Pochodząc z rodu arjan polskich, a bezpośrednio z trzech
aż pokoleń pastorów protestanckich, dźwigał Nietzsche nie lada
brzemię we krwi i na duchu. W istocie, trudno wyobrazić sobie ile
atmosfer ciśnienia tego protestantyzmu wytrzymywać musiała na sobie
ta dusza, zmontowana wprawdzie solidnie w szkołach niemieckich.
Der sittliche Ernst, - pojęcie, które nie da się wprost
przełożyć w właściwem brzmieniu powagi, dostojeństwa i ołowiu,
pociągającego ku dnom, ku etycznym spodom i podspodom rzeczy
wszelkich, -
der sittliche Ernst w rodzinie patrycjatu eklezjastycznego
sprawił, że nie na swawoli czasem, nie życia radością i miłości
zachwytliwą porą była dlań młodzieńczość, lecz... "wielbłądem" był
duch na początku. Może dzięki temu po części, mógł być powołany
w 21-ym roku życia na katedrę filologji klasycznej do
Bazylei. Pomieniał tedy plebanję i jej "kadzidelne wonie" na te
poklasztorne zazwyczaj mury, kędy uczeni spalają sobie wzajem
kadzidła śród intryg, i gdzie
der sittliche Ernst akademickiego Sanhedrynu przystroił go
w togę, beret i patos nie wiele co różne od pastorskich.
Młodzieńczy duch... klęka. "Klęka wielbłąd, aby go dobrze
obładowano... Powiedzcie mi, co jest najcięższe? Nie jest-że to:
żywić się żołędźmi i trawą poznania i w imię prawdy na głód duszy
cierpieć?". Trzeba było głębokiego nurtu twórczości niezależnej, aby
po niejakim czasie zerwać się z kolan i uciec od profesury.
Przyszło mu to jednak tak ciężko, że "wielbłąd" wydał się sobie
drapieżnym rabusiem wolności własnej, zgoła - "lwem"!
Gdzieś na włoskiej Riwierze, dokąd się schronił na razie z
pracami swemi, w wypoczynkowych chwilach kroczył z pietyzmem po
tych alejach, po których niedawnemi laty przechadzać się raczył
Seine Majestaet, nieboszczyk ojciec miłościwie panującego
już wówczas Wilhelma. Tak to duch... lwem się stawał. Nie zbyt drapieżnym zrazu, jak widzimy. Wyrwawszy się z
najzaszczytniejszej, jaka jest, klatki dla ducha, zrabował sobie
wolność - do nowych wolności. Tymczasem obiegał młody lew ówczesne
szlaki angielskiego pozytywizmu, ścieżki ciasne, lecz pełne dlań
właściwego łupu - zagadnień i zadumań nad naturą ludzką. (Oba tomy
p. t.
"Ludzkie, arcyludzkie" pochodzą z tego okresu). W tymże
czasie dał się porwać entuzjazmowi do osoby Wagnera. Niebawem
dramat rozczarowanej przyjaźni był jedyną burzą uczuć w życiu tego
wychowańca wszelkich ryzów. Miłości, oczywiście, nie zaznał.
Zaledwie jakaś lwica intelektualizmu, a córa jenerała rosyjskiego,
zdołała go pogrążyć, bardzo zresztą przelotnie, w "siedmiokrotne
ciemności" uczuć miłosnych. Oto życie zewnętrzne człowieka, który w pismach swoich
targał wszystkie pęta i więzy zniewoleń, obalał wszystkie szranki
życia, burzył wszystkie ostoje ideału i moralności. Oto całe jego
życie. Reszta jest tylko pracą, śród głębokich przemian
wewnętrznych.
Po krótkotrwałym wpływie angielskiego pozytywizmu
nawiedził samotnię jego genjusz francuski, pismami Montaigne'a, La
Bruyére'a, La Rochefoucauld'a, Voltaire'a... "którzy więcej myśli
dają i sieją niźli wszystkie książki niemieckie razem wzięte", -
spłacał im wraz rzetelnie swój dług wdzięczności. Pod jasnem
tchnieniem latyńskiego ducha ustąpiły jak średniowieczne zmory,
wszelakie serwilizmy, zatajone po zakamarkach duszy niemieckiej;
pękły wszystkie nity, jakiemi skuto tę duszę w szkołach pruskich.
Otworzyły się przed nim teraz dopiero jak gdyby wrota wolności.
Wtargnęły przez nie wielorakie przypadki, niespodzianki, trafy
najszczęśliwsze, wstrząśnienia dogłębne... duchowych doznań. Począł
odgadywać drogę powołania swego. Raczej rybitwą unosić się nad
wodami swego "łupu": nad burzliwemi falami człowieczeństwa i
współczesnego ducha, niźli być ślepym stworem głębi, przyrosłym do
dna swej uczonej specjalności.
Jakoż nastał rozbrat z nią ostateczny. A znaczyło to dlań
rozbrat z całem otoczeniem, ze wszystkimi przyjaciółmi, zgoła z
całem "porządnem życiem niemieckiem". Pozostawało już tylko
dośmiertne osamotnienie. Gdzieś w Engadynie wyżniej znalazł dla się
pustelnię. Darów dobrej doli ludzkiej, wraz z miłością, rodziną i
dostatkiem, nie mogło oczywiście życie ofiarować pustelnikowi; dało
mu jednak wzamian jakby siebie samo: zwierzyło mu się ze wszystkich
tajemnic swoich: wszystkie tajnie i skrytki spraw ludzkich,
arcyludzkich wygarnęło mu w pustelni, jak te orzechy do łuskania:
"twarde orzechy zagadek psychologicznych". I ocknęło w nim zatajoną
genjalność - w tej najwłaściwszej dlań dziedzinie: analizy duszy
ludzkiej. Bo nie jako "pogromca wszystkich wartości", "zwiastun
nadczłowieka" i poeta Zaratustry przetrwa Nietzsche wszelakie
nastroje duchowości europejskiej, lecz bodaj że tylko jako
psycholog-humanista spokrewniony najbliżej - i w formie nawet - z
szeregiem wspomnianych powyżej pisarzy francuskich.
Bądź co bądź tak zaświtała dlań
"Jutrzenka" wolnego ducha, by go dowieść z czasem do
"Wiedzy radosnej". Jakkolwiek zresztą nazywają się te
kolejne tony pism, wszystkie one w luźnej formie aforyzmów mówią
zawsze tylko o duszy ludzkiej i o charakterze umysłowości
współczesnej; nadewszystko zaś o obłudnych pozorach wszelkich
ideałów dzisiejszych, o kryjówkach moralności chrześcijańskiej, w
których tak umiejętnie chowa się dziś wszystko gnuśne i zakłamane.
Z tej analizy wyłącznie negatywnej, z tego burzenia wszelkich
"wartości" dzisiejszych wyłaniają się powoli pozytywne wskazania
"nauki" o tej, mniej więcej, treści: Dla przyszłości człowieczeństwa jedynie cenne jest
wszystko najbujniej żywe, twórcze, siewne. Ideał i moralność
chrześcijańska jest pospolitą bronią wszystkiego, co mdłe, mierne,
słabe, wszystkiego, co życie zuboża, wyjaławia i tłumi. I choćby za
temi ideałami przemawiała niekiedy i roztropność sama, zawszeć to
będzie głos niewolniczego instynktu tłumów. Dla twórczego w czynie
i duchu egoizmu "nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone!" A
gdyby nawet było coś prawdziwego pod słońcem, natura silna
odkrzyknie na to:
Pereat veritas, fiat vitta!.. Zaś Bóg? skoro już tak
daleko jesteśmy. "Nie wiecie, że Bóg już umarł?" dziwi się
Zaratustra nieświadomości swych "ludzi wyższych". Więc naostatek:
cel? cel wszystkiego pod słońcem? a więc i cel tej nowej nauki? -
Celu?!... niema go wcale, jak niema dobra, piękna, cnoty, prawdy.
Jest życie i jego walka nieubłagana, moc i przemoc najtęższych
mięśni, głów i ducha: jest, drzemiąca w każdem sercu,
Wille zur Macht: wola mocy! Urastała zaś ona Wiedza radosna, a tak ponura, w czas
nowej przemiany jej twórcy. Oto "duch, który wielbłądem był, lwem
się stał, przeistoczył się wreszcie w dziecko", które "uczy się
wymawiać tak!" przytakiwać życiu, potwierdzać je we wszystkiem;
potwierdzać nadewszystko siebie samego w skłonnościach swych
najgłębszych, "stawać się, kim jest"! I nie kryć się nieufnie przed
instynktem, gdy w tajną godzinę twórczości... "wszystko dziać się
poczyna w wysokim stopniu niewolnie, jakby w nawałnicy poczucia
swobody, niezależności, potęgi, boskości"...
Późnego wyzwoleńca ze wszystkich nieomal form dzisiejszych
niewoli taką oto nawałnością nawiedzać począł wolny duch. W takich
godzinach twórczości - słyszał: nie szukał bynajmniej! brał... "w
olśnieniu myśl każdą w formie niepodlegającej najmniejszej
wątpliwości..... wszystko jawiło się jako rzecz najbliższa, jako
wyraz jedynie prawdziwy... w zachwyceniu, którego niesłychane
napięcie wyzwalało się niejednokrotnie wytryskiem łez.... w takiej
głębi szczęścia"...
Tak kochają Muzy. Że pokochały tym razem zbuntowanego syna
i wnuka pastorów, zrewoltowanego wychowańca pruskiego ducha i
zbiega z katedry niemieckiej, - zaciążyć to miało z czasem nietylko
na duchowości rodaków jego.
Lecz
tamte chwile wracały tymczasem, okalając go powoli
atmosferą irracjonalizmu. Rzecz znamienna: ona to właśnie narzucać
mu jęła coraz to gwałtowniej to ostateczne bądź co bądź pytanie
nauki każdej - cel?!... "Coś nieznanego jest wokół mnie i spoziera
w zadumie. Jakto? Więc ty żyjesz jeszcze, Zaratustro? Dlaczego?...
Po co?... Dokąd?... Gdzie?... Jak?..." Lub może poprostu tęsknota
do życia i ludzi maskowała się tak przed pustelnikiem? I, spędzając
mu sen z czoła, wyprowadzała go po nocy przed jaskinię, pod oczy
gwiazd nad szczytami gór... "Och, lód jest naokół mnie, dłoń moją
lodowate parzą dotknięcia! Och, pragnienie mi dolega, a łaknie ono
waszego pragnienia! Nastała noc: zagadały głośniej wszystkie źródła
bijące. I dusza moja jest źródłem bijącem. Nastała noc: och, że też
światłem ja być muszę! I pragnieniem pragnień ponocnych. I
samotnością!..." Trzeźwego analityka duszy ludzkiej i pogromcę wszelkich
wartości zwyciężył poeta. I on to uwiódł naukę anachorety ułudą
posłannictwa. "Za długo tęskniłem i wyzierałem w dal, za długo władała
mną samotność: i tak oto oduczyłem się milczenia. Ustami jam się
stał wskroś, stałem się wzburzonym strumieniem śród skał... Zbyt
wolno wlecze mi się wszelka mowa: - w twój wóz skaczę, nawałnico! I
ciebie jeszcze chłostać będę, a naglić mą złośliwością!...
Zaprawdę, jak burza nadciąga nie szczęście i wolność moja! Niechże
myślą wrogowie, że to
zły szaleje nad ich głowami"... I prawdziwie: w dolinach pracy powszedniej dokąd zstąpił
Zaratustra z gór, zdawać się mogło, że to bies się rozszalał,
druzgocący tablice dziesięciorga przykazań, by na ich miejsce
wystawić własne tablice "nowego Zakonu". - Kto zresztą nie zna dziś
tych przykazań nowych?... Przypomnijmy bodaj kilka, które najwięcej
mówią czasom właśnie dzisiejszym.
"Nie grzech wasz, - obwieszczał tedy Zaratustra, - nie
grzech wasz, lecz małość wasza w grzechu, oto co woła ku niebu"...
"Nie współczucie, nie litość, nie altruizm służyły dotychczas życiu
najlepiej, były najhojniejszym powiewem przyszłości; czynił to
wprost przeciwnie, twórczy w czynie i duchu, egoizm: egoizm
"moralności panów"... "Najdzielniejszy naród powinien panować nad
innemi; gdzie tego niema, tam niema najdzielniejszego"... "Twardym
bądź!" (w tym wypadku snać: już nie ty, człeku, lecz narodzie
cały)... "Dobra wojna uświęca każdy cel"...
Ale w dzisiejszych czasach pustelnicy nie zamieszkują
jaskiń górskich, nie wzywa ich głos wnętrzy; nie zrywają się
gwałtownie, by wiązać postoły, chwytać posoch i zstępować na niże z
owocami medytacyj swoich. Przetłumaczywszy to wszystko na język
jedynych możliwości dzisiejszych: napisał Nietzsche poemat, który
istotnie jak "ogień biegnący" wionął przez suche, do cna już
wypalone, niwy ówczesnego pozytywizmu Europy, - napisał poemat:
Tako rzecze Zaratustra. Im większy i bardziej długotrwały nacisk na wielką zawsze
prężność natury twórczej, tem gwałtowniejsze z czasem rozprężenie.
Czy siły erupcji tego wewnętrznego żaru nie dałoby się wprost
wymierzyć siłą tych mnogich atmosfer ciśnienia na tę duszę - w
domowej tradycji trzech pokoleń pastorów protestanckich, w
wychowawczym od szkół nacisku ducha pruskiego, aż po atmosferę
moralną śród uczonych i profesorów niemieckich?...
"Oswabadzanie się" - "wyzwalanie" - tak określa Goethe
twórczość każdą. Lecz to, od czego się człowiek oswobodził
(zwłaszcza w wieku dojrzałym), wyciska niezatarte piętno na tem, ku
czemu się wyzwolił. Czy w tym immoraliście, trafiającym analizą
swoją zawsze jednak tylko w etycznie
czarny punkt natury ludzkiej, nie ukrywa się wręcz
moralizator
a rebours?... Zaś w żarliwości jego fanatycznego ateizmu
nie ocknąłż się właśnie syn i wnuk pobożnych pastorów?... A w tym
"dobrym smaku", w onem "dostojeństwie duszy", jakiemi jego czysta
natura odpycha od się niskość postępków ludzkich - czy w tem nie
możnaby dopatrywać się innego tylko nazwania dla odziedziczonych po
przodkach chrześcijańskich imperatywów duszy? wraz z pastorskim w
tych rzeczach gestem dostojeństwa?... Nakoniec, gdy w ostatnim
tomie jego dzieł,
w Woli mocy, luźno po innych tomach rozproszone aforyzmy
skupiają się w sute rozdziały i paragrafy, sub a), b), c) oraz
odnośniki: ?, ?, ?, - czy w tym metodycznym "dyletantyzmie" nie
ocknął się na sam koniec i profesor niemiecki?... Piętno paradoksalnych przeciwieństw wyciskało się zewsząd
na owocach tego życia. Wróg idealizmu i metafizyki, dla którego
Platon był "nieporozumieniem" ludzkiego ducha, wieńczy swoją
koncepcję życia metafizyczną ideą wiecznego wrotu rzeczy wszelkich,
a wróg poezji koronuje dzieło swego życia poematem.
Nie sprzeczności dotykamy tu bynajmniej, lecz
przeciwieństw przeobrażającego się ducha: w warunkach jego
dojrzewania i rozwoju przeciwieństw tak nieuniknionych jak
fatum samo - w tej prawdziwej tragedji ludzkiego ducha, bo
potęgowanej właśnie
tytanicznością zamierzeń. Niczem owe "Trzy przemiany..." z
Zaratustry rozwijała się ta tragedja w trzech aktach, powiedzmy. I oto akt pierwszy - za życia człowieka. Dwa dalsze
dotyczą już tylko
jego ducha i rozegrywały się
już po śmierci twórcy. W tytanicznem porwaniu się Zaratustry zapalić się miało
światu płomię nowego entuzjazmu do życia. Zstępował Zaratustra z
gór jako ratownik zwątlałej dziś woli człeczej, jako wychowawca
twórczy krzepkiego pokolenia ludzkości, jako pogromca litości i
miłosierdzia, jako hodowca i mistrz natur silnych, - jako zwiastun
nadczłowieka. To, wyegzaltowane w samotniczych natchnieniach
poczucie posłannictwa, stało się dlań jednak zmorą największych
wątpliwości, skoro tylko zstąpił między ludzi. To też Zaratustra
nie tylko, że poniechał rychło wykładania swej nauki na rynkach,
ale przestał się z niej zwierzać nawet przyjaciołom, zachowując ją
wyłącznie już tylko dla "ludzi wyższych."
Korowód tych typów, - w części IV-tej poematu, - świadczy
na jak suchą, ciężką i oporną grudę rzucany był ten ostateczny
posiew nadczłowieka. Łudził się oczywiście i wtedy jeszcze
samotniczy poeta, że przyjdą słuchacze lepsi, uczniowie inni,
ludzie jeszcze wyżsi: - "Czekam na wyższych, bardziej krzepkich i
zwycięskich, na dorodniejszych ciałem i duchem: śmiejące się lwy
przyjść tu muszą."
Na jak wdzięcznej natomiast glebie junkierskiej i pruskiej
pychy, krwawem urągowiskiem nad duchem, wysiał się w Niemczech i
ten posiew, wiemy dziś wszyscy. Świat cały poznał te lwy ryczące.
"Najzimniejszy ze wszystkich zimnych potworów!" - tym
okrzykiem buntu określa Nietzsche państwo. Oczywiście nie
polis Aten lub Sparty, ani też rzeczpospolitą każdego
narodu, który się jednoczy dla ładu i obrony; lecz ten jedyny w
Europie stwór państwowy, który się począł poza narodem, z
wszelakiej na obczyźnie zbieraniny mniszo-rycerskiej, zapożyczył we
wszystkiem z wielkiego dorobu cywilizacji niemieckiej, by zaciążyć
wreszcie nad nią jak zmora: - arcypaństwo, tylko-państwo pruskie!
"...i takie oto kłamstwo zionie z ust potwora: - ja państwo jestem
narodem. - Łeż to!
Twórcy stworzyli narody i zawiesili nad niemi miłość i
nadzieję: tak
życiu służyli oni. Tamci zasie
niszczycielami są!"... Pruski stwór państwowy obywa się prawie bez poczucia
narodowościowego swych mas; wystarczają mu żelazne sprzęgi
państwowości: takie skoszarowanie i życia i ducha niemieckiego,
takie ich odnowa spańszczyźnienie w służebności i służalstwie dla
państwa, że łacno mu dziś korzystać, - niekiedy bez reszty nieomal,
- z każdego prądu duchowego, a nawet kierunku filozoficznego swych
czasów. "...Państwo łże we wszystkich językach dobra i zła;
cokolwiek rzeknie, skłamie - a cokolwiek posiada, skradzione to
jest. Wszystko w niem jest fałszywe; kradzionemi zębami kąsa.
Fałszywe są nawet trzewia jego... Aż nazbyt wielu rodzi się, dla
tych zbytecznych wynaleziono państwo! Spojrzyjcie jak ono ich
przynęca, tych nader licznych!... Jak ono ich chłonie, żuje i
przeżuwa."
Najzimniejszy ten i najbardziej zakłamany potwór zdołał
jednak przystroić w pickelhauby nawet i wielkich zmarłych narodu
swego - onemi dniami! - przed siedmiu laty! - gdy skoszarowanym
miljonom swoim mógł wreszcie skomenderować:
"Aufmarsch!"... Co do tej pickelhauby miał Zaratustra jak gdyby niejasne,
wizyjne przeczucie. Pogrążonego raz we śnie, nawiedziło dziecko ze
zwierciadłem (prawdopodobnie: zwierciadłem dni przyszłych w tej snu
symbolice): - ujrzał w niem "djabła maszkarę i śmiech jego
szyderczy."
Takim nieomal widzieli go podczas wojny nie tylko
bulwarowi, lecz i przodowni nawet pisarze Francji, Belgji, Włoch,
Anglji i Ameryki. Tedy nie na Glasewitzów, Mommsenów, Treitschków,
ale na Nietzschego właśnie wskazywano zewsząd, z całego świata:
"Oto pierwszy z ducha sprawca dzisiejszej rzezi, oto ideowy
wychowawca narodu swego, oto herold Hunnów!"
Z kogo żółć nienawiści narodowych jeszcze nie wykipiała,
niech się ubłoży przeczytaniem tego, co pisze Nietzsche o rodakach
swoich bodaj tylko w
"Ecce Homo." Niech to jednak uczyni na rachunek własnej
rozkoszy, powtarzać tych rzeczy tu nie będziemy. Komu zaś i tamtego
będzie mało, niech sięgnie po analogiczne ustępy u Schopenhauera;
ba i u Goethego nawet: choćby w jego konstatowaniu koniecznej
potrzeby nienawiści w sercu niemieckiem, lub bodaj w jego proroczem
wyczuciu zatajonego, zadrzemanego okrucieństwa u tak wówczas
gemuethlich i
bieder rodaków swoich. Należy jednak odróżniać: od kipiącej pasji wrogów - święty
gniew genjuszów narodu!
W Nietzschego Zaratustrowej legendzie Bóg umarł. Nie
przyczynił się do tego bynajmniej Zaratustra nauką swoją. Zabił
Boga ..."najszpetniejszy człowiek..."! wejrzeniem swem tylko. Tak!
- W nowym napływie swych furjackich nienawiści, kolejno dla
wszystkich narodów Europy, w okresie swej psychozy światoburczej
ten, bezwątpienia, wówczas najszpetniejszy naród próbował istotnie
zabić starego Boga... samem wejrzeniem potwora swej państwowości. -
Staat ist Gott! - to hasło "ideowe" urastało tam w czasie
wojny do szeregu publikacyj, w którym nie brak było nazwisk
profesorów, a nawet byłych pastorów. - Czemuż to my, wywodzono tam,
przeżywać w dziejach swoich wciąż Jehowę, który jest
przebóstwieniem państwowości żydowskiej; miejmy odwagę do swego,
germańskiego, Boga i jego przykazań. - Mało nas zresztą interesuje
ta ostateczna już chyba aberacja niemieckiej umysłowości w czasie
wojny. Idzie nam tu jedynie o te drogi, po których fatum
pośmiertelne ścigało puściznę Nietzschego. Gdy Bóg stary dlań umarł, Bogiem obwołano "potwora." I on
to właśnie, ten dlań najzimniejszy i najbardziej zakłamany sięgnął
po Zaratustrowe tablice nowego Zakonu, - jak to: najdzielniejszemu
ludowi należy się panowanie nad narodami, jak to: dobra wojna
uświęca każdy cel.
Że pruska i junkierska ideologja czasu wojny urastała na
nietzscheanizmie, jak na drożdżach, zaprzeczyć się temu wręcz nie
da.
Miał być ideał nadczłowieka nowym puklerzem godności dla
natur silnych, tarczą indywidualizmu, dojrzewającego zwykle
jaknajdalej od trzody i państwa.
"...Gdzie państwo się kończy, tam dopiero zaczyna się
człowiek, który nie jest zbyteczny. Gdzie państwo ustaje, -
spojrzyjcież mi bracia moi! - czyż nie dostrzegacie tam tęczy i
mostów nadczłowieka?"
Tam dopiero!
Na wspak celom, zamierzeniom i całej logice wewnętrznej
Zaratustrowego zakonu, stał się on, przemocą ducha pruskiego, wręcz
wojenną armaturą państwa w kierowaniu rzeźnym i rzeź niosącym
tłumem: stał się nadczłowieczą, naczelną zbroicą, w którą potrzeba
wojenna pchała byle piona.
"Psom wyć!" - powiada brutalnie, z pruska jeden z wodzów
armji i polityki niemieckiej o wodzu naczelnym, z racji jego
wojennych pamiętników. (A znaczyć to ma: psy mogłyby się użalić nad
miarą tej głowy i ducha). Tyle treści zawierała czołowa zbroica.
Tyle przedstawiał ów przeogromny, gwoździami z germańska nabijany,
już nie posąg, lecz kolos nadczłowieczeństwa, zbudowany w stolicy
Prus. Tak rozsypują się w proch wszystkie posągi
nadczłowieczeństwa, zbudowane z ćwieków psychozy wojennej!...
Umysłowa elita Francji interesowała się przed wojna zgoła
innym Nietzschem. Pobudliwość i ciekawość psychologiczna Francuzów,
większa niźli gdziekolwiek na świecie, (a zwłaszcza w
apsychologicznych Niemczech), rzetelniejsza niźli u Niemców cena
świetnego stylu pisarza - sprawiły, że Nietzschego genjalna analiza
duszy ludzkiej wiodła tam żywot głębszy niźli gdziekolwiek; a pisma
jego nie podlegały tak fluktuacjom mody i snobizmu, jak
czytelnictwo niemieckie ostatniego ćwierćwiecza, otwarte na
wszystkie wiatry cudzoziemszczyzny, przy całkowitem nieraz
niedocenianiu pisarzy własnych. - Dość powiedzieć, że nawet
Nietzschego odkryli Niemcom cudzoziemcy; i to bardzo późno!
Nadczłowiekiem zaś ani się we Francji nie przejmowano, ani
też nie gorszono, jak gdzieindziej, witając w nim nienową w XIX
wieku koncepcję intelektualistów, jako ich bunt przeciw
zmaterjalizowaniu i zautomatyzowaniu zubożałego do cna życia.
Segregujący umysł Francuzów umieścił tedy "nadczłowieka w szeregu
"bohaterów" Carlyla, "reprezentantów" Emersona i wreszcie "devasów"
Renana: - dla tych wszystkich pisarzy celem i dążeniem kultury była
nie oświata wielkich mas, lecz najcelniejsze, najrzadsze okazy
człowieczeństwa, - właśnie "nadludzie"...
Że ten ostatni w XIX wieku, mimo wszystko, duchowy bękart
po Napoleonie, w swym chrzcie niemieckim
"Uebermensch" otrzymał właściwości nowe: zwłaszcza pewnej
surowizny średniowiecza i raubritterstwa, wyraźny posmak
brutalności i zaciekłego wyzwania świata, jak ta teza przybita do
kościoła w Wormacji; - jednem słowem, że otrzymał właściwości i
niemieckie, i wyraźnie pruskie zarazem, - były to rzeczy nie do
uniknienia. Nasiąka-ż każda ryba wodą mórz swoich? Co zaś do moralnej współodpowiedzialności za wojnę?...
Iluż to poetów i myślicieli przeszłości należałoby tym doraźnym
sądem ideowym czasów wojennych skazywać
in contumatiam na szubienicę? Ilu to z nich nie modliło
się o wojnę w nadziei, że stanie się ona odnowicielką świata i dusz
ludzkich?... Dziwnie milkną wprawdzie bezpośrednio po wojnie poeci
wojny i jej moraliści, jakgdyby sumienie ludzkości otrząsało się w
nich nad tem - co też to z tego wszystkiego wynikło?! - jak to
potwornie "odnowił się duch ludzki" w tym wymodlonym ogniu
powszechnego zniszczenia?!... A jednak... Może po upływie lat niewielu nastanie znów w
dobrobycie takie zagnuśnienie dusz, takie ich zakłamanie w
konwencjach ideału, taka obłuda w konwencjach chrześcijańskiego
morału, że pisma Nietzschego staną się znów jak to źródło odżywcze.
Być może, że i wówczas znajdzie się jakiś duch pruski, który to
źródło wraz zagnoi. I z orędzia życia uczyni orędzie zniszczenia.
Bo nie ulegajmy złudzeniom. Nie minie może lat
kilkanaście, a będziemy mieli nowych wieszczów wojny i nowych jej
moralistów, którzy na wszystkie dolegliwości czasów doradzać będą
wojnę, "dobrą wojnę, kiedy to żart się kończy." A wszystko wskazuje
na to, że niezadługo zaczniemy znowuż żyć "na serjo." Bo i duch
pruski nie zczezł przecie? a nie zubożał w doświadczenia wojenne?
Zapożyczy się też on najchętniej w każdą nową, dobrą rację wojny i
każe ją czemprędzej udoskonalać profesorom uniwersytetów swoich.
Jedno będzie dlań tylko całkowicie obojętne: czy zawołaniem tej
nowej racji będzie "nadczłowiek" czy też "podczłowiek" bodaj; jaką
to nową koncepcję życia wysiedzą intelektualiści. Właściwi sprawcy
wojny już nam wyrąbią życie - wedle swojej miary.
Nie przeciążajmy tedy intelektualistów odpowiedzialnością
za wojnę, która przedewszystkiem ich to właśnie wyprowadza w pole -
w podwójnem znaczeniu tych słów. Wojna, - powiada któryś z pisarzy
francuskich, - z chwilą wybuchu wpycha inteligencję w pierwsze
szeregi piechoty, a z chwilą ustania w ostatnie szeregi
proletarjatu. Taka to rola intelektualistów w wojnie - tej, która
ledwie minęła, i tej, która już nadchodzi.
Lecz dobądźmy wreszcie ducha Nietzschego z tej krwawej
topieli dziejów, w jakiej go ponurzyło fatum pośmiertne.
"Nieustannie w sobie pracujący", a w takiem rozwibrowaniu
wszystkich strun uczuciowości, że pisanie było dlań kładzeniem
myśli na lód, najmniej chyba zasługuje Nietzsche na pomówienie o
wyłącznie intelektualistyczne koncepcje. Lecz jakże słusznym wydaje
się ten zarzut wobec piszącego kaznodziei: Emersona i tego drugiego
eklezjasty: Renana, a nadewszystko wobec pierwszego kapłana "kultu
bohaterów": Carlyla, ciężko ponoć schorowanego człeka. Przytoczone
tu na początku fakty z życiorysu Nietzschego mówią chyba również
bardzo wyraźnie w jakim stosunku do życia i gołębiego serca człeka
stoi późniejszy jego immoralizm.
Bądźcobądź w takiej to atmosferze - bynajmniej nie
bojowej! - zrodził się w XIX wieku "kult dla bohaterów" oraz
"moralność ludzi silnych".
Powiada Plutarch, gdzieś tam, ubocznie, w nawiasach
nieomal, że natury silne tworzą wielkie zbrodnie, jak wielkie
cnoty. I punkt. Żadnych dalszych objaśnień. A nadewszystko żadnych
teoryj. Jeśli co wyziera z tych słów, to chyba tylko twarde,
wygolone łby rzymian.
Z po za teoretycznego oraz ideologicznego "kultu
bohaterów" w wieku XIX-ym wyglądają wprawdzie równie ogolone, lecz
miękkie oblicza osób duchownych. Ci "bohaterzy" z kultu,
"reprezentanci", "devasi" oraz "nadludzie" okazują się nieprawemi
dziećmi z plebanji, lub conajmniej spokrewnionemi z nią
jaknajbliżej. (Rzecz zastanawiająca: aż w trzech wypadkach, na
czterech wogóle pisarzy; zaś ten czwarty był, jak się rzekło,
chorowitym człekiem). Co więcej: "nadczłowiek" ma wszystkie cechy
późnego potomka rodziców wiekowych. To dziecko jest przemądrzałe:
za dużo wie i myśli o sobie. W pamiętnikach swych wojennych
"nadczłowiek" mówi, a raczej kłamie, wyłącznie tylko o sobie; przed
wojną był albo dostojnym profesorem (bodaj tylko w gestach) swego
nadczłowieczeństwa, albo jego poetą. Zaratustra swojem tak się w
końcu upaja, że w ostatnich częściach poematu każe nieomal
wyłącznie o swej własnej osobie, składając nieustanne pieśni i
hymny na cześć swej "duszy przedziwnej".
Coś wrychle niepłodnego, jakiś martwy punkt egotyzmu jest
w tem ostatniem słowie indywidualizmu XIX-go wieku.
Gdy tacy mistrze, jacyż będą tedy ich uczniowie w XX-tym
wieku? Mistrze - byli pastorzy i księża, - utracili wiarę, bądź
osłabili ją w sobie; wierzą jednak jeszcze mocno (jak to zwykle w
takich razach bywa) w samych siebie. O uczniach zaś swoich, tych
najlepszych, "ludziach wyższych" powiada Zaratustra: "Zapisani z
góry do dołu znakami przeszłości, z których wołają natrętnie
wszystkie czasy i ludy, wszystkie obyczaje i wiary... są jak
malowane obrazy wszystkiego, w co kiedykolwiek wierzono". Jakżeby
tacy ludzie mogli wierzyć w siebie? w instynkt własny? Jakżeby oni
mogli znieść jakiekolwiek zamknięte horyzonty swego czynu, czy też
powołania?... Aczkolwiek "nic nie jest prawdziwe, a wszystko jest
dozwolone", wszystko już było! było! było!...
I tu natykamy się po raz drugi na wizyjne przeczucie
Zaratustry, znów na sen jego wróżbny - w bolesnem jakgdyby
odgadywaniu jakiejś drugiej potęgi czasów przyszłych, która po raz
wtóry zniekształci i wynaturzy naukę jego. Nastanie takich
czasów... "kiedy i najlepsi umęczą się dziełami swemi, ...gdy
wszystkie studnie wyschną - i morze nawet się cofnie, ...a
wszystkie podwaliny zawaleniem zagrożą...", - wieścił wróżbiarz
Zaratustrze. I przyprawił go o tak ponurą melancholję, że ledwo się
z nią uporali przerażeni uczniowie. (Czyżby było w tem i trzecie z
kolei przeczucie: tej prawdziwej melancholji, której miał się stać
ofiarą? - tym razem osobistą już ofiarą).
Bądźcobądź zdawał się wyczuwać, że nihilująca analiza
"wartości" dzisiejszego życia stać się może z czasem nie
"odwróceniem" tychże "wartości", lecz ogólną likwidacją ideałów i
nadziei. Na ostatniej tedy wierze, na ideale "woli mocy" -
wyraźniej: na
Wille zur Macht opierała się cała wiara i ufność w życie
śród uczniów Nietzschego, a wyznawców Zaratustry. Jakiś wróżbiarz
ponury wieścił mu oto zawalenie się i tej podwaliny. "
Ich hab' meine Sache auf ein Nichts gestellt", - takim był
djalektyczny fundament niemieckiego poprzednika Nietzschego,
żmudnego Stirnera. Nietzsche zaś sam chlubił się tylokrotnie
polskiem nazwiskiem swego rodu (Nicki), uważając jego źródłosłów
"nic" za herbowe godło tarczy swojej. Taką była tarcza,
miażdżąca wszystkie wartości; zaś zaczepną bronią nowego ideału
było
"Wille zur Macht", a zawołaniem nowej nadziei... wiemy
jakie to jedyne hasło ocalało z pogromu wartości wszelkich: Pereat veritas, fiat vita!...
Lecz z moralnego w duszy
"nic", jak z chaosu w kosmosie rodzić się mogą światy
wszelakie. Oto na Wschodzie indyjskim głębsze i wyżej sięgające
"nic" zrodziło wiarę buddyjską. Z przyziemnych zaś już tylko i
podziemnych fermentów rosyjskiego "nic" rodzi się coś znacznie
więcej niźli bierna tylko negacja. I tu, i tam: i na dalszym, i na
bliższym Wschodzie zawołanie "nowej nadziei" brzmi na wspak:
Pereat vita, fiat "veritas"!... Najście wielkiej fali ze Wschodu (zrazu duchowej tylko!)
było proroczą wprost wizją Nietzschego. W ostatniem dziele swojem,
w "Woli mocy", daje najdokładniejszą analizę tego "nic" wielkiego
znużenia Europy, a zarazem i onych wierzeń Wschodu, które to
vacuum chciwie chłonąć będzie. Aż póki nie połknie
najgroźniejszej trutki dla europejskiego ducha: - dogmatyzmu i
doktrynalizmu ludzi wschodnich... Tymczasem... "w zadżumionem mieście przeciągała wielkim
korowodem wszystkie formy pesymizmu: żądza "odmiany", żądza "nie!",
żądza "nicości"... Taką lapidarną przenośnią określa Nietzsche (w
pośmiertnych fragmentach Zaratustry) czasy, które nastać muszą: -
które dziś oto nastały!
Jeśli idzie o Niemcy powojenne, sprawdzają się te
proroctwa wprost niesamowicie.
Gwałtowne rozpowszechnianie się tam Buddyzmu, oraz
wszelkich, aż po chińskie, okultyzmów, narastanie całych bibljotek
tych "ksiąg świętych" w przekładach i rozprawach, zakładanie nawet
"akademji mądrości" (w Düsseldorfie), do której sprowadzić się tam
ma pono kapłanów buddyjskich i braminów z Indyj, lamów z Tybetu,
astrologów zewsząd; kojarzenie się tego ruchu z jakąś
"obłomowszczyzną", z niemiecka wraz metafizyczną i
podciągniętą do zasady (rozbrat z czynem, - medytacja tylko!),
wreszcie formalna w dzisiejszych Niemczech obstynacja
dostojewszczyzny, tak dla Nietzschego nienawistnej; nakoniec cały
ruch ekspresjonistyczny w plastyce, architekturze, poezji (mimo
wielu zastrzeżeń na jego korzyść), ciągnący jednak połowę swych
soków odżywczych z tych właśnie źródeł wschodnich, - wszystko są
objawy wszechstronnie dziś w Niemczech omawiane, jako skutki wojny
w życiu duchowem Niemiec. Tem bardziej zdumiewać musi proroctwo Nietzschego ponad
wojną niejako, a zwłaszcza szczegółowa dokładność tej zawczas
czynionej analizy nad objawami, które według niego nastać z czasem
muszą. "Przewiduję,... zapowiadam,... twierdzę, że tak
będzie" - oto akcenty pewności, jakiemi przemawiają te rozdziały. Zaś nad całym tym dzisiejszym ruchem niemieckim góruje
gorliwość, godna zaiste lepszej sprawy, w czynieniu
tabula rasa: w wykazywaniu - za Nietzschem właśnie i bodaj
tylko za nim! - bezwzględnego nihilizmu dzisiejszej duchowości
europejskiej,
Upadku Zachodu, jak chce tak popularna dziś w Niemczech
książka Spenglera. Niewyczerpaną wprost studnią dla tych wszystkich
pesymistycznych roztrząsań jest właśnie nietzscheańskie
"przewartościowanie wartości", a raczej, jak na dziś: - zawalenie
się ich wszystkich, gdy tak gwałtownie osunęła się podstawa
prusko-niemieckiego ideału "Wille zur Macht." Jeśli w Niemczech
czyta się dziś jeszcze Nietzschego, to nie z "woli mocy", lecz
k'woli nicości. Samo uświadamianie w sobie nihilizmu przewidywał smętnie
Nietzsche, nie jest bynajmniej jego przezwyciężaniem: przeciwnie,
ono pogrąża weń stokroć bardziej. Pogrąża tedy - znowuż na wspak
celom i zamierzeniom - i on sam.
Mimo to wszystko wyłącznie negatywnym stosunkiem do
Nietzschego nie zadowolni się chyba dziś żaden człowiek myślący:
zbyt wiele olbrzymich spraw dzisiejszych zrosło się z tem
nazwiskiem. Ledwie zakończona katastrofa dziejowa wywoływała na
Zachodzie raz po raz to imię złowróżbne. Słuszny po wojnie
niepokój, jaki wzbudza to wszystko, co zawiewa ze Wschodu, łączy
się znów z proroctwem tego człowieka. Drugiego, tak czujnego,
żórawia nie miała umysłowość europejska w swych najgłuchszych
czasach pozytywizmu. - Po za tem, łatwo przewidzieć, że to imię
przestanie być niebawem popularne: przebrzmi wraz z nienawiścią,
jaka je dziś okoliła. - Umysłowa elita Europy będzie tem pewniej
powracała do niego: dzieł takiego czatownika ducha, aż do
jasnowidztwa przyszłości, nie zdoła ominąć przyszłość sama.
W zetknięciu z duchem Nietzschego czuć się będzie każdy
tęgi żagiel woli człeczej jakby na fali przypływu, która dźwiga i
wywyższa tę najcenniejszą zawsze "wartość" życia: wartość woli
ludzkiej! Oto czego nauczą się szukać u Nietzschego ci wszyscy,
którzy będą sięgali po dzieła jego - niezależnie od wczorajszego
rozgłosu, klątw dzisiejszych i jutrzejszych zapomnień.
Istotną klątwą Nietzschego były nie duch i myśl, choćby
najbardziej groźne, lecz ułuda Zaratustrowego posłannictwa. (Czasy
nie są bynajmniej apostolskie, a koszary życia i ducha niemieckiego
nie były górą oliwną). Prozelityzm w popularności: oto fatum
pośmiertne nietzscheańskiej puścizny!... Ono to odkrywało nadludzi
- w koszarach pruskich, a wolę mocy, żądze potęgi - śród snobów
europejskich.
Tymczasem w popularności dzisiejszej ściga go wciąż
jeszcze to fatum pośmiertne.
Największy śród swoich wielbiciel umysłowości latyńskiej,
przeklęty i wyklęty na latyńskim Zachodzie, przykuty do
strzaskanego już rydwanu "potwora" swej państwowości - staje się,
ten najżarliwszy entuzjasta życia w minionem pokoleniu, wręcz
krzewicielem nihilizmu: poprzednikiem tej wschodniej zmory, przed
którą pierwszy na alarm dla ludzkości uderzył.
Jest to zarazem tej tragedji ducha akt ostatni: dopełniło
się fatum.
Nad człowiekiem dokonało się ono znacznie wcześniej: w
zmaganiu się z tą "wschodnią zmorą ludzkości" przysłonił mu ducha
kir obłędnej melancholji. I pod tym kirem dogasało ciało lat
jeszcze kilkanaście.
W. B.
Pochodząc z rodu arjan polskich, a bezpośrednio z trzech
aż pokoleń pastorów protestanckich, dźwigał Nietzsche nie lada
brzemię we krwi i na duchu. W istocie, trudno wyobrazić sobie ile
atmosfer ciśnienia tego protestantyzmu wytrzymywać musiała na sobie
ta dusza, zmontowana wprawdzie solidnie w szkołach niemieckich.
Der sittliche Ernst, - pojęcie, które nie da się wprost
przełożyć w właściwem brzmieniu powagi, dostojeństwa i ołowiu,
pociągającego ku dnom, ku etycznym spodom i podspodom rzeczy
wszelkich, -
der sittliche Ernst w rodzinie patrycjatu eklezjastycznego
sprawił, że nie na swawoli czasem, nie życia radością i miłości
zachwytliwą porą była dlań młodzieńczość, lecz... "wielbłądem" był
duch na początku. Może dzięki temu po części, mógł być powołany
w 21-ym roku życia na katedrę filologji klasycznej do
Bazylei. Pomieniał tedy plebanję i jej "kadzidelne wonie" na te
poklasztorne zazwyczaj mury, kędy uczeni spalają sobie wzajem
kadzidła śród intryg, i gdzie
der sittliche Ernst akademickiego Sanhedrynu przystroił go
w togę, beret i patos nie wiele co różne od pastorskich.
Młodzieńczy duch... klęka. "Klęka wielbłąd, aby go dobrze
obładowano... Powiedzcie mi, co jest najcięższe? Nie jest-że to:
żywić się żołędźmi i trawą poznania i w imię prawdy na głód duszy
cierpieć?". Trzeba było głębokiego nurtu twórczości niezależnej, aby
po niejakim czasie zerwać się z kolan i uciec od profesury.
Przyszło mu to jednak tak ciężko, że "wielbłąd" wydał się sobie
drapieżnym rabusiem wolności własnej, zgoła - "lwem"!
Gdzieś na włoskiej Riwierze, dokąd się schronił na razie z
pracami swemi, w wypoczynkowych chwilach kroczył z pietyzmem po
tych alejach, po których niedawnemi laty przechadzać się raczył
Seine Majestaet, nieboszczyk ojciec miłościwie panującego
już wówczas Wilhelma. Tak to duch... lwem się stawał. Nie zbyt drapieżnym zrazu, jak widzimy. Wyrwawszy się z
najzaszczytniejszej, jaka jest, klatki dla ducha, zrabował sobie
wolność - do nowych wolności. Tymczasem obiegał młody lew ówczesne
szlaki angielskiego pozytywizmu, ścieżki ciasne, lecz pełne dlań
właściwego łupu - zagadnień i zadumań nad naturą ludzką. (Oba tomy
p. t.
"Ludzkie, arcyludzkie" pochodzą z tego okresu). W tymże
czasie dał się porwać entuzjazmowi do osoby Wagnera. Niebawem
dramat rozczarowanej przyjaźni był jedyną burzą uczuć w życiu tego
wychowańca wszelkich ryzów. Miłości, oczywiście, nie zaznał.
Zaledwie jakaś lwica intelektualizmu, a córa jenerała rosyjskiego,
zdołała go pogrążyć, bardzo zresztą przelotnie, w "siedmiokrotne
ciemności" uczuć miłosnych. Oto życie zewnętrzne człowieka, który w pismach swoich
targał wszystkie pęta i więzy zniewoleń, obalał wszystkie szranki
życia, burzył wszystkie ostoje ideału i moralności. Oto całe jego
życie. Reszta jest tylko pracą, śród głębokich przemian
wewnętrznych.
Po krótkotrwałym wpływie angielskiego pozytywizmu
nawiedził samotnię jego genjusz francuski, pismami Montaigne'a, La
Bruyére'a, La Rochefoucauld'a, Voltaire'a... "którzy więcej myśli
dają i sieją niźli wszystkie książki niemieckie razem wzięte", -
spłacał im wraz rzetelnie swój dług wdzięczności. Pod jasnem
tchnieniem latyńskiego ducha ustąpiły jak średniowieczne zmory,
wszelakie serwilizmy, zatajone po zakamarkach duszy niemieckiej;
pękły wszystkie nity, jakiemi skuto tę duszę w szkołach pruskich.
Otworzyły się przed nim teraz dopiero jak gdyby wrota wolności.
Wtargnęły przez nie wielorakie przypadki, niespodzianki, trafy
najszczęśliwsze, wstrząśnienia dogłębne... duchowych doznań. Począł
odgadywać drogę powołania swego. Raczej rybitwą unosić się nad
wodami swego "łupu": nad burzliwemi falami człowieczeństwa i
współczesnego ducha, niźli być ślepym stworem głębi, przyrosłym do
dna swej uczonej specjalności.
Jakoż nastał rozbrat z nią ostateczny. A znaczyło to dlań
rozbrat z całem otoczeniem, ze wszystkimi przyjaciółmi, zgoła z
całem "porządnem życiem niemieckiem". Pozostawało już tylko
dośmiertne osamotnienie. Gdzieś w Engadynie wyżniej znalazł dla się
pustelnię. Darów dobrej doli ludzkiej, wraz z miłością, rodziną i
dostatkiem, nie mogło oczywiście życie ofiarować pustelnikowi; dało
mu jednak wzamian jakby siebie samo: zwierzyło mu się ze wszystkich
tajemnic swoich: wszystkie tajnie i skrytki spraw ludzkich,
arcyludzkich wygarnęło mu w pustelni, jak te orzechy do łuskania:
"twarde orzechy zagadek psychologicznych". I ocknęło w nim zatajoną
genjalność - w tej najwłaściwszej dlań dziedzinie: analizy duszy
ludzkiej. Bo nie jako "pogromca wszystkich wartości", "zwiastun
nadczłowieka" i poeta Zaratustry przetrwa Nietzsche wszelakie
nastroje duchowości europejskiej, lecz bodaj że tylko jako
psycholog-humanista spokrewniony najbliżej - i w formie nawet - z
szeregiem wspomnianych powyżej pisarzy francuskich.
Bądź co bądź tak zaświtała dlań
"Jutrzenka" wolnego ducha, by go dowieść z czasem do
"Wiedzy radosnej". Jakkolwiek zresztą nazywają się te
kolejne tony pism, wszystkie one w luźnej formie aforyzmów mówią
zawsze tylko o duszy ludzkiej i o charakterze umysłowości
współczesnej; nadewszystko zaś o obłudnych pozorach wszelkich
ideałów dzisiejszych, o kryjówkach moralności chrześcijańskiej, w
których tak umiejętnie chowa się dziś wszystko gnuśne i zakłamane.
Z tej analizy wyłącznie negatywnej, z tego burzenia wszelkich
"wartości" dzisiejszych wyłaniają się powoli pozytywne wskazania
"nauki" o tej, mniej więcej, treści: Dla przyszłości człowieczeństwa jedynie cenne jest
wszystko najbujniej żywe, twórcze, siewne. Ideał i moralność
chrześcijańska jest pospolitą bronią wszystkiego, co mdłe, mierne,
słabe, wszystkiego, co życie zuboża, wyjaławia i tłumi. I choćby za
temi ideałami przemawiała niekiedy i roztropność sama, zawszeć to
będzie głos niewolniczego instynktu tłumów. Dla twórczego w czynie
i duchu egoizmu "nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone!" A
gdyby nawet było coś prawdziwego pod słońcem, natura silna
odkrzyknie na to:
Pereat veritas, fiat vitta!.. Zaś Bóg? skoro już tak
daleko jesteśmy. "Nie wiecie, że Bóg już umarł?" dziwi się
Zaratustra nieświadomości swych "ludzi wyższych". Więc naostatek:
cel? cel wszystkiego pod słońcem? a więc i cel tej nowej nauki? -
Celu?!... niema go wcale, jak niema dobra, piękna, cnoty, prawdy.
Jest życie i jego walka nieubłagana, moc i przemoc najtęższych
mięśni, głów i ducha: jest, drzemiąca w każdem sercu,
Wille zur Macht: wola mocy! Urastała zaś ona Wiedza radosna, a tak ponura, w czas
nowej przemiany jej twórcy. Oto "duch, który wielbłądem był, lwem
się stał, przeistoczył się wreszcie w dziecko", które "uczy się
wymawiać tak!" przytakiwać życiu, potwierdzać je we wszystkiem;
potwierdzać nadewszystko siebie samego w skłonnościach swych
najgłębszych, "stawać się, kim jest"! I nie kryć się nieufnie przed
instynktem, gdy w tajną godzinę twórczości... "wszystko dziać się
poczyna w wysokim stopniu niewolnie, jakby w nawałnicy poczucia
swobody, niezależności, potęgi, boskości"...
Późnego wyzwoleńca ze wszystkich nieomal form dzisiejszych
niewoli taką oto nawałnością nawiedzać począł wolny duch. W takich
godzinach twórczości - słyszał: nie szukał bynajmniej! brał... "w
olśnieniu myśl każdą w formie niepodlegającej najmniejszej
wątpliwości..... wszystko jawiło się jako rzecz najbliższa, jako
wyraz jedynie prawdziwy... w zachwyceniu, którego niesłychane
napięcie wyzwalało się niejednokrotnie wytryskiem łez.... w takiej
głębi szczęścia"...
Tak kochają Muzy. Że pokochały tym razem zbuntowanego syna
i wnuka pastorów, zrewoltowanego wychowańca pruskiego ducha i
zbiega z katedry niemieckiej, - zaciążyć to miało z czasem nietylko
na duchowości rodaków jego.
Lecz
tamte chwile wracały tymczasem, okalając go powoli
atmosferą irracjonalizmu. Rzecz znamienna: ona to właśnie narzucać
mu jęła coraz to gwałtowniej to ostateczne bądź co bądź pytanie
nauki każdej - cel?!... "Coś nieznanego jest wokół mnie i spoziera
w zadumie. Jakto? Więc ty żyjesz jeszcze, Zaratustro? Dlaczego?...
Po co?... Dokąd?... Gdzie?... Jak?..." Lub może poprostu tęsknota
do życia i ludzi maskowała się tak przed pustelnikiem? I, spędzając
mu sen z czoła, wyprowadzała go po nocy przed jaskinię, pod oczy
gwiazd nad szczytami gór... "Och, lód jest naokół mnie, dłoń moją
lodowate parzą dotknięcia! Och, pragnienie mi dolega, a łaknie ono
waszego pragnienia! Nastała noc: zagadały głośniej wszystkie źródła
bijące. I dusza moja jest źródłem bijącem. Nastała noc: och, że też
światłem ja być muszę! I pragnieniem pragnień ponocnych. I
samotnością!..." Trzeźwego analityka duszy ludzkiej i pogromcę wszelkich
wartości zwyciężył poeta. I on to uwiódł naukę anachorety ułudą
posłannictwa. "Za długo tęskniłem i wyzierałem w dal, za długo władała
mną samotność: i tak oto oduczyłem się milczenia. Ustami jam się
stał wskroś, stałem się wzburzonym strumieniem śród skał... Zbyt
wolno wlecze mi się wszelka mowa: - w twój wóz skaczę, nawałnico! I
ciebie jeszcze chłostać będę, a naglić mą złośliwością!...
Zaprawdę, jak burza nadciąga nie szczęście i wolność moja! Niechże
myślą wrogowie, że to
zły szaleje nad ich głowami"... I prawdziwie: w dolinach pracy powszedniej dokąd zstąpił
Zaratustra z gór, zdawać się mogło, że to bies się rozszalał,
druzgocący tablice dziesięciorga przykazań, by na ich miejsce
wystawić własne tablice "nowego Zakonu". - Kto zresztą nie zna dziś
tych przykazań nowych?... Przypomnijmy bodaj kilka, które najwięcej
mówią czasom właśnie dzisiejszym.
"Nie grzech wasz, - obwieszczał tedy Zaratustra, - nie
grzech wasz, lecz małość wasza w grzechu, oto co woła ku niebu"...
"Nie współczucie, nie litość, nie altruizm służyły dotychczas życiu
najlepiej, były najhojniejszym powiewem przyszłości; czynił to
wprost przeciwnie, twórczy w czynie i duchu, egoizm: egoizm
"moralności panów"... "Najdzielniejszy naród powinien panować nad
innemi; gdzie tego niema, tam niema najdzielniejszego"... "Twardym
bądź!" (w tym wypadku snać: już nie ty, człeku, lecz narodzie
cały)... "Dobra wojna uświęca każdy cel"...
Ale w dzisiejszych czasach pustelnicy nie zamieszkują
jaskiń górskich, nie wzywa ich głos wnętrzy; nie zrywają się
gwałtownie, by wiązać postoły, chwytać posoch i zstępować na niże z
owocami medytacyj swoich. Przetłumaczywszy to wszystko na język
jedynych możliwości dzisiejszych: napisał Nietzsche poemat, który
istotnie jak "ogień biegnący" wionął przez suche, do cna już
wypalone, niwy ówczesnego pozytywizmu Europy, - napisał poemat:
Tako rzecze Zaratustra. Im większy i bardziej długotrwały nacisk na wielką zawsze
prężność natury twórczej, tem gwałtowniejsze z czasem rozprężenie.
Czy siły erupcji tego wewnętrznego żaru nie dałoby się wprost
wymierzyć siłą tych mnogich atmosfer ciśnienia na tę duszę - w
domowej tradycji trzech pokoleń pastorów protestanckich, w
wychowawczym od szkół nacisku ducha pruskiego, aż po atmosferę
moralną śród uczonych i profesorów niemieckich?...
"Oswabadzanie się" - "wyzwalanie" - tak określa Goethe
twórczość każdą. Lecz to, od czego się człowiek oswobodził
(zwłaszcza w wieku dojrzałym), wyciska niezatarte piętno na tem, ku
czemu się wyzwolił. Czy w tym immoraliście, trafiającym analizą
swoją zawsze jednak tylko w etycznie
czarny punkt natury ludzkiej, nie ukrywa się wręcz
moralizator
a rebours?... Zaś w żarliwości jego fanatycznego ateizmu
nie ocknąłż się właśnie syn i wnuk pobożnych pastorów?... A w tym
"dobrym smaku", w onem "dostojeństwie duszy", jakiemi jego czysta
natura odpycha od się niskość postępków ludzkich - czy w tem nie
możnaby dopatrywać się innego tylko nazwania dla odziedziczonych po
przodkach chrześcijańskich imperatywów duszy? wraz z pastorskim w
tych rzeczach gestem dostojeństwa?... Nakoniec, gdy w ostatnim
tomie jego dzieł,
w Woli mocy, luźno po innych tomach rozproszone aforyzmy
skupiają się w sute rozdziały i paragrafy, sub a), b), c) oraz
odnośniki: ?, ?, ?, - czy w tym metodycznym "dyletantyzmie" nie
ocknął się na sam koniec i profesor niemiecki?... Piętno paradoksalnych przeciwieństw wyciskało się zewsząd
na owocach tego życia. Wróg idealizmu i metafizyki, dla którego
Platon był "nieporozumieniem" ludzkiego ducha, wieńczy swoją
koncepcję życia metafizyczną ideą wiecznego wrotu rzeczy wszelkich,
a wróg poezji koronuje dzieło swego życia poematem.
Nie sprzeczności dotykamy tu bynajmniej, lecz
przeciwieństw przeobrażającego się ducha: w warunkach jego
dojrzewania i rozwoju przeciwieństw tak nieuniknionych jak
fatum samo - w tej prawdziwej tragedji ludzkiego ducha, bo
potęgowanej właśnie
tytanicznością zamierzeń. Niczem owe "Trzy przemiany..." z
Zaratustry rozwijała się ta tragedja w trzech aktach, powiedzmy. I oto akt pierwszy - za życia człowieka. Dwa dalsze
dotyczą już tylko
jego ducha i rozegrywały się
już po śmierci twórcy. W tytanicznem porwaniu się Zaratustry zapalić się miało
światu płomię nowego entuzjazmu do życia. Zstępował Zaratustra z
gór jako ratownik zwątlałej dziś woli człeczej, jako wychowawca
twórczy krzepkiego pokolenia ludzkości, jako pogromca litości i
miłosierdzia, jako hodowca i mistrz natur silnych, - jako zwiastun
nadczłowieka. To, wyegzaltowane w samotniczych natchnieniach
poczucie posłannictwa, stało się dlań jednak zmorą największych
wątpliwości, skoro tylko zstąpił między ludzi. To też Zaratustra
nie tylko, że poniechał rychło wykładania swej nauki na rynkach,
ale przestał się z niej zwierzać nawet przyjaciołom, zachowując ją
wyłącznie już tylko dla "ludzi wyższych."
Korowód tych typów, - w części IV-tej poematu, - świadczy
na jak suchą, ciężką i oporną grudę rzucany był ten ostateczny
posiew nadczłowieka. Łudził się oczywiście i wtedy jeszcze
samotniczy poeta, że przyjdą słuchacze lepsi, uczniowie inni,
ludzie jeszcze wyżsi: - "Czekam na wyższych, bardziej krzepkich i
zwycięskich, na dorodniejszych ciałem i duchem: śmiejące się lwy
przyjść tu muszą."
Na jak wdzięcznej natomiast glebie junkierskiej i pruskiej
pychy, krwawem urągowiskiem nad duchem, wysiał się w Niemczech i
ten posiew, wiemy dziś wszyscy. Świat cały poznał te lwy ryczące.
"Najzimniejszy ze wszystkich zimnych potworów!" - tym
okrzykiem buntu określa Nietzsche państwo. Oczywiście nie
polis Aten lub Sparty, ani też rzeczpospolitą każdego
narodu, który się jednoczy dla ładu i obrony; lecz ten jedyny w
Europie stwór państwowy, który się począł poza narodem, z
wszelakiej na obczyźnie zbieraniny mniszo-rycerskiej, zapożyczył we
wszystkiem z wielkiego dorobu cywilizacji niemieckiej, by zaciążyć
wreszcie nad nią jak zmora: - arcypaństwo, tylko-państwo pruskie!
"...i takie oto kłamstwo zionie z ust potwora: - ja państwo jestem
narodem. - Łeż to!
Twórcy stworzyli narody i zawiesili nad niemi miłość i
nadzieję: tak
życiu służyli oni. Tamci zasie
niszczycielami są!"... Pruski stwór państwowy obywa się prawie bez poczucia
narodowościowego swych mas; wystarczają mu żelazne sprzęgi
państwowości: takie skoszarowanie i życia i ducha niemieckiego,
takie ich odnowa spańszczyźnienie w służebności i służalstwie dla
państwa, że łacno mu dziś korzystać, - niekiedy bez reszty nieomal,
- z każdego prądu duchowego, a nawet kierunku filozoficznego swych
czasów. "...Państwo łże we wszystkich językach dobra i zła;
cokolwiek rzeknie, skłamie - a cokolwiek posiada, skradzione to
jest. Wszystko w niem jest fałszywe; kradzionemi zębami kąsa.
Fałszywe są nawet trzewia jego... Aż nazbyt wielu rodzi się, dla
tych zbytecznych wynaleziono państwo! Spojrzyjcie jak ono ich
przynęca, tych nader licznych!... Jak ono ich chłonie, żuje i
przeżuwa."
Najzimniejszy ten i najbardziej zakłamany potwór zdołał
jednak przystroić w pickelhauby nawet i wielkich zmarłych narodu
swego - onemi dniami! - przed siedmiu laty! - gdy skoszarowanym
miljonom swoim mógł wreszcie skomenderować:
"Aufmarsch!"... Co do tej pickelhauby miał Zaratustra jak gdyby niejasne,
wizyjne przeczucie. Pogrążonego raz we śnie, nawiedziło dziecko ze
zwierciadłem (prawdopodobnie: zwierciadłem dni przyszłych w tej snu
symbolice): - ujrzał w niem "djabła maszkarę i śmiech jego
szyderczy."
Takim nieomal widzieli go podczas wojny nie tylko
bulwarowi, lecz i przodowni nawet pisarze Francji, Belgji, Włoch,
Anglji i Ameryki. Tedy nie na Glasewitzów, Mommsenów, Treitschków,
ale na Nietzschego właśnie wskazywano zewsząd, z całego świata:
"Oto pierwszy z ducha sprawca dzisiejszej rzezi, oto ideowy
wychowawca narodu swego, oto herold Hunnów!"
Z kogo żółć nienawiści narodowych jeszcze nie wykipiała,
niech się ubłoży przeczytaniem tego, co pisze Nietzsche o rodakach
swoich bodaj tylko w
"Ecce Homo." Niech to jednak uczyni na rachunek własnej
rozkoszy, powtarzać tych rzeczy tu nie będziemy. Komu zaś i tamtego
będzie mało, niech sięgnie po analogiczne ustępy u Schopenhauera;
ba i u Goethego nawet: choćby w jego konstatowaniu koniecznej
potrzeby nienawiści w sercu niemieckiem, lub bodaj w jego proroczem
wyczuciu zatajonego, zadrzemanego okrucieństwa u tak wówczas
gemuethlich i
bieder rodaków swoich. Należy jednak odróżniać: od kipiącej pasji wrogów - święty
gniew genjuszów narodu!
W Nietzschego Zaratustrowej legendzie Bóg umarł. Nie
przyczynił się do tego bynajmniej Zaratustra nauką swoją. Zabił
Boga ..."najszpetniejszy człowiek..."! wejrzeniem swem tylko. Tak!
- W nowym napływie swych furjackich nienawiści, kolejno dla
wszystkich narodów Europy, w okresie swej psychozy światoburczej
ten, bezwątpienia, wówczas najszpetniejszy naród próbował istotnie
zabić starego Boga... samem wejrzeniem potwora swej państwowości. -
Staat ist Gott! - to hasło "ideowe" urastało tam w czasie
wojny do szeregu publikacyj, w którym nie brak było nazwisk
profesorów, a nawet byłych pastorów. - Czemuż to my, wywodzono tam,
przeżywać w dziejach swoich wciąż Jehowę, który jest
przebóstwieniem państwowości żydowskiej; miejmy odwagę do swego,
germańskiego, Boga i jego przykazań. - Mało nas zresztą interesuje
ta ostateczna już chyba aberacja niemieckiej umysłowości w czasie
wojny. Idzie nam tu jedynie o te drogi, po których fatum
pośmiertelne ścigało puściznę Nietzschego. Gdy Bóg stary dlań umarł, Bogiem obwołano "potwora." I on
to właśnie, ten dlań najzimniejszy i najbardziej zakłamany sięgnął
po Zaratustrowe tablice nowego Zakonu, - jak to: najdzielniejszemu
ludowi należy się panowanie nad narodami, jak to: dobra wojna
uświęca każdy cel.
Że pruska i junkierska ideologja czasu wojny urastała na
nietzscheanizmie, jak na drożdżach, zaprzeczyć się temu wręcz nie
da.
Miał być ideał nadczłowieka nowym puklerzem godności dla
natur silnych, tarczą indywidualizmu, dojrzewającego zwykle
jaknajdalej od trzody i państwa.
"...Gdzie państwo się kończy, tam dopiero zaczyna się
człowiek, który nie jest zbyteczny. Gdzie państwo ustaje, -
spojrzyjcież mi bracia moi! - czyż nie dostrzegacie tam tęczy i
mostów nadczłowieka?"
Tam dopiero!
Na wspak celom, zamierzeniom i całej logice wewnętrznej
Zaratustrowego zakonu, stał się on, przemocą ducha pruskiego, wręcz
wojenną armaturą państwa w kierowaniu rzeźnym i rzeź niosącym
tłumem: stał się nadczłowieczą, naczelną zbroicą, w którą potrzeba
wojenna pchała byle piona.
"Psom wyć!" - powiada brutalnie, z pruska jeden z wodzów
armji i polityki niemieckiej o wodzu naczelnym, z racji jego
wojennych pamiętników. (A znaczyć to ma: psy mogłyby się użalić nad
miarą tej głowy i ducha). Tyle treści zawierała czołowa zbroica.
Tyle przedstawiał ów przeogromny, gwoździami z germańska nabijany,
już nie posąg, lecz kolos nadczłowieczeństwa, zbudowany w stolicy
Prus. Tak rozsypują się w proch wszystkie posągi
nadczłowieczeństwa, zbudowane z ćwieków psychozy wojennej!...
Umysłowa elita Francji interesowała się przed wojna zgoła
innym Nietzschem. Pobudliwość i ciekawość psychologiczna Francuzów,
większa niźli gdziekolwiek na świecie, (a zwłaszcza w
apsychologicznych Niemczech), rzetelniejsza niźli u Niemców cena
świetnego stylu pisarza - sprawiły, że Nietzschego genjalna analiza
duszy ludzkiej wiodła tam żywot głębszy niźli gdziekolwiek; a pisma
jego nie podlegały tak fluktuacjom mody i snobizmu, jak
czytelnictwo niemieckie ostatniego ćwierćwiecza, otwarte na
wszystkie wiatry cudzoziemszczyzny, przy całkowitem nieraz
niedocenianiu pisarzy własnych. - Dość powiedzieć, że nawet
Nietzschego odkryli Niemcom cudzoziemcy; i to bardzo późno!
Nadczłowiekiem zaś ani się we Francji nie przejmowano, ani
też nie gorszono, jak gdzieindziej, witając w nim nienową w XIX
wieku koncepcję intelektualistów, jako ich bunt przeciw
zmaterjalizowaniu i zautomatyzowaniu zubożałego do cna życia.
Segregujący umysł Francuzów umieścił tedy "nadczłowieka w szeregu
"bohaterów" Carlyla, "reprezentantów" Emersona i wreszcie "devasów"
Renana: - dla tych wszystkich pisarzy celem i dążeniem kultury była
nie oświata wielkich mas, lecz najcelniejsze, najrzadsze okazy
człowieczeństwa, - właśnie "nadludzie"...
Że ten ostatni w XIX wieku, mimo wszystko, duchowy bękart
po Napoleonie, w swym chrzcie niemieckim
"Uebermensch" otrzymał właściwości nowe: zwłaszcza pewnej
surowizny średniowiecza i raubritterstwa, wyraźny posmak
brutalności i zaciekłego wyzwania świata, jak ta teza przybita do
kościoła w Wormacji; - jednem słowem, że otrzymał właściwości i
niemieckie, i wyraźnie pruskie zarazem, - były to rzeczy nie do
uniknienia. Nasiąka-ż każda ryba wodą mórz swoich? Co zaś do moralnej współodpowiedzialności za wojnę?...
Iluż to poetów i myślicieli przeszłości należałoby tym doraźnym
sądem ideowym czasów wojennych skazywać
in contumatiam na szubienicę? Ilu to z nich nie modliło
się o wojnę w nadziei, że stanie się ona odnowicielką świata i dusz
ludzkich?... Dziwnie milkną wprawdzie bezpośrednio po wojnie poeci
wojny i jej moraliści, jakgdyby sumienie ludzkości otrząsało się w
nich nad tem - co też to z tego wszystkiego wynikło?! - jak to
potwornie "odnowił się duch ludzki" w tym wymodlonym ogniu
powszechnego zniszczenia?!... A jednak... Może po upływie lat niewielu nastanie znów w
dobrobycie takie zagnuśnienie dusz, takie ich zakłamanie w
konwencjach ideału, taka obłuda w konwencjach chrześcijańskiego
morału, że pisma Nietzschego staną się znów jak to źródło odżywcze.
Być może, że i wówczas znajdzie się jakiś duch pruski, który to
źródło wraz zagnoi. I z orędzia życia uczyni orędzie zniszczenia.
Bo nie ulegajmy złudzeniom. Nie minie może lat
kilkanaście, a będziemy mieli nowych wieszczów wojny i nowych jej
moralistów, którzy na wszystkie dolegliwości czasów doradzać będą
wojnę, "dobrą wojnę, kiedy to żart się kończy." A wszystko wskazuje
na to, że niezadługo zaczniemy znowuż żyć "na serjo." Bo i duch
pruski nie zczezł przecie? a nie zubożał w doświadczenia wojenne?
Zapożyczy się też on najchętniej w każdą nową, dobrą rację wojny i
każe ją czemprędzej udoskonalać profesorom uniwersytetów swoich.
Jedno będzie dlań tylko całkowicie obojętne: czy zawołaniem tej
nowej racji będzie "nadczłowiek" czy też "podczłowiek" bodaj; jaką
to nową koncepcję życia wysiedzą intelektualiści. Właściwi sprawcy
wojny już nam wyrąbią życie - wedle swojej miary.
Nie przeciążajmy tedy intelektualistów odpowiedzialnością
za wojnę, która przedewszystkiem ich to właśnie wyprowadza w pole -
w podwójnem znaczeniu tych słów. Wojna, - powiada któryś z pisarzy
francuskich, - z chwilą wybuchu wpycha inteligencję w pierwsze
szeregi piechoty, a z chwilą ustania w ostatnie szeregi
proletarjatu. Taka to rola intelektualistów w wojnie - tej, która
ledwie minęła, i tej, która już nadchodzi.
Lecz dobądźmy wreszcie ducha Nietzschego z tej krwawej
topieli dziejów, w jakiej go ponurzyło fatum pośmiertne.
"Nieustannie w sobie pracujący", a w takiem rozwibrowaniu
wszystkich strun uczuciowości, że pisanie było dlań kładzeniem
myśli na lód, najmniej chyba zasługuje Nietzsche na pomówienie o
wyłącznie intelektualistyczne koncepcje. Lecz jakże słusznym wydaje
się ten zarzut wobec piszącego kaznodziei: Emersona i tego drugiego
eklezjasty: Renana, a nadewszystko wobec pierwszego kapłana "kultu
bohaterów": Carlyla, ciężko ponoć schorowanego człeka. Przytoczone
tu na początku fakty z życiorysu Nietzschego mówią chyba również
bardzo wyraźnie w jakim stosunku do życia i gołębiego serca człeka
stoi późniejszy jego immoralizm.
Bądźcobądź w takiej to atmosferze - bynajmniej nie
bojowej! - zrodził się w XIX wieku "kult dla bohaterów" oraz
"moralność ludzi silnych".
Powiada Plutarch, gdzieś tam, ubocznie, w nawiasach
nieomal, że natury silne tworzą wielkie zbrodnie, jak wielkie
cnoty. I punkt. Żadnych dalszych objaśnień. A nadewszystko żadnych
teoryj. Jeśli co wyziera z tych słów, to chyba tylko twarde,
wygolone łby rzymian.
Z po za teoretycznego oraz ideologicznego "kultu
bohaterów" w wieku XIX-ym wyglądają wprawdzie równie ogolone, lecz
miękkie oblicza osób duchownych. Ci "bohaterzy" z kultu,
"reprezentanci", "devasi" oraz "nadludzie" okazują się nieprawemi
dziećmi z plebanji, lub conajmniej spokrewnionemi z nią
jaknajbliżej. (Rzecz zastanawiająca: aż w trzech wypadkach, na
czterech wogóle pisarzy; zaś ten czwarty był, jak się rzekło,
chorowitym człekiem). Co więcej: "nadczłowiek" ma wszystkie cechy
późnego potomka rodziców wiekowych. To dziecko jest przemądrzałe:
za dużo wie i myśli o sobie. W pamiętnikach swych wojennych
"nadczłowiek" mówi, a raczej kłamie, wyłącznie tylko o sobie; przed
wojną był albo dostojnym profesorem (bodaj tylko w gestach) swego
nadczłowieczeństwa, albo jego poetą. Zaratustra swojem tak się w
końcu upaja, że w ostatnich częściach poematu każe nieomal
wyłącznie o swej własnej osobie, składając nieustanne pieśni i
hymny na cześć swej "duszy przedziwnej".
Coś wrychle niepłodnego, jakiś martwy punkt egotyzmu jest
w tem ostatniem słowie indywidualizmu XIX-go wieku.
Gdy tacy mistrze, jacyż będą tedy ich uczniowie w XX-tym
wieku? Mistrze - byli pastorzy i księża, - utracili wiarę, bądź
osłabili ją w sobie; wierzą jednak jeszcze mocno (jak to zwykle w
takich razach bywa) w samych siebie. O uczniach zaś swoich, tych
najlepszych, "ludziach wyższych" powiada Zaratustra: "Zapisani z
góry do dołu znakami przeszłości, z których wołają natrętnie
wszystkie czasy i ludy, wszystkie obyczaje i wiary... są jak
malowane obrazy wszystkiego, w co kiedykolwiek wierzono". Jakżeby
tacy ludzie mogli wierzyć w siebie? w instynkt własny? Jakżeby oni
mogli znieść jakiekolwiek zamknięte horyzonty swego czynu, czy też
powołania?... Aczkolwiek "nic nie jest prawdziwe, a wszystko jest
dozwolone", wszystko już było! było! było!...
I tu natykamy się po raz drugi na wizyjne przeczucie
Zaratustry, znów na sen jego wróżbny - w bolesnem jakgdyby
odgadywaniu jakiejś drugiej potęgi czasów przyszłych, która po raz
wtóry zniekształci i wynaturzy naukę jego. Nastanie takich
czasów... "kiedy i najlepsi umęczą się dziełami swemi, ...gdy
wszystkie studnie wyschną - i morze nawet się cofnie, ...a
wszystkie podwaliny zawaleniem zagrożą...", - wieścił wróżbiarz
Zaratustrze. I przyprawił go o tak ponurą melancholję, że ledwo się
z nią uporali przerażeni uczniowie. (Czyżby było w tem i trzecie z
kolei przeczucie: tej prawdziwej melancholji, której miał się stać
ofiarą? - tym razem osobistą już ofiarą).
Bądźcobądź zdawał się wyczuwać, że nihilująca analiza
"wartości" dzisiejszego życia stać się może z czasem nie
"odwróceniem" tychże "wartości", lecz ogólną likwidacją ideałów i
nadziei. Na ostatniej tedy wierze, na ideale "woli mocy" -
wyraźniej: na
Wille zur Macht opierała się cała wiara i ufność w życie
śród uczniów Nietzschego, a wyznawców Zaratustry. Jakiś wróżbiarz ponury wieścił mu oto zawalenie się i tej
podwaliny.
"
Ich hab' meine Sache auf ein Nichts gestellt", - takim był
djalektyczny fundament niemieckiego poprzednika Nietzschego,
żmudnego Stirnera. Nietzsche zaś sam chlubił się tylokrotnie
polskiem nazwiskiem swego rodu (Nicki), uważając jego źródłosłów
"nic" za herbowe godło tarczy swojej. Taką była tarcza,
miażdżąca wszystkie wartości; zaś zaczepną bronią nowego ideału
było
"Wille zur Macht", a zawołaniem nowej nadziei... wiemy
jakie to jedyne hasło ocalało z pogromu wartości wszelkich: Pereat veritas, fiat vita!...
Lecz z moralnego w duszy
"nic", jak z chaosu w kosmosie rodzić się mogą światy
wszelakie. Oto na Wschodzie indyjskim głębsze i wyżej sięgające
"nic" zrodziło wiarę buddyjską. Z przyziemnych zaś już tylko i
podziemnych fermentów rosyjskiego "nic" rodzi się coś znacznie
więcej niźli bierna tylko negacja. I tu, i tam: i na dalszym, i na
bliższym Wschodzie zawołanie "nowej nadziei" brzmi na wspak:
Pereat vita, fiat "veritas"!... Najście wielkiej fali ze Wschodu (zrazu duchowej tylko!)
było proroczą wprost wizją Nietzschego. W ostatniem dziele swojem,
w "Woli mocy", daje najdokładniejszą analizę tego "nic" wielkiego
znużenia Europy, a zarazem i onych wierzeń Wschodu, które to
vacuum chciwie chłonąć będzie. Aż póki nie połknie
najgroźniejszej trutki dla europejskiego ducha: - dogmatyzmu i
doktrynalizmu ludzi wschodnich... Tymczasem... "w zadżumionem mieście przeciągała wielkim
korowodem wszystkie formy pesymizmu: żądza "odmiany", żądza "nie!",
żądza "nicości"... Taką lapidarną przenośnią określa Nietzsche (w
pośmiertnych fragmentach Zaratustry) czasy, które nastać muszą: -
które dziś oto nastały!
Jeśli idzie o Niemcy powojenne, sprawdzają się te
proroctwa wprost niesamowicie.
Gwałtowne rozpowszechnianie się tam Buddyzmu, oraz
wszelkich, aż po chińskie, okultyzmów, narastanie całych bibljotek
tych "ksiąg świętych" w przekładach i rozprawach, zakładanie nawet
"akademji mądrości" (w Düsseldorfie), do której sprowadzić się tam
ma pono kapłanów buddyjskich i braminów z Indyj, lamów z Tybetu,
astrologów zewsząd; kojarzenie się tego ruchu z jakąś
"obłomowszczyzną", z niemiecka wraz metafizyczną i
podciągniętą do zasady (rozbrat z czynem, - medytacja tylko!),
wreszcie formalna w dzisiejszych Niemczech obstynacja
dostojewszczyzny, tak dla Nietzschego nienawistnej; nakoniec cały
ruch ekspresjonistyczny w plastyce, architekturze, poezji (mimo
wielu zastrzeżeń na jego korzyść), ciągnący jednak połowę swych
soków odżywczych z tych właśnie źródeł wschodnich, - wszystko są
objawy wszechstronnie dziś w Niemczech omawiane, jako skutki wojny
w życiu duchowem Niemiec. Tem bardziej zdumiewać musi proroctwo Nietzschego ponad
wojną niejako, a zwłaszcza szczegółowa dokładność tej zawczas
czynionej analizy nad objawami, które według niego nastać z czasem
muszą. "Przewiduję,... zapowiadam,... twierdzę, że tak
będzie" - oto akcenty pewności, jakiemi przemawiają te rozdziały. Zaś nad całym tym dzisiejszym ruchem niemieckim góruje
gorliwość, godna zaiste lepszej sprawy, w czynieniu
tabula rasa: w wykazywaniu - za Nietzschem właśnie i bodaj
tylko za nim! - bezwzględnego nihilizmu dzisiejszej duchowości
europejskiej,
Upadku Zachodu, jak chce tak popularna dziś w Niemczech
książka Spenglera. Niewyczerpaną wprost studnią dla tych wszystkich
pesymistycznych roztrząsań jest właśnie nietzscheańskie
"przewartościowanie wartości", a raczej, jak na dziś: - zawalenie
się ich wszystkich, gdy tak gwałtownie osunęła się podstawa
prusko-niemieckiego ideału "Wille zur Macht." Jeśli w Niemczech
czyta się dziś jeszcze Nietzschego, to nie z "woli mocy", lecz
k'woli nicości. Samo uświadamianie w sobie nihilizmu przewidywał smętnie
Nietzsche, nie jest bynajmniej jego przezwyciężaniem: przeciwnie,
ono pogrąża weń stokroć bardziej. Pogrąża tedy - znowuż na wspak
celom i zamierzeniom - i on sam.
Mimo to wszystko wyłącznie negatywnym stosunkiem do
Nietzschego nie zadowolni się chyba dziś żaden człowiek myślący:
zbyt wiele olbrzymich spraw dzisiejszych zrosło się z tem
nazwiskiem. Ledwie zakończona katastrofa dziejowa wywoływała na
Zachodzie raz po raz to imię złowróżbne. Słuszny po wojnie
niepokój, jaki wzbudza to wszystko, co zawiewa ze Wschodu, łączy
się znów z proroctwem tego człowieka. Drugiego, tak czujnego,
żórawia nie miała umysłowość europejska w swych najgłuchszych
czasach pozytywizmu. - Po za tem, łatwo przewidzieć, że to imię
przestanie być niebawem popularne: przebrzmi wraz z nienawiścią,
jaka je dziś okoliła. - Umysłowa elita Europy będzie tem pewniej
powracała do niego: dzieł takiego czatownika ducha, aż do
jasnowidztwa przyszłości, nie zdoła ominąć przyszłość sama.
W zetknięciu z duchem Nietzschego czuć się będzie każdy
tęgi żagiel woli człeczej jakby na fali przypływu, która dźwiga i
wywyższa tę najcenniejszą zawsze "wartość" życia: wartość woli
ludzkiej! Oto czego nauczą się szukać u Nietzschego ci wszyscy,
którzy będą sięgali po dzieła jego - niezależnie od wczorajszego
rozgłosu, klątw dzisiejszych i jutrzejszych zapomnień.
Istotną klątwą Nietzschego były nie duch i myśl, choćby
najbardziej groźne, lecz ułuda Zaratustrowego posłannictwa. (Czasy
nie są bynajmniej apostolskie, a koszary życia i ducha niemieckiego
nie były górą oliwną). Prozelityzm w popularności: oto fatum
pośmiertne nietzscheańskiej puścizny!... Ono to odkrywało nadludzi
- w koszarach pruskich, a wolę mocy, żądze potęgi - śród snobów
europejskich.
Tymczasem w popularności dzisiejszej ściga go wciąż
jeszcze to fatum pośmiertne.
Największy śród swoich wielbiciel umysłowości latyńskiej,
przeklęty i wyklęty na latyńskim Zachodzie, przykuty do
strzaskanego już rydwanu "potwora" swej państwowości - staje się,
ten najżarliwszy entuzjasta życia w minionem pokoleniu, wręcz
krzewicielem nihilizmu: poprzednikiem tej wschodniej zmory, przed
którą pierwszy na alarm dla ludzkości uderzył.
Jest to zarazem tej tragedji ducha akt ostatni: dopełniło
się fatum.
Nad człowiekiem dokonało się ono znacznie wcześniej: w
zmaganiu się z tą "wschodnią zmorą ludzkości" przysłonił mu ducha
kir obłędnej melancholji. I pod tym kirem dogasało ciało lat
jeszcze kilkanaście.
W. B.