Rozdział 4
Joy
Wstawiam goździki do wazonu i zaciągam się ich delikatnym zapachem, po czym przestawiam kilka gałązek w taki sposób, by każdy kwiatek prezentował się tak samo dobrze. Rzadko pozwalam sobie na to, by udekorować mieszkanie świeżym bukietem, bo choć uwielbiam, gdy elementy natury wypełniają pomieszczenie, to kupowanie kwiatów dla samej siebie, w dodatku bez okazji, nie należy do priorytetowych wydatków.
Od rana czuję jednak, że ten dzień jest wyjątkowy i postanawiam w to uwierzyć, a zakup różowych goździków stanowi dodatkowe potwierdzenie mojego świetnego nastroju. Być może to kwestia wpływającej na konto wypłaty, a może tego, że wstałam z łóżka prawą nogą. Nieważne. Cokolwiek to jest, wywołuje uśmiech na mojej twarzy i napędza mnie do działania bardziej niż zwykle, więc nie zamierzam się z tym wykłócać.
Zakładam słuchawki na uszy i poruszam się po kuchni w rytm muzyki, zabierając się za przygotowywanie obiadu. Lubię gotować i uważam to niemal za terapeutyczne zajęcie. Z jakiegoś powodu relaksuje mnie krojenie składników w idealnie równe kawałki czy dobieranie dodatków w taki sposób, by współgrały ze sobą nie tylko smakowo, ale też wizualnie. Poza tym zwracam dużą uwagę na to, co jem, i dbam, by odżywiać się na tyle zdrowo, na ile pozwala mi czas, więc często zamykam się w kuchni, gotując, by nie musieć potem zapychać się w pośpiechu fastfoodami na wynos.
Podśpiewuję pod nosem, mieszając ze sobą w misce składniki, kiedy czuję czyjąś dłoń na ramieniu. Niemal podskakuję w miejscu zaskoczona tą niespodziewaną interakcją, ale od razu uspokajam się na widok taty. Wyciągam jedną słuchawkę i odwracam się w jego stronę.
- Mówiłeś coś? - rzucam, gdy już nie dudni mi w uszach muzyka.
- Pytałem, czy mam szansę załapać się na obiad? - mówi, wsuwając palec do miski, za co obrywa ode mnie drewnianą łyżką w dłoń. - Co jemy?
- Burgery - odpieram i wracam do gotowania.
- Pysznie - mówi pod nosem, zacierając dłonie z ekscytacji. - Poproszę dwa.
- Wegańskie - dodaję szybko.
- W zasadzie nie jestem aż tak głodny. Jeden wystarczy.
Wybucham śmiechem, patrząc na naburmuszoną minę mojego ojca. Nawet nie kryje się z tym, że nie znosi mojej zdrowej kuchni, ale mam gdzieś jego narzekania. Przez całe życie odżywiał się fatalnie, bo choć w domu zawsze czekał na niego pożywny obiad, to podczas długich zmian na komisariacie zapychał się niezliczoną liczbą pączków i hot dogów, jak każdy prawdziwy nowojorski policjant.
- Ciesz się, że nie zamieniłam bułki na liść sałaty - zauważam, celując w niego palcem.
- Wydziedziczyłbym cię, gdybyś to zrobiła - oświadcza z całkowitą powagą. - To byłaby profanacja.
- Zawsze możesz zacząć gotować sobie sam, tato.
- Jesteś przerażająco podobna do swojej matki - wyznaje, patrząc na mnie z łagodnym uśmiechem. - Zawsze wiesz, co powiedzieć, żebym przyznał ci rację. Wy, kobiety, bywacie nieprawdopodobnie przebiegłe. Wszystko byłoby o wiele prostsze, gdyby na świecie żyli tylko mężczyźni - kontynuuje swój wywód.
- Przez pierwsze pięć minut - prycham pod nosem. - Potem któryś z was spróbowałby uruchomić pralkę, wywołując przy tym trzecią wojnę światową.
- Wierna kopia Jane - mamrocze do siebie, przywołując imię mojej mamy.
Szczerze mówiąc, nie pamiętam jej zbyt dobrze, bo odeszła, gdy miałam zaledwie pięć lat, więc większość dzieciństwa spędziłam tylko z ojcem. W mojej głowie zakorzeniło się kilka wspomnień, które odtwarzam za każdym razem, gdy ktoś o niej wspomina. Tato zawsze mówi, że odziedziczyłam po niej wszystko, co najlepsze, i chyba ma rację, bo gdy patrzę na zdjęcia mamy z młodości, czuję się tak, jakbym przeglądała się w lustrze. Za każdym razem, gdy nazywa mnie jej małą kopią, robi mi się niezwykle miło, bo Jane Bailey była nie tylko piękną, ale też niesamowicie ciepłą i dobrą kobietą, więc nie mam nic przeciwko temu porównaniu, a wręcz traktuję je jak komplement.
Znam mamę głównie z opowieści, ale pamiętam ostatnie miesiące przed jej śmiercią. Nigdy nie dawała po sobie poznać, jak wykańcza ją choroba, a przynajmniej doskonale się przede mną maskowała. Nie odpuszczała, nawet gdy wymyślałam wyjątkowo męczące zabawy, na które ona nie miała już siły. Zawsze dawała z siebie wszystko, poświęcając mi i tacie ostatnie pokłady energii, które posiadała. Nawet w dzień, w którym nowotwór postanowił ją nam odebrać, miała uśmiech na ustach.
- Nakryję do stołu - oświadcza tata z westchnieniem, gdy dochodzi do niego, że nie wygra ze mną tej wojny i jeśli chce cokolwiek zjeść, musi zadowolić się wegańską wersją swojego ulubionego fast fooda.
- Dobra decyzja.
Przestaje marudzić, gdy bierze pierwszy kęs burgera, który według mnie smakuje naprawdę dobrze. Ojciec jest jednak zbyt uparty, by przyznać się do błędu, więc je w milczeniu. Celowo pytam, co sądzi o moim dzisiejszym popisie kulinarnym, ale w odpowiedzi mamrocze coś pod nosem, a następnie zmienia temat, myśląc, że tego nie zauważam. Prowadzimy nasze zwyczajowe rozmowy, kończąc posiłek, po czym gramy w papier, kamień, nożyce, żeby wybrać, kto z nas posprząta po obiedzie, i jak zawsze pada na mojego tatę.
Chociaż od wypadku minęły już ponad trzy miesiące, ojciec przebywa na zwolnieniu lekarskim. W ranę wdało się zakażenie, przez co musiał wrócić na jakiś czas do szpitala, a jego kontuzja ciągnie się od ponad trzynastu tygodni. Nieustannie martwię się o jego zdrowie, ale nie ukrywam, że chciałabym, by wrócił już do pracy, bo jego towarzystwo momentami zaczyna działać mi na nerwy.
W przeciwieństwie do taty ja muszę pracować, dlatego zaraz po obiedzie pakuję swój strój sportowy i matę do ćwiczeń, a także mój barmański uniform i kolację na wynos. Nie będę miała wystarczająco czasu, by wrócić do mieszkania między zajęciami a zmianą w Corner's, więc wychodząc, niosę ze sobą dwie załadowane do pełna torby.
Zazwyczaj prowadzę zajęcia przed południem, ale postanowiłam zrobić wyjątek dla mojej najnowszej podopiecznej. Podczas jednej z rozmów przyznałam się przed Seanem, że w wolnych chwilach pracuję w studiu jogi, a on praktycznie błagał, żebym zorganizowała ćwiczenia dla kobiet w ciąży, które pozwoliłyby Naomi odciążyć bolące stawy. Nie udało mi się przekonać szefowej do utworzenia w grafiku grupowych zajęć dla ciężarnych, ale dwa razy w tygodniu spotykamy się na indywidualne lekcje na sali.
Pojawiam się w studiu kilkanaście minut przed umówioną godziną, więc szybko wskakuję w różowe legginsy i krótki top w tym samym kolorze, po czym wykorzystuję pozostały czas na rozciąganie. Lata ćwiczeń spowodowały, że jestem w naprawdę dobrej formie, więc gdy staję przed ścianą z luster, podoba mi się moje odbicie. Moje ciało jest zdolne do wykonania skomplikowanych pozycji i cieszy mnie fakt, że udało mi się samodzielnie wypracować taką sprawność fizyczną.
- Przepraszam za spóźnienie - dyszy Naomi, wchodząc na salę ubrana w krótkie, obciskające spodenki i koszulkę na szelkach. Jej ciążowy brzuch urósł sporo w ciągu ostatnich tygodni i w końcu można zauważyć, że spodziewa się dziecka. Mimo swojego stanu Woods nie przestała ubierać się wyzywająco, a nawet mam wrażenie, że prezentuje się jeszcze odważniej, podkreślając swoją nową, kształtną figurę. - Nie mogłam się wcisnąć w te pieprzone spodenki - marudzi, podskakując w miejscu, by ułatwić sobie podciągnięcie materiału krótkich getrów.
- Może powinnaś kupić je w większym rozmiarze? - sugeruję, od razu żałując swoich słów, gdy czuję na sobie mordercze spojrzenie dziewczyny.
- To. Jest. Mój. Rozmiar - cedzi przez zęby, nie kryjąc niezadowolenia.
- Skoro tak twierdzisz - rzucam łagodnie, próbując powstrzymać się przed parsknięciem
To, jak Naomi zawzięcie upiera się na noszenie ubrań w rozmiarze XS, jest niedorzeczne, ale dyskutowanie z nią na ten temat nie ma żadnego sensu. Nie kupi większych spodni, nawet jeśli te, które ma, pękną jej na tyłku. Sean wielokrotnie żalił się, że z każdym kolejnym tygodniem ciąży Woods staje się coraz bardziej nieznośna, więc odpuszczam, nie chcąc denerwować jej bardziej, niż to konieczne.
- Zaczynamy? - pytam z uśmiechem na ustach.
- Musimy, Joy? - marudzi. - Nie możemy po prostu poleżeć na tych ogromnych piłkach przez godzinę?
- Nie. - Wzruszam ramionami. - Rusz się, Naomi. Clark wyraźnie podkreślił, że mam zmęczyć ciebie i małą.
- Głupi fiut - mamrocze, nawet nie kryjąc rozdrażnienia. - Już ja go, kurwa, zmęczę. Obiecaj, że będziesz budziła tatusia każdej nocy, kochanie - mówi do brzucha, całkowicie zmieniając ton, a ja śmieję się pod nosem w reakcji na jej zachowanie.
Ta dwójka jest niemożliwa.
Cóż, ta trójka.
Naomi próbuje przeciągnąć mnie na swoją stronę jeszcze przez kilka minut, ale ja jej na to nie pozwalam. Zawsze wzbrania się przed ćwiczeniami na początku zajęć, ale ostatecznie kończy je zadowolona, dziękując mi za ulgę, którą przynoszę dla jej kręgosłupa. Kilka chwil później klęczy na macie, wykonując moje polecenia, i psioczy już tylko co trzy pozycje, co stanowi spory progres.
Nie daję się jej ograć, ale w nagrodę za zmianę podejścia przynoszę dwie gumowe piłki i przez ostatnie minuty pozwalam jej po prostu leżeć na plecach, bujając się w przód i w tył. Robię to samo, kładąc się obok dziewczyny i każę jej kontrolować oddech, co pomaga zrelaksować się po treningu.
- Kiedy przejdziesz do ataku, Joy? - pyta, podnosząc się z moją pomocą do pozycji siedzącej. Jedną dłonią wspiera się o piłkę, a drugą trzyma się za brzuch i wpatruje się we mnie intensywnym spojrzeniem.
- Na ciebie? - Marszczę brwi. - Raczej nigdy. Nawet w ciąży skopałabyś mi tyłek - żartuję, na co ona odpowiada chichotem.
- Na Tuckera - wzdycha głośno.
- Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. - Brnę w kłamstwo, choć ona nie wydaje się wierzyć w moje marne próby ominięcia tematu.
- Nie wciskaj mi kitu - mówi, nie spuszczając ze mnie wzroku nawet na moment. - Facet, który podoba ci się od lat, w końcu jest wolny, a ty nic z tym nie robisz. Gdybym była na twoim miejscu, już dawno bym się na niego rzuciła.
- Nigdy nie mówiłam, że jestem nim zainteresowana - mamroczę, a moją twarz zalewa rumieniec, który nie ma nic wspólnego z odbytym treningiem.
- Bo nie musiałaś, widać to po tobie na kilometr - oświadcza. - Zauważyłam to pierwszego wieczoru w Corner's, a nie znałam wtedy ani ciebie, ani jego. Jesteś w niego wpatrzona jak w obrazek.
- A jednak Tucker nigdy tego nie dostrzegł.
- Bo wzrok przysłaniała mu nadęta, blond suka - odpiera natychmiastowo. - Ale już jej nie ma, Joy, więc nadszedł czas, żebyś to ty pojawiła się mu przed oczami.
- Nawet się nie rozwiódł, Naomi - tłumaczę. - Nie mogę tak po prostu podejść i poprosić o szansę.
- Owszem, nie możesz - wchodzi mi w słowo. - Bo my, kobiety, nie musimy o nic prosić. Porozmawiasz z nim i oznajmisz, że jeśli będzie miał wystarczająco dużo szczęścia, pozwolisz mu się ze sobą umówić.
Pewność siebie Naomi Woods jest godna podziwu. Nie znam drugiej kobiety, która byłaby tak świadoma swoich zalet. Nie musi robić nic, by faceci rzucali się do jej stóp, i czasem odnoszę wrażenie, że im mniej jest zainteresowana, tym więcej męskiej uwagi otrzymuje. Chciałabym mieć choć kilka procent jej śmiałości, ale jesteśmy kompletnie różne i nie potrafiłabym nawet przez moment stosować jej sztuczek, a ten styl seksownej kusicielki zupełnie do mnie nie pasuje.
- Ja tak nie działam, Naomi - wzdycham.
- Jeszcze - przerywa mi ponownie. - Więcej odwagi.
- Sama nie wiem... - zaczynam, próbując zebrać myśli. - Minęły dopiero trzy miesiące, odkąd jest sam. To stanowczo za wcześnie, bym mogła wykonać jakiś krok.
- Chryste, Joy. - Przewraca oczami. - Trzy miesiące to cała wieczność. Znałam się z Seanem niewiele dłużej, zanim... Cóż, to chyba nie jest najlepszy przykład. - Śmieje się sama do siebie. - Posłuchaj mnie teraz uważnie. W końcu nadarza się okazja, by zdobyć mężczyznę, do którego ślinisz się od lat, więc przestań chować głowę w piasek i zawalcz o swoje.
Milczę, odtwarzając słowa Rudej, która jednocześnie mnie zaintrygowała i zmotywowała do działania. Nieśmiała, pełna obaw część mnie krzyczy: STOP, ale ta nowo pobudzona, ciekawa strona przeważa szalę, podpowiadając, że Naomi Woods może mieć trochę racji.
- Nie ciekawi cię, czy Tucker naprawdę jest tak wspaniały, jak ci się wydaje? - kontynuuje. - Co, jeśli spędziłaś lata na idealizowaniu go, marnując czas, a on okaże się dla ciebie absolutnie nieodpowiedni?
- Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób - mamroczę zażenowana.
- Od tego masz mnie - oznajmia, podnosząc się z trudem z piłki. - Za bardzo to analizujesz, Joy. Po prostu odpuść i zaryzykuj. W najlepszym wypadku skończysz z fantastycznym mężczyzną, a w najgorszym czeka cię kilka tygodni dobrej zabawy - rzuca, mrugając do mnie sugestywnie. - A Tuck jest naprawdę świetnym facetem, który zasługuje na coś wyjątkowego.
- Nie sądziłam, że jesteś taką ekspertką od relacji - żartuję, kiedy kierujemy się do wyjścia z sali.
- Jestem ekspertką od wszystkiego - oświadcza dumnie. - Dziękuję za trening, Joy - mówi, posyłając mi delikatny uśmiech. - Widzimy się we wtorek na kolejnym?
- Oczywiście, przygotuj się na porządny wycisk - droczę cię.
- Jak na kogoś tak słodkiego, czerpiesz chorą satysfakcję z dręczenia innych - burczy pod nosem.
- Do zobaczenia, Naomi - śmieję się, znikając w szatni dla pracowników.
Mam mniej niż pół godziny, by pojawić się w barze, więc biorę szybki prysznic, starając się nie zmoczyć związanych w wysoki kucyk włosów, po czym zmieniam sportowy komplet na jasne dżinsy i kremowy sweter w czerwone serduszka. Opatulam się grubą kurtką, wsuwam stopy w adidasy, po czym szybkim krokiem ruszam w kierunku mojego drugiego miejsca pracy. Chłodne marcowe powietrze muska moje zmarznięte policzki i choć owijam się szczelniej szalikiem, przekraczam próg Corner's z zaczerwienioną od zimna twarzą.
Szybko naciągam na siebie pracowniczy uniform, po czym dołączam do stojącego za barem Owena, który obsługuje już pierwszych klientów. Witam się z nim, trącając go łokciem, na co on odpowiada mi uśmiechem i przygotowuje w tym czasie kolorowego drinka. Ja także zabieram się do pracy, bo mimo wczesnej pory kolejka do baru jest już dość spora. Nalewam kolejne piwa, biegając w przerwach między kuchnią a salą i przynosząc klientom zamówione porcje skrzydełek.
Przed dziewiątą mam zamiar zrobić sobie przerwę, korzystając z tego, że wszystkie stoliki zostały już obsłużone, ale rezygnuję z tego pomysłu, gdy próg Corner's przekracza jak zwykle wyglądający cholernie dobrze Tucker Ashford.
Na moment tracę oddech, gdy patrzę, jak zbliża się w moim kierunku ubrany w ciemne, garniturowe spodnie i jasną koszulę opinającą się mu na ramionach w najlepszy możliwy sposób. Jego jasnobrązowe włosy są zaczesane do tyłu, ale kilka niesfornych kosmyków opada mu na czoło, dodając niemal chłopięcego uroku. Zaskakuje mnie, bo zajmuje miejsce na barowym stołku naprzeciwko, a nie przy swoim zwyczajowym stoliku w rogu sali. Szybko orientuję się, że nikt z jego przyjaciół się nie zjawi, a on przyszedł tu dziś sam.
- Hej, Tuck - rzucam nienaturalnie wysokim głosem, co nie umyka uwadze Owena, który parska śmiechem, stojąc obok mnie. Posyłam mu mordercze spojrzenie, a on zdaje się rozumieć moją aluzję i przestaje podsłuchiwać, odsuwając się na bezpieczną odległość. - Życzysz sobie to, co zwykle? - pytam, chwytając w rękę pusty kufel, i nie czekam na jego odpowiedź, tylko napełniam go po brzegi piwem i podaję mężczyźnie. - Duże i chłodne - mówię. - Dokładnie tak, jak lubisz.
- Jakim cudem tak dobrze mnie znasz?
Szaleję na twoim punkcie od lat - myślę, ale nie pozwalam, by te słowa opuściły moje usta. Nie wiem, czy wypowiedziałabym je na głos, nawet gdyby zostało mi kilka minut życia, a ja miałabym pewność, że nie weźmie mnie za wariatkę. Wolę zatrzymać swój sekret w tajemnicy w strachu przed jego reakcją.
- To moja praca. - Wzruszam ramionami. - A ty zawsze zamawiasz to samo - chichoczę, nawet nie wiedząc, dlaczego to robię.
- Jestem dość nudny, co?
- Może odrobinę przewidywalny - rzucam z rozbawieniem, obserwując, jak jego twarz pochmurnieje w reakcji. - Wszystko w porządku? - Odruchowo wyciągam dłoń, by chwycić jego rękę w geście pocieszenia, ale na szczęście powstrzymuję się przed tym resztkami zdrowego rozsądku.
- Nie mam zielonego pojęcia, Joy. - Wypuszcza z siebie głośne westchnienie. - Sądziłem, że pogodziłem się już z tym pieprzonym rozwodem, ale wciąż czuję się tak, jakbym nie potrafił ruszyć naprzód. Savannah zrobiła to jeszcze przed rozstaniem, a ja z niewiadomego powodu czuję się winny na samą myśl o spotkaniu z inną kobietą.
Tucker nie przypomina siebie, gdy w jego oczach widnieje smutek, a usta są zaciśnięte w wąską linię. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam go z uśmiechem na twarzy i brak tego widoku ściska mnie za serce. Nie znoszę tej oziębłej jędzy za to, jak go skrzywdziła, i choć nie znam go tak dobrze, jak bym tego chciała, pragnę zrobić wszystko, by szatyn odzyskał swój dawny optymizm.
- Nie zasługiwała na ciebie - mówię cicho, nieśmiało unosząc wzrok, by na niego spojrzeć. - Savannah - wyjaśniam. - Byłeś dla niej za dobry, Tuck, i jeśli nie potrafiła tego docenić, to może powinieneś znaleźć kogoś, kto to zrobi.
Na przykład mnie.
- Naprawdę tak uważasz? - pyta, a przez jego twarz przemyka błysk zaintrygowania.
- Oczywiście. - Posyłam mu delikatny uśmiech, na co kąciki jego ust odrobinę drgają ku górze. - Daj sobie szansę - sugeruję w nadziei, że załapie tę śmiałą jak na mnie aluzję i wyjdzie z inicjatywą.
- Nie spotykałem się z nikim, odkąd poznałem Sav - wyznaje. - Przez piętnaście lat nie byłem na randce z inną kobietą, Joy. Co, jeśli będę w tym beznadziejny?
- Wątpię - mówię bardziej do siebie niż do niego. - To jak jazda na rowerze. - Silę się na żart. - Tego się nie zapomina.
- A więc postanowione - oświadcza, biorąc spory łyk piwa. - Umówię się z kimś. - Zawiesza wzrok na mojej twarzy, wpatrując się we mnie przez kilka długich sekund, a na jego ustach błądzi cień uśmiechu. - Joy?
- Tak? - Budząca się we mnie ekscytacja sprawia, że czuję trzepotanie w brzuchu na myśl o tym, co prawdopodobnie zaraz nastąpi.
Nie mogę w to uwierzyć.
Tucker Ashford zaraz się ze mną umówi.
- Polecisz mi jakąś aplikację randkową?
Cóż, nie tego się spodziewałam.