1. Zbudujcie swoją tarczę
1
Zbudujcie
swoją tarczę
DAN - ADELAJDA,
AUSTRALIA POŁUDNIOWA, 20142
Czułem, że zbliża się urwisko, przez sześć miesięcy, zanim w końcu z niego spadłem. Sądziłem, że dobrze przygotowałem się na upadek. Byłem w błędzie. Spędziwszy ostatnie czternaście lat w wojsku, a ostatnie pięć w jednostkach specjalnych, z niecierpliwością czekałem na spokojniejsze i prostsze życie z moją młodą rodziną.
Moje perspektywy pracy po wojsku w roli lekarza były dobre i zwiastowały
płace znacznie wyższe niż te, które otrzymywałem podczas służby
wojskowej. Mieliśmy wrócić do nowo wybudowanego domu w rodzinnym mieście
mojej żony, co oznaczało większe wsparcie społecznościowe dla rodziny.
Uzbierałem znaczną liczbę dni urlopu, co pozwoliłoby mi na spokojne
wejście w cywilne życie bez presji natychmiastowego szukania pracy. Jako
środek ostrożności mający zapobiec nudzie i aby mieć uporządkowany cel w życiu bezpośrednio po zwolnieniu z wojska, zapisałem się na studia
menedżerskie. W sensie fizycznym ze służby wojskowej właściwie nie
wyniosłem obrażeń i choć podczas moich czterech tur w Afganistanie w ramach operacji specjalnych w znacznym stopniu doświadczyłem traumy
psychicznej, na tym etapie wydawało mi się, że nie miała ona na mnie
wpływu. Naiwnie oczekiwałem, iż pustkę, która powstanie w moim życiu po
odejściu z wojska, da się zgrabnie wypełnić zwiększoną ilością czasu
spędzanego z rodziną, studiami podyplomowymi, nową pracą i zwiększonymi
dochodami.
Po sześciu miesiącach od przejścia z wojska do cywila coś zaczęło
wyraźnie trzeszczeć. Przyczajone demony z czasów służby, o których
myślałem, iż dawno je uśpiłem, zaczęły powracać. Wspomnienia o żołnierzach, których nie byłem w stanie uratować, ponownie zaczęły
przenikać do moich świadomych myśli i bez ostrzeżenia powodowały, że
dłonie mi się pociły, a serce przyspieszało rytm. Mój sen znowu
zakłócały realistyczne wizje, tym razem głównie z udziałem tonących
członków mojej rodziny i mnie, bezsilnego, by ich uratować. Zatłoczone
miejsca wywoływały u mnie silny niepokój, a zapach surowej wieprzowiny
powodował odruch wymiotny. Rzecz jasna, jako lekarz rozpoznałem w tych
objawach charakterystyczne cechy stresu pourazowego (PTS). Jednak z biegiem czasu doszedłem do przekonania, że PTS był tylko niewielką
częścią tego, co się działo. Gdy próbowałem ponownie zintegrować się ze
światem pracy jako lekarz z doskoku pracujący w kopalni, stało się
jasne, że proces rozkładający moje życie był wieloczynnikowy.
Opłakiwałem osobę, którą niegdyś byłem. Straciłem swój cel. A co
najistotniejsze, zostałem odarty z silnej odporności, którą nieświadomie
wykształciłem jako uczestnik operacji specjalnych i która została
wzmocniona przez zwartą strukturę społeczności mojej jednostki
wojskowej.
Czułem przepaść między mną a cywilnymi kolegami z pracy i przyjaciółmi,
którzy teraz mnie otaczali, bez widocznego sposobu na pokonanie tej
czeluści i stanie się jednym z nich. Skumulowany stres psychiczny
związany z moimi doświadczeniami wojskowymi, od dawna zakorkowany w ciemnych zakamarkach umysłu, wciąż tam był. Tyle że teraz, gdy byłem
ogołocony z niezbędnej odporności mogącej utrzymać go w szachu, stres
powrócił ze zdwojoną siłą.
***
To właśnie nasze osobiste obserwacje wpływu ostrego stresu, w szczególności zmagania Dana z niektórymi z jego doświadczeń wyniesionych
z boju sprawiły, że zaczęliśmy na serio myśleć o odporności. U Dana
problemy pojawiły się po jego drugiej turze w Afganistanie. Podczas tej
rundy jego grupa zadaniowa w tragiczny sposób straciła w walce trzech
swoich żołnierzy. Wszystkim z nich Dan udzielał pomocy na placu boju,
ale żadnego nie był w stanie uratować. Mimo to był w stanie kontynuować
służbę jako lekarz w ramach operacji specjalnych i ukończyć kolejne dwie
tury w Afganistanie, podczas których stracił kilku kolejnych kolegów. A jednak nadal jakoś funkcjonował. Wraz z narodzinami trzeciego syna
zdecydował, iż nadszedł czas pożegnać się z wojskiem, i dopiero wtedy
sprawy przybrały gorszy obrót. Wydawało się, że to nie ma sensu -
odjęcie całego stresu związanego z jego rolą lekarza na polu walki
powinno przecież poprawić sytuację.
W owym czasie Dan nie zdawał sobie sprawy w sposób świadomy, iż w koncepcji odporności i jej interakcji ze stresem jest coś więcej, niż
początkowo zakładał. Potrzebne będą lata refleksji, sięganie w głąb
duszy i badania, aby poukładać paradoks tego, co się wydarzyło. W tym
samym czasie Ben i Tim brnęli przez własne życie po wojsku i nabierali
osobistych doświadczeń związanych ze stresem odczuwanym po odejściu ze
służby wojskowej. Skumulowane obserwacje tych doświadczeń dały początek
naszym badaniom nad tym tematem i posłużyły jako geneza rozwoju tarczy
odporności.
Wniosek z naszych badań jest taki, że odporność jest dynamiczna,
wieloczynnikowa i modyfikowalna. Oznacza to, że zmienia się wraz z upływem czasu i okolicznościami, składa się z wielu różnych elementów i - co najważniejsze - można ją poprawić poprzez celową interwencję. Aby
zacząć myśleć o swojej odporności - i jej budowaniu - nie powinniście
czekać, aż stresogenne zdarzenie was przytłoczy. Istotne jest, by mieć
świadomość, iż do ogólnej odporności może przyczynić się wiele
czynników. Jeśli chodzi o Dana, z pewnością usunął on elementy stresu ze
swojego życia, odchodząc z wojska. Ale nieumyślnie usunął również wiele
składników, które odgrywały aktywną rolę we wzmacnianiu jego odporności,
w tym związane z jego sieciami wsparcia zawodowego i społecznościowego
oraz poczuciem własnej skuteczności. Kiedy już zdał sobie z tego sprawę,
był w stanie przywrócić równowagę i nigdy tego nie żałował.
Akceptujemy potrzebę stresu. Jednak zapobieganie sytuacji, w której
stres bierze nad wami górę, wymaga solidnych warstw wzajemnie
powiązanych fizycznych, psychologicznych i psychospołecznych mechanizmów
obronnych. Dzięki własnemu doświadczeniu oraz badaniom naukowym
zidentyfikowaliśmy sześć składowych warstw odporności - wrodzoną,
umysłową, cielesną, społecznościową, zawodową i adaptacyjną.
Nierozerwalnie ze sobą splecione warstwy te tworzą tarczę odporności.
Dlaczego tarcza?
"Tarcza jest dla wspólnego dobra wszystkich"3.
Demaratos, król Sparty,
510-491 p.n.e.
Jak to bywało przez wieki, tarcza zapewnia ochronę - nie tylko wam, ale
również tym wokół was. Spartańscy wojownicy, którzy zdominowali Grecję w V w. p.n.e., używali swoich wykonanych z drewna i brązu tarcz o średnicy
dziewięćdziesięciu centymetrów (znanych jako hoplony) w celu zwarcia
szeregów podczas starć i uzyskania pasywnej osłony w falandze.
Spartańskie tarcze otaczały wojowników na czele i flankach formacji, z dodatkowymi tarczami uniesionymi nad głowami dla osłony tych w środku.
Połączone w ten sposób hoplony były niemal nie do przebicia.
Spartańskie hoplony były dziedziczne, przekazywane kolejnym pokoleniom
wojowników po linii matki. Jak dowiecie się w rozdziale czwartym,
element naszej odporności jest genetyczny, a zatem analogiczny do
dosłownego przekazywania tarczy w kulturze spartańskiej. Przyjmujemy, iż
pożegnalne słowa matki4 do spartańskiego wojownika wyruszającego
na bitwę brzmiały: "Wróć z tarczą lub na tarczy". Upuszczenie tarczy
było równoznaczne z narażeniem na niebezpieczeństwo innych wojowników i było uważane za oznakę dezercji. Tarcza była tak istotna, iż śmierć i wyniesienie z pola bitwy na własnej tarczy były bardziej honorowe niż
jej utrata. Używanie tarczy pozostawiało również wolną rękę do noszenia
broni, ale choć Spartanie stosowali także włócznię i miecz, powszechnie
używali swojego hoplonu zarówno do celów ofensywnych, jak i defensywnych. Możecie zrobić to samo (mówiąc metaforycznie, rzecz
jasna!), zaciekle atakując życie za pomocą waszej tarczy odporności, aby
być najlepszą możliwą wersją samych siebie. Reszta tej książki
poświęcona jest pokazaniu wam, jak to uczynić.
Oczywiście materiał użyty do budowy tarczy ma kluczowe znaczenie dla jej
wytrzymałości. W przeszłości tarcze były wykonywane z drewna (tak jak
spartański hoplon), skór zwierzęcych, a nawet ze skorup żółwi. Wraz z rozwojem technologii preferowanym materiałem do wyrobu tarcz stał się
metal, a przy współczesnym ich zastosowaniu przez służby porządkowe,
grupy taktyczne i zespoły operacji specjalnych normą stały się nowsze
materiały syntetyczne, w tym kuloodporny kevlar. Niezależnie od użytego
materiału to dbałość o szczegóły przy produkcji tarczy zapewnia jej
najwyższą wytrzymałość. Nie inaczej jest w przypadku waszej tarczy
odporności.
Siła splotu
Ulica Kurczaków (Chicken Street) w Kabulu, stolicy Afganistanu, to
ruchliwe i elektryzujące zbiorowisko sklepów położone po obu stronach
zakurzonej i wyboistej drogi na obrzeżu bogatego przedmieścia Shari Naw.
Spacer ulicą Kurczaków oznacza wylądowanie w środku gwałtownego
zderzenia widoków, dźwięków i zapachów, z których wszystkie zaciekle
konkurują, aby przytłoczyć kogoś, kto odwiedza to miejsce po raz
pierwszy. Już samo obserwowanie gorączki handlowej na ulicy potrafi
zmęczyć, a unikanie stania się celem agresywnych sprzedawców jest wręcz
wyczerpujące.
Jedynym sposobem na ucieczkę od tego szaleństwa jest ciche wślizgnięcie
się do jednego z wielu ulicznych sklepów z dywanami. Wewnątrz panuje
względny spokój, jest to schronienie przed kupieckim huraganem
szalejącym na zewnątrz. Oczy potrzebują chwili, by przyzwyczaić się do
przyćmionego oświetlenia wnętrza sklepu, a gdy to zrobią, zorientujecie
się, iż trafiliście do jaskini Aladyna - wysokiej na trzy metry i szerokiej na tysiąc dywanów. Obcokrajowiec wyszkolony w SAS
instynktownie przebiega wzrokiem sklep w poszukiwaniu zagrożeń i dróg
wyjścia. Żadne z nich nie jest oczywiste.
Zwróćcie się do afgańskiego sprzedawcy dywanów. Spodziewajcie się
jednego starszego sprzedawcy i - o ile macie szczęście - młodszego,
mówiącego po angielsku pomocnika. Jeśli tak nie będzie, wasza
komunikacja zostanie ograniczona do skromnych fragmentów dari, paszto i języka migowego, które się przyswoiło, odkąd jest się w tym kraju. Żadna
transakcja nie może odbyć się bez pogawędki i chai, liściastej
afgańskiej zielonej herbaty słodzonej licznymi łyżeczkami cukru. Nie
lubicie cukru? Nie mieszajcie w filiżance.
Popijając herbatę spomiędzy jej pływających liści, gestem wskazujecie
potencjalnie interesujące was dywany, które są szybko ściągane z wysokich do sufitu stosów i rozkładane do waszej oceny w nadziei na
sprzedaż. Warunki transakcji? Oczywiście wyłącznie gotówka - najlepiej
amerykańskie dolary. Polityka zwrotów? Powodzenia w ponownym odszukaniu
tego miejsca, nie mówiąc już o negocjowaniu zwrotu pieniędzy. Ale te
potencjalne pułapki są bilansowane perspektywą zdobycia prawdziwego
afgańskiego dywanu za dziesięć procent ceny, jaką osiągnąłby w Sydney
lub w Nowym Jorku.
Wyobrażając sobie, jak ów dywan będzie wyglądał w waszym salonie,
skupiacie się na jego wierzchniej stronie, ale sprzedawca raz po raz
kieruje wasz wzrok na spód. To właśnie tam można ocenić prawdziwą jakość
afgańskiego dywanu. Gdy próbujecie przyjrzeć się deseniom i barwom,
sękate, wprawne dłonie starego sprzedawcy odwracają dywan za dywanem,
chcąc zwrócić waszą uwagę na ciasny splot. Oczywiście wierzch musi się
wam podobać. Ale aby naprawdę docenić potencjalny zakup, aby w pełni
pojąć kunszt tysiącletniego rzemiosła, którego owoc trzymacie w rękach,
musicie zajrzeć pod spód. Wasi goście nigdy nie dostrzegą ciasnego
splotu pod dywanem na podłodze waszego salonu, ale to właśnie ów splot
sprawi, że dywan przetrwa i będzie zdobić domy waszych wnuków.
Nasze życie jest jak te niezliczone afgańskie dywany na ulicy Kurczaków.
Z wierzchu często wyglądają pięknie, ale odwróćcie je tylko i ujrzycie,
że wszystkie są poskręcane i zasupłane mnóstwem różnych węzełków. Może
to być brzydkie, ale to właśnie stąd bierze się zarówno ich
wytrzymałość, jak i wartość. Spojrzenie od spodu daje nam prawdziwy
punkt widzenia na życie.
Ta książka ma na celu wzmocnienie splotu waszego życia, tego
niewidzialnego spodu, który da wam siłę, znaczenie i wartość. Strona,
której nikt nie widzi, ale która może być krytyczna - szczególnie gdy
ludzie próbują się po was przejść! Zanim jednak zaczniecie budować
warstwy waszej tarczy odporności, istotne jest nieco szersze zrozumienie
tego, z czym pracujemy - i przeciwko czemu! Kolejne dwa rozdziały
poświęcone są zrozumieniu złożonego świata, w którym żyjemy, oraz
odkrywaniu koncepcji odporności i stresu.
2. Nadawanie sensu naszemu złożonemu, niesprawiedliwemu i pięknemu światu
2
Nadawanie sensu naszemu
złożonemu, niesprawiedliwemu
i pięknemu światu
Przeładowanie informacjami
Dlaczego ma się wrażenie, że pomimo wszystkich gadżetów oszczędzających
czas i względnych luksusów naszej egzystencji w życiu jest więcej
stresu, niepokoju i depresji niż kiedykolwiek wcześniej? Fundamentalną
częścią tego zjawiska jest fakt, że mamy po prostu zbyt wiele danych
wejściowych. Sto tysięcy lat temu wszystko było stosunkowo proste. Być
może brutalne. Z pewnością bezlitosne. Ale jednak proste. A potem
zrezygnowaliśmy z polowań i zbieractwa, by pozostać w jednym miejscu i uprawiać ziemię. Paradoksalnie pomimo faktu, iż nie przemieszczaliśmy
się już tak dużo, sprawy zaczęły nabierać rozpędu. Początkowo
niespiesznie, ale z każdym postępem technologicznym podkręcając tempo,
aż nagle zaczęliśmy trafiać na okresy gwałtownego wzrostu, które dzisiaj
określamy mianem rewolucji przemysłowych.
To właśnie wtedy dane wejściowe naprawdę zaczęły się piętrzyć. Najpierw
pojawiła się mechanizacja i tłoki napędzane parą, które choć wciąż się
rozkręcały, wkrótce ustąpiły miejsca niesamowitym możliwościom, jakie
otworzyły elektrony pędzące przewodami, i zdolność do masowej produkcji
towarów. A potem maszyny, które już dawno przegoniły możliwości
organicznych mięśni, zaczęły rzucać wyzwanie niezrównanej wcześniej mocy
obliczeniowej ludzkiego mózgu. Nawet pierwsze komputery, większe niż
domy, były w stanie liczyć z szybkością, dokładnością i wytrzymałością,
której nigdy nie dorówna żaden węglopochodny procesor. I - z grubsza
zgodnie ze sławetną obecnie teorią Gordona Moore'a z połowy lat 60.
ubiegłego wieku5 - maszyny te w zdumiewającym tempie stawały się
równocześnie coraz mniejsze, tańsze i potężniejsze - do tego stopnia, że
większość z nas nosi obecnie w kieszeni tysiące razy większą moc
obliczeniową niż ta, która wydźwignęła ludzkość na Księżyc. A teraz
najnowsza generacja komputerów, szczyt fali czwartej rewolucji
przemysłowej, nie tylko oblicza lepiej od nas, ale grozi, że tak
naprawdę zacznie samodzielnie myśleć. O ile nauczyliśmy się
czegokolwiek z wczesnych filmów Arnolda Schwarzeneggera, to tego, że
sprawy naprawdę zaczynają się komplikować w chwili, w której komputery
stają się samoświadome.
Nawet w (relatywnie) krótkim życiu autorów wpływ tej przemiany był
zdumiewający. W latach 80. większość z nas czytała jedną gazetę,
słuchała jednej stacji radiowej na średnich falach i miała do wyboru
trzy lub cztery kanały telewizyjne. Kanon dostępnej wiedzy spoczywał w bibliotece po drugiej stronie miasta i był ograniczony do książek, które
akurat znajdowały się w jej konkretnym katalogu. Nawet wtedy zdolność do
zlokalizowania danego tomu zależała od miernej znajomości klasyfikacji
dziesiętnej Deweya, tego, czy ktoś inny uznał za stosowne go wypożyczyć,
oraz staranności bibliotekarza w odłożeniu go na właściwe miejsce.
Pierwsze próby zalotów w wykonaniu autorów były negocjowane za
pośrednictwem telefonów z obrotową tarczą, a ich powodzenie było
całkowicie uzależnione od tego, czy obiekt naszych uczuć był w domu i dotarł do słuchawki na czas (lub przynajmniej przed rodzicami, którzy
bez wyjątku wydawali się niezainteresowani tym, by młody Pronk lub
Curtis miał cokolwiek wspólnego z ich córką). Większości z nas, którzy
przeżyli tę epokę, z trudem udaje się przywołać z pamięci, jak przed
telefonami komórkowymi w ogóle udawało nam się kiedykolwiek z kimkolwiek
spotkać - czy my naprawdę po prostu ustalaliśmy czas i miejsce i mieliśmy nadzieję, że obie strony będą w stanie dotrzeć tam bez przygód?
Nasze wiadomości tekstowe były pisane odręcznie, umieszczane w kopertach
ze znaczkiem i zanoszone do skrzynki pocztowej z wiarą, że nasze uczucia
będą nadal aktualne po dwóch lub trzech dniach, które zajmie im dotarcie
do zamierzonego odbiorcy. Emoji rysowało się niezdarnie własną ręką.
Przewińmy szybko czas do dnia dzisiejszego. Zgodnie z raportem Rogera
Bohna z Uniwersytetu Kalifornijskiego przeciętny Amerykanin absorbuje
dziennie porażające trzydzieści cztery gigabajty informacji. To
odpowiednik jednej piątej dysku twardego notebooka - albo przeczytania
podobnej książki. I tak każdego dnia. Nawet jeśli bardzo wielkodusznie
założymy, iż nie konsumujemy żadnych informacji podczas weekendu, nadal
oznacza to około pięćdziesięciu komputerów Apple Mac wypełnionych
danymi, rok w rok pompowanych do naszych mózgów. Raport Bohna stwierdza
ponadto6, że w ciągu dwudziestu lat, które minęły między
romansami z użyciem obrotowej tarczy w latach 80. a pojawieniem się
Tindera, nasza konsumpcja informacji wystrzeliła w górę o trzysta
pięćdziesiąt procent - i nadal rośnie o pięć procent w skali roku.
Co nasze mózgi uczyniły w tym czasie, aby dotrzymać temu kroku? Krótko
mówiąc, niewiele. Jeśli cofniemy się o trzy miliony dwieście tysięcy
lat7, to na horyzoncie pojawi się "Lucy", nasz ulubiony przodek
Australopithecusafarensis i jeden z pierwszych człowiekowatych, o którym sądzi się, iż poruszał się wyprostowany, miał mózg o objętości
około połowy litra - mniej więcej odpowiadający mózgowi współczesnego
goryla. Z ewolucyjnego punktu widzenia były to całkiem imponujące szare
komórki, wyróżniające się powiększoną korą nową, która, jak się uważa,
wykształciła się w wyniku intelektualnych wymagań życia w grupach i z pewnością odegrała istotną rolę w rozwoju języka. Mózgi naszych przodków
utrzymały mniej więcej tę samą objętość przez większą część miliona lat
aż do momentu, kiedy to - jak sądzimy - zacny krąg narzędzi, języka,
broni, ognia i mięsa zainicjował trzykrotny wzrost wielkości mózgu,
osiągającego poziom szczytowy jakieś dwieście tysięcy lat temu. Od tego
czasu rozmiar naszych mózgów pozostaje dość stały, a wielu naukowców
sugeruje wręcz, że mogły się one skurczyć w ciągu ostatnich dziesięciu
tysięcy lat8.
Tak więc rozmiar mózgu nie nadąża za ogromnymi zmianami w wymaganiach
z zakresu przetwarzania informacji i wciąż trwa debata, czy aby
wykorzystujemy ową stałą objętość lepiej niż nasi przodkowie. Niektórzy,
jak profesor James Flynn, uważają, iż stajemy się coraz mądrzejsi.
Flynn, emerytowany profesor Uniwersytetu Otago w Nowej
Zelandii9, sugeruje, że nasz iloraz inteligencji stale rośnie
- w tempie trzech dziesiątych punktu rocznie - nawet uwzględniając
zmiany w sposobie przeprowadzania testów. Inni są odmiennego zdania.
Według badań zapoczątkowanych przez profesora Uniwersytetu Stanforda
Geralda Crabtree ludzki intelekt osiągnął już szczyt jakieś dwa do
sześciu tysięcy lat temu. Crabtree zakłada, że "gdyby przeciętny
obywatel Aten10 z 1000 roku p.n.e. pojawił się nagle wśród nas,
byłby jednym z najbystrzejszych i najbardziej żywych intelektualnie
spośród naszych kolegów i towarzyszy, z dobrą pamięcią, szerokim
zakresem pomysłów i jasnym spojrzeniem na istotne kwestie".
Reasumując: wzrost wielkości i mocy mózgu następuje powoli, podczas gdy
obecne tempo zmian technologicznych jest już na poziomie prędkości
nadświetlnej i wciąż przyspiesza. Nasz hardware Cro-Magnon w wersji 2.0
gotuje się od wymagań współczesnego świata w zakresie przetwarzania
danych, podczas gdy jego rozbudowa przez najbliższy milion lat nie jest
przewidziana. Naszą jedyną nadzieją jest aktualizacja oprogramowania i zainstalowanie radiatora. Ta książka zapewnia jedno i drugie.
Nadawanie sensu temu wszystkiemu
HOLLY BARRATT - PERTH,
AUSTRALIA ZACHODNIA, 2020
Na początku 2020 roku Holly Barratt pływała szybko - i coraz szybciej.
Rok wcześniej srebrna medalistka Igrzysk Wspólnoty Narodów uzyskała
drugi najlepszy czas na świecie na dystansie pięćdziesięciu metrów
stylem motylkowym, a od czasu poprawienia stylu dowolnego biła również
rekordy życiowe i w tej konkurencji. Jasno określonym celem Holly było
miejsce w Delfinach - słynnej australijskiej drużynie pływackiej - na
Igrzyska Olimpijskie w Tokio w 2020 roku. I miała na to realne szanse
zarówno na sto metrów stylem grzbietowym, jak i na sto i pięćdziesiąt
metrów stylem dowolnym. (Holly żartuje, że jej idealną konkurencją
byłoby siedemdziesiąt pięć metrów stylem dowolnym. Niestety, na
olimpiadzie nie pozwalają nikomu zatrzymać się w połowie basenu).
Stwierdzenie, iż przygotowania do kwalifikacji olimpijskich w pływaniu
są trudne, byłoby niemal karygodnym niedopowiedzeniem. Holly zaczyna od
skupienia się na objętości treningowej - to godziny syzyfowych wysiłków
przed świtem, niekończące się przewroty, gdzie nic nie przerywa
monotonii wpatrywania się w czarną linię z wyjątkiem pragnienia
rozwinięcia silnej bazy tlenowej. Dwadzieścia kilometrów, następnie
dwadzieścia pięć, trzydzieści i ostatecznie do trzydziestu pięciu
kilometrów w basenie każdego tygodnia, uzupełnione trzema kwadransami
mobilizacji przed każdym treningiem na basenie i co drugi dzień na
siłowni. W miarę upływu tygodni Holly wkracza w brutalny "środkowy
okres" przygotowań do igrzysk. Objętość się utrzymuje, ale intensywność
zaczyna rosnąć - cięższe treningi aerobowe i zmiana w skupieniu się na
fizycznych i psychicznych wymaganiach "drugich pięćdziesięciu metrów".
Albo - jak powiada Holly - na "wszystkich tych rzeczach, które
sprawiają, że nogi ci odpadają".
A gdyby wymagania dotyczące wydolności fizycznej nie były wystarczające,
istnieją również bezlitosne techniczne aspekty ścigania się na światowym
poziomie. Ułamki sekund wymagane do wystrzelenia z bloków startowych w momencie odpalenia pistoletu startowego. Optymalna liczba kopnięć przy
delfinie przed wynurzeniem się na powierzchnię w celu zaczerpnięcia
powietrza. Precyzyjny schemat oddychania, aby zminimalizować czas
przerwy od momentu wypchnięcia do przodu z jednoczesnym
zagwarantowaniem, iż palące, wyprute z tlenu mięśnie wciąż funkcjonują.
Do kwietnia niezliczone godziny ciężkiej harówki zaczęły przynosić
efekty. Holly mocno przyspieszyła w kierunku tego, co prawdopodobnie
miało być jej ostatnią szansą na olimpijską selekcję - w nielitościwym
świecie pływania wyczynowego w wieku trzydziestu dwóch lat młoda, pełna
życia pływaczka uchodziła za "starą".
A potem, około miesiąca przed selekcją, wszystko się zmieniło. To był
ten czas, kiedy COVID-19 naprawdę zaczął docierać do australijskiej
świadomości. W kraju właśnie odnotowano pierwszy przypadek masowego
zarażenia, a szokujące obrazy lawinowych infekcji, przeciążonych
oddziałów intensywnej terapii i umierających pacjentów, łapiących
powietrze niczym wyłowione ryby, zaczęły emanować z tak odległych miejsc
jak Włochy i Korea Południowa. Bliżej domu, w całym kraju wprowadzono
powszechne ograniczenia podróży i wymóg fizycznego dystansowania się od
siebie. Liczba przypadków zaczęła gwałtownie rosnąć, w dużej mierze
napędzana przez powracających podróżnych i fuszerkę przy wymogach
kwarantanny dla zainfekowanych pacjentów na pokładzie statku
wycieczkowego "Ruby Princess", który zadokował w Sydney. Małe i duże
firmy zamykano na cztery spusty z mglistym lub żadnym wyobrażeniem,
kiedy będą w stanie znowu zarabiać pieniądze.
Ale nawet pomimo tego wszystkiego wiedza ogółu społeczeństwa na temat
pandemii była w dużej mierze akademicka. Obrazy z zagranicy były
otrzeźwiające, ale odległe. Bardzo niewielu Australijczyków zostało
bezpośrednio dotkniętych przez COVID-19, a jeszcze mniej poznało go z bliska i na własnej skórze. Nie będzie przesadą stwierdzenie, iż
większość ludzi czuła się bardziej zaniepokojona zamknięciem restauracji
i pubów niż przestraszona potencjalnymi konsekwencjami globalnej
pandemii.
To znaczy, ma się rozumieć, poza tymi, którzy poświęcili całe życie
możliwości reprezentowania swojego kraju na wydarzeniu, które odbywa się
raz na cztery lata. Dla nich cały świat właśnie wywrócił się do góry
nogami. Dla Holly punktem kulminacyjnym był moment, w którym pewnego
ranka wyszła z basenu, aby odebrać telefon z Instytutu Sportu Australii
Zachodniej (WAIS) z prostą, ale druzgocącą wiadomością: "Zwijamy
wszystko".
Od tej chwili niemal codziennie pojawiały się sprzeczne doniesienia:
"Igrzyska wciąż na tapecie!", "Nie, są odwołane!", "Nie, przełożone!".
Na pewnym etapie Holly oraz inni przepełnieni nadzieją sportowcy zostali
poinformowani, że igrzyska olimpijskie jednak się odbędą, ale
australijskie kwalifikacje zostały odwołane. Jak zatem wybiorą skład
reprezentacji? Niektórzy spekulowali, iż selekcja będzie oparta na
wynikach z 2019 roku, co było niewiarygodnie niekorzystne dla Holly,
która pływała o sekundy szybciej, niż gdy ścigała się po raz ostatni.
I w środku całego tego informacyjnego zamieszania Australia wkroczyła w pełen lockdown. Co oznaczało, że baseny zostały zamknięte. Imprezy
pływackie dużej rangi wyparowały, a wraz z nimi większość dochodów
Holly, które opierały się na honorariach za występy i nagrodach
pieniężnych. Fizyczne i psychiczne przygotowania Holly do jej ostatniej
szansy na igrzyska olimpijskie zostały kompletnie storpedowane.
Ale w tym najtrudniejszym momencie Holly Barratt dokonała wyboru.
Postanowiła zachować zimną krew, aby uniknąć torturowania się nadmiernym
myśleniem o scenariuszach, na które nie miała wpływu, a zamiast tego
skupić się na wykreowaniu wewnętrznego spokoju w całym tym chaosie, w jaki obrócił się jej świat. Życie nie było normalne, ale postanowiła
uczynić je jak najbardziej zbliżonym do tego, co musiałaby robić, aby
pozostać w rywalizacji, gdy - lub jeśli - sytuacja z olimpiadą się
wyklaruje. Dopóki nie będzie miała pewności, że igrzyska są odwołane,
będzie trenować tak, jakby miały się odbyć. Zastąpiła długości w basenie
okrążeniami za siecią przeciw rekinom na lokalnej plaży i zapakowała do
swojego samochodu sprzęt z siłowni Instytutu Sportu, aby móc ćwiczyć w domu. Jedyną rzeczą, której nie zrobiła, była kapitulacja. Jak sama
wspomina: "Użalanie się nad sobą tylko odbierze energię".
Przez cały ten okres zawieruchy Holly wiedziała, że nigdy nie przestanie
pływać, ponieważ niezależnie od ostatecznego wyniku prawdziwą jej pasją
było samo dążenie do celu. "Gdyby igrzyska olimpijskie zostały odwołane
- opowiada nam - byłoby to bolesne. Ale nic nie poszłoby na marne, mając
na uwadze wszystkie te rzeczy, które zyskałam dzięki temu sportowi".
Holly się uśmiecha. "To było niesamowite" - dodaje.
Niekiedy świat wokół nas po prostu nie ma sensu. Codziennie dzieją się
spektakularnie niesprawiedliwe rzeczy: dobrzy ludzie cierpią i walczą,
źli prosperują i odnoszą sukcesy. Podobnie jak w przypadku Holly i reszty aspirujących do udziału w igrzyskach olimpijskich w 2020 roku
losowe wydarzenia mogą mieć na nas drastyczny wpływ, uderzając bez
ostrzeżenia lub jakiejkolwiek wyraźnej przyczyny i w jednej chwili
zmieniając na zawsze nasze życie. Jak mamy budować odporność na siły tak
niewytłumaczalne, tak nieprzewidywalne i potężne?
Pierwszym krokiem jest zmiana soczewki, przez którą postrzegamy świat.
Przyjrzyjmy się trzem podstawowym koncepcjom niezbędnym do nadania sensu
temu chaotycz nemu, niesprawiedliwemu i spektakularnemu światu, w którym
żyjemy.
Koncepcja 1: złożoność
W 2009 roku australijski pułk SAS odwiedził David Snowden. W owym czasie
w kontekście bezpieczeństwa narodowego w życiu pułku istniało dwóch
Snowdenów: David, walijski teoretyk zarządzania wiedzą, który
współpracował z siłami zbrojnymi wielu państw zachodnich, aby pomóc im w zrozumieniu teorii złożoności, oraz Edward, amerykański pracownik
kontraktowy Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, który z Julianem
Assange'em ujawnili tysiące ściśle tajnych dokumentów. Z tej dwójki Dave
był naszym zdecydowanym faworytem.
Podczas tej wizyty Dave zapoznał SAS z teorią złożonych systemów
adaptacyjnych (Complex Adaptive Systems - CAS), która później okazała
się przydatna, gdy jednostka borykała się ze zrozumieniem środowisk
operacyjnych, w których przyszło jej służyć podczas ponad dekady rotacji
bojowych w takich miejscach, jak Irak i Afganistan. Tak jak to
zrozumienie pomogło jednostce specjalnej, tak samo teoria złożoności
może pomóc wam w głębszym pojmowaniu sensu waszego świata.
Myśliwce bojowe i lasy tropikalne
Jeszcze zanim zaczniemy, ważne jest ustalenie precyzyjnej semantyki - w tym przypadku w celu odróżnienia skomplikowanych systemów od
złożonych systemów. Często używamy słów "skomplikowany" i "złożony"
zamiennie, ale w kontekście, z którym mamy do czynienia tutaj, różnice
są gruntowne. Jednym z najlepszych sposobów na podkreślenie11 tego
rozróżnienia jest fantastyczna analogia opracowana przez Snowdena
(Dave'a, nie Edwarda): skomplikowane systemy mają się do złożonych
systemów jak myśliwiec do lasu tropikalnego. Brzmi to niezmiernie
odkrywczo (i być może nieco myląco), ale znaczenie jest następujące:
podczas gdy oba systemy składają się z powiązanych ze sobą czynników
(przyrządów pilotażowych, metalowych łączników, drzew, zwierząt...),
myśliwiec można rozebrać i ponownie złożyć, a problemy w nim występujące
można zdiagnozować za pomocą technik deterministycznych. Nie zrozumcie
nas opacznie, nie sugerujemy, że rozebranie myśliwca na części jest
fraszką - w przypadku skomplikowanych systemów osiągnięcie sukcesu jest
uwarunkowane specjalnym wyszkoleniem i często latami doświadczenia.
Ale gdy już masz know-how, możesz zrobić użytek z liniowości,
przewidywalności i powtarzalności systemu. Możesz prześledzić serię
liniowych relacji przyczynowo-skutkowych, aby zdiagnozować, co się
dzieje w systemie. Możesz przewidzieć, jak zareaguje on na dowolne
dane wejściowe, a tu następuje nieodłączna powtarzalność: pociągasz
drążek w lewo, lotka unosi się, a samolot się przechyla. Za każdym
razem. A jeśli tak nie jest, możesz dowiedzieć się, co się dzieje (patrz
liniowość), i dokonać interwencji, o której wiesz, że to naprawi
(patrz przewidywalność). Na chłopski rozum: jeśli o systemie da się
napisać podręcznik, to najpewniej jest to system skomplikowany.
W tropikalnym lesie sprawy mają się inaczej. Podobnie jak w przypadku
małżonków, dzieci, szefów i przyjaciół, nie istnieją instrukcje jego
obsługi. Złożone systemy, takie jak lasy deszczowe, podlegają ciągłym
zmianom i niemożliwe jest oszacowanie, jaki wpływ na cały system będzie
mieć interwencja ukierunkowana na jakikolwiek pojedynczy element. Choć
współczesne paradygmaty edukacji i szkoleń wydają się nastawione na
uczynienie nas naprawdę dobrymi w rozwiązywaniu skomplikowanych
problemów (myśliwce), kiedy odkładamy nasze kalkulatory i zamykamy
Excela, to lądujemy z powrotem w tropikalnym lesie.
We współczesnym lesie deszczowym12 jesteśmy otoczeni przez
szeroką gamę jednostek, z których każda ma własny plan, własny pogląd na
to, "co jest właściwe", i własną zdolność uczenia się na podstawie
doświadczeń. Weźmy na przykład pięcioosobową drużynę halowej piłki
nożnej - każdego jej członka cechują: różnorodność, wchodzenie w interakcje z innymi na rozmaite sposoby i samodzielne myślenie (poza
Steve'em na bramce - ten koleś to patafian). Nie zapominajcie jednak, że
drużyna piłkarska nie jest jedynym "systemem", którego częścią są ci
faceci, ani też nie jest powiedziane, iż cele zespołu będą jedyną lub w danym momencie dominującą rzeczą, do której będą dążyć. Grająca na
skrzydle Sally równie dobrze może trenować do maratonu ze swoim mężem i musząc rzucić się do tego niechlujnego podania, które jej posłaliście,
będzie chora na myśl o naciągnięciu ścięgna podkolanowego. Mike na
obronie może mieć masę pracy w biurze, a jego umysł może dryfować ku
obliczeniom finansowym i kluczowym wskaźnikom efektywności akurat wtedy,
gdy przeciwnik pójdzie trójką do ataku. Zrozumienie złożoności małego
systemu piłkarskiego - i różnych bodźców działających na składowe w jego
ramach - może nie ułatwić przełknięcia porażki zero do dziewięciu, ale
może pomóc wam ją zracjonalizować i odpowiednio zmodyfikować własne
zachowanie. No i przynajmniej może was powstrzymać przed oznajmieniem
Sally, że jest totalną porażką, a następnie przed wybiegnięciem galopem
po końcowym gwizdku (działanie, które nie jest dobre dla niczyjej
odporności).
Fakt, iż każda osoba w drużynie piłkarskiej funkcjonuje w ramach wielu
różnych systemów i na wielu różnych poziomach jednocześnie, napędza
zjawisko znane jako wieloskalarność. Na poziomie indywidualnym
wieloskalarność oznacza, że musimy w jakiś sposób pozostać świadomi
szerszej perspektywy w naszym życiu, jednocześnie radząc sobie z praktycznymi szczegółami, z którymi mamy do czynienia codziennie. Aby z powodzeniem poruszać się w tym obszarze, musimy nieustannie przełączać
się między "balkonem" a "parkietem" naszego życia. Możemy ułożyć
choreografię całego tańca z poziomu balkonu, ale często wdrożenie
niezbędnej zmiany z tak dużej wysokości może być trudne. Aby to zrobić,
niezbędne jest zejście na parkiet. Jednak jeśli spędzimy zbyt wiele
czasu na dole, stracimy z oczu szerszą perspektywę. Nawigowanie po
złożonych systemach wymaga od nas ciągłego lawirowania między balkonem a parkietem naszego życia.
To ciągłe przemieszczanie się jest wyczerpujące, dlatego tak wielu z nas
ma tendencję do redukcjonizmu, gdy przyglądamy się złożonym problemom -
często łatwiej jest zignorować szczegóły. Jak zauważył George
Orwell13 w wyśmienitym opowiadaniu Strzelanie do słonia:
"Historia zawsze brzmi wystarczająco klarownie z dystansu, ale im bliżej
sceny wydarzeń, tym bardziej staje się mętna". Tak naprawdę łatwo
wymyśla się rozwiązania problemu imigracji, narkotyków i środowiska
naturalnego z poziomu własnego fotela. Dopiero gdy zaczyna się wchodzić
w interakcję ze złożonym systemem, sprawy stają się o niebo mniej
zero-jedynkowe. A nawet jeśli istnieje powszechnie uzgodnione, logiczne
i niezawodne rozwiązanie danej kwestii, wdrożenie jej w złożonym świecie
może być znacznie trudniejsze, niż się wydaje. Jak ponad sto lat temu
zauważył pruski teoretyk14 wojskowości Carl von
Clausewitz15: "Wszystko na wojnie jest bardzo proste... ale
najprostsza rzecz jest trudna".
Te same koncepcje napędzają również słynny "efekt motyla" w teorii
chaosu, zgodnie z którym trzepot skrzydeł owada w Brazylii może
ostatecznie spowodować tornado w Teksasie. W naszym złożonym
świecie16 związki przyczynowo-skutkowe są nieliniowe i nieprzewidywalne, a dane historyczne lub statystyczne często zapewniają
bardzo niewielki realny wgląd w przyszłość. (Ileż to razy czytaliście
zastrzeżenie, iż "wyniki osiągnięte w przeszłości nie muszą wskazywać na
rezultaty w przyszłości?").
Wreszcie, jeśli tego mało, dwa dodatkowe czynniki mogą sprawić, iż nasz
złożony świat będzie jeszcze trudniejszy do zrozumienia. Po pierwsze,
nawet jeśli raz się uda, nie ma gwarancji, że ta sama interwencja
zadziała ponownie. I po drugie, po wydarzeniu (ale tylko po
wydarzeniu) związek pomiędzy przyczyną a skutkiem często może wydawać
się oczywisty, co rodzi pokusę myślenia, że następnym razem możemy go
poprawnie przewidzieć. Niemniej, jak powiada nam grecki filozof
Heraklit, "żaden człowiek nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki, nie
jest to bowiem ta sama rzeka, a on nie jest tym samym człowiekiem". W momencie, gdy wchodzimy w interakcję z otaczającym nas światem,
zmieniamy go - nie jest to już ten sam świat, przeciwko któremu snuliśmy
plany, ani ten sam, w którym mogliśmy odnieść sukces ostatnim razem.
Jak nasze najtęższe umysły wpadają niekiedy na totalnie głupie pomysły
Aby podać przykład irytujących cech złożoności, cofnijmy się myślami do
roku 1935, kiedy to stado ropuch trzcinowych (to prawdziwy rzeczownik
zbiorowy - sprawdźcie sobie!) zostało wypuszczone na pola trzciny
cukrowej w północnym Queenslandzie w Australii. Ich misja: pozbyć się z upraw niszczycielskich chrząszczy trzciny cukrowej. Skończyło się to
kompletną porażką. Nie tylko wpływ płazów na chrząszcze okazał się w najlepszym razie marginalny, ale ropuchy rozpoczęły niebawem
błyskawiczną kampanię prokreacji, proliferacji i ekspansji
geograficznej, po drodze torując sobie brodawkowaty szlak przez
unikatowe ekosystemy kraju. Dziś należą one do najgorszych i z pewnością
najpaskudniejszych dzikich gatunków Australii, a my spoglądamy wstecz na
tę ekologiczną tragedię z pełnym grozy podziwem dla poziomu głupoty,
który doprowadził nas do przekonania, iż był to fajny pomysł.
Prawda jest jednak taka, że to nie idioci wpadli na tę koncepcję. W owym
czasie najtęższe australijskie umysły naukowe zgodziły się niemal
jednogłośnie, że z ropuchami mają wygraną w garści. W końcu przecież
były one naturalnym, niechemicznym rozwiązaniem problemu chrząszczy
(jest bardzo prawdopodobne, że w dzisiejszych czasach ochrzczono by je
rozwiązaniem "organicznym"). Z powodzeniem wykonały tę samą robotę w Portoryko. A niecałe dziewięć lat wcześniej wprowadzenie innego obcego
gatunku poskutkowało spektakularnym sukcesem w zakresie zwalczania
szkodników w Australii - argentyńska ćma Cactoblastiscactorum okazała
się godna swojej naukowej nazwy i wyrąbała sobie drogę przez niechciane
kaktusy opuncji figowej. Zaprawdę, grupowe myślenie wspierające plan z płazami było tak silne17, iż głośny, acz samotny przeciwnik ropuch
trzcinowych - noszący stosowne nazwisko Walter Froggat - został
publicznie wyśmiany za swoje (ostatecznie niezwykle prorocze) wizje
zagłady środowiska. Stosując to, co Snowden nazywa "retrospektywną
spójnością"18, nie mamy wątpliwości, że ropuchy były głupią
koncepcją. Należy jednak pamiętać, że ta logika jest oczywista wyłącznie
z perspektywy czasu. Wówczas prawdopodobnie wydawała się całkiem rozumna
i powinniśmy to przyznać, zanim potępimy tę decyzję lub oszukamy samych
siebie, wierząc, że możemy uniknąć podobnej pułapki w przyszłości. Tak
naprawdę można argumentować, że prawdziwym błędem było niedostrzeżenie
przez naukowców, iż mają do czynienia ze złożonym, a nie skomplikowanym
systemem.
Pod wieloma względami jest to zrozumiałe. Przy braku przewidywalnych i powtarzalnych związków przyczynowo-skutkowych wyjaśnienie złożonych
systemów jest często niezwykle trudne. Krótko mówiąc, są
nieuporządkowane - a my, ludzie, nie przepadamy za bałaganem. Lubimy
fajne, zero-jedynkowe, czarno-białe wyjaśnienia dla tego, co wyprawia
się wokół nas, dlatego usiłujemy zredukować bardzo złożone kwestie do
nadających się do strawienia małych modeli. Media społecznościowe są
wspaniałym narzędziem ułatwiającym tego rodzaju redukcjonizm. Choć
pozwala nam on myśleć, że pojmujemy problem i zaczynamy pracować nad
jego rozwiązaniem, to również pozbawia system samej jego istoty.
Ostatecznie "rozwiązujemy" przedszkolną wersję rzeczywistego problemu, z którym mamy do czynienia. Dobra wiadomość: takie podejście bardzo dobrze
przechodzi w sprawozdaniach dla naszych szefów, brzmi zdecydowanie i mądrze w dokumentach strategicznych, na konferencjach prasowych i podczas dyskusji przy kolacji. Zła wiadomość: zwykle nie przynosi
zauważalnej różnicy.
Aby uzupełnić naszą dyskusję na temat złożoności i przedstawić jeszcze
jedną koncepcję, która pomoże nam zapobiec otrzymaniu ciosu w zęby od
nieprzewidywalnego świata, rozwińmy teraz nasze rozumienie złośliwych
problemów.
Złośliwe problemy
Termin "złośliwy problem" jest często używany, ale zazwyczaj nie jest w pełni rozumiany. Został wprowadzony na początku lat 70. przez teoretyków
planowania Horsta Rittela i Melvina Webbera jako sposób określenia
rodzajów problemów, wobec których stają planiści zajmujący się tym, co
określali mianem "otwartych systemów społecznych". Rittel i Webber użyli
słowa "złośliwy"19, aby odróżnić takie problemy od tych
"oswojonych", które są "definiowalne i możliwe do rozdzielenia oraz mogą
mieć rozwiązania, które da się znaleźć".
W przypadku oswojonego problemu wiecie, jaki jest cel ("rozwiąż x", "w ciągu czterech dwudziestominutowych rund umieść piłkę między słupkami
więcej razy niż przeciwnik", "zaprojektuj samolot, który przewiezie
czterystu ludzi z kraju do kraju"), oraz wiecie, kiedy go osiągnęliście
("x = 2", "końcowy gwizdek", "Boeing 747"). W przypadku złośliwego
problemu tak nie jest. Wyobraźmy sobie na przykład, że próbujemy
poradzić sobie z rebelią w obcym kraju (w ostatnim czasie zaliczyliśmy
już kilka takich prób). Dokładne zdefiniowanie problemu jest niemal
niemożliwe. Czy chodzi o jakichś watażków? Międzynarodowy terroryzm?
Wsparcie z zagranicy? Narkotyki? Edukację dla dziewcząt? Demokrację? Nie
mówiąc już nawet o wypracowaniu powszechnie uzgodnionej wizji tego, jak
ma wyglądać sukces. Podczas gdy nikt nie może kwestionować, że
rozwiązaniem naszego równania matematycznego jest x = 2, ludzie mogą i z całą pewnością będą kwestionować wszelkie proponowane sposoby
rozwiązania złośliwego problemu.
Na szczęście dla nas w swoim przełomowym artykule Rittel i Webber
zidentyfikowali dziesięć charakterystycznych cech złośliwych problemów,
które mogą nam pomóc w uporaniu się ze sposobem, w jaki musimy do nich
podchodzić. Przyjrzyjmy się uważnie tym cechom i wpływowi, jaki mają na
naszą odporność.
Cecha 1: nie ma niepodważalnej definicji złośliwego problemu.
Co takiego? Nie da się rozwiązać problemu bez jego zrozumienia, a zrozumieć się go nie da, dopóki się go nie rozwiąże. Budujemy ten
samolot w trakcie lotu!
Wpływ na naszą odporność: większość technik planowania i rozwiązywania
problemów mówi nam, iż najpierw musimy zrozumieć problem, zanim
zabierzemy się do jego rozwiązania. Umiejętność radzenia sobie z wieloznacznością polegającą na tym, że usiłujemy rozwikłać problem, tak
naprawdę nie wiedząc, w czym on tkwi, jest niewygodna, dezorientująca i psychicznie wyczerpująca!
Cecha 2: złośliwe problemy nie podlegają regule zatrzymania się.
Jak to? Parafrazując Trockiego20, możecie stracić
zainteresowanie problemem, ale problem nie przestanie interesować się
wami.
Wpływ na naszą odporność: w przeciwieństwie do gry w piłkę nożną,
ulubionego serialu Netflixa lub dobrej butelki burbona te rzeczy się nie
kończą. W wielu przypadkach musimy albo odmaszerować (spójrzcie na
przykład Wietnamu w 1973 roku), albo po prostu ogłosić, że problem
zniknął, nawet jeśli tak nie jest (na przykład Irak w 2003 roku - "Misja
zakończona"21). Każdy z tych wyborów kłóci się z naszymi z góry przyjętymi wyobrażeniami o sukcesie, czego konsekwencją jest wpływ
na nasze własne poczucie skuteczności - oraz odporności - gdy następnym
razem przyjdzie nam stanąć wobec podobnych wyzwań.
Cecha 3: rozwiązania złośliwego problemu nie są prawdziwe lub fałszywe,
ale dobre lub złe.
Że niby jak? Być może bardziej precyzyjnie - rozwiązania są kiepskie i mniej kiepskie. Perfekcyjne, eleganckie rozwiązanie waszego złośliwego
problemu przypomina jednorożca, który jest piękny w teorii, ale nigdy go
nie znajdziecie. W jego miejsce lepszy będzie zwykły koń rasy
Clydesdale, który upora się z robotą.
Wpływ na naszą odporność: masa ludzi poświęca dużą część swego życia,
by nabrać biegłości w rozwiązywaniu problemów - mówimy tu szczególnie o was, edukowanych w nauce, technologii, inżynierii i matematyce! Gdy nie
potrafimy znaleźć idealnego rozwiązania złożonego problemu - jak w przypadku relacji z partnerem - możemy odnieść wrażenie, że sytuacja
jest beznadziejna i może się zdarzyć, że odmaszerujemy od czegoś, co w przeciwnym razie mogłoby być naprawdę satysfakcjonującą częścią naszego
żywota.
Cecha 4: nie ma natychmiastowego i ostatecznego testu na rozwiązanie
złośliwego problemu.
Hm? Podczas gdy jesteśmy coraz bardziej rozkochani w szybkich
rozwiązaniach i chwytliwych hasełkach, rezultaty interwencji w przypadku
złośliwego problemu wymagają czasu - i mogą się nigdy nie pojawić. Jak
to (apokryficznie) powiedział Zhou Enlai, chiński dyplomata z połowy XX
wieku, zapytany o wpływ rewolucji francuskiej: "Jest za wcześnie, by o tym mówić!".
Wpływ na naszą odporność: każda próba rozwiązania złośliwego problemu
wywoła "fale konsekwencji", które trwają w zasadzie wiecznie. Musimy
wystrzegać się oczekiwań "sukcesu" lub "finalności", szczególnie tych
opartych na spójności retrospektywnej, które są przenoszone na nowe, z pozoru podobne sytuacje. Pamiętajcie o Heraklicie: to już nie jest ta
sama rzeka, a wy nie jesteście już tymi samymi osobami.
Cecha 5: każde rozwiązanie złośliwego problemu jest "jednorazową
operacją", ponieważ nie ma możliwości uczenia się metodą prób i błędów;
każda próba ma doniosłe znaczenie.
Coo? Życie to nie próba generalna - liczy się każdy strzał (w tym te,
których nie oddajecie!).
Wpływ na naszą odporność: musimy zapomnieć o różnicy między
"planowaniem" a "realizacją" - te dwa elementy następują jednocześnie.
Nasze wypady do prawdziwego świata mają konsekwencje: zmieniają naturę
systemu, do którego próbujemy się odnieść, i często mogą wykreować nowe
problemy, których wcześniej nawet nie braliśmy pod uwagę.
Cecha 6: złośliwe problemy nie mają enumeratywnego (lub dającego się
wyczerpująco opisać) zbioru potencjalnych rozwiązań ani też nie istnieje
dobrze opisany zbiór dopuszczalnych działań, które można włączyć do
planu.
Huh? Bawimy się w sport, w którym każda drużyna może wystawić tylu
zawodników, ilu chce, w którym możesz bronić bramki za pomocą strzelby,
strzelać gole na zupełnie innym boisku i w którym nikt nie jest do końca
pewny, ile czasu trwa mecz.
Wpływ na naszą odporność: w złożonym systemie nie istnieją "zasady",
ale mamy tendencję do brnięcia przez życie, sądząc, że jednak są - albo
powinny być. W konsekwencji jesteśmy zaskoczeni, rozczarowani i zranieni, gdy dzieje się coś "niesprawiedliwego". Powinniśmy o tym
wiedzieć - setki lat temu stoicy (więcej o tych panach później) już to
rozgryźli i - mówiąc obrazowo - drukowali naklejki na zderzaki z napisem: "Życie jest niesprawiedliwe". W ten sam sposób, w jaki nie
powinniśmy wierzyć, że istnieją gładkie rozwiązania złośliwych
problemów, zgubne dla nas będzie myślenie, iż złożony system rządzi się
zasadami.
Cecha 7: każdy złośliwy problem jest zasadniczo unikatowy.
Jak to? Sądzicie, że już to wszystko widzieliście. Nic podobnego.
Wpływ na naszą odporność: ludzie uwielbiają wzorce, ale próba
"dopasowania" nowej sytuacji do czegoś, co wydarzyło się wcześniej, może
nieść zagrożenie. Jak mówią nam Rittel i Webber, "nigdy nie można być
pewnym, iż specyfika problemu nie przeważa nad jego podobieństwami do
innych problemów, z którymi już się uporaliśmy". Nie ma gwarancji, że
metoda podrywu, która zadziałała na poprzedniego partnera, okaże się
skuteczna w przypadku kolejnego, i tak samo nie możemy być pewni, że
model biznesowy oparty na współdzieleniu przejazdów, kwitnący w Wiedniu,
osiągnie bodaj próg rentowności w Wientianie22. Musimy być
świadomi23 - i czujnie się wystrzegać - tego, co Dietrich
Dörner określił mianem "metodyzmu": "bezrefleksyjnego stosowania
sekwencji działań, których kiedyś się nauczyliśmy".
Cecha 8: każdy złośliwy problem można uznać za symptom innego problemu.
Co? W końcu poradziliście sobie ze swoją sytuacją w pracy, siedząc
przez miesiąc do późnej nocy w biurze - tylko po to, by się dowiedzieć,
że wasza ważniejsza połówka pakuje walizki, bo nigdy nie ma was w domu.
Wpływ na naszą odporność: nic nie dzieje się w izolacji. Tak jak wasze
pełne dobrych intencji próby rozwiązania problemu mogą wywołać "fale
konsekwencji", tak samo złośliwy problem, który usiłujecie rozgryźć,
może być uzna ny za konsekwencję innego złośliwego problemu. Tu rządzi
wieloskalarność: musimy bezustannie biegać między balkonem a parkietem,
co jest wyczerpujące.
Cecha 9: istnienie rozbieżności reprezentującej złośliwy problem można
wyjaśnić na wiele sposobów. Wybór wyjaśnienia determinuje charakter
rozwiązania problemu.
Co takiego? Facet na rogu ulicy w Toronto sprzedaje środek
odstraszający słonie. Podchodzi do niego kobieta i mówi: "W Toronto nie
ma słoni!". Facet odpowiada: "Patrz - to naprawdę działa!".
Wpływ na naszą odporność: jeśli trudno jest zdefiniować, czym jest
złośliwy problem, jeśli możemy wymyślać dowolne zasady i jeśli może
istnieć dowolna liczba możliwych rozwiązań (lub żadne!), to
prawdopodobnie możemy przekonująco wyjaśnić sytuację w dowolnie wybrany
przez nas sposób. Jednak dla naszego własnego dobra musimy się upewnić,
że nie mylimy korelacji z przyczynowością. Czy mamy pewność, iż wiodącym
czynnikiem było nasze wyjaśnienie jakiegokolwiek pozornego problemu? Czy
był to tylko zbieg okoliczności?
Cecha 10: planista nie ma prawa się mylić.
Hm? Jak wspomniano wcześniej, liczy się każdy strzał. Postarajcie się
upewnić, że trafi tam, gdzie celujecie.
Wpływ na naszą odporność: w systemie złożonym nie ma odrzucania kart
ani poprawek - wasze działania mogą mieć poważne i niezamierzone
konsekwencje. Bądźcie tego świadomi, ale tak samo akceptujcie
fakt24, iż żyjemy w chaotycznym świecie, w którym nie istnieje
ostateczne dobro ani zło, a "celem nie jest znalezienie prawdy, lecz
poprawa niektórych aspektów świata, w którym żyją ludzie".
Koncepcja 2: szczęście
Szczęście to dziwaczna rzecz. Większość z nas skupia się na pozornie
prostym zadaniu wypełnienia nim swojego życia. I dlaczegóż by nie? W porównaniu z alternatywą dążenie do szczęścia wydaje się dość rozsądnym,
jeśli nie najważniejszym celem. Problem polega na tym, że sposób, w jakim o nim myślimy, jest całkowicie niewłaściwy. Mamy tendencję do
kojarzenia szczęścia z efektami znaczących wysiłków i zapominamy o całej ciężkiej pracy, która do nich doprowadziła. To ma sens: słodki
owoc na szczycie drzewa jest godną nagrodą za mozolną wspinaczkę,
doskonałą, namacalną manifestacją wszystkiego, co zostało
przezwyciężone, by po niego sięgnąć. Problem polega na tym, że owoc jest
tylko namiastką szczęścia - korelatem, a nie przyczyną. A jeśli ów fakt
nam umyka, jeśli próbujemy obejść ten proces na skróty i zdobyć owoc bez
wspinaczki (lub, co gorsza, sprawić, iż zostanie nam podany), jesteśmy
zdezorientowani, gdy nie przynosi nam to żadnej prawdziwej radości.
Weźmy taką współczesną sławę. Kiedyś była ona wynikiem dokonania czegoś
niesamowitego. Odkrycia nowego kontynentu. Namalowania arcydzieła.
Zdobycia mistrzostwa świata. Chwała powiązana z tą formą dokonań była
czymś, do czego aspirowali ludzie, i jedynym sposobem na jej zdobycie
było osiągnięcie czegoś równie fantastycznego. Sława była produktem
ubocznym osiągnięć i rezultatem wysiłku. Wydaje się jednak, że gdzieś po
drodze stała się osiągnięciem samym w sobie. Ma się wrażenie, iż dziś
pożądamy nagrody bez wysiłku, pragniemy wyniku, ale nie procesu,
zwycięstwa, a nie walki. Zapominamy jednak, że bez walki nagroda traci
sens. Niemające końca litanie problemów, które wydają się nękać tych,
którzy są "sławni z tego, że są sławni", służą jako anegdotyczne
pogłębienie pustki tego rodzaju dążeń.
Jeśli więc obecnie kojarzysz natychmiastową satysfakcję lub zdobycie
rzeczy materialnych ze szczęściem, to gotowi jesteśmy się spierać, że
hołdujesz niewłaściwej definicji szczęścia. Naszym zdaniem najlepsza
definicja szczęścia nie jest nawet napisana w języku angielskim.
Eudaimonia to greckie słowo powszechnie tłumaczone jako "szczęście",
ale być może dokładniej jako "rozkwitnięcie". Geneza tego słowa jest
jeszcze bardziej pouczająca. Pochodzi ono od połączenia eu (dobry) i daimon (duch). Być w dobrym nastroju... lub mieć dobrego ducha.
W naszej redefinicji widzimy prawdziwe szczęście jako ten moment, w którym jesteście spełnieni. Kiedy czujecie owe niesamowite poczucie
osiągnięcia lub gdy jesteście w najlepszym nastroju. Kiedy
"rozkwitacie".
Przypomnijcie sobie chwilę, w której czuliście się w ten sposób. Gotowi
jesteśmy pójść o zakład, że najprawdopodobniej było to pod koniec
jakiegoś rodzaju walki, czas po stawieniu czoła prawdziwemu wyzwaniu i pokonaniu go. Sprawdzian fizyczny i psychiczny, zawalone noce,
dyskomfort, a może nawet odrobina niewiary w samego siebie i udręki. Aby
uświadomić sobie prawdziwy wymiar osiągnięcia, trzeba było pocierpieć.
Ten rodzaj szczęścia to z pewnością nie samo słońce i lizaki, ale to
fajna sprawa. Skłania do głębszej refleksji nad szczęściem, czyż nie?
HIERARCHIA POTRZEB
ABRAHAMA MASLOWA
Koncepcja eudajmonii jest bardzo podobna do tego, co znany amerykański
psycholog Abraham Maslow nazwał samorealizacją. Stan ten znajduje się na
samym szczycie25 jego dobrze znanej hierarchii potrzeb i Maslow
opisał go jako "dążenie do tego, by stać się najlepszym".
Szczęście: niezrównoważone, niebinarne i wielowarstwowe
Ustaliliśmy zatem, iż nie można zaznać prawdziwego szczęścia bez
stawienia gdzieś po drodze czoła przeciwnościom, ale musimy jeszcze
omówić kilka istotnych kwestii z nim związanych. Po pierwsze, szczęście
nie jest trwałe. Nie możemy po prostu osiągnąć szczęścia i pozostać
szczęśliwymi. Jasne jest, że nie zawsze jesteśmy w stanie "szczęścia". W rzeczywistości, z definicji, nie możemy zaznać szczęścia bez smutku -
musimy mieć złe czasy w naszym życiu, aby działały jako kontrapunkt dla
dobrych czasów (w przeciwnym razie wszystkie byłyby po prostu "czasami",
co oznaczałoby dość nudną egzystencję).
Angielski poeta romantyczny John Keats wpadł na tę koncepcję dwieście
lat temu i pięknie uchwycił ją w swojej Odzie do melancholii:
Spowiniętą w zasłonę, nawet i w świątyni
Rozkoszy samej ołtarz najwyższy ma, władczy,
Lecz ujrzy go jedynie, kto z Radości grona
Umie soków wydobyć smaki26.
Nie da się zbudować świątyni rozkoszy bez poświęcenia w niej ołtarza dla
melancholii. I tylko poprzez uznanie tej prawdy jesteśmy w stanie
zakosztować najlepszego, co życie ma do zaoferowania. Podobnie jak fakt,
iż walka jest prekursorem prawdziwego eudajmonistycznego szczęścia,
musimy zaakceptować to, iż okazjonalny smutek jest również integralną
częścią szczęśliwej egzystencji.
Poza tym musimy sobie uświadomić, że szczęście nie jest zero-jedynkowe.
Nie włącza się i wyłącza tak po prostu, lecz funkcjonuje jako kontinuum.
Tim Jack Adams, wielki autorytet w dziedzinie zdrowia i dobrego
samopoczucia, przedstawił nam piękny sposób myślenia o szczęściu.
Proponując swoją definicję, dlaczego nasze szczęście stanowi takie
wyzwanie, mówi nam:
Średnio spędzamy mniej czasu na świeżym powietrzu niż więźniowie pod
zaostrzonym rygorem i ponad trzy godziny dziennie żyjemy życiem innych
ludzi za pośrednictwem telewizji i mediów społecznościowych. Na każdych
stu Australijczyków w wieku sześćdziesięciu pięciu lat dwudziestu
siedmiu będzie martwych, sześćdziesiąt osiem procent będzie spłukanych,
pięćdziesiąt procent doświadczy rozpadu związku, zdrowie psychiczne
pięćdziesięciu procent będzie w złym stanie, a osiemdziesiąt dwa procent
będzie cierpiało na przewlekłą chorobę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki