p

Testerka - Sylwia Kubik, Joanna Szarańska

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (28,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MAR­CE­LINA

- Coś tu śmier­dzi - mówi Ber­na­deta Ko­nopka i osten­ta­cyj­nie po­ciąga no­sem.

Roz­glą­dam się dys­kret­nie. Nie wi­dzę nic, co mo­głoby brzydko pach­nieć. Żad­nych skar­pe­tek wy­peł­za­ją­cych spod ka­napy. Wy­mem­ła­nych chru­pek skła­da­nych na czarną go­dzinę przez psa są­siadki, któ­rym cza­sami się opie­kuję. Nie­świe­żych kwia­tów w zie­lon­ka­wej wo­dzie. Ow­szem, dy­wan jest nieco przy­ku­rzony, w tym ty­go­dniu sprzą­ta­nie wspól­nej czę­ści miesz­ka­nia przy­pada mo­jej współ­lo­ka­torce, Agnieszce, a ona jest świeżo za­ko­chana i rura od od­ku­rza­cza to ostat­nia rzecz, za jaką ma ochotę chwy­tać, ale ogól­nie nie jest źle. Za­zwy­czaj sta­ram się uma­wiać ta­kie spo­tka­nia na mie­ście, ale Ber­na­deta wzięła mnie z za­sko­cze­nia. Poza tym jest, można rzec, stałą klientką i za­słu­guje na spe­cjalne trak­to­wa­nie.

- Coś tu cho­ler­nie śmier­dzi! On ni­gdy się tak nie za­cho­wy­wał! - uści­śla, a ja pro­stuję się z ulgą.

- Pani Ber­na­deto...

Klientka uci­sza mnie, uno­sząc ozdo­bioną cięż­kimi pier­ścion­kami dłoń.

- Hen­ry­czek mnie zdra­dza! - oświad­cza, dra­ma­tycz­nie zni­ża­jąc głos do szeptu. - Pani Mar­ce­lino, ja nie pro­szę... Ja bła­gam! Bła­gam, by za­jęła się pani na­szą sprawą prio­ry­te­towo! Ja mu­szę wie­dzieć! Mu­szę wie­dzieć, czy Hen­ry­czek jest nie­wierny i kim jest ta wy­włoka! Tak! Wy­włoka! A kiedy już się do­wiem... sie­kiera, mo­tyka, mózg na ścia­nie!

- Pani Ber­na­deto, już tyle razy pani tłu­ma­czy­łam... Nie je­stem pry­wat­nym de­tek­ty­wem. Nie zaj­muję się ści­ga­niem nie­wier­nych mę­żów. Ja ra­czej... hmmm... - Ury­wam i zmie­szana na­wi­jam na pa­lec ko­smyk wło­sów. - Ro­bię coś zu­peł­nie in­nego. Pro­wo­kuję sy­tu­acje, w któ­rych męż­czyźni mogą oka­zać sła­bość. Spraw­dzam ich siłę du­cha. Te­stuję ich mi­łość i wier­ność!

- Wier­ność! - eks­ta­tycz­nie wy­krzy­kuje Ber­na­deta. - No prze­cież wła­śnie o to mi cho­dzi!

- Nie­zu­peł­nie! - Kręcę głową. - Pani chce, że­bym się do­wie­działa, czy pan...

- Hen­ry­czek - pod­suwa usłuż­nie.

- Czy Hen­ry­czek pa­nią zdra­dza z ja­kąś ko­bietą. Ja mogę pani po­wie­dzieć je­dy­nie, czy chciał pa­nią zdra­dzić ze mną.

- Do­brze! Zróbmy to! Spro­wo­kujmy Hen­ryczka do zdrady i prze­ko­najmy się, czy sku­szą go pani wdzięki!

- Pani Ber­na­deto... Pro­wo­ko­wa­ły­śmy pana Hen­ryczka już trzy razy. Za ostat­nim za­dzwo­nił na po­li­cję, twier­dząc, że ktoś go nęka... Nie wiem, czy to do­bry po­mysł. Co prawda, od tam­tego czasu zmie­ni­łam ko­lor wło­sów i fry­zurę, ale oba­wiam się, że pani mąż mnie po­zna...

- To co? - Ber­na­deta wzru­sza ra­mio­nami. - Naj­wy­żej po­my­śli, że ma wiel­bi­cielkę. To z pew­no­ścią mile po­łechce jego ego...

- Albo stal­kerkę - do­po­wia­dam po­nuro. - Nie szu­kam kło­po­tów...

- Za­płacę po­dwójną stawkę!

- Podw...

- Po­trójną! I umó­wię pa­nią do swo­jego fry­zjera. Ta po­strzę­piona grzywka wy­gląda dość nie­chluj­nie...

Mój wzrok me­cha­nicz­nie wę­druje ku szu­fla­dzie, w któ­rej trzy­mam ra­chunki. Ra­chunki i upo­mnie­nia z banku, które w ostat­nim cza­sie na­pły­wają la­wi­nowo. Za­pa­mię­taj­cie moje słowa, je­śli bę­dzie­cie na tyle głu­pie, by za­ko­chać się w ta­kim lek­ko­du­chu jak mój były, za­cho­waj­cie choć kro­plę roz­sądku i trzy­maj­cie go z dala od swo­ich fi­nan­sów. Ina­czej po roz­sta­niu zo­sta­nie­cie nie tylko z mo­krymi oczami, ale rów­nież z kil­koma kre­dy­tami do spła­ce­nia.

Pie­nią­dze są mi pil­nie po­trzebne, a do grzywki nie je­stem mocno przy­wią­zana. Szcze­rze mó­wiąc, wy­glą­dam w niej idio­tycz­nie. Moja fry­zjerka twier­dzi, że po­wstała w po­ry­wie na­tchnie­nia, ale po­dej­rze­wam, że w rze­czy­wi­sto­ści ta nie­zguła się za­my­śliła i ciach­nęła za dużo. Po­win­nam się cie­szyć, że mam dwoje uszu!

- Do­brze - zwra­cam się do Ber­na­dety, rów­no­cze­śnie się­ga­jąc po to­rebkę prze­wie­szoną przez opar­cie krze­sła. - Prze­te­stuję pana Hen­ryczka. Czwarty i ostatni raz.

- Za po­dwójną stawkę - mówi.

- Za po­trójną - uści­ślam twardo. - Zga­dzam się na to tylko przez wzgląd na na­szą do­tych­cza­sową współ­pracę. Szcze­góły omó­wimy przez te­le­fon. Po­win­nam już wyjść na spo­tka­nie.

- Ko­lejne zle­ce­nie? - do­py­tuje za­cie­ka­wiona.

W jej oczach do­strze­gam błysk nie­zdro­wego za­in­te­re­so­wa­nia. Z pew­no­ścią chęt­nie po­cią­gnę­łaby mnie za ję­zyk, by się do­wie­dzieć nieco wię­cej na te­mat mo­jej no­wej klientki i jej sy­tu­acji mał­żeń­skiej. Na­sze mia­sto jest duże, ale ci naj­więksi są w nim po­wią­zani jak nitki pa­ję­czyny. Uśmie­cham się prze­pra­sza­jąco w od­po­wie­dzi i wy­mow­nie wska­zuję drzwi, a ona się re­flek­tuje i z szel­mow­skim chi­cho­tem pod­nosi pa­lec do ust.

- No tak, za­po­mnia­łam - mówi, gdy wy­cho­dzimy na za­laną słoń­cem ulicę i przy­sta­jemy przed wej­ściem do ka­mie­nicy. - Dys­kre­cja to pani dru­gie imię, pani Mar­ce­lino! My­ślę, że bez tej ce­chy nie by­łaby pani tak świetną te­sterką!

Tym wła­śnie je­stem. Na zle­ce­nie za­nie­po­ko­jo­nych żon ini­cjuję spo­tka­nia z ich mę­żami, za­rzu­cam ha­czyk i cze­kam, czy taki okoń albo szczu­pa­czek po­ła­komi się na świeżą bu­zię, dłu­gie nogi i za­lotny uśmiech. W ośmiu przy­pad­kach na dzie­sięć przy­nęta oka­zuje się ku­sząca, a mał­żeń­stwo nie tak udane, jak ży­czy­łyby so­bie tego pła­cące mi ko­biety. Cza­sem rybka czuje, że coś jest nie tak, i zrywa się z ha­czyka. A cza­sami od­wraca się od przy­nęty z po­gardą. Zda­rza się rów­nież, że z wście­kło­ści pró­buje ją po­żreć. Jak Hen­ry­czek, który za­gro­ził, że za­dzwoni na po­li­cję i zgłosi, że za nim łażę. Albo eme­ry­to­wany pro­fe­sor, który z gnie­wem za­ofe­ro­wał mi wi­zytę u swo­jego ko­legi, wy­bit­nego oku­li­sty. Bo skoro nie za­uwa­ży­łam ob­rączki na jego palcu, mu­szę mieć pro­blemy ze wzro­kiem, prawda?

Ooo, by­cie te­sterką nie jest ła­twym ka­wał­kiem chleba! Uwierz­cie mi na słowo!

Jak się stało, że nią zo­sta­łam?

To dość ba­nalna hi­sto­ria. Moją pierw­szą klientką była ko­le­żanka ze stu­diów, El­wirka. Wiecz­nie za­dzie­ra­jąca nosa córka bo­ga­tego han­dla­rza sa­mo­cho­dami, taka, wie­cie, co to wa­ka­cje na Ma­le­di­wach i dżinsy spro­wa­dzane z No­wego Jorku. Plus, na­tu­ral­nie, na­rze­czony o pia­sko­wych wło­sach, mio­do­wej opa­le­niź­nie i zę­bach lśnią­cych jak płytki na wy­stawce w Ca­sto­ra­mie. Nie lu­bi­łam El­wirki, ale na jej fa­ceta mia­łam praw­dziwą aler­gię. Na­prawdę! Gdy wcho­dził do po­koju, prze­ni­kał mnie lo­do­waty dreszcz, a zęby za­czy­nały ocie­rać się o sie­bie z gło­śnym zgrzy­tem. Pod­czas jed­nej z im­prez za­uwa­ży­łam, że chłop­taś bez­czel­nie gapi się na ty­łek na­szej ko­le­żanki. Wy­glą­dał jak pies są­siadki za­hip­no­ty­zo­wany kru­chym cia­stecz­kiem. Bra­ko­wało mu je­dy­nie strużki śliny spły­wa­ją­cej z ką­cika ust. Po­ka­za­łam to El­wirce. No, nie mogę po­wie­dzieć, że bez grama sa­tys­fak­cji... Ale ona nie wi­działa w tym nic zdroż­nego.

- Co z tego, że so­bie po­pa­trzy? - prych­nęła, wzru­sza­jąc ra­mio­nami.

- No, dziś pa­trzy, a ju­tro... - Urwa­łam i uśmiech­nę­łam się zna­cząco.

- Że co ty mi tu in­sy­nu­ujesz? Że mój Ry­sio mnie zdra­dza?! Ha, ha, ha! Do­bre, na­prawdę do­bre! - Śmiała się w głos. - Spójrz na mnie! - Wy­ce­lo­wała czub­kiem pa­znok­cia z ma­ni­kiu­rem ombre w gładki de­kolt mu­śnięty zło­ci­stym pu­drem. - Ta­kich dziew­czyn jak ja się nie zdra­dza! Ta­kim dziew­czy­nom je się z ręki! Ro­zu­miesz?

- Taka je­steś pewna? - Uśmiech­nę­łam się kpiąco, bo ba­wiła mnie ta pom­pa­tyczna prze­mowa. - To sprawdź go...

- Spraw­dzić? Niby w jaki spo­sób?

- Prze­ko­naj się, czy kiedy atrak­cyjna dziew­czyna za­kręci mu przed no­sem zgrab­nym ty­łecz­kiem, na­dal bę­dzie jadł tylko z two­jej ręki.

- Chyba nie masz na my­śli swo­jego ty­łeczka? - Ob­rzu­ciła mnie po­gar­dli­wym spoj­rze­niem. - Bo wtedy mu­sia­ła­byś chyba po­wie­dzieć: trzy­drzwiową szafą!

No, po­wiedz­cie sami, nie wku­rzy­li­by­ście się? Może i nie no­szę ik­se­ski. Może i mam fi­gurę gruszki i mu­szę się na­gim­na­sty­ko­wać, by ku­pić wy­godne dżinsy, które nie zjeż­dżają przy każ­dym ru­chu, ma­low­ni­czo od­sła­nia­jąc prze­dzia­łek, i to wcale nie ten na gło­wie! Ale na­zwa­nie tyl­nych par­tii mo­jego ciała trzy­drzwiową szafą to już gruba prze­sada... Na­gle udo­wod­nie­nie pięk­nej El­wirce, że jej zło­ci­sty wy­mu­skany chło­piec nie jest tak grzeczny i po­słuszny jak są­dzi, stało się sprawą ho­noru!

- Oczy­wi­ście, że tak! - po­twier­dzi­łam. - Prze­te­stuję wier­ność two­jego Ry­sia, ale... nie za darmo! Za­wrzyjmy układ! Chęt­nie po­je­cha­ła­bym z wami na narty w prze­rwie mię­dzy­se­me­stral­nej, ale chwi­lowo je­stem spłu­kana!

- Chcesz uwieść mo­jego fa­ceta, a ja ci mam za to jesz­cze za­pła­cić?! - obu­rzyła się. Przy­tak­nę­łam.

- Sły­sza­łam, że pla­nu­je­cie za­rę­czyny. Po­myśl, ile za­osz­czę­dzisz na przy­go­to­wa­niach przed­ślub­nych, je­śli szy­dło wyj­dzie z worka już te­raz. Poza tym - uśmiech­nę­łam się zna­cząco - prze­cież i tak je­steś Ry­sia pewna, co nie?

- Je­stem! - wark­nęła nie­zbyt miło. - A co ja z tego będę miała? Je­śli Ry­sia­czek okaże się kry­sta­liczny jak łza?

- Sa­tys­fak­cję i pew­ność szczę­śli­wego związku? - pod­po­wie­dzia­łam.

- To... do­piero za ja­kiś czas. Chcę cze­goś... w za­mian. Za­wrzyjmy coś w ro­dzaju za­kładu.

- Nie chcę się z tobą za­kła­dać! - za­pro­te­sto­wa­łam. - Czy ty nie ro­zu­miesz, że chcę ci wy­świad­czyć przy­sługę?

- Ooo, dość kosz­towną przy­sługę!

Za­my­śli­łam się. Miała ra­cję.

- Do­bra. Czego chcesz?

- Po­mocy w na­pi­sa­niu pracy za­li­cze­nio­wej. Mam ma­te­riały, tylko z cza­sem u mnie kru­cho...

Po­my­śla­łam, że je­śli do­brze oce­ni­łam zło­tego Ry­sia i wszystko prze­bie­gnie tak, jak za­kła­da­łam, już wkrótce El­wirka zy­ska mnó­stwo wol­nego czasu. Nie po­wie­dzia­łam jej tego jed­nak. Ski­nę­łam głową na znak, że się zga­dzam, a na­wet uści­snę­łam wy­cią­gniętą dłoń. Omó­wi­ły­śmy szcze­góły. Ter­min. Miej­sce. Na ko­niec ko­le­żanka uśmiech­nęła się z wyż­szo­ścią.

- Choć­byś po­świę­ciła na to ty­dzień, i tak ci się nie uda!

- Zo­ba­czymy!

Uwie­dze­nie Ry­sia za­jęło mi do­kład­nie osiem­na­ście mi­nut i cztery se­kundy. By­łoby szyb­ciej, ale w tym cza­sie do na­szego zło­tego chłopca za­dzwo­niła mama. Swoją drogą słu­cha­nie, jak do­ro­sły fa­cet kaja się przed ma­mu­sią, że krzywo po­wie­sił ga­cie na grzej­niku w ła­zience, jest tro­chę przy­kre. Tak­tow­nie uda­wa­łam, że całą moją uwagę zaj­muje roz­gnia­ta­nie list­ków mięty o ściankę szklanki z drin­kiem i nie do­cie­rają do mnie hi­ste­ryczne pi­ski Ry­sio­wej mamy. Gdy roz­mowa do­bie­gła końca, a na­rze­czony El­wirki otarł man­kie­tem wil­gotne czoło, nie­win­nym to­nem za­pro­po­no­wa­łam, by­śmy po­szli do mnie.

- Po­wi­nie­neś się roz­luź­nić - stwier­dzi­łam, prze­su­wa­jąc pa­lec po bi­cep­sie. - Je­steś bar­dzo... na­pięty!

- Na­wet nie wiesz jak! - wy­krztu­sił i ca­łym cia­łem przy­ci­snął mnie do baru, de­mon­stru­jąc, że na­pięte ma nie tylko bi­cepsy.

- Tylko żeby El­wirka się nie do­wie­działa... - jęk­nę­łam.

- Ma się ro­zu­mieć... - Owio­nął mnie ogni­stym od­de­chem z wy­raź­nie wy­czu­walną nutą ja­jecz­nicy. - El­wirka się nie do­wie!

Na­tu­ral­nie, El­wirka już wie­działa, w tym sa­mym cza­sie sie­działa bo­wiem przy sto­liku w ką­cie sali i ukryta za ma­low­ni­czym li­ściem palmy ob­ser­wo­wała po­czy­na­nia swego Ry­sia. Gdy jej nie­do­szły mąż ujął mnie pod ło­kieć i po­pro­wa­dził ku drzwiom, non­sza­lancko krę­cąc na palcu kół­kiem z klu­czy­kami od swego BMW, wy­strze­liła zza do­nicy ni­czym tor­peda, do­pa­dła do po­bla­dłego absz­ty­fi­kanta, zdzie­liła go w pysk, za­lała się łzami, roz­kwa­siła mu nos, po czym pa­dła w moje ra­miona, szlo­cha­jąc roz­dzie­ra­jąco, że bę­dzie mi wdzięczna do końca ży­cia!

Na­stęp­nego dnia już o tym nie pa­mię­tała.

Cóż, może i wdzięcz­ność El­wirki trwała kró­cej niż moja próba uwie­dze­nia jej uko­cha­nego, ale nie­spo­dzie­wa­nie za­owo­co­wała czymś cie­ka­wym. Po kilku dniach po­de­szła do mnie nie­zna­joma dziew­czyna. Miała wy­raz twa­rzy ko­goś udrę­czo­nego.

- Mój chło­pak chce wy­je­chać na trzy mie­siące za gra­nicę. Mu­szę wie­dzieć, czy mogę mu ufać - po­wie­działa.

Póź­niej po­ja­wiła się ko­lejna, ta po­le­ciła mnie jesz­cze in­nej, a ona ko­le­żance, sio­strze lub ku­zynce. Wszystko od­by­wało się dys­kret­nie, bez kom­pli­ka­cji i zbęd­nych py­tań. Za­do­wo­lo­nych klien­tek przy­by­wało. Ta cie­szyła się, bo zde­ma­sko­wała nie­lo­jal­nego chło­paka, tamta, bo jej uko­chany oka­zał się twardy jak har­to­wana stal. Cza­sami zgła­szał się ktoś, kto chciał uchro­nić uko­chaną sio­strę, przy­ja­ciółkę albo córkę przed zła­ma­nym ser­cem, ale czę­ściej z mo­ich usług ko­rzy­stały ko­biety, które z ja­kichś po­wo­dów za­drę­czały się po­ten­cjalną zdradą wy­branka lub nie wie­rzyły we wła­sną atrak­cyj­ność. Każde zle­ce­nie po­prze­dzał sta­ran­nie ze­brany wy­wiad. Zda­rzało się, że już sama roz­mowa roz­wie­wała wąt­pli­wo­ści mo­ich zle­ce­nio­daw­czyń, ale czę­ściej by­łam zmu­szona wy­ru­szyć do ak­cji i za­rzu­cić sieci. Jak dzi­siaj.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

ELIZA

Za­my­kam za sobą drzwi gma­chu i wy­sta­wiam twarz do słońca, choć wiem, że za­raz po­jawi się na niej mnó­stwo pie­gów. Nie dbam o to. Lu­bię wy­grze­wać się w pro­mie­niach. Piegi też z cza­sem po­lu­bi­łam, choć w la­tach na­sto­let­nich były moją zmorą.

Idę wolno ścieżką w kie­runku auta. Od dawna sta­wiam je w tym sa­mym miej­scu. Mam wy­ku­pioną miej­scówkę i dzięki temu ni­gdy nie mu­szę mar­twić się par­ko­wa­niem czy też pa­mię­tać, gdzie zo­sta­wi­łam sa­mo­chód.

Praca w urzę­dzie mar­szał­kow­skim nie jest pracą ma­rzeń, ale za­pew­nia sta­bi­li­za­cję. Nie mam am­bi­cji, żeby awan­so­wać. Wy­star­cza mi w zu­peł­no­ści zwy­kłe sta­no­wi­sko urzęd­ni­cze w dziale edu­ka­cji. Ro­bię swoje i za­po­mi­nam o pracy, gdy tylko za­my­kam za sobą drzwi wy­działu.

Moją główną pa­sją jest mąż. Spo­ty­ka­li­śmy się już w szkole śred­niej. Jest moim pierw­szym i je­dy­nym fa­ce­tem. W cza­sie stu­diów za­miesz­ka­li­śmy ra­zem. Gdy tylko otrzy­ma­li­śmy upra­gnione dy­plomy, Wik­tor mi się oświad­czył. Do­sko­nale pa­mię­tam ten dzień. Cie­pły jak dzi­siej­szy. Za­brał mnie do parku, gdzie w na­szym ulu­bio­nym, sta­rym drze­wie miał ukryty ogromny bu­kiet tu­li­pa­nów. Te kwiaty lu­bię naj­bar­dziej. Wie o tym. Zna mnie le­piej niż kto­kol­wiek inny.

Za­rę­czyny od­były się w idyl­licz­nej opra­wie. Drzewa ob­sy­pane zie­lo­nymi li­śćmi, ćwier­ka­jące ptaki i Wik­tor spo­glą­da­jący na mnie z mi­ło­ścią. Było jak w fil­mach. Ukląkł i wzru­szo­nym gło­sem za­py­tał, czy zo­stanę jego żoną. Na­wet pier­ścio­nek ku­pił taki, o ja­kim ma­rzy­łam. Roz­pła­ka­łam się. Ze szczę­ścia.

We­sele zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy małe. Za­pro­si­li­śmy tylko naj­bliż­szych, któ­rzy od po­czątku bar­dzo nam ki­bi­co­wali. No, może z ma­łym wy­jąt­kiem: moja sio­stra Oli­wia nie lubi Wik­tora i za­wsze źle się do niego od­nosi. Mnie samą do ostat­niej chwili prze­ko­ny­wała, że­bym zre­zy­gno­wała ze ślubu. Ko­cha­łam sio­strę i za­zwy­czaj się zga­dza­ły­śmy. Jed­nak w kwe­stii Wik­tora mamy zu­peł­nie roz­bieżne zda­nia.

Wzdy­cham i spo­glą­dam na pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy. To był mój na­wyk. Zu­peł­nie, jak­bym chciała się upew­nić, że wciąż tkwi na palcu. Za kilka mie­sięcy ko­lejna rocz­nica na­szego ślubu. Za­sta­na­wiam się, jaką nie­spo­dziankę przy­go­to­wać dla męża. On w ze­szłym roku za­brał mnie na week­end do Pa­ryża. Chcę od­wdzię­czyć się czymś rów­nie eks­cy­tu­ją­cym, ale choć czasu co­raz mniej, to nic mi nie przy­cho­dzi do głowy...

Do­bra, po­my­ślę o tym póź­niej. Pora je­chać do domu.

Ru­szam ostro, spryt­nie wbi­ja­jąc się w sznur sa­mo­cho­dów. Miesz­kamy na obrze­żach Bu­rzynu i droga zaj­muje mi za­wsze około pół go­dziny. I tak za­zwy­czaj je­stem pierw­sza w domu. Wik­tor czę­sto ma na­rady w re­dak­cji albo spo­tka­nia z au­to­rami. Jest dy­rek­to­rem wy­daw­ni­czym w wy­daw­nic­twie Cela i nie­stety, dla mnie oczy­wi­ście, pracę uwiel­bia, czę­sto po­świę­ca­jąc pry­watny czas, żeby przy­go­to­wać ja­kiś event czy cykl dzia­łań pro­mo­cyj­nych.

Wku­rza mnie to. Wo­la­ła­bym, żeby trak­to­wał swoją pracę tak jak ja. Zro­bić, co trzeba - i do domu, a nie wiecz­nie roz­my­ślać, co jesz­cze ulep­szyć, uspraw­nić i jak za­sko­czyć czy­tel­nika.

Nie jest jed­nak tak, że nie mam pa­sji. Mam. Tylko jesz­cze ich nie od­kry­łam.

Lu­bię na­sze spo­kojne i po­ukła­dane ży­cie. Mamy na wszystko czas. Na dzieci też. Nie że­by­śmy się sta­rali albo nie sta­rali. Po pro­stu upra­wiamy seks bez za­bez­pie­czeń, a że żadna ciąża z tego do tej pory nie wy­szła, to cóż, wi­docz­nie tak ma być. Do­brze nam we dwoje, choć nie­kiedy, ale na­prawdę bar­dzo rzadko, od­zywa się w mo­jej gło­wie głos, mó­wiący, że we troje też by­łoby faj­nie. Wspo­mnia­łam na­wet o tym ostat­nio Wik­to­rowi, ale zro­bił tak dziwną minę, że nie cią­gnę­łam te­matu. Cho­ciaż wciąż mnie za­sta­na­wia, co miała ozna­czać. Cóż, za­py­tam przy oka­zji.

Wje­cha­łam do pod­ziem­nego par­kingu. Kosz­to­wał nas sporo, ale ce­nię go za to, że zimą nie mu­szę skro­bać szyb. A la­tem wsia­dać do na­grza­nego auta.

Miesz­kamy na dru­gim pię­trze, niby bli­sko, ale nie chce mi się wcho­dzić po scho­dach. Wolę windę. Nie jest szyb­ciej, ale za to bez­wy­sił­kowo. Nie lu­bię się mę­czyć. Chyba że w cza­sie seksu lub na si­łowni z Wik­to­rem. Ostat­nio osza­lał na punk­cie sportu. Biega, ćwi­czy. Naj­pierw cho­dzi­li­śmy ra­zem, ale za­uwa­ży­łam, że mu prze­szka­dzam. Nie na­dą­żam za jego tem­pem. Zo­sta­łam więc w domu. Raz, drugi, trzeci... Te­raz w za­sa­dzie już mu nie to­wa­rzy­szę.

Ko­lejna rzecz, która go ode mnie od­ciąga. Co­raz czę­ściej są sprawy waż­niej­sze niż ja. Iry­tuje mnie to i za­mie­rzam mu ukró­cić te wyj­ścia. Nie będę cią­gle sie­działa w domu. Ile można oglą­dać w sa­mot­no­ści Net­flix czy HBO.

Wcho­dzę do domu, gdzie wita mnie za­pach kwia­tów. Za­wsze w wa­zo­nach mam świeże bu­kiety. Naj­czę­ściej ku­puje mi je mąż, ale i ja mam od lat tę samą pa­nią przy ry­neczku, która sprze­daje kwiaty ze swo­jego ogrodu. Ta­kie lu­bię naj­bar­dziej. Pachną zu­peł­nie ina­czej niż te z kwia­ciarni - słoń­cem, desz­czem i wia­trem.

Od­wie­szam to­rebkę, zrzu­cam szpilki i wkła­dam moje uko­chane pa­pu­cie. Ró­żowe z fu­ter­kiem. Tak, wiem, tro­chę in­fan­tylne, ale nie dbam o to.

W miesz­ka­niu jest czy­sto, ci­cho i smutno. Nie lu­bię być sama. Przy­tła­czają mnie ściany i pu­ste fo­tele.

Jest pra­wie sie­dem­na­sta, więc za­bie­ram się do szy­ko­wa­nia obia­do­ko­la­cji. Pla­nuję zro­bić szk­me­ruli[1]. Udka za­pie­kane w mleczno-śmie­ta­no­wym so­sie i do tego pie­czone ziem­niaki. Wik­tor ostat­nio stał się en­tu­zja­stą kuchni gru­ziń­skiej, więc z ulgą po­że­gna­łam kuch­nię wło­ską, którą go­to­wa­łam przez ostat­nie dwa lata. Mój mąż ma ta­kie fazy sma­kowe. Jak się uczepi ja­kichś po­traw, to może je jeść na okrą­gło.

A mnie w su­mie jest wszystko jedno. By­leby nie za­pa­łał mi­ło­ścią do kuchni nie­miec­kiej albo an­giel­skiej, bo te mi wy­jąt­kowo nie pod­cho­dziły. Cięż­kie, tłu­ste i mdłe. O, nie! Tych bym nie znio­sła. Na­wet dla Wik­tora.

Mięso już do­cho­dzi, a jego wciąż nie ma. Wy­cią­gam te­le­fon i szybko wy­bie­ram nu­mer do męża.

Od­biera do­piero za dru­gim ra­zem.

- Wik? Gdzie je­steś?

- Jesz­cze mi tu z go­dzinę zej­dzie, Lizi. Prze­pra­szam, ko­cha­nie, na­gła sprawa.

- Co?! Późno jest, je­dze­nie go­towe, a ty mi mó­wisz, że na­gła sprawa? Niby co jest ta­kiego waż­nego?

- Tekst nam się po­sy­pał, a skła­dacz poza za­się­giem. Ob­dzwa­niamy kogo się da, bo rano ma iść do druku. Wiesz...

- Nie kończ! Nie za­mie­rzam tego słu­chać.

Na­ci­skam czer­woną słu­chawkę i ze zło­ścią rzu­cam te­le­fon na ka­napę. Szy­kuje się ko­lejny wie­czór, który spę­dzę sama. Ewen­tu­al­nie w to­wa­rzy­stwie te­le­wi­zora. Je­stem tak wście­kła, że gdyby nie to, że miesz­kamy w bloku, to dar­ła­bym się na całe gar­dło. I tu­pała no­gami!

Są­sia­dom jed­nak na pewno by się to nie spodo­bało, więc je­dyne, co ro­bię, to rzu­cam się na łóżko i sko­puję jego po­duszkę na pod­łogę. A co! Niech so­bie śpi na dy­wa­nie! Albo w tym swoim pie­przo­nym wy­daw­nic­twie, które jest waż­niej­sze niż ja. Ma tam roz­kła­daną ka­napę, dia­bel­sko nie­wy­godną! Parę razy zda­rzyło nam się na niej po­fi­glo­wać, więc wiem...

Długo leżę na łóżku, wpa­tru­jąc się w su­fit. Wik­tora na­dal nie ma, te­le­fon mil­czy, a mnie za­czyna się nu­dzić.

Po­sta­na­wiam za­dzwo­nić do sio­stry. Ona za­wsze ma dla mnie czas. I chęt­nie ze mną roz­ma­wia. Szcze­gól­nie wtedy, gdy je­stem zła na męża.

Idę do sa­lonu i szu­kam te­le­fonu. Nie ma żad­nej wia­do­mo­ści od Wik­tora. Pew­nie jest tak za­jęty ja­kimś tam skła­dem, że na­wet mu przez myśl nie prze­szło, żeby do mnie na­pi­sać.

Skoro tak, to ja też nie za­mie­rzam pi­sać. Wy­bie­ram nu­mer sio­stry. Od­biera od razu.

- Hej, Oliwka. Masz czas po­ga­dać?

- Ja­sne. A ty znowu sama?

- Skąd wiesz?

- Znam cię - prych­nęła. - Wi­kuś za­sie­dział się w pracy?

- Coś pil­nego mu wy­sko­czyło - mó­wię obron­nym to­nem, cho­ciaż je­stem na niego zła. - Wiesz, jak on się wszyst­kim przej­muje.

- Nie wszyst­kim. Tobą ja­koś nie bar­dzo się przej­muje.

- Daj spo­kój. Le­piej po­wiedz, co u cie­bie sły­chać.

- Mogę dać spo­kój, ale nie uwa­żasz, że to dziwne?

- Niby co?

- To, że on co­raz czę­ściej zo­staje po go­dzi­nach w pracy.

- Nie, za­wsze tak było, nic no­wego.

- Czyżby? A ta jego mi­łość do si­łowni i bie­ga­nia? Za­ska­ku­jące, że tak za­czął dbać o sie­bie.

- Co su­ge­ru­jesz?

- Stroi piórka. Fa­ceci tak dbają o sie­bie, jak chcą zdo­być ja­kąś la­skę.

- My­ślisz, że...? Nie! Na pewno nie. Wik­tor ni­gdy by mnie nie zdra­dził.

- Taaa, bo Wik­tor jest święty, ide­alny, nie­ska­lany żadną plu­gawą my­ślą.

- No jest. Ko­cha mnie i nie my­śli o in­nych ko­bie­tach.

- Och, sio­stra, jaka ty je­steś na­iwna. Dla mnie to ja­sne, że on ko­goś ma albo o ko­goś się stara. Po­myśl. Późne po­wroty z pracy, brak czasu, bie­ga­nie, si­łow­nia. Co tam jesz­cze byś do­rzu­ciła?

Na­my­ślam się chwilę, a w gło­wie za­świeca się czer­wona lampka.

- Zmie­nił per­fumy. Za­wsze ku­po­wał tylko Ca­lita. Te­raz prze­rzu­cił się na ja­kieś nowe. Ostrzej­sze. Nie bar­dzo mi się po­do­bają.

- To­bie może nie, ale in­nej pew­nie tak.

Milknę, ana­li­zu­jąc słowa Oli­wii.

- Nie składa ci się to w ca­łość?

Do mo­ich noz­drzy do­la­tuje swąd spa­le­ni­zny. Zu­peł­nie za­po­mnia­łam o kur­czaku po gru­ziń­sku, któ­rego mia­łam zjeść na ko­la­cję z mę­żem. Moim mę­żem, który nie wia­domo, gdzie się po­dziewa.

- Mu­szę koń­czyć. Za­dzwo­nię póź­niej.

Bie­gnę do kuchni wy­łą­czyć pie­kar­nik. Po­miesz­cze­nie jest siwe od dymu. Otwie­ram okno, żeby prze­wie­trzyć. Je­dze­nie cał­ko­wi­cie się zwę­gliło. Wy­pa­lone do cna. Sko­ja­rzyło mi się z moim mał­żeń­stwem, które ostat­nio przy­po­mina taką wła­śnie sko­rupę. Czyżby moja sio­stra miała ra­cję? Wik­tor mnie zdra­dza?

Hej, ko­bietki! Za­sta­na­wiam nad swoim związ­kiem i nie wiem, czy ze mną jest coś nie tak, czy może mąż się mną znu­dził?

Je­ste­śmy po ślu­bie sześć lat. Na po­czątku było pięk­nie. Randki, wspólne wyj­ścia, mo­tyle w brzu­chu i do­bry seks. Te­raz to się skoń­czyło. Zna­czy seks jest, ale to już nie to samo.

Mąż ostat­nio za­czął bar­dziej o sie­bie dbać. Po pracy cho­dzi na si­łow­nię, rano biega. Ni­gdy nie był za­pa­lo­nym spor­tow­cem, ale od kilku ty­go­dni do­stał bzika na tym punk­cie.

Nie wiem, z czego to wy­nika. Cho­dzi sam. Ja też o sie­bie dbam. Może nie no­szę roz­miaru XS czy S, ale M. Mam wszystko, co trzeba, w od­po­wied­nim miej­scu, ale może już mu to nie wy­star­cza?

Dziwne, że tak na­gle za­czął co­dzien­nie ćwi­czyć. Co są­dzi­cie? Sio­stra twier­dzi, że on ko­goś ma. Ja też za­czy­nam tak my­śleć, ale nie wiem, jak to spraw­dzić. Po­radź­cie coś.

131 Lu­bię to!

Agnieszka Oręb

Roz­mowa i jesz­cze raz roz­mowa. To pod­stawa każ­dego związku. Mu­sisz z nim szcze­rze po­roz­ma­wiać, po­wie­dzieć, co cię mar­twi... ZO­BACZ WIĘ­CEJ

Jo­lanta Eier

Weź się za sie­bie! Wi­docz­nie nie je­steś taka atrak­cyjna jak my­ślisz, a przy roz­mia­rze M na pewno nie masz ład­nej fi­gury

Anna Da­kon

Sio­stra ma ra­cję! Po­goń dziada! Na pewno cię zdra­dza!

JOle Mexa

Ślub to tylko pa­pier, ale je­śli chcesz ra­to­wać mał­żeń­stwo, to za­cznij z nim cho­dzić na siłkę. Sprawdź mu te­le­fon, ma­ile. Weź wy­ciąg z karty. Zo­ba­czysz, do­kąd cho­dzi

Mo­nika Lesz­czynka

Nie masz po­czu­cia wła­snej war­to­ści, dla­tego po­dej­rze­wasz go o zdradę! Jak dla mnie je­steś za­bu­rzona!

OkTA­wia eM

Fa­ceci tacy są! To ja­kaś tok­syczna re­la­cja. On cię na pewno zdra­dza. Twoja sio­stra pa­trzy na to z boku, więc pew­nie wie, co mówi. To sio­stra, chce dla cie­bie do­brze. Nie ma co tkwić w ta­kim związku! Wy­rzuć go jak naj­prę­dzej!!!

EneWe Mak

Po­le­cam te­ra­pię mał­żeń­ską.

Mag­da­lena No­wak

He­hehe, ubierz się sek­sow­nie, od­staw na bó­stwo i zo­bacz, jak za­re­aguje. Po­wi­nien być ostry seks, a jak nie bę­dzie, to zna­czy, że go nie krę­cisz albo ma inną.

Ma­riola Pela

I co z tego? Ciesz się tym, co masz. Z in­nym bę­dzie tak samo albo go­rzej. Ogar­nij się, ży­cie to nie bajka, lu­dzie mają więk­sze pro­blemy.

Mar­cin Jac­kow­ski

Na­wet nie chce mi się tego ko­men­to­wać... Chłop dba o sie­bie, a wam, ba­bom, za­wsze źle. Lecz­cie się!

Ewa Ma­li­szew­ska

Ko­chana... dasz radę...

Mo­nika Piotr Fi­li­piak

Po­każ swoje zdję­cia, zo­ba­czymy, czy fak­tycz­nie je­steś taka za­dbana, czy tylko tak my­ślisz... hehe!

Ca­trin De­Le­wer

Weź te­sterkę. Spraw­dzi. Ja tak zro­bi­łam i oka­zało się, że mój ko­chany mę­żuś wali mnie od dawna w rogi.

ZO­BACZ WIĘ­CEJ KO­MEN­TA­RZY (50)