KSIĘGA I
Jestem głęboko przekonany, że każdego człowieka można po śmierci wychwalać swobodnie, bez posądzenia o pochlebstwo, jako że okazje i powody ku temu ustąpiły. Bez obaw więc pochwalę tu naszego Cosima Rucellaiego [1] , którego imienia nigdy nie potrafię wspomnieć bez łez, gdyż widziałem w nim to wszystko, czego po dobrym przyjacielu spodziewać się mogą przyjaciele, a po obywatelu - ojczyzna. Nie znam rzeczy, która by należała do niego, a której poskąpiłby swoim towarzyszom (nie wyłączając własnego dzielnego ducha) i nie było takiej sprawy, której by się ustraszył, jeśli wiedział, że może ona przysporzyć dobra jego krajowi. Otwarcie to powiem, że pośród wielu ludzi, których znałem i z którymi podejmowałem dzieła, nie spotkałem człowieka o duszy gorętszej do czynów wielkich i wspaniałych. W chwili śmierci nie użalał się on też na nic swoim przyjaciołom jak tylko na to, że przyszło mu się urodzić, aby umrzeć młodo, niedocenionym przez rodaków, bez ziszczenia marzeń o wspomożeniu wielu. Był bowiem świadom, że nie będzie się o nim mówiło inaczej niż jak o dobrym druhu, któremu oto przyszło zakończyć życie.
Skoro więc zbrakło czynów pełnych, zostaje nam - jak wszystkim, co go znali - świadczyć o jego chwalebnych przymiotach. Wszelako jest też prawdą, że los nie był mu aż tak krzyw, iżby nie zdołał on zostawić choćby śladów lotności swego umysłu, co uwidaczniają nieliczne jego pisma i strofy miłosne, w których się wprawiał - choć nie był zakochany - gdyż nie chciał bezczynnie czekać w latach młodych, aż fortuna powiedzie go ku rzeczom większej wagi. Jasność, z jaką w ćwiczeniach owych wyrażał swe idee, dowodnie świadczy o tym, jakich wyżyn sięgnąłby w poezji, gdyby się jej poświęcił.
Los jednak pozbawił nas wspaniałej z nim przyjaźni. Nie widzę więc lepszego sposobu, by pamięć jego utrwalić, jak przywołanie rzutkich jego uwag i głębokich przemyśleń.
Całkiem świeżym wspomnieniem jest dyskurs, co go w ogrodach swoich wiódł z seniorem Fabriziem Colonną [2] , w rozciągłości całej wojnie poświęcony, o której rzeczony senior szeroko rozprawiał, przeważnie odpowiadając na celne a dociekliwe Cosima pytania; byłem tam przypadkowo z kilkoma naszymi przyjaciółmi. Umyśliłem więc rozmowę tę spisać, aby przez jej lekturę przyjaciele Cosima - ci, którzy go znali - pamięć cnót jego sobie odświeżyli, a inni zaś - żałując, że tam być nie mogli - zyskali również możność poznania spraw, o których tak wnikliwie mówił mąż największego rozumu. A są to rzeczy przydatne nie tylko w rzemiośle wojennym, lecz również w cywilnym życiu. Zdam więc sprawę z tego, jak Fabrizio Colonna, powracając z Lombardii, gdzie przez długi czas ku chwale swojej służył w wojnie katolickiemu królowi, postanowił nawiedzić Florencję celem kilkudniowego odpoczynku i aby złożyć wizytę Jego Wspaniałości Księciu [3] tudzież spotkać się z kilkoma czcigodnymi ludźmi, których w przeszłości był poznał. Okoliczność tę Cosimo uznał za odpowiednią do zaproszenia go na przyjęcie do swoich ogrodów - nie z tego nawet powodu, aby wykazać się hojnością, lecz po to, by móc wdać się z nim w rozmowę, dowiedzieć się od niego i zrozumieć kilka spraw, licząc, że od człowieka tej miary można je wydobyć. Rozumiał, że nadarza się okazja, aby spędzić dzień na przedyskutowaniu spraw owych ku pożytkowi własnego umysłu.
Tak więc Fabrizio stawił się na zaproszenie i został przyjęty przez Cosima w towarzystwie kilku innych wiernych jego towarzyszy, wśród których byli Zanobi Buondelmonti, Battista Della Palla i Luigi Alamanni [4] - ludzie młodego wieku i jego ulubieńcy, pochłonięci tymi samymi naukami co i on, by pominąć już ich inne przymioty, jako że każdego dnia i każdej chwili mówią same za siebie, chwały im przydając.
Fabrizio został więc tam stosownie do czasu i miejsca przyjęty ze wszystkimi należnymi honorami, jakie tylko mogli mu oddać. Po zakończeniu uciech świętowania, co rychle nastąpiło - bowiem szacowni mężowie, których umysły są zaprzątnięte sprawami wyższej wagi, mniej zwykli poświęcać im czasu - gdy opróżniono stoły i uczta dobiegła końca, za dnia długiego jeszcze i wskutek dużego upału Cosimo, aby lepiej spełnić swoje zamysły, uznaje, że przed gorącem lepiej będzie się schronić w ustronnym i ocienionym miejscu jego ogrodu.
Udawszy się tam, rozsiadają się kołem, jedni wśród ziół, drudzy na małych ławeczkach, a jeszcze inni wprost na świeżej w tym miejscu trawie, w cieniu ogromnych drzew. Fabrizio pochwalił uroki miejsca, a drzew szczególnie, z których kilku rozpoznać nie zdołał, czym zdawał się zaskoczony. Widząc to, Cosimo rzecze: być może nie znacie, panie, niektórych z tych drzew, lecz nie frasujcie się o to, gdyż są tu takie, które lepiej były znane starożytnym niż współczesnym. Po czym ich nazwy wymienia i o tym rozwodzi, jak jego dziad, Bernardo [5] , dbał o nie, gdy wzrastały. Na co Fabrizio odpowie: myślałem, jakoście rzekli, a miejsce to i trud waszego przodka na myśl mi przywodzi kilku książąt królestwa [6] , którzy ulubili sobie starożytne uprawy i cień przez nie rzucany. A zawieszając głos i zamyślając się, dodał po chwili: gdybym mógł to powiedzieć bez obrazy waszej, podzieliłbym się moim sądem, liczę przy tym, że w kompanii przyjaciół nie zostanie to źle przyjęte, bo spraw chciałbym tu dotknąć, nie ludziom ujmować. O ileż lepiej byłoby, gdyby oni - nie obrażając nikogo - starali się wzorować na starożytnych, gdy chodzi o siłę i ostrość rzeczy, nie zaś o delikatność i łagodność - i o to, jak tamci stawali w pełnym słońcu, nie ukrywając się w cieniu, i gdyby przyjęli od ojców, co było solidne i sprawne, a nie chwiejne i zepsute. Bo gdy ziomkowie moi, Rzymianie, tym drugim praktykom oddawać się zaczęli, kraj mój popadł w ruinę. Co słysząc, Cosimo odrzecze... by jednak uniknąć potrzeby ciągłego powtarzania, że "ten rzekł" i "na to rzekł drugi", tylko imiona rozmówców będą zaznaczane, bez powtarzania reszty. Rzekł tedy
COSIMO: Otwieracie mi oto drogę ku rozmowie, którą sobie umyśliłem, i błagam: mówcie bez ogródek, bo i ja zamierzam pytać was swobodnie. A jeśli w pytaniu lub odpowiedzi wstawię się za czym lub coś wytknę, nie będzie celem tego bronić lub oskarżać, lecz zrozumieć prawdę, którą mi objawicie.
FABRIZIO: I ja rad będę wielce, mówiąc wam, co wiem o tym, o co mnie spytacie. Czy będzie to prawdą, czy nie - to waszej zostawię ocenie. I będę wam wdzięczny za to, że mnie zapytać raczycie, gdyż będę się uczyć nie mniej, słysząc wasze pytanie, jako wy ode mnie, słuchając odpowiedzi. Ponieważ gdy mądry pyta, nieraz tak się dzieje, że pod rozwagę wziąć trzeba wiele spraw i pojąć wiele innych, które by bez pytania nigdy nie były poznane.
COSIMO: Chciałbym wrócić do tego, coście rzekli przódy, a konkretnie o tym, że dziad mój lepiej by zrobił, naśladując starożytnych w surowych, a nie łagodnych sprawach. Muszę go usprawiedliwić, obronę waszych przodków wam pozostawiając. Nie sądzę, by w jego czasach znalazł się drugi, co tak nie cierpiał zniewieścienia i tak jak on hołdował surowym obyczajom, które tak chwalicie. Niemniej jednak dostrzegał, że ni jemu, ni synom jego życia tak wieść się nie da, skoro się porodzili w czasach tak zepsutych, w których każdy, kto chciał odejść od codziennych praktyk, za szpetnego byłby wzięty i w pogardzie się znalazł u wszystkich. Gdyby oto ktokolwiek w pełnym słońcu ukazał się goły na piasku lub zimą w najsroższe miesiące tarzał się po śniegu - jak to uczynił Diogenes [7] - wzięto by go za szaleńca. Gdyby kto - na wzór Spartanina - chował swe dzieci na wsi, pozwalając im spać na dworze i chodzić boso z odkrytą głową, kąpał je w zimnej wodzie, aby je hartować, by zniosły zmienności losu, mniej kochały życie i mniej obawiały się śmierci, czyż nie szydzono by z niego, odmawiając mu człowieczeństwa? Gdyby zoczono takiego, co żywi się jeno grochem i fasolą, a złotem pogardza niczym Fabrizio, w niewielu oczach spotkałby się z pochwałą, a nikt nie poszedłby za jego przykładem. Toteż skonsternowany obecnym stylem życia, dziad mój porzucił stare obyczaje i pielęgnował tylko te z nich, których naśladowaniem mniej zwracał na siebie uwagi.
FABRIZIO: Mocnoście go obronili w tej mierze i zapewne rzekliście prawdę. Używając tych słów, mniej jednak miałem na myśli surowość reguł życia, a bardziej te obyczaje, którym bliżej do dzisiejszych sposobów życia, co do których uważam, że nie byłyby trudne do wdrożenia przez kogoś znacznego wśród pierwszych w mieście. Dowodząc swoich racji, nigdy ja nie omieszkam do przykładów mych Rzymian się uciec, w których sposobie życia, jeśli przyjrzeć się mu wnikliwie, oraz w urządzeniu ich republiki dostrzeżemy niemało rzeczy, które by się dało wcielić w takim społeczeństwie, w którym ostało się choć nieco dobrego.
COSIMO: Jakie to rzeczy podobne starożytnym chcielibyście, panie, wprowadzić?
FABRIZIO: Uszanować i nagradzać cnotę, nie pogardzać nędzą, docenić zasady i reguły dyscypliny wojskowej, wymóc na obywatelach szacunek wzajemny, żyć bez warcholstwa i knucia, mniej cenić dobra prywatne niż publiczne i inne, podobne rozwiązania, które łatwo by można wnieść w dzisiejsze czasy. Nietrudno nakłonić do zachowań takich, gdy się pojmie je w całej rozciągłości i podejdzie do nich w sposób naturalny, gdyż prawdziwe są w tym stopniu, że każdy średnio rozumny jest zdolny je przyswoić. Każdy może je wdrażać na podobieństwo tego, kto sadzi drzewa w zaciszu swej sadyby, by żywot swój wieść szczęśliwiej i weselej niż bez nich.
COSIMO: Nie zaprzeczę niczemu, coście rzekli, zostawiając osąd tym, co osądzić mogą łatwiej. Dotknę tylko tej sprawy, że oskarżacie tych, którzy w poważnych i znaczących działaniach nie naśladują starożytnych, bo myślę, że tym sposobem łatwiej intencje moje wyłożę. Chciałbym przeto usłyszeć od was, skąd się bierze, że z jednej strony potępiacie owych, co wzorem starożytnych nie kierują się w swych działaniach, a z drugiej strony w kwestiach wojennych, będących zawodem waszym i względem których cieszycie się znakomitą renomą, nie widać, iżbyście którąkolwiek ze starożytnych metod użytkowali lub choćby robili coś, co by je przypominało.
FABRIZIO: Otóż i to! Doszliście właśnie do miejsca, w którym zobaczyć was chciałem po tym, co rzekłem, i starczy to za inne pytania, których mi teraz nie trzeba. I choć wybronić mógłbym się łatwo, mam zamiar dla większego waszego i mojego ukontentowania - korzystając z tak ładnej pogody - dłużej się nad tym zatrzymać. Ludzie chcący czegoś dokonać powinni najpierw wszechstronnie się przygotować, aby - gdy nadarzy się okazja - zdołali ziścić swe plany. I o ile przygotowania są czynione starannie i niejawnie, nikomu nie można zarzucić zaniedbań, póki nie nadarzy się sposobność, by takie zamiary wyjawić. Wtedy dopiero, gdyby ktoś pozostał bezczynny, znaczyłoby to, że przygotował się nieodpowiednio lub że nie zrobił nic zgoła. Nigdy nie miałem okazji, aby dać świadectwo, że czynię przygotowania do ukształtowania służby wojskowej na wzór starożytny, a skoro tak, to ani wy, ani nikt inny obwiniać mnie o to nie może. Mniemam, że to wyjaśnienie wystarczy jako odpowiedź na wasze zarzuty.
COSIMO: Wystarczyłoby, gdybym miał pewność, że okazja się nie nadarzyła.
FABRIZIO: Widzę, że gotowiście wątpić, czy okazja taka nadarzyła się, czy nie, jeśli zatem zechcecie wysłuchać mnie uważnie, chciałbym dokładnie omówić, które to przygotowania niezbędnie poczynić najpierw należy, co jest potrzebne, aby sposobność się nadarzyła, jakie zawady stają na przeszkodzie pomyślnym przygotowaniom i wystąpieniu okazji i że jest to - choć brzmi niedorzecznie - zarazem najtrudniejsze i najłatwiejsze do zrobienia.
COSIMO: Mnie i innych tu zgromadzonych niczym innym nie ucieszycie bardziej niż tym. A jeśli mówienie was nie znuży, tym bardziej nie znuży nas słuchanie. Skoro jednak rozmowa zanosi się na długą, chciałbym we własnym i towarzyszy moich imieniu o jedno was usilnie prosić: abyście się nie gniewali, jeśli od czasu do czasu przerwiemy wam jakim nieoczekiwanym pytaniem.
FABRIZIO: Bardzom rad, Cosimo, że wy i obecni tu inni młodzi ludzie będą zadawać mi pytania, sądzę bowiem, że młodzież chętniejsza jest sprawom wojskowym, a przez to łatwiej da wiarę temu, o czym tu powiem. Inni, których głowy są siwe i krew im już zastygła, po części są wojny wrogami, po części zaś nawykli żyć tak, a nie inaczej; podobnie jak ci, co są zdania, że to obecne czasy, a nie złe obyczaje, winne są życia miernocie. Pytajcie więc mnie o wszystko swobodnie i bez ogródek. Potrzebne mi to będzie, dając chwilę wytchnienia, a i z tego powodu, że rad bym nie przepuścić żadnej wątpliwości, która pojawi się w waszych głowach. Zacznę od waszych słów - tych mianowicie, w których rzekliście, że na wojnie - rzemiosłem moim będącej - nie używałem żadnych ze starożytnych metod. Powiem na to, że wojna takim jest zajęciem, którym trudniący się w żadnych czasach nie mogą żyć uczciwie i parać się nią uchodzi jedynie republice lub królestwu. Z nich żadne, gdy jest dobrze zorganizowane, nigdy nie pozwoli żadnemu ze swych obywateli czy poddanych, aby trudnił się nią zawodowo. Bo też nikt, kto rzemiosło to uprawia, nigdy za zacnego uznanym nie będzie, czerpiąc korzyść z łupieży, podstępu, przemocy i mając z konieczności inne cechy, które zacnym go nie czynią. Nie mogą też ludzie zawodowo trudniący się wojną - najwięksi i ci szaracy - prowadzić się inaczej, gdyż z profesji tej nie wyżywią się w czas pokoju. Za tym idzie, że są zmuszeni lub dążą do tego, by pokoju nie było lub by wydrzeć dla siebie tyle podczas wojny, by tym żywić się, gdy pokój nastąpi. A żadna z tych myśli nie urodzi się w zacnym człowieku, bo pożądanie zysku każdymi czasy źródłem jest rozbojów, przemocy i zabójstw, które żołnierze tacy popełniają tak samo na swoich, jak na nieprzyjacielu. To z chęci podtrzymywania niepokojów rodzą się oszustwa popełniane przez kapitanów wobec tych, którym służą - aby tylko przedłużyć wojnę. Gdy zaś pokój zawita, często zdarza się, że pomniejsi dowódcy, pozbawieni żołdu i lekkiego życia, wywieszają piracką banderę i bez litości rabują prowincję. Zali nie pamiętacie zdarzeń z waszych czasów, kiedy wielu żołnierzy w Italii, pozbawionych zapłaty i zajęcia z powodu zakończenia wojen, zwoływało się w niemało szkód przynoszące bandy - przez nich samych kompaniami zwane - ściągające haracze od miast i plądrujące kraj, na co nie znaleziono żadnego remedium? Nie czytaliście to o kartagińskich najemnikach, co po pierwszej wojnie z Rzymianami, burząc się, wybrali Matosa i Spendiosa [8] i pod ich wodzą wszczęli wojnę znacznie niebezpieczniejszą przeciw Kartagińczykom niż ta, którą ci zakończyli z Rzymianami? A za czasów ojców naszych Francesco Sforza [9] , aby i w czas pokoju móc żyć godnie, nie tylko oszukał Mediolańczyków, którym służył, lecz odebrał im wolność i mianował się ich księciem. Nie inaczej postępowali wszyscy inni żołnierze w Italii, co za swą specjalność wojenne rzemiosło obrali; i choć w swym wiarołomstwie nie obwoływali się książętami Mediolanu, to tym gorzej, bo widać z ich życia, że mimo braku takich ambicji, niejednym zasłużyli na potępienie. Sforza, ojciec Francesca [10] , zmusił królową Joannę, by padła w objęcia królowi Aragonii, opuszczając ją znienacka i zostawiając bezbronną wśród wrogów tylko po to, aby zaspokoić swoją ambicję - czy to przez pozbawienie jej czci, czy przez odebranie królestwa. Braccio [11] tym samym sposobem chciał zdobyć królestwo Neapolu i pewnie by dopiął swego, gdyby go nie obalono i nie usieczono w Aquilli. Nieporządki takie nie biorą się z niczego innego jak z tego, że są ludzie, którzy rzemiosło wojenne za własną uważają profesję. Znacie li przysłowie, które racje moje wzmacnia, a wyraża się w tych słowach: wojna rodzi zbójców, a pokój ich wiesza [12] ? Tych, którzy nie wiedzą, jak się imać w życiu czego innego, nie znajdują nikogo, kto by im w tym dopomógł, i nie ma w nich dość cnoty, by rozpocząć żywot godny, konieczność zmusza do rozbojów na gościńcach, a sprawiedliwość musi gasić ich zapędy.
COSIMO: Sprawiacie, że rzemiosło wojenne traci w moich oczach, a spodziewałem się opinii, że jest sztuka owa najwspanialszą i najznamienitszą ze wszystkich. Tedy nie zaznam spokoju, póki nie wyjaśnicie mi tego lepiej. Gdyby bowiem było, jako mówicie, nie pojmuję, skąd wzięłaby się sława Cezara [13] , Pompejusza [14] , Scypiona, Marcellusa [15] i całych zastępów słynnych rzymskich wodzów, których czci się na równi z bogami.