rozdział 1
A jeśli starość nie istnieje?
Podobno starość się Panu Bogu nie udała. Ale co, jeśli tak naprawdę... wcale jej nie ma? Jeśli została w dużej mierze wymyślona, a my się do tego dostosowujemy i dlatego się starzejemy?
Podpierali się laseczkami. Byli starzy. Tak się czuli i tak ich postrzegano. Pewnie też przecierali okulary ze zdumienia. Co za dziwaczny pomysł z tym eksperymentem? I jeszcze ta nazwa: Counterclockwise, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Przecież wszyscy wiedzą, że nie da się wrócić do przeszłości!
Do budynku po starym klasztorze w New Hampshire Ellen Langer, wówczas trzydziestoczteroletnia psycholożka, zaprosiła ośmiu śmiałków. Langer miała coś, co wyróżniało ją spośród tysięcy innych badaczy: nie wierzyła, że się nie da. Kilka lat wcześniej była świadkiem czegoś zupełnie niezwykłego: całkowitej remisji raka u własnej matki, której lekarze nie dawali szans na przeżycie. I chociaż po jakimś czasie choroba wróciła, Langer wiedziała już: niewykonalne nie istnieje. Albert Einstein powiedział: wszyscy uważali, że to jest niemożliwe, a potem przyszedł ktoś, kto o tym nie wiedział - i właśnie jemu się udało. To idealne podsumowanie kariery naukowej prof. Ellen Langer.
Uczestnicy badania, zanim weszli do domu w New Hampshire, zostali poddani wnikliwym badaniom lekarskim. A w środku czekała ich niespodzianka - powrót do 1959 roku, do czasów ich młodości. W telewizji - czarno-białej - leciał program Eda Sullivana, amerykańskiego prezentera, szalenie popularnego w latach 50. i 60. Meble oczywiście były w stylu vintage, można było słuchać muzyki - ale tylko tej z lat 50. Ubrania też były żywcem przeniesione z przeszłości. Ale najważniejsze było to, że uczestnicy badania mieli mówić tak, jakby BYLI W 1959 ROKU. "Lubię Sullivana" - zamiast: "Lubiłem Sullivana". Nie wolno było im rozmawiać o niczym, co stało się po 1959 roku. Jakby tych kolejnych lat w ogóle nie było.
Eksperyment trwał tydzień. Wyniki były szokujące: badani czuli się młodziej, mieli mniej problemów z poruszaniem się, okazało się, że laski nie są im już potrzebne. Co najciekawsze, lekarze stwierdzili, że uczestnikom eksperymentu poprawiły się parametry fizyczne, w tym - wzrok. To było niezwykłe, zaskakujące: czyżby nasze ciało podążało za tym, co uważa nasz mózg? Czy nasze ciała mogą mieć nie tyle lat, ile wynika z naszej metryki, ale tyle, na ile MY SIĘ CZUJEMY?
To szokująca teza. Wydaje się, że jest nielogiczna i absurdalna. Przecież wszyscy wiemy, że starość istnieje, widzimy ją na ulicach. Jak uwierzyć, że wiek może być tylko w naszej głowie?
Zadaj sobie pytanie: ile masz lat? Obie przyznajemy szczerze, że osobiście mamy coraz większy kłopot, żeby na nie odpowiadać. Od dłuższego czasu straszliwie się plączemy, usiłując sobie przypomnieć, ileż to mamy tak naprawdę lat.
Monika: Wydaje mi się, że jestem po trzydziestce, na pewno - przed czterdziestką. A mam skończone pięćdziesiąt.
Jagna: Ja też dobiegam pięćdziesiątki!!! No nie, na tyle to się na pewno nie czuję!
Jak zresztą 70 proc. z nas. Pozostali czują się albo starzej, albo zgodnie z metryką. Naukowcy bardzo się tym zainteresowali i postanowili ten fenomen przebadać. Odkryli ciekawą prawidłowość: większości ludzi między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia wiek realny zaczyna się rozjeżdżać z tym odczuwanym, a z biegiem lat ten proces coraz bardziej postępuje. Podobnie jak z upływem czasu przesuwa się granica wieku, w którym zaczyna się "starość". Zgodnie z wynikami badania przeprowadzonego przez naukowców z Uniwersytetu Stanowego Michigan dla większości ludzi wiek dojrzały zaczyna się w okolicach trzydziestki, a starość - Boże, zmiłuj się! - właśnie w okolicach pięćdziesiątki. Ale uwaga: zapewne tę średnią zaniżają opinie osób bardzo młodych.
Jagna: Wcale się temu nie dziwię. W trzeciej klasie ogólniaka zawiązaliśmy pakt z kolegami ze szkoły: ponieważ mieszkałam wtedy w bloku na piętnastym piętrze, umówiliśmy się, że każdy z pozostałych uczestników paktu w dniu swoich trzydziestych urodzin przyjdzie do mnie w odwiedziny i rzuci się z balkonu na parking. Ja, urodzona w październiku, miałam się pożegnać z tym światem ostatnia - w naszym ówczesnym mniemaniu życie po trzydziestych urodzinach nie miało sensu, było powolnym konaniem, upokarzającym procesem odchodzenia ze świata w ciele pooranym zmarszczkami, pozbawionym zębów, libido i resztek wigoru.
Wyprowadziłam się z tego mieszkania długo przed trzydziestką, więc nie wiem, czy ktokolwiek zapukał do drzwi z zamiarem skończenia swojego życia przed czwartą dekadą. Ale chyba nie - jedno z nas jest podróżnikiem, drugie ma stację benzynową i wąsy, trzecie ma dwoje dzieci i nową miłość, a czwarte, czyli ja - cóż, przyznam, że większość fantastycznych rzeczy wydarzyła się w moim życiu po trzydziestce. Na wypadek jednak, gdyby kiedyś przyszło mi do głowy, że życie po jakiejś cezurze czasowej nie ma sensu, mieszkam na parterze.
Najciekawsze jednak naukowcy zgłębiający zagadnienie percepcji wieku odkryli później: otóż ci, którym towarzyszyło poczucie, że mają 8-13 lat mniej niż naprawdę, byli średnio o dziesięć lat młodsi biologicznie, czyli - ich ciała podążały nie za datą urodzenia, wpisaną w metryce, ale subiektywnym wrażeniem wieku. Ciśnienie było niższe, serce biło równym tempem, osoby te statystycznie żyły też dłużej.
Dlaczego? Był taki program: Miliard w rozumie. W naszych umysłach kryje się nie tylko potencjalny miliard czy milion, które możemy wygrać w teleturnieju, lecz i programy działania. Nie tylko te proste, związane z zarządzaniem oddychaniem, krążeniem krwi, odczuwaniem bólu. Także bardziej skomplikowane. To się nazywa psychoneuroimmunologia - połączenie medycyny i psychologii. Istnieje już wiele dowodów na to, że psychika wpływa na funkcjonowanie naszego ciała. Nikt nie ma wątpliwości, że stres może się znacząco przyczynić do obniżenia odporności i powstania wielu chorób. Chorzy na AIDS, którzy czuli się samotni i byli pozbawieni wsparcia, żyli krócej od tych, którzy czuli się kochani i otoczeni troską. Mózg steruje naszymi ciałami, być może też... pozwala nam się zestarzeć. Lub utrzymuje nas w dobrej kondycji.
Perimenopauza - okres, w którym u kobiet zaczynają występować zmiany endokrynologiczne (hormonalne), biologiczne i kliniczne związane z menopauzą. Trwają od około czterech lat przed ostatnią miesiączką do roku po niej. Objawy: nieregularne miesiączki (najpierw częste, potem rzadkie), uderzenia gorąca, wahania nastroju.
Menopauza - ostatnia miesiączka, po której przez dwanaście miesięcy nie pojawia się krwawienie. Średni wiek: 50-52 lata.
Postmenopauza - czas po menopauzie. Niektóre objawy (uderzenia gorąca) mogą ustąpić, inne (osteoporoza, zmiany metaboliczne) zostają dłużej.
- Testy hormonalne (FSH, LH, estradiol, progesteron)
- Objawy kliniczne (na przykład nieregularne miesiączki, suchość pochwy, zmiany nastroju, uderzenia gorąca, problemy ze snem, zaburzenia rytmu serca, drętwienie rąk)
Wspomniana już prof. Ellen Langer udowodniła, że kobietom, które po wizycie u fryzjera miały poczucie, że w nowej fryzurze wyglądają młodziej, obniżało się ciśnienie krwi. W innym eksperymencie wykazano, że seniorzy lepiej radzili sobie w testach na zapamiętywanie, jeśli wcześniej czytali słowa, które dobrze się kojarzą ze starszym wiekiem (doświadczony, mądry, dojrzały), gorzej natomiast, gdy pokazywano im takie wyrazy jak: niedołężny, schorowany. Nasz mózg kocha szufladki. Czyli uproszczone techniki rozumowania: ma siwe włosy = jest stara, jest stara = jest niedołężna. Chodzi o to, żeby umieć z tych szufladek wyskoczyć. A najlepiej odnaleźć te, w których siedzą przekonania na temat wieku, wybebeszyć je i wyrzucić wszystko, co jest negatywnym stereotypem na temat dojrzałego wieku. Bo w przeciwnym wypadku te koszmarne etykietki zaczną wychodzić w rozmaitych sytuacjach, najczęściej wtedy, kiedy będą najmniej potrzebne, i zepsują nam życie. Dobre życie, udane życie, dorosłe życie, złoty wiek życia!
Niektóre z tych stereotypów wynosimy z domu ("Życie kończy się po sześćdziesiątce. Potem już tylko starość..."), ale też, niestety, z kultury masowej i postów celebrytek na Instagramie. Na tej podstawie tworzymy etykiety: "stara, po siedemdziesiątce", "stary, siwy". Prof. Katarzyna Popiołek, wybitna psycholożka, jedna z najbardziej wpływowych kobiet na Śląsku, opowiadała w wywiadzie, że poszła do ortopedy, bolało ją kolano. Lekarz spojrzał na nią - burza rudych włosów, zawadiacki kapelusz - i zaczął proponować: a może nowa terapia, a może operacja, a może... wtedy jego wzrok padł na kartę i PESEL pacjentki. "Ale wie pani? Może już nie warto".
BY KONNO JECHAĆ W STRONĘ OCEANU
I w drogę, w szeroki świat. To marzenie zapewne towarzyszyło Annie Wilkins z Maine w USA od zawsze - ale gdy się dowiedziała, że lekarze dają jej najwyżej dwa lata życia (podejrzewali gruźlicę lub raka), pomyślała, że nie ma czasu do stracenia. Postanowiła, że zobaczy Kalifornię i ocean, zanim umrze. Problemem było to, że była biedna jak mysz kościelna - robiła domowe pikle i sprzedawała je. Za zarobione trzydzieści dwa dolary mogła kupić konie i zapasy na drogę.
Wzięła konie - Tarzana i Reksa - i psa o imieniu Depeche Toi (z francuskiego: pospiesz się). I ruszyła.
Miała wtedy sześćdziesiąt trzy lata.
Był rok 1954, Annie nie miała kart kredytowych, telefonu z GPS, nie miała żadnych rezerwacji hotelowych po drodze, po prostu uznała, że jakoś to będzie. Wszystko, co zabrała w podróż, mieściło się w niewielkich sakwach przytroczonych do siodła. Wyruszyła w listopadzie, licząc, że na południu będzie cieplej. Zanim tam jednak dotarła, musiała się zmierzyć z ostrą zimą, lodem i zaspami, jazdą na mrozie. Wieść o jej podróży ją wyprzedzała: bogaci ranczerzy na trasie zapraszali do swoich domów, szeryfowie w małych miasteczkach pozwalali spać w... więzieniach. Ledwo uniknęła śmierci w powodzi błyskawicznej, stratowania przez bydło, dostała też co najmniej jedną propozycję małżeństwa. Mimo to niepowstrzymanie kontynuowała podróż w stronę oceanu. Kilkaset kilometrów od celu Rex, jej zapasowy koń, padł. Na brzeg dotarła więc z Tarzanem, Depeche Toi i nowym wierzchowcem. Podróż trwała prawie dwa lata. Według różnych szacunków Wilkins przejechała od czterech do siedmiu tysięcy mil - ona sama nie była w stanie dokładnie odtworzyć trasy, podróżowała bez żadnego planu.
I choć zgodnie z szacunkami lekarzy powinna była umrzeć u celu, dożyła pięknego wieku osiemdziesięciu ośmiu lat.
Jak to: już nie warto? Mamy się położyć i czekać na śmierć, bo nie mamy już dwudziestu lat? Prof. Popiołek ma inne zdanie, bo uważa, że starość - z psychologicznego punktu widzenia - nie istnieje. Jest dzieciństwo, kiedy gaworzymy i uczymy się wiązać kokardki na butach, jest adolescencja - wiek nastoletni, kiedy szaleją nam hormony, dostajemy trądziku i zakochujemy się po raz pierwszy - która oddziela dzieciństwo od wieku dorosłego. A potem jest wiek dorosły. To może być wczesna dorosłość, późna dorosłość - nie ma jednak psychologicznego portretu człowieka starego. Można odmalować taki obraz dziecka, nastolatka, dorosłego - ale już nie ma różnic pomiędzy kimś, kto ma trzydzieści lat, a kimś, kto ma siedemdziesiąt. Jedyne różnice wynikają z nagromadzonej wiedzy i doświadczenia oraz ewentualnie z procesów chorobowych - ale nie z racji wieku jako takiego.
W latach 60. opracowano koncepcję adaptacji do starości - na rynek pracy wchodziły pokolenia powojennego baby boomu i dojrzali musieli zrobić im miejsce, inaczej rządy miałyby problem. Zaczęto więc wypychać osoby 50+ w smugę cienia. Że już nie dają rady, że muszą ustąpić młodszym - sprawniejszym intelektualnie, bardziej kreatywnym. Mniej więcej wtedy zaczęła się ta "moda na młodość".
Niestety, ten stereotyp przetrwał i nadal ma się świetnie. "To idzie młodość!", prawie krzyczeli wizjonerzy z Doliny Krzemowej, eksperci nowych technologii. "Młodzi ludzie są po prostu mądrzejsi", oświadczył Mark Zuckerberg. Jeden z szefów Pay-Pala ufundował nawet sto tysięcy dolarów nagrody dla "błyskotliwych i młodych", którzy rzucą szkołę, żeby zacząć robić dochodowe biznesy. Wydawało się, że faktycznie - osoby w późnej dorosłości są stracone dla świata nauki, techniki, a nawet sztuki. Przecież już Albert Einstein powiedział, że człowiek albo dokona ważnego odkrycia przed czterdziestym rokiem życia, albo nie dokona go wcale.
Przyjrzyjmy się jednak faktom. W latach 80. średni wiek laureatów Nagrody Nobla z fizyki wynosił pięćdziesiąt lat - i od tamtej pory nie przestaje rosnąć. Tak samo jak wiek założycieli najprężniej rozwijających się firm. Co zaskakujące, firma założona przez pięćdziesięciolatka ma dwukrotnie większe szanse na to, że się rozwinie, umocni swoją pozycję i zarobi dla inwestorów. Jak to możliwe? Otóż okazuje się, że dojrzali dorośli, w wieku 50+, są lepsi w podejmowaniu decyzji, jeśli decyzja ta jest powiązana z przeszłymi wyborami. Po prostu lepiej łączą fakty, korzystając ze swojego doświadczenia. Młodsi są lepsi w podejmowaniu szybkich decyzji, porównywaniu różnych opcji. Ale w życiu najczęściej jednak spotykamy się z sytuacją, w której musimy skorzystać z doświadczeń. Ta umiejętność przychodzi z wiekiem.
Jest tylko jedno "ale". Musisz w to naprawdę UWIERZYĆ. A nie jest to łatwe, bo nasz świat nie lubi ludzi dojrzałych. Zwłaszcza kobiet, niestety. Starzec - to mędrzec, ktoś, do kogo można się zgłosić o poradę; starucha to w najlepszym wypadku wiedźma, w najgorszym - niedołęga, niemądra, stara i godna politowania. Gdzieś w okolicach czterdziestki wiele z nas nabiera przekonania, że nic nas dobrego już nie czeka. Na udach cellulit, pod oczami wory, na schodach zadyszka, a na ulicy wołają: "Z tyłu liceum, z przodu muzeum". "Na co ja mogę jeszcze liczyć? Wszyscy faceci wolą młodsze, nawet mój były wyprowadził się do kobiety młodszej ode mnie o dziesięć lat", płacze Alicja (pięćdziesiąt dwa lata). "Przecież jest jasne, że ja już niczego nie osiągnę w instytucie, ostatnio moim szefem został facet tuż po trzydziestce!", narzeka Ilona (czterdzieści siedem lat), naukowczyni. Został, został, bo chociaż Ilona zajmuje się edukacją, dziedziną opanowaną przez kobiety, na nielicznych mężczyzn w tej działce czekają szklane ruchome schody, które wiozą ich szybciutko na dyrektorów instytutów, dziekanów, rektorów, a nawet - ministrów.
Alicja i Ilona uważają, że przed nimi nie ma żadnej przyszłości. I teraz zadanie dla ciebie. Odpowiedz jednym zdaniem:
CO TO ZNACZY: MŁODA?
Gdy chwilę nad tym pomyślisz, dojdziesz do wniosku, że nie chodzi wcale o brak cellulitu, siwych włosów czy o młodszego partnera, tylko - o przyszłość. Uważamy, że młodzi są przyszłością, mają przed sobą przyszłość, a my JUŻ NIE. I tu tkwi problem, tu popełniamy podstawowy błąd, ponieważ myśląc tak, że nie ma przed nami przyszłości, nic już na nas nie czeka, na własne życzenie fundujemy sobie starość w najgorszym wydaniu, mentalny koniec, intelektualne, psychiczne i fizyczne kurczenie się zasobów.
Nasza wspólna znajoma kiedyś pojechała do schroniska po psa. Na trawniku przed głównym wejściem na Paluch spotkała sympatyczne małżeństwo: rozłożyli stolik z parasolem, dwa krzesła, czytali sobie książki, a na trawie obok leżał kundelek. "Przepraszam, czy nie chciałaby pani wziąć tego psa?", zagaiła kobieta. Znajoma przystanęła zaskoczona, zaczęła wypytywać, o co chodzi. Otóż śliczna, srebrzysta suczka przyplątała się do sympatycznego małżeństwa na spacerze. Wzięli ją do mieszkania, umyli, nakarmili i napoili, a potem zaczęli szukać jej nowego domu. "Ale dlaczego państwo jej sobie nie zostawią?", zapytała znajoma, bo uznała, że jeśli ktoś wkłada tyle emocji i energii w znalezienie psu domu, to musi tego psa bardzo lubić. "Bo weterynarz powiedział, że ona pożyje jeszcze z dziesięć lat, a my jesteśmy STARZY", odparła pani z uśmiechem na ustach. Ci ludzie byli po sześćdziesiątce. Założyli, że nie przeżyją kolejnej dekady.
Nie byli chorzy. Wyglądali na zdrowych, byli szczupli i uśmiechnięci. Ale uznali, że zaczęli już proces odchodzenia. Oto adaptacja do starości w całej krasie: dobrowolne wycofanie się z życia na znak zbliżającej się śmierci.
Szkoda, że ci mili państwo nie uznali, że mogą być jak Jeanne Calment, Francuzka, która wiele lat była uznawana za najdłużej żyjącą kobietę na świecie i która zmarła w wieku stu dwudziestu dwóch lat (choć pojawiały się wątpliwości dotyczące jej faktycznego wieku). Calment do sto siedemnastego roku życia paliła papierosy, jadła kilogram gorzkiej czekolady tygodniowo, piła szklaneczkę porto i jeździła na rowerze. Była autorką serii wspaniałych bon motów, takich jak: "Mam tylko jedną zmarszczkę i właśnie na niej siedzę". Ale jej najbardziej znany cytat brzmi: "Młodość to stan umysłu. Nadal jestem młodą dziewczyną, tylko od siedemdziesięciu lat nie wyglądam już tak dobrze jak kiedyś".
Młodość to stan umysłu. Warte zapamiętania.
Brak przyszłości jest dla nas zabójczy. Podobno przedstawiciele Pierwszych Narodów w USA pojmani umierali w więziennych celach - nie znając pojęcia czasu, nie rozumieli, kiedy odzyskają wolność, a bez niej nie umieli i nie chcieli żyć. Bo nie da się żyć z poczuciem, że nic cię już nie czeka. Nie sądzisz?
No, to teraz się zastanów, ile razy powiedziałaś:
- Studia? No skąd, jestem na to za stara!
- Randki? No co wy, w moim wieku...
- Topless na plaży? Nieeee, to dobre dla młodych.
- Szkoda, że kiedyś, gdy byłam młodsza...
Monika: Właśnie, przyszłość, marzenia! Zawsze chciałam napisać książkę nad Lago Maggiore - to przepiękne jezioro polodowcowe na pograniczu Włoch i Szwajcarii. Moje ulubione miejsce na świecie, marzyłam o tym od dekady. Pamiętam dzień, kiedy to marzenie się we mnie zrodziło: byłam w Warszawie, w tłumie ludzi, pacjentek, i całkowitym chaosie życia. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, że kiedyś, za wiele lat, tu przyjadę do domu z widokiem na góry, jezioro, palmy i będę pisać, pisać. Znalazłam dom. Postanowiłam spędzić w nim moje pięćdziesiąte urodziny. Sama z Winstonem. Nie, nie chodzi o Churchilla, chociaż są pewne cechy wspólne. Winston to mój malutki charcik włoski. Inteligencja i urok osobisty. Cały sir.
I oto jestem. Królik z kapelusza. Marzysz, planujesz, realizujesz i oczekujesz... zmian, inspiracji i przełomów. Tylko pamiętasz, co ci mówiłam? Ja się boję sama spać!
Winston nie jest psem obronnym, więc w wymarzonym domu nad jeziorem co noc boimy się wspólnie. On zawija się wokół moich nóg i śpi. Ja słucham i patrzę, czy jest bezpiecznie. Ten dom jest naprawdę dość odizolowany od innych. Wjeżdża się do niego po wielu serpentynach, jak do zamku księżniczki. De facto jestem tu sama. Pięknie nie? Tylko... ja się boję sama spać na odludziu. Ale menopauzy boję się bardziej. O trzeciej w nocy sama ze sobą rozmawiam. Jestem tutaj już dwa tygodnie, piszę książkę - że menopauzy nie trzeba się bać. Ja też się boję jej trochę mniej. Starzenie się i ciemność nie są już takie przerażające. Mierzę się z nimi. Nawet zaczęłam gasić światło w nocy. No dobra. Przypomina mi się, jak kiedyś bardzo, ale to bardzo bałam się wysokości. Uparłam się, żeby przejść kamiennym mostem nad przepaścią. Najpierw stałam dwadzieścia minut i zbierałam się w sobie. Weszłam trzy kroki i wracałam. Potem dalej. Tłumaczyłam sobie, że wszystko jest w mojej głowie. Bariery. Lęki. Wpadło mi do głowy, że przejdę... na czworakach. I tak zrobiłam. A co na to inni ludzie? A co mnie to obchodzi! Ciebie też nie powinno. Czasem warto zejść do parteru i ruszyć do przodu, choćby - na czworakach. Przeszłam ten most. A wróciłam już normalnie, na dwóch nogach. W ogóle nie było strasznie. Byłam taka dumna! Zawsze istnieje coś, co można zrobić, żeby być bohaterką, bohaterem. Choćby... pełzającą bohaterką. Czasem tylko pełzając, można spełnić marzenia!
Widzisz? W życiu trzeba mieć pasję, która pcha cię do przodu i sprawia, że masz przed sobą przyszłość - bo na coś czekasz. Ważny jest cel, który z tej pasji wynika. W psychologii istnieje fascynujące zjawisko, nazywane efektem Zeigarnik (od nazwiska radzieckiej badaczki Blumy Zeigarnik). Odkryła ona, że ludzki mózg ma zakodowaną skłonność kończenia zadań, domykania. Najlepiej pamiętamy to, co wydawało się niezakończone - chociażby jak ostatnia scena Przeminęło z wiatrem. "Pomyślę o tym jutro", powiedziała zapłakana Scarlett O'Hara, a potem były już tylko napisy końcowe. I? I? I co się stało jutro, do cholery? Do dziś wiele kinomanek zadaje sobie to pytanie, powstały niezliczone wersje dalszych losów Scarlett właśnie dlatego, że męczy nas ten ciąg dalszy, a raczej jego brak - a więc potencjał PRZYSZŁOŚCI.
Scenarzyści doskonale znają tę sztuczkę i wykorzystują efekt Zeigarnik jako tzw. zawieszenie na krawędzi klifu. Akcja wartkiego odcinka serialu musi się kończyć takim zawieszeniem. Przed napisami końcowymi widz musi zapytać: I? I?
Dlatego nie pozwalaj, żeby w twoim życiu pojawiały się napisy końcowe bez tego pytania: co dalej? Co jutro, co za miesiąc, za dziesięć, dwadzieścia lat? Nie, to wcale nie jest abstrakcyjne, wcale nie jest bez sensu. Nie możesz wykluczyć, że będziesz żyć dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat, a nawet i nieskończoność - nie możesz wykluczyć, że ludzkość po prostu opracuje lek pozwalający na wieczne życie. To nie jest prawdopodobne i zapewne nie byłoby dobre, ale nie możesz być pewna, że tak się nie stanie.
Dbaj o to, by często zawieszać akcję swojego życia na krawędzi klifu. Wtedy nigdy, nigdy nie będziesz stara, choćbyś nawet przeżyła Jeanne Calment.
ILE DASZ ZA... DODATKOWE SIEDEM I PÓŁ ROKU ŻYCIA?
Miliarderzy płacą tysiące dolarów za rozmaite eliksiry młodości, które mają im zapewnić młody wygląd i długie życie. A jest taki eliksir, który jest dostępny zupełnie za darmo, co więcej - jego działania dowiedziono naukowo. Becca Levy z Yale School of Public Health przeprowadziła fascynujące badanie: przeanalizowała powtórnie wyniki Ohio Longitudinal Study of Aging and Retirement, w którym od 1975 roku wzięło udział ponad tysiąc osób. Średni wiek badanych wynosił na początku około sześćdziesięciu lat. Zapytano ich, jakie są ich poglądy na temat starzenia się. Niektórzy mówili: "Starość jest zła... człowiek stary staje się bezużyteczny". Inni mieli pozytywne nastawienie: że starość nie jest końcem aktywności, że starzy ludzie mogą kochać, być kochani i realizować pasje i marzenia. Okazało się, że osoby z pierwszej grupy - z negatywnym nastawieniem - przeżyły średnio od 1975 roku piętnaście lat, natomiast "wiekowi optymiści" żyli jeszcze dwadzieścia dwa lata i sześć miesięcy.