p

Thorne Princess - L. J. Shen

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

HAL­LION[1] THORNE ZNOWU PRZY­ŁA­PANA!

Au­torka: Anna Bro­oks,

re­dak­torka w "Yel­low Vault"

Od­kąd jej ostatni chło­pak, fut­bo­li­sta Kie­ran Edwards, wy­outo­wał się dwa mie­siące temu, Hal­lion nie prze­staje sza­leć! A te­raz pół­naga im­pre­zuje na mie­ście. Zga­dza się, moi dro­dzy czy­tel­nicy! Wzrok was nie myli. Hal­lie Thorne świe­ciła sut­kami. I to ucze­piona naj­więk­szego cia­cha te­le­wi­zji.

Co da­lej? Moim zda­niem - ośro­dek od­wy­kowy dla ce­le­bry­tów.

Może i ma bra­nie u hol­ly­wo­odz­kich przy­stoj­nia­ków, ale krążą plotki, że ta­tuś jej nie znosi.

Hal­lie

Okej. Chwi­leczkę. Wci­śnijmy pauzę. Po­wstrzy­maj­cie się od osą­dów.

Wiem, że źle to wy­gląda. Nie mó­wię tu­taj o tym nie­szczę­snym sutku - bo moje cycki są świetne, to chyba mój naj­więk­szy atut - ale przy­się­gam, że wszystko inne mogę wy­ja­śnić.

Oto hi­sto­ria mo­jego upadku.

Opo­wieść o tym, jak cała Ame­ryka zo­ba­czyła mój su­tek.

Cof­nijmy się w cza­sie o rok, do mo­mentu, gdy zdję­cie mo­jej piersi można było zna­leźć na każ­dej stro­nie in­ter­ne­to­wej, we wszyst­kich ma­ga­zy­nach, ta­blo­idach i na kon­tach w so­cial me­diach. W któ­rymś mo­men­cie było już tak źle, że za­sta­na­wia­łam się, czy nie za­ła­twić so­bie ochro­nia­rza i cho­dzić po mie­ście w wiel­kich oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. Istna tra­ge­dia.

Nie że­bym miała się czego wsty­dzić. Me­dia okre­ślały moje ciało mia­nem "ape­tycz­nego" - mia­łam sze­ro­kie bio­dra, mi­seczki w roz­mia­rze D i taki ty­łek, że nie­jed­nego ra­pera za­in­spi­ro­wałby do na­pi­sa­nia ka­wałka.

Tylko że... sam su­tek nie był tu­taj pro­ble­mem.

Bo był to su­tek Pierw­szego Dziecka Bia­łego Domu.

Ame­ryka miała ob­se­sję na punk­cie faktu, że ja, Hal­lie Mar­ga­ret Thorne, by­łam dziec­kiem pre­zy­denta Thorne'a, a także cho­dzącą po­rażką ży­ciową.

Ta­tu­aże, włosy w wi­śnio­wym od­cie­niu, gruba kre­ska na po­wiece i mierna uczel­nia, którą rzu­ci­łam po jed­nym se­me­strze, po­nie­waż nie po­tra­fi­łam się do­pa­so­wać.

Wszy­scy my­śleli, że wiodę ży­cie usłane ró­żami, a moim je­dy­nym za­da­niem jest nie­schrza­nie­nie wszyst­kiego. Ale wła­śnie to nie­ustan­nie ro­bi­łam - nisz­czy­łam każdą rzecz, któ­rej do­tknę­łam.

Ostat­nio jed­nak po­su­nę­łam się za da­leko.

"Yel­low Vault" nie kła­mało. Moi ro­dzice rze­czy­wi­ście mieli mnie po dziurki w no­sie. Dla­tego uznali, że ich śliczne, nie­zrów­no­wa­żone dzie­cię po­trze­buje ochrony, po­rząd­nego po­trzą­śnię­cia i za­ra­zem ostrze­że­nia. Po­sta­no­wili się­gnąć po broń osta­teczną.

I tu­taj po­ja­wia się Ran­som Loc­kwood.

Groźny, po­sępny, prze­ra­ża­jący. Taki, że nic tylko go brać. Mój nowy ochro­niarz.

Par­don, funk­cjo­na­riusz ochrony oso­bi­stej.

Dia­beł, który znisz­czył mi ży­cie i po­zba­wił resz­tek po­czu­cia wła­snej war­to­ści.

Ten za­wzięty obrońca skradł mi serce, roz­wa­lił je na ka­wałki, a po­tem od­dał mi resztki z krzy­wym uśmie­chem na twa­rzy.

Na­zy­wają go Ro­bo­tem, ale we­dług mnie ta ksywka do niego nie pa­suje.

Wie­rzę, że wciąż ma serce. Jest do­brze ukryte, oto­czone gru­bym mu­rem, po­kryte bli­znami, ale wciąż bije.

Dla­tego też mu­si­cie wie­dzieć, że ten su­tek po­nie­kąd znisz­czył mi ży­cie. Ale rów­nież je ura­to­wał. A przy­naj­mniej ja­kąś część mnie.

Tę wartą ura­to­wa­nia.

Tę, która prze­trwała.

Upa­dek księż­niczki

Wło­że­nie ma­łej czar­nej było błę­dem.

Do­tarło to do mnie, gdy tylko za­ję­łam miej­sce na tyl­nym sie­dze­niu ca­dil­laca mo­jego kie­rowcy. Ukry­łam twarz pod czer­woną ma­ską z ce­ki­nami.

Jedno z sie­dzeń zaj­mo­wał już mój naj­lep­szy przy­ja­ciel Kel­ler. Prze­glą­da­jąc się w ka­merce te­le­fonu, po­pra­wiał luźny ko­smyk, który wy­mknął się spod ide­al­nie uło­żo­nej blond grzywy. Wło­żył piękną złotą ma­skę w rzym­skim stylu.

- Hej, Den! Do Cha­teau Mar­mont - po­le­ci­łam kie­rowcy, po­pra­wia­jąc gor­set su­kienki.

Kel­ler scho­wał te­le­fon do kie­szeni gar­ni­turu Prady i po­słał mi oce­nia­jące spoj­rze­nie.

- Skar­bie, ten gor­set wy­gląda, jakby za­raz miał wy­strze­lić w ko­smos. W ja­kim roz­mia­rze jest ta kiecka?

Usia­dłam pro­sto i po­sła­łam mu obu­rzone spoj­rze­nie, cho­ciaż miał ra­cję - ma­te­riał opi­nał mnie tak cia­sno, że będę mu­siała go roz­ciąć, żeby go ścią­gnąć.

- Ubra­nia Bal­ma­ina są mak­sy­mal­nie w roz­mia­rze M - wy­mam­ro­ta­łam na swoją obronę.

- Cóż, z tego, co wi­dzę, za­raz pęk­nie ci za­mek, więc su­ge­ruję, że­byś wró­ciła do domu i się prze­brała. - Kel­ler wy­gła­dził nie­wi­dzialną zmarszczkę na ma­te­ria­ło­wych spodniach.

Den­nis spoj­rzał na mnie we wstecz­nym lu­sterku, py­ta­jąc, czy ma za­wró­cić. Po­krę­ci­łam głową. Prze­cież ja za­wsze no­szę roz­miar M. A cza­sami na­wet S (ale na pewno nie w okre­sie mię­dzy Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia a Bo­żym Na­ro­dze­niem. Lub po Wiel­ka­nocy. Lub wtedy, gdy mam PMS).

Nie­stety ubra­nia od pro­jek­tan­tów są two­rzone z my­ślą wy­łącz­nie o wie­sza­kach. Ko­cham swoje ciało i każdą ciężko za­ro­bioną ko­mórkę cel­lu­litu. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że pro­jek­tanci rzadko wy­pusz­czają ubra­nia w roz­mia­rach od­po­wia­da­ją­cych prze­cięt­nym syl­wet­kom. Ich M to w rze­czy­wi­sto­ści S, ich S to XS, a ich L... nie ist­nieje. Ni­gdy jed­nak nie ku­pi­łam ni­czego w skle­pie. W tro­sce o śro­do­wi­sko za­wsze szu­ka­łam kie­cek w se­cond-han­dach, co znacz­nie ogra­ni­czało mój wy­bór.

- Zo­staję w tej su­kience - oznaj­mi­łam.

- Nie na długo, je­śli twoje cycki mają coś do po­wie­dze­nia w tej kwe­stii - wy­mam­ro­tał Kel­ler.

- Zwy­czaj­nie zro­bi­łeś się zrzę­dliwy, bo masz worki pod oczami.

- Mam worki pod oczami?! - za­grzmiał Kel­ler.

Uśmiech­nę­łam się i wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Nie, ale te­raz już wiesz, jak to jest, kiedy naj­lep­sza przy­ja­ciółka kry­ty­kuje twój wy­gląd. Boli, prawda?

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Den­nis za­trzy­mał się przed Cha­teau. Za­ci­snę­łam rękę na jego ra­mie­niu i przy­tu­li­łam się do niego.

- Dzięki, Den! Dzi­siaj masz już wolne. Wrócę do domu Ube­rem.

- Chyba jed­nak po­cze­kam - stwier­dził ostroż­nie sześć­dzie­się­cio­pię­cio­la­tek. - Twoi ro­dzice nie będą za­do­wo­leni, je­śli wró­cisz Ube­rem.

Wo­ził mnie nie­ustan­nie, od­kąd skoń­czy­łam osiem lat, i znał mo­ich ro­dzi­ców le­piej niż ja sama. Pan i pani Thorne wo­leli, bym nie opusz­czała domu - ale nie z tro­ski. Nie by­łam ide­alną córką. Już sam fakt mo­jego ist­nie­nia przy­spa­rzał im wstydu. Naj­mil­szą rze­czą, jaką matka po­wie­działa na mój te­mat w wy­wia­dzie, było to, że do­daję tej ro­dzi­nie cha­rak­teru. Jak­bym była ozdobną po­duszką. I dla­tego nie przej­mo­wa­łam się tym, co po­chwa­lają, a co nie.

- Kel­ler bę­dzie mi to­wa­rzy­szyć - za­pew­ni­łam, żeby go uspo­koić. - Za­dba, bym nie wpa­ko­wała się w kło­poty. Prawda, Kel?

- O ile będę w sta­nie. - Kel­ler wy­szedł z ca­dil­laca, z eks­cy­ta­cją przy­glą­da­jąc się im­po­nu­ją­cej fa­sa­dzie bu­dynku. - W końcu na­past­nik może być uzbro­jony, a do­brze wiesz, że nie zno­szę wi­doku krwi. Albo je­śli po­de­rwie mnie ja­kiś przy­stoj­niak. W stylu Za­cka Efrona z filmu o Te­dzie Bun­dym. Je­śli to bę­dzie Zac Efron w wy­da­niu z High School Mu­si­cal, to masz moje pełne wspar­cie.

- Je­śli jed­nak znaj­dziesz ja­kie­goś Za­cka z High School Mu­si­cal, wiedz, że nie wy­cią­gnę cię z aresztu za do­bie­ra­nie się do nie­let­niego - wy­pa­li­łam.

Kel­ler uniósł kciuk.

- Je­stem pe­wien, że ta roz­mowa po­cie­szyła Den­nisa. Te­raz wie­rzy, że bę­dziesz trzy­mać się z dala od kło­po­tów.

Przy­su­nę­łam do ust mój mi­ni­smart­fon.

- Siri, przy­po­mnij mi, żeby zro­bić la­leczkę vo­odoo mo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, a rano uczy­nić z niej po­du­szeczkę na szpilki.

- Wy­da­rze­nie do­dane do ka­len­da­rza - oznaj­miła Siri me­cha­nicz­nym gło­sem.

Wy­sko­czy­łam z auta i po­sła­łam Den­ni­sowi aniel­ski, uspo­ka­ja­jący uśmiech i złą­czy­łam dło­nie jak do mo­dli­twy.

- Ale po­waż­nie, Den. Będę się za­cho­wy­wać. Wra­caj do domu. Je­stem pewna, że Ethel czeka na cie­bie ze swo­imi słyn­nymi pier­nicz­kami.

Po­gła­dził się po pod­bródku.

- Fak­tycz­nie wspo­mi­nała dzi­siaj rano, że za­mie­rza zro­bić nową por­cję...

Den­nis i Ethel pod wie­loma wzglę­dami byli dla mnie ro­dziną bar­dziej niż mama i tata. Spę­dza­łam z nimi święta, opie­ko­wali się mną, kiedy cho­ro­wa­łam, i po­ja­wiali się na wy­wia­dów­kach, gdy moi ro­dzice byli za­jęci kon­fe­ren­cjami do­ty­czą­cymi zmian kli­matu lub prze­py­ty­wa­niem ko­goś pod­czas kon­gresu.

Den­nis prze­niósł wzrok z mo­jego wy­mu­szo­nego uśmie­chu na otwartą bramę Cha­teau. Przy­wo­ził mnie tu­taj tak czę­sto, że wie­dział, jak to się skoń­czy - upiję się, wy­dam kupę kasy, a po­tem całą noc będę wy­mio­to­wać na ta­pi­cerkę ca­dil­laca szam­pa­nem, który kosz­to­wał wię­cej niż jego gar­ni­tur.

Nie chciał się póź­niej ze mną mę­czyć. I wcale mu się nie dzi­wi­łam. Sama le­d­wie sie­bie to­le­ro­wa­łam. I wła­śnie dla­tego po­sta­no­wi­łam dzi­siaj uto­pić smutki w trun­kach.

Wes­tchnął i roz­ma­so­wał skroń.

- Tylko bądź ostrożna, w po­rządku? I wróć do domu wcze­śniej.

- Po­sta­ram się, Den. Po­zdrów ode mnie Ethel!

Uchy­lił rąbka kasz­kietu.

- Może sama wkrótce zło­żysz jej wi­zytę?

Den­nis i Ethel miesz­kali w Los An­ge­les tylko ze względu na mnie, mimo że tę­sk­nili za Wschod­nim Wy­brze­żem, za swoją ro­dziną. Mia­łam z tego po­wodu wy­rzuty su­mie­nia, dla­tego wo­la­łam nie od­wie­dzać ich domu w En­cino, żeby pić słabą her­batę, oglą­dać po­wtórki te­le­tur­nie­jów i po­ka­zy­wane mi przez Ethel zdję­cia wnu­ków, z któ­rymi nie wi­dy­wali się z mo­jego po­wodu. Za bar­dzo mnie to bo­lało. Nie zna­la­złam na tyle moc­nego al­ko­holu, by wy­pa­lić to po­czu­cie winy. A przy­naj­mniej jesz­cze nie.

- Będę o tym pa­mię­tać, Den.

Od­je­chał, zo­sta­wia­jąc nas w opa­rach spa­lin. Uch. Mu­szę go na­mó­wić, by zmie­nił sa­mo­chód na te­slę.

Kel­ler zła­pał mnie pod ra­mię, zer­ka­jąc na słynny biały bu­dy­nek z bły­skiem w oku.

- W końcu zna­leź­li­śmy się w swoim na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku.

Bal ma­skowy zo­stał zor­ga­ni­zo­wany przez kli­nikę chi­rur­gii pla­stycz­nej, aby ze­brać pie­nią­dze dla we­te­ra­nów wo­jen­nych, któ­rzy od­nie­śli po­ważne po­pa­rze­nia skóry. Ra­zem z Kel­le­rem wło­ży­li­śmy do ko­perty po pięć ty­sięcy, ale żadne z nas nie po­ja­wiło się na uro­czy­stej ko­la­cji. Kel­ler nie lu­bił jeść w miej­scach pu­blicz­nych (nie ściem­niam), a ja nie chcia­łam być bom­bar­do­wana proś­bami i py­ta­niami o moją ro­dzinę.

- Wiesz... - Od­rzu­ci­łam na plecy bur­gun­dowe war­ko­cze, kiedy ru­szy­li­śmy w stronę baru, mi­ja­jąc po dro­dze pra­cow­ni­ków ho­telu, któ­rzy rów­nież mieli na twa­rzach ma­ski. - Cha­teau Mar­mont sły­nie z tego, że ścią­gają tu za­równo lu­dzie pnący się po dra­bi­nie to­wa­rzy­skiej, jak i ci bli­scy upadku. Jak my­ślisz, do któ­rej ka­te­go­rii się za­li­czamy?

- Żad­nej. - Kel­ler za­cią­gnął mnie do dę­bo­wego baru ho­te­lo­wego, oto­czo­nego zna­jo­mymi bor­do­wymi stoł­kami, nad któ­rymi wi­siały ży­ran­dole w pa­su­ją­cym do nich stylu. - Je­ste­śmy tylko pięk­nymi pie­kiel­nymi po­mio­tami. Uro­dzo­nymi w wyż­szych sfe­rach, ma­ją­cymi ni­skie ocze­ki­wa­nia. Ni­g­dzie nie pa­su­jemy.

Kel­ler był sy­nem Asa Nel­sona, front­mana She Wolf, naj­więk­szej ży­ją­cej le­gendy rock and rolla. Na­sze na­zwi­ska mo­gły nam otwo­rzyć wiele drzwi - które nie za­wsze pro­wa­dziły w do­bre miej­sca.

Za­sie­dli­śmy przy ba­rze. Bar­man Fre­de­rik bez słowa pod­su­nął mi kok­tajl mar­mont mule, a Kel­le­rowi zmie­szał jego ulu­biony blue ve­lvet. Fre­de­rik miał na twa­rzy białą kró­li­czą ma­skę, która pod­kre­ślała jego prze­szy­wa­jące nie­bie­skie oczy.

- Po­wi­nie­nem za­brać go do domu - wy­mam­ro­tał Kel­ler, sztur­cha­jąc mnie łok­ciem.

- Mam wra­że­nie, że to nie jest przy­zwo­ity fa­cet.

- To mój ulu­biony typ - stwier­dził mój przy­ja­ciel. - I twój zresztą też.

Zby­łam ten ko­men­tarz mil­cze­niem. Kel­ler my­ślał, że sy­piam z każ­dym na­po­tka­nym fa­ce­tem. I to nie jego wina - ta­kie spra­wia­łam wra­że­nie. Ale nie lu­bi­łam przy­po­mi­nać so­bie, że okła­my­wa­łam naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Na­wet nie zdą­ży­li­śmy spró­bo­wać drin­ków, bo zo­sta­li­śmy oto­czeni przez po­cząt­ku­jące ak­torki, gwiazdę pro­gramu te­le­wi­zyj­nego i tre­nerkę laj­fstaj­lową, która z pew­no­ścią pra­co­wała jako ho­stessa w zna­nej re­stau­ra­cji The Ivy. Wszy­scy ster­czeli obok nas i usi­ło­wali prze­ko­nać każ­dego, kto chciał ich słu­chać, że wła­śnie stoją u progu sławy. Tak spę­dza­li­śmy z Kel­le­rem wie­czory. Każdy, co do jed­nego. Na im­pre­zach, pi­ciu, po­zna­wa­niu lu­dzi, uda­wa­niu, że świat jest wielką pi­niatą, która za­raz wy­buch­nie i za­sy­pie wszyst­kich kon­trak­tami z branży mo­do­wej, okład­kami w "Vo­gue'u" i Osca­rami.

By­li­śmy elitą to­wa­rzy­ską. Mło­dymi, bo­ga­tymi, znu­dzo­nymi ludźmi.

De­cy­do­wa­li­śmy sami o so­bie i wszy­scy pra­gnęli kon­taktu z nami.

Teo­re­tycz­nie oboje mie­li­śmy pracę.

Dwu­dzie­sto­sied­mio­letni Kel­ler był wła­ści­cie­lem Main Squ­eeze, firmy ofe­ru­ją­cej luk­su­sowe soki de­tok­sowe, któ­rymi ży­wiły się mo­delki Vic­to­ria's Se­cret i uczest­niczki pro­gramu Żony Be­verly Hills.

Na­to­miast ja by­łam in­flu­en­cerką, co ozna­czało, że pła­cono mi w kom­ple­men­tach i luk­su­so­wych to­wa­rach za po­le­ca­nie pro­duk­tów - od ubrań i to­re­bek aż po tam­pony - moim ob­ser­wu­ją­cym, któ­rych mia­łam osiem­set ty­sięcy. Ta tak zwana praca zaj­mo­wała mi dwie go­dziny w ty­go­dniu, ale bar­dzo ją so­bie ce­ni­łam. Może dla­tego, że była to je­dyna część mo­jego ży­cia, któ­rej nikt nie mógł na­ru­szyć ani jej zmie­nić. Na­le­żała tylko do mnie. Sama ją roz­wi­nę­łam, by­łam za nią od­po­wie­dzialna. Uwa­ża­łam, że w ten spo­sób od­nio­słam pe­wien suk­ces.

- Czyż to nie jest za­bawne? - ode­zwa­łam się, mie­sza­jąc wy­ka­łaczką w kie­liszku. - Uda­jemy ciężko pra­cu­ją­cych człon­ków spo­łe­czeń­stwa, a ta­blo­idy po pro­stu to ły­kają.

Dwie ak­torki, gwiazdka re­ality show i tre­nerka ewa­ku­owały się z baru, gdy tylko za­uwa­żyły, że do ho­telu wkro­czyła gwiazda net­fli­xo­wego se­rialu, ma­jąca na twa­rzy ma­skę śre­dnio­wiecz­nego le­ka­rza dżumy.

Wła­śnie tak to już było w Los An­ge­les. Można po­znać tu mnó­stwo lu­dzi, je­śli tylko nie szuka się praw­dzi­wej przy­jaźni.

Kel­ler spoj­rzał na mnie spod zmarsz­czo­nych brwi.

- Mów za sie­bie. Ja mam nor­malną pracę. Je­stem wła­ści­cie­lem firmy pro­du­ku­ją­cej soki. Sam te­stuję wszyst­kie re­cep­tury.

- Och, Kel­ler. - Po­kle­pa­łam go po dłoni spo­czy­wa­ją­cej na ba­rze i unio­słam drinka. - Ja w tym mo­men­cie rów­nież "te­stuję re­cep­turę". Nie zro­zum mnie źle, to świetne hobby, ale cho­dzi mi o to, żadne z nas nie po­trze­buje pie­nię­dzy.

Ni­gdy o tym nie roz­ma­wia­li­śmy, ale za­wsze za­kła­da­łam, że Kel­ler rów­nież do­staje po­kaźną sumkę od swo­jego ojca.

- Nie, Hal, ty nic nie ro­zu­miesz. Mam praw­dziwą pracę. - Od­chy­lił się na stołku. - Płacę lu­dziom wy­na­gro­dze­nie, co kwar­tał cho­dzę na spo­tka­nia z księ­go­wo­ścią i mar­ke­tin­giem i tak da­lej. Je­śli ja się nie wy­wiążę, lu­dzie nie będą mo­gli zaj­mo­wać się swo­imi obo­wiąz­kami.

Wi­dać, że nie chciał się do tego przy­znać. Oboje li­czy­li­śmy na to, że ro­dzice opłacą nam czynsz, sa­mo­chody i wy­datki na ży­cie. Ja przy­naj­mniej mia­łam od­wagę mó­wić o tym wprost.

Wzię­łam łyk drinka i z tru­dem na­bra­łam po­wie­trza do płuc, bo cia­sna kiecka mi to unie­moż­li­wiała.

- Ja­sne, oczy­wi­ście. Cho­dziło mi o to, że mamy przy­jemną pracę, więc tak na­prawdę nie czu­jemy, że pra­cu­jemy.

Kel­ler prze­wró­cił oczami.

- Wcale nie o to ci cho­dziło.

Miał ra­cję. Ale po wi­zy­cie w sa­lo­nie ko­sme­tycz­nym, gdzie pod­da­łam się za­bie­gowi głę­bo­kiego oczysz­cza­nia twa­rzy, by­łam zbyt zmę­czona, by się te­raz spie­rać.

- Za­uwa­ży­łem, że zja­wiła się Perry Co­wen. - Kel­ler ski­nął głową za sie­bie. - Ma za­rą­bi­sty nowy ba­le­jaż.

Na­wet się nie od­wró­ci­łam.

- Nie je­stem pewna, czy nowy ko­lor wło­sów ura­tuje jej zgniłą du­szę.

- Ojej. Wi­dać, że w ko­lejce u Boga sta­łaś po urodę, bo na pewno nie po życz­li­wość. - Kel­ler ze­sko­czył ze stołka. - Pójdę się przy­wi­tać.

- Ale prze­cież ona jest taka denna, Kel. - Zmarsz­czy­łam nos.

- Za­cho­wuj się, gdy mnie nie bę­dzie. - Kel­ler obej­rzał się po­spiesz­nie w od­bi­ciu me­ta­lo­wego wia­derka na wino, a po­tem ru­szył w stronę swo­jego celu.

Perry Co­wen była wscho­dzącą pro­jek­tantką mody i ko­bietą, za którą nie prze­pa­da­łam. Głów­nie dla­tego, że za­pro­jek­to­wała suk­nię na ko­la­cję przed­ślubną mo­jej sio­stry Hery. A każda osoba, która ko­le­go­wała się z moją sio­strą, była dla mnie wro­giem.

Perry sprze­dała rów­nież hi­sto­rię na mój te­mat ga­ze­cie, tuż po nie­szczę­śli­wym wy­padku, w któ­rym poza mną główną rolę ode­grała suk­nia druhny i nie­spo­dzie­wa­nie ostry sos do pizzy. By­łam pewna, że to ona, po­nie­waż w tam­tym mo­men­cie w po­miesz­cze­niu nie znaj­do­wał się nikt, kto byłby skłonny wy­ja­wić te in­for­ma­cje. Moja mama była znie­sma­czona sa­mym fak­tem, że łą­czyły nas te same geny, tata nie był mściwy, a Hera... nie lu­biła, kiedy tra­fia­łam na okładki ga­zet z po­wodu ja­kichś skan­dali.

Unio­słam rękę i da­łam znać Fre­de­ri­kowi, by przy­go­to­wał mi dwa ko­lejne drinki i szota. Po­trze­bo­wa­łam od­wagi w pły­nie, żeby prze­trwać ten wie­czór. Czu­łam się okrop­nie sa­motna, mimo że znaj­do­wa­łam się w sali peł­nej lu­dzi.

Perry była bo­le­snym przy­po­mnie­niem, że ka­wał drogi stąd, w Dal­las, miesz­kała naj­ide­al­niej­sza Pierw­sza Córka, jaka kie­dy­kol­wiek stą­pała po tej ziemi.

Moja dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia sio­stra.

Była szczu­płą ko­bietą o nieco mę­skiej uro­dzie. Taką, jaką wi­duje się na okład­kach "Vo­gue'a". Ogar­nięta, bły­sko­tliwa i do­brze wy­cho­wana.

Hera ukoń­czyła me­dy­cynę na Uni­wer­sy­te­cie Stan­forda wraz ze swoim na­rze­czo­nym, któ­rego po­znała już w li­ceum, i wła­śnie pla­no­wała we­sele, a jed­no­cze­śnie od­by­wała staż w Cen­trum Me­dycz­nym Uni­wer­sy­tetu Bay­lor.

Ca­łej jej ży­cie było skru­pu­lat­nie za­pla­no­wane.

A ja na­wet nie po­tra­fi­łam kon­tro­lo­wać swo­ich piersi (które wciąż na­pie­rały na szy­fo­nowy gor­set, pró­bu­jąc się uwol­nić).

Wla­łam w sie­bie dwa drinki i jed­nego szota, a po­tem za­ry­zy­ko­wa­łam spoj­rze­nie w stronę Kel­lera i Perry, któ­rzy ro­ze­śmiani stali w ką­cie po­koju. Perry klep­nęła go w pierś. Wo­kół mnie krę­cili się za­ma­sko­wani lu­dzie. Nie­któ­rzy tań­czyli, inni ca­ło­wali się w mrocz­nych za­kąt­kach sali. To było moje ży­cie. Szpilki i drinki w wy­gó­ro­wa­nych ce­nach. Pu­sty dom, pełne konto ban­kowe i brak part­nera. W mo­jej piersi po­ja­wiła się dziura, która za­czy­nała obej­mo­wać co­raz więk­szą prze­strzeń, aż za­częło mi się wy­da­wać, że wszy­scy ją wi­dzą.

Da­łam znać Fre­de­ri­kowi, by po­dał mi ko­lej­nego szota. Uwi­nął się w mgnie­niu oka. Nie­stety rów­nie szybko po­ja­wił się Wes Mor­gan, tre­ner ce­le­bry­tów.

Wes pro­wa­dził pro­gram Big Fat Lo­ser, któ­rego treść była rów­nie pa­skudna jak na­zwa. "Po­ma­gał" ce­le­bry­tom stra­cić na wa­dze, wrzesz­cząc na nich, kiedy ko­lana się pod nimi ugi­nały i wy­mio­to­wali ze zmę­cze­nia, a on w tym cza­sie pa­ra­do­wał bez ko­szulki. Pró­bo­wał wcią­gnąć mnie do trze­ciego se­zonu, obie­cu­jąc, że w dwa mie­siące schudnę do roz­miaru XS. Przez pierw­sze pięt­na­ście se­kund nie wie­dzia­łam, czy się ro­ze­śmiać, czy wpa­ko­wać so­bie do buzi chipsa i gło­śno go prze­żuć, ale osta­tecz­nie roz­łą­czy­łam się bez słowa.

Naj­wy­raź­niej po ostat­niej roz­mo­wie czuł nie­do­syt.

- Co tam, Hal­lion? - Oparł się łok­ciami o bar tuż obok mo­jego drinka i po­słał mi ośle­pia­jąco biały uśmiech. Hal­lion było ksywką nadaną mi przez ta­blo­idy za moje od­pały. - Czy kie­dyś wspo­mi­na­łem, że ja też po­cho­dzę z Tek­sasu?

Miał na wło­sach tyle wo­sku, że można by wy­rzeź­bić ko­lejny po­sąg do mu­zeum Ma­dame Tus­saud. I nie by­łaby to Da­kota Fan­ning. Ra­czej Dwayne John­son.

- Nie wło­ży­łeś ma­ski - stwier­dzi­łam bez­na­mięt­nym to­nem.

- Nie po­trze­buję jej. - Wzru­szył ra­mio­nami, uśmie­cha­jąc się jesz­cze sze­rzej. - Wła­śnie pa­trzysz na czło­wieka, który prze­ka­zał dzie­sięć pa­ty­ków na po­moc we­te­ra­nom.

Wbi­łam wzrok w su­fit, cze­ka­jąc, aż na­tręt so­bie pój­dzie.

- Sły­sza­łaś, co mó­wi­łem?

- Tak. - Wy­ję­łam wi­sienkę z pu­stego kie­liszka i wy­ssa­łam z niej cały al­ko­hol. - Wspo­mnia­łeś o tym do­słow­nie se­kundę temu.

- Cho­dziło mi o to, że oboje po­cho­dzimy z Tek­sasu.

- Ale ja wcale nie po­cho­dzę z Tek­sasu - od­par­łam znu­dzona. Za­wią­za­łam ję­zy­kiem pę­telkę na ogonku wi­sienki i wy­plu­łam go na rękę.

- Na­prawdę? - Na­chy­lił się tak bar­dzo, że nie­mal udu­si­łam się smro­dem jego wody ko­loń­skiej. Mu­siał się w niej wy­ką­pać. - Mógł­bym przy­siąc, że pre­zy­dent Thorne...

- Po­cho­dzi z Dal­las. Tak, tak. Ale ja uro­dzi­łam się w Wa­szyng­to­nie i tam spę­dzi­łam pierw­sze osiem lat mo­jego ży­cia. Po­tem ro­dzice wy­słali mnie do No­wego Jorku do szkoły z in­ter­na­tem, na szwaj­car­ski obóz letni, na bry­tyj­skie obozy zi­mowe, na fran­cu­skie so­irée. Dla­tego żadna ze mnie Tek­sanka. Bar­dziej ko­smo­po­litka, je­śli mam być szczera...

Po jego pu­stym spoj­rze­niu do­my­śli­łam się, że od­pły­nął po ko­smo­po­litce. Może na­wet przy sło­wie so­irée.

Co prawda spę­dzi­łam w Tek­sa­sie tro­chę czasu, ale ni­gdy z wła­snej woli. Ro­dzice za­wsze bła­gali mnie, tar­go­wali się ze mną i pró­bo­wali siłą za­cią­gnąć mnie do "domu", za­chę­ca­jąc miej­sco­wymi szko­łami i bli­sko­ścią ro­dziny. Za­wsze ole­wa­łam ich sta­ra­nia. Tek­sas był zbyt upalny, zbyt spo­kojny. Je­śli mam być szczera, taka ze mnie Tek­sanka jak z za­kon­nicy dziwka. Poza tym wie­dzia­łam, dla­czego za­leży im na moim to­wa­rzy­stwie - po pro­stu zy­skałby na tym ich wi­ze­ru­nek. Po­ka­za­liby w ten spo­sób, że przy­naj­mniej sta­rają się za­pa­no­wać nad swoim nie­okieł­zna­nym dziec­kiem.

Wes cmok­nął ję­zy­kiem, nie prze­sta­jąc się szcze­rzyć jak głupi do sera. Te zęby nie mo­gły być praw­dziwe. Jego bi­cepsy rów­nież.

- Je­śli chcesz, z ra­do­ścią za­biorę cię na wy­cieczkę. Mimo że uro­dzi­łem się i wy­cho­wa­łem w Ho­uston, Dal­las znam jak wła­sną kie­szeń.

- Nie wy­bie­ram się tam. - Wbi­łam wzrok w dno pu­stego kie­liszka.

- W ta­kim ra­zie mo­żemy spo­tkać się tu­taj, w Los An­ge­les. - Do­tknął łok­ciem mo­jego przed­ra­mie­nia. Na­tych­miast od­sko­czy­łam.

- Je­stem za­jęta ob­że­ra­niem się ciast­kami.

- Nie bądź taka draż­liwa, Hal­lion. Cho­dziło o zwy­kłe in­te­resy, wiesz? - Prze­cze­sał ręką włosy, ale były sztyw­niej­sze niż be­ton. - Po pro­stu są­dzi­łem, że by­ła­byś do­brą kan­dy­datką.

- A ty nadał­byś się ide­al­nie do tak­sy­der­mii - wy­tknę­łam znu­żo­nym to­nem.

- Wiesz co? Do­pa­suję się do cie­bie, tylko po­daj mi datę. Na­prawdę uwa­żam, że oboje sko­rzy­sta­li­by­śmy na swoim to­wa­rzy­stwie.

Był na­stępną osobą, która wi­działa we mnie je­dy­nie prze­pustkę do sławy. To ko­lejny fa­cet, który by mnie wy­ko­rzy­stał, może na­wet prze­mo­co­wiec. Tacy lu­dzie jak Wes przy­po­mi­nali mi, dla­czego zre­zy­gno­wa­łam ze związ­ków z męż­czy­znami. Oni wszy­scy cze­goś ode mnie chcieli, ale na pewno nie part­ner­skiej re­la­cji. By­łam dla nich je­dy­nie dra­biną, która po­może im do­stać się na szczyt.

Mój żo­łą­dek skrę­cił się bo­le­śnie.

Chcia­łam wró­cić do domu.

Nie­stety nie mia­łam domu. Moja po­sia­dłość była tylko stertą ce­gieł bez du­szy.

- Po­pro­szę moją asy­stentkę, żeby skon­tak­to­wała się z twoją. - Ze­sko­czy­łam ze stołka.

- Ale ja nie mam asy­stentki - od­parł skon­fun­do­wany.

Ja też nie. A te­raz roz­gryź to, Ein­ste­inie.

Przy­wo­ła­łam Fre­de­rika, żeby po­pro­sić go o ra­chu­nek. Wa­lić Kel­lera. Mu­sia­łam się stąd wy­mik­so­wać. Niech on so­bie roz­ma­wia z Perry, któ­rej nowe pa­semka pod­kre­ślały ko­ści po­licz­kowe. Rzu­ci­łam im ostat­nie spoj­rze­nie. Zna­jomi Perry wy­py­ty­wali Kel­lera o jego wy­twór­nię so­ków. Pła­wił się w ich uwa­dze. Czy tylko ja nie na­bie­ra­łam się na jego po­zer­ską pracę?

Opła­ci­łam ra­chu­nek, da­łam Fre­de­ri­kowi czter­dzie­ści pro­cent na­piwku i wy­szłam na ze­wnątrz, omi­ja­jąc lu­dzi, któ­rzy pró­bo­wali za­trzy­mać mnie na po­ga­wędkę. Wes po­dą­żał za mną nie­znie­chę­cony. Już nie był zwy­kłym wrzo­dem na du­pie, tylko stal­ke­rem.

- Za­cze­kaj, do­kąd ty się wy­bie­rasz? - Pró­bo­wał po­ło­żyć mi rękę na ra­mie­niu. Syk­nę­łam, od­py­cha­jąc go nie­mal bru­tal­nie.

Nie do­ty­kaj mnie. Na­wet się nie waż. Ni­gdy i pod żad­nym po­zo­rem.

- Do domu. - Przy­spie­szy­łam. Moje szpilki stu­kały o ciemną pod­łogę.

By­łam na sie­bie wście­kła, bo nie wzię­łam kurtki. Te­raz przy­da­łoby mi się coś, żeby za­kryć cycki i po­wstrzy­mać je przed wy­pły­nię­ciem z gor­setu. Cho­ciaż, jak te­raz o tym my­śla­łam, wspo­mniane cycki nie wy­da­wały się ta­kie ści­śnięte. I było mi dziw­nie zimno. Spoj­rza­łam w dół i zro­zu­mia­łam dla­czego - moja prawa pierś przedarła się przez ma­te­riał. Do­słow­nie wi­siała luźno, po­wie­wała na wie­trze jak flaga na masz­cie, kiedy wy­pa­dłam z ho­telu, żeby we­zwać Ubera.

Krzyk­nę­łam i pró­bo­wa­łam upchnąć ją w su­kience.

- O kurde. - Wes za­chi­cho­tał, opie­ra­jąc się o po­bli­ską ścianę. - Wy­gląda na to, że pa­nienki po­sta­no­wiły się prze­wie­trzyć.

- Za­mknij się.

Rzu­ci­łam się w stronę ho­te­lo­wej re­cep­cji, żeby za­py­tać o moż­li­wość po­ży­cze­nia ja­kiejś kurtki. Ale wszę­dzie było tyle lu­dzi. W do­datku ma­ska przy­sła­niała mi wzrok. Ze­rwa­łam ją z twa­rzy i rzu­ci­łam na pod­łogę, roz­glą­da­jąc się go­rącz­kowo.

Kurtka. Po­trze­bo­wa­łam kurtki. Tylko że znaj­do­wa­łam się w Los An­ge­les, gdzie ni­komu nie jest po­trzebne do­dat­kowe okry­cie.

- Po co ta złość, Hal­lion. Po­zwól, że od­wiozę cię do domu.

- Nie, dzięki. - Za­kry­łam klatkę pier­siową ra­mio­nami i przy­spie­szy­łam. Już nie­mal do­tar­łam do re­cep­cji.

- Je­śli po­pro­sisz kon­sjerża o kurtkę, do­my­śli się, co się stało, i sprzeda hi­sto­ryjkę pra­sie.

Za­trzy­ma­łam się po­środku lobby. Wes wie­dział, jak przy­cią­gnąć moją uwagę.

- Na­prawdę chcesz znowu zo­stać upo­ko­rzona? Szcze­gól­nie po tej hi­sto­rii z pizzą, którą opu­bli­ko­wało na twój te­mat "Page Six"? - Jego głos za­to­pił się w mo­jej skó­rze jak ostre pa­zury.

Miał ra­cję. Gdy­bym przy­znała, że pę­kła mi su­kienka, hi­sto­ria mo­głaby tra­fić do ga­zet. Hera by się wście­kła, a moi ro­dzice... kto wie, co by zro­bili. Pew­nie od­cię­liby mnie od pie­nię­dzy i zmu­sili do prze­pro­wadzki do Tek­sasu.

Nie mia­łam żad­nych ży­cio­wych umie­jęt­no­ści. Poza obie­ra­niem man­da­ry­nek za jed­nym za­ma­chem. I choć sztuczka ro­biła wra­że­nie, nie nada­wała się do CV.

Ob­ró­ci­łam się na pię­cie, wciąż za­kry­wa­jąc tors rę­kami.

Groź­nie zmru­ży­łam oczy.

- Nie ufam ci.

Uniósł ręce w obron­nym ge­ście.

- A po­win­naś. Je­steś córką pre­zy­denta Thorne'a. Bo­ha­terką na­ro­dową. Ni­gdy bym cię nie skrzyw­dził. Czy na­prawdę uwa­żasz, że je­stem taki głupi?

Na jego nie­szczę­ście od­po­wiedź brzmiała "tak". Ale skoro on w sie­bie wie­rzył, może ja też po­win­nam. Przy­naj­mniej dzi­siaj.

Każda ko­mórka w moim ciele mó­wiła, że to zły po­mysł, ale prze­cież nie mia­łam lep­szych opcji.

- Przy­rzek­nij, żad­nych sztu­czek.

- Obie­caj mi wspólne zdję­cie, a zgo­dzę się na wszystko. Przed roz­po­czę­ciem pią­tego se­zonu mu­szę się znowu zna­leźć na pierw­szych stro­nach ga­zet.

Za­mknę­łam oczy i wes­tchnę­łam ciężko.

By­łam wście­kła.

- A czy po­ka­za­nie się z krą­glej­szą dziew­czyną nie wpły­nie na cie­bie ne­ga­tyw­nie, skoro twoją pracą jest od­chu­dza­nie lu­dzi? - Otwo­rzy­łam oczy i uśmiech­nę­łam się nie­win­nie.

- No wła­śnie, w tej kwe­stii... - Wes wy­pu­ścił roz­draż­niony od­dech. - Po tym, jak je­den z mo­ich od­cin­ków stał się vi­ra­lem, do­sta­łem łatkę fat­foba. Dasz wiarę, że coś ta­kiego mnie po­grą­żyło?

Świet­nie. A więc mia­łam zo­stać jego ko­łem ra­tun­ko­wym, żeby mógł po­tem mó­wić: "Nie mam nic prze­ciwko gru­bym lu­dziom, przy­jaź­nię się z nimi". Chciało mi się krzy­czeć.

- Jedna kawa w knaj­pie przy Ro­deo Drive. - Unio­słam pa­lec ostrze­gaw­czo. - Na wię­cej się nie na­pa­laj.

- Do­bra, ale nie mo­żesz wy­glą­dać, jak­byś się mną brzy­dziła - tar­go­wał się da­lej. - Lu­dzie mają my­śleć, że do­brze się ba­wisz w moim to­wa­rzy­stwie.

- Gdy­bym miała ta­kie umie­jęt­no­ści ak­tor­skie, te­raz od­bie­ra­ła­bym Oscara, a nie po­le­cała kremy na trą­dzik na In­sta­gra­mie. - Ro­ze­śmia­łam się z sar­ka­zmem.

- Daj spo­kój, Hal­lie.

Wes­tchnę­łam.

- Ale za­mie­rzam za­mó­wić ciastko.

- Po­wiem par­kin­go­wemu, żeby przy­pro­wa­dził moje auto. - Pu­ścił do mnie oko, a ja w za­mian po­ka­za­łam mu środ­kowy pa­lec.

Wes opu­ścił lobby za­ma­szy­stym kro­kiem, jakby był kró­lem tego miej­sca. Po kilku mi­nu­tach wró­cił i za­stał mnie ukrytą we wnęce, nie­da­leko wyj­ścia. By­łam tu pra­wie nie­wi­dzialna. Moje serce wa­liło dziko, jakby chciało prze­drzeć się przez skórę.

Nikt nie mógł się do­wie­dzieć, że pę­kła mi su­kienka.

- Cho­lera, długo jesz­cze? - Wes wy­cią­gnął szyję, żeby spraw­dzić, czy jego auto już pod­je­chało. - Umó­wi­łem się z la­ską z Tin­dera.

Te­le­fon, który trzy­ma­łam w ręce, za­czął wi­bro­wać. Bez wąt­pie­nia Kel­ler. Nie mo­głam ode­brać, bo za­kry­wa­łam piersi ra­mio­nami, a poza tym wciąż mia­łam do niego żal o to, że roz­ma­wiał z Perry Co­wen.

Na­dal cze­ka­li­śmy na sa­mo­chód Wesa - zaj­mo­wało to wię­cej czasu, niż po­winno. Za każ­dym ra­zem, gdy tre­ner pró­bo­wał za­cząć ze mną ja­kiś te­mat, zby­wa­łam go nie­uprzej­mym "da­ruj so­bie".

W końcu Wes oznaj­mił, że jego auto już stoi pod ho­te­lem. Zła­pał mnie za ło­kieć, cią­gnąc w stronę wyj­ścia.

- Nie do­ty­kaj mnie! - jęk­nę­łam. By­łam zła na sie­bie, że mój głos wy­brzmiał tak słabo i pi­skli­wie.

Gdy tylko wy­szli­śmy na ze­wnątrz, wszystko wy­da­rzyło się w mgnie­niu oka. By­łam zmu­szona pu­ścić pierś, żeby ode­pchnąć jego rękę. W tym mo­men­cie roz­legł się błysk fle­szy. In­stynk­tow­nie unio­słam rękę, żeby osło­nić oczy. Mój prawy cy­cek uwol­nił się i przy­wi­tał z dzie­siątką pa­pa­raz­zich, któ­rych Wes ewi­dent­nie za­pro­sił, żeby ob­fo­to­gra­fo­wali na­sze wspólne wyj­ście.

Cho­lera.

Będę mieć z tego po­wodu prze­srane u czter­dzie­stego dzie­wią­tego pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

An­thony'ego Johna Thorne'a.

Czyli mo­jego ojca.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki