Wstęp
Dlaczego ciągle przytrafia mi się to samo? Porozmawiajmy o odpowiedzialności afektywnej
Czy zdarzyło ci się kiedyś, że osoba, z którą się spotykałaś i z którą
wszystko wydawało się układać wspaniale, zerwała z tobą kontakt bez
żadnych wyjaśnień? Albo twoja najlepsza przyjaciółka od paru dni
odpowiada ci półsłówkami, a ty nie wiesz, co się stało, chociaż
zapytałaś? A może coś ci przypomina taka sytuacja: nagle z niebytu
wyłania się twój eks, kręci się chwilę wokół ciebie, a potem znów
wystawia cię do wiatru i znika? Pewnie wiele razy słyszałaś zdanie:
"Rodzinie trzeba wybaczyć", wypowiedziane po tym, jak jakiś krewny
wywinął ci taki numer, że gdyby zrobił to kolega z pracy, wściekłabyś
się na poważnie. Ale skoro zrobili to matka, brat czy ciotka, uśmiechasz
się tylko i dusisz w sobie gniew.
Nie zdziwiłabym się, gdybyś uważała, że wszystkie te sytuacje są
nieprzyjemne, ale normalne, że ludzie są, jacy są, i że trzeba się z tym
pogodzić. Pozwól mi jednak powiedzieć sobie, że ja się z tym nie
zgadzam. Jeśli nawet uznajemy pewne rzeczy za normalne, bo po prostu
"tak już jest", nie oznacza to, że są one w porządku oraz musimy się z nimi godzić i je znosić. We wszystkich opisanych wyżej przykładach
brakuje czegoś istotnego: odpowiedzialności afektywnej.
Zapewne zapytasz, czym jest odpowiedzialność afektywna. To przede
wszystkim świadomość, że każdą więź poza tobą tworzą także inne osoby,
które czują i mają określone potrzeby. A zatem odpowiedzialność
afektywna to pojęcie obejmujące wszystkie zachowania oparte na
uważności, porozumieniu oraz swobodnej i bezpośredniej komunikacji w kwestii rozmaitych emocji, okoliczności czy decyzji, które mają miejsce
w ramach jakichkolwiek relacji, czy to partnerskich, czy
uczuciowo-seksualnych, czy też przyjacielskich lub rodzinnych. Aby
jakikolwiek związek, w którym pojawiają się emocje, był właściwy,
zdrowy, harmonijny i satysfakcjonujący, bardzo ważne jest, by budować go
z odpowiedzialnością afektywną.
Mogłoby się wydawać, że to przecież po prostu szacunek i empatia na co
dzień, prawda? Tak, ale nie do końca. Jak już wspomniałam, pojęcie to
zawiera także inne elementy, chociaż rzeczywiście szacunek i empatia to
podstawy.
Kiedy osoba, z którą dzielisz łóżko, nie pierwszy raz traktuje cię,
jakbyś była tylko sąsiadką widywaną w windzie, to znaczy, że nie jest
odpowiedzialna afektywnie. Kiedy twoja przyjaciółka wymaga, żebyś
odgadła, co czuje, a kiedy ją o to pytasz, odpowiada "Sama wiesz", także
nie jest odpowiedzialna afektywnie. Kiedy spotykasz się z kimś na seks,
ale chciałabyś czegoś więcej, a ten ktoś nie pozostawia miejsca nawet na
rozmowę na ten temat, aż staje się on czymś w rodzaju tabu, ta osoba nie
jest odpowiedzialna afektywnie.
A zatem brak odpowiedzialności afektywnej odpowiada wzorcowi zachowania,
który wiele osób nosi głęboko w sobie. Nie jest to jednak chwilowy brak
szacunku czy gorszy dzień, kiedy pod wpływem zmęczenia twój bliski mówi
ci, żebyś nie zawracała mu teraz głowy swoimi problemami. Jest to
natomiast wzorzec powtarzający się w kolejnych relacjach, którego osoba
nieodpowiedzialna afektywnie nie próbuje zmienić pomimo zwracania jej
uwagi, że takie zachowanie rani ludzi wokoło.
Odkąd spopularyzowało się pojęcie nieodpowiedzialności afektywnej,
zaczęto - nieraz błędnie - kojarzyć je z niezdrowym uzależnieniem
emocjonalnym, nadwrażliwością, niezdolnością do zaakceptowania
odrzucenia itp. Dlatego równie ważne jest wyjaśnienie, co znaczy być
osobą odpowiedzialną afektywnie, jak i sprecyzowanie, co znaczy nią nie
być.
To właśnie jest celem tej książki - ma pomóc ci ocenić, czy ktoś jest
wobec ciebie nieodpowiedzialny afektywnie, i nauczyć cię, jak w takiej
sytuacji zareagować bez poczucia winy i bez strachu. Życie jest zbyt
krótkie, by tkwić w pułapce więzi, z którymi jest ci źle. Czasem się
zdarza, że zapominamy o sobie i uparcie walczymy o pewne relacje, nie
biorąc pod uwagę głównego celu ich zawierania: mają one nas wzmacniać.
Dlatego chcę ci pomóc w ustaleniu, co popycha cię do wiązania się
kolejny raz z osobą o zerowej odpowiedzialności afektywnej i do walki o ten związek. W zdrowej relacji nie ma walki, jest za to obustronna
praca, ramię w ramię, a przede wszystkim jest w niej radość. Dlatego
jeśli czujesz, że spędzasz życie na ciągłej walce o rozwój relacji, ta
książka jest dla ciebie.
Porozmawiamy też o tym, co kieruje osobami pozbawionymi
odpowiedzialności afektywnej. Chodzi nie o to, by je osądzać czy
usprawiedliwiać, ale by zwiększyć twój dobrostan. Co chcę przez to
powiedzieć? Nami wszystkimi kierują na ogół nieuświadomione schematy
myślowe, z których nie zdajemy sobie sprawy, ale które mają wpływ na
nasze wybory, szczególnie w kwestiach więzi. Dlaczego nieodmiennie
pociągają cię osoby, o których nie da się powiedzieć, że są empatyczne,
skoro chciałabyś, żeby ktoś cię rozumiał i wspierał emocjonalnie? Albo
dlaczego w swoich relacjach zawsze dochodzisz do punktu, w którym druga
osoba zaczyna odchodzić i wracać, a związek nigdy nie jest stabilny?
Albo dlaczego zawsze ci się wydaje, że twoja więź polega na "ratowaniu"
drugiej osoby przed tragicznym losem, jakbyś była matką albo bohaterką,
a nie partnerką, przyjaciółką czy siostrą?
Możliwe, że raz po raz zadawałaś już sobie te pytania i udzielałaś na
nie odpowiedzi. I jak podpowiada mi moje doświadczenie psychologa,
zapewne uznałaś, że to z tobą jest coś nie tak, że nie jesteś dość
dobra, głupio obstajesz przy relacjach z takimi samymi osobowościami i nie umiesz się z tego wyzwolić. Dlatego w tej książce nie tylko powiem
ci, że to nieprawda, ale wręcz ci to udowodnię. Jesteśmy istotami
żyjącymi w społeczeństwie i pochodzimy z większych czy mniejszych, mniej
lub bardziej ustrukturyzowanych rodzin, w których spędziłyśmy więcej
albo mniej czasu... Wszystko to ma znaczący wpływ na to, jakie jesteśmy,
czego pragniemy, jak kierujemy swoim życiem itd. Ludzie nie są samotnymi
wyspami - jesteśmy istotami nawiązującymi relacje z innymi, zatem
oddziałujemy na siebie wzajemnie. Po części stąd właśnie bierze się
odpowiedzialność afektywna, ale jest też wypadkową nieuświadomionych
wzorców, o których mówiłam wcześniej, a na które wielki wpływ mają z kolei takie czynniki jak model relacji z naszymi głównymi opiekunami w okresie dzieciństwa, wartości cenione w społeczeństwie,
charakterystyczne dla naszego środowiska podejście do miłości oraz
przekonania o niej. Oznacza to, że jesteśmy przeładowane licznymi
bodźcami, atakującymi nas już od urodzenia i nieświadomie tworzącymi w każdej z nas jedyną i niepowtarzalną mieszankę, która w znacznym stopniu
determinuje to, jaki typ osób nas pociąga, a jaki nie; czy nie potrafimy
zerwać więzi, czy odwrotnie, zrywamy je z błahego powodu; czy czujemy,
że bez drugiej osoby życie nie ma sensu, czy też przeciwnie, nikomu nie
ufamy. Bycie świadomą tych wszystkich czynników jest ogromnie istotne,
by nie popadać w toksyczne relacje i wiedzieć, jak się z nich wyzwolić.
Podsumowując, jeśli masz już dość wikłania się wciąż na nowo w związki,
w których brakuje odpowiedzialności afektywnej, zdaj się na mnie i przestań się obwiniać. To nigdy nie była twoja wina. Uświadomienie sobie
tego to pierwszy krok do zajęcia się tym, co rzeczywiście od ciebie
zależy: rozumieniem siebie, znajomością siebie, troską o siebie i pomocą
sobie. A przy okazji może odkryjesz, że i tobie brakowało
odpowiedzialności afektywnej. Lepiej późno niż wcale. Jesteśmy tylko
ludźmi, popełniamy błędy, a jak już wspomniałam, istnieje tak wiele
czynników, których nawet nie zauważamy, że nic w tym dziwnego, jeśli
czasem nie masz pojęcia, czy twój związek jest zdrowy, czy dbasz
odpowiednio o przyjaźń, a nawet czego szukasz, wiążąc się z kimś.
Może określenie "szukać czegoś" w odniesieniu do relacji brzmi dziwnie,
jakby więzi miały jeszcze jakiś cel poza po prostu byciem razem. Ale w tym tkwi sedno sprawy: często, i to nieświadomie, ludzie nawiązują
relacje, by uzupełnić jakiś brak, tak poważny, że tylko inna osoba może
go wypełnić. Albo używają innych jako łatwego celu, by mścić się za
cierpienia, których doznali wcześniej. Albo po prostu nie wiedzą, jak
ważne jest, by liczyli się z uczuciami, które wzbudzają.
Dlatego powinnaś wiedzieć, czego sama chcesz, bo spotkasz wielu ludzi,
którzy nie mają tej świadomości. Jeśli wiesz, co jest dla ciebie
najważniejsze w związku w określonym momencie twojego życia, czego
oczekujesz od drugiej osoby, w jakich kwestiach jesteś gotowa ustąpić, a w jakich nie, będziesz mieć w ręku wszystkie atuty, by wygrać: nauczyć
się nawiązywać zdrowe i świadome relacje.
W każdej więzi, miłosnej, przyjacielskiej czy rodzinnej, to, czego
pragniesz, nie musi się zgadzać z tym, co może dać ci druga osoba.
Dlatego ważne jest, byś wiedziała, czego oczekujesz. Jeśli jeszcze nie
zrozumiałaś, czego naprawdę chcesz, nie przejmuj się - po to powstała ta
książka. Zamiarem, który przyświecał mi przy pisaniu, było przede
wszystkim skłonienie cię do refleksji. Do tego, byś pozwoliła sobie
pobyć sama ze sobą, posłuchać siebie i zajrzeć w siebie, odkryć, czego
potrzebujesz i jak możesz świadomie nawiązywać relacje, dostrzegając
toksyczne zachowania. Chcę, byś się nauczyła, co możesz zrobić, by
zadbać o siebie, darzyć się szacunkiem i stawiać siebie na pierwszym
miejscu. Nie znaczy to, że masz być egoistką, ale że twoja miłość własna
ma być w dobrej formie.
Chciałabym, żeby od teraz miłość, którą darzysz innych i którą oni darzą
ciebie, była dobrą miłością.
Rozdział 1. Najpierw to zrobimy, a dalej się zobaczy
Rozdział 1
Najpierw to zrobimy, a dalej się zobaczy
Wydaje się dziwne, że chociaż więzi są w naszym życiu tak ważne, trudno
nam się zatrzymać i zastanowić nad tym, jak dbać o nie i zarazem o siebie. Nabiera to jednak sensu, kiedy uświadomimy sobie, że w szkole
uczono nas dodawania i odejmowania, ale nie nazywania naszych emocji ani
czytania emocji innych, ani też rozumienia, że stojąca przed nimi osoba
jest szkatułką pełną uczuć. A nasze własne emocje buzują, kiedy bierzemy
taką "obcą szkatułkę" i zaczynamy nią poruszać według naszych potrzeb,
przeżyć i planów. To znaczy, że nasze działania wpływają na świat emocji
osób, które wchodzą w nasze życie - nieważne, czy na paluszkach, czy
zdecydowanym krokiem. I odwrotnie: działania innych ludzi również
wpływają na nasze emocje.
Zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy, zwłaszcza gdy spędzamy dnie,
swipując na Tinderze kolejne profile. A przecież odpowiedzialność
afektywna zaczyna się już w chwili, kiedy dwie osoby tworzą dopasowanie.
Dlaczego? Bo chociaż więź nie ma jeszcze nazwy - i może nigdy jej nie
zyska - a także choć nie wiemy, jak długo potrwa ani dokąd nas
zaprowadzi, działania jednej osoby zaczynają wpływać na tę drugą,
pozytywnie albo negatywnie. Dlatego tak ważne jest, by skonfrontować się
twarzą w twarz ze swoim sposobem tworzenia relacji z innymi. Usiąść ze
sobą samą tak, jak siada się naprzeciw najważniejszej osoby w życiu, by
wysłuchać, co ma nam do powiedzenia. Może się od tego zakręcić w głowie,
można się przestraszyć, jak również - co zdarza się najczęściej - można
nie widzieć ani sensu, ani pożytku w głębszym zastanawianiu się nad
swoimi relacjami. Gdyby jednak wszyscy to zrobili, zapewne stałyby się
one nie tylko zdrowsze, ale także bardziej harmonijne, satysfakcjonujące
i pełne empatii.
Skoro nawet w obecnych czasach, kiedy zaczynamy mówić otwarcie o zdrowiu
psychicznym, wciąż nie potrafimy przemyśleć naszych związków i o nie
zadbać, wyobraź sobie, jak rzadko (o ile w ogóle) myślano o tym w czasach, kiedy najważniejszą kwestią dnia codziennego było na przykład
przetrwanie wojny. A wszystko to, nad czym się nie zastanawiamy, żyje
swoim życiem i przybiera postać jednostkowych potrzeb, na ogół
egocentrycznych i skażonych przeżyciami z przeszłości, których może
nigdy nie byłyśmy w stanie uwewnętrznić i uleczyć, a może nawet nazwać.
Jakie jest główne zagrożenie, które się z tego bierze? Takie, że jeśli
się nie zatrzymamy i nie zastanowimy nad naszymi więziami, nie będziemy
wchodzić w relacje jako ludzie wolni. I co dalej? Będziemy się wikłać w związki, głównie uczuciowo-seksualne, w których zawsze czegoś brakuje, a my nie wiemy czego. Albo staniemy się ofiarami toksycznych zachowań,
tworzących toksyczne więzi, które niszczą i zatruwają nasze życie.
Toksyczność wczoraj i dziś. Wytrzymam wszystko czy odejdę przez błahostkę?
Na pewno nieraz słyszałaś zdanie: "Za moich czasów, kiedy coś się psuło,
to się to naprawiało" albo "W imię miłości znosiliśmy różne rzeczy i pokonaliśmy wszystkie przeszkody". Ale rozczulenie, które cię ogarnia,
gdy słyszysz takie słowa z ust uroczych staruszków, może zaćmić wzrok i sprawić, że nie dostrzeżesz, co zwykło się kryć za "wytrzymywaniem
wszystkiego" czy "poświęceniem". Czy naprawdę miłość wszystko zwycięża?
Nie twierdzę wcale, że wszystkie pary, które są ze sobą od
pięćdziesięciu lat, trwają w toksycznej relacji, w której poświęcenie
maskuje manipulację albo podporządkowanie. Chcę jedynie powiedzieć, że
branie tych zdań dosłownie może być niebezpieczne, niosą one bowiem
przekaz, że dla "prawdziwej miłości" trzeba znieść wszystko.
Porozmawiamy później o tym, czym jest "prawdziwa miłość", i to też
doprowadzi nas do istotnych wniosków, ale żeby zacząć dostrzegać
oczywisty problem pośród wiedzy o naszych związkach, warto zastanowić
się nad tym, jak umowa na całe życie, niegdyś postrzegana jako
najdoskonalsza forma miłości, dziś jest odbierana jako dławiąca
symbioza, pakt zawarty na wieki w czasach "najpierw to zrobimy, a dalej
się zobaczy".
Relacje uczuciowo-seksualne zmieniają się z biegiem czasu. Jestem
przekonana, że z życia twojej babci nie znikało się bez słowa, a ona z kolei nie rozumie, jak możesz się budzić w niedzielny poranek w łóżku
kogoś, kogo zobaczyłaś po raz pierwszy siedem godzin wcześniej. I odwrotnie, zapewniam, że dla ciebie byłoby czystym surrealizmem, gdyby
ktoś, kogo znasz od miesięcy, zapytał twojego ojca o pozwolenie na
spotykanie się z tobą przed zapytaniem ciebie. Uciekłabyś od mężczyzny
gdzie pieprz rośnie, gdyby po dwóch tygodniach znajomości powiedział ci,
że chce jak najszybciej mieć dzieci, żeby przetrwało rodowe nazwisko.
Podsumowując, dysfunkcyjne wzorce istnieją od zawsze, dlatego skupimy
się na tych najczęstszych tu i teraz.
Świat idzie do przodu tak szybko, że ty też musisz pędzić.
Przywykłyśmy, że wciskamy klawisz i już kupiłyśmy bluzkę, przesuwamy
palcem po ekranie i mamy gotówkę, klikamy jeszcze raz i wyruszamy w podróż marzeń. Wszystko mamy na wczoraj, a chcemy nawet na
przedwczoraj. Skoro wszystko staje się towarem i narzędziem do
zaspokojenia naszych potrzeb za pomocą jednego gestu, to podobnie
dzieje się z relacjami. Jedyną różnicą jest to, że nie zachodzi tu
wymiana pieniężna, a walutą jest samoocena i zaspokajanie osobistych
potrzeb.
Czterdzieści lat temu proces tworzenia więzi trwał tak długo, że czasem
nie starczało życia, żeby go doświadczyć. Długa była droga nie do
pierwszego spojrzenia w oczy, ale do pierwszej zaspokojonej potrzeby
emocjonalnej, jeśli w ogóle takie zaspokojenie następowało. Obecnie na
ogół znasz ciało drugiej osoby, zanim ta się dowie, jakie jest twoje
ulubione powiedzonko, czego najbardziej się boisz albo co czujesz, kiedy
nie masz dostępu do swoich emocji. Kiedyś fizyczne i emocjonalne
poznanie drugiej osoby następowało dużo później niż wejście do jej
rodziny czy podjęcie decyzji o wspólnej przyszłości i wypełnianie
zwyczajowej umowy na całe życie, i to bez wiedzy, czy będzie ono długie,
czy krótkie.
Wniosek z tego taki: zawsze zaczynaliśmy budować dom od dachu. Kiedyś
dlatego, że wierzono w miłość, która przychodzi raz i jest na zawsze,
dlatego trzeba o nią walczyć, chociaż boli - choćby wypełniała tylko
lodówkę, nie serce. A dzisiaj wiele osób sądzi, że miłość może nigdy nie
nadejść, a jeśli nawet, nie będzie aż tak istotna, bo dopóki jakieś oczy
będą na ciebie patrzeć, jakieś ręce cię rozbierać, a WhatsApp będzie
pełen imion, twoja samoocena zawsze pozostanie podbudowana, choć może
czasem zaliczysz potknięcie.
Teraz możesz wybierać z obszernego menu: jeszcze parę lat temu relacje
międzyludzkie były bardzo ograniczone terytorialnie, a niekiedy
zależały raczej od decyzji rodziny niż własnych. Często zdarzało się,
że chodziłaś do klasy z synem koleżanki matki i z góry zakładano, że z nim albo innym kolegą ze szkoły będziesz później dzielić kołdrę przez
resztę życia. Bliskie otoczenie, brak odniesień do różnych wzorców
relacji, niedoświadczanie zróżnicowanych przeżyć - to były czynniki
wpływające na wybór partnera i zwiększające prawdopodobieństwo, że nie
będzie to decyzja swobodna, lecz oparta na tym, co znane i oczekiwane.
A jak to wygląda dzisiaj? Mamy ogromny wachlarz możliwości, nie tylko
pozwalający wybierać, ale wręcz zmuszający do tego. Nie raz, lecz
tysiące razy. Wszystkiego chcemy natychmiast, bezpośrednio i na
chwilę. Chociaż nie jestem przekonana, czy to kwestia naszych chęci,
czy raczej wygody i chęci uniknięcia cierpienia, bliskości,
odsłonięcia naszego wewnętrznego świata i wszystkiego tego, co się
wiąże ze świadomym tworzeniem relacji. Ale o tym porozmawiamy później.
Tak czy inaczej, aplikacje, portale randkowe, media społecznościowe
itp. stały się restauracyjnym menu, gdzie możesz zobaczyć wizerunek
drugiej osoby i dowiedzieć się, co lubi robić, jak chce siebie
zaprezentować, gdzie mieszka... Czasem wyczuwamy, że coś nam w tym
wszystkim umyka, coś "stuka w silniku": poznawana osoba staje się
coraz bardziej obca i zdystansowana, a w końcu znika, choć przecież
dawała do zrozumienia, że obojgu nam jest przyjemnie. Powoduje to, że
cierpimy, nie rozumiemy, czy zrobiłyśmy coś niewłaściwego, czy też
każdy, kto się do nas zbliży, nas zrani.
Twoja prywatność została wystawiona na widok publiczny: dawniej
wszystko, co dotyczyło relacji dwojga ludzi, przybierało formy dość
dyskretne aż do dnia ślubu. Nie znaczy to, że pary się ukrywały, ale
nie było zwyczaju publicznego okazywania sobie uczuć. A teraz? Z nadejściem mediów społecznościowych,
reality shows i telewizyjnych
programów randkowych, przełamujących liczne tabu związane z seksem,
możemy poznać nawet sekrety alkowy sąsiada z piątego piętra. Czułe
wyznania, kiedyś szeptane w łóżku, w domowym zaciszu, teraz wystawiane
są na pokaz na Twitterze. To, co kiedyś było zachodem słońca na plaży
w towarzystwie jedynie morskiej bryzy, teraz jest rolką na
Instagramie, koniecznie z pocałunkiem, i ma 231 lajków. A to, co
kiedyś pod żadnym pozorem nie wyszłoby poza drzwi mieszkania, teraz
telewizja transmituje w
prime time. Sprawy dawniej przyprawiające o rumieniec i opisywane eufemizmami, takimi jak "pójść na całość", teraz
nazywane są bez wstydu pieprzeniem się. Albo uprawianiem seksu, jeśli
chcemy uchodzić za kulturalnych. Mówiąc to, nie romantyzuję
przeszłości. To jasne, że odrzucenie tabu w rozmowach towarzyskich na
temat czegoś tak naturalnego i pięknego jak relacje
uczuciowo-seksualne jest bardzo pozytywnym zjawiskiem. Ale czasem, nie
zdając sobie z tego sprawy, posuwamy się za daleko i banalizujemy wagę
prywatności jako tworzywa bliskości w związku. Czasem utrata
prywatności takiej, jaką znaliśmy, sprawia, że zapominamy o wysiłku,
który trzeba wkładać w utrzymywanie kontaktów międzyludzkich, i o tym,
że czasem trzeba ustąpić, postawić granice, okazać cierpliwość. Czy ma
z tym coś wspólnego fakt, że liczba osób, którym trudno wytrwać w związku i w pełni się zaangażować, wciąż wzrasta?
Wytrwać za wszelką cenę czy uciec z błahego powodu? Jak już mówiłam,
wydaje się, że przed laty pojęcie miłości było najściślej związane z poświęceniem i cierpieniem. Jakby miłość i cierpienie były awersem i rewersem tej samej monety. Tak więc miłość, jaka praktycznie zawsze
kojarzyła się z małżeństwem, była czymś, co należało chronić za
wszelką cenę. A jeśli za cenę męczeństwa, tym większa była zasługa.
Mroczną stroną tego poglądu jest normalizowanie rzeczy, które nie są
miłością, na przykład poniżanie, znęcanie się, dręczenie i przemoc
seksualna. To oczywiste, że wytrzymywanie z drugą osobą za wszelką
cenę nie jest najzdrowszym sposobem budowania fundamentów związku.
Jednocześnie, chociaż koncepcja "wytrzymywania wszystkiego" ma się
nadal dobrze, bo głęboko w nas tkwi wyobrażenie o miłości romantycznej
(o czym także jeszcze pomówimy), istnieje także postawa zupełnie
odwrotna: nie wytrzymywać niczego i uciekać tak szybko, jak to tylko
możliwe. Dlaczego tak się dzieje? Socjolog Zygmunt Bauman wymyślił
świetne pojęcie określające taką postawę: "płynne relacje". Są to
związki międzyludzkie charakteryzujące się brakiem zobowiązań,
zaangażowania i ciepła. To relacje nietrwałe, które nigdy nie
okrzepną, gdyż nawiązywane są dla zaspokojenia konkretnej,
indywidualnej potrzeby, co wpasowuje się w czasy komercjalizacji i społeczeństwa konsumpcyjnego. A zatem nic w tym dziwnego, że ktoś, kto
rani cię swoimi zniknięciami i powrotami, sam przed sobą
usprawiedliwia swoje zachowanie, mówiąc sobie: skoro za jednym
kliknięciem mogą mi w piętnaście minut dostarczyć hamburgera do domu,
mogę też wedle woli spotykać się, z kim chcę, kiedy chcę i po co chcę.
W ten sposób doświadczenia związane z relacjami koncentrują się na
"teraz"; hedonizm eliminuje wszelkie znudzenie i niedogodności, a skoro nie chce się ich doświadczać, jednostronnie decyduje się o odejściu zawczasu. Można zatem podejrzewać, że wszelkie osoby, które
nie okazały się wobec ciebie odpowiedzialne afektywnie, pojmują
zobowiązanie jako pozbawienie wolności i utratę tożsamości. Jest więc
raczej nieprawdopodobne, że uda im się stworzyć stabilne i satysfakcjonujące więzi na dłuższą metę, gdyż ani świadomy wysiłek,
którego wymaga utrzymywanie związku, ani dążenie do dopasowania się i postawienia zdrowych granic nigdy nie będą ich celem. Potencjalne
cierpienie w przyszłości zamieniane jest na wiecznie przejściowe
"teraz". Ucieka się od możliwości bycia zranionym z obawy, że
wrażliwość zniszczy tożsamość. A w całym tym zamęcie oczywiście trudno
ustalić zamiary tych, którzy chcą nawiązać z tobą relację: pragną
uniknąć cierpienia w imię rzekomej wolności czy też zamknąć się w pułapce nieustannej ucieczki przed siebie?
Nie należy się dziwić, że na tej pożywce zrodziły się nowe dysfunkcyjne
dla budowania więzi zjawiska, z którymi zapewne spotykasz się na co
dzień tak często, że wydają ci się normalne. Pewnie uznajesz, że jeśli
chcesz się otwierać na uczuciowe czy seksualne relacje, to zjawiska te
są ceną, którą musisz zapłacić. Ceną, która bardzo często niesie ze sobą
poważne zagrożenie dla twojego poczucia własnej wartości.
Wszystko się zmienia, nic nie trwa wiecznie. Co się dzieje w złych związkach?
W mojej praktyce dość często się zdarza, że osoba, której towarzyszę w procesie terapeutycznym, przez pewien czas wspomina mi o kimś, kogo zna,
z kim się spotyka na seks albo wychodzi czasem na pizzę - i nagle ten
ktoś znika z opowieści. W końcu pytam: "Już od jakiegoś czasu nic nie
mówisz o X, jak wam się układa?" i bardzo często słyszę w odpowiedzi:
"No wiesz, zniknął, tak to jest, rozumiesz". Tak to jest? Od kiedy to
normalne, że ktoś, z kim budujemy więź, znika bez wyjaśnień?
Ghosting i orbiting, czyli nagłe znikanie z twojego życia
Ghosting to anglicyzm pochodzący od słowa ghost (duch) i oznaczający
nagłe, pozbawione wyjaśnień zerwanie kontaktów ze znajomą osobą, nawet
bliską, mimo że wszystko wydaje się dobrze układać. Po polsku, kiedy
ktoś stosuje ghosting, mówi się czasem, że się "ulotnił". Teraz pewnie
myślisz: "Ale przecież to często się zdarza! Facet idzie po papierosy i nie wraca". Owszem, masz rację, zawsze się to zdarzało, ale teraz
podobne zachowanie zyskuje nieco inne znaczenie, nad czym warto się
zastanowić.
Ta różnica tkwi przede wszystkim we wpływie na to zjawisko mediów
społecznościowych, gdyż zarówno ułatwiają one kontakt, bez względu na
to, gdzie i kim jesteśmy, jak i upraszczają jego zerwanie jednym
kliknięciem przycisku "zablokuj", co zatrzaskuje ciężką kłódkę na oknie,
przez które dotąd podglądaliśmy życie drugiej osoby i komunikowaliśmy
się z nią.
Na pewno kiedyś już ci się to zdarzyło. Poznajesz kogoś i wydaje ci się,
że wszystko jest super, często piszecie do siebie na WhatsAppie, żeby
zapytać, jak minął dzień, spotykacie się w weekendy, żeby pójść na
kolację i do łóżka, czasem nawet wyskakujecie na piwo z paczką kumpli
tej osoby. Im więcej miejsca zajmują te plany, tym bardziej chciałabyś,
żeby znajomość się rozwijała, bo coraz bardziej lubisz przebywać z tą
osobą. Aż tu nagle pewnego pięknego dnia wysyłasz zwyczajną wiadomość i zauważasz, że czekasz na odpowiedź dłużej niż zwykle. Mijają godziny i zaczynasz myśleć, że ten ktoś na pewno ma dużo pracy albo jakiś problem
z projektem, który go ostatnio tak zaprząta. Mijają dni i zaczynasz
rozmyślać, czy podczas ostatniego spotkania zrobiłaś coś nie tak, czy
może ostatnio nie interesowałaś się jego sprawami tak bardzo, jak tego
oczekiwał. W końcu piszesz: "Czy coś się stało?", jednak dni milczenia
zmieniają się w tygodnie i w miesiące. A ty tkwisz w zawieszeniu, nie
mając pojęcia, co się takiego stało, że ta osoba najdosłowniej ulotniła
się z twojego życia. Przykro mi, dziewczyno, zostałaś zghostowana.
Zjawiskiem podobnym do ghostingu, ostatnio coraz popularniejszym, jest
tak zwany orbiting. Również polega na nagłym, pozbawionym wyjaśnień
zerwaniu kontaktu z osobą z otoczenia, mimo że wszystko wydawało się w porządku, ale podstawową różnicą jest to, że strona zrywająca kontakt
nadal jest obecna w mediach społecznościowych tej drugiej. Oznacza to,
że już nie pisze do ciebie na WhatsAppie, nie spotyka się z tobą, nie
macie żadnych innych kontaktów, ale ogląda twoje rolki na Instagramie,
chociaż cię nie obserwuje. Albo obserwuje twoje media, daje lajki pod
twoimi zdjęciami, udostępnia twoje posty itd., ale nigdy nie pisze do
ciebie bezpośrednio. Czyli jest obecna w twojej sieci, ale zawsze w cieniu, nie bezpośrednio, jak zjawa. Czasem orbiting wywołuje jeszcze
większe zagubienie niż zwykły ghosting, gdyż polega na wysyłaniu
sprzecznych sygnałów. "Dlaczego nie odpowiada na moje wiadomości, ale
pojawia się w moich mediach społecznościowych?" Jeśli coś takiego ci się
zdarzyło, z pewnością nie wiedziałaś, co o tym myśleć, i zaprzątałaś
sobie głowę tą osobą.
Najgorsze jest to, że takie agresywne zachowania zaczynamy uważać za
normalne. Nazywam je agresywnymi, bo agresja nie zawsze wyraża się
bezpośrednio; porzucenie może boleć tak samo jak cios czy obelga, albo i bardziej. Oczywiście każdą z nas kiedyś ktoś porzucił, ale to nie to
samo, kiedy ktoś mówi wprost, że odchodzi, i wyjaśnia dlaczego, oraz gdy
ktoś cię zostawia, tnąc więź nagle i bez znieczulenia.
Kiedy na własnej skórze doznasz ghostingu i orbitingu, zwykle
pozostajesz z poczuciem, że nie byłaś dość dobra, że czegoś ci brakuje -
i to czegoś ważnego, skoro ta druga osoba zdecydowała się zniknąć bez
słowa. Logiczną konsekwencją jest myśl: "Od teraz, kiedy kogoś poznam,
nie będę się angażować". Jest to mechanizm obronny twojego umysłu,
mający sprawić, że nie będziesz się czuła taka opuszczona i odepchnięta.
Jak zatem tak raniące zachowanie może być uważane za normalne i tak
bardzo się rozpowszechniać? Odsuwając na bok osobiste uwarunkowania, to
zjawisko ma wiele wspólnego z płynnymi relacjami i komercjalizacją
więzi, o czym była mowa wcześniej. Stanowią one przyczynę, ale też
konsekwencję, więc wytwarza się perfekcyjne błędne koło, kiedy to, co
szkodliwe, przestaje być za takie uważane, ponieważ staje się
codziennością. A przecież wciąż jest raniące.
Zdolności adaptacyjne są właściwe naturze ludzkiej. Umożliwiają
przetrwanie. W obliczu każdej krzywdy wszystkie nasze psychiczne
mechanizmy obronne uruchamiają się, byśmy mogli się przystosować.
Inaczej działają nasze emocjonalność i nieświadomość - im nic nie
umknie, a emocjonalny aspekt naszego mózgu nie przechodzi do porządku
dziennego ani nad porzuceniem, ani nad poczuciem bycia
niewystarczającymi, bez względu na to, ile razy powtórzymy sobie "Wcale
mnie to nie obchodzi, zdarza się". I tak, pomimo potrzeby normalizowania
"rzeczy, które się zdarzają", nasz mózg, aby iść dalej, buduje
nieuświadomiony system alarmowy, sprawiający, że nie pozwalamy sobie na
bliskie relacje, by znowu nas nie porzucono i byśmy znowu nie cierpiały.
A to napędza błędne koło.
Breadcrumbing, czyli robienie nadziei
Innym zjawiskiem bardzo na czasie, sączącym truciznę w kontakty
międzyludzkie i związanym znów z tematem osobistej wolności, jest
breadcrumbing. Tak, wiem, używanie angielskich słówek wygląda jak
popisywanie się, ale to właśnie te pojęcia, w swoich dosłownych
znaczeniach, świetnie opisują, w czym rzecz.
Określenie breadcrumbing dotyczy takich momentów, kiedy twój eks,
przelotny znajomy czy osoba dla ciebie ważna od czasu do czasu daje ci
odrobinę uwagi albo nawet ciepłych uczuć, pozwalając myśleć, że wasza
relacja się rozwija i może się kiedyś przerodzić w stały związek z planami na wspólną przyszłość. A zatem w czym problem? Otóż w tym, że
osoba stosująca breadcrumbing zupełnie nie jest zainteresowana
tworzeniem relacji, nie ma takiego zamiaru, chce tylko mieć blisko
siebie kogoś, kto jej pragnie, by w ten sposób karmić swoje ego,
zapełniać pustkę emocjonalną itd. Skąd taka nazwa? Breadcrumb to po
angielsku "okruch", a więc breadcrumbing znaczy dosłownie "sypanie
okruchów". Oszukają one twój żołądek tylko na chwilę, bo nigdy nie
dostaniesz porządnej pajdy, która cię nasyci. Choćbyś czekała nie
wiadomo jak długo. I tak czas mija na wyczekiwaniu, by drobne sygnały
zainteresowania zmieniły się w oznaki gotowości do stałego związku.
Przyjrzyjmy się pewnym zachowaniom typowym dla breadcrumbingu,
pamiętając, że nie zawsze występują wszystkie naraz.
Typową reakcją na snucie planów na przyszłość, które wiązałyby się z zobowiązaniem albo podjęciem decyzji dotyczącej relacji, jest zwykle
"może", "to zależy", "to się okaże", "zobaczymy, co będzie".
Oczywiście nie zawsze ktoś, kto ci to mówi, uprawia
breadcrumbing,
ale jeśli te słowa często się powtarzają albo dostrzegasz, że budzą w tobie niepewność, to pora, by włączył ci się alarm.
Osoby stosujące
breadcrumbing bywają niespójne w swoich
zachowaniach. Znaczy to, że nigdy nie wiesz, czego się po nich
spodziewać, bo jednego dnia wydają się superzadowolone z relacji z tobą (choć nie jesteście formalnie parą) i chcą ją kontynuować, a innego traktują cię, jakbyś była kimś obcym, widzianym pierwszy raz w życiu, i rozmawiają z tobą z równym zaangażowaniem, co z domokrążcą
dzwoniącym do drzwi.
Rozmowa o jakości relacji, próba nazwania jej czy poruszanie
jakiegokolwiek innego tematu dotyczącego deklaracji uczuć albo
stworzenia bardziej stałego związku dla osób stosujących
breadcrumbing stanowią absolutne tabu. Nie chcę przez to powiedzieć,
że zdrowe są tylko takie więzi, którym nadaje się nazwę albo które
prowadzą do konwencjonalnej relacji. Niezdrowe jest to, że jedna ze
stron ma większą niż druga wiedzę o kierunku, w którym zmierza wspólna
relacja. Czy to znaczy, że ktoś, z kim jesteś, musi zawsze mówić ci,
co myśli? Oczywiście, że nie. Wcale nie musi omawiać z tobą swoich
najgłębszych lęków egzystencjalnych, jeśli nie chce tego robić albo
nie uważa tego za właściwe, bo niedostatecznie cię zna czy z jakiegokolwiek innego powodu. Jest jednak bardzo ważne, żeby mógł ci w każdej chwili powiedzieć, co uważa i czuje w odniesieniu do waszej
relacji, bo to ma wpływ na was oboje. Musi ci odpowiedzieć, kiedy
prosisz o wyłożenie kart na stół. Pewnie czułaś tę potrzebę nie raz.
Wtedy każda osoba swobodnie decyduje, czy dana wizja relacji jej
odpowiada. Jednakże, kiedy ktoś stosuje
breadcrumbing, taka
komunikacja jest niemożliwa, ponieważ druga strona twierdzi, że
przecież wszystko jest jasne, daje do zrozumienia, że nie warto o tym
rozmawiać, zmienia temat albo po prostu nie odpowiada, bo poruszyłaś
temat tabu.
Często zdarza się również, że druga osoba nie daje znaku życia przez
całe dnie, tygodnie, a nawet miesiące. Nie ma jakiegoś ścisłego
terminu określającego, kiedy przestaje to być zdrowe, ale duże przerwy
między wiadomościami i spotkaniami utrudniają utrzymywanie regularnych
kontaktów, które spowodowałyby rozwój związku, a także doprowadziłyby
do stworzenia atmosfery zaufania i ciepła. Oczywiście istnieje tysiąc
powodów, dla których można rzadko do siebie pisać albo się spotykać,
ale jeśli taki wzorzec nie zmienia się z upływem czasu, może być
sygnałem alarmowym.
Dlaczego breadcrumbing jest tak toksyczny? Dlatego, że tworzy
dysfunkcyjne i niestabilne relacje. Może właśnie zrozumiałaś, dlaczego
czułaś się tak niekomfortowo i byłaś niespokojna w jakimś niekończącym
się związku, który nigdy się nie zacieśniał, chociaż marzyłaś, żeby
wreszcie pojawiło się to kluczowe pytanie "Kim dla siebie jesteśmy?".
Zasadniczo breadcrumbing opiera się na tym, co w psychologii nazywa
się wzmocnieniem przerywanym. Zobaczmy prosty przykład. Wyobraź sobie,
że masz maszynę z cudownym przyciskiem, wyrzucającą za każdym jego
naciśnięciem banknot dwustuzłotowy. Przyjemna myśl, prawda? A teraz
pomyśl, że po pewnym czasie, choć naciskasz guzik, banknoty przestają
wypadać. Co jest? Dlaczego nie dostaję pieniędzy? Zaczynasz się
zastanawiać: "Na zdrowy rozum, jeżeli maszyna do tej pory działała, to
musi znów zadziałać, będę więc tak długo naciskać guzik, aż banknot się
pojawi". I rzeczywiście, kiedy w końcu wyskoczy kolejne dwieście
złotych, doznasz potężnego uderzenia adrenaliny i jeszcze większego
przypływu radości. Spadnie na ciebie bomba emocjonalna tak intensywna,
że będziesz dalej naciskać guzik w oczekiwaniu na następny banknot, choć
nie zawsze go dostaniesz.
Nasze banknoty to okruszki, które rzuca ci druga osoba. Czekasz na nie
zachłannie, a kiedy je dostajesz, wyzwalają taki skok energii, że za
wszelką cenę chcesz, żeby to trwało i żebyś wciąż się tak czuła. Jednak
warto postawić sobie pytanie: Za jaką cenę? Za cenę niepokoju,
frustracji i pustki, kiedy nie dostajesz tych okruchów? Mechanizm
przerywanego wzmocnienia tworzy uzależnienie od relacji: czepiasz się
nadziei na drobne przejawy zainteresowania, bo wiesz, że kiedyś się
pojawią. W końcu to pragnienie i te intensywne, przyjemne doznania,
które przeżywasz, kiedy druga osoba obdarza cię uwagą, stają się twoją
pułapką. Tracisz wówczas jakąkolwiek możliwość uwolnienia się, choć
nawet nie wiesz, że utknęłaś, i zapominasz, że przecież od zawsze
pragnęłaś nie okruchów, ale całego chleba.
Benching i cushioning, czyli traktowanie cię jak "opcji zapasowej"
Breadcrumbing powiązany jest z inną strategią, zwaną obecnie
benchingiem, od angielskiego słowa bench (ławka). Technika ta polega
na świadomym "posadzeniu kogoś na ławce rezerwowych", czyli dawaniu mu
nadziei, że może pewnego dnia znajomość przekształci się w stały
związek, podczas gdy w istocie chodzi tylko o to, żeby ten ktoś na tej
ławce czekał. Po co to robić? By mieć kogoś w odwodzie, jeśli nie pozna
się kogoś atrakcyjniejszego, by móc w każdej chwili zagłuszyć samotność,
jeśli nie znajdzie się ktoś, z kim będzie milej, kto bardziej
dowartościuje...
Aby to wszystko nie było zbyt proste, benching ma jeszcze drugi
wariant: cushioning, od angielskiego słowa cushion (poduszka).
Termin ten określa strategię opartą na trzymaniu kilku osób w kontaktach
i w pamięci (kilka "poduszek"), by flirtować z nimi od czasu do czasu.
Jedynym powodem takiego zachowania jest potrzeba trzymania kogoś w rezerwie, gdy jedna z opcji podstawowych zawiedzie. Tak, wiem, brzmi to
jak opis spiżarni pełnej zapasów, ale tak właśnie funkcjonują toksyczne
więzi w XXI wieku - rządzą komercjalizacja i uprzedmiotowienie. To
pewnie stąd bierze się poczucie, że ciągle spotykasz ludzi, którym
trudno zobaczyć w tobie prawdziwą osobę, a nie podmiot (a może nawet
przedmiot) użytkowy, istniejący tylko dla zaspokojenia ich potrzeb i wypełnienia ich deficytów. Podsumowując, cushioning to benching na
sterydach.
Jak widzisz, granica między benchingiem i cushioningiem jest cienka,
gdyż w obu przypadkach osoba, która czeka, nie zna prawdziwych intencji
drugiej strony; ta zaś wysyła nieregularne, niejasne i dwuznaczne
sygnały. To ostatnie często powoduje wykształcenie się schematu
uzależnienia emocjonalnego, o którym pomówimy dalej bardziej
szczegółowo.
Hoovering, nieproszone powracanie do twojego życia
Hoovering pochodzi od słowa hoover (odkurzacz) i definiuje działania
osób, na ogół o cechach osobowości narcystycznej, które "wsysają" do
swojego życia ludzi, z którymi miały jakiegokolwiek typu relacje w przeszłości. Co mam na myśli, mówiąc o "wsysaniu do życia"? Otóż na
przykład to, że eks, z którym rozstałaś się już dawno temu, pewnego dnia
nagle pisze, że za tobą tęskni, że czasem o tobie myśli, że w sumie to
nadal coś znaczysz w jego czy jej życiu. Wszystko to wygląda bardzo
wiarygodnie, ale z przykrością muszę ci powiedzieć, że ta osoba stosuje
techniki manipulacji (choć może nie robić tego świadomie), abyś znowu
poczuła z nią więź emocjonalną i dzięki temu zaspokoiła jakąś jej
narcystyczną potrzebę albo wypełniła akurat odczuwaną egzystencjalną
pustkę. Intencją osoby z twojej przeszłości, która stosuje wobec ciebie
hoovering, nigdy nie jest szczere pragnienie odnowienia związku,
docenienie cię jako partnerki czy przyjaciółki ani chęć bycia z tobą,
tylko "posłużenie się" tobą do zaspokojenia jakiejś indywidualnej
potrzeby. W ten sposób powstaje asymetryczna więź, w której jedna strona
traci.
Może teraz zadajesz sobie pytanie: "Ale jak odróżnić hoovering od
szczerej chęci odnowienia kontaktu?". Aby rozwiać tę wątpliwość, zwróć
uwagę na poniższe zachowania.
Osoba stosująca
hoovering pojawia się przy konkretnych okazjach, w Boże Narodzenie, urodziny, rocznice ważne dla któregoś z was dwojga
itp. Wysyła nacechowaną emocjonalnie wiadomość, w której sygnalizuje,
jak bardzo jej ciebie brakuje, odwołuje się do dobrych chwil
przeżytych razem albo do smutku i samotności, które wywołuje ta
konkretna data, kiedy nie ma się obok siebie ukochanej osoby. Może też
pojawić się znienacka w jakimś miejscu, w którym często bywasz, a nawet u ciebie w domu. Owszem, w filmach nagłe pojawienie się eks w drzwiach przedstawia się jako coś uroczego, ale w realu takie
zachowanie może być zapowiedzią
hooveringu, który uroczy nie jest
ani trochę. Jakie są intencje tej osoby? Przede wszystkim chce
sprawić, żebyś opuściła gardę; żebyś przypomniała sobie jakąś emocję,
która się z tą osobą wiąże, a ona skorzysta z tego stanu, żeby odnowić
częste kontakty i znowu wciągnąć cię w swoje życie, byś zaspokajała
jej potrzeby, które, co mówię z przykrością, nie mają nic wspólnego z tobą ani z tym, co przypuszczalnie cenisz.
W innych przypadkach eks nawiązuje kontakt w formie desperackiej
prośby o pomoc z powodu jakiegoś problemu ze zdrowiem, kryzysu
osobistego czy ogólnie trudnej sytuacji życiowej. Intencja takiego
działania jest dokładnie taka sama jak w poprzednim punkcie: poruszyć
twoje serduszko, żebyś poczuła, że jest zdesperowany i stoi na
krawędzi, a twoja pomoc jest niezbędna, by mógł się uporać z problemami i poczuć się lepiej.
Kolejny
modus operandi, bardzo różniący się od dwóch poprzednich,
polega na przypadkowym pojawianiu się albo inicjowaniu pozornie
niezobowiązującej rozmowy, jakby więź nigdy nie została zerwana albo
jakby to, co się zdarzyło w przeszłości, nie miało znaczenia i nie
zmieniło istoty relacji. Może to być zwykłe "Cześć, co słychać?",
wspomnienie jakiejś sytuacji towarzyskiej, nawiązanie do właśnie
otrzymanej wiadomości itd. Zdaję sobie sprawę, że nie ma nic złego w rozpoczynaniu rozmowy w ten sposób, ale w niektórych kontekstach może
to być sygnał alarmowy, na przykład jeśli związek skończył się
dramatycznie, a eks nagle zaczyna do ciebie pisać, jakby nic się nie
stało, albo jeśli zastosował
ghosting czy też wycofywał się
stopniowo z relacji, aż ta wygasła.
Jak wspomniałam, ten mechanizm może bardzo łatwo wprowadzić cię w dynamikę współuzależnienia emocjonalnego. Druga osoba tak długo okazuje
ci, że to od ciebie zależy jej lepsze lub gorsze samopoczucie, aż w końcu uzależniasz się od tej więzi z poczucia odpowiedzialności za cudzy
dobrostan. Możesz mieć nawet poczucie władzy, skoro wiesz, jak bardzo
jesteś dla tego kogoś ważna. Innymi słowy, relacja, która się wykształci
między wami, nie będzie się opierać na przyjemności bycia razem, na
wspólnych planach życiowych, na miłości, ale na potrzebach i obowiązku
wobec drugiej strony, która już zaszczepiła w tobie strach przed tym, co
się może stać, jeśli cię przy niej nie będzie. Tak naprawdę jednak osoba
uprawiająca hoovering nie ma najmniejszego zamiaru zacieśniania ani
pogłębiania związku bardziej, niż jest jej to potrzebne dla własnych
korzyści.
Love bombing, czyli mydlenie oczu romantycznymi gestami
Jak sama nazwa wskazuje, love bombing to bombardowanie miłością, nagły
wybuch uczucia, które nie jest prawdziwe - stanowi tylko technikę
manipulacji, aby uwikłać drugą osobę w związek, w którym powstanie
dynamika przeciągania liny. Przejawia się to w następujący sposób:
najpierw love bomber sprawia, że czujesz się wyjątkowa i szczególna,
jedyna na świecie. Ciągle słyszysz: "Nigdy z nikim nie było mi tak
dobrze jak z tobą", "Nigdy nie kochałem nikogo tak jak ciebie", "Nigdy
wcześniej nie zakochałem się od pierwszego wejrzenia, jesteśmy sobie
przeznaczeni". I nie może być inaczej: zaczynasz idealizować tę relację,
jakby była czymś najbardziej niesamowitym w twoim życiu. Ciąg dalszy
wygląda tak: widząc twoje uwikłanie, czyli rezultat idealizacji, osoba
stosująca love bombing zaczyna dystansować się od ciebie tylko po to,
żebyś zrobiła krok w jej stronę, czyli poświęciła jej więcej uwagi niż
zwykle, więcej zaangażowania, więcej zainteresowania. Dzięki temu czuje
nad tobą władzę, a jej ego rośnie, co zwykle jest ostatecznym celem
całego procesu.
Trzeba jednak zwrócić uwagę, że nie wszystkie osoby przeżywające od
początku znajomości bardzo intensywne emocje i to okazujące starają się
ciebie zmanipulować. Ilu ludzi na świecie, tyle sposobów odczuwania.
Najważniejsze to zidentyfikować, kiedy zaczyna się przeciąganie liny,
czyli wykryć, czy u danej osoby występuje stały wzorzec przybliżania i oddalania się, co tworzy dynamikę opartą na breadcrumbingu.
Aby wykryć love bombing, skoncentruj się na następujących kwestiach:
Czy istniał początkowy stan idylli, kiedy druga osoba określała waszą
relację jako "idealną", "wyjątkową", nazywała cię "swoją prawdziwą
miłością" i składała obietnice świetlanej przyszłości? Czy wszystko to
było okraszone uwodzicielskimi gestami i urokliwą osobowością, co
kazało ci sądzić, że jesteś z kimś absolutnie wyjątkowym i masz
wielkie szczęście, bo spotkałaś księcia z bajki?
W kolejnym etapie, gdy zauważasz, że nie jesteś w stanie już bardziej
zaangażować się w związek, druga osoba zaczyna zmieniać swoje
zachowanie wobec ciebie: staje się zdystansowana, niedostępna,
szorstka. Jeśli właśnie pomyślałaś: "Skąd ja to znam?!", to z pewnością pamiętasz też swoje poczucie winy i myśli, że coś zrobiłaś
źle. Naturalną reakcją w tej sytuacji jest okazywanie jeszcze
większego zaangażowania i jeszcze silniejsze przywiązanie do drugiej
osoby, co tworzy dynamikę ciągłej oscylacji między jedną emocjonalną
skrajnością a drugą (od najgorętszej bliskości do najzimniejszego
oddalenia). W efekcie powstaje schemat przerywanego wzmocnienia, jak w
breadcrumbingu, sprawiający, że wciąż masz nadzieję i wierzysz, że
relacja kiedyś powróci do idyllicznego stanu początkowego.
Podczas tego procesu topnieje twoje poczucie pewności w związku, a co
gorsza, twoja samoocena. To ostatnie to najgorszy ze skutków
love
bombingu. Jeśli zwerbalizujesz zmiany, jakie zauważasz w związku, druga strona zrobi wszystko, byś zwątpiła w swoje obserwacje.
Wykorzysta do tego jakąś twoją cechę charakteru, mającą wpływ na twoje
odczucia. Na przykład: "Jesteś bardzo niestabilna emocjonalnie,
dlatego tak to odbierasz, choć wcale tak nie jest". To właśnie jest
najbardziej niebezpieczne.
Dokładnie takie zachowanie - podawanie w wątpliwość twoich doznań -
prowadzi nas do kolejnego zatruwającego związek zjawiska.
Gaslighting, czyli wmawianie ci, że to w tobie jest problem
Gaslighting to tytuł filmu, który w Polsce wyświetlano jako Gasnący
płomień (reż. George Cukor, 1944). W filmie tym mąż głównej bohaterki
zmienia natężenie świateł w mieszkaniu, żeby przekonać kobietę, że ta
popada w szaleństwo, skoro twierdzi, że lampy świecą czasami inaczej -
czemu on oczywiście kategorycznie zaprzecza. Dlatego gaslighting jest
czymś więcej niż toksycznym zachowaniem w związkach - jest to cicha i bardzo niebezpieczna przemoc psychiczna, gdyż ofierze bardzo trudno ją
wykryć. Może zresztą występować na każdym typie więzi: partnerskim,
przyjacielskim, rodzinnym, zawodowym itd.
Dlaczego gaslighting jest tak szkodliwy? Dlatego, że kiedy agresor
systematycznie neguje fakty, ofiara zaczyna powątpiewać nie tylko w to,
co widzi, ale także w swój zdrowy rozsądek i równowagę psychiczną. Może
ją to doprowadzić do utraty kontroli nad sobą i całkowitego
podporządkowania się drugiej osobie, a nawet do przekreślenia swojej
tożsamości. Jeśli miałaś nieszczęście być ofiarą gaslightingu,
prawdopodobnie w którymś momencie sama już nie wiedziałaś, czego
naprawdę chcesz, co jest dobre, a co złe. Prowadzi to do całkowitej
zależności od drugiej osoby i sprawia, że traci się zdolność oceny
rzeczywistości.
Dobra wiadomość jest taka, że chociaż wszyscy od czasu do czasu, nie
zdając sobie z tego sprawy, wykazujemy podatność na przemoc psychiczną,
istnieją czynniki mogące pomóc ci rozpoznać gaslighting.
Osoby stosujące tę technikę manipulacji często wygłaszają lekceważące
komentarze nieregularnie (np. jednego dnia tak, przez dwa dni nie,
potem znowu tak), ale według niezmiennego schematu. Na przykład:
"Martwi mnie twoja nadwrażliwość. To nie jest normalne, powinnaś
zwrócić się o pomoc, bo będzie z tobą coraz gorzej".
Stosujących tę technikę cechuje również ciągłe twierdzenie, że
wszystkie problemy w związku wynikają z twojej błędnej interpretacji
ich zachowań. Towarzyszy temu zwykle nieustanne kwestionowanie twojego
punktu widzenia i całkowita odmowa wzięcia odpowiedzialności na
siebie. Na przykład: "Możesz w końcu przestać do tego wracać? Mówiłem
ci sto razy, że to twoje wymysły, nie widzisz, że ciągle kłócimy się o to samo? To ty niszczysz nasz związek".
Innym częstym zachowaniem
gaslightera, które może ujść uwadze, bo
często zostaje wzięte za troskę lub opiekuńczość, jest rola
paternalistycznego autorytetu, w którą wchodzi nadużywający władzy:
"Uważam, że potrzebujesz pomocy, coś jest z tobą nie tak, opowiadasz o rzeczach, które nie miały miejsca. Chcę dla ciebie jak najlepiej,
myślę, że nie dajesz sobie rady ze sobą".
A zatem główne konsekwencje gaslightingu to: poczucie, że jesteś
bezwartościowa, nie potrafisz sobie pomóc i potrzebujesz kogoś drugiego,
kto się o ciebie zatroszczy i "wyprowadzi cię na dobrą drogę",
nieustanne usprawiedliwianie się i obwinianie, poczucie własnej
zbędności i niekwestionowanie czegokolwiek, co mówi przemocowiec.
Dlatego też gaslighting jest schematem więzi jeszcze bardziej
szkodliwym niż którykolwiek z poprzednich, a przy tym często któremuś z nich towarzyszy.
Catfishing, czyli udawanie kogoś innego
Ostatnim, ale wcale nienajmniej ważnym zachowaniem, o którym warto
wspomnieć, jest catfishing. Słowo to pochodzi od angielskiego terminu
catfish (sum, dosłownie kot-ryba). Ryba udająca kota? Catfishing to
strategia polegająca na ukrywaniu się za fałszywą tożsamością, zazwyczaj
w mediach społecznościowych, ale też w aplikacjach randkowych. Dotyczy
to zarówno wyglądu (używanie w profilu zdjęć innej osoby), jak i osobowości (tworzenie postaci czy fałszywej osobowości wzbudzającej chęć
zawarcia znajomości). Ma to na celu usidlenie cię i pozyskanie jakiejś
korzyści, na przykład nakłonienie cię, żebyś wysłała odważne zdjęcia
albo zwierzyła się z czegoś bardzo osobistego.
Gwiazdorski trójkąt miłosny XXI wieku: ty, ja i media społecznościowe
Podejrzewam, że nie zaskoczyło cię to odkrycie: nowe technologie mają
ogromny wpływ na nasz sposób tworzenia więzi. Wyjaśnijmy to na
przykładzie: wyobraź sobie, że Maria trafia na profil Esther na portalu,
gdzie można znaleźć stały związek albo partnerów do kontaktów
seksualnych. Obie nawiązują krótką rozmowę, w której niezobowiązująco
wymieniają informacje o zainteresowaniach, upodobaniach i stylu życia.
Wtedy Maria decyduje się zapytać Esther o jej nazwę użytkownika w jakimś
medium społecznościowym, żeby ją tam odszukać i dowiedzieć się czegoś
więcej. Esther podaje jej swój nick i automatycznie stają się
"znajomymi" w sieci, co tworzy wirtualną więź, łączącą ich okna na
świat. Popatrując przez to małe, ale pełne treści okienko z informacjami, Maria zauważa zdjęcia Esther na manifestacji wspierającej
ideologię całkowicie sprzeczną z wyznawanymi przez nią samą wartościami.
Maria jest w szoku, przerażona klika "usuń ze znajomych", "przestań
obserwować" i "zablokuj" w komunikatorze.
W ten sposób w mniej niż godzinę Maria poznała Esther, zaczęła się do
niej zbliżać w sposób, który zapowiadał początek więzi międzyludzkiej,
obie stworzyły więź wirtualną, a po zobaczeniu w okienku informacyjnym
czegoś, co się jej nie spodobało, Maria zerwała wszelki kontakt,
zablokowała relację i przekreśliła to, co mogło się między nimi w przyszłości potencjalnie zdarzyć.
Pojawia się tu kilka spraw do przemyślenia. Czy Maria i Esther naprawdę
się poznały? Czy ten krótki kontakt między nimi rzeczywiście można uznać
za relację interpersonalną? Czy taki rodzaj dynamiki jest typowy? Czy
Esther dokładnie wie, co zaszło? Jeśli się dobrze zastanowić, pojawi się
nieskończenie wiele pytań.
Gdybyśmy zadały sobie pytanie, czy Maria i Esther rzeczywiście się
poznały, moim zdaniem prawie wszystkie odpowiedziałybyśmy, że nie. A to
pociąga za sobą kolejne pytania: czy jest w tym wina mediów
społecznościowych? Czy znajomość przebiegłaby tak samo, gdyby spotkały
się w jakimś barze? Zapewne tak, bo gdyby nawet poznały się osobiście,
nadszedłby w końcu moment, kiedy jedna z nich zorientowałaby się, że ich
plany życiowe czy wartości różnią się w sposób niemożliwy do
zaakceptowania.
A jednak, gdyby nastąpiło to po miesiącach, a nie minutach znajomości, a Maria i Esther dogadywałyby się świetnie w innych kwestiach, może ten
fakt nie miałby aż takiego znaczenia, albo obie wymieniłyby poglądy i uznały, że można się zrozumieć i uszanować dzięki niuansom, których nie
widać na fotografii. A może wszystko skończyłoby się dokładnie tak samo,
tylko po dłuższym czasie, więc w sumie Maria może być zadowolona, że nie
straciła go na niezmierzającą w istotnym kierunku znajomość.
A teraz powinnyśmy się zastanowić, czy rzeczywiście tak ważne jest, żeby
nasze relacje prowadziły w jakichś istotnych kierunkach. Czy
doświadczenia naszych związków są wartościowe tylko wtedy, kiedy są
idealne i "na zawsze"? Jakkolwiek przede wszystkim chciałabym, by każda
z nas zastanowiła się nad tym, co w krótkiej historii o Marii i Esther
najbardziej przykuło jej uwagę, nie mogę pominąć wątku mediów
społecznościowych, które ułatwiają dostęp do innych osób, ale ich użycie
na początku znajomości spłyca doświadczenie więzi. Maria po dwóch
sekundach natknęła się na zdjęcie, które zabiło jakikolwiek pociąg do
Esther. Czy ma prawo wybierać na tej podstawie? Pewnie tak, ale jej
interpretacja może być wyrwana z kontekstu. Tak naprawdę wszystko, co
widzimy w mediach społecznościowych, jest z niego wyrwane. Marii wydaje
się, że widzi Esther, ale w rzeczywistości widzi to, co ta któregoś dnia
zechciała pokazać, i dodaje do tego własną interpretację, chociaż to
tylko fotografia, tekst albo story, które znikną po dwudziestu
czterech godzinach. Czasem to, co widzimy, zgadza się z rzeczywistością,
ale nierzadko - nie. Przede wszystkim nie jesteśmy w stanie ocenić
znaczenia jakiegoś zdarzenia w danym czasie i kontekście innych rzeczy,
które wiemy o Esther. I tak umiera coś, co ledwie zdążyło się narodzić.
Dlatego warto przemyśleć, czy bogate doświadczenie w tworzeniu więzi
polega na nawiązywaniu i zrywaniu relacji w pięć minut, niepoznawaniu
tak naprawdę nikogo i niepozwalaniu, by zrodziły się jakiekolwiek
emocje, które mogą wygasnąć lub nie - zależnie od naszej decyzji. Oto
najistotniejszy element mediów społecznościowych: tworzą naszą nową
tożsamość, łatwiejszą do przyjęcia dla cudzego oka, ale odbiegającą od
prawdziwej złożoności istoty ludzkiej i sprawiającą, że trudniej jest
poznać prawdę o drugim człowieku.
Często zapominamy też, że tożsamość wirtualna nie zawsze jest dokładnym
odzwierciedleniem tej rzeczywistej. Nie należy zapominać, że w sieci
głównie pokazujemy rzeczy, które uznajemy za właściwe, a jednocześnie
ukrywamy to, co normalnie komunikujemy nieświadomie: nasz sposób bycia,
bliskości, energię wyzwalaną, kiedy jesteśmy z kimś twarzą w twarz.
Właśnie takie oddziaływanie, przyjemne albo nie, które potrafi wzbudzić
wyłącznie kontakt fizyczny, tworzy różnicę w sposobie budowania więzi.
Dodatkowo media społecznościowe są potężnym stymulantem dla naszych
niedoborów emocjonalnych.
Jeśli tylko chcesz, masz na wyciągnięcie ręki (całkiem dosłownie, gdy
trzymasz w niej smartfon) możliwość załatania twoich emocjonalnych dziur
przy pomocy lajków albo informacji o nowych obserwujących. Jednak nie
wszystko złoto, co się świeci - media społecznościowe skłaniają do
tworzenia tożsamości równoległej: ta wirtualna, nieustannie wzmacniana
sieciowym klepaniem po ramieniu, pozostaje w świecie wirtualnym. To
generuje wiele problemów, będących skutkiem skokowego wzrostu samooceny
w świecie wirtualnym, który nie jest jednak ani prawdziwym, ani zdrowym
fundamentem poczucia własnej wartości.
Chciałabym cię skłonić do zastanowienia się nad tym, że jeśli zaczynamy
definiować siebie poprzez nasz wizerunek w sieci i identyfikować się z nim bardziej niż z tym, jakie jesteśmy poza nią, także poprzez sieć
będziemy nawiązywać coraz więcej relacji. Takich, na które, jak się
przekonasz, wpływać będzie ogromna liczba czynników pozostających poza
naszą kontrolą i świadomością, sprzyjających temu, by kontakty były
przelotne, a motywacja do dbania o związki minimalna, bo wiemy, że
jesteśmy o jedno kliknięcie od kolejnej relacji, która być może da nam
więcej satysfakcji. Jeśli nie zdamy sobie z tego sprawy, wpadniemy w spiralę prób nawiązywania relacji, a raczej przelotnych interakcji, w których nie pozwalamy sobie zaistnieć i tracimy całe bogactwo, jakiego
może nam dostarczyć doświadczenie budowania więzi. A wszystko dlatego,
że przedkładamy ilość nad jakość, szukając jednocześnie jakości, której
nigdy nie znajdujemy, bo tak naprawdę sobie na to nie pozwalamy.
Zanim przejdziemy dalej, zachęcam cię, byś wypełniła poniższy test,
odpowiadając "tak" lub "nie".
Mój punkt wyjścia. Jak wyglądały moje relacje do tej pory?
Czy kiedykolwiek czułaś, że twoje relacje są bardzo powierzchowne?
Chciałabyś, żeby były bliższe, ale nie wiesz, jak to zrobić?
Czy kiedykolwiek czułaś, że jesteś z inną osobą tylko dlatego, że
odznacza się jakąś cenioną społecznie cechą? Czy sądzisz, że ktoś
był/jest z tobą z tego samego powodu?
Czy kiedykolwiek zauważyłaś, że ktoś, kogo poznałaś, uważa, że nie
warto wysilać się w relacji, jeśli nie jest pewne, że prowadzi ona
do czegoś wyjątkowego?
Czy kiedykolwiek doświadczyłaś sytuacji, w której ktoś bliski, z kim
się pokłóciłaś, nie chciał dzielić odpowiedzialności za rozwiązanie
konfliktu?
Czy czujesz, że ciążą ci problemy z samooceną innej osoby? Czy
uważasz, że jesteś odpowiedzialna za jej ratowanie?
Czy kiedykolwiek poczułaś, że nie jesteś dla kogoś wystarczająca?
Czy kiedykolwiek poczułaś, że chciałaś porozmawiać z drugą osobą o czymś dla ciebie ważnym, ale ona wciąż przed tym uciekała?
Czy kiedykolwiek stałaś się celem jednego z omówionych wyżej
toksycznych zachowań?
Czy czujesz, że prawie zawsze wchodzisz w bardzo niestabilne związki
i nie wiesz, dlaczego to robisz?
Czy kiedykolwiek odniosłaś wrażenie, że komuś z twojego otoczenia
trudno wyrazić, co do ciebie czuje?
Czy masz poczucie, że nie wiesz, co zrobić ze swoimi emocjami, jeśli
nie ma przy tobie kogoś, kto cię wysłucha i ci pomoże?
Czy zauważyłaś, że na ogół osoby, z którymi utrzymujesz kontakty
uczuciowo-seksualne, mają duże problemy, żeby się zaangażować w związek z tobą?
Czy myślałaś kiedykolwiek, że tradycyjny model związku nie jest tym,
czego chciałabyś dla siebie?
Czy odczuwałaś/odczuwasz presję bycia w stałym związku?
Czy jako kobieta odczułaś, że płeć warunkuje twoją rolę w związkach?
Jeśli jesteś mężczyzną, czy masz trudności z otwartym mówieniem o swoich uczuciach i czy przez to jesteś traktowany tak, jak na to nie
zasługujesz?
Jeżeli nie identyfikujesz się z żadną z tradycyjnych płci, czy
sądzisz, że twoja tożsamość była/jest przyczyną niesprawiedliwego
traktowania albo że inne osoby nawiązywały/nawiązują z tobą kontakt,
który nie jest szczery i bezpośredni?
Czy miałaś kiedyś problem z postawieniem granic w relacji
zakładającej zaufanie, na przykład z bliskim krewnym?
Muszę ci powiedzieć, że odpowiedź twierdząca nawet na jedno z tych pytań
oznacza, że w świecie twoich relacji istnieją kwestie, które powinnaś
przepracować, dotyczące czy to sposobu, w jaki odnoszą się do ciebie
inni, czy tego, co ty im dajesz. A zatem bardzo możliwe, że zainteresuje
cię wszystko, co zaraz przeczytasz, bowiem pomoże ci to wybierać związki
w sposób bardziej świadomy, odkryć, czego nie chcesz w relacjach, a w końcu tworzyć zdrowsze więzi: partnerskie, przyjacielskie, rodzinne i inne.
Rozdział 2. Nie kochaj mnie wiecznie, nie kochaj troszeczkę, kochaj mnie dobrze. Odpowiedzialność afektywna
Rozdział 2
Nie kochaj mnie wiecznie, nie kochaj troszeczkę, kochaj mnie dobrze.
Odpowiedzialność afektywna
Pojęcie "odpowiedzialność afektywna" narodziło się w latach
osiemdziesiątych XX wieku w wyniku pierwszych analiz relacji
poliamorycznych. Poliamoria oznacza relacje miłosne pomiędzy trzema lub
więcej osobami w tym samym czasie, nawiązywane świadomie, za zgodą i etycznie. Teorie na temat poliamorii bronią stanowiska, że miłości nie
można ograniczać, a kochać kogoś oznacza pragnąć dla tej osoby
wszystkiego, co najlepsze, a więc także tego, by mogła ona rozszerzyć
swoje życie uczuciowe na inną lub inne osoby, jeśli to właśnie sprawia,
że czuje się wolna i szczęśliwa. W rezultacie, jeśli zaczyna się oceniać
poliamorię jako jedną z opcji tworzenia relacji (przecież istnieje ona
jak świat światem) i uważa się, że jest równorzędna monogamii, dostrzega
się konieczność pewnych umów i płynnego przepływu informacji pomiędzy
osobami w takim związku, by uniknąć nieprzyjemności, które czasem biorą
się z głęboko uwewnętrznionych przekonań, będących wynikiem wychowania w monogamicznym świecie: nieradzenia sobie z zazdrością czy trudności ze
stawianiem rozsądnych, zdrowych i jasnych granic.
A zatem czy odpowiedzialność afektywna dotyczy tylko związków
poliamorycznych? Z pewnością nie, dlatego gdy rozważano te nowe
możliwości, zaczęto zdawać sobie sprawę z konieczności przemyślenia na
nowo sposobu, w jaki tworzymy wszelkiego rodzaju więzi, a także wzięcia
pod lupę wzajemnej troski, empatii, zrozumienia i odpowiedzialności
wszystkich osób połączonych dowolną więzią. A kiedy zaczęły dochodzić do
głosu teorie feministyczne, zrodziła się też świadomość tego, jak na
nasz sposób budowania związków wpływa koncept miłości romantycznej,
głoszący, że miłość nieuchronnie wiąże się z cierpieniem i tworzy między
mężczyzną a kobietą relacje oparte na schemacie władzy i podporządkowania, narzuca niezmienny podział ról płciowych oraz polega
wyłącznie na relacjach heteroseksualnych i monogamicznych. Feminizm,
domagający się równości i równouprawnienia kobiet oraz mężczyzn, uznawał
za nieuzasadnione, by nasze relacje nadal regulowane były przez ten
sztywny i archaiczny system. To tak, jakby całe społeczeństwo zmierzało
w kierunku tworzenia sprawiedliwszego i bardziej zrównoważonego świata,
ale nasze więzi utknęły w przestarzałych założeniach, które raz po raz
doprowadzają nas do toksycznych relacji. W okresie rozkwitu feminizmu
zaczyna ugruntowywać się pojęcie odpowiedzialności afektywnej jako
koncepcji niezbędnej do przerwania toksycznych schematów wikłających nas
w pozbawione równowagi i niesatysfakcjonujące relacje.
Aby cię kochać, muszę cię szanować. Co się kryje pod pojęciem odpowiedzialności afektywnej
Porozmawiajmy o etyce uczuć
Etyka uczuć to inaczej rozumienie, że kiedy dwie lub więcej osób
angażuje się w jakąś relację, każdy wstrząs w związku porusza emocje
zarówno własne, jak i innych osób. Dlatego tak ważne jest, by
porozumiewać się i dochodzić do zgody w taki sposób, by minimalizować
szkody. Nasze działania oddziałują na wszystkie zaangażowane strony,
dlatego ważne, by podejmować decyzje w taki sposób, aby nie szkodzić
albo czynić jak najmniejszą szkodę każdemu, w tym również nam.
Przyjrzyjmy się w tym kontekście konsekwencjom, jakie może spowodować
ghosting. Wyobraź sobie, że Víctor i Elena znają się już od jakiegoś
czasu i regularnie ze sobą sypiają. Po wielu miesiącach Elena zaczyna
zauważać zmiany - Víctor spotyka się z nią coraz rzadziej, a rozmowy na
WhatsAppie, przedtem trwające godzinami, teraz ograniczają się do pięciu
minut przed snem albo jego krótkiego "hahaha", kiedy ona prześle mu coś
śmiesznego. Elena dostrzega, że Víctor nie jest już tak zainteresowany
ich związkiem jak na początku, ale nie ma odwagi o to zapytać, bo kiedy
już zamierzała to zrobić, Víctor znowu się do niej odezwał. Elena
uznaje: "Mam jakąś obsesję, przecież wszystko jest w porządku, jak
zawsze".
Mijają kolejne tygodnie i Elena widzi, że Víctor znowu coraz bardziej
się oddala, zaczyna więc myśleć, że albo to ona będzie wkładać więcej
wysiłku w tę relację, albo wszystko pójdzie na marne. Dwoi się i troi,
przygotowuje dla Víctora romantyczne niespodzianki, organizuje
weekendowe wypady, pisze jeszcze częściej, dopytuje, czy czegoś mu nie
potrzeba...
Ale równocześnie stopniowo zdaje sobie sprawę, że im bardziej się stara,
tym bardziej Víctor wydaje się oddalać, a ona czuje coraz większą
niepewność i brak satysfakcji. Co się dzieje? Relacja niezamierzenie
stała się po prostu toksyczna. Elena szuka odpowiedzi, których nie
otrzymuje, bo nie ma odwagi zapytać, postanawia więc stłumić niepokój i zignorować wszystko, co czuje i czego potrzebuje, a także stara się
przypodobać Víctorowi za wszelką cenę i marzy, że kiedyś powróci magia z początków ich związku.
A co się dzieje z Víctorem? Może z wygodnictwa, a może z obawy przed
niemiłą sceną, w której miałby powiedzieć Elenie, że z nią zrywa, zmusza
się do pozostawania w relacji, która mu nie odpowiada. Unika stawienia
czoła nieprzyjemnej sytuacji, w której miałby oświadczyć, że to koniec,
aby nie musieć radzić sobie później z ewentualnym poczuciem winy.
Dlatego postanawia po prostu zniknąć z życia Eleny - stopniowo przestaje
odpowiadać na jej wiadomości, lajkować zdjęcia, chodzić w miejsca, w których bywali razem...
Zasadniczo Víctor uprawia zwyczajny ghosting. Sprawia, że Elena
pogrąża się w morzu niepewności coraz głębiej, nie rozumiejąc, czy to
ona zrobiła coś, co go dotknęło, czy też jest z nią coś nie tak, tylko
nikt przed Víctorem tego nie zauważył. Najgorsza w tej sytuacji jest
niewiedza, czy on zamierza wrócić, co pozostawia Elenę w stanie
oczekiwania i blokuje jej możliwość ruszenia dalej, podczas gdy
mężczyzna w pewien sposób już to zrobił.
Wiedząc to wszystko, mamy jasność, że Víctor absolutnie nie był i nie
jest odpowiedzialny afektywnie wobec Eleny, bez względu na to, jakie
byłyby jego intencje i motywacje. I nie chodzi tu o szukanie winnych,
ale wskazanie nieodpowiedzialnych zachowań. Jeśli choć raz byłaś na
miejscu Eleny, powinnaś wiedzieć, że to nie ty ponosisz odpowiedzialność
za to, jak zachował się twój "Víctor", jesteś natomiast w stanie nauczyć
się identyfikować ten typ zachowań, aby następnym razem zauważyć, gdy
coś takiego się wydarzy (choć mam nadzieję, że tak się nie stanie).
Kiedy dostrzegasz dziwne zachowania, masz prawo o nie pytać, i jeśli
relacja nie daje ci tego, czego szukasz i na co zasługujesz, masz także
prawo się z niej wycofać. Tak, wiem, że to nie jest łatwe, ale kiedy
dostrzegasz dynamikę związku, w którym się poświęcasz i chcesz za
wszelką cenę troszczyć się o drugą osobę i ją zadowalać, byle tylko z tobą została, powinna ci się zapalić czerwona lampka. To nie jest ani
dobra miłość, ani zdrowa relacja, a jeśli nic z tym nie zrobisz, to
wszystkie trudności, których teraz próbujesz uniknąć, wrócą do ciebie z o wiele większą siłą.
Teraz, skoro już wiemy, jak rozpoznać dowodzące braku odpowiedzialności
afektywnej zachowania Víctora, w jaki sposób mogłybyśmy rozpoznać
odpowiedzialne zachowania, gdyby postąpił inaczej? Przede wszystkim przy
podejmowaniu decyzji dotyczącej zakończenia związku musiałaby zaistnieć
przesłanka etyki uczuciowej. To znaczy, że Víctor musiałby być uczciwy
wobec Eleny, ale także wobec siebie, oraz działać w taki sposób, żeby
wyrządzić sobie i jej jak najmniejszą krzywdę. Oczywiście, gdy podejmuje
się podobną decyzję, choćby się bardzo pragnęło nikogo nie skrzywdzić,
zawsze ktoś ucierpi. Ale ważne jest, by przeanalizować potencjalne
szkody, stawiając na wyobrażonej szali wszystkie możliwe opcje i szacując, która będzie najmniej bolesna.
Potencjalnym przykładem odpowiedzialnego zachowania Víctora byłoby
stwierdzenie: "Eleno, bardzo fajnie było cię poznać, super nam było
razem, jesteś wartościową osobą. Właśnie dlatego chcę być z tobą
zupełnie szczery, bo na to zasługujesz. Muszę ci powiedzieć, że w tej
chwili już nie czuję tego, co wcześniej, i nie mogę kontynuować naszego
związku. Nie dlatego, że zrobiłaś cokolwiek nie tak ani że nie jest mi z tobą miło, po prostu tak czuję i uważam, że uczciwie jest ci to
powiedzieć, żebyś i ty mogła podjąć decyzje, które sprawią, że będziesz
szczęśliwa".
Porozmawiajmy o konsekwencji w podejmowaniu decyzji
Uważam, że kiedy podejmujemy jakąś decyzję dotyczącą naszego związku,
powinniśmy ją zakomunikować i omówić wszystko, co z niej wynika. Ważne
jest, by wprowadzić swoje postanowienie w życie i trwać przy nim z upływem czasu. Czy to oznacza, że nie możemy zmienić zdania? Oczywiście,
że możemy, ale czym innym jest chęć przywrócenia poprzedniego statusu
relacji, a czym innym sytuacja, w której czujemy i myślimy to samo,
chcemy natomiast wycofać się z podjętej decyzji, gdyż ważniejsze stają
się inne nasze osobiste interesy, o których druga strona nie ma bladego
pojęcia. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie kontynuacji historii
Víctora i Eleny.
Można logicznie założyć, że skoro relacja się zakończyła, kończy się też
odpowiedzialność afektywna, ale w rzeczywistości wcale tak nie jest.
Wyobraźmy sobie, że jakiś czas po rozstaniu Víctor czuje się bardzo
samotny i żeby zagłuszyć tę samotność, zastanawia się, czy nie napisać
do Eleny. W końcu to robi, spędzają ze sobą wieczór i idą do łóżka. To
spotkanie wyzwala w Elenie potężne emocje. Znowu czuje, że Víctor jest
"tym jedynym", a ich relację, pomimo przeżytego ghostingu, "jeszcze da
się uratować". Elena wysyła więc Víctorowi wiadomość, w której pisze,
jak się cieszy i jak było jej z nim miło poprzedniego wieczora. Ale
Víctor odpowiada monosylabami, nie bardzo angażując się w rozmowę.
Dzieje się tak dlatego, że uczucia Víctora wobec Eleny nie uległy
zmianie, mężczyzna wie, że nic do niej nie czuje, ale potrzebował
towarzystwa, a Elena zawsze była chętna do pomocy. Egoistycznie zbliża
się do Eleny tylko dlatego, że ona będzie dostępna, by zapełnić jego
pustkę. A więc w czym problem? W tym, że Elena o tym wszystkim nie wie;
już dawała sobie radę z żałobą po związku, kiedy nagle Víctor się
objawił, "potrzebując jej", podczas gdy w rzeczywistości potrzebował
tylko nie być akurat wtedy sam. Później Elena znowu nie wie, co myśleć,
kiedy Víctor po spotkaniu okazuje chłód i odcina się od niej bez żadnego
wyjaśnienia swoich nagłych zmian w zachowaniu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki