Prawda jest taka, że nienawidzę Theo Hardy'ego. Oślepia mnie swoim parszywym blaskiem, ogłusza hałasem, jaki wokół siebie robi. Wydaje zbyt wiele romansideł, których nikt nie potrzebuje. Dlaczego ten chłam w ogóle się sprzedaje? No błagam! Hardy jest jak żywcem wycięty z książki bohater romansu, który ma wszystko.
Znałam go kiedyś, kiedy życie jeszcze było piękne i proste. Ale teraz tak sobie myślę, że to życie musiało należeć do kogoś innego, bo przecież gdyby było moje, to trwałoby dalej, no nie?
Niestety w tym życiu już kilkakrotnie miałam (nie)przyjemność trafić na niego na różnych galach, jubileuszach, spotkaniach z czytelnikami i przy okazji wywiadów dla prasy. Spotykałam go online, spotykałam go w realu. Raz czy dwa wzięliśmy udział w tym samym panelu dyskusyjnym na temat przyszłości książki.
Nigdy nie przychodzi sam. Zawsze ma uwieszoną u ramienia jakąś supermodelkę, superwoman albo supergwiazdę, jakby normalni ludzie dla niego nie istnieli. I zawsze musi błyszczeć idiotycznymi uwagami, cytować idiotycznie krindżowe anegdoty ze swojego idiotycznie błyszczącego życia i wozić się wypolerowanymi na błysk autami.
Po prostu... to dla mnie za dużo. Jest zbyt piękny, odnosi zbyt wiele sukcesów, jest zbyt sławny, zbyt zabawny, zbyt idealny. Jego włosy mają zbyt wiele loków. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś z nim jest nie tak, coś, co przebija się przez chmurę drogich perfum, nie pozwalając mi się zbliżyć. Przypominając mi, jak bardzo zepsuty jest w środku.
Przez całe lata udawało mi się trzymać się od niego z dala.
Dawno temu, w moim poprzednim życiu na Zachodnim Wybrzeżu, byliśmy bardzo blisko. Zbyt blisko. A kiedy za bardzo zbliżysz się do płomienia, nie tylko się oparzysz, ale i nabawisz blizn, które w dodatku zostaną ci na całe życie. Ludzie niby to wiedzą, a i tak garną się do ognia.
Za to w moim aktualnym życiu na Wschodnim Wybrzeżu spotkaliśmy się kilka razy, ale zbliżyliśmy się do siebie tylko raz. A to spotkanie, kiedy pojawił się samotny i niebezpieczny, wciąż usiłowałam wyprzeć z pamięci.
On za to na szczęście niczego nie pamiętał, bo inaczej prędzej czy później nie omieszkałby o tym wspomnieć - nie był osobą, która hamowałaby się przed parsknięciem mi śmiechem prosto w twarz, a z całą pewnością tak właśnie by zareagował.
Jak zareagował dekadę temu. Kiedy delikatna i krucha Ellie nie potrafiła się bronić. Jeszcze.
- Jako twój wydawca wierzymy, że osoba autorska z takim potencjałem jak twój zasługuje na kreatywnego, innowacyjnego partnera, który pomoże nam w wypromowaniu jej powieści w sposób, który zatrzęsie rynkiem wydawniczym i nie pozwoli o sobie zapomnieć. - Siedziałam z otwartymi ustami, wyglądając jak osoba z zerowym potencjałem, wsłuchując się w głos redaktor naczelnej Holly Parker, która usiłowała dotrzeć do mojego serca i mózgu. To było z całą pewnością bardzo bolesne doświadczenie dla nas obu. - Krajobraz marketingowy zmienia się jak w kalejdoskopie i oferuje znacznie więcej możliwości niż wtedy, kiedy zaczynaliśmy z twoimi tytułami pięć lat temu.
- Wy jesteście moim partnerem. - Uśmiechnęłam się słabo, mając nadzieję, że zdołam ją jeszcze jakoś udobruchać. - To wydawnictwo jest moim partnerem.
- Tak, oczywiście. - Holly najwyraźniej zdążyła już to sobie dobrze przemyśleć, Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy i jak. - Będziemy pracować z niesamowitą agencją marketingową, której zadaniem będzie wykorzystanie fabuły powieści...
- Jakiej fabuły?! Jakiej powieści?! - Czy mnie coś ominęło?
- Fabuły powieści, która będzie powstawała, oferując co jakiś czas rzut oka na wasze prawdziwe życie! - Z jakiegoś absolutnie niewytłumaczalnego dla mnie powodu Holly pisnęła z zachwytu. Jak widać, cieszyła się nie tylko szczęściem naszym, ale też wszystkich działów, które spiskowały przeciwko mnie! - Tylko sobie wyobraź tę szeroko zakrojoną kampanię promocyjną, aktywizującą wszystkie najważniejsze platformy zrzeszające czytelników, tworzoną z wami i częściowo przez was. Oboje. Działania przewidujemy na dziesięć miesięcy.
- Że co, proszę??? - Brakowało mi jakiegoś miliarda informacji.
A Holly brakowało piątej klepki.
- Napisanie powieści, szeroka komunikacja w social mediach, agresywna reklama, budowanie napięcia i przedsprzedaż w okolicach premiery! - kontynuowała, doprowadzając mnie do białej gorączki.
- O czym. Ty. Mówisz? - Wyszeptałam te słowa, walcząc o oddech.
To musiał być jeden z moich koszmarów.
Tak. Zdecydowanie. Za moment się obudzę w otoczeniu znajomych i bezpiecznych czterech ścian, moich mebli, moich fotografii.
Oddychaj, Ellie. Przeżyjesz ten koszmar, tylko oddychaj.
- Mówię o tym, żeby uczynić cię pożądaną, kimś, na kim ludziom będzie zależało. W dzisiejszych czasach czytelnicy nie chcą tylko czytać książek. Chcą doświadczać historii, potrzebują czegoś, co ich poruszy, chcą się zaangażować. A wy dwoje właśnie to im dacie.
Uniosła egzemplarz magazynu "GQ" z nieprzyzwoicie ślicznym zdjęciem JEGO. Które natychmiast znienawidziłam.
- Ja i Theo pieprzony Hardy? - splunęłam jego nazwiskiem, jakbym rzucała klątwę na nieprzyzwoicie śliczną okładkę.
- Oboje macie predyspozycje, talent i doświadczenie - kontynuowała Holly Parker. - Pan Hardy po prostu będzie czuwał nad tym, żeby całość okazała się romansem, a nie skończyła jako kryminał.
- Ha, ha. Normalnie umieram ze śmiechu. Jeszcze do niedawna kryminał trzymał się nieźle.
- "Nieźle" nie wystarczy, Ellie. Już nie. Naprawimy to.
- Skąd masz tę pewność? - Skrzywiłam się.
- Bo wierzę w was oboje. - Wstała i zaczęła chodzić po biurze w tę i z powrotem. Miała tak uduchowioną minę, że zastanawiałam się, czy Holly wierzy również w to, że potrafię latać. - Wierzę w was. Jesteście profesjonalistami i będziecie zachowywać się jak profesjonaliści. Nawet pomimo tego, że trochę będziecie musieli poudawać, że piszecie razem, bo... jesteście razem.
Aha, jasne. Ostatnio zachowywałam się jak profesjonalistka w towarzystwie Theo Hardy'ego dziesięć lat temu w domku na drzewie. Miałam świadomość, że nie dam rady być już bardziej profesjonalna niż wtedy. Poza tym... Ej, zaraz, zaraz!
- Wyjaśnijmy sobie jedno. - Próbowałam wyrównać oddech. Przysięgam, że próbowałam. To po prostu było zadaniem niewykonalnym, zważywszy na okoliczności. - Wydawnictwo chce, żebyśmy wmówili czytelniczkom, że jesteśmy parą i że postanowiliśmy spędzić razem trochę czasu, bo desperacko potrzebujemy napisać powieść?
- Ja użyłabym słowa... namiętnie.
- To, co proponujesz, Holly, jest popieprzone w jakichś dziesięciu aspektach i z całą pewnością się nie uda. Poza tym jestem pewna, że pan Hardy podobnie jak ja uzna ten pomysł za kompletny absurd i nigdy się nie zgodzi, żeby poświęcić swój czas na pracę ze mną.
- Pan Hardy już podpisał umowę.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Pomyślałam, że na pewno zaraz zemdleję. Musiałam powstrzymać tę szaloną kobietę i jej zapędy, i to natychmiast! W jaki sposób to zwykłe spotkanie autorsko-redaktorskie zmieniło się w zlot wariatów z ich wariackimi ideami w wariatkowie?!
- A może dopuszczasz całkiem inny pomysł? - zapytałam ostrożnie. Może jeszcze nie wszystko stracone. - Mogłabym złożyć konspekt thrillera, którego akcja byłaby osadzona... w kosmosie! - wypaliłam. - Na stacji kosmicznej ginie astronauta. Albo na farmie w Kentucky, gdzie na środku pola ktoś znajduje zwłoki członków całej rodziny, a ich ciała ułożone są w znak zapytania...
- Ellie. - Holly uniosła dłoń, żeby mnie uciszyć, i zgromiła wzrokiem jak rozhisteryzowane dziecko. - Zarząd wyraził się jasno. Nie potrzebujemy kolejnego kryminału ani thrillera. Potrzebujemy zespołu, który da nam wielki bestseller. Globalny fenomen. Parę, która sprowadzi TikTok na kolana. Powinno ci schlebiać, że w naszej opinii to możecie być wy.
Nie. Pomyliłam się. Wszystko stracone. Przepadło na zawsze jak zdrowy rozsądek Holly Parker.
- Jasne - mruknęłam. - Zero presji, Ellie.
- Dasz radę, po prostu musisz tego chcieć.
PO PROSTU MUSZĘ TEGO CHCIEĆ? Nie myliłam się, ona naprawdę oszalała.
- To, czego CHCĘ, to zobaczyć jego umowę.
- Nie możesz. To poufny dokument, podobnie jak twoja.
- A czy mogłabyś przynajmniej mi zdradzić, dlaczego się zgodził? Skoro to taka gwiazda? Po co mu ja?
Doskonałe pytanie, Elle. Po co mu ty?
- Już ci powiedziałam. Potrzebujemy prawdziwego romansu, żeby podkręcić zainteresowanie nowym książkowym fenomenem - przyznała Holly bez skrępowania. - Pan Hardy lubi wyzwania. Więc w przeciwieństwie do ciebie zareagował na tę propozycję z ogromnym entuzjazmem.
- Poważnie? - Holly chyba nie sądziła, że się na to nabiorę.
- Wydawnictwo jest gotowe przeznaczyć na ten deal kupę kasy, bo nie ma nikogo, kto by w was wątpił. Klęska nie jest opcją. Zobaczysz, to będzie coś cudownego! - Znów zapiszczała. - Macie fantastyczną przeszłość, rewelacyjną historię, jesteście jak postacie z romansów w rodzaju hate-to-love, do diabła ciężkiego! Jesteście idealni!
Aha. Biedna Holly nie miała pojęcia, że nic z tego, co wymieniła, nie było nawet zbliżone do ideału.
Dobrze wiedzieć, że Hardy wyspowiadał się naszemu wydawcy, którego mi ukradł. Pewnie owinięcie sobie Holly wokół palca zajęło mu tylko chwilę. Jedna kolacja przy winie, podczas której opowiedział jej naszą łzawą historię. Może nawet przeleciał Holly, kto wie? Patrzyłam teraz na nią, jak stała z zaróżowionymi policzkami i egzemplarzem "GQ" w dłoni.
W Ameryce było tylu wydawców, ale nie, oczywiście, on musiał wydawać swoje gnioty w moim wydawnictwie! I te gnioty oczywiście musiały odnieść spektakularny sukces, bo czemu nie, prawda? A Holly Parker miała gdzieś moje uczucia i przemyślenia, bo interesowały ją jedynie trzy sprawy: HARDY, HARDY, HARDY!
- Jeśli, podkreślam, JEŚLI jakimś cudem dalibyśmy radę napisać powieść z dwóch perspektyw - zacisnęłam powieki i zaraz ponownie je otworzyłam, ale koszmar trwał nadal - i gdybyśmy zaliczyli te wasze imprezy... i nie pozabijali się nawzajem... a ludzie uwierzyliby, że namiętnie... się kochamy... i po prostu zapragnęliśmy wspólnie stworzyć powieść... to co dalej? Co potem? - Proszę bardzo. Nawet jeśli byłam owieczką prowadzoną na rzeź, żądałam odpowiedzi.
- Potem moglibyście się pobrać. Albo rozstać, jak chcecie. Zostać przyjaciółmi na zawsze albo się rozejść. Nie będziemy się wtrącać.
Łaskawcy. Ale Holly przynajmniej nie owijała w bawełnę i waliła prosto z mostu.
- Na zawsze... - mruknęłam. - A jeśli jednak odmówię?
- Zanim odmówisz, może najpierw zajrzyj do umowy i popatrz na wysokość zaliczki.
ELLIE: Hej, May, szybkie pytanie
ELLIE: Czy powinnam zrobić coś głupiego, jeśli to pogrzebie karierę Hardy'ego?
MAY: YASS!
MAY: Tylko najpierw go przeleć. Zrób to dla nas, osób które nie mają na to szans
ELLIE: OMG brzydzę się Tobą
MAY: Wcale nie
ELLIE: Nie jesteś nawet ciekawa, co miałabym zrobić?
MAY: Czy to coś nielegalnego?
ELLIE: Chyba nie...
MAY: To nie jestem ciekawa
MAY: Tylko pamiętaj najpierw się z nim przespać
ELLIE:
ELLIE: Zapytaj przy okazji Joela, czy podlewa kwiaty, jak obiecał
MAY: Niezły unik... Zajmę się tym, jeśli Ty... sama wiesz co!
Bosko. To tyle, jeśli chodzi o radę od najlepszej przyjaciółki. Mogłam się tego spodziewać. Dlaczego w ogóle brałam udział w tym wariactwie? Powodów było kilka.
Po pierwsze, zaliczka. Z takimi pieniędzmi mogłabym wreszcie założyć fundację i oferować stypendia dla ambitnych, utalentowanych dzieci, na jakie ja nigdy nie mogłam liczyć. I może kupić kawałek ziemi z wywaloną w kosmos latarnią - wiem, nędzny pomysł, ale jeśli jest się samotną pisarką bez własnego życia, ale wciąż chce się coś osiągnąć, ryzykuje się idiotyczne rzeczy, no nie?
Po drugie, kwestia dumy. Nie byłam tchórzem, do cholery! Jeśli jakiś tam Theo Hardy chciał zaryzykować swoje nazwisko i karierę, żeby rzucić mi wyzwanie, to nie zamierzałam pokazać, że się go boję!
Kiedy z jego ust padł ten idiotyczny tekst o romansach i lizaniu, w jego oczach dostrzegłam błysk. Niebieskie tęczówki przeszywały mnie na wskroś i mówiły do mnie szyderczo: "Wiem, że za bardzo się boisz, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu i po prostu się zabawić".
W takim razie czekała go niespodzianka! Jakiekolwiek gierki miał w planach, żeby udowodnić, że to on jest niekwestionowaną gwiazdą na nieboskłonie Macmahon Publishing, zamierzałam w nie zagrać. Oddanie tej rozgrywki walkowerem nie wchodziło w grę. Choć ryzykowałam wszystko. Również zachwianie władz umysłowych.
No i po trzecie, to był tylko projekt, no nie? Niezależnie od tego, co chciały mi wmówić Holly i Celia, czytelnicy mieli gdzieś autorów i ich szaleństwa. Co z tego, że Theo i Ellie zaczęliby się spotykać i postanowili przelać swoją "miłość" i "czułość" na karty nowej powieści, prawda? Jeśli dotarliby do ostatniej kropki, a ich wspólna historia ukazałaby się drukiem, to hurra, wszyscy sikaliby ze szczęścia. A jeśliby się rozstali, to co z tego? Samo życie, nie?
A może było mu mnie zwyczajnie żal? Postanowił się nade mną zlitować i zaoferować mi swoje usługi współautorskie?
Tyle że wciąż nie dawało mi spokoju to jedno pytanie: DLACZEGO? Bo nie mógł patrzeć, jak moje dane sprzedażowe lecą na łeb, na szyję i stają się tak mikroskopijne, że trzeba na mnie patrzeć przez szkło powiększające?
Musiałam zagrać z nim w jego grę, żeby uzyskać kilka odpowiedzi. Prosto z jego łajdackich ust.
W podstawówce już na pierwszych zajęciach pod tytułem "Kim chcę zostać, kiedy dorosnę", oświadczyłam, że chcę zamieszkać w Nowym Jorku, dobrze prosperować na diecie ze Starbucksa, żeby dniem i nocą pracować na swoim ukochanym laptopie, któremu nadam imię Kocyk.
Pamiętam, że nauczycielka zaśmiała się, czy na pewno wiem, co znaczy "dobrze prosperować na diecie". Ale o imię laptopa nie zapytała. Wszyscy wiedzieli, że Brawurka nie zajdzie daleko bez swojego Kocyka.
Jako dzieciak dorastający w słonecznej suburbii pod Los Angeles, cieszyłam się życiem i nie miałam pojęcia, że trzeba uważać na to, o czym się marzy, bo życzenia czasem się spełniają. Albo zmieniają w koszmar. I że niedługo wcale nie będę mogła, tylko będę musiała zamieszkać w NYC, i że nie będzie mowy o dobrym prosperowaniu, tylko najwyżej o przeżyciu.
Byłam kujonką, książkarą, samotniczką, która wolała świat fikcyjny od realu. To w zasadzie zabawne, jak w wieku jedenastu lat szybko przeobraziłam się w kogoś, kto desperacko potrzebuje przyjaciela z krwi i kości. Partnera. Może właśnie dlatego, że nie miałam doświadczenia w żadnych związkach, tak koncertowo spieprzyłam ten jeden, który tyle dla mnie znaczył.
"Nie, Elle" - zaprotestował natychmiast czujny głosik w mojej głowie. "To on wszystko spieprzył, nie ty".
Byłam pewna, że wyparłam wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Jego pocałunki i jego kłamstwa. Ale tak bardzo się myliłam. Wspomnienia nie zniknęły, a jedynie się zahibernowały. Czekały w ukryciu, rosnąc w siłę, żeby zaatakować z pełną mocą. Musiałam się bronić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki