Prolog
HALLION[1] THORNE ZNOWU PRZYŁAPANA!
Autorka: Anna Brooks,
redaktorka w "Yellow Vault"
Odkąd jej ostatni chłopak, futbolista Kieran Edwards, wyoutował się dwa miesiące temu, Hallion nie przestaje szaleć! A teraz półnaga imprezuje na mieście. Zgadza się, moi drodzy czytelnicy! Wzrok was nie myli. Hallie Thorne świeciła sutkami. I to uczepiona największego ciacha telewizji.
Co dalej? Moim zdaniem - ośrodek odwykowy dla celebrytów.
Może i ma branie u hollywoodzkich przystojniaków, ale krążą plotki, że tatuś jej nie znosi.
Hallie
Okej. Chwileczkę. Wciśnijmy pauzę. Powstrzymajcie się od osądów.
Wiem, że źle to wygląda. Nie mówię tutaj o tym nieszczęsnym sutku - bo moje cycki są świetne, to chyba mój największy atut - ale przysięgam, że wszystko inne mogę wyjaśnić.
Oto historia mojego upadku.
Opowieść o tym, jak cała Ameryka zobaczyła mój sutek.
Cofnijmy się w czasie o rok, do momentu, gdy zdjęcie mojej piersi można było znaleźć na każdej stronie internetowej, we wszystkich magazynach, tabloidach i na kontach w social mediach. W którymś momencie było już tak źle, że zastanawiałam się, czy nie załatwić sobie ochroniarza i chodzić po mieście w wielkich okularach przeciwsłonecznych. Istna tragedia.
Nie żebym miała się czego wstydzić. Media określały moje ciało mianem "apetycznego" - miałam szerokie biodra, miseczki w rozmiarze D i taki tyłek, że niejednego rapera zainspirowałby do napisania kawałka.
Tylko że... sam sutek nie był tutaj problemem.
Bo był to sutek Pierwszego Dziecka Białego Domu.
Ameryka miała obsesję na punkcie faktu, że ja, Hallie Margaret Thorne, byłam dzieckiem prezydenta Thorne'a, a także chodzącą porażką życiową.
Tatuaże, włosy w wiśniowym odcieniu, gruba kreska na powiece i mierna uczelnia, którą rzuciłam po jednym semestrze, ponieważ nie potrafiłam się dopasować.
Wszyscy myśleli, że wiodę życie usłane różami, a moim jedynym zadaniem jest nieschrzanienie wszystkiego. Ale właśnie to nieustannie robiłam - niszczyłam każdą rzecz, której dotknęłam.
Ostatnio jednak posunęłam się za daleko.
"Yellow Vault" nie kłamało. Moi rodzice rzeczywiście mieli mnie po dziurki w nosie. Dlatego uznali, że ich śliczne, niezrównoważone dziecię potrzebuje ochrony, porządnego potrząśnięcia i zarazem ostrzeżenia. Postanowili sięgnąć po broń ostateczną.
I tutaj pojawia się Ransom Lockwood.
Groźny, posępny, przerażający. Taki, że nic tylko go brać. Mój nowy ochroniarz.
Pardon, funkcjonariusz ochrony osobistej.
Diabeł, który zniszczył mi życie i pozbawił resztek poczucia własnej wartości.
Ten zawzięty obrońca skradł mi serce, rozwalił je na kawałki, a potem oddał mi resztki z krzywym uśmiechem na twarzy.
Nazywają go Robotem, ale według mnie ta ksywka do niego nie pasuje.
Wierzę, że wciąż ma serce. Jest dobrze ukryte, otoczone grubym murem, pokryte bliznami, ale wciąż bije.
Dlatego też musicie wiedzieć, że ten sutek poniekąd zniszczył mi życie. Ale również je uratował. A przynajmniej jakąś część mnie.
Tę wartą uratowania.
Tę, która przetrwała.
Upadek księżniczki
Włożenie małej czarnej było błędem.
Dotarło to do mnie, gdy tylko zajęłam miejsce na tylnym siedzeniu cadillaca mojego kierowcy. Ukryłam twarz pod czerwoną maską z cekinami.
Jedno z siedzeń zajmował już mój najlepszy przyjaciel Keller. Przeglądając się w kamerce telefonu, poprawiał luźny kosmyk, który wymknął się spod idealnie ułożonej blond grzywy. Włożył piękną złotą maskę w rzymskim stylu.
- Hej, Den! Do Chateau Marmont - poleciłam kierowcy, poprawiając gorset sukienki.
Keller schował telefon do kieszeni garnituru Prady i posłał mi oceniające spojrzenie.
- Skarbie, ten gorset wygląda, jakby zaraz miał wystrzelić w kosmos. W jakim rozmiarze jest ta kiecka?
Usiadłam prosto i posłałam mu oburzone spojrzenie, chociaż miał rację - materiał opinał mnie tak ciasno, że będę musiała go rozciąć, żeby go ściągnąć.
- Ubrania Balmaina są maksymalnie w rozmiarze M - wymamrotałam na swoją obronę.
- Cóż, z tego, co widzę, zaraz pęknie ci zamek, więc sugeruję, żebyś wróciła do domu i się przebrała. - Keller wygładził niewidzialną zmarszczkę na materiałowych spodniach.
Dennis spojrzał na mnie we wstecznym lusterku, pytając, czy ma zawrócić. Pokręciłam głową. Przecież ja zawsze noszę rozmiar M. A czasami nawet S (ale na pewno nie w okresie między Świętem Dziękczynienia a Bożym Narodzeniem. Lub po Wielkanocy. Lub wtedy, gdy mam PMS).
Niestety ubrania od projektantów są tworzone z myślą wyłącznie o wieszakach. Kocham swoje ciało i każdą ciężko zarobioną komórkę cellulitu. Zdawałam sobie sprawę, że projektanci rzadko wypuszczają ubrania w rozmiarach odpowiadających przeciętnym sylwetkom. Ich M to w rzeczywistości S, ich S to XS, a ich L... nie istnieje. Nigdy jednak nie kupiłam niczego w sklepie. W trosce o środowisko zawsze szukałam kiecek w second-handach, co znacznie ograniczało mój wybór.
- Zostaję w tej sukience - oznajmiłam.
- Nie na długo, jeśli twoje cycki mają coś do powiedzenia w tej kwestii - wymamrotał Keller.
- Zwyczajnie zrobiłeś się zrzędliwy, bo masz worki pod oczami.
- Mam worki pod oczami?! - zagrzmiał Keller.
Uśmiechnęłam się i wzruszyłam ramionami.
- Nie, ale teraz już wiesz, jak to jest, kiedy najlepsza przyjaciółka krytykuje twój wygląd. Boli, prawda?
Dwadzieścia minut później Dennis zatrzymał się przed Chateau. Zacisnęłam rękę na jego ramieniu i przytuliłam się do niego.
- Dzięki, Den! Dzisiaj masz już wolne. Wrócę do domu Uberem.
- Chyba jednak poczekam - stwierdził ostrożnie sześćdziesięciopięciolatek. - Twoi rodzice nie będą zadowoleni, jeśli wrócisz Uberem.
Woził mnie nieustannie, odkąd skończyłam osiem lat, i znał moich rodziców lepiej niż ja sama. Pan i pani Thorne woleli, bym nie opuszczała domu - ale nie z troski. Nie byłam idealną córką. Już sam fakt mojego istnienia przysparzał im wstydu. Najmilszą rzeczą, jaką matka powiedziała na mój temat w wywiadzie, było to, że dodaję tej rodzinie charakteru. Jakbym była ozdobną poduszką. I dlatego nie przejmowałam się tym, co pochwalają, a co nie.
- Keller będzie mi towarzyszyć - zapewniłam, żeby go uspokoić. - Zadba, bym nie wpakowała się w kłopoty. Prawda, Kel?
- O ile będę w stanie. - Keller wyszedł z cadillaca, z ekscytacją przyglądając się imponującej fasadzie budynku. - W końcu napastnik może być uzbrojony, a dobrze wiesz, że nie znoszę widoku krwi. Albo jeśli poderwie mnie jakiś przystojniak. W stylu Zacka Efrona z filmu o Tedzie Bundym. Jeśli to będzie Zac Efron w wydaniu z High School Musical, to masz moje pełne wsparcie.
- Jeśli jednak znajdziesz jakiegoś Zacka z High School Musical, wiedz, że nie wyciągnę cię z aresztu za dobieranie się do nieletniego - wypaliłam.
Keller uniósł kciuk.
- Jestem pewien, że ta rozmowa pocieszyła Dennisa. Teraz wierzy, że będziesz trzymać się z dala od kłopotów.
Przysunęłam do ust mój minismartfon.
- Siri, przypomnij mi, żeby zrobić laleczkę voodoo mojego najlepszego przyjaciela, a rano uczynić z niej poduszeczkę na szpilki.
- Wydarzenie dodane do kalendarza - oznajmiła Siri mechanicznym głosem.
Wyskoczyłam z auta i posłałam Dennisowi anielski, uspokajający uśmiech i złączyłam dłonie jak do modlitwy.
- Ale poważnie, Den. Będę się zachowywać. Wracaj do domu. Jestem pewna, że Ethel czeka na ciebie ze swoimi słynnymi pierniczkami.
Pogładził się po podbródku.
- Faktycznie wspominała dzisiaj rano, że zamierza zrobić nową porcję...
Dennis i Ethel pod wieloma względami byli dla mnie rodziną bardziej niż mama i tata. Spędzałam z nimi święta, opiekowali się mną, kiedy chorowałam, i pojawiali się na wywiadówkach, gdy moi rodzice byli zajęci konferencjami dotyczącymi zmian klimatu lub przepytywaniem kogoś podczas kongresu.
Dennis przeniósł wzrok z mojego wymuszonego uśmiechu na otwartą bramę Chateau. Przywoził mnie tutaj tak często, że wiedział, jak to się skończy - upiję się, wydam kupę kasy, a potem całą noc będę wymiotować na tapicerkę cadillaca szampanem, który kosztował więcej niż jego garnitur.
Nie chciał się później ze mną męczyć. I wcale mu się nie dziwiłam. Sama ledwie siebie tolerowałam. I właśnie dlatego postanowiłam dzisiaj utopić smutki w trunkach.
Westchnął i rozmasował skroń.
- Tylko bądź ostrożna, w porządku? I wróć do domu wcześniej.
- Postaram się, Den. Pozdrów ode mnie Ethel!
Uchylił rąbka kaszkietu.
- Może sama wkrótce złożysz jej wizytę?
Dennis i Ethel mieszkali w Los Angeles tylko ze względu na mnie, mimo że tęsknili za Wschodnim Wybrzeżem, za swoją rodziną. Miałam z tego powodu wyrzuty sumienia, dlatego wolałam nie odwiedzać ich domu w Encino, żeby pić słabą herbatę, oglądać powtórki teleturniejów i pokazywane mi przez Ethel zdjęcia wnuków, z którymi nie widywali się z mojego powodu. Za bardzo mnie to bolało. Nie znalazłam na tyle mocnego alkoholu, by wypalić to poczucie winy. A przynajmniej jeszcze nie.
- Będę o tym pamiętać, Den.
Odjechał, zostawiając nas w oparach spalin. Uch. Muszę go namówić, by zmienił samochód na teslę.
Keller złapał mnie pod ramię, zerkając na słynny biały budynek z błyskiem w oku.
- W końcu znaleźliśmy się w swoim naturalnym środowisku.
Bal maskowy został zorganizowany przez klinikę chirurgii plastycznej, aby zebrać pieniądze dla weteranów wojennych, którzy odnieśli poważne poparzenia skóry. Razem z Kellerem włożyliśmy do koperty po pięć tysięcy, ale żadne z nas nie pojawiło się na uroczystej kolacji. Keller nie lubił jeść w miejscach publicznych (nie ściemniam), a ja nie chciałam być bombardowana prośbami i pytaniami o moją rodzinę.
- Wiesz... - Odrzuciłam na plecy burgundowe warkocze, kiedy ruszyliśmy w stronę baru, mijając po drodze pracowników hotelu, którzy również mieli na twarzach maski. - Chateau Marmont słynie z tego, że ściągają tu zarówno ludzie pnący się po drabinie towarzyskiej, jak i ci bliscy upadku. Jak myślisz, do której kategorii się zaliczamy?
- Żadnej. - Keller zaciągnął mnie do dębowego baru hotelowego, otoczonego znajomymi bordowymi stołkami, nad którymi wisiały żyrandole w pasującym do nich stylu. - Jesteśmy tylko pięknymi piekielnymi pomiotami. Urodzonymi w wyższych sferach, mającymi niskie oczekiwania. Nigdzie nie pasujemy.
Keller był synem Asa Nelsona, frontmana She Wolf, największej żyjącej legendy rock and rolla. Nasze nazwiska mogły nam otworzyć wiele drzwi - które nie zawsze prowadziły w dobre miejsca.
Zasiedliśmy przy barze. Barman Frederik bez słowa podsunął mi koktajl marmont mule, a Kellerowi zmieszał jego ulubiony blue velvet. Frederik miał na twarzy białą króliczą maskę, która podkreślała jego przeszywające niebieskie oczy.
- Powinienem zabrać go do domu - wymamrotał Keller, szturchając mnie łokciem.
- Mam wrażenie, że to nie jest przyzwoity facet.
- To mój ulubiony typ - stwierdził mój przyjaciel. - I twój zresztą też.
Zbyłam ten komentarz milczeniem. Keller myślał, że sypiam z każdym napotkanym facetem. I to nie jego wina - takie sprawiałam wrażenie. Ale nie lubiłam przypominać sobie, że okłamywałam najlepszego przyjaciela.
Nawet nie zdążyliśmy spróbować drinków, bo zostaliśmy otoczeni przez początkujące aktorki, gwiazdę programu telewizyjnego i trenerkę lajfstajlową, która z pewnością pracowała jako hostessa w znanej restauracji The Ivy. Wszyscy sterczeli obok nas i usiłowali przekonać każdego, kto chciał ich słuchać, że właśnie stoją u progu sławy. Tak spędzaliśmy z Kellerem wieczory. Każdy, co do jednego. Na imprezach, piciu, poznawaniu ludzi, udawaniu, że świat jest wielką piniatą, która zaraz wybuchnie i zasypie wszystkich kontraktami z branży modowej, okładkami w "Vogue'u" i Oscarami.
Byliśmy elitą towarzyską. Młodymi, bogatymi, znudzonymi ludźmi.
Decydowaliśmy sami o sobie i wszyscy pragnęli kontaktu z nami.
Teoretycznie oboje mieliśmy pracę.
Dwudziestosiedmioletni Keller był właścicielem Main Squeeze, firmy oferującej luksusowe soki detoksowe, którymi żywiły się modelki Victoria's Secret i uczestniczki programu Żony Beverly Hills.
Natomiast ja byłam influencerką, co oznaczało, że płacono mi w komplementach i luksusowych towarach za polecanie produktów - od ubrań i torebek aż po tampony - moim obserwującym, których miałam osiemset tysięcy. Ta tak zwana praca zajmowała mi dwie godziny w tygodniu, ale bardzo ją sobie ceniłam. Może dlatego, że była to jedyna część mojego życia, której nikt nie mógł naruszyć ani jej zmienić. Należała tylko do mnie. Sama ją rozwinęłam, byłam za nią odpowiedzialna. Uważałam, że w ten sposób odniosłam pewien sukces.
- Czyż to nie jest zabawne? - odezwałam się, mieszając wykałaczką w kieliszku. - Udajemy ciężko pracujących członków społeczeństwa, a tabloidy po prostu to łykają.
Dwie aktorki, gwiazdka reality show i trenerka ewakuowały się z baru, gdy tylko zauważyły, że do hotelu wkroczyła gwiazda netflixowego serialu, mająca na twarzy maskę średniowiecznego lekarza dżumy.
Właśnie tak to już było w Los Angeles. Można poznać tu mnóstwo ludzi, jeśli tylko nie szuka się prawdziwej przyjaźni.
Keller spojrzał na mnie spod zmarszczonych brwi.
- Mów za siebie. Ja mam normalną pracę. Jestem właścicielem firmy produkującej soki. Sam testuję wszystkie receptury.
- Och, Keller. - Poklepałam go po dłoni spoczywającej na barze i uniosłam drinka. - Ja w tym momencie również "testuję recepturę". Nie zrozum mnie źle, to świetne hobby, ale chodzi mi o to, żadne z nas nie potrzebuje pieniędzy.
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale zawsze zakładałam, że Keller również dostaje pokaźną sumkę od swojego ojca.
- Nie, Hal, ty nic nie rozumiesz. Mam prawdziwą pracę. - Odchylił się na stołku. - Płacę ludziom wynagrodzenie, co kwartał chodzę na spotkania z księgowością i marketingiem i tak dalej. Jeśli ja się nie wywiążę, ludzie nie będą mogli zajmować się swoimi obowiązkami.
Widać, że nie chciał się do tego przyznać. Oboje liczyliśmy na to, że rodzice opłacą nam czynsz, samochody i wydatki na życie. Ja przynajmniej miałam odwagę mówić o tym wprost.
Wzięłam łyk drinka i z trudem nabrałam powietrza do płuc, bo ciasna kiecka mi to uniemożliwiała.
- Jasne, oczywiście. Chodziło mi o to, że mamy przyjemną pracę, więc tak naprawdę nie czujemy, że pracujemy.
Keller przewrócił oczami.
- Wcale nie o to ci chodziło.
Miał rację. Ale po wizycie w salonie kosmetycznym, gdzie poddałam się zabiegowi głębokiego oczyszczania twarzy, byłam zbyt zmęczona, by się teraz spierać.
- Zauważyłem, że zjawiła się Perry Cowen. - Keller skinął głową za siebie. - Ma zarąbisty nowy balejaż.
Nawet się nie odwróciłam.
- Nie jestem pewna, czy nowy kolor włosów uratuje jej zgniłą duszę.
- Ojej. Widać, że w kolejce u Boga stałaś po urodę, bo na pewno nie po życzliwość. - Keller zeskoczył ze stołka. - Pójdę się przywitać.
- Ale przecież ona jest taka denna, Kel. - Zmarszczyłam nos.
- Zachowuj się, gdy mnie nie będzie. - Keller obejrzał się pospiesznie w odbiciu metalowego wiaderka na wino, a potem ruszył w stronę swojego celu.
Perry Cowen była wschodzącą projektantką mody i kobietą, za którą nie przepadałam. Głównie dlatego, że zaprojektowała suknię na kolację przedślubną mojej siostry Hery. A każda osoba, która kolegowała się z moją siostrą, była dla mnie wrogiem.
Perry sprzedała również historię na mój temat gazecie, tuż po nieszczęśliwym wypadku, w którym poza mną główną rolę odegrała suknia druhny i niespodziewanie ostry sos do pizzy. Byłam pewna, że to ona, ponieważ w tamtym momencie w pomieszczeniu nie znajdował się nikt, kto byłby skłonny wyjawić te informacje. Moja mama była zniesmaczona samym faktem, że łączyły nas te same geny, tata nie był mściwy, a Hera... nie lubiła, kiedy trafiałam na okładki gazet z powodu jakichś skandali.
Uniosłam rękę i dałam znać Frederikowi, by przygotował mi dwa kolejne drinki i szota. Potrzebowałam odwagi w płynie, żeby przetrwać ten wieczór. Czułam się okropnie samotna, mimo że znajdowałam się w sali pełnej ludzi.
Perry była bolesnym przypomnieniem, że kawał drogi stąd, w Dallas, mieszkała najidealniejsza Pierwsza Córka, jaka kiedykolwiek stąpała po tej ziemi.
Moja dwudziestodziewięcioletnia siostra.
Była szczupłą kobietą o nieco męskiej urodzie. Taką, jaką widuje się na okładkach "Vogue'a". Ogarnięta, błyskotliwa i dobrze wychowana.
Hera ukończyła medycynę na Uniwersytecie Stanforda wraz ze swoim narzeczonym, którego poznała już w liceum, i właśnie planowała wesele, a jednocześnie odbywała staż w Centrum Medycznym Uniwersytetu Baylor.
Całej jej życie było skrupulatnie zaplanowane.
A ja nawet nie potrafiłam kontrolować swoich piersi (które wciąż napierały na szyfonowy gorset, próbując się uwolnić).
Wlałam w siebie dwa drinki i jednego szota, a potem zaryzykowałam spojrzenie w stronę Kellera i Perry, którzy roześmiani stali w kącie pokoju. Perry klepnęła go w pierś. Wokół mnie kręcili się zamaskowani ludzie. Niektórzy tańczyli, inni całowali się w mrocznych zakątkach sali. To było moje życie. Szpilki i drinki w wygórowanych cenach. Pusty dom, pełne konto bankowe i brak partnera. W mojej piersi pojawiła się dziura, która zaczynała obejmować coraz większą przestrzeń, aż zaczęło mi się wydawać, że wszyscy ją widzą.
Dałam znać Frederikowi, by podał mi kolejnego szota. Uwinął się w mgnieniu oka. Niestety równie szybko pojawił się Wes Morgan, trener celebrytów.
Wes prowadził program Big Fat Loser, którego treść była równie paskudna jak nazwa. "Pomagał" celebrytom stracić na wadze, wrzeszcząc na nich, kiedy kolana się pod nimi uginały i wymiotowali ze zmęczenia, a on w tym czasie paradował bez koszulki. Próbował wciągnąć mnie do trzeciego sezonu, obiecując, że w dwa miesiące schudnę do rozmiaru XS. Przez pierwsze piętnaście sekund nie wiedziałam, czy się roześmiać, czy wpakować sobie do buzi chipsa i głośno go przeżuć, ale ostatecznie rozłączyłam się bez słowa.
Najwyraźniej po ostatniej rozmowie czuł niedosyt.
- Co tam, Hallion? - Oparł się łokciami o bar tuż obok mojego drinka i posłał mi oślepiająco biały uśmiech. Hallion było ksywką nadaną mi przez tabloidy za moje odpały. - Czy kiedyś wspominałem, że ja też pochodzę z Teksasu?
Miał na włosach tyle wosku, że można by wyrzeźbić kolejny posąg do muzeum Madame Tussaud. I nie byłaby to Dakota Fanning. Raczej Dwayne Johnson.
- Nie włożyłeś maski - stwierdziłam beznamiętnym tonem.
- Nie potrzebuję jej. - Wzruszył ramionami, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Właśnie patrzysz na człowieka, który przekazał dziesięć patyków na pomoc weteranom.
Wbiłam wzrok w sufit, czekając, aż natręt sobie pójdzie.
- Słyszałaś, co mówiłem?
- Tak. - Wyjęłam wisienkę z pustego kieliszka i wyssałam z niej cały alkohol. - Wspomniałeś o tym dosłownie sekundę temu.
- Chodziło mi o to, że oboje pochodzimy z Teksasu.
- Ale ja wcale nie pochodzę z Teksasu - odparłam znudzona. Zawiązałam językiem pętelkę na ogonku wisienki i wyplułam go na rękę.
- Naprawdę? - Nachylił się tak bardzo, że niemal udusiłam się smrodem jego wody kolońskiej. Musiał się w niej wykąpać. - Mógłbym przysiąc, że prezydent Thorne...
- Pochodzi z Dallas. Tak, tak. Ale ja urodziłam się w Waszyngtonie i tam spędziłam pierwsze osiem lat mojego życia. Potem rodzice wysłali mnie do Nowego Jorku do szkoły z internatem, na szwajcarski obóz letni, na brytyjskie obozy zimowe, na francuskie soirée. Dlatego żadna ze mnie Teksanka. Bardziej kosmopolitka, jeśli mam być szczera...
Po jego pustym spojrzeniu domyśliłam się, że odpłynął po kosmopolitce. Może nawet przy słowie soirée.
Co prawda spędziłam w Teksasie trochę czasu, ale nigdy z własnej woli. Rodzice zawsze błagali mnie, targowali się ze mną i próbowali siłą zaciągnąć mnie do "domu", zachęcając miejscowymi szkołami i bliskością rodziny. Zawsze olewałam ich starania. Teksas był zbyt upalny, zbyt spokojny. Jeśli mam być szczera, taka ze mnie Teksanka jak z zakonnicy dziwka. Poza tym wiedziałam, dlaczego zależy im na moim towarzystwie - po prostu zyskałby na tym ich wizerunek. Pokazaliby w ten sposób, że przynajmniej starają się zapanować nad swoim nieokiełznanym dzieckiem.
Wes cmoknął językiem, nie przestając się szczerzyć jak głupi do sera. Te zęby nie mogły być prawdziwe. Jego bicepsy również.
- Jeśli chcesz, z radością zabiorę cię na wycieczkę. Mimo że urodziłem się i wychowałem w Houston, Dallas znam jak własną kieszeń.
- Nie wybieram się tam. - Wbiłam wzrok w dno pustego kieliszka.
- W takim razie możemy spotkać się tutaj, w Los Angeles. - Dotknął łokciem mojego przedramienia. Natychmiast odskoczyłam.
- Jestem zajęta obżeraniem się ciastkami.
- Nie bądź taka drażliwa, Hallion. Chodziło o zwykłe interesy, wiesz? - Przeczesał ręką włosy, ale były sztywniejsze niż beton. - Po prostu sądziłem, że byłabyś dobrą kandydatką.
- A ty nadałbyś się idealnie do taksydermii - wytknęłam znużonym tonem.
- Wiesz co? Dopasuję się do ciebie, tylko podaj mi datę. Naprawdę uważam, że oboje skorzystalibyśmy na swoim towarzystwie.
Był następną osobą, która widziała we mnie jedynie przepustkę do sławy. To kolejny facet, który by mnie wykorzystał, może nawet przemocowiec. Tacy ludzie jak Wes przypominali mi, dlaczego zrezygnowałam ze związków z mężczyznami. Oni wszyscy czegoś ode mnie chcieli, ale na pewno nie partnerskiej relacji. Byłam dla nich jedynie drabiną, która pomoże im dostać się na szczyt.
Mój żołądek skręcił się boleśnie.
Chciałam wrócić do domu.
Niestety nie miałam domu. Moja posiadłość była tylko stertą cegieł bez duszy.
- Poproszę moją asystentkę, żeby skontaktowała się z twoją. - Zeskoczyłam ze stołka.
- Ale ja nie mam asystentki - odparł skonfundowany.
Ja też nie. A teraz rozgryź to, Einsteinie.
Przywołałam Frederika, żeby poprosić go o rachunek. Walić Kellera. Musiałam się stąd wymiksować. Niech on sobie rozmawia z Perry, której nowe pasemka podkreślały kości policzkowe. Rzuciłam im ostatnie spojrzenie. Znajomi Perry wypytywali Kellera o jego wytwórnię soków. Pławił się w ich uwadze. Czy tylko ja nie nabierałam się na jego pozerską pracę?
Opłaciłam rachunek, dałam Frederikowi czterdzieści procent napiwku i wyszłam na zewnątrz, omijając ludzi, którzy próbowali zatrzymać mnie na pogawędkę. Wes podążał za mną niezniechęcony. Już nie był zwykłym wrzodem na dupie, tylko stalkerem.
- Zaczekaj, dokąd ty się wybierasz? - Próbował położyć mi rękę na ramieniu. Syknęłam, odpychając go niemal brutalnie.
Nie dotykaj mnie. Nawet się nie waż. Nigdy i pod żadnym pozorem.
- Do domu. - Przyspieszyłam. Moje szpilki stukały o ciemną podłogę.
Byłam na siebie wściekła, bo nie wzięłam kurtki. Teraz przydałoby mi się coś, żeby zakryć cycki i powstrzymać je przed wypłynięciem z gorsetu. Chociaż, jak teraz o tym myślałam, wspomniane cycki nie wydawały się takie ściśnięte. I było mi dziwnie zimno. Spojrzałam w dół i zrozumiałam dlaczego - moja prawa pierś przedarła się przez materiał. Dosłownie wisiała luźno, powiewała na wietrze jak flaga na maszcie, kiedy wypadłam z hotelu, żeby wezwać Ubera.
Krzyknęłam i próbowałam upchnąć ją w sukience.
- O kurde. - Wes zachichotał, opierając się o pobliską ścianę. - Wygląda na to, że panienki postanowiły się przewietrzyć.
- Zamknij się.
Rzuciłam się w stronę hotelowej recepcji, żeby zapytać o możliwość pożyczenia jakiejś kurtki. Ale wszędzie było tyle ludzi. W dodatku maska przysłaniała mi wzrok. Zerwałam ją z twarzy i rzuciłam na podłogę, rozglądając się gorączkowo.
Kurtka. Potrzebowałam kurtki. Tylko że znajdowałam się w Los Angeles, gdzie nikomu nie jest potrzebne dodatkowe okrycie.
- Po co ta złość, Hallion. Pozwól, że odwiozę cię do domu.
- Nie, dzięki. - Zakryłam klatkę piersiową ramionami i przyspieszyłam. Już niemal dotarłam do recepcji.
- Jeśli poprosisz konsjerża o kurtkę, domyśli się, co się stało, i sprzeda historyjkę prasie.
Zatrzymałam się pośrodku lobby. Wes wiedział, jak przyciągnąć moją uwagę.
- Naprawdę chcesz znowu zostać upokorzona? Szczególnie po tej historii z pizzą, którą opublikowało na twój temat "Page Six"? - Jego głos zatopił się w mojej skórze jak ostre pazury.
Miał rację. Gdybym przyznała, że pękła mi sukienka, historia mogłaby trafić do gazet. Hera by się wściekła, a moi rodzice... kto wie, co by zrobili. Pewnie odcięliby mnie od pieniędzy i zmusili do przeprowadzki do Teksasu.
Nie miałam żadnych życiowych umiejętności. Poza obieraniem mandarynek za jednym zamachem. I choć sztuczka robiła wrażenie, nie nadawała się do CV.
Obróciłam się na pięcie, wciąż zakrywając tors rękami.
Groźnie zmrużyłam oczy.
- Nie ufam ci.
Uniósł ręce w obronnym geście.
- A powinnaś. Jesteś córką prezydenta Thorne'a. Bohaterką narodową. Nigdy bym cię nie skrzywdził. Czy naprawdę uważasz, że jestem taki głupi?
Na jego nieszczęście odpowiedź brzmiała "tak". Ale skoro on w siebie wierzył, może ja też powinnam. Przynajmniej dzisiaj.
Każda komórka w moim ciele mówiła, że to zły pomysł, ale przecież nie miałam lepszych opcji.
- Przyrzeknij, żadnych sztuczek.
- Obiecaj mi wspólne zdjęcie, a zgodzę się na wszystko. Przed rozpoczęciem piątego sezonu muszę się znowu znaleźć na pierwszych stronach gazet.
Zamknęłam oczy i westchnęłam ciężko.
Byłam wściekła.
- A czy pokazanie się z krąglejszą dziewczyną nie wpłynie na ciebie negatywnie, skoro twoją pracą jest odchudzanie ludzi? - Otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się niewinnie.
- No właśnie, w tej kwestii... - Wes wypuścił rozdrażniony oddech. - Po tym, jak jeden z moich odcinków stał się viralem, dostałem łatkę fatfoba. Dasz wiarę, że coś takiego mnie pogrążyło?
Świetnie. A więc miałam zostać jego kołem ratunkowym, żeby mógł potem mówić: "Nie mam nic przeciwko grubym ludziom, przyjaźnię się z nimi". Chciało mi się krzyczeć.
- Jedna kawa w knajpie przy Rodeo Drive. - Uniosłam palec ostrzegawczo. - Na więcej się nie napalaj.
- Dobra, ale nie możesz wyglądać, jakbyś się mną brzydziła - targował się dalej. - Ludzie mają myśleć, że dobrze się bawisz w moim towarzystwie.
- Gdybym miała takie umiejętności aktorskie, teraz odbierałabym Oscara, a nie polecała kremy na trądzik na Instagramie. - Roześmiałam się z sarkazmem.
- Daj spokój, Hallie.
Westchnęłam.
- Ale zamierzam zamówić ciastko.
- Powiem parkingowemu, żeby przyprowadził moje auto. - Puścił do mnie oko, a ja w zamian pokazałam mu środkowy palec.
Wes opuścił lobby zamaszystym krokiem, jakby był królem tego miejsca. Po kilku minutach wrócił i zastał mnie ukrytą we wnęce, niedaleko wyjścia. Byłam tu prawie niewidzialna. Moje serce waliło dziko, jakby chciało przedrzeć się przez skórę.
Nikt nie mógł się dowiedzieć, że pękła mi sukienka.
- Cholera, długo jeszcze? - Wes wyciągnął szyję, żeby sprawdzić, czy jego auto już podjechało. - Umówiłem się z laską z Tindera.
Telefon, który trzymałam w ręce, zaczął wibrować. Bez wątpienia Keller. Nie mogłam odebrać, bo zakrywałam piersi ramionami, a poza tym wciąż miałam do niego żal o to, że rozmawiał z Perry Cowen.
Nadal czekaliśmy na samochód Wesa - zajmowało to więcej czasu, niż powinno. Za każdym razem, gdy trener próbował zacząć ze mną jakiś temat, zbywałam go nieuprzejmym "daruj sobie".
W końcu Wes oznajmił, że jego auto już stoi pod hotelem. Złapał mnie za łokieć, ciągnąc w stronę wyjścia.
- Nie dotykaj mnie! - jęknęłam. Byłam zła na siebie, że mój głos wybrzmiał tak słabo i piskliwie.
Gdy tylko wyszliśmy na zewnątrz, wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka. Byłam zmuszona puścić pierś, żeby odepchnąć jego rękę. W tym momencie rozległ się błysk fleszy. Instynktownie uniosłam rękę, żeby osłonić oczy. Mój prawy cycek uwolnił się i przywitał z dziesiątką paparazzich, których Wes ewidentnie zaprosił, żeby obfotografowali nasze wspólne wyjście.
Cholera.
Będę mieć z tego powodu przesrane u czterdziestego dziewiątego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Anthony'ego Johna Thorne'a.
Czyli mojego ojca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki