p

Till the Last Breath - Karolina Zielińska

Kup książkę

49.90 zł
32.43 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Playlista

- Pace Is The Trick - Interpol

- Fables - Interpol

- Leif Erikson - Interpol

- Rest My Chemistry - Interpol

- My Desire - Interpol

- All the Rage Back Home - Interpol

- Ghosts Again - Depeche Mode

- Never Let Me Down Again - Depeche Mode

- If You Tolerate This Your Children Will Be Next - Manic Street Preachers

- All The Kings - Editors

- Formaldehyde - Editors

- Slow Life - Of Monsters And Men

- Crossfire - Brandon Flowers

- Can't Deny My Love - Brandon Flowers

- Dance Of The Clairvoyants - Pearl Jam

- Seven O'Clock - Pearl Jam

- Black - Pearl Jam

- Just Breathe - Pearl Jam

- Corduroy - Pearl Jam

- No light, No light - Florence and the Machine

- Rabbit Heart - Florence and the Machine

- What Would You Do? - Seether, Gavin Rossdale

- Every Breath You Take - The Police

- I Follow Rivers - Lykke Li

- O Children - Nick Cave, The Bad Seeds

- Battle Cry - Imagine Dragons

- When I'm Gone - 3 Doors Down

- Human - Rag'n'Bone Man

- In Your Honor - Foo Fighters

- Best of You - Foo Fighters

- The Pretender - Foo Fighters

Rozdział pierwszy

Lucille

Cisza. Otacza mnie błoga cisza, która nastąpiła po moim wcześniejszym krzyku. Ciało unosi się swobodnie, a płuca kurczą z braku powietrza. Uspokajam dudniące w piersi serce. Wydaje mi się, że widzę nikłe przebłyski światła. Nie chcę tam wracać. Staram się jak najdłużej wytrzymać pod wodą, ale jestem zbyt słaba. Mój organizm nie jest przyzwyczajony do długich minut bezdechu. Ogarnia mnie przerażenie, kiedy pojawia się widzenie tunelowe. Zaczynam gwałtownie machać rękoma, rozpryskując wodę ze starej wanny po mikroskopijnej łazience. Unoszę tułów, ból szarpie moją klatką piersiową, przypominając mi o napełnieniu płuc tlenem. Każdy oddech jest powolny, trudny i niezwykle męczący. Wychylam się przez krawędź wanny. Mokre, jasnobrązowe włosy opadają mi na połowę twarzy. To nie pierwszy raz, gdy balansuję na granicy utraty przytomności. Robię to od tygodni, bo tylko w ten sposób umiem panować nad nerwami. Bycie pod powierzchnią daje mi spokój. Napięte mięśnie drżą, gdy resztkami siły wydostaję się z wanny. Sięgam po ręcznik i szczelnie owijam nim rozdygotane ciało. Podchodzę do umywalki, w odbiciu lustra przyglądam się swoim ciemnofioletowym sińcom pod oczami. Efekt bezsennych nocy.

- Długo jeszcze? - Zniecierpliwiony głos matki przedziera się przez drzwi. Zaciskam zęby z żalu, że się przebudziła. Nie chcę się z nią widzieć, nie po tym, jak kolejny raz mnie rozczarowała.

- Już wychodzę - odpowiadam, ignorując znajome pieczenie pod powiekami.

- To dobrze. Słuchaj... - urywa, bierze wdech i kontynuuje: - Trzeba będzie zrobić zakupy. Nie ma chleba.

Trochę się rozpromieniam. Słowa matki dają mi nadzieję, że wreszcie odzyskała pożyczone pieniądze z renty po tacie i będę mogła kupić jedzenie.

- Wszystko oddali? - upewniam się.

- Kto?

- No, te półgłówki.

- Nie nazywaj ich tak.

Uśmiecham się ironicznie do siebie. Matka zawsze broniła tych ludzi. Szczerze mówiąc, nawet do końca nie wiem, kim oni są. Każą nazywać się wspólnotą i dzielić wszystkim, co uznają za wartościowe. W ten sposób pozbyliśmy się z domu telewizora oraz oszczędności. Obiecali nam wyrównanie strat, lecz od kilku długich dni temat pozostaje zamknięty. Mama złości się, ilekroć krytykuję wspólnotę, uważa, że tylko oni są w stanie nam pomóc. Że jako jedyni rozumieją naszą sytuację. Być może to prawda, ale dlaczego pozbawiają nas pieniędzy? Na to pytanie nie potrafiła odpowiedzieć.

- Oddali czy nie? - dopytuję, marszcząc gniewnie brwi.

- Nie.

Wbijam paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni.

- To jak mam zapłacić za chleb?

- Zrób to co zwykle.

To co zwykle oznaczało kradzież. Tak, kradnę żywność ze sklepu, byśmy mogły przeżyć. Odkąd mama zaczęła regularnie uczęszczać na spotkania wspólnoty, nasza lodówka zieje koszmarną pustką. Próbowałam zaciskać pasa i jeść po dwa posiłki dziennie, lecz to nie wystarczało. Musiałam zacząć kraść. Za każdym razem, gdy idę do sklepu, obiecuję sobie, że to się więcej nie powtórzy. Cóż, jestem mistrzem w zagłuszaniu własnego sumienia. Wycieram się do sucha i wkładam bluzę z polaru. To moje najcieplejsze ubranie, które mimo kilku przetarć wciąż rewelacyjnie daje sobie radę z chłodem. Odwlekam moment, w którym otworzę drzwi i stanę z nią oko w oko. Zmieniła się tak bardzo, jak tylko może się zmienić kobieta po śmierci męża. Pierwsze tygodnie były udręką, ale to miesiące wypełnione smrodem alkoholu dały nam najbardziej w kość. Gdy tata żył, nie pijała zbyt często. Prawie w ogóle. Z kolei teraz traktuje piwo jak wodę. Depresja. Wiem, że w nią wpadła. Potrzebuje mojej pomocy, lecz brakuje mi sił na mierzenie się z podłą rzeczywistością. Czuję się jak pionek podczas gry w chińczyka. Jestem nieustannie gdzieś przestawiana. Nie jest łatwo nadążyć za humorami matki. Ta ciągła niewiadoma stała się jeszcze bardziej podchwytliwa, gdy mama zaczęła się spotykać ze wspólnotą. Mówiła, że dzięki nim przestała egzystować i znów w pełni cieszy się życiem, co jest czystą hipokryzją. Jak można się cieszyć z życia, kiedy jest się zmuszanym do kradzieży? Och, zaraz. To nie ona to robi. Być może dzięki temu widzi to inaczej. Lepiej.

- Wyłaź stamtąd, bo inaczej zesram się na podłogę.

Nie powinnam się śmiać, ale na litość boską, nasza podłoga jest w tak opłakanym stanie, że fekalia nie zrobiłyby większej różnicy.

Szoruję zęby, wklepuję w twarz krem i maluję usta czarną pomadką. Zresztą cienie do powiek są również w tym kolorze. Nie chcę być widoczna. Najchętniej zlałabym się z tłem albo wpadła w jakąś otchłań. Zakładam kaptur na głowę i wzdychając głęboko, wychodzę z łazienki. Matka mierzy mnie wzrokiem, ale nie wygłasza ani jednego komentarza. To dobrze. Gdyby się przyczepiła, ja zaczęłabym się bronić. A wówczas wybuchłaby wojna, na którą żadna z nas nie jest przygotowana.

Huk zatrzaskiwanych drzwi odbija się echem w mojej głowie. Nie lubię, kiedy trzaska drzwiami. Wiele razy prosiłam, by tego nie robiła. Idę do kuchni. To kolejne małe pomieszczenie w naszym mieszkaniu. Oprócz blatu, starej lodówki i zardzewiałego pieca nie ma tutaj nic. Nawet stołu, przy którym mogłybyśmy zjeść posiłek. Sprzedałam go razem ze ślubną zastawą rodziców, żeby móc spłacić długi matki w pieprzonym kasynie. Opieram się plecami o ścianę, przez którą przebija wilgoć. Zostałam sama. Całe gospodarstwo domowe spadło na moje barki i choć każdego dnia krzyczę, że mam dość i nigdy więcej nie będzie mogła na mnie liczyć, to... nadal tu jestem.

Wpatruję się w otwarty chlebak. Jest pusty. Gdy byłam małą dziewczynką, nauczycielki w szkole pytały, kim chciałabym zostać, kiedy dorosnę. Wtedy nie znałam odpowiedzi. Dziś natomiast powiedziałabym, że chciałabym być wróżką, by móc wyczarowywać jedzenie. Różne i w dowolnych ilościach. Boli mnie żołądek, kiedy w pamięci analizuję sklepy, które są o tej porze otwarte. Nie ma ich dużo, więc ryzyko wpadnięcia wzrasta. Jednak czy w areszcie byłoby gorzej niż w domu? Szczerzę wątpię.

Rozluźniam zaciśniętą pięść. Podświadomie zwinęłam dłoń, jakbym szykowała się do ataku. Nigdy nie musiałam się bić, ale warto być przygotowaną na każdą ewentualność. Uspokajam pędzący oddech. Słyszę, jak matka energicznie spłukuje wodę w toalecie. Znam jej rytuały na pamięć. Gdy wyjdzie z łazienki, sięgnie po paczkę papierosów. Wypali dwa, a następnie usiądzie na podłodze i zacznie wpatrywać się w jeden, odległy punkt na ścianie. Wspólnota kazała jej medytować, by odnaleźć wewnętrzną radość; chociaż mruczenie pod nosem i gapienie się wcale nie przypominają medytacji, ona twierdzi inaczej. Muszę powstrzymywać irytację. Nadal boli mnie policzek po tym, jak powiedziałam jej, że jest naiwną idiotką. Tak, matka potrafi uderzyć. Nie zawsze, jednak kilka razy poznałam jej gniew na własnej skórze. Najgorzej jest, kiedy zabraknie jej tabletek, które Tony regularnie dostarcza. Wtedy z drobnego kobiecego ciała wyłania się prawdziwa bestia. Nigdy nie pytałam, skąd zna wspólnotę ani kim jest dla niej ten cały Tony. Podejrzewam, że łącząca ich relacja jest czysto patologiczna, i nie sądzę, bym się myliła. Gdyby tata to widział... Brakuje mi go. Gdy żył, wszystko miało większy sens. Odgłos człapania staje się coraz wyraźniejszy, matka zmierza do kuchni. Najpewniej po to, by zapytać mnie, gdzie podziała swoje papierosy.

- Widziałaś gdzieś moje fajki? - rzuca od progu.

- Nie - kłamię.

Paczka leży na parapecie pod stertą starych gazet. Kupujemy je dla obopólnej korzyści. Matka udaje, że czyta reportaże, a ja rozwiązuję krzyżówki. Kiedyś wycinałam je, pakowałam w kopertę i wysyłałam aż do Anchorage z myślą, że uda mi się wygrać główną nagrodę. Oferowali wówczas kilka tysięcy dolarów, co przy naszej sytuacji byłoby porządnym zastrzykiem gotówki. Wydawało mi się, że nie jestem naiwna, ale wtedy zaczęłam myśleć, jak bardzo taka kasa odmieniłaby nasze życie, i gdy okazało się, że nie zdobyłam żadnego miejsca, poczułam się niezwykle rozczarowana. Kolejna nauczka na przyszłość - nie robić planów. Gdybanie daje złudną nadzieję, zostawia ze złamanym sercem. I pustym portfelem. Portfel... Och, właśnie. Głód zaczyna dawać o sobie znać. Ściska, męczy. Nie chcę kraść, ale nie mam innego wyjścia. Muszę to zrobić.

- Oni mają wszystkiego za dużo - stwierdza matka. Nie mam pojęcia, o kim mówi, więc proszę, by wyjaśniła.

- Co im szkodzi rozdać parę rzeczy ludziom? Dawniej w sklepach była tylko ryba, a teraz półki uginają się od towarów. To nie są już ci sami ludzie. Każdy został zjedzony przez konsumpcjonizm. Jeszcze kilka lat temu Brad jeździł pieprzonym zaprzęgiem do roboty, a teraz? Widziałaś tę jego nową furę? Stać go. Gdyby tylko nie był tak egoistyczną świnią, dałby nam jedzenie za darmo.

- Jeśli zacznie rozdawać, to nie zarobi.

- W życiu liczy się coś więcej niż pieniądz! - Złości się. - Dobre uczynki! Pomoc bliźniemu! Nie bądź taką materialistką.

- Sklep upadnie, jeśli nie będzie przynosił dochodu.

- Od razu nie upadnie.

- Mamo, zejdź na ziemię - cedzę przez zęby. - Czego ty oczekujesz? Że ktoś da ci coś za darmo? Bo co?

- Bo jestem człowiekiem.

Patrzę na nią. Najpierw w osłupieniu, a potem wybucham śmiechem. To naprawdę mógłby być dobry dowcip, gdyby nie to, że ona wcale nie żartowała. Wsuwam dłonie w kieszenie bluzy.

- Ta wspólnota już całkiem wyprała ci mózg, co?

- Znowu zaczynasz? Może w końcu zajęłabyś się zakupami?

- Zakupami? Raczej kradzieżą.

- Nazywaj to, jak chcesz.

Nie mam ochoty się z nią sprzeczać. Bez słowa wychodzę z kuchni. Ze swojego pokoju zabieram plecak i wkładam wysłużone buty za kostkę. Kiedy cztery lata temu je kupowałam, materiał był ciepły i miękki. Obecnie nie trzymają temperatury i wcale nie są miękkie, dlatego muszę zakładać dwie pary skarpet. Sznuruję mocno buty i zarzucam na plecy kurtkę. Podobnie znoszoną. Gdy wychodzę na naszą klatkę schodową, uderza mnie zapach smażonego mięsa. Moje ślinianki dostają szału, a żołądek domaga się jedzenia poprzez głośne burczenie. Przez chwilę zastanawiam się, czy mogłabym zapukać do sąsiadów i...

I co? Zjesz z nimi posiłek? A co z matką?

Potrząsam głową, rezygnując z durnego planu. Ostrożnie schodzę po schodach. Mieszkamy na trzecim piętrze, a podczas ulew przez nieszczelne okna wlewa się woda, która później zamarza. Czasami zejście na dół w jednym kawałku jest sporym wyczynem. Gdy już wychodzę na dwór, napełniam płuca zimnym, rześkim powietrzem. Ostry, północny wiatr porusza moimi włosami. Sklep Brada znajduje się kilka metrów dalej, ale nie mam ochoty tam iść. Szczerze mówiąc, nadal nie zdecydowałam, który dyskont okraść. Podeszwy moich butów trzeszczą na zmrożonym śniegu. Czasu coraz mniej. Głód przyszpila mnie do ziemi. Niech to szlag. Dlaczego muszę stawać przed takim wyborem? Wcale nie jest mi z tym dobrze. I raczej nigdy nie będzie.

Dreptam w kółko, przyglądam się swoim śladom na śniegu i biorąc głęboki wdech, decyduję się na niewielki sklep spożywczy. Mijając go, widzę ogromną witrynę, w której ustawiono wiklinowe kosze z owocami. Robią na mnie wrażenie, bo nie każdy w Skagway decyduje się na kupno importowanych towarów. Właściwie to prawie nikt. Mając za plecami budynek z ciemnego drewna, obwieszony białymi lampkami, wspominam słowa matki: "Oni mają wszystkiego za dużo". Trudno się nie zgodzić. Szczególnie w tej chwili, gdy walczę z głodem, a właściciel sklepu sprowadza czerwone jabłka, banany i pomarańcze na Alaskę.

Biorę się w garść. Odwracam się i wchodzę do środka. Wita mnie przemiła kobieta w brązowej kurtce. Z uśmiechem na ustach pyta, jak mija mi dzień i na co mam ochotę. To nie ułatwia sprawy. Krążę od regału z pieczywem do długiej lady z nabiałem, a bystre oczy sprzedawczyni wywiercają dziurę w moich plecach. Czy ona wie, co zamierzam zrobić? A jeśli ma przy sobie broń? W Skagway niemal każdy nosi przy sobie wiatrówkę. Głównie po to, żeby się bronić przed niedźwiedziami, ale przecież atak złodzieja jest równie niebezpieczny, prawda?

Uspokój się.

Wkurzam się, że zachowuję się jak nowicjuszka. Powinnam już dawno pryskać z łupem. Wyjmuję dłonie z kieszeni kurtki. Są mokre od potu.

- Pomóc w czymś? - Sprzedawczyni kolejny raz zadaje pytanie. Jak mogę z tego wybrnąć? Mój umysł pracuje na najwyższych obrotach. - Widzę, że się rozglądasz. Czego szukasz?

- Sera.

O Boże, naprawdę to powiedziałam? Ze wszystkich możliwych produktów, których mogłabym szukać w sklepie, wybrałam cholerny ser?

- Spójrz tutaj. - Kobieta wskazuje na ladę. - Mamy wiele rodzajów.

- Właściwie to... kilka dni temu złożyłam zamówienie u właściciela sklepu na holendra. To znaczy ser holenderski - wypalam bez namysłu. To głupie, jestem przekonana, że zaraz zostanę wyśmiana, ale o dziwo, w zamian otrzymuję uśmiech, a kobieta oznajmia, że zerknie na zaplecze. Wyczekuję odpowiedniego momentu, czekam, aż zniknie z pola widzenia, a następnie podchodzę do regału z pieczywem i wypycham nim kiszenie kurtki. Serce bije mi tak głośno, że na pewno słychać je na zewnątrz. Nagle przypominam sobie o plecaku. Wciskam w niego puszki z zupą i konserwy rybne. Kompletnie zapominam o owocach. Zapinam plecak, zarzucam go na plecy i wychodzę ze sklepu, zanim ta przemiła kobieta wróci z zaplecza. Moje zachowanie jest podłe i żałuję każdej sekundy, lecz nie mogę zmienić swojej sytuacji. Wybiegam wprost na chodnik pokryty cienką warstwą lodu. Prawie upadam. Przestraszona wymachuję rękoma, by złapać równowagę. Ciężki plecak ciągnie mnie w dół, lecz się nie poddaję. Zaciskając zęby, łapię podeszwą butów kawałek zasypanego śniegiem chodnika, a następnie koślawo przechodzę na drugą stronę.

- Złodziejka! Złodziejka! - Głośny krzyk rozlega się gdzieś za moimi plecami. Strach ściska krtań. Nie mogę oddychać.

- To złodziejka! Okradła sklep!

Muszę uciekać. Spanikowana rozglądam się dookoła i ściskając dłonie w pięści, zaczynam biec. Płuca palą jak diabli, a mięśnie nóg boleśnie dają znać, że nie powinnam olewać treningów. Ćwiczę razem z Keri, nie korzystamy z siłowni, nasze ćwiczenia polegają głównie na rozciąganiu się i robieniu kilkunastu przysiadów. Zwykle robimy to na dworze, ale od kiedy temperatury zaczęły schodzić poniżej dziesięciu na minusie, wolałam owinąć się w koc i rozwiązywać krzyżówki. Teraz mam nauczkę. Dawniej byłam szybsza. Wkurzam się, gdy pot zalewa mi oczy. Dlaczego nie mogę się zmusić do większego wysiłku? Niespodziewanie z naprzeciwka wybiega wysoki chłopak. Widzę go pierwszy raz w życiu, ale jego zacięta mina sugeruje, że zmierza prosto na mnie. Chcę go wyminąć, lecz chwyta mnie za ramię i popycha w kierunku niewielkiej zaspy. Ląduję twarzą w śniegu, a on szarpie za plecak.

- Zostaw! - warczę. - Puszczaj mnie!

- Zamknij mordę, złodziejska szmato! - odpowiada groźnie i szarpiąc za włosy, zmusza, bym odwróciła twarz i na niego spojrzała. Jest młody, być może nawet młodszy ode mnie. W granatowej kurtce i szarej czapce wygląda przeciętnie. Głęboko osadzone oczy ciskają gromy, jasne brwi łączą się w długą linię, a chude palce łapią mnie za gardło i powoli odcinają dopływ tlenu. Wierzgam nogami. W przypływie desperacji nabieram śniegu w dłonie i rzucam nim w agresora. To skutkuje, ale tylko na chwilę. Z przerażeniem podnoszę się z ziemi, chcę uciec, lecz chłopak znów mnie atakuje. Tym razem wymierza mi cios w policzek. Od uderzenia w twarz brzęczy mi w uszach, ból zlewa się z lękiem.

- Okradłaś moją mamę - syczy rozzłoszczony, wpychając łapy w kieszenie mojej kurtki. Wyrzuca z nich bułki, a kiedy próbuję jedną podnieść, drugi raz uderza mnie w twarz. - Jak ci nie wstyd, suko?!

- Odwal się.

- Jesteś pieprzoną złodziejką. - Szarpiąc mnie za ramię, przechwytuje plecak. Rozpina zamek i wyrzuca wszystko, co zdołałam w nim pomieścić.

- To są moje zakupy! - krzyczę, gotując się ze złości. - Odczep się ode mnie!

- Widziałem cię. W sklepie są kamery, a ja byłem na zapleczu. Gdy wyszłaś ze sklepu, zrobiłem to samo.

- Nieprawda!

- Jesteś gównem - stwierdza z obrzydzeniem, a potem na jego ustach pojawia się niepokojący uśmiech. - Wiesz, co się robi z gównem?

Zostawia w spokoju? Tylko tego pragnę. Niech już sobie idzie. Mogę głodować, moja matka też, ale proszę, niech już więcej mnie nie bije. Chcę się uspokoić i zapanować nad strachem, więc liczę w pamięci od zera do dziesięciu. Gdy jestem przy szóstce, chłopak wykonuje półobrót i kopie mnie w brzuch. Zaślepiona ciosem i obezwładniona potężnymi mdłościami znów wpadam w śnieg. Tym razem jednak zwijam się w kulkę i drżąc, wypluwam gęstą, gorzką ślinę.

Och, jak boli.

- Gówna trzeba rozdeptywać - mówi, nadeptując mi na palce u dłoni. Wydzieram się. Uczucie niczym prąd przebiega wzdłuż mojego kręgosłupa. W końcu jednak odsuwa but, a ja płacząc, uświadamiam sobie, że nie mogę ruszać palcami. Unoszę głowę z nadzieją, że na chodniku będzie ktoś jeszcze. Ktoś, kto był świadkiem całej tej sceny i zechce mi pomóc, ale nie ma nikogo. Jest pusto. Chłopak zabiera mój plecak, ale zanim odchodzi, spluwa na mnie.

Czuję się jak śmieć.

Tatusiu, tęsknię za tobą.

W ciągu kilku sekund zrzucam z siebie maskę. Przestaję udawać, że daję sobie radę z każdym problemem. Ból w palcach jest nie do zniesienia. A co, jeśli są złamane? Nie przejmuję się krwią, która spływa powoli z mojego nosa. Wtulona w śnieg patrzę, jak ten barwi się na czerwono. Nie mam sił, by się podnieść. Zamykam powieki z myślą, że jeśli zamarznę, to nigdy więcej nie będę musiała kraść. I to jest dobre. Uspokajam się, wyrównuję oddech. W ostatnich przebłyskach świadomości przypominam sobie słowa Hagrida z Harry'ego Pottera.

Co ma być, to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć.

A potem wita mnie ciemność.

***

Ból spowija mnie niczym koc. Dryfuję pośród mroku wypełnionego krzykiem. Moje ciało jest spięte, a powieki zbyt ciężkie, aby je otworzyć. Chłód wdziera się w kości i kiedy podświadomie szykuję się na ostateczność, czuję dotyk szorstkiego materiału na swoich zmarzniętych barkach. Przez chwilę wydaje mi się, że jestem w domu i tata nakrywa mnie kocem. Zawsze to robił, gdy zasypiałam w pokoju przed włączonym telewizorem. Och, telewizor. Jak wspaniale byłoby znów coś obejrzeć. Nawet reklamy.

Tato, zabierz mnie do siebie.

Niespodziewanie moja skóra zaczyna płonąć. Ogień pożera mnie kawałek po kawałku. Boję się, ale wciąż nie mam wystarczająco sił, by otworzyć oczy. Muszę się pogodzić z niewiadomą.

- To nie twój czas, dziecko. - Ochrypły szept rozlega się w mojej głowie. Czyje to są słowa? Gdzie się znajduję? Czy to już niebo? A może trafiłam do piekielnej otchłani? Czy ktoś taki jak ja może liczyć na wybawienie?

- Napij się. - Znów ten szept. Do kogo należy? Na moje usta spada kropla czegoś ciepłego i słonego. - Jeszcze troszkę.

Na języku wyczuwam smak gotowanych warzyw i bulionu. Mimo strasznego bólu uchylam powieki i widzę przed sobą zmartwioną, pomarszczoną twarz staruszka w starym, podziurawionym swetrze. Jego bystre, błękitne oczy wpatrują się wprost we mnie. Na owalnej twarzy poza zmarszczkami są też głębokie blizny. Marszczę brwi. Gdzieś już widziałam takie ślady. Szybko przypominam sobie wykrzywioną grymasem twarz świętej pamięci dziadka Christiana. Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice opowiadali mi o jego heroicznej walce z niedźwiedziem.

- Ugotowałem dla ciebie zupę - odzywa się. - Nic specjalnego, ale idealnie rozgrzewa.

- Dziękuję - dukam, przypatrując się niewielkiej miseczce, którą trzyma w swoich dłoniach. Z największą przyjemnością zjadłabym wszystko, ale lepiej się powstrzymać.

- Jak się czujesz?

Jak się czuję? Jak wrak.

- Nieźle - kłamię. - Kim pan jest? I... co ja tutaj robię? - Rozglądam się po maleńkim pomieszczeniu, w którym jedynym źródłem światła jest blask lampy naftowej stojącej na wąskim parapecie.

- Znalazłem cię nieprzytomną w śniegu. Chyba zostałaś pobita. Jak twoja ręka? Możesz poruszać palcami?

Wtem jak grom z jasnego nieba spadają na mnie wyblakłe obrazy przedstawiające kosze z owocami i ladę chłodniczą pełną serów. Okradłam sklep i zostałam napadnięta przez syna sprzedawczyni. Wszystko sobie przypominam, a te wspomnienia są gorzkie i pełne wstydu. Ostrożnie unoszę dłoń i powoli zginam palce. Nadal boli, ale przynajmniej wiem, że wcześniej się myliłam. Chłopak nie połamał mi palców.

- Kim pan jest?

- Nikim ważnym.

- Każdy jest dla kogoś ważny - odpowiadam cicho. - Dziękuję za... pomoc.

- Zjedz zupę, musisz nabrać sił.

- Mam na imię Lucy.

- Ezekiel. - Uśmiecha się do mnie. - Miło mi cię poznać, Lucy.

Nie jestem pewna, czy mówi prawdę. Poznanie mnie nie może być przyjemnością. Sprowadzam kłopoty. Jestem jak rozbite lustro przynoszące nieszczęścia. Nigdy nie wierzyłam w klątwy, ale może babcia miała rację? Może moja matka jest pomiotem szatana, a ja posiadam część diabelskich genów? Dawniej uważałam, że to bzdury. Tata kochał mamę, nie pozwalał mi myśleć inaczej. Wybrał ją na przekór swojej rodzinie, lecz teraz taty nie ma.

- Muszę już iść - mamroczę niewyraźnie.

- Odpocznij jeszcze.

Z wielką chęcią bym odpoczęła. Napełniła żołądek pożywną zupą z łososia, marchwi i cebuli, ale nie mogę. Powinnam wracać do domu, do matki. Na pewno mnie wyczekuje.

- Moja mama będzie się niepokoić. - Powoli wstaję z łóżka. Ezekiel nie protestuje, chyba rozumie tę potrzebę.

- Uważaj na siebie, Lucy. Ulice są niebezpieczne.

- To pobicie było... - Tak trudno mi o tym mówić. - Należało mi się.

- Miałaś szczęście, oni zwykle nie kończą na pobiciu.

Oni? Jacy oni?

- To był chłopak.

Ezekiel nie odpowiada, a cisza, która się pojawia, jest dziwnie przerażająca.

- Ludzie znikają, wieszają się lub toną w przeręblach. Wszyscy uważają to za niefortunne wypadki, działania z premedytacją lub szczeniackie wybryki zakończone śmiercią. Czy powinniśmy im wierzyć?

Oczy rozszerzają mi się ze zdumienia. Gęsia skórka pokrywa moje ciało. Strach zaciska się na moim gardle. Co to ma znaczyć? Dlaczego chce, żebym o tym myślała?

- Naprawdę muszę iść. - Jestem słaba, ale lęk nie pozwala mi zwlekać. W pośpiechu podchodzę do drzwi.

- Polowanie się rozpoczęło, Lucy. A wróg jest bliżej, niż ci się wydaje. Musisz mieć się na baczności.

Nie wiem, po co Ezekiel mi o tym powiedział. I nawet nie chcę się tego dowiadywać. Spanikowana opuszczam jego starą drewnianą chatę i wybiegam na zewnątrz. Szybko dociera do mnie, że znajduje się niemal na drugim końcu miasteczka. Zastanawiam się, jak staruszek zdołał mnie przetransportować. Może miał samochód? Albo skuter śnieżny?

Zaciskając zęby, ruszam do przodu. Nie mogę stawać w miejscu. Boli mnie całe ciało, mróz zabiera mi siły. Nie mam jednak wyjścia. Muszę dotrzeć do domu. Moje buty zapadają się w śniegu. W tej części Skagway chodniki nie są odśnieżane. Podeszwy trzeszczą coraz głośniej i głośniej. A może to mój żołądek? Jestem taka głodna! Walczę sama ze sobą. Próbuję znaleźć jakieś wyjście z tej okropnej sytuacji. Nie chcę stawać oko w oko z matką i przyznawać się do porażki. Bo tym właśnie jest powrót z pustymi kieszeniami do domu. Porażką.

Drżącą dłonią ocieram łzę z obolałego policzka. Idąc, mijam domy, w których pali się jasne światło. Są też sklepy i duże kontenery, a w nich znajdują się paczki, jak te z Amazonu, pokonujące ogromne odległości na statkach. Nigdy nie zamawiałam niczego, bo zwyczajnie nie mam na to pieniędzy, ale Keri pokusiła się kiedyś o słodycze z Europy. Na paczkę czekała pięć długich miesięcy, lecz smak belgijskiej czekolady pamiętam do dziś.

Patrzę na te wielkie metalowe skrzynie i zastanawiam się, na co ludzie tracą oszczędności. Być może w którymś z pudeł znajdzie się czekolada? Albo książki? Lubię czytać. Niestety jedyna księgarnia w Skagway upadła. Tutaj nikt nie zajmuje się literaturą. Wszyscy mówią o połowach albo o patroszeniu ryb. Mogło zabraknąć podręczników do nauki w szkołach, ale nigdy nie harpunów. Przechodzę obok bramy, za którą szczekają psy. Nie boję się ich, choć pokazują mi swoje kły. Brnę dalej. Docieram do skrzyżowania. Na ulicy widać kilka potężnych terenówek. Zazdroszczę kierowcom. Też chciałabym się grzać w ciepłym wnętrzu auta. Przechodzę na drugą stronę i oddycham z ulgą, widząc budynek bloku. Nie różni się niczym od reszty. Jest tak samo pokryty śniegiem. Otwieram drzwi wejściowe i wkraczam na klatkę schodową. Ostrożnie wspinam się na schody. Stawiam krok za krokiem, aż wreszcie wchodzę do mieszkania. Nie dziwię się, że drzwi są otwarte, matka nigdy ich nie zamyka. Niespodziewanie docierają do mnie strzępki rozmowy i zapach pieczonego mięsa. Mój Boże. Czy to możliwe? Zdejmuję kurtkę i szybko wpadam do kuchni. Moje serce ściska się boleśnie na widok dwóch pustych talerzy i naczynia żaroodpornego, w którym w tłuszczu pływają resztki mięsa.

- Czy zostało coś dla mnie? - pytam, przerywając dialog matki i Tony'ego.

- Dla ciebie? Przecież byłaś w sklepie. Nie przyniosłaś do domu nawet kromki, wszystko sama zjadłaś.

- Nic nie jadłam.

- I jeszcze kłamiesz - rzuca matka z dezaprobatą.

- Nieładne zachowanie, młoda damo - odzywa się Tony, a jego stalowe spojrzenie wywierca dziurę w moim brzuchu.

- Nieładnie to jest przesiadywać tu godzinami i czuć się jak u siebie w domu - odpyskowuję. Mężczyzna poprawia się na krześle. Spod swetra wystaje kołnierzyk koszuli. Nienawidzę tego człowieka.

- Zauważam problem - mówi spokojnym tonem. - Nie martw się, wszystko da się naprawić. - Teraz zwraca się już do mojej matki. - Wystarczy odrobina dyscypliny.

- Skarżyłaś się na mnie?! - wybucham. - Ty?!

- Tony ci pomoże.

- Walcie się! - krzyczę zdenerwowana i wybiegam z kuchni.

Zanim docieram do pokoju, słyszę za placami jego spokojny głos:

- Kiedyś zrozumie, że wspólnota chce jej dobra.