3
NATHAN
Spoceni i zmęczeni po biegu opadamy na podłogę przed moją wielką białą kanapą. Po lewej znajduje się panoramiczne okno, za którym rozciąga się ocean - widok wart miliony - ale po prawej mam osobę, którą chciałbym oglądać do końca życia. Oczywiście Bree nie wie, co do niej czuję.
Szturcham ją w kolano, tuż obok poszarpanej blizny, która odmieniła jej życie.
- Masz jakieś plany na później? Chcesz się spotkać na lunch w CalFi?
CalFi do stadion mojej drużyny. To miejsce, w którym trenujemy i pracujemy w ciągu tygodnia, a ostatnio utworzono tam punkt gastronomiczny, w którym pracują najlepsi szefowie kuchni w branży sportowej. W razie gdybyście jeszcze się nie zorientowali, jestem jak wielki szczeniak, który łaknie uwagi Bree i ciągle chce się z nią bawić.
Moja przyjaciółka przenosi na mnie łagodny czekoladowy wzrok. Bree ma długie, kręcone włosy w kolorze miodowego brązu, duże dołeczki w policzkach i boski szeroki uśmiech jak u Julii Roberts - wyjątkowy i zachwycający, do którego inne uśmiechy nawet się nie umywają. Opieramy się o kanapę, nasze głowy niemal się stykają. Mam ochotę się pochylić, żeby zmniejszyć dystans. To tylko pięć centymetrów. Chcę poczuć jej usta.
- Nie mogę. O jedenastej mam zajęcia tańca dla dzieci.
Ściągam brwi.
- Przecież nigdy nie prowadzisz zajęć we wtorki.
Wzrusza ramionami.
- Musiałam zorganizować dodatkowe poranne zajęcia dwa razy w tygodniu, żeby pokryć czynsz. W zeszłym miesiącu wynajmujący skontaktował się ze mną, by oznajmić, że podatki znowu poszły w górę i musi podnieść mój czynsz o kilka stów.
Bree próbuje wstać, ale łapię ją za koszulkę i sadzam ponownie obok siebie. Sądząc po jej szeroko otwartych oczach, to nie był dobry ruch - zbyt kokieteryjny. Szybko kontynuuję temat, żeby odwrócić jej uwagę.
- Ale przecież już i tak prowadzisz zbyt dużo zajęć.
Bree zatrudnia jednego instruktora, który uczy stepowania i jazzu, ale powinna znaleźć jeszcze kogoś do pomocy. Jej studio działa bardziej w charakterze organizacji non profit, a koszty ogólne przytłaczają, bo w Los Angeles nie da się wynająć studia tanio. To nie fair, że w tym mieście mieszka tak wielu ludzi, którzy zarabiają za mało i nie mają pieniędzy na podstawowe potrzeby. Bree od zawsze pragnęła stworzyć miejsce dla dzieci, których nie stać na lekcje, a w jej studiu mogą korzystać z bardzo tanich zajęć, które nie nadszarpną domowego budżetu.
Problem w tym, że przy obecnym modelu biznesowym Bree bierze za mało pieniędzy za lekcje. Jest tego świadoma, ale mam wrażenie, że utknęła w sytuacji bez wyjścia. Nie podoba mi się to, że rozwiązuje problem, biorąc na siebie więcej pracy, żeby zarobić na czynsz, skoro mógłbym jej pomóc.
- Udzielam tylu lekcji, ile przeciętny instruktor - warczy. To ostrzegawczy ton, chociaż w jej ustach brzmi tak jak z ust kreskówkowego króliczka. Jej oczy robią się większe i błyszczące, a ja w tym momencie kocham ją jeszcze bardziej.
Przygotowuję się, bo wiem, że zamierzam poruszyć drażliwy temat, dlatego używam swojego najłagodniejszego głosu:
- Wiem, że sobie poradzisz. I wiem, że jesteś twarda jak skała, ale jako twój przyjaciel muszę powiedzieć, że nie znoszę patrzeć, jak pracujesz z bólem w kolanie. I nie zaprzeczaj, bo widziałem, jak dzisiaj podczas biegu oszczędzałaś prawą nogę. Ostatnio bardziej ci dokucza. - Uspokajająco unoszę dłonie. - Nie bądź na mnie zła, proszę cię. Po prostu staram się o ciebie zadbać, gdy ty dbasz o innych.
Ucieka wzrokiem.
- Nic mi nie jest - burczy.
- Na pewno? Powiedziałabyś mi, gdyby coś się z tobą działo?
Niebezpiecznie mruży oczy.
- Robisz z igły widły, Nathan.
Wymawia moje imię tak, jakby chciała mi sprawić ból, ale skutek jest odwrotny - chce mi się śmiać. Bree jest jedną z najsilniejszych osób, jakie znam, a zarazem jest bardzo łagodna. Nigdy w życiu nie podniosła głosu ani na mnie, ani na nikogo.
- I co z tego, że nadwyrężyłam kolano? Przecież mi nie odpadnie. Trochę bólu mi nie zaszkodzi. Dobrze wiesz, że nie mam wpływu na czynsz, więc jeśli chcę zapewnić dzieciakom tanie lekcje, to muszę brać dodatkowe godziny, dopóki nie znajdę innego sposobu. Koniec historii. I... o nie, nie, nie! - Unosi palec i przyciska go do moich ust, kiedy widzi, że chcę się wtrącić. - Nie zamierzam przyjąć od ciebie pieniędzy. Przerabialiśmy to setki razy. Chcę to zrobić po swojemu.
Wzdycham z rezygnacją. Jedyne, co mnie pociesza w tym sporze, to fakt, że jej skóra dotyka moich ust. Mógłbym złożyć śluby milczenia, byle tylko nigdy się nie odsunęła. I kiedy czuję na sobie jej dotyk, nie muszę mieć wyrzutów sumienia z tego powodu, że od lat spłacam część jej czynszu za studio. (To nie jest do końca prawda... i tak gryzie mnie sumienie).
Wynajmujący już kiedyś podniósł jej czynsz, tuż po tym, jak wynajęła studio. Tamtego dnia siedziała zapłakana na mojej kanapie, bo nie było jej stać na wynajem (podobnie jak teraz), i myślała, że będzie musiała znaleźć tańsze studio poza miastem, co kłóciłoby się z jej pomysłem taniego studia dla dzieciaków z miasta.
Powiedzmy tylko, że jej wynajmujący magicznie zmienił zdanie i następnego dnia zadzwonił do niej, żeby oznajmić, że pociągnął za sznurki i już nie musi podnosić jej czynszu. Jeśli Bree kiedykolwiek dowie się, że co miesiąc dopłacam kilka stów do jej czynszu, urwie mi ulubioną część ciała. Pewnie nie powinienem był tego robić, ale nie mogłem patrzeć, jak jej marzenia biorą w łeb. Znowu.
Tuż przed rozdaniem dyplomów w liceum Bree została przyjęta do Juilliarda na studia taneczne. Była taka podekscytowana jak jeszcze nigdy w życiu. Mnie powiedziała pierwszemu. Wziąłem ją w ramiona i okręciłem. Śmialiśmy się, chociaż w duchu bałem się, co to będzie oznaczać dla naszej przyjaźni. Ona miała przeprowadzić się do Nowego Jorku, a ja wyjechałbym na Uniwersytet Teksański, bo tam dostałem stypendium sportowe. Nie chciałem wyjeżdżać, nie wyznawszy jej najpierw uczuć. Liczyłem na to, że będziemy parą. W końcu byłem gotowy na coś więcej.
A potem doszło do wypadku.
Któregoś razu, gdy Bree wracała ze szkoły, jakiś typ przejechał na czerwonym i wpakował się w jej samochód od strony kierowcy. Na szczęście wypadek nie skończył się tragicznie, ale Bree straciła szansę na karierę w balecie. Wyszła z tego z roztrzaskanym kolanem, a ja nigdy nie zapomnę jej słów, gdy zapłakana zadzwoniła do mnie ze szpitala: "To koniec, Nathan. Nigdy się po tym nie pozbieram".
Bree przeszła ciężką operację, ale najgorsza była fizjoterapia, która trwała całe lato. Przez nią moja przyjaciółka straciła iskrę, a ja nie potrafiłem jej na nowo rozniecić. Jesienią nie chciałem zostawiać jej samej - dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że miałbym spełniać swoje marzenia, podczas gdy ona utknie w domu i nie będzie w stanie podążać za swoimi. A co więcej, pragnąłem być z nią. Futbol wcale nie był dla mnie ważniejszy od niej.
Potem oddaliliśmy się od siebie. A raczej ona zerwała ze mną kontakt. Nie dała mi wyboru i musiałem zacząć studia w Teksasie, tak jak planowałem. Kiedy się przeprowadziłem, przestała odbierać moje telefony i odpisywać na wiadomości. Było to dla mnie najgorsze zerwanie w życiu, chociaż nawet nie byliśmy parą. Nie rozmawialiśmy przez cztery lata i do tej pory nie wiem, dlaczego się rozstaliśmy. Teraz Bree jest zadowolona ze swojego życia, więc nie wracamy do przeszłości. A ja za bardzo boję się usłyszeć wyjaśnienia.
Po studiach dostałem kontrakt w drużynie LA Sharks i przeniosłem się do Kalifornii. Okazało się, że ona również tu mieszka. Wierzę, że los nas ze sobą połączył, choć to naciągany i durny pomysł. Któregoś dnia wszedłem do kawiarni, nad moją głową rozległy się dzwonki, a Bree, która siedziała po drugiej stronie pomieszczenia, uniosła wzrok. Ten widok podziałał na moje serce jak defibrylator. Bum. I od tamtej pory organ już nigdy nie bił tak samo.
Tamtego dnia odnalazłem swoją przyjaciółkę. Okazała się jeszcze bardziej pełna życia i energiczna niż przed wypadkiem. Wyzdrowiała, jej ciało nabrało zdrowych, kobiecych kształtów, których wcześniej nie miała, a kolano odzyskało sprawność na tyle, że mogła pracować we własnym studiu jako instruktorka tańca. Niestety miała wtedy chłopaka. Nawet nie pamiętam jego imienia, ale to przez niego nie zaprosiłem jej na randkę.
Później wróciliśmy do naszej wtorkowej tradycji i od tamtej pory tkwiłem w bezdennej dziurze zwanej friendzone. Boję się, że umrę, tkwiąc w niej, bo Bree nieustannie przypomina mi, że nie interesuje jej romantyczna relacja ze mną. Niemal każdego dnia powtarza teksty typu:
Tylko przyjaciele.
Praktycznie jak brat.
Nie pasujemy do siebie.
Dwa ziomeczki.
W każdym razie właśnie dlatego pomogłem jej finansowo. Nie potrafiłem stać bezczynnie i patrzeć, jak traci coś tak ważnego, skoro mogłem temu zaradzić. Opłacam jej czynsz w tajemnicy, a ona wścieknie się, gdy pozna prawdę.
Później będę musiał zadzwonić do wynajmującego.
Nagle Bree zabiera palec z moich ust.
- Poważnie, nie przejmuj się! Coś wymyślę, jak zawsze. Na razie będę brać tabletki przeciwbólowe, a pomiędzy zajęciami robić okłady z lodu. Nic mi nie będzie. Przysięgam.
Jestem jej jedynym przyjacielem, więc nie mam wyboru i unoszę rękę na znak kapitulacji.
- W porządku, w takim razie odpuszczam. Więcej nie będę proponować ci pieniędzy.
Delikatnie kiwa głową.
- Dziękuję.
- Hej, Bree?
- Tak? - pyta podejrzliwie.
- Chcesz się do mnie wprowadzić?
Jęczy głośno i opiera głowę o kanapę.
- Nathaaaan. Daj spokój!
- Ale poważnie, przemyśl to. Żadne z nas nie przepada za twoim mieszkaniem...
- To ty za nim nie przepadasz.
- Bo żaden człowiek nie powinien tam mieszkać! Jestem na tysiąc procent pewien, że jest tam pleśń, a schody okropnie się lepią, nie wiedzieć czemu. No i ten smród! Co to w ogóle jest?
Bree robi skwaszoną minę, bo doskonale wie, o czym mówię.
- Ktoś z bloku podejrzewa, że szop dostał się do wentylacji i zdechł, ale nie wiadomo. A może... - robi wielkie oczy - to rozkładającesięludzkiezwłoki. - Ostatnie słowa mamrocze jednym tchem. Mam ochotę zmusić ją, by zamieszkała w moim czystym mieszkaniu, w którym nie uświadczysz pleśni.
- Najlepsze w tym wszystkim jest to, że jeśli tu zamieszkasz, zaoszczędzisz na czynszu. A wtedy nie będziesz tyle pracować. - To sposób na to, by zmniejszyć jej wydatki tak, bym nie musiał dawać jej pieniędzy.
Bree przygląda mi się długo. Chyba zaczyna przekonywać się do tego pomysłu.
- Nie.
Ona jest jak igła, a ja jak nadmuchany balon, który przebija.
- Dlaczego? Przecież i tak niemal tu mieszkasz. Nawet masz własny pokój.
Unosi palec i poprawia mnie:
- Ale to wciąż pokój gościnny. Gościnny!
To jej pokój. Każe mi nazywać go pokojem gościnnym, ale trzyma tam swoje ubrania, kosmetyki, a nawet ozdobiła go kolorowymi poduszkami. Sypia tam przynajmniej raz w tygodniu, kiedy oglądamy filmy do późna i jest zbyt zmęczona, by wrócić do siebie. No właśnie - jej mieszkanie znajduje się zaledwie pięć przecznic stąd (tak, pięć przecznic robi różnicę w mieście tak wielkim jak L.A.), więc w sumie jesteśmy współlokatorami, rozdzielonymi setkami innych współlokatorów. Logiczne, nie?
- Nie, mówię poważnie. Odpuść - rozkazuje tonem, który wskazuje, że zaczynam się robić zbyt natarczywy i apodyktyczny, więc mam wyluzować.
Niektórzy myślą, że moją pracą na pełen etat jest sport zawodowy. Ale się mylą. Nic nie pochłania mojego czasu tak, jak próby powściągnięcia swoich zapędów - w duchu szaleję za Bree, ale za nic na świecie bym tego nie okazał. To okrutna tortura. Jakby ktoś zmusił cię do patrzenia w słońce i zakazał mrugać, mimo że promienie cholernie palą.
Och, a wspomniałem, że kilka tygodni temu przez przypadek widziałem ją nago? No właśnie, to mi nie ułatwiło życia. Bree nie ma o tym pojęcia, a ja nie zamierzam jej powiedzieć, bo zrobi się niezręcznie i będzie mnie unikać przez cały tydzień. Mamy klucze do swoich mieszkań, więc ostatnio wpuściłem się do środka, tylko że przyszedłem bez zapowiedzi. Wyszła z łazienki zupełnie naga, a potem wróciła tam i nawet nie zauważyła, że stoję w korytarzu ze szczęką przy podłodze. Natychmiast się odwróciłem i wyszedłem, ale ten piękny obraz wypalił się - nie, potrzebuję lepszego słowa - wyrył się w mojej pamięci na zawsze.
- Podaj jeden dobry powód, dla którego nie chcesz tu mieszkać, i wtedy odpuszczę. Słowo harcerza. - Unoszę prawą rękę.
Bree walczy z uśmiechem, ale zahacza małym palcem o mój palec.
- Nigdy nie byłeś harcerzem, więc twoje słowo nic dla mnie nie znaczy. Nie mogę z tobą zamieszkać, bo to byłoby zbyt dziwne. Proszę bardzo, masz swoją odpowiedź. A teraz odpuść. - Bree podnosi się z podłogi i tym razem jej na to pozwalam. Kiedy idzie do kuchni, kręcone włosy zebrane w kucyk podskakują w powietrzu, a luźne kosmyki przylepiają się do spoconej szyi.
Podążam za nią, bo jeszcze nie jestem gotowy odpuścić. Wydaje mi się, że chyba znalazłem dobry powód.
- A kto twierdzi, że byłoby dziwnie? Ty czy Martin? Twój chłopak na pewno wie, że nie ma czym się martwić, bo do niczego między nami nie dojdzie. - Nie znoszę typa. On na nią nie zasługuje. W sumie ja też nie, ale to nie jest teraz ważne. Co za chłopak pozwala swojej dziewczynie mieszkać w obskurnym budynku i nawet nie zaproponuje, by się do niego przeniosła?
Bree ucieka wzrokiem, a jej usta wykrzywia grymas. Zastanawia się nad czymś. Wyczekująco unoszę brwi.
- No więc?
Odwraca się i wkłada do wielkiej torebki rękę, jak zawsze owiniętą licznymi plecionymi bransoletkami.
- Wspomniałam, że mam coś dla ciebie? Na pewno poprawi ci to humor po zerwaniu z Piszczałką... to znaczy Kelsey. - Chichocze ze swojego żartu, a ja staram się ukryć uśmiech. Mam gdzieś zerwanie z Kelsey. Bardziej martwi mnie, dlaczego Bree tak nagle postanowiła zmienić temat.
Grzebie w czeluściach torebki i grzebie, aż w końcu domyślam się, o co chodzi. Bree ma obsesję na punkcie błyskotek. Jeśli znajdzie taką, która będzie jej się kojarzyć z przyjaciółmi lub rodziną, natychmiast ją kupuje, a potem wpycha do tej wielkiej torby - która musi być magiczna, jak ta należąca do Mary Poppins - i wyciąga w odpowiednim momencie. Mam już dwie półki bibelotów, które dostałem od niej przez ostatnie lata. Jej siostra Lily ma trzy. Kiedyś się założyliśmy o to, kto ma więcej Breeskotek, jak je nazywamy, i niestety przegrałem. Lily zebrała siedem więcej.
W końcu z bezdennej torby wyciąga to, czego szukała - kulę z przepowiedniami, zwaną "Magic 8".
Bree stuka w nią tęczowymi paznokciami i delikatnie kładzie na mojej wyciągniętej ręce, mówiąc cicho:
- Numer osiem. Bo wiesz, to twój numer w drużynie. - Odkładam przedmiot tuż przy karcie do gry z ósemką, kieliszkiem z numerem osiem i świeczką urodzinową z ósemką. - Przy okazji, zerwaliśmy z Martinem.
Chwila. Że co?
Świat staje w miejscu. Jest tak cicho, że można by usłyszeć przelatującą muchę. Mam wrażenie, że wszyscy na świecie zwrócili się w naszą stronę. Z całych sił staram się zachować neutralny wyraz twarzy. Instynkt podpowiada mi, że moja reakcja będzie kluczowa, jeśli nie chcę skopać naszej przyjaźni. Tylko tego nie spieprz, Nathan.
- Od kiedy nie jesteście razem?
- Od wczoraj. Zerwaliśmy po meczu - wyrzuca słowa z prędkością karabinu maszynowego. - Cóż, tak naprawdę to ja z nim zerwałam po meczu. Ale on nie stawiał oporu. To było polubowne rozejście.
Nie do wiary.
- Dlaczego nic wcześniej nie powiedziałaś?
Wzrusza ramionami i przenosi uwagę na bransoletki. Zaczyna przesuwać nimi po ręce w górę i w dół.
- Wypadło mi z głowy.
- Kłamiesz. Nie da się zapomnieć, że zerwało się z osobą, z którą było się w związku przez pół roku.
Bree zgrzyta zębami i wzdycha.
- Dobra! Po prostu nie chciałam nic mówić, okej? To nic takiego. Nie mieliśmy dla siebie czasu, a poza tym... był nudny. Nudziliśmy się w swoim towarzystwie. Nie było chemii. Nie mogłam już tak dłużej. - Bree wypowiada te słowa zblazowanym tonem, podczas gdy ja muszę przypominać sobie, jak się oddycha - powoli, miarowo, wdech, wydech, jak normalny człowiek. Jakbym wcale nie przeżywał w środku zawiechy.
To pierwszy taki moment od sześciu lat, gdy oboje jesteśmy singlami. Do tej pory, kiedy jedno z nas kończyło związek, drugie już było w kolejnym. Dziwne zrządzenie losu.
A teraz... oboje nikogo nie mamy.
W tym samym czasie.
I widziałem ją nago (ta myśl nie ma żadnego związku z tematem, po prostu co jakiś czas odzywa się w moim umyśle).
Czy pozwoliłaby mi się teraz pocałować? Czy jednak skrzywiłaby się z obrzydzenia? A może rozpłynęłaby się w moich ramionach i wtedy nasza platoniczna relacja raz na zawsze by się skończyła? Te pytania nie dają mi spokoju.
Niestety nie mam okazji poznać odpowiedzi, bo nagle Bree bierze torebkę z blatu i zakłada ją na ramię.
- Cóż, teraz już wiesz. W takim razie... do zobaczenia przy następnej okazji - oznajmia i się wycofuje. O dziwo jej twarz jest wściekle zaczerwieniona.
Podążam za nią do wyjścia.
- Widzimy się jutro - przypominam jej, zaciskając palce na magicznej kuli. - Idziemy na urodzinową kolację Jamala, pamiętasz? Miałem po ciebie przyjechać. - Członkowie mojej drużyny uwielbiają Bree. Wołają na nią "maskotka Sharksów". Ja bym nigdy jej tak nie nazwał.
Bree potyka się o leżący na podłodze but, ale w porę przytrzymuje się ściany. Brązowa kitka smaga ją po twarzy.
- To jutro? Och, no tak, zapomniałam. Ale spoko, przyjedź po mnie! - Dziwnie się zachowuje. A raczej... dziwniej niż zazwyczaj. - W takim razie... do zobaczenia jutro!
Uśmiecham się szeroko, kiedy próbuje wyjść, ale zahacza torebką o klamkę i staje w miejscu. Szybko jednak się uwalnia i wybiega z domu.
Wzdycham ciężko i patrzę na nową Breeskotkę.
- No dobra, magiczna kulo, a ty co sądzisz? Powinienem wyznać przyjaciółce, że ją kocham?
Obracam kulę i pojawia się napis: "Zapytaj inaczej lub spróbuj później".
***
Następnego dnia nie mogę skupić się na treningu, bo wyznanie Bree zajmuje każdą moją myśl. Nie udaje mi się złapać niemal żadnej piłki. Jamal - nasz biegacz - zaczyna wołać na mnie "Nathan dziurawe ręce" i wszyscy mu wtórują. Chłopaki cisną z tego bekę, bo nigdy nie szło mi tak kiepsko. Trener wydaje się zaniepokojony i chyba sądzi, że się pochorowałem. Wysyła mnie do drużynowego lekarza, żeby zmierzył mi temperaturę. Mężczyzna robi to przy linii bocznej, na oczach wszystkich. Czuję się jak idiota.
- Po prostu coś mnie ostatnio dręczy - wyjaśniam Jamalowi po treningu, kiedy kumpel nie chce przestać mnie maglować o powód mojej dzisiejszej nieudolności.
Prycha pod nosem i zapina koszulę. Już się zdążyłem ubrać i siedzę na ławce pośrodku szatni, czekając na zaproszenie do salki, w której zebrali się dziennikarze chcący wypytać mnie o nadchodzący mecz.
- Czy to ma jakiś związek z rozstaniem z Kelsey?
Natychmiast unoszę głowę.
- Skąd o tym wiesz? Zerwałem z nią wczoraj rano.
Posyła mi wymowne spojrzenie mówiące: "Masz mnie za idiotę?".
- Ogłosiła to wczoraj na Instagramie, a także załączyła link do artykułu na stronie magazynu plotkarskiego.
- Niech to szlag. - Nie powinienem był się z nią spotykać. Kelsey to modelka, która z początku wydawała się spoko, ale przy bliższym poznaniu wyszło na jaw, że laska lubi być w centrum zainteresowania. Chociaż jeśli mam być szczery, nie przeszkadza mi to, że kobieta chce się ze mną spotykać ze względu na moją popularność. Tak naprawdę spotykam się z innymi tylko dlatego, że Bree również z kimś jest. Tyle że... właśnie zerwała ze swoim chłopakiem. A skoro nie potrafię znaleźć kobiety chociaż w połowie tak wspaniałej jak ona, chyba najwyższa pora przestać szukać.
Poza tym mam już dosyć tego, że wszystkie moje dziewczyny są niemiłe dla Bree. Czuję się wtedy, jakbym przyglądał się osobie, która próbuje zrobić coś przykrego i okrutnego, na przykład zabić motyla. Nagle zaczynam martwić się tym artykułem z innych powodów. Mam gdzieś, czy Kelsey obsmarowała mnie gównem w internecie, ale jeśli choćby wspomniała o Bree, w mgnieniu oka ściągnę swoich prawników.
- Czytałeś ten artykuł? - pytam Jamala, który przegląda się w lustrze.
Wybucha gardłowym śmiechem i domyślam się, że odpowiedź mi się nie spodoba.
- Oczywiście. Nie będziesz zadowolony.
Natychmiast się prostuję.
- A wspomniano o Bree?
Jamal zerka na moją ofensywną postawę i kręci głową.
- Nie. Jesteś żałosny, wiesz? Spójrz tylko na siebie. Chcesz się mścić za kobietę, której nawet nigdy nie pocałowałeś. Gościu, ogarnij się. Albo uderzaj do Bree, albo zostaw ją w spokoju. Widać, że jesteś sfrustrowany, co odbija się na twojej grze, a nie możemy sobie na to pozwolić, ponieważ zaraz są play-offy. PLAY-OFFY. - Wymachuje rękami, jakby w ten sposób chciał mi przemówić do rozumu. Jakbym nie wiedział, że play-offy są ważne.
Postanawiam go jednak zignorować.
- Ale chcę mieć pewność: w tym artykule na pewno nie wspomniano o Bree?
Patrzy na mnie zrezygnowany.
- Nie. Twój obiekt pożądania jest bezpieczny i nie spotka go publiczny lincz. Ale co do ciebie... - Śmieje się złośliwie, jak przyjaciel, który widzi, że masz pod nosem gila, ale nie zamierza cię uświadomić.
Ponownie go olewam.
- W takim razie w dupie mam ten artykuł. - Mój wizerunek nigdy nie był dla mnie ważny. Liczy się dla mnie tylko rozegranie dobrego meczu. - Poza tym spotykałem się z nią tylko przez kilka miesięcy. Raczej nie ma na mnie zbyt dużo brudów. Najpewniej dlatego, że jestem nudny. Nie chodzę na imprezy. Nie piję w trakcie sezonu. Wcześnie kładę się spać i wcześnie wstaję.
Jamal wygląda, jakby nie mógł się doczekać, aż przekaże mi soczyste ploteczki. Uśmiecha się jak Grinch, porusza sugestywnie brwiami i teraz naprawdę zaczynam się pietrać, co Kelsey mogła nagadać dziennikarzom. Wychodząc z szatni, klepie mnie po ramieniu.
- Daj znać, gdy będziesz gotowy poznać prawdę. Nie chciałbym przegapić twojej miny.
Kiedy Jamal wychodzi, kolejny kumpel z drużyny przemierza szatnię w drodze do łazienki. Śmieje się pod nosem, patrząc w telefon.
- Coś ciekawego, Price? - pytam, kiwając głową, mimo że on na mnie nie patrzy.
Jego śmiech przybiera na sile, kiedy mnie mija.
- Najwyraźniej masz "mały" problem.
Nie mam pojęcia, o co mu chodzi, ale coś mi mówi, że odpowiedź mi się nie spodoba.