Wstęp do wydania polskiego
Wstęp do wydania polskiego
Z pewnością warto, żeby każdy terapeuta i każda terapeutka z nurtu
terapii poznawczo-behawioralnej i behawioralnej mieli w swojej
biblioteczce następujące trzy książki Stevena C. Hayesa i Stefana G.
Hofmanna: Terapiapoznawczo-behawioralna oparta na procesach, Ponad DSM
i Terapia oparta na procesach w praktyce; ostatnią z wymienionych
trzymasz właśnie w ręku. Dla terapeutów i terapeutek związanych z innymi
szkołami terapii również są to bardzo interesujące publikacje. Osoby
praktykujące terapię humanistyczną czy integratywną, jeśli tylko zacisną
zęby i zaakceptują język tych tekstów, będą miały przyjemność odkrycia
podobieństw w myśleniu o psychoterapii z innym nurtem oraz zyskają
źródło inspiracji. Do osób związanych z psychoanalitycznymi nurtami
terapii zwrócę się pod koniec tego wstępu, ale je również gorąco
zachęcam do lektury trzech książek wskazanych wyżej.
Z pewnością współpraca Hayesa i Hofmanna owocuje obecnie jednymi z najbardziej soczystych wniosków teoretycznych i praktycznych dotyczących
pracy psychoterapeutycznej i metod jej naukowej analizy. Autorzy
przedstawiają nowe tematy do dyskusji oraz wytrwale budują nowy język
(paradygmat), za pomocą którego można opisywać praktykę terapeutyczną.
Są mocno zaangażowani w badania naukowe, przez co ich propozycje
pozostają osadzone w szeroko rozumianym nurcie praktyk opartych na
dowodach naukowych. Ponadto stale przekraczają granice konserwatywnie
rozumianych szkół terapeutycznych, wykazując się odwagą zadawania pytań
podstawowych i kwestionowania odpowiedzi, których sami wcześniej
udzielili. Krytyczna lektura trzech wspomnianych książek, z których
możemy cieszyć się w polskim przekładzie dzięki Gdańskiemu Wydawnictwu
Psychologicznemu, pokazuje fascynującą drogę rozwoju ich rozważań oraz
wykreśla możliwy horyzont myślenia o psychoterapii w dzisiejszym
świecie. Jest to szczególnie ważne, biorąc pod uwagę, jak bardzo ludzie
potrzebują obecnie wsparcia. Nie chodzi mi tu jedynie o alarmujący
wzrost rozpoznań chorób psychicznych we współczesnych społeczeństwach,
ale także o bardziej powszechne poczucie braku sensu, zmęczenia,
niepokoju czy bezsilności, z którym spotykamy się wśród bliskich nam
osób i którego sami często doświadczamy. W obliczu obserwowalnych
kryzysów takich jak pandemiczne ataki nowych chorób, wojna, kryzys
klimatyczny czy rosnące podziały społeczne i nieufność potrzebujemy
mądrego wsparcia psychologicznego (ryzykując, napiszę, że może
duchowego), które jest poparte badaniami naukowymi i dostosowane do
obecnych problemów.
Od pierwszej książki Hayes i Hofmann zalecają psychoterapeutom i psychoterapeutkom odejście od stawiania diagnoz psychiatrycznych
(nozologicznych). Nie będę przedstawiał ich rzeczowej i prezentowanej
tak w Ponad DSM, jak w niniejszej książce argumentacji. Ogólną
intencję stojącą za tym zaleceniem można streścić następująco.
Współczesny świat stawia przed nami wiele wyzwań, które są przyczyną
cierpienia psychicznego. Cierpienie to jest realną odpowiedzią na
problemy, z którymi się zmagamy, i nie można go zredukować do określonej
choroby psychicznej. Redukcja taka byłaby nieodpowiedzialna, gdyż
zaciemniłaby prawdziwy problem. Twierdzenie, że osoba zmaga się z cierpieniem psychicznym, którego źródła tkwią w zaburzeniu
funkcjonowania jej mózgu (czy umysłu) i które ustanie, gdy tylko owo
zaburzenie zostanie wyleczone, oddala nas od analizy najważniejszych
aspektów tegoż cierpienia: (1) sytuacji, która do niego obiektywnie
prowadzi, i (2) braku konkretnych umiejętności psychologicznych, które
pozwalają stawić czoła trudnym okolicznościom, zaakceptować ból związany
z sytuacją życiową i mimo tego bólu działać w osobiście ważnych
sprawach. Hayes i Hofmann są zdecydowanymi rzecznikami poglądu
głoszącego, że szczęście w życiu związane jest z wartościowym i dobrym
działaniem, a niekoniecznie z odczuwaniem zwykłej przyjemności.
Proponują oni odważną zmianę paradygmatu myślenia, to jest przejście od:
cierpienie = nieprzyjemność = choroba
do:
cierpienie = zaangażowane działanie = podążanie w kierunku wartości.
Jest to propozycja zarówno rewolucyjna, jak i konserwatywna. Okazuje się
rewolucyjna, ponieważ odchodzi od postrzegania cierpienia psychicznego w kategoriach metafory choroby fizycznej, którą trzeba leczyć. Nakazuje
nam wyjść poza ramy myślenia negującego negatywność świata i naszego
życia, ich nieprzewidywalność i zmienność. Zrywa z zespołem pojęć i metafor charakterystycznych dla epoki późnego kapitalizmu, zgodnie z którymi każdy może wszystko (jeśli tylko bardzo chce), jedynie ciężka
praca (tak wykonywana w celach zarobkowych, jak praca nad sobą) jest
gwarantem sukcesu, a odczuwanie cierpienia jest wyłącznie kwestią
naszego nastawienia i patrzenia na rzeczywistość, które można zmienić
(po co spoglądać na świat przez czarne okulary, skoro można założyć na
nos okulary różowe). Wspomniana propozycja jest zaś ruchem
konserwatywnym, ponieważ wprost odwołuje się do tradycji duchowych
znanych ludzkości od dawna. Wysiłki Buddy, starożytnych filozofów
greckich i rzymskich czy Jezusa Chrystusa były skupione wokół podobnego
celu, to jest wokół wyzwolenia ludzi od cierpienia, które jest w naturalny sposób spowodowane wrzuceniem nas w świat. Świat zaś ze swojej
istoty nas przekracza, nie daje się opanować, stawia przed nami realne
wymagania.
Stosunki międzyludzkie nie zawsze są sprawiedliwe, a sprowadzenie ich
jedynie do wymiany ekonomicznej zaburza je jeszcze bardziej.
Interesująca jest droga, jaką autorzy przeszli od pierwszej do ostatniej
ze wspomnianych książek i której istotnym przejawem jest rezygnacja w tytule niniejszej książki z określenia "poznawczo-behawioralna".
Terapia poznawczo-behawioralna oparta na procesach zachęcała do
rozmowy. Hayes i Hofmann z jednej strony podkreślali w niej konieczność
odejścia od protokołów terapeutycznych opracowywanych w celu leczenia
"zaburzeń" psychicznych, z drugiej strony zaś zapraszali specjalistki i specjalistów reprezentujących różne dziedziny interwencji
psychologicznej w ramach szeroko pojętego behawioryzmu (pierwsza fala:
terapie behawioralne; druga fala: terapia poznawczo-behawioralna;
trzecia fala: terapie wracające do podstaw behawioryzmu i modyfikujące
go, tj. terapia akceptacji i zaangażowania, terapia dialektyczno-behawioralna i terapia poznawcza oparta na uważności) do prezentacji
wyników ich pracy oraz do przeniesienia uwagi z wykorzystania tychże
wyników w konkretnym protokole na wykorzystanie ich do diagnozy
konkretnych trudności klientów i klientek oraz do wdrożenia interwencji.
Intencją było pokazanie, że u źródeł najrozmaitszych "chorób"
psychicznych leżą podobne procesy psychologiczne, więc interwencje
nakierowane na konstelacje tych procesów (a nie na "chorobę") będą
skuteczniejsze. Na przykład rozróżnianie między rodzajami zaburzeń
emocjonalnych wydaje się nieefektywne, skoro u podstaw tychże zaburzeń
leżą podobne procesy: brak akceptacji emocji, brak określenia wartości i zaangażowanego działania oraz przeszacowanie wagi myślenia o sobie,
świecie, innych i przyszłości. Podejście prezentowane we wspomnianej
książce już było rewolucyjne, a jednocześnie współgrało z ideą terapii
transdiagnostycznej, zaproponowanej między innymi przez Davida H.
Barlowa, która starała się wyzwolić spod dominacji diagnozy
nozologicznej problemu, zachowując jednocześnie sztywność podążania za
protokołem terapeutycznym.
Pracując nad książką Ponad DSM, Hayes i Hofmann zwrócili się w stronę
programu badawczego amerykańskiego National Institute of Mental Health.
W ramach procedury opracowywanej przez ów instytut miano nie tylko
odejść od diagnoz nozologicznych, ale także przejść do szerokiego
ujęcia cierpienia psychicznego, integrującego podejście biologiczne (od
poziomu pojedynczych komórek przez ich zespoły po funkcjonowanie organów
i całego organizmu), psychologiczne (zachowania i procesy psychiczne)
oraz społeczno-kulturowe. Inicjatywa ta została określona jako
"podejście kryteriów domen badawczych", czyli Research Domain Criteria
(RDoC), i stanowiła istotny punkt teoretycznego i praktycznego
odniesienia wspomnianej książki. Co warto podkreślić, w Ponad DSM
redaktorzy wyraźnie zwracają się również w stronę teorii ewolucji, która
wydaje się teorią podstawową dla wszystkich badań związanych z układami
biologicznymi, i starają się objaśnić swój model za pomocą jej pojęć. Wybór takiego rozwiązania w przypadku problematyki
związanej ze zdrowiem psychicznym może praktykom i praktyczkom wydawać
się mało istotny. Warto jednak podkreślić teoretyczną wagę tego kroku.
Jak wiemy, wysiłki zmierzające do uproszczenia teorii naukowej i wyjaśnienia pojęć danej dziedziny za pomocą pojęć dziedziny bardziej
podstawowej stanowią ważny wskaźnik rozwoju teorii. Książka Ponad DSM
zawiera przegląd teoretycznych propozycji dostarczających narzędzi do
przekroczenia diagnoz nozologicznych -?stanowi zapis gorączkowych
poszukiwań nowych rozwiązań i prób stworzenia nowego paradygmatu
myślenia o psychoterapii. Jej waga teoretyczna i inspiracyjna jest
ogromna, ale praktykom i praktyczkom publikacja ta może wydawać się zbyt
ogólna i niedająca konkretnych wytycznych do pracy.
W niniejszej książce Hayes i Hofmann dokonują kolejnego zwrotu w swoim
myśleniu. Porzucają nadzieje związane z podejściem kryteriów domen
badawczych. Poza wzmianką, że zamieniło się ono w kolejny
redukcjonistyczny program upatrujący źródeł cierpienia jedynie w zaburzeniach biologicznych, nie uzasadniają szerzej tej zmiany. Możemy
tylko domniemywać, że poszukiwanie przyczyn cierpienia psychicznego w naukach biologicznych wiąże się z dużym ryzykiem jego powtórnej
medykalizacji i wzmożenia prac związanych z farmakoterapią. Hayes i Hofmann wracają do rezultatów badań zaprezentowanych w Terapii
poznawczo-behawioralnej opartej na procesach, mającej podstawowe
znaczenie dla niniejszej książki i zawierającej opis kluczowych procesów
psychologicznych, do których autorzy będą się odwoływać, a także technik
terapeutycznego oddziaływania na te procesy. Pomijają jednakże w tytule
określenie "poznawczo-behawioralna" Ich intencje wykraczają poza jeden
paradygmat terapeutyczny -?autorom zależy na integracji różnych szkół
terapeutycznych.
Przedstawiwszy uwagi porównawcze, skupię się teraz na niniejszej
książce. Wróćmy do problemów związanych z diagnozą nozologiczną i rozważmy przypadek, który analizowany jest w rozdziale 1.
Trzydziestoletni Bill podjął terapię po rozstaniu z partnerką. Spełniał
kryteria rozpoznania depresji, więc z myślą o jej wyleczeniu terapeutka zastosowała protokół terapii poznawczo-behawioralnej. Po
dwunastu sesjach wydawało się, że wszystko poszło dobrze. Objawy Billa
znacznie się zmniejszyły i terapia została zakończona. Jednak po pewnym
czasie objawy wróciły. Klient nadal zmagał się z poczuciem braku sensu
oraz z samotnością. Gdyby -?zgodnie z metaforą -?psychoterapia była
leczeniem ukrytej choroby, coś takiego nie mogłoby się zdarzyć.
Trzymając się metafor, wyobraźmy sobie depresję jako chorobę wywołaną
przez nieznanego pasożyta, który zmienia funkcjonowanie mózgu (przy
braku rzeczywistego biomedycznego wyjaśnienia depresji taka fantazja
jest równie zasadna, jak każda inna). Załóżmy też, że zmiany zachowania
wypracowane w trakcie terapii wpływają na funkcjonowanie mózgu Billa -
zmienia się równowaga neurohormonów i innych czynników, co powoduje, że środowisko staje się śmiercionośne dla
"depresyjnego" pasożyta, który ginie, a klient wraca do zdrowia. W takiej sytuacji szybką remisję mogłoby tłumaczyć jedynie powtórne
zarażenie, a powtórzenie wdrożonego pierwotnie protokołu powinno znowu
doprowadzić do wyleczenia.
Przypuszczam, że wiele osób uzna, iż takie wytłumaczenie remisji jest
błędne, a powtórzenie protokołu poznawczo-behawioralnej terapii depresji
niespecjalnie pomoże Billowi. Co pominęliśmy? Skupiając się na diagnozie
psychiatrycznej, pomijamy cały kontekst życia klienta -?jego wartości,
umiejętności społeczne, przywiązanie do myśli, że jedynie życie w związku jest wartościowe, a prawdopodobnie także wiele innych czynników.
To właśnie zwrócenie uwagi na te czynniki (zarówno środowiskowe, jak i związane z konkretnymi umiejętnościami psychologicznymi -?procesami -
które uruchamiają się na skutek sytuacji życiowej) pomoże opracować
adekwatną konceptualizację problemu, z którym mierzy się ów młody
mężczyzna. Dzięki tej konceptualizacji będziemy mogli w trakcie terapii
zaprojektować interwencje prowadzące do wzmocnienia określonych procesów
psychologicznych, czy wręcz uczące klienta stosowania nowych procesów.
W niniejszej książce autorzy klarownie pokazują, jak oprzeć na takim
myśleniu diagnozę i rozumienie problemów klientek i klientów oraz dobrać
odpowiednie narzędzia terapeutyczne. Diagnoza ta odwołuje się do teorii
oddziaływań sieciowych. Problemy psychologiczne prowadzące do cierpienia
rzadko, jeśli w ogóle, występują pojedynczo i wpływają na nas
jednokierunkowo. Dlatego w zrozumieniu naszego zachowania znacznie
lepiej pomaga model sieci, to jest wzajemnie powiązanych ze sobą
procesów psychologicznych, ich bieżących uwarunkowań środowiskowych i historii uczenia się zachowania. Każdy element sieci, czyli węzeł, może
oddziaływać na wiele innych jej elementów. Ponadto oddziaływania między
węzłami bardzo często są obustronne, na skutek czego procesy
psychologiczne zaczynają same się wzmacniać (co przeważnie prowadzi do
cierpienia zwanego psychopatologią). Dzięki interwencjom terapeutycznym
zakłócamy działanie sieci, wprowadzając do niej nowe węzły, które
osłabiają wpływ sprzężeń nieadaptacyjnych. Nowe węzły sieci to w istocie
nowe umiejętności psychologiczne, które pozwalają nam funkcjonować w sposób bardziej adaptacyjny (tj. zgodny z tym, jacy chcemy być naprawdę,
z naszymi wartościami i potrzebami).
Czyniąc skomplikowaną rzecz prostszą: osoba odczuwająca lęk przed
wystąpieniami publicznymi, która uważa, że ów lęk jest nie do zniesienia
i należy go unikać, zaczyna wycofywać się z takich wystąpień.
Prawdopodobnie zaczyna myśleć o sobie w negatywny sposób (np. "Ludzie
zobaczą, że jestem głupia"), co nasila obawy związane z występowaniem
publicznie. Wycofanie się z trudnej sytuacji potwierdza jej przekonanie,
że lęk jest czymś złym (nie doświadczając nigdy tego, iż da się
przetrwać lęk i robić różne rzeczy pomimo jego odczuwania, nie mamy
szansy zakwestionować przekonania, że jest on zły). W ten sposób osoba ta wikła
się w sieć wzajemnie napędzających się przekonań, zachowań i emocji.
Terapia może polegać na zachęcaniu jej do nowych zachowań, na przykład
do większej akceptacji emocji, do traktowania własnych myśli mniej
poważnie czy do angażowania się w zachowania prowadzące do odczuwania
nieprzyjemnych uczuć.
Prezentowany sposób myślenia ma wiele zalet, ale chciałbym zwrócić uwagę
na jedną. Układy sieciowe są układami chaotycznymi -?ich zachowania nie
można opisać ani przewidzieć na podstawie równań liniowych. Zmiany tych
układów nie zachodzą w sposób liniowy (tj. nie możemy zaobserwować
procesu stopniowej poprawy i zmiany), lecz przeważnie są szybkie i obejmują wiele węzłów sieci. Pozwala to zrozumieć obserwowaną często w praktyce psychoterapeutycznej szybką i nagłą zmianę u osób, którym
staramy się pomóc. Po miesiącach terapii i przeżywania bezsilności oraz
poczucia porażki zauważamy, że nagle osoby te zaczynają rozkwitać. Model
sieciowy pozwala rozwiązać tę zagadkę. Ponadto ułatwia nam przygotowanie
się na załamanie funkcjonowania klientek i klientów (które jest bardzo
prawdopodobne i może być równie spektakularne) oraz pozwala bez poczucia
winy planować wspólnie z nimi interwencje służące stabilizacji sieci
adaptacyjnej.
Model ten powinien również skłaniać nas do zachowania czujności. Hayes i Hofmann wielokrotnie podkreślają wagę stosowania metod pozwalających na
częste monitorowanie stanu osób, z którymi pracujemy, i związanych z nim
procesów psychologicznych. Taki monitoring może dostarczyć wielu
istotnych danych, które pozwalają zweryfikować naszą konceptualizację
problemu. Im bardziej dopracowana konceptualizacja -?czyli analiza
sieciowa problemu klienta/klientki -?tym lepiej pozwala przewidzieć
przyszłe zachowania i kryzysy osoby oraz na tej podstawie opracować
skuteczne metody interwencji. Autorzy niniejszej książki wiążą duże
nadzieje z wykorzystaniem nowych technologii do prowadzenia wspomnianego
monitoringu. Dysponujemy już aplikacjami przypominającymi o dokonaniu
subiektywnej oceny stanu psychicznego -?wystarczy po usłyszeniu
powiadomienia kliknąć odpowiednią opcję. Istnieją także aplikacje
monitorujące stan fizyczny, czyli pobudzenie, liczbę kroków, które
przeszliśmy, i tym podobne parametry. Dzięki temu możemy gromadzić coraz
konkretniejsze i dokładniejsze informacje na temat własnego
funkcjonowania. Z pewnością otwiera to pole do opracowywania interwencji
psychologicznych opartych na solidnych dowodach naukowych. Możliwe, że w nieodległej przyszłości będziemy nie tyle odwoływać się do subiektywnej
relacji klientów i klientek dotyczącej ich funkcjonowania, ile po prostu
prosić ich o zapis danych z telefonu komórkowego.
Wizja ta pod pewnymi względami wydaje się złowieszcza, gdyż
psychoterapia i nauka ją gruntująca mogą się zmienić w narzędzie
totalnej kontroli i dehumanizacji, a nie wyzwolenia i budowania
sprawiedliwego społeczeństwa. Praca Hayesa i Hofmanna daje podstawy do
stworzenia potężnych narzędzi wywierania wpływu na ludzi. Postęp w dziedzinie fizyki cząstek elementarnych pozwolił nam kontrolować
niewyobrażalne moce energii. Wykorzystaliśmy to do stworzenia tak broni
jądrowej, jak elektrowni jądrowych -?wciąż pracujemy na podstawie tych
teorii nad technologiami mogącymi zapewnić "czystą" energię. Wydaje się,
że stoimy u progu rewolucji w naukach psychologicznych porównywalnej z powstaniem fizyki kwantowej i teorii względności. Zmiana może być
całościowa, szybka, a jej praktyczne zastosowania mogą wymknąć się nam
spod kontroli. Warto o tym pamiętać.
Na koniec obiecany zwrot do kolegów i koleżanek wywodzących się z psychoanalitycznych szkół myślenia o terapii. Jakiś czas temu miałem
przyjemność prezentować sposób rozumienia terapii oraz metody
interwencji wypracowane w ramach kontekstualnych nauk o zachowaniu
zespołowi terapeutów i terapeutek pracujących z dziećmi i młodzieżą,
którzy reprezentowali różne nurty terapeutyczne. Spotkanie z osobami
uprawiającymi mój zawód, które patrzą na fundujące go założenia z różnych perspektyw, było ekscytującym doświadczeniem. W trakcie
merytorycznej dyskusji dwie terapeutki wygłosiły opinię, którą pozwolę
sobie zacytować z pamięci: "To behawioryzm tak wygląda? Tak naprawdę
myślimy bardzo podobnie. Często nasze diagnozy nie różnią się od
twoich". Mniejsza o wypowiedziane słowa -?ważne są poczucie wspólnoty i poczucie podobieństwa.
Przytoczyłem tę historię na koniec, żeby pokazać ostatnią zaletę tej
książki. Wysiłki jej autorów zmierzają do prawdziwej integracji różnych
szkół psychoterapeutycznych. Ta zaś wydaje się szczególnie ważna nie
tylko jako realizacja zasady etycznej "niezgoda rujnuje, zgoda buduje",
ale też jako bardzo istotny krok w rozwoju nauki. Zgodnie z kryteriami
wypracowanymi przez filozofa nauki Thomasa S. Kuhna dojrzała nauka
charakteryzuje się jednością paradygmatu i zaprzestaniem plemiennych
sporów między przedstawicielami różnych szkół uprawiających namysł nad
daną dziedziną. Dojrzała nauka -?poza ograniczeniami -?daje nadzieję na
szybkie postępy badawcze, a także prowadzi do lepszego rozumienia
świata, do postępu technologicznego i do modernizacji. Książka Terapia
oparta na procesach w praktyce jest jedną z tych, które zapowiadają
istotową zmianę w myśleniu o pomaganiu ludziom cierpiącym psychicznie.
Żyjemy w czasach, które wymagają rozstrzygających decyzji: albo zmienimy
swoje myślenie i sposób postępowania, albo to, co kojarzymy z cywilizacją stworzoną przez homo sapiens, zginie. Czas nadchodzi.
Konrad Ambroziak
dr n. hum. w zakresie filozofii,
psychoterapeuta i superwizor,
redaktor merytoryczny
Rozdział 1. Nauka i praktyka kliniczna: weryfikacja perspektywy
Rozdział 1
Nauka i praktyka kliniczna:
weryfikacja perspektywy
Trzydziestoletni Bill rozpoczął terapię po niedawnym rozstaniu z partnerką. Jest przygnębiony. W wyniku rozpadu związku częściej
ruminuje, co prowadzi jedynie do dalszego obniżenia nastroju. Sara to
empatyczna młoda terapeutka tuż po stażu, w trakcie którego poznała
popularny protokół poznawczo-behawioralnej terapii depresji. Wprawnie
prowadziła każdą sesję zgodnie z podręcznikiem. Po dokonaniu wstępnej
oceny i przeprowadzeniu psychoedukacji przedstawiła klientowi trzy-
elementowy model nastroju -?omówiła jego wymiary: poznawczy, emocjonalny
i biofizjologiczny. Zapoznała Billa z formularzami służącymi do
śledzenia zachowań, myśli i uczuć, a następnie skupiła się na jego
dysfunkcyjnych myślach i nieadaptacyjnych zachowaniach. Zgodnie z zaleceniami z podręcznika ze szczególną uwagą podeszła do skłonności
klienta do ruminacji.
Po dwunastu sesjach Sara oceniła depresję Billa przy użyciu Inwentarza
Depresji Becka, który wykazał umiarkowany, lecz zauważalny jej spadek. I terapeutka, i klient byli zadowoleni z tego wyniku. Biorąc pod uwagę
poprawę, która u niego nastąpiła, Bill zostałby zaliczony do grupy osób
reagujących pozytywnie, gdyby uczestniczył w próbie klinicznej. Po
ostatniej sesji przewidzianej w protokole Sara uznała, że pora zakończyć
terapię. Zaleciła Billowi, aby nadal ćwiczył umiejętności, których
nauczył się w trakcie terapii, w tym wykonywał ćwiczenia służące
aktywizacji behawioralnej oraz korzystał ze strategii pomagających
radzić sobie z ruminowaniem i innymi błędami poznawczymi.
Tuż przed opuszczeniem gabinetu Bill podziękował Sarze. W drodze do domu
jednak poczuł pewien niepokój. Wprawdzie odczuwał mniejsze
przygnębienie, ale zdał sobie sprawę, że nie zbliżył się do tego, co
chciał osiągnąć pod względem emocjonalnym i życiowym. Nadal czuł się
samotny i zagubiony. Usiłował odsunąć te myśli na bok, tłumacząc sobie,
że terapia przecież nie rozwiąże wszystkich problemów, a on być może po
prostu nie potrafi być w oddanym związku. Uczucie niepokoju jednak nie
zniknęło i Bill zastanawiał się, co ma teraz zrobić.
Z kolei Sara była zadowolona ze swojej pracy. Postępowała zgodnie z rzetelnym protokołem leczenia depresji i uważała, że dobrze sobie
poradziła. W świetle tradycyjnych pomiarów rezultatu terapia zakończyła się sukcesem -?i tak
została oznaczona przez Sarę. Terapeutka zajęła się więc innymi
klientami, Bill zaś stopniowo zniknął w jej pamięci.
Sara nigdy się nie dowie, że klient, wychodząc z ostatniej sesji z nią,
odczuwał niepokój i czuł się bezbronny. Nigdy się nie dowie, że za kilka
miesięcy poczucie osamotnienia będzie absorbować całą jego uwagę, że
Bill znów wpadnie w depresję, a nawet będzie miał myśli samobójcze.
Co poszło nie tak? Nie mamy pewności, czy wszystkie problemy Billa
dałoby się skutecznie rozwiązać, wiemy jednak na pewno, że część z nich
w ogóle nie została poruszona. Sara nie zajęła się takimi problemami,
jak osamotnienie klienta, jego relacje, poczucie izolacji i brak
szczęścia. Bill zaś często o nich myślał i zastanawiał się, skąd się
wzięły i co je podtrzymuje. Sara dotknęła tych trudności jedynie
powierzchownie, przekonana, że znikną samoistnie w wyniku zajęcia się
skłonnością do ruminacji i przygnębieniem widocznym w nastroju i zachowaniu klienta. Praca nad umiejętnościami z zakresu relacji nie była
znaczącym elementem protokołu terapii, który był jej tak dobrze znany.
Ponieważ skutecznie leczyła depresję przy użyciu zestawu metod opartych
na dowodach naukowych, uznała, że to wystarczy.
Tylko że nie wystarczyło.
Gra w dobieranie protokołów do objawów
Czy u Billa występuje choroba o nazwie "depresja"? I jak można ją
zdefiniować? Odpowiedzi na te pytania wydają się oczywiste, ale wcale
takie nie są. SARS-CoV-2 to wirus, który wywołał pandemię. Kiedy piszemy
te słowa, pandemia trwa. Wiele osób zmarło z powodu wspomnianego wirusa.
U innych zainfekowanych wystąpiły niegroźne objawy, u jeszcze innych nie
pojawiły się żadne. Pomiar ciepłoty ciała szybko wykrywa potencjalnie
zarażonych, ale umyka mu znaczna liczba przypadków. Dużo dokładniejszy
test polega na wykrywaniu przeciwciał lub fragmentów RNA samego wirusa.
Obecność tych markerów biologicznych jasno potwierdza chorobę.
Nie ma testu, który wykrywałby lęk, schizofrenię czy jakiekolwiek inne
zaburzenie psychiczne. Nie ma ani jednego takiego testu. Nie ma też
szczepionki, która uodparniałaby na konkretne zaburzenie. Tymczasem od
dziesięcioleci psychiatria trzyma się medycznego modelu choroby, który
zakłada, że objawy zaburzenia psychicznego odzwierciedlają występowanie
ukrytej jednostki chorobowej. Diagnostyczny i statystyczny podręcznik
zaburzeń psychicznych, czyli DSM, oraz Międzynarodowa statystyczna
klasyfikacja chorób i problemów zdrowotnych, czyli ICD, to narzędzia
służące temu celowi. Wcześniejsze wersje DSM i ICD opierały się na
teorii psychoanalitycznej i zakładały, że zaburzenia psychiczne są
rezultatem głęboko ukrytych konfliktów. Współczesne wersje jako główną
przyczynę tychże zaburzeń wskazują dysfunkcje procesów biologicznych, psychicznych i rozwojowych.
Przede wszystkim jednak przez ostatnich czterdzieści lat w dziedzinie
psychiatrii akademickiej żywiono nadzieję na zidentyfikowanie
biologicznych markerów zaburzeń psychicznych, na przykład w konkretnych
genach lub obwodach mózgowych.
Poszukiwania w tym kierunku okazują się jednak bezowocne, a wraz z pogłębianiem się wiedzy naukowej spełnienie owej od dawna żywionej
nadziei jeszcze bardziej się oddaliło. Na przykład przeprowadzona u niemal pół miliona osób analiza całego genomu nie potwierdziła związku
między jakimikolwiek często badanymi genami a powszechnie występującymi
zaburzeniami psychiatrycznymi (Border i in., 2019). Wydaje się, że
czynniki genetyczne mogą wchodzić w interakcje ze sobą, z historią
jednostki oraz z kontekstem, prowadząc do wielu rozmaitych problemów
psychicznych.
Wspomniana bezowocność poszukiwań nie doprowadziła jednak do zarzucenia
modelu ukrytego czynnika chorobowego. Zgodnie z chyba najpopularniejszym
poglądem do powstania zaburzeń psychicznych przyczynia się brak
równowagi między neuroprzekaźnikami. W związku z tym firmy
farmaceutyczne opracowały, przebadały i wprowadziły na rynek leki, które
oddziałują na system neuroprzekaźników, zwłaszcza na serotoninę,
dopaminę, GABA i glutaminian. Leki te testowano w badaniach
randomizowanych z grupami kontrolnymi otrzymującymi placebo. W części
tych badań stwierdzono umiarkowany efekt w przypadku pewnych objawów
domniemanych zaburzeń (ale w wielu innych takiego efektu nie
stwierdzono). Pojawiły się też śmiałe innowacyjne badania
psychologiczne, w których porównywano skuteczność wspomnianych leków i interwencji psychologicznych, głównie terapii poznawczo-behawioralnej,
ale także innych terapii opartych na dowodach. Aby zagwarantować
rzetelność prowadzonych badań, opracowano protokoły terapeutyczne
koncentrujące się na objawach psychiatrycznych.
Rezultaty tych badań wstrząsnęły naszą dziedziną. Nierzadko publikowane
w renomowanych czasopismach psychiatrycznych, budziły wiele
kontrowersji. Dobra wiadomość jest taka, że terapia
poznawczo-behawioralna okazała się tak samo efektywna, jak
najskuteczniejsze środki farmakologiczne, a nawet lepsza od nich. Zła
wiadomość zaś jest taka, że terapia ta zaczęła tracić swoje podstawy
teoretyczne, stając się interwencją skoncentrowaną na objawach i opartą
na protokole, nakierowaną bardziej na zaburzenie niż na leczenie osoby.
Obecnie jest ona uważana za dominującą, stanowiącą złoty standard
terapię psychologiczną, uznawaną i docenianą nawet przez najbardziej
biologicznie zorientowanych psychiatrów.
Koszty naukowe i społeczne tego osiągnięcia były wysokie. Pomimo ogromu
wiedzy, którą zgromadzono na podstawie badań klinicznych i metaanaliz
rozmaitych form terapii opartych na dowodach, otrzymane wyniki nie
przyczyniły się zanadto do wyjaśnienia ważnych różnic indywidualnych w objawach i w reakcji na terapię ani do zrozumienia mechanizmów zmiany terapeutycznej, zwłaszcza
w przypadku uśredniania różnic tego rodzaju w różnych grupach.
Randomizowane badanie kliniczne, w ramach którego porównuje się -?z wykorzystaniem głównego wskaźnika wyniku (np. Clinical Global Impression
Scale) -?poziom depresji uczestników poddawanych różnym interwencjom,
traktuje zmienność odpowiedzi między uczestnikami jedynie jako
przybliżenie czynników zewnętrznych i błędu pomiaru. Co za tym idzie,
utracone zostają informacje na temat indywidualnych wzorców poprawy lub
pogorszenia oraz ich związku z objawami, kontekstem i leczeniem. Badanie
takie w większości skupia się na analizie prawdopodobieństwa oddziałania
terapii na poprawę w zakresie objawów, a nie na procesie choroby,
okolicznościach jej wystąpienia i objawach danej osoby.
Tymczasem dorosło całe pokolenie praktyków, którzy żywią ekonomicznie
przydatne, lecz naukowo całkowicie błędne przekonanie, że trudności
psychiczne świadczą konkretnej, uwarunkowanej biologicznie dysfunkcji mózgu. W efekcie
ludzie tracą zainteresowanie psychoterapią, choć dane wskazują na jej
skuteczność. Między 1998 a 2007 rokiem (ostatnia dekada z dobrymi
wskaźnikami) liczba osób korzystających jedynie z metod zmiany
psychologicznej spadła o niemal 50%, a liczba osób korzystających z metod psychologicznych i leków -?o około 30%. Gwałtownie wzrosło zaś
stosowanie wyłącznie farmakoterapii -?niemal dwie trzecie osób z problemami psychicznymi polega jedynie na lekach (Olfson i Marcus,
2010).
Ostateczne zwycięstwo w grze w dobieranie protokołów do objawów zależało
od rozpoznania funkcjonalnych jednostek chorobowych, albo przynajmniej
od dostrzeżenia efektów terapii nakierowanych na konkretne objawy. Wobec
braku jednego i drugiego naukowa ścieżka ku dojrzałej formie terapii
opartej na dowodach naukowych zmieniła się w brutalny empiryzm, który
niemal wszystko porównuje z niemal wszystkim w szerokim zakresie
różnorodnych rozpoznań klinicznych subklinicznych. Sama matematyka tego podejścia powoduje, że jest ono nierealne, nawet gdyby liczba nowych metod interwencji i jednostek
objawowych w jakiś magiczny sposób mogła pozostać na bieżącym poziomie -
co przecież nie jest możliwe.
Erę dobierania protokołów do objawów cechował spójny zestaw założeń
wbudowanych w strategię naukową oraz w strategię ochrony zdrowia
publicznego -?każde z nich jednak jest obecnie otwarcie kwestionowane, a o niektórych już wiadomo na pewno, że są błędne. Zarazem wyłania się
wpływowy odmienny program badawczy, który odwołuje się do pewnych
opartych na procesach i idiograficznych założeń wcześniejszych badań
behawioralnych, jak również do bazujących na nich terapii.
Trzeba było czasu, aby ów program badawczy stał się w pełni widoczny -
ze względu na inne niepożądane skutki modelu ukrytego czynnika
chorobowego. Model ten powodował, że twórcom terapii umykał wpływ
normalnych procesów psychicznych na zachowania problemowe. Ponadto
ignorował on potrzeby klientów, którzy oczekiwali konkretnych zmian, a w zamian nadawał priorytet preferowanej
liście oznak i objawów. Redukował cierpienie człowieka do hipotetycznych
nieprawidłowości w mózgu i dysfunkcji biologicznych, a jednocześnie
przykładał mniejszą wagę do znaczenia jednostki oraz jej kontekstu
kulturowego i biopsychospołecznego. Krytycy DSM i ICD twierdzą, że
zaburzenia to arbitralne etykietki używane do opisu typowo ludzkich
doświadczeń, które są uważane za odbiegające od normy. Przykładem niech
będzie to, że w różnych krajach istnieją różne oczekiwania i panują
różne poglądy dotyczące tego, co jest uznawane za normalne. Człowiek,
który twierdzi, że rozmawia z duchami, może w jednej kulturze zostać
uznany za schizofrenika, a w innej za świętego.
Podejście DSM/ICD wstrzymało myślenie o użyteczności oceny i diagnozy
indywidualnych potrzeb, tak jakby ostateczny efekt takiej kategoryzacji -?lepsze wyniki -?miał pojawić się sam z siebie. Brak użyteczności terapeutycznej DSM
i ICD uznano za rzecz oczywistą, ale nie za szokującą oznakę
porażki, którą tak naprawdę jest.
W odpowiedzi na wszystkie głosy krytyki amerykański National Institute
of Mental Health (NIMH) opracował podejście kryteriów domen
badawczych, czyli Research Domain Criteria (RDoC), które ma na celu
sklasyfikowanie zaburzeń psychicznych na podstawie wymiarów
obserwowalnego zachowania i wskaźników neurobiologicznych (Insel i in., 2010). Zgodnie z koncepcją RDoC ukryte nieprawidłowości psychobiologiczne prowadzą do powstania obserwowalnych wzorców, które
nakładają się na siebie w rozmaitych psychopatologiach. Co więcej, w podejściu tym wykorzystano różne poziomy analizy (w tym cząsteczkowy,
obwodów neuronalnych, objawów, zachowania), aby zdefiniować konstrukty,
które -?zgodnie z tą propozycją -?stanowią podstawowe objawy zaburzeń psychicznych.
Choć wytyczne RDoC koncentrują się na ukrytych procesach, to jednak ich
wdrożenie skupiło się niemal całkowicie na procesach biologicznych i zrównało problemy psychiatryczne z zaburzeniami w pracy mózgu (Hofmann i Hayes, 2019). Zarówno według DCM i ICD, jak i według RDoC przyczyną
cierpienia psychicznego jest ukryty czynnik chorobowy. Ale o ile w DSM
i ICD uważa się, że ukryte jednostki chorobowe można zmierzyć przy
użyciu subiektywnych skal objawów i opisów klinicznych, o tyle zgodnie z RDoC ukryty czynnik chorobowy można badać za pomocą testów biologicznych
i behawioralnych. Jeśli jednak model ukrytego czynnika chorobowego sam w sobie jest błędny, to wytyczne RDoC stanowią za mały krok w kierunku
zmiany myślenia o psychoterapii. Należy zmierzyć się z brakiem dowodów
na ukryty czynnik chorobowy, aby praktycy mogli skupić się na
procesach zmiany zachowania -?na mechanizmach, które prowadzą
jednostkę do zmiany, które mają związek z jednostką w kontekście, które
zapewniają większą użyteczność terapii i ukierunkowują interwencję oraz
które pozwalają wyjaśnić złożoność ludzkich zachowań za pomocą prostej
teorii.
Tymczasem po opracowaniu koncepcji RDoC praktycy, przedstawiciele władz
i opinia publiczna w wielu częściach świata nadal nie byli przekonani o wartości opieki psychologicznej opartej na dowodach naukowych. Niekiedy
trudno było wdrażać protokoły, a brak znanych komponentów i procesów
zmiany utrudniał dopasowanie tychże protokołów do jednostek i ich
złożoności. Większość klientów objętych terapią psychospołeczną nie
otrzymywała opieki opartej na dowodach.
Czego klinicyści i klienci oczekują od nauki?
Zapewne każdy z nas zetknął się z takim klientem jak Bill. I tak jak
Sara możemy być przekonani, że doprowadziliśmy do zmiany w życiu
klienta, podczas gdy w rzeczywistości zaledwie dotknęliśmy istoty
problemu. Zarówno Bill, jak i Sara mogą koncentrować się nadmiernie na
"depresji" jako czymś, co mężczyzna "ma", a pomijać wiele ważnych
szczegółów związanych z jego rozstaniem z partnerką, które wyzwoliło
głęboko ukryte poczucie osamotnienia i niedopasowania.
Ludzie to nie kategorie diagnostyczne -?każdy klient jest cierpiącym
człowiekiem z własną opowieścią, historią, z osobistymi celami. Bill nie
"ma" depresji. On czuje się przygnębiony (i samotny, i odizolowany) ze
względu na idiograficzne czynniki biopsychospołeczne, które obejmują
także jego historię osobistą, jego doświadczenia z przeszłości i jego
nieadaptacyjne sposoby radzenia sobie z przeciwnościami.
Bill ma własną historię, która doprowadziła go do podjęcia terapii.
Życie każdego człowieka toczy się w określonym kontekście i czasie,
podobnie jak procesy zmiany, które odmieniają trajektorie życia.
Specjaliści nie muszą dopasowywać zbioru pseudobiomedycznych kategorii
czy nazw ludzkiego cierpienia do osoby. Potrzebują zaś spójnych i mających szerokie zastosowanie modeli procesów zmiany, która musi
zaistnieć -?na poziomie psychologicznym, biofizjologicznym i społeczno-kulturowym -?aby doprowadzić do pozytywnych rezultatów u osób
szukających specjalistycznej pomocy. Procesy zmiany zachodzą na
ścieżkach istotnych funkcjonalnie, dlatego koncentracja na użyteczności
terapii powinna być pierwszym krokiem kategoryzacji, nie zaś tym
oczekiwanym, który nigdy się nie pojawia. W końcu zwiększenie
prawdopodobieństwa naprawdę dobrego wyniku jest tym, czego oczekują
zarówno klinicyści, jak i klienci od nauki o interwencji
psychologicznej.
Najpopularniejsze narzędzia metodologiczne i analityczne stosowane w nauce o interwencji psychologicznej nie spełniają do końca swego
zadania, nawet jeśli są nakierowane na procesy zmiany. Kiedy jednak
spoglądamy na opisywane problemy świeżym okiem, zauważamy nowe sposoby
ujęcia trudności człowieka za pomocą dostępnych narzędzi tego rodzaju.
Odkrywamy nowe drogi postępu.
Procesy zmiany reprezentują te aspekty przypadku klinicznego, których
zmianę obserwujemy w krótkim czasie i które wiarygodnie prognozują
wyniki długofalowe. Owa bliskość czasowa jest tu istotna. Na przykład
wiemy, że zmiany w sposobie mówienia przez klientów o swoich myślach i trudnościach w trakcie pierwszych sesji terapeutycznych mogą
pośredniczyć w późniejszych wynikach, przez co stanowią wczesny wskaźnik
rzeczywistego postępu, który śledzimy w trakcie sesji. Inaczej niż w innych obszarach specjalizacji klinicyści nie stają się bardziej
kompetentni w miarę nabywania doświadczenia, nie uzyskują bowiem
natychmiastowej informacji zwrotnej na temat swoich działań.
Koncentracja na procesach może im jednak zapewnić taki rodzaj
natychmiastowej i przydatnej informacji zwrotnej, który jest niezbędny
do tego, by doświadczenie prowadziło do pogłębiania wiedzy
specjalistycznej.
Procesy zmiany terapeutycznej definiujemy jako oparte na teorii,
dynamiczne, stopniowe, powiązane kontekstowo, modyfikowalne i wielopoziomowe zmiany lub mechanizmy, które pojawiają się w przewidywalnych, empirycznie ustalonych sekwencjach oraz które można
wykorzystać w celu uzyskania pożądanych rezultatów (zwróć uwagę, że
definicja ta zawiera drobne doprecyzowanie w porównaniu z definicją z:
Hofmann i Hayes, 2019, s. 38). Są one:
oparte na teorii, ponieważ wiążą się z jasnym naukowym stwierdzeniem relacji między zdarzeniami oraz prowadzą do dających się \przetestować prognoz i metod oddziaływania;
dynamiczne, ponieważ mogą obejmować pętle sprzężenia zwrotnego oraz zmiany o charakterze nieliniowym;
stopniowe, ponieważ mogą wymagać uporządkowania według kolejności, aby dało się osiągnąć cel terapii;
powiązane kontekstowo i modyfikowalne, ponieważ zwracają uwagę bezpośrednio na praktyczne zmiany lub na kluczowe elementy interwencji, które pozostają w zasięgu praktyków;
wielopoziomowe, ponieważ niektóre procesy zastępuj ą inne lub wchodzą w ich skład.
Wreszcie, "należy zauważyć, że termin proces terapeutyczny bywa
stosowany w literaturze w odniesieniu do relacji pacjent -?terapeuta,
która obejmuje tak zwane czynniki wspólne, takie jak przymierze
terapeutyczne i inne czynniki związane z relacją terapeutyczną. Termin
ten w znaczeniu, jakim się tutaj posługujemy, może obejmować owo
bardziej tradycyjne użycie, o ile procesy opierają się na jasno
określonej i możliwej do przetestowania teorii oraz spełniają sugerowane
przez nas standardy empiryczne. Niemniej jednak to nie jest synonim
owego tradycyjnego użycia" (Hofmann i Hayes, 2019, s. 38). Wrócimy do
tej definicji w rozdziale 2, w którym dokładniej omówimy jej
poszczególne elementy.
W bieżącym paradygmacie modelu medycznego terapeuci bazujący w swojej
pracy na dowodach naukowych muszą albo ograniczać się do konkretnych
zespołów objawów, albo zdobywać wiedzę specjalistyczną z zakresu różnych
protokołów nakierowanych na różne objawy. Jest to nielogiczne,
niepraktyczne i nierozsądne oraz opiera się na błędnych założeniach.
Nasza dziedzina usilnie dąży do wypracowania powszechnego rozwiązania
wielu tego rodzaju problemów, w czym podejście protokołów nakierowanych
na objawy okazało się nieskuteczne. Uważamy (Hofmann i Hayes, 2019), że
nauka o interwencji psychologicznej musi obejmować oparte na dowodach
naukowych procesy zmiany związane z również opartymi na dowodach
procedurami i rozwijać się na ich podstawie. Czas zrobić krok naprzód.
Przewaga podejścia opartego na procesach
Każde podejście terapeutyczne ma własne metody oceny, terminologię i techniki, które w miarę potrzeby należy dostosować do klienta.
Propozycja opierająca się na procesach to spójny zbiór procesów zmiany,
które można stosować w odniesieniu do bardzo różnych problemów w indywidualnie dopasowany sposób -?co stawia przed praktykami mniej
zniechęcające zadanie korzystania z procesów zmiany w celu dopasowywania
kluczowych elementów interwencji do potrzeb osoby, z którą pracują. W ramach tego podejścia nie trzeba zobowiązywać się z góry do stosowania
rozwiązań z konkretnej szkoły, orientacji terapeutycznej czy protokołu.
Istnieją oczywiście pewne uzasadnione różnice filozoficzne, które należy
uwzględnić, a modele procesów zmiany są potrzebne do uproszczenia i uporządkowania dostępnych dowodów. Ale kwestie takie jak przynależność
do określonej szkoły terapii, odmienność orientacji terapeutycznej czy
"marka" stosowanej interwencji schodzą na dalszy plan względem
indywidualnych potrzeb klienta.
System zorientowany na procesy może pomóc w zaniechaniu bezowocnych
debat nad poziomami analizy (np. "to mózg" -?"nie, to relacja
terapeutyczna") czy preferowanymi wymiarami rozwoju psychicznego (np.
"to jest poznawcze" -?"nie, to jest behawioralne"), które są prowadzone,
jeszcze zanim weźmie się pod uwagę konkretne potrzeby konkretnego
klienta. W zamian terapeuci i badacze mogliby się skupiać na
najistotniejszych dla tegoż klienta procesach biopsychospołecznych,
biorąc pod uwagę jego cele i bieżące okoliczności, oraz na wskazaniu
metod, które najlepiej wesprą osiągnięcie tych celów oraz zapewnią
większą wolność w rozpatrywaniu procesów i technik z rozmaitych tradycji
i modeli (Hayes i Hofmann, 2020; Hofmann i Hayes, 2019).
Wskazówki dotyczące interwencji muszą być spójne naukowo, a także mieć
użyteczność terapeutyczną, która odpowiada potrzebom jednostki (Hayes i in., 2019). Argumentem przemawiającym za podejściem opartym na procesach
jest według nas to, że pozwoli ono terapii opartej na dowodach naukowych
wyjść poza pułapki protokołów dla zespołów objawów, które spowolniły
postęp naukowy i kliniczny oraz sprawiły, że pojęcie terapii opartej na
dowodach stało się dla wielu nie do przyjęcia. Kierując się potrzebami
indywidualnych klientów i skupiając się na procesach zmiany, można
opracować programy badań interwencyjnych, które pełniej integrują
sposoby podejścia skoncentrowane na tym, co indywidualne (idiograficzne), i na tym, co uniwersalne (nomotetyczne).
Nie jest to kwestia liczebności, lecz poziomu analizy. Intensywną,
częstą ocenę powiązaną z dynamiczną analizą sieci (którą opiszemy w rozdziale 2) można wbudować w randomizowane kontrolowane badania
interwencji. W ten sposób może powstać program badań, który przy
zgłębianiu kwestii nomotetycznych pozostaje wrażliwy na jednostkę bez
naruszania założeń logicznych i statystycznych. Celem jest opracowanie
opartego na teorii i dającego się przetestować modelu procesów, które są
zaangażowane w terapię. Wiele procedur potrzebnych do namierzenia takich
procesów jest już znanych; należy je tylko zestawić ze sobą w taki
sposób, aby dopasować je do danej osoby (Hayes i Hofmann, 2020).
Taka wizja terapii opartej na dowodach naukowych zmienia klasyczne
"pytanie kliniczne" Gordona Paula dotyczące tejże terapii, które leżało
u podstaw działań pierwszych terapeutów behawioralnych. Zamiast pytać:
"Jaka terapia i przez kogo prowadzona jest najskuteczniejsza dla tej
konkretnej osoby z tym konkretnym problemem, jak również w jakich
okolicznościach i jak do tego dochodzi?" (Paul, 1969, s. 44) w nowoczesnym podejściu opartym na procesach pytamy: "Na jakie podstawowe
procesy biopsychospołeczne powinna być nakierowana praca z tym klientem,
biorąc pod uwagę ten cel w tej sytuacji, oraz jak je najsprawniej i najskuteczniej zmienić?" (Hofmann i Hayes, 2019, s. 47).
Owa zmiana w zasadniczym pytaniu przenosi uwagę ze wskazywania
skutecznych pakietów terapeutycznych dla danego typu problemów na
wdrażanie skutecznych elementów terapii opartych na systemach procesów
zmiany terapeutycznej. Na przykład zamiast szukać najlepszej terapii
depresji skupiamy się na znalezieniu najlepszego sposobu na poprawę
nastroju, zredukowanie poczucia osamotnienia i wspieranie budowania
wartościowszych, bliższych relacji w przypadku klienta, u którego w wyniku rozpadu związku pojawiły się sztywność i wzorce unikania
emocjonalnego. Taka prosta zmiana zapewniłaby Billowi znacznie bogatsze
doświadczenie terapii, a Sarze dałaby bogatszy zbiór narzędzi opartych
na dowodach naukowych, aby zająć się problemami tego klienta.
Opartą na dowodach naukowych terapię, którą prowadzi się w duchu
podejścia opartego na procesach, nazwaliśmy terapią opartą na
procesach (ang. process-based therapy, PBT). Nie jest to żadna
nowa terapia -?jest to nowy model terapii bazującej na dowodach. Jej
celem jest zrozumienie procesów zmiany danej osoby i praca nad nimi, a zarazem odejście od nomotetycznych, bazujących na grupie analiz, które
pomijają ważne procesy indywidualne, potencjalnie istotne dla skutecznej
i wydajnej pracy terapeutycznej. W terapii opartej na procesach
podkreśla się prymat funkcji nad treścią oraz bazuje na określaniu i testowaniu kluczowych, powiązanych ze sobą procesów zmiany, aby jak
najlepiej leczyć klienta w konkretnym kontekście i konkretnym czasie.
Terapia jest więc dostosowana do bieżących problemów danej osoby przy
poszanowaniu faktu, że skuteczne terapie nie muszą się ograniczać do
jednej wybranej orientacji terapeutycznej (np. behawioralnej lub
psychodynamicznej) czy strategii leczenia, ale raczej mogą się
koncentrować na konkretnych, mierzalnych procesach zmiany prowadzących
do rozwiązania indywidualnych problemów i do poprawy dobrostanu.
Nowy układ odniesienia
Podejście biomedyczne, oparte na modelu ukrytego czynnika chorobowego,
dominowało w naszej dziedzinie pół wieku. Okazało się nieskuteczne.
Uważamy, że to wystarczy. Osoby, która cierpi, nie można zredukować do
układu genów, zaburzenia w funkcjonowaniu mózgu czy zakłócenia równowagi
neuroprzekaźników. Rozwój terapii opartej na dowodach naukowych przez
dziesięciolecia bazował na eksperymentalnych testach protokołów mających
oddziaływać na zespoły objawów psychiatrycznych. W miarę słabnięcia tego
paradygmatu pojawia się na jego miejsce podejście terapeutyczne oparte w większym stopniu na procesach, skoncentrowane na tym, jak najlepiej
namierzać i zmieniać podstawowe procesy biopsychospołeczne w konkretnych sytuacjach konkretnych klientów mających konkretne cele.
Jest to zagadnienie zasadniczo bardziej idiograficzne niż to, które
zwykle było przedmiotem dyskusji w terapii opartej na dowodach
naukowych. W tej książce zarysujemy metody oceny i analizy, które
pozwalają łączyć dane idiograficzne i mogą prowadzić do nomotetycznych
uogólnień w epoce opierania się na procesach.
Zakwestionowanie założeń w nauce prowadzi do zakłócenia dotychczasowego
porządku. W ramach określonej dziedziny badań analityczne założenia a priori zapewniają strukturę determinującą rodzaj zadawanych pytań,
stosowanych metod i danych, które uważa się za zasadne. Specjaliści
często postrzegają pytania, metody oraz jednostki analizy jako wymagane
narzędzia dobrej nauki -?nie odzwierciedlenia założeń -?i w rezultacie
mogą się poczuć na swój sposób zdezorientowani, kiedy w chwili
zakłócenia porządku poddaje się założenia krytycznej ocenie.
Przejście do ram koncepcyjnych terapii opartej na procesach wymaga
przeformułowania pytania z zakresu psychologii klinicznej z: "Jakie
terapie działają?" na: "Jak terapie działają?". Celem terapii opartej na
procesach jest możliwie najlepsze zrozumienie, na jakie procesy
biopsychiczne u jednostki kierować działania, biorąc pod uwagę jej cele
i etap interwencji, oraz jak najlepiej tego dokonać, wykorzystując
analizę funkcjonalną, podejście analiz sieciowych i identyfikację
podstawowych procesów zmiany wywodzących się z terapii bazujących na
dowodach (Hayes i Hofmann, 2020). Terapia ta obejmuje określenie
podstawowych procesów zmiany i zajmowanie się nimi przy jednoczesnej
koncentracji na problemach osoby.
Interwencja obejmuje formułowanie możliwych do przetestowania hipotez,
aby wykorzystać indywidualne mocne strony klienta i zająć się obszarami
problemowymi zgodnie z jego celami. Klasyfikacja oparta na zespołach
objawów traktuje jednostki tak, jakby należały do homogenicznej grupy,
co uzasadnia się tym, że występuje u nich taki sam ukryty czynnik
chorobowy -?chociaż prowadzone od dziesięcioleci badania pokazują, że
osoby z podobnymi problemami często doświadczają różnych trudności
życiowych i cechują je różne trajektorie życiowe. Rozwój podejścia
objawowego pochłonął miliardy dolarów i wiele dekad. Na darmo. Czas na
zmianę, nawet bez finansowego wsparcia wielkich koncernów
farmaceutycznych i głównych instytucji finansujących.
Koncentracja na procesach zmiany rodzi fundamentalne pytania o kwestie
praktyczne, metodologiczne i statystyczne, które stają się bardziej
oczywiste w chwili odrzucenia standardowego podejścia diagnostycznego.
Nigdy nie doszło do powstania "homogenicznych populacji" obiecywanych
przez kategorie diagnostyczne DSM i ICD, a dążenie do ich stworzenia
opóźniło przyznanie, że bez homogeniczności uogólnianie wniosków z analiz grup na jednostkę jest matematycznie niemożliwe (Gates i Molenaar, 2012). Dziedzina badań klinicznych i psychologicznych jest
gotowa do stosowania statystycznych i terapeutycznych metod
skoncentrowanych na osobie -?choć są bardziej wymagające -?aby poszerzać
naszą wiedzę o psychopatologii i interwencjach poznawczo-behawioralnych. Podejście oparte na procesach pozwala na tego
rodzaju przeniesienie akcentu na jednostkę oraz jej kontekst i objawy.
Analiza funkcjonalna a koncentracja na procesach zmiany
Terapia oparta na procesach skupia się na funkcjonalnie istotnych
procesach zmiany, co zapewnia użyteczność pracy terapeutycznej. Dlatego
jej cele, takie jak uwzględnienie kontekstu czy użyteczności konkretnych
zachowań, są podobne do celów klasycznej analizy funkcjonalnej. W terapii tej jednak bierze się pod uwagę i dostosowuje na użytek
kliniczny szerszy zakres procesów. Kiedy ograniczamy stosowanie terapii
opartych na dowodach naukowych do określonych diagnoz i tym samym
szufladkujemy się jako specjaliści prowadzący terapię konkretnych grup
lub korzystający z "markowych" metod interwencji, hamujemy samych
siebie. Chociaż specyficzne pod względem diagnostycznym terapie oparte
na dowodach bazują zazwyczaj na uznanych, skutecznych metodach,
wyobraźmy sobie, o ile precyzyjniejsze by były, gdyby dopasować je do
jednostki czy jej potrzeb. Nauczenie czytelniczki i czytelników tego
ostatniego jest celem niniejszej książki.
Analiza funkcjonalna była pierwotnie wykorzystywana w ramach terapii
behawioralnej do opisywania kontroli zachowania za pomocą takich zasad,
jak zależności związane ze wzmacnianiem. Można o niej myśleć jak o identyfikacji i modyfikacji istotnych, wpływowych i kontrolowalnych
procesów powiązanych z konkretnymi zachowaniami jednostki. Owe
powiązania mogą mieć różną siłę zależnie od skali wzajemnego
oddziaływania zmiennych.
Choć wielu badaczy zauważyło, jak istotna jest praca funkcjonalna, to
analiza funkcjonalna nie była stosowana na większą skalę poza tradycyjną
analizą zachowania, w której nadal dominuje koncentracja na
bezpośrednich zależnościach. Terapia oparta na procesach ponownie
kładzie nacisk na analizę funkcjonalną, a niedawno (Hayes i in., 2019)
opisaliśmy, jak powiązać model prezentowany w tej książce z nowym
rodzajem analizy funkcjonalnej, to jest z analizą funkcjonalną opartą
na procesach, którą omówimy w rozdziale 3. To z kolei umożliwia
powiązanie procedur terapeutycznych opartych na dowodach naukowych z odpowiednimi opartymi na dowodach naukowych procesami.
Stosowanie analizy funkcjonalnej opartej na procesach wymaga
rozróżnienia procedur i procesów terapeutycznych (por. Hayes i Hofmann,
2020). Procedury terapeutyczne są to techniki, z których korzysta
terapeuta, aby osiągać cele terapii klienta. Z kolei procesy
terapeutyczne można opisać jako podstawowe sekwencje zmian
biopsychospołecznych, które prowadzą do osiągnięcia przez klienta celów
terapii. W kolejnych rozdziałach pokażemy bardziej szczegółowo, jak
posługiwać się tym rozróżnieniem.
Jako klinicyści monitorujemy funkcję i okoliczności myśli klientów, ich
emocji, zmian w zakresie uwagi, ich poczucia Ja, motywacji i zachowań,
jak również staramy się pogłębić świadomość obszarów biofizjologicznych
i społeczno-kulturowych istotnych z punktu widzenia ich celów. Badając
te obszary pod kątem procesów zmiany i wiążąc dane z decyzjami
dotyczącymi interwencji, zyskujemy konkretne narzędzia, które pozwalają
przeprowadzić analizę funkcjonalną opartą na dowodach naukowych, aby
wskazać procesy zmiany do pracy i pomóc klientom w osiągnięciu ich
celów.
Metamodel celów terapii
Klinicyści różnią się między sobą orientacją terapeutyczną, założeniami,
a nawet ulubionymi strategiami terapeutycznymi. W konsekwencji ten sam
klient może trafić na różnych terapeutów, którzy proponują różne modele
pracy. Terapia oparta na procesach nie ogranicza różnorodności metod, a wręcz zachęca klinicystów do uwzględniania procesów opartych na dowodach
naukowych, które powstały poza przyjętym przez nich podejściem
terapeutycznym, i do wykorzystywania tych, które sprawdzą się najlepiej
u danej osoby.
Terapia oparta na procesach musi więc bazować na takim ujęciu
interwencji, które pomieści wszystkie procesy zmiany oparte na dowodach
naukowych bez względu na konkretną orientację terapeutyczną. Dlatego też
potrzebny jest nam kompleksowy, spójny wewnętrznie i funkcjonalny system
porządkowania jej procesów. Teoretyczne podstawy takiego metamodelu są
zakorzenione w zasadach ewolucyjnych, które pomagają zrozumieć rozwój
systemów złożonych w naukach przyrodniczych. Proponowany przez nas
rozszerzony metamodel ewolucyjny zapewnia spójność1 i wspólny język dla wspomnianego systemu (Hayes, Hofmann i Wilson, 2020).
W ramach tego metamodelu -?o czym będzie mowa dalej -?odnosi się
ewolucyjne koncepcje odpowiednich do kontekstu zmienności, selekcji i utrzymania do podstawowych wymiarów i poziomów biopsychospołecznych
związanych z problemami, cierpieniem i pozytywnym funkcjonowaniem
człowieka. Jest to istota terapii opartej na procesach i praktyczny cel
niniejszej książki. Pora zatem zacząć pracę nad stosownymi
umiejętnościami.
Ćwiczenie 1.1.
Określ problem
W każdym rozdziale będziemy prosić cię o wykorzystanie tego, o czym była
mowa, w ramach krótkiego ćwiczenia. Czasami będzie to wymagało
zgłębienia omawianych koncepcji poprzez zastosowanie ich we własnym
życiu. Zdecydowaliśmy się na to z dwóch powodów. Po pierwsze, znasz
swoje życie w najdrobniejszych szczegółach, więc możesz odwołać się do
jego bogatej historii. Po drugie, ćwiczenie na sobie pozwala poczuć
bardziej intuicyjnie czy też doświadczeniowo, jak działają omawiane
koncepcje. W każdym ćwiczeniu będziemy podawać przykładowe odpowiedzi. W trakcie czytania miej pod ręką notatnik. Oto pierwsze ćwiczenie.
Wybierz jeden lub dwa obszary problemowe w swoim życiu, które -?gdyby
przyszło ci skorzystać z pomocy psychologa -?mogłyby zostać wybrane
przez ciebie do pracy. Problemy te mogą mieć długą lub krótką historię;
jedynym wymogiem jest to, że zmagasz się z nimi obecnie. Twoim zadaniem
jest opisanie każdego z obszarów w jednym akapicie, tak jak podczas
wstępnej konsultacji z terapeutką. Podaj wszystkie szczegóły, które
według ciebie mają znaczenie.
Proponujemy wybranie jednego lub dwóch obszarów problemowych, ponieważ
od następnego rozdziału będziemy się do nich odwoływać, a czasem
wyłonienie problemu na potrzeby ćwiczenia wymaga nieco namysłu. Dlatego
teraz masz okazję się nad tym zastanowić. Jeśli wiesz, że dany obszar
jest najwłaściwszy, to go wybierz.
Gdy już opiszesz każdy problem, postaraj się na podstawie tego, co wiesz
ze szkoleń, nazwać go przy użyciu diagnozy DSM lub ICD. Możesz użyć
kategorii "nieokreślone inaczej" albo"zaburzenie adaptacyjne" a jeśli
uważasz, że konieczne jest skorzystanie z wielu diagnoz, możesz to
zrobić.
Wreszcie, krótko opisz, jakie uczucia i myśli wywołuje w tobie etykietka
z DSM lub ICD. Dokąd kieruje twój umysł? Jakie reakcje wzbudza w tobie patrzenie na dany problem przez pryzmat DSM/ICD?
Poniżej podajemy przykładowe odpowiedzi w tym ćwiczeniu. Tej samej osoby
będą dotyczyły przykłady we wszystkich pozostałych ćwiczeniach.
Przykład
Obszar problemowy: Odczuwam lęk i czuję się niepewnie, gdy
rozmawiam z ludźmi, zwłaszcza z osobami, których nie znam, które uważam
za atrakcyjne albo które mają jakąś władzę nade mną. W takich chwilach
zdarza mi się pogrążać w myślach -?zamartwiam się tym, co rozmówca o mnie pomyśli, lub że mnie nie polubi. W rezultacie coraz bardziej się
wycofuję we własne myśli. Boję się, że powiem coś głupiego, żenującego.
Radzę sobie z tym albo poprzez nadkompensację, starając się być
najzabawniejszą i najbardziej interesującą osobą w towarzystwie, albo
poprzez wycofanie -?wtedy przepraszam, wychodzę i idę do domu. Tego
rodzaju obawy towarzyszą mi, odkąd pamiętam.
Diagnoza\DSM / ICD: Społeczne zaburzenie lękowe
(fobia społeczna).
Uczucia i myśli wzbudzane przez etykietkę diagnostyczną: Etykietka
z DSM wydaje się nazbyt uproszczona i zarazem zagrażająca. Mam wrażenie,
że cała złożoność mojej sytuacji została wtłoczona w jedną nazwę.
Odbieram to także jako potwierdzenie, że coś jest ze mną nie tak. Coś we
mnie jest popsute i przez to jestem kimś gorszym. Wydaje mi się też, że
do rozwiązania mojego problemu potrzebny jest jakiś lek.