zauważa. Kiedy podupadamy na duchu lub czujemy
niepokój, dążymy do izolowania się, nie szukamy pomocy ani u rodziny, ani u specjalistów, nawet gdy mamy się kiepsko. Czasami
nawet porzucamy samych siebie, pozwalamy sobie upaść, zaniedbujemy
się lub robimy rzeczy, które tylko pogarszają nasz stan.
Kiedy dopada nas głęboki wstyd, przez który nie potrafimy zebrać
myśli. Przez każdą najmniejszą porażkę czujemy, że zawodzimy, że
jesteśmy gorszymi lub wadliwymi ludźmi. Odnosimy wrażenie, że patrzy
na nas cały świat, i dlatego ukrywamy się przed spojrzeniami innych,
ponieważ mamy poczucie, że jeśli naprawdę nas poznają, zdadzą sobie
sprawę, jak bardzo niedoskonali jesteśmy. Wstyd, który nami kieruje,
wpływa na nasze zachowanie, sprawiając, że robimy wszystko, żeby się
nie uaktywnił: usiłujemy być idealni i unikamy sytuacji, w których
moglibyśmy ponieść porażkę, żeby inni nie dostrzegli naszych
ewentualnych błędów albo wręcz nas samych.
Kiedy próbujemy być niewidzialni, przemknąć niezauważenie,
znaleźć się poza centrum uwagi. Co ciekawe, właśnie w takim
położeniu znajdowaliśmy się w dzieciństwie, gdy nie byliśmy
zauważani i nie czuliśmy się ważni ani wyjątkowi dla nikogo. Relacje
międzyludzkie sporo nas kosztują, wmawiamy sobie, że lepiej nie mieć
nikogo, a w naszym wnętrzu czujemy, że nie można nas kochać i że nie
jesteśmy warci uwagi.
Kiedy podejmowanie decyzji wiele nas kosztuje. Z jednej strony
dzieje się tak z powodu trudności z dostępem do naszych potrzeb,
pragnień i intuicji. Pozbawieni go, przetwarzamy wszystko na
poziomie racjonalnym, nie kontaktując się z naszym wnętrzem. Z drugiej strony podjęcie decyzji oznacza ryzyko pomyłki, która może
spowodować strach i wstyd. Poza tym decyzje mogą oznaczać wejście w konflikt z innymi, ponieważ niosą ze sobą konsekwencje, z których
nie wszyscy zawsze będą zadowoleni. Może to skutkować paraliżem w obliczu najmniejszych dylematów.
Kiedy się ukrywamy, udajemy kogoś innego, bez przerwy kłamiemy.
Wydaje nam się, że tylko odgrywamy rolę; rolę osoby, która robi to,
czego się od niej oczekuje, rolę, którą należy odegrać w danej
sytuacji i którą każdy powinien odegrać, a wówczas czujemy się
oszustami, pozbawionymi autentyczności.
Kiedy jesteśmy ciągle niezadowoleni. Rozpaczliwie szukamy osób,
które dadzą nam to, czego nam brakuje, ale nigdy nie czujemy się
zaspokojeni. Myślimy, że wszyscy ludzie są egoistami, że
niesprawiedliwie nas traktują, że prawdziwi przyjaciele nie
istnieją. A jeśli już mamy grono przyjaciół, wymagamy od nich takiej
perfekcji, że ostatecznie zostajemy sami i często czujemy się
odrzuceni lub pominięci.
Kiedy wiążemy się z nieobecnymi partnerami, którzy nas nie
zauważają, za to skupiają się na własnych potrzebach. Odczuwany
przez nas wstyd doskonale wpisuje się w relację z kimś, kto
postrzega nas jako nieważnych lub niekompetentnych. Nasze wrażenie
bycia niewidzialnym współgra z zachowaniem osoby, która nas
ignoruje. Możemy też dążyć do podporządkowania się komuś
dominującemu, kto wyraźnie określa, co powinniśmy robić, ponieważ
daje nam to złudne poczucie ulgi i zmniejsza nasze poczucie
niepewności.
Kiedy nie czujemy się częścią rzeczywistości, nie pasujemy do
niej. Chodzimy po świecie, który wydaje nam się obcy i nas nie
cieszy. Snujemy się z opuszczonymi rękami, nie potrafiąc ich
podnieść, żeby pokazać, że coś nas ciekawi, żeby odepchnąć to, co
nam przeszkadza, czy poprosić o pomoc. Jeśli ktoś podaje nam rękę,
nie potrafimy jej przyjąć. Choć jest ciepło, marzniemy. Chociaż
przebywamy wśród ludzi, zawsze czujemy się samotni.
Mimo że wiele z tych objawów może mieć początek w opowieści o porzuceniu
i nieobecności, pamiętajmy, że trudności z życiem emocjonalnym i relacjami międzyludzkimi nie rządzą się regułami matematycznymi, ale
mają wiele różnych przyczyn. Dlatego zrozumienie naszej historii jest
naprawdę ważne. Celem nie jest doszukiwanie się wszędzie traum, ale
poznanie siebie w jak najszerszym znaczeniu tego słowa, bez wywracania
wszystkiego do góry nogami czy zadręczania się. Dzięki spojrzeniu za
siebie możemy pojąć, jak zaczęło się to, co nam się przytrafia, jak
staliśmy się takimi ludźmi, jakimi jesteśmy teraz. W tej książce
prześledzimy różne scenariusze związane z tym, co się w naszym życiu nie
wydarzyło, a co jednak obecnie na nas wpływa.
Zostawiam was z wierszem Istoty pozbawione Cristiny Gufé. Lubię go,
ponieważ bardzo trafnie opisuje odczucia, które często trudno ubrać w słowa. Spójrzmy, czy czegoś nam nie przypomina:
W tamtym świecie
Ludzie, kiedy się budzili,
Czuli, że czegoś im brakuje:
byli istotami pozbawionymi.
Włóczyli się sami po miastach,
Popołudniami i porankami
Pełnymi minut:
Potrafili to znieść,
Chcieli miłości, a byli sami;
Kiedy zbliżyła się miłość,
Stali się jeszcze bardziej samotni;
Byli obcy
taki był świat istot pozbawionych.
Wymyślili pocałunki, żeby uwierzyć
W koniec samotności,
Ale kiedy pocałunki nabierały mocy,
Wierciły w nich dziurę:
W niej kiełkowała inna identyczna osoba,
Która błąkała się sama, drugi człowiek,
Inny ktoś, inny kandydat na istotę.
Trudno było żyć na tamtym świecie;
Lepiej mi w piekle;
Tu nie ma Boga ani miłości,
Nie ma łez,
Wszystko jest czyste, suche, prawdziwe.
Choć dla ciebie zmieniłabym wszystko,
Dałabym ci piekło
Jeśli zabierzesz mnie
Stąd: tam, gdzie istniejesz ty1.
Jak odkryć to, co się nie wydarzyło?
Książka ta opowiada o pustych miejscach, o ich wypełnianiu i obsiewaniu.
Pierwszym krokiem ku zrozumieniu, jak na nas one wpłynęły, jest
określenie, w czym odegrało rolę to, co powinno było się wydarzyć, a jednak się nie wydarzyło. Ta próżnia nie dotyczy wyłącznie sytuacji, w której żyjemy; przeniknęła do naszego wnętrza i ukształtowała nasz
sposób funkcjonowania. Wiąże się z tym, czego w nas nie ma - w naszym
sposobie bycia w świecie i radzenia sobie z tym, co dzieje się w naszym
wnętrzu. Czasami stajemy się dla siebie najgorszymi wrogami i toczymy
walkę sami ze sobą, a kiedy indziej zachowujemy się tak, jakbyśmy nie
mieli dla siebie znaczenia, jakbyśmy nie potrafili stanąć po własnej
stronie. W takich momentach porzucamy samych siebie, chowamy się gdzieś
w środku, przestajemy sprawdzać, czego potrzebujemy, a z czasem niemal
zapominamy, że w ogóle czegoś nam brakuje. W trudnych chwilach
przygniata nas nasz własny ciężar. Idziemy przez życie z opuszczonymi
ramionami i bez sił, a choć inni wyciągają do nas pomocną dłoń, nie
przyjmujemy jej. To, co dzieje się na zewnątrz, odzwierciedla to, co
dzieje się wewnątrz, często stanowiąc po prostu jego lustrzane odbicie.
Sporo myślałam o tym, jak napisać tę książkę, żeby jej lektura mogła
podnosić na duchu. Z mojego doświadczenia w towarzyszeniu innym wynika,
że poruszanie tego tematu zawsze jest trudne, ponieważ doświadczenie
porzucenia i braku potrafi być wyjątkowo przygnębiające. Praca z ofiarami przemocy fizycznej wydaje się w pewnym sensie prostsza, bo
przynajmniej dotyczy czegoś uchwytnego i jasno określonego. Inne
doświadczenia, takie jak emocjonalne znęcanie się lub molestowanie
seksualne, są znacznie bardziej dezorientujące i wywołują niezwykle
złożone emocje. Gdy zapyta się osoby dotknięte takimi doświadczeniami,
co było najgorsze, zwykle wspominają nie tyle samą krzywdę, ile tych,
którzy ich nie obronili, nie uwierzyli im albo wręcz nie zauważyli ich
cierpienia. To bywa gorsze od samego zranienia jako takiego, bo dzięki
wsparciu rany goiłyby się szybciej, a brak reakcji, obrony i troski
sprawia, że cierpiący pozostają bezbronni w obliczu nienazwanego bólu, o którym nie wolno im rozmawiać, którego nie są w stanie opłakać i którego
nie pozwala im się czuć. Rany porzucenia przypominają czarną dziurę
ziejącą w miejscu, które powinno być wypełnione miłością, a wejście do
tego obszaru można porównać do bycia wciąganym przez otchłań. Dlatego do
lektury tej książki warto się przygotować - nie należy siadać do niej ot
tak, po prostu.
Droga wiodąca do rozwiązania
Aby nasza refleksja przyniosła owoce i pomogła nam zbliżyć się do
rozwiązania, którego szukamy, w rozdziałach tej książki postępować
będziemy zgodnie ze schematem:
Najpierw nauczymy się przyjmować rzeczywistość bez sprzeciwu, z nastawieniem: "jest tak, jak jest" - po to, by móc dostrzec to, co dotąd
pozostawało niewidoczne. Kiedy lepiej zrozumiemy, w jakiej sytuacji się
znajdujemy, zaczniemy zasiewać ziarno. Sednem zadośćuczynienia
porzuceniu są umiejętności odczuwania i patrzenia na siebie, otaczania
siebie opieką i dodawania sobie otuchy, by móc robić postępy.
Zaakceptujmy bez walki: koniec z kręceniem się w kółko
Porozmawiamy teraz o poczuciu pustki, nieuznaniu, nieobecności, błędach
i niedoborach - to ważne tematy, bo pozwolą nam lepiej zrozumieć siebie,
odnaleźć sens wielu doświadczeń i zaakceptować nasze braki. Wnikniemy w nie bez obwiniania się, że nie zrobiliśmy tego wcześniej, bez oskarżeń i błądzenia w labiryncie bezsilności czy "powinności". To proces, w który
należy wchodzić stopniowo, odkrywając warstwę po warstwie, aż dotrzemy
do sedna - do tego, co najważniejsze i najgłębsze.
Zadawanie sobie w kółko pytań: "dlaczego to mi się przytrafiło?" albo
"jak to możliwe, że nikt się nie zorientował?", czy też powtarzanie w myślach: "nie mogę tego znieść", prowadzi jedynie do coraz większego
odcięcia od własnych uczuć. Jeśli pójdziemy tą drogą, ta książka zamiast
pomóc, jedynie pogłębi nasz ból. Braki są częścią tego, kim jesteśmy,
należą do naszej historii i współtworzą naszą tożsamość. Nie składamy
się jednak wyłącznie z nich, bo jesteśmy także istotami w procesie
rozwoju. Możemy, wychodząc od naszego pierwotnego surowca, dalej
ewoluować - pod warunkiem że dostrzeżemy go takim, jakim jest, i bezwarunkowo go zaakceptujemy.
To niezwykle trudne, bo być może przetrwaliśmy właśnie dlatego, że nie
zaglądaliśmy w pustkę, ale staraliśmy się ją wypełnić, rozpaczliwie
próbując zasypać bezdenne dziury, żerując emocjonalnie na innych
ludziach albo buntując się przeciwko własnej, nieodwracalnie zapisanej
historii. Dlatego przystępując do lektury tej książki właśnie z takiej
pozycji, przypomnijmy sobie, że tylko jeśli staniemy oko w oko z tym,
jacy jesteśmy naprawdę, możemy z przekonaniem wyznaczyć kierunek zmian,
jaki nas interesuje.
Czasami walczymy z naszymi emocjami, wspomnieniami lub tym, co nam się
przytrafia, nie zdając sobie sprawy z tego, co robimy. Wówczas pytania,
jakie sobie stawiamy, wydają się nam przytłaczająco logiczne. Kryje się
w nich jednak pułapka: raz po raz wracamy przez nie do punktu wyjścia
jak w błędnym kole. Poza tym nie zadajemy ich sobie ze szczerego
zaciekawienia, które pomogłoby nam lepiej zrozumieć siebie, ale z intencją oceny ("jak to możliwe, że...?"), zamiast wyrozumiałego
spojrzenia na to, co się nam przytrafia. Czasami są jak śmigła
helikoptera, którym przelatujemy nad innymi, głębszymi i boleśniejszymi
emocjami, przy których - mniej lub bardziej nieświadomie - próbujemy nie
lądować. Dlatego spytajmy siebie o co innego, na przykład: "Czy to
pytanie do czegoś mnie prowadzi?" albo "Jaki rodzaj odpowiedzi by mnie
zadowolił?". Być może rozwiązaniem byłoby powiedzenie sobie: "Po co
rozpamiętywać coś, czego nie można zmienić?". Przyjrzymy się błędnym
kołom i wysiądziemy z helikoptera. W ten sposób zbliżymy się o krok do
nowych pytań, które mogą nam przynieść przydatne odpowiedzi.
Nauczmy się dostrzegać: Pomóżmy sobie zauważyć wspierające doświadczenia
Prawdopodobnie to, czego nam zabrakło, zaistniało gdzie indziej, może w bardzo niewielkich dawkach, tak małych, że nie dało się ich dostrzec.
Być może był ktoś, kto nas widział, ale te nieznane dotąd spojrzenia
tonęły w naszej pustce. Spojrzenia innych osób - nie tych, których
potrzebowaliśmy, by czuć się ważni i wyjątkowi - nie niosły nam
wsparcia, a czasem wręcz pogarszały nasze samopoczucie. Może tak mocno
wlepialiśmy wzrok w podłogę, że ich nie zauważyliśmy. Może żywili wobec
nas ciepłe uczucia, ale nie daliśmy im szansy nam pomagać ani nas
pokochać, zauważyć czy docenić. Zamiast dostrzegać pozytywne sygnały,
które mogłyby ogrzać nasze wnętrze, czuliśmy tylko ból i powtarzaliśmy w myślach: "Dlaczego moi rodzice tacy nie są?", "Dlaczego nie mogła tego
zrobić osoba, którą kocham?".
Być może skoro nas nie dostrzegano, nasze oczy same nie nauczyły się
patrzeć, nie wyćwiczyły umiejętności rozglądania się i obserwowania
świata. W takim przypadku czeka nas długa droga, byśmy nauczyli się
widzieć rzeczy takie, jakie są - droga wymagająca cierpliwości i umiejętności korzystania z ważnego narzędzia, które posiada każdy z nas:
naszej uwagi.
Nie dostrzegając spojrzeń innych ludzi i przegapiając szansę na bycie
zauważonymi, zamykamy się w sobie na przeróżne sposoby, nie dopuszczając
do siebie tego, czego potrzebujemy. Wygląda to tak:
Jeśli funkcjonujemy w ten sposób, jakiekolwiek odrzucenie wydaje się nam
ponad nasze siły, bez względu na to, czy jest znaczące, czy nie.
Jesteśmy ślepi na wsparcie, które oferują nam inni, lub odrzucamy je,
ponieważ nie jest dokładnie takie, jakiego oczekujemy. Poza tym nie
pozwalamy sobie odczuwać wdzięczności i zamieniamy ją w coś innego -
bagatelizujemy znaczenie wyciągniętej do nas pomocnej dłoni albo
podejrzewamy, że kryje się za nią złośliwość czy manipulacja. Z takim
nastawieniem, przypominającym lupę, która powiększa cierpienie,
zatrzaskujemy drzwi przed tym, czego naprawdę potrzebujemy. Negatywne
emocje rosną w siłę, ponieważ nie dopuszczamy do siebie uczuć, które
mogłyby je złagodzić lub zrównoważyć. Dlatego musimy na nowo
zaprojektować nasze filtry, a to niekoniecznie dzieje się naturalnie.
Gdy postępujemy według opisanego schematu, nasze uprzedzenia - mapa,
zgodnie z którą orientujemy się w świecie - okazują się nieaktualne.
Przekonania dotyczące ludzi i relacji blokują napływ nowych doświadczeń.
Nasz mózg, nastawiony na przetrwanie, skupia się na unikaniu powtórzenia
dawnej krzywdy. Tymczasem potrzebujemy go przeprogramować tak, aby
zaprowadził nas w stronę bezpieczeństwa i pozwolił żyć pełnią życia.
Wspierajmy rozwój: jak sprawić, by zdarzyło się to, co się nie wydarzyło
Nasza historia nie determinuje naszego przyszłego losu, ale kształtuje w nas automatyczne reakcje, których nie da się po prostu "rozbroić" siłą
woli. Jedną z nich bardzo często jest pętla odrzucenie-samoodrzucenie.
Skupiamy się przede wszystkim na doświadczeniach, w których czuliśmy się
samotni, bezbronni i niedostrzegani, bo nikt nie przekazał nam wzorca
obecności, towarzyszenia lub opieki. Reakcje osób, które pomagały nam
dorastać, na nasze emocje przekształcają się w schemat odtwarzany
później automatycznie przez nasz umysł. Jeśli ktoś akceptował nasz
smutek, uczymy się troszczyć o siebie, gdy jesteśmy smutni. Jeśli jednak
tej emocji nie dostrzegano, zapewne i my nauczymy się jej nie zauważać i się nią nie zajmować. Kiedy czujemy się samotni i odrzuceni, ważne są
nie tylko same te uczucia, ale także towarzysząca im tendencja do
bierności - odpuszczania sobie, porzucania siebie i pozwalania sobie na
upadek.
Samoodrzucenie pogłębia i przedłuża skutki doświadczeń opuszczenia i nieobecności, a także związanych z nimi uczuć. Dobra wiadomość jest
taka, że zmieniając sposób, w jaki obchodzimy się z własnymi emocjami,
możemy realnie wpłynąć na naszą historię. Mamy możliwość wyjścia z błędnego koła i zmienienia naszych wzorców. Wymaga to cierpliwej pracy
nad samoświadomością i gotowości, by świadomie sięgać po to, czego
naprawdę potrzebujemy. Jeśli wytrwamy w tym postanowieniu i nauczymy
się korzystać z dostępnych zasobów, posiądziemy kluczowy element, który
pozwoli nam wprowadzić głębokie i trwałe zmiany.
Notatnik wspierających zasobów
Pora na krótką refleksję. Zastanówmy się, wobec jakich osób lub istot
żywych obecnych w naszym życiu czujemy największą wdzięczność. Jakie
chwile - te ważne i te mniej znaczące - potrafimy dziś najbardziej
zauważyć i docenić? Jeśli przywoływanie naszej historii budzi trudne
wspomnienia, dobre momenty mogą nie wracać do nas z łatwością. Nie
rezygnujmy jednak z prób.
Gdy to zadanie okaże się zbyt trudne, wyobraźmy sobie, że stoimy w morzu, a wzburzony piasek nie pozwala nam dostrzec dna. Wystarczy
poczekać, aż woda się uspokoi. Miejmy cierpliwość. Jeśli przywoływanie
wspomnień dużo nas kosztuje, zatrzymajmy się, odpocznijmy i spróbujmy
ponownie. Nie szukamy niczego spektakularnego - mamy się skupić na
drobiazgach.
Sięgnijmy po notatnik przygotowany specjalnie w tym celu i zapisujmy w nim to, co przychodzi nam do głowy. Nie róbmy tego na luźnych kartkach.
Nazwijmy go Notatnikiem wspierających zasobów i nośmy zawsze przy
sobie. Jeśli pojawi się w nas jakiekolwiek "ale", odsuńmy je od siebie.
Sięgajmy po notatnik za każdym razem, gdy przypomnimy sobie wspierające
doświadczenie lub osobę, która wniosła coś dobrego w nasze życie.
W trakcie lektury tej książki zapisujmy w Notatniku wspierających
zasobów wszystko, co nas wspiera: rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni,
ludzi, którzy są dla nas oparciem, chwile, które przynoszą ukojenie,
zmiany, jakie wprowadzamy, momenty, kiedy zaczynamy rozumieć coś, co
wcześniej było dla nas niejasne, sprawy, na które zaczynamy patrzeć
inaczej. Być może na początku pojawią się myśli: "Ale po co?", "Nic mi
to nie da", "To wszystko nie ma sensu". To naturalne, że odzywa się głos
pustki, która nie chce ustąpić. Nie walczmy z nim. Zamiast tego
zapytajmy siebie: "Co mi szkodzi spróbować?". Pod koniec tej książki
zobaczymy, co nas wspiera. Uwaga: nie zapisujemy zdań w rodzaju "Tak,
ale...", "Jak to możliwe, że...?", "Muszę...", "Nie mogę". Takie sformułowania
często przychodzą nam na myśl, ale pozostawmy je i nauczmy się skupiać
na innych. Jak powtarzała mi moja dobra przyjaciółka Sandra Baita,
psycholożka, terapeutka i autorka wielu książek, Notatnik wspierających
zasobów to swego rodzaju książka kucharska. Dopóki nie nauczymy się
"przepisów" na pamięć, Notatnik będzie nam służył do działania zgodnie
z przepisem, a sam proces stanie się dzięki niemu bardziej wizualny,
konkretny i zewnętrzny. Będziemy mogli skupić się na naszych zapiskach i dobrze je zapamiętać. Zatem na razie owe wspierające zasoby są
składnikami, które krok po kroku będziemy ze sobą mieszać i tworzyć z nich to, co najlepsze.
Gdzie mieszka pustka
Samotność tego, co niewidzialne, jest głębsza od samotności
jakiegokolwiek człowieka.
H.G. Wells, Niewidzialny człowiek
Już wiemy, jak się przygotować do naszej wyprawy. Teraz zobaczmy, jakie
krainy zamierzamy odwiedzić, w jakich okolicznościach pustka i nieobecność stanowią najważniejsze elementy, co nam to mówi o nas samych
i jak można zasiać coś w miejscach, które do tej pory były puste. Jeśli
potrzebujemy się wzmocnić przed wyruszeniem w drogę, wróćmy do naszego
Notatnika wspierających zasobów. Czytajmy go powoli, poświęcając
dłuższą chwilę na każdy zapisany wers, i zapisujmy odczucia, jakie w nas
wywołuje. Jeśli napotkamy trudne emocje - postarajmy się je zrozumieć,
lecz skupmy się na tych wspierających, ponieważ to je będziemy
wzmacniać. Gdy znów pojawią się myśli typu "tak, ale..." - odsuńmy je. To
czas czyszczenia terenu i przygotowywania gleby pod nowe zasiewy. Nie
spieszmy się. Zatrzymajmy się tyle razy, ile będzie konieczne, i wracajmy do tego, co nas wspiera. Nasz notatnik może być dobrym
towarzyszem tej podróży.
Ruchome planety
Mam pewną planetę. Na niej żyje rodzina, którą chciałabym mieć,
przyjaciele, którzy zawsze są obok i nigdy nie zawodzą, miłość mojego
życia, która tylko czeka, by dać mi to, czego mi brakowało, dzieci,
które dojdą do tego, do czego ja nie mogłam (...). Uciekam tam, kiedy
życie robi się zbyt chłodne lub przytłaczające i rzeczywistość staje się
nie do wytrzymania (...). Bez mojej planety nie mam nic.
Kiedy otaczający nas wszechświat lub to, co się nie wydarza,
uniemożliwia nam czerpanie radości z życia, tworzymy planety, na których
próbujemy ukryć to, co nas unieszczęśliwia, lub szukamy schronienia,
sądząc, że to ochroni nas przed pustką i nieobecnością. Ważne jest
jednak, by pracować nad zasiewaniem nowego ziarna w pustych miejscach,
w których wyrośnie to, czego naprawdę potrzebujemy.
Kiedy nie można sięgnąć do wewnątrz, ponieważ połączenie się z cierpieniem i zamętem, który kryje się na dnie, jest zbyt trudne,
potężna wyobraźnia dziecka tworzy magiczne światy, w których zdoła ono
znaleźć schronienie. Gdy dziecko dorasta w próżni, jego umysł tworzy
dzięki fantazji to, czego potrzebuje. To naturalny mechanizm przetrwania
- jednak jego efekt to złudzenie, które z czasem zaczyna wydawać się
lepsze od rzeczywistości. Pewna osoba po miesiącach terapii opowiedziała
mi historię swojej rodziny - bardzo różną od tej, którą relacjonowała na
początku:
Wiesz, o co chodzi? Wymyśliłam sobie matkę, ponieważ wstydziłam się
opowiadać w szkole o rzeczach, które robiła moja prawdziwa mama.
Zaczęłam więc opowiadać wszystkim o matce, którą chciałam mieć, o czułej
mamie, która zawsze się mną zajmowała. Z czasem przestałam widzieć
prawdziwą matkę, tę z krwi i kości, i kiedy myślałam o niej, miałam
przed oczami jedynie tę wymyśloną. Chciałam myśleć, że ta prawdziwa nie
istniała, więc mój umysł ją wyparł.
Jednak takie schronienie nie istnieje po to, żeby zapewnić nam uczucia,
których kiedyś nie otrzymaliśmy. To fantazja, oderwana od miejsca, gdzie
kryją się nasze potrzeby, ponieważ znajduje się tam także ból. To, z czym nie nawiązujemy połączenia, nie może ewoluować i dlatego chowa się
w naszym wnętrzu na zawsze. Światy wyobrażone także nie ewoluują ani nie
pozwalają nam się rozwijać.
A tak wyglądała planeta innej osoby:
Mam trzy szufladki. W jednej kryje się gówno, tej nie chcę otwierać. W drugiej jest to, nad czym muszę popracować, żeby zrobić różne rzeczy i pociągnąć je do przodu. W trzeciej znajduje się mój wymyślony świat. Nie
jest to żaden nadzwyczajny świat, to miejsce, gdzie mam normalne życie,
partnera, z którym czasami się kłócę, dzieci, które nie zawsze mnie
słuchają, najnormalniejszą pracę pod słońcem. Ale tam, w trzeciej
szufladce, problemy się rozwiązują, a ja nie cierpię. Jestem jak
bohaterka filmu.
Świat, który opisuje ta kobieta, to miejsce bez bólu, bez problemów nie
do rozwiązania czy poczucia niemocy i odrzucenia. I choć stanowił
tymczasowe rozwiązanie, gdy nie było innego, to nie rozwiązał jej
problemów, a teraz jedynie przysparza jej dodatkowych trudności,
ponieważ sprawia, że żyje tylko "tak jakby", za maską uśmiechu.
Dogłębna zmiana oznacza zrobienie porządku we wszystkich szufladach i uporządkowanie na nowo naszego umysłu. Jak zobaczymy później,
wszystkie zmiany zachodzą dzięki połączeniu.
Wyimaginowane planety to ważne, choć kruche schronienia. Dziecko,
wyobrażając sobie troskliwą matkę, tak inną od tej, którą naprawdę ma,
intuicyjnie wie, czego mu brakuje, ale gdyby spojrzało zbyt głęboko,
musiałoby zmierzyć się z prawdą, że czegoś nie dostało. Wyobraźnia
tworzy dekorację bez głębi. Bywa, że nawet te idealne wizje rodzą
pytania takie jak: "dlaczego nie może tak być w moim domu?" lub "co
zrobiłem, że mnie tak nie traktują?". Z czasem te pytania zamieniają się
w wewnętrzne tortury, a wyobrażenie innego świata staje się jedynie
formą tymczasowej ucieczki.
Problem pojawia się, gdy trzeba wrócić do prawdziwego świata, który
nigdy nie jest tak kuszący ani idealny, więc w porównaniu ze sferą
marzeń zawsze wypada blado. Realne doświadczenia, z których moglibyśmy
czerpać siłę, wydają się zbyt niedoskonałe lub nieistotne, więc
odrzucamy je. A gdy coś wstrząśnie naszym wyobrażonym światem, cała
konstrukcja rozpada się jak domek z kart. Kiedy do tego dochodzi, żyjemy
na karuzeli iluzji i ułudy, popadamy w stan permanentnego niezadowolenia
i całkowicie izolujemy się od rzeczywistości, która mogłaby zburzyć
nasze złudzenia. Dlatego wyimaginowana planeta staje się ważną
przeszkodą na drodze do prawdziwej zmiany.
Zaakceptujmy bez walki
Pierwszym krokiem ku rozwojowi jest zawsze zrozumienie, gdzie się
znaleźliśmy. Oznacza to spojrzenie na naszą planetę marzeń jako na
drugą stronę tego, czego nam zabrakło. Gdzie było to, za czym tak bardzo
tęskniliśmy? A jeśli przez chwilę należało do nas, kiedy to straciliśmy?
Choć od tych pytań może się nam zakręcić w głowie, a zadawanie ich sobie
może wywołać cierpienie, to ważne, abyśmy przyjrzeli się swoim
wspomnieniom, bo unikanie ich tylko potęguje problemy. Gdy odwracamy
wzrok od wspomnień, kryją się za zasłoną wstydu, przez co chowane pod
nimi uczucia stają się coraz trudniejsze do przyjęcia. Tymczasem jeśli
spojrzymy lękowi prosto w oczy, ten, choć na początku może być
intensywny, z czasem zacznie słabnąć. Często potrzebujemy, żeby ktoś
pomógł nam odróżnić cień od prawdziwego zagrożenia, przeszłość od
teraźniejszości, to, jacy byliśmy kiedyś, od tego, kim jesteśmy teraz.
Czy podzieliliśmy się z kimś którąś z takich chwil? Czy jeśli
porozmawiamy o niej z tą osobą, będzie to dla nas chociaż trochę
pomocne? Jeśli tak, opiszmy to wspomnienie i to, co nam pomogło, w Notatniku wspierających zasobów, żeby zawsze mieć je pod ręką.
Zatrzymajmy się na moment, żeby je zapamiętać. Jeśli jeszcze nikomu o nim nie mówiliśmy, wyobraźmy sobie, że możemy zwierzyć się osobie, która
nas wysłucha i zrozumie. Pozwólmy sobie pomyśleć o tym i zanotować, co
dobrego by z tego wynikło.
Przyglądanie się temu, co ukryte, boli, ale uciekanie od tego tylko
przedłuża cierpienie. Żeby uzdrowić ból, trzeba go przyjąć do siebie.
Tak, to bardzo trudne, możemy wręcz czuć się tak, jakbyśmy brali w ramiona ciernie - wydaje się, że ból nas złamie, ale to kluczowy krok.
Jeśli spróbujemy go wytrzymać chociaż przez krótką chwilę, która może
wydawać nam się nieskończonością, cierpienie może zacząć się wyciszać,
znikać, puszczać. Jeśli to możliwe, spróbujmy spojrzeć na nie w ten
sposób także oczami kogoś, kto potrafi nas zrozumieć. Zaznaczam, zróbmy
to, tylko jeśli to możliwe, ponieważ jeżeli zaczynamy od zera,
pozwolenie, by ktoś nas naprawdę zobaczył - zwłaszcza naszą najbardziej
wrażliwą i bezbronną twarz - i się nami zaopiekował, może się wydawać
przytłaczające. Warto nauczyć się pokazywać siebie samych i pozwalać
się objąć wsparciem; możemy to wyćwiczyć jak każdą umiejętność, ale
powinniśmy zacząć od małych kroków i z czasem przejść do tych większych,
cierpliwie krocząc drogą ku temu, czego potrzebujemy.
Jeśli podczas lektury tej książki odzyskamy połączenie z bolesnymi
wspomnieniami, które jednak okażą się do wytrzymania, w ramach
ćwiczenia pozostańmy z nimi dosłownie przez minutę. Włączmy stoper i wytrzymajmy sześćdziesiąt sekund w kontakcie z emocjami płynącymi ze
wspomnień. Kiedy usłyszymy odgłos oznaczający upływ ostatniej sekundy,
wstańmy, poruszmy się, zwróćmy uwagę na to, co nas otacza, i przypomnijmy sobie, że to tylko dawne wspomnienie. Teraz nie jesteśmy
już w tamtej sytuacji.
Jeśli to zbyt trudne, wyobraźmy sobie, że oglądamy dane wspomnienie z ostatniego rzędu w kinie albo jak stare, wyblakłe zdjęcie - z pewnego
dystansu, lecz bez całkowitego odłączenia. Pozwólmy, by wywołało w nas
emocje, ale nie zanurzajmy się w nie do końca.
Możemy też sobie wyobrazić, że jedziemy pociągiem w stronę naszych
wspomnień i oglądamy przez okno krajobraz, obserwując, jak się zbliża,
a potem oddala.
Kiedy przez całe życie usiłujemy nie pamiętać o tym, co nas boli,
zbliżenie się do tego obrazu choćby o pół kroku może nas wiele
kosztować, ale da się tego nauczyć. Nie zniechęcajmy się, jeśli
przychodzi nam to z trudem, wróćmy do zadania innego dnia i spróbujmy
jeszcze raz. Jeżeli ten podpunkt wywołał w nas trudne emocje, głęboko
zaczerpnijmy powietrza i powoli je wypuśćmy, próbując całkowicie
opróżnić płuca. Pozwólmy, by przykre odczucie opuściło nas wraz z wydechem. Możemy praktykować ten rodzaj oddychania, licząc do trzech
przy wdechu i do sześciu przy wydechu. To prosty sposób, by uspokoić
ciało i ukoić emocje.
Nauczmy się dostrzegać
To, co kryje się na naszej planecie, odzwierciedla nasze potrzeby,
dlatego nie warto od razu tego niszczyć. Ważne jest dla nas, aby
przechowywane tam wizje mogły się urzeczywistnić, zejść na ziemię i zadziałać w prawdziwym świecie, choć oczywiście nie będzie miało takiego
rozmachu ani barw jak w naszej wyobraźni. Pamiętajmy, że uczucia
możemy znaleźć u osób, dla których jesteśmy ważni, choćby nie była to
bezwarunkowa miłość rodziców lub partnera, o jakiej marzymy. Aby je
dostrzec, musimy opuścić gardę i wyrzucić z naszego słownika
stwierdzenia typu "tak, ale...", które zasilają nasz stan permanentnego
niezadowolenia. Ważne jest, byśmy spojrzeli przez szkło powiększające
na chwile, w których ktoś naprawdę nam pomaga, docenia nas, słucha i rozumie. Ludzie z krwi i kości nie zawsze nam towarzyszą, ponieważ
sami mierzą się ze swoimi problemami, ograniczeniami i niedoskonałościami. Nie zawsze są w stu procentach do naszej dyspozycji,
ale nie traktujmy tego jako dowód, że i tak by nie zareagowali albo że
nie warto im zaufać - nadal możemy cieszyć się pięcioma procentami
uwagi, które mają nam do zaoferowania. A wielokrotność tych pięciu
procent może dać nam to, czego potrzebujemy, i to z nawiązką.
Czego potrzebujemy?
Żebyśmy nauczyli się zauważać własne potrzeby, warto zastanowić się nad
naszymi marzeniami i pragnieniami, mogącymi stanowić dla nas wskazówkę.
Co dokładnie sobie wyobrażamy? Wybierzmy najczęściej powtarzającą się
potrzebę. Później poszukajmy w pamięci osób, których wsparcie pomogło
nam ją zaspokoić, choćby tylko raz i w niewielkim stopniu. Zanotujmy
nasze refleksje poniżej w odniesieniu do wymienionych potrzeb.
Potrzeba bycia zaopiekowanymi, zrozumianymi, pokrzepionymi:
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potrzeba zyskania aprobaty dowodzącej, że jesteśmy wystarczająco
dobrzy tacy, jacy jesteśmy:
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potrzeba zaufania naszej zdolności do działania, wykonywania zadań,
rozwiązywania problemów:
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potrzeba bezpieczeństwa i ochrony:
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potrzeba stanowienia części czegoś większego, poczucia, że
przynależymy do grupy lub miejsca:
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Zapamiętaj, co się wydarzyło w każdej z tych chwil. Zanotuj płynące z ciała wrażenia, które towarzyszyły tym doświadczeniom. Z pewnością
dostrzeżesz pojawiające się mieszane uczucia, ale skup się na tych
pozytywnych - na wspierającej części wszystkich odczuć. Nie szkodzi,
jeśli jest niewielka, niemal niezauważalna. Opisz ją taką, jaka jest. Na
razie odłóż na bok wszelkie niepokoje i "ale" - zajmiemy się nimi
później.
Wspierajmy rozwój
Aby te ćwiczenia odżywiły nasze wnętrze, musimy je poczuć, oddychać nimi
jak powietrzem oraz zauważyć, jakie wrażenia wywołują w naszym ciele. Na
początku skup się na kilku pozytywnych emocjach, które zdołasz
zanotować, bo gdy się na nich skoncentrujesz, spotęgują się i łatwiej będzie ci je poczuć. Oczywiście trudniej to zrobić, gdy
przyjemnym wrażeniom towarzyszą inne, bolesne, które łatwo nas
przytłaczają, oraz natrętne myśli, które przeszkadzają, zamiast pomagać.
Jednak dzięki cierpliwości i determinacji z czasem coraz łatwiej
będziesz odnajdywać więź z pozytywnymi emocjami.
Duże znaczenie małych gestów
Na przykład takim drobnym, ale wspierającym wspomnieniem mogłaby być
chwila, gdy nauczycielka zauważyła nasze trudności, choć nie odważyliśmy
się jej o nich powiedzieć. Prawdopodobnie wrócą do nas także wspomnienia
problemów wraz z towarzyszącymi im niepokojącymi odczuciami, ale jeśli
zatrzymamy się i przyjrzymy się im uważnie, poczujemy łagodne ciepło,
myśląc o spojrzeniu tej nauczycielki.
Mogą się pojawić negatywne wrażenia, ale pamiętaj o tym cieple.
Poczujesz wstyd, że ktoś cię zobaczył, ale pamiętaj o tym cieple. Będzie
ci trudno, ale obserwuj je, nie zmuszając się do niczego. Zwróć uwagę,
jak twój umysł odciąga cię od pozytywnego odczucia, ale staraj się z niego czerpać. Za każdym razem gdy to robisz, twój mózg uczy się
reagować w nowy sposób. Uzbrój się w cierpliwość.
A teraz zbierz wszystkie drobne, miłe chwile, które cię spotkały, wraz z emocjami, które zauważasz lub odczuwasz, i zapisz je w naszym
Notatniku wspierających zasobów.
Nie ma nic złego w tym, że pozwalamy sobie poczuć emocje wywołane przez
planetę marzeń - wręcz przeciwnie, może nam to pomóc. Dzięki temu
dowiemy się, jak to jest być przytulonym przez wyobrażoną matkę, kiedy
jesteśmy smutni, lub gdy pomagają nam i nas wspierają niezawodni
przyjaciele. Dzięki temu wychowamy nasze wymarzone dzieci tak, jak sami
chcieliśmy być wychowani. Żeby to osiągnąć, warto wyobrazić sobie,
jakby to było naprawdę żyć tymi wrażeniami. Pozwolenie sobie na ich
odczuwanie może nam pomóc w ich rozpoznawaniu - każda dawka pozytywnego
uczucia, którą doświadczamy w rzeczywistości, stanie się dla nas punktem
odniesienia. Jeśli weźmiemy do ręki grudkę złota, poznamy jego barwę,
blask i fakturę, łatwiej dostrzeżemy jego okruchy na dnie rzeki.
Jesteśmy poszukiwaczami złota, ale pamiętajmy, by nie dać się omamić
legendzie o El Dorado. Z czasem zapragniemy być dziećmi, które zbierają
błyszczące, kolorowe kamyczki. Dzieci dobrze wiedzą, że kamyczki są
ważniejsze niż złoto. Podobnie jak ono, wielkie, wyidealizowane marzenia
znikną z naszego horyzontu.
Przez sam prosty fakt istnienia
Jeśli nikt cię nie widzi, to czy naprawdę istniejesz?
Patrick Ness, Siedem minut po północy
W 1975 roku amerykański psycholog Edward Tronick wraz z zespołem
przeprowadził eksperyment Still Face (ang. kamienna twarz). Pokazał w nim reakcję niemowlęcia, kiedy jego matka nagle przestała wyrażać miną
jakiekolwiek emocje. Nie wydawała się zła ani smutna, po prostu nic nie
było po niej widać. Dziecko początkowo było zaskoczone, potem płakało,
próbując zwrócić uwagę matki, następnie traciło nadzieję, aż w końcu się
poddawało - wszystko to działo się bardzo szybko.
Dziecko rozpoznaje się w obrazie, które pokazują mu otaczający go
ludzie. Przeważnie osoby dorosłe naśladują i wyolbrzymiają wyraz twarzy
dziecka, powtarzają jego próby wypowiedzenia słowa, zamieniając je na
pełne wyrazy, z dużą przesadą i wyraźną gestykulacją. W ten sposób
dziecko uczy się postrzegać siebie za pośrednictwem innych.
Z kolei brak reakcji emocjonalnej dorosłych, choćby byli fizycznie
obecni, może w negatywny sposób wpłynąć na rozwój dziecka. Nie chodzi tu
tylko o obojętność - czasami opiekunowie są emocjonalnie nieobecni,
niektórzy rodzice mogą w pierwszych latach życia dziecka mieć obniżony
nastrój, bywają też zaabsorbowani własnym cierpieniem wywołanym traumą
lub stratami, wyczerpani przewlekłymi chorobami lub przytłoczeni
poważnymi problemami. Część opiekunów czuje się niekomfortowo w obszarze
uczuć i naturalne potrzeby dziecka ich przerastają. Dzieci mogą wzrastać
bez emocjonalnej pożywki w postaci spojrzeń i uwagi swoich rodziców i krewnych z wielu różnych powodów.
Dziecko przed lustrem
Za pośrednictwem spojrzeń rodziców powstaje przestrzeń, w której ich
potomek może spojrzeć w głąb siebie. Bez tego wewnętrznego spojrzenia
maluch dorasta "ślepy" na emocje. Wszyscy znamy opowieści o dzieciach
wychowanych przez zwierzęta lub pozbawionych kontaktu z człowiekiem,
które nie tylko zmagały się z wieloma problemami, ale też brakowało im
języka do wyrażania siebie. Choć niektóre z nich ostatecznie opanowały
umiejętność mówienia, potrzebowały na to o wiele więcej czasu niż dzieci
poddawane właściwej stymulacji w odpowiednim wieku.
Możemy zatem wzrastać niewyposażeni w język emocjonalny. Niektórym
osobom brakuje umiejętności myślenia w kategoriach emocjonalnych; to
zjawisko psychologiczne nazywamy aleksytymią. Amerykańscy
psychiatrzy J.C. Nemiah i P.E. Sifneos ukuli ten termin w 1973 roku,
żeby opisać fakt, że aleksytymicy nie potrafią oddawać emocji za pomocą
symboli ani słów. Rzeczywiście osoby dotknięte tym syndromem nie operują
konceptami emocjonalnymi także na poziomie umysłowym, a nawet mają
trudności z fantazjowaniem i korzystaniem z wyobraźni. Choć aleksytymia
może wynikać z wrodzonych cech, które obecnie nazywamy
neuroróżnorodnością (na przykład spektrum autyzmu), to może wynikać
także z kwestii związanych ze stylem wychowania. Przykładowo wychowanie
bazujące na stwierdzeniu, że "chłopaki nie płaczą", może wpływać na
wyższy wskaźnik aleksytymii u mężczyzn. Szacuje się, że dotyka ona około
jednej na dziesięć osób.
Aby sprawdzić, czy możemy należeć do grupy osób z aleksytymią,
sprawdźmy, z iloma z poniższych stwierdzeń się zgadzamy.
Nie wiem za dobrze, co dzieje się w moim wnętrzu.
Czasami nie odróżniam, czy moje złe samopoczucie ma charakter
emocjonalny, czy fizyczny.
Trudno mi znaleźć słowa, by opisać uczucia.
Doznaję odczuć fizycznych, których nie rozumiem i których lekarze nie
potrafią wytłumaczyć.
Zwykle nie analizuję za bardzo problemów i nie zastanawiam się, co dla
mnie znaczą.
Zauważam złe samopoczucie, ale nie odróżniam, czy czuję smutek, strach
czy gniew.
Wolę zaczekać, aż coś minie samo, nie zastanawiając się, dlaczego w ogóle się pojawiło.
Czuję dyskomfort przy bardzo emocjonalnych ludziach czy rozmowach.
Z trudem przychodzi mi określenie, jak się czuję w relacjach, albo
rozmawianie o tym.
Wyrażenie najskrytszych uczuć sporo mnie kosztuje, nawet w rozmowie z bliskimi.
Inni ludzie mnie namawiają, żebym okazywał więcej uczuć.
Kiedy zauważę u siebie złość lub zmęczenie, nie bardzo wiem, dlaczego
tak się czuję.
Wolę rozmawiać z innymi o czynnościach, nie uczuciach.
Wolę oglądać proste i rozrywkowe filmy, a nie te, w których trzeba
doszukiwać się głębszego znaczenia.
Nawet jeśli rozpoznajemy siebie w wielu z tych stwierdzeń, sam fakt, że
czytamy tę książkę, oznacza, że zapewne nie cierpimy na skrajną postać
tego zaburzenia. Osoby silnie aleksytymiczne zwykle nie interesują się
emocjami, a jeśli w ogóle zdają sobie sprawę ze swojego problemu, to
tylko dlatego, że inni ludzie domagają się od nich wyrażania uczuć. W jednym z badań, nad którym pracowałam, analizowaliśmy właśnie ten
czynnik. Często obserwowaliśmy, że osoby poważniej dotknięte aleksytymią
wcale się z nią nie identyfikowały - uważały, że dobrze rozumieją i wyrażają emocje. Żeby dostrzec własne braki emocjonalne, potrzebna jest
zdolność do autorefleksji, a tej właśnie im brakuje.
Niektóre osoby z aleksytymią są zagubione we własnych emocjach i odczuciach fizycznych; nie potrafią powiedzieć, co dzieje się w ich
wnętrzu. Czują się nieswojo w świecie emocji i wolą mówić o tym, co
zrobiły, niż o tym, jak się czuły. Filmy o złożonych postaciach, pełne
zagmatwanych wątków psychologicznych, je nudzą, a autoanaliza szybko je
męczy - dlatego kierują się raczej tym, "co należy zrobić". Mogą się
złościć, płakać z rozpaczy i dostrzegać, że coś nie działa, ale nie
potrafią powiedzieć, jakie emocje się za tym kryją, i przypisują ich
wystąpienie problemom fizycznym. Refleksja nad emocjami, ich przeżywanie
i rozmowa o nich z innymi pomagają je regulować. Jednak osoby
aleksytymiczne nie potrafią tego robić i przez to kumulują w sobie
"emocjonalne toksyny", które czasami wywołują somatyzację i trudności
psychosomatyczne. Często odwiedzają kolejnych lekarzy, szukając
diagnozy, której nie da się postawić, ale nie zamierzają szukać
specjalistycznej pomocy psychologicznej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki