WEZWANIE DO ODPOCZYNKU
Deficyt odpoczynku
Wyobraź sobie hamak -?jeden z tych w kolorowe pasy -?jak kołysze się łagodnie w tropikalnej bryzie. Powietrze
jest rozkosznie ciepłe. Daleko pod hotelowym balkonem błyszczy w słońcu
morze (turkusowe, jakżeby inaczej).
Dla wielu z nas to klasyczne wyobrażenie odpoczynku, miejsce, gdzie nikt
od nas niczego nie chce. Jednak nie jest to takie proste. Hamak może
płatać figle. Najpierw musimy się na nim położyć, ale tak, żeby nie
spaść na drugą stronę. Potem przesunąć się w górę lub w dół i znaleźć
wygodną pozycję. Może się okazać, że trzeba wstać po poduszkę pod głowę
-?czyli znów przejść przez dwa pierwsze kroki. W końcu jednak udaje się
rozkosznie wyciągnąć i poczuć, jak ogarnia nas kojący spokój. Można się
rozluźnić.
Ale czy rzeczywiście?
Bo czasem, nawet jeśli uda nam się wygodnie ułożyć na hamaku, trudno
wytrwać w stanie odprężenia. To odczucie pokazuje nasz ogólny stosunek
do odpoczynku. Naszą ambiwalencję wobec niego. Chcemy odpocząć, ale już
po chwili dopada nas niepokój, że się zwyczajnie lenimy. Że źle
wykorzystujemy czas.
Jedną z rzeczy, która odróżnia istoty ludzkie od wielu zwierząt, jest
ciekawość. Nawet jeśli mamy wszystko, czego potrzeba do życia, nadal
pragniemy zobaczyć, co się kryje po drugiej stronie wzgórza, na drugim
brzegu oceanu albo na odległej planecie. Mamy potrzebę poznawania,
odkrywania, szukania sensu. Ciekawość była kluczem do naszego
przetrwania i przewagi gatunkowej. Jednak jej wadą jest to, że nie
pozwala nam odpocząć. Ciągle nam się wydaje, że powinniśmy coś robić. A do tego definicja owego "robienia" stała się bardzo wąska -?najczęściej
oznacza, że musimy być zajęci. I nie tylko przez jakiś czas, ale
nieustannie.
Tymczasem już Sokrates ostrzegał nas przed jałowością takiego życia.
Jeśli jesteśmy ciągle zajęci, naszemu życiu brakuje zasadniczego rytmu.
Przestajemy dostrzegać różnicę między robieniem a nierobieniem.
Przechodzenie od jednego do drugiego jest naturalne i zdrowe. Żeby
wrócić do porównania z hamakiem: powinniśmy kołysać się między
aktywnością i odpoczynkiem, traktując jedno i drugie tak samo poważnie.
Musimy odpoczywać więcej i lepiej. Zarówno dla samego odpoczywania, jak
i dla szerzej pojmowanej jakości życia. Odpoczynek służy dobremu
samopoczuciu, ale też poprawia wydajność. Szybki przegląd internetu
pokazuje, że żyjemy w czasach wzmożonej troski o własne zdrowie. Różnie
się to może przejawiać, ale sam pomysł jest słuszny. I moim zdaniem
najlepszym sposobem dbania o siebie jest odpoczynek.
A jednocześnie cierpimy z powodu braku odpoczynku. To chyba
najważniejszy wiosek z obszernej ankiety, na której opiera się moja
książka. Ankieta miała tytuł Test odpoczywania (Rest Test), a wzięło
w niej udział 18 tysięcy osób ze 135 krajów. Będę jeszcze do niej
wracać, teraz chcę tylko zwrócić uwagę na najważniejszy wynik: otóż
wielu z nas czuje, że ma za mało odpoczynku. Dwie trzecie respondentów
przyznało, że chciałoby odpoczywać więcej. Kobiety mają dziennie
dziesięć minut mniej na odpoczynek niż mężczyźni, mniej odpoczywają
także osoby sprawujące opiekę nad innymi. Ale za najbardziej pozbawione
odpoczynku uznały się osoby młode -?zarówno kobiety, jak i mężczyźni -
pracujące na pełen etat.
Zgadza się to z potocznym przekonaniem, że młodzi ludzie są zestresowani
i muszą się zmagać z różnymi życiowymi problemami. Artykuł, który
BuzzFeed opublikował w styczniu 2019 roku pod tytułem How Millennials
Became the Burnout Generation (Jak milenialsi stali się wypalonym
pokoleniem) błyskawicznie rozszedł się w sieci1. Jego autorka
Anne Helen Petersen pisze w nim, jak to pewnego dnia na jej liście
rzeczy do zrobienia znalazło się tyle zadań, że wywołało to w niej
swoisty paraliż, nie była w stanie zrobić niczego. Niektórzy starsi
ludzie podchodzą lekceważąco do takich lęków i nazywają milenialsów
"przewrażliwionymi narcyzami". Ja jednak uważam, że Petersen i jej
pokolenie mówią nam coś ważnego. Doskonale rozumiem, dlaczego autorka
nazywa tysiące czekających na odpowiedź e-maili "skrzynką wstydu", bo
sama mam w swojej poczcie 50 449 e-maili. Ale oczywiście chodzi o coś
więcej.
Bez wątpienia życie dzisiejszych dwudziestoparolatków nie jest łatwe -
duża konkurencja o miejsca na studiach i o pracę, znaczne
prawdopodobieństwo, że przy dzisiejszych cenach nieruchomości do końca
życia będą mieszkać w wynajmowanych mieszkaniach. Do tego to pokolenie
ma coraz mniejszą nadzieję, że będzie im się żyło lepiej niż ich
rodzicom, milenialsi nie mogą liczyć na hojne plany emerytalne, którymi
wciąż się cieszy część starszej generacji. Jednak pokolenie X czy
pokolenie wyżu demograficznego też miało swoje problemy. Być może
milenialsi po prostu głośno przyznają się do tego, czego doświadcza
większość z nas: że często czujemy się przygnieceni nawałem obowiązków.
Współczesne reguły w miejscach pracy, współczesny styl życia i współczesna technologia niejako zmówiły się, żeby narzucać nam
niekończące się wymagania. Dzięki telefonom komórkowym jesteśmy ciągle w pogotowiu, mamy świadomość, że nawet jeśli odpoczywamy, to w każdej
chwili ktoś nam może ten odpoczynek przerwać.
Chcielibyśmy więcej odpoczywać, moglibyśmy więcej odpoczywać i prawdopodobnie odpoczywamy więcej, niż nam się wydaje, tyle że nie
czujemy się wypoczęci.
Sama też nie jestem szczególnie dobra w odpoczywaniu, albo raczej nie
byłam, dopóki nie zagłębiłam się w ten temat. Kiedy mówiłam znajomym, że
po napisaniu książek o emocjach, percepcji czasu i psychologii pieniędzy
przymierzam się do książki o odpoczywaniu, zazwyczaj reagowali słowami:
"Ale przecież ty ciągle pracujesz. Nigdy nie odpoczywasz!".
Kiedy ktoś mnie pyta, co słychać, najczęściej odpowiadam: "W porządku,
jestem strasznie zajęta". Rzeczywiście, to prawda, ale czy moje słowa
nie są także potwierdzeniem mojego statusu? Jeśli mówię, że jestem
zajęta, to znaczy, że jestem potrzebna, wręcz rozchwytywana. Jak
zauważył Jonathan Gershuny, badacz zajmujący się wykorzystywaniem czasu,
"zajętość" jest jak order. W przeciwieństwie do XIX wieku to praca, a nie wolny czas stanowi wyznacznik społecznego statusu. Jeśli jesteśmy
zajęci, to znaczy, że jesteśmy ważni. Ale jednocześnie czujemy się
wyczerpani.
Choć z drugiej strony to nieprawda, że ciągle pracuję, nawet jeśli
pozornie jestem zajęta. Mówię, że zbieram materiały do książki albo że
piszę książkę, choć przez znaczną część czasu nie zbieram materiałów i nie piszę. Facebook i Twitter często odciągają moją uwagę. Co rusz
schodzę do kuchni, żeby sobie zrobić herbatę. Moje biurko stoi w gabinecie na piętrze, więc mogę wyjrzeć przez okno na ulicę. I niemal za
każdym razem dostrzegam jakichś znajomych, też pracujących w wolnych
zawodach, jak gawędzą sobie przyjemnie. Oczywiście nie mogę się
powstrzymać, żeby do nich nie dołączyć. Nie chciałabym przegapić
najnowszych wieści.
Ale czy te przerwy w pracy dostarczają mi odpoczynku, to już zupełnie
inna sprawa. Trochę to wygląda jak rzucanie się w czynności zastępcze.
Jest w tym pewna nerwowość. Pragnę dotrzeć do miejsca, w którym mogę
sobie powiedzieć, że zrobiłam już wszystko, w którym wszystkie punkty na
liście spraw do zrobienia są odhaczone, a ja w końcu mogę się
zrelaksować. Robota wykonana. Nie ma się czym martwić. Problem polega na
tym, że najczęściej nie udaje mi się osiągnąć tego błogosławionego
stanu, więc czuję niepokój i napięcie nawet wtedy, gdy akurat nie
wykonuję żadnego z czekających mnie zadań.
Deficyt odpoczynku, zarówno ten odczuwany, jak i rzeczywisty, ma
niszczące działanie. Obecnie w Wielkiej Brytanii ponad pół miliona ludzi
zmaga się ze stresem związanym z pracą2. W Stanach Zjednoczonych
13 procent wypadków w miejscu pracy wynika ze zmęczenia. Co czwartej
osobie zdarzyło się zasnąć w pracy, a 16 procent zasnęło niedawno za
kierownicą3. Jeśli dodać do tego obowiązki domowe i opiekuńcze oraz ogólne zarządzanie własnym życiem, to nic dziwnego, że
trzy czwarte z nas doświadczyło w ciągu ostatniego roku takiego stresu,
że nie umiało sobie z nim poradzić4.
Zmęczenie ma ogromny wpływ na zdolności poznawcze. Zadanie, które wydaje
się łatwe, gdy jesteśmy wypoczęci, staje się trudne, gdy jesteśmy
znużeni. Zmęczenie sprzyja zapominaniu, stępia emocje, osłabia
koncentrację, utrudnia zrozumienie i właściwą ocenę sytuacji. Nie
najlepszy stan dla lekarza albo pilota.
Deficyt odpoczynku dotyka nie tylko dorosłych. W ciągu ostatnich
dwudziestu lat przerwy w szkołach skrócono, żeby znaleźć czas na więcej
zajęć lekcyjnych. I tak w Wielkiej Brytanii zaledwie jeden procent
uczniów szkół ponadpodstawowych ma długą przerwę obiadową5.
Mimo że, jak wskazują badania, taka przerwa sprzyja
koncentracji6, więc jej skracanie odbija się niekorzystnie
na wynikach egzaminów, nie mówiąc o tym, że pozbawia młodzież okazji do
kontaktów społecznych czy aktywności fizycznej.
Skutki deficytu snu zostały już dobrze poznane, a lista wynikających z niego problemów jest długa: zwiększone ryzyko cukrzycy typu II, chorób
serca, zawałów, nadciśnienia, dolegliwości bólowych i reakcji
prozapalnych, zaburzenia nastroju, kłopoty z pamięcią, zespół
metaboliczny, otyłość i nowotwór jelita grubego. Większość tych chorób i dolegliwości znacznie skraca długość życia7. Do tej pory
odpoczynek nie doczekał się takiego samego zainteresowania jak sen,
jednak dowiedziono, że poświęcanie czasu na relaks pomaga w podejmowaniu
lepszych decyzji, zmniejsza ryzyko depresji, poprawia pamięć i daje
większą odporność na przeziębienia.
Dlatego uważam, że odpoczynek jest tak samo ważny jak sen. A moja
książka jest wezwaniem do odpoczynku. Musimy zacząć go cenić, nadawać mu
odpowiednią rangę i chwalić się nim. Odpoczynek to nie luksus, ale towar
pierwszej potrzeby.
Ale czym tak naprawdę jest odpoczynek?
Istota odpoczywania
Swobodny; uspokajający; ciepły; przywracający siły; w ciemności; na
leżąco; rozmarzony; rozkoszny; rześki; rozjaśniający umysł; cisza;
niezbędny; niewymagający myślenia; cudowny; bezpieczny; spokojny;
uzdrawiający; bezcenny; prywatny; upragniony; poprawiający nastrój
To tylko niektóre określenia, które respondentom wspomnianej wcześniej
ankiety kojarzyły się z odpoczynkiem.
Ale wśród odpowiedzi znalazły się też i takie:
Marny; kruchy, niespokojny; wymagający; irytujący; poczucie winy;
niezasłużony; jałowy; świadczący o słabości; egoistyczny; ulotny; strata
czasu
Najwyraźniej dla dwóch różnych osób odpoczynek może być zupełnie czymś
innym. W artykułach naukowych terminy "sen" i "odpoczynek" używane są
często zamiennie. Jednak odpoczynek jest zjawiskiem bardziej złożonym,
bo może mieć wiele rozmaitych form. Dlatego wyjaśniam, że odpoczynek, o którym piszę w tej książce, oznacza wszystkie uspokajające czynności
wykonywane na jawie. Ich lista mogłaby się ciągnąć w nieskończoność,
dlatego ograniczę się do tych najbardziej popularnych. Oczywiście można
zasnąć, odpoczywając. Może nawet ktoś z was zasnął podczas lektury tej
książki, co nie jest niczym złym. Ale sen i odpoczynek to dwie różne
rzeczy.
Zacznijmy od tego, że odpoczynek może oznaczać wysiłek fizyczny, czasem
nawet bardzo intensywny, jak przy grze w piłkę czy bieganiu. W wielu
przypadkach właśnie zmęczenie ciała pozwala odpocząć umysłowi, aktywność
fizyczna daje odprężenie.
U innych ludzi uczucie odprężenia pojawia się dopiero po ukończeniu
aktywności fizycznej. Każdy z nas zapewne doświadczył tej rozkosznej
satysfakcji, jaką daje odpoczynek po ciężkiej pracy lub osiągnięciu
wyznaczonego celu. Księga Koheleta mówi: "Słodki jest sen robotnika", a ja mogłabym powiedzieć, że równie słodki jest odpoczynek bardzo zajętej
kobiety.
Oczywiście odpoczywać można w ruchu, można też bezczynnie. Jak później
zobaczymy, jedne z bardziej lubianych form odpoczynku to siedzenie w wygodnym fotelu albo leżenie w ciepłej kąpieli w wannie. I nie chodzi tu
tylko o fizyczny relaks. Wiele osób twierdzi, że ich umysł może się
odprężyć dopiero wtedy, gdy odpocznie ciało. Oczywiście opinii na ten
temat jest wiele. Dla jednych odpoczynek jest równoznaczny z brakiem
wysiłku umysłowego, inni odpoczywają przy lekturze Ulissesa albo
rozwiązywaniu trudnych krzyżówek.
Dwie trzecie ludzi twierdzi, że odpoczynek jest przeciwieństwem pracy.
Ale wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy pracę. Być może ktoś
wolałby spędzić cały dzień w biurze albo za ladą, jeśli alternatywą
byłoby zajmowanie się małymi dziećmi w domu albo opieka nad chorym
krewnym. I wreszcie są ludzie, dla których święta i weekendy z dala od
pracowego ruchu i gwaru wcale nie są odpoczynkiem. Pewnie
powiedzielibyśmy, że takie osoby powinny znaleźć równowagę między pracą
a życiem prywatnym, ale przecież to, gdzie leży punkt równowagi, jest
kwestią bardzo subiektywną. Odpoczynek wymuszony przez chorobę albo
bezrobocie, kiedy owa równowaga przechyla się ku bezczynności, nie daje
odprężenia, wręcz wywołuje niepokój. Wolelibyśmy coś robić, gdzieś
wyjść, ale okoliczności skazują nas na bierność i bezruch. Albo
wyobraźcie sobie cierpienie w depresji, kiedy człowiek nie jest nawet w stanie podnieść się z łóżka, a towarzyszące temu nieustanne uczucie
fizycznego zmęczenia jeszcze bardziej odbiera siły. Pomyślcie też o więźniach leżących całymi godzinami na pryczach. W takich warunkach nie
ma mowy o prawdziwym odpoczynku.
Żeby lepiej zrozumieć istotę tego pojęcia, warto zastanowić się nad
etymologią angielskiego słowa rest oznaczającego odpoczynek. Otóż
staroangielskie r?ste wywodzi się od staro-wysoko-niemieckiego rasta
i od staronordyjskiego rost, które to określenia oprócz "odpoczywania"
oznaczają też "wiele mil" (w dzisiejszym rozumieniu odległości) albo
"odległość, po której pokonaniu się odpoczywa". Zatem etymologia
angielskiego słowa wskazuje, że odpoczynek przychodzi po wykonaniu
jakiejś czynności. Gdybyśmy tylko odpoczywali, nie moglibyśmy się poczuć
wypoczęci. Dopiero po aktywności odpoczynek jest potrzebny i zasłużony.
Można wejść w stan właściwego odprężenia.
Potwierdzają to wyniki badań. Osoby, które mówiły, że są wypoczęte,
uzyskiwały dwa razy wyższe wyniki na skali dobrego samopoczucia niż
osoby, które potrzebowały więcej odpoczynku. Ale wszystko wskazuje na
to, że istnieje optymalna ilość odpoczynku, która jest dla nas
korzystna. Powyżej tego poziomu dobre samopoczucie słabnie. I jak już
wcześniej wspomniałam, gdy odpoczynek jest wymuszony, jego regeneracyjny
efekt znika całkowicie. Czyli chodzi o znalezienie równowagi.
Pewnie byłoby lepiej, gdybyśmy dostawali recepty z odpowiednią dawką
odpoczynku dopasowaną do naszych potrzeb. Rzeczywiście, lekarze często
zalecają pacjentom odpoczynek, ale nie precyzują, ile ma go być i w jakiej formie. "Musi pani trochę odpocząć", mówią. Ale czy to oznacza,
że mam leżeć w łóżku? A może powinnam się zająć ulubionym hobby albo
spotykać się ze znajomymi, jeśli to mnie odpręża?
Jednak nikt nam takich rad nie udzieli. Sami musimy postawić sobie
diagnozę i sami wypisać receptę. Co nie znaczy, że nie możemy uczyć się
od innych. Każdy odpoczywa po swojemu, ale nawet różne formy odpoczynku
mają wiele cech wspólnych.
Test odpoczywania
Wyniki tej szerokiej ankiety stanowią fundament mojej książki. Jej
zalążkiem były dwa lata, które spędziłam jako członkini
multidyscyplinarnego zespołu, do którego należało wiele osób z uniwersytetu w Durham. Zespół ten zajmował się badaniem odpoczynku. Sama
przyjemność, żartowali moi znajomi, dowiadując się, że udało nam się
zdobyć grant, dzięki któremu mieliśmy zostać pierwszymi stażystami na
słynnym czwartym piętrze londyńskiej Wellcome Collection8.
Miało mnie czekać nieróbstwo i słodkie lenistwo. Oczywiście czekało mnie
zupełnie co innego (choć mieliśmy też hamak, bardzo lubiany przez
gości). W naszym zespole znaleźli się historycy, poeci, malarze,
psychologowie, neurobiolodzy, geografowie, a nawet jeden kompozytor -
wszyscy utalentowani, ambitni, pełni energii. Rzuciliśmy się do pracy i w ciągu dwóch lat przygotowaliśmy wystawę, książkę, zorganizowaliśmy
wiele publicznych wykładów, stworzyliśmy mnóstwo artykułów naukowych,
wierszy i utworów muzycznych, z których jeden doczekał się premiery w BBC Radio 3. Pełne ruchu i gwaru pokoje mieszczące się przy Euston Road
w centrum Londynu stały się naszym domem. Nasz zespół nazwaliśmy
Hubbub9.Wybraliśmy tę nazwę po długim namyśle. Z jednej strony
stanowiła potwierdzenie, że wrzawa, ruch, intensywna aktywność pozbawia
ciszy i spokoju oraz nie daje możliwości odpoczynku. Z drugiej strony
nazwa nawiązywała do przekonania, że we współczesnym świecie prawdziwy
odpoczynek nie oznacza wycofania się z aktywnego życia, ale umiejętność
przystosowania się i znalezienie równowagi między pracą, odpoczynkiem i zabawą.
Mniej więcej w połowie stażu nasz zespół uruchomił internetową ankietę
Test odpoczywania, zapowiadając ją w dwóch prowadzonych przeze mnie
audycjach radiowych: All in the Mind (Wszystko jest w umyśle) w programie 4 BBC oraz Health Check (Badanie lekarskie) w World Service.
W pierwszej części ankiety respondenci odpowiadali na pytania, ile
odpoczywają, ile chcieliby odpoczywać i jakie zajęcie daje im największe
odprężenie. W drugiej części wypełniali kwestionariusze osobowości, a także testy mierzące samopoczucie i skłonność do błądzenia myślami.
Ogłoszenie ankiety było pewnym ryzykiem. Nie wiedzieliśmy, ile osób do
tego stopnia zainteresuje temat odpoczynku, by zechciały poświęcić
czterdzieści minut na wypełnienie kwestionariusza. Okazało się jednak,
że jest to temat palący dla ogromnej liczby ludzi na całym świecie. Jak
już wspomniałam, w ankiecie wzięło udział 18 tysięcy osób ze 135 krajów.
Taka żywa reakcja zaskoczyła nas i sprawiła wielką przyjemność.
Na potrzeby mojej książki zajęłam się od tamtego czasu szczegółowym
analizowaniem dziesięciu zajęć, które respondenci uznali za najbardziej
odprężające. A ten wynik był dla mnie pewnym zaskoczeniem. Na przykład w pierwszej dziesiątce nie znalazło się spędzanie czasu z przyjaciółmi czy
rodziną (zajęło miejsce dwunaste). Może się to wydawać dziwne, bo
przecież mnóstwo ludzi twierdzi, że utrzymywanie więzi z innymi nadaje
sens ludzkiemu życiu. Zbierane przez dekady wyniki badań z psychologii
pozytywnej pokazują, że o poczuciu szczęścia w największym stopniu
decydują nie sukcesy zawodowe, nie zdrowie, pieniądze czy inteligencja,
ale satysfakcjonujące relacje z innymi. William Morris powiedział:
"Przyjaźń jest niebem, a jej brak piekłem. Przyjaźń to życie, a jej brak
to śmierć". Należy jednak pamiętać, że nie pytaliśmy o zajęcia, które
dają najwięcej szczęścia, są najprzyjemniejsze albo najbardziej cenione,
szukaliśmy tych, które dają odpoczynek. I okazało się, że te, które
znalazły się w pierwszej piątce, najczęściej wymagają samotności.
Najwyraźniej, chcąc odpocząć, staramy się uciec od ludzi.
Innym zajęciem, które nie trafiło do pierwszej dziesiątki, jest tak
lubiane przeze mnie uprawianie ogródka. Wymaga ono wysiłku fizycznego,
ale przy żadnej innej czynności mój umysł się tak nie wyłącza, a dla
mnie to najlepszy odpoczynek. Spędzam czas na świeżym powietrzu, między
palcami czuję ziemię, a na plecach (czasem) promienie słońca. Podoba mi
się, że choć wkładam wiele energii w pielęgnowanie ogrodu, to i tak
większość roboty wykonuje natura pod moją nieobecność. I cieszą mnie
piękne efekty. Choć nie zawsze. Bo wiele zależy od pogody. Oczywiście im
większe doświadczenie, tym lepiej. Z czasem można się nauczyć, co
wyrośnie na danej glebie, a co nie. Można też szukać rady fachowców,
jednak wystarczy fala upałów, fala chłodu, fala opadów -?albo ślimaki,
mszyce czy krety -?a cały twój wysiłek idzie na marne. Ogród nigdy nie
wygląda idealnie, ale wydaje się, że jeśli wszystko dobrze się ułoży -
co przecież jest możliwe -?można się zbliżyć do ideału. Dlatego
ogrodnictwo jest takie pociągające. Podobnie jak sport stanowi
połączenie umiejętności (odpowiednia roślina w odpowiednim miejscu) i szczęścia (odpowiednia pogoda, odpowiedni moment).
Ale jak już wspomniałam, ogrodnictwo nie trafiło do pierwszej
dziesiątki, podobnie jak rękodzieło artystyczne ani zajmowanie się
domowymi zwierzętami. Jest jeszcze jeden brak, który pewnie was zadziwi.
Gdy respondenci mieli nazwać własnymi słowami zajęcia dające odprężenie,
na czele listy nie znalazło się buszowanie w sieci ani przeglądanie
portali społecznościowych. Owszem, spędzamy coraz więcej czasu w internecie, zamieszczamy selfie, sprawdzamy posty w mediach
społecznościowych, ale nawet jeśli sprawia nam to przyjemność, to
zdajemy sobie sprawę, że nie przynosi nam odpoczynku. W kolejnych
rozdziałach zobaczycie, jakie zajęcia dotarły do grupy finałowej.
Mam nadzieję, że zachęcę was do zastanowienia się nad tym, czym jest
odpoczynek i jakie miejsce zajmuje w waszym życiu. Chciałabym, żeby po
zakończeniu lektury każdy czytelnik mógł odebrać receptę na odpoczynek
albo spojrzał świeżym okiem na to, jak wykorzystuje swój czas.
Podsumowując najbardziej popularne formy wypoczynku, będę posługiwać się
dowodami naukowymi. Spędzanie czasu na łonie przyrody wśród drzew brzmi
cudownie, ale czy da się udowodnić, że daje odprężenie? "Udowodnić"
oznacza tu zmierzyć określone korzyści za pomocą twardych naukowych
kryteriów. Po drodze spróbuję podważyć kilka powszechnych opinii, na
przykład to, że mindfulness może pomóc w większości przypadków depresji,
że oglądanie telewizji to strata czasu, a bujanie w obłokach należy
tępić.
Różne rzeczy sprawdzą się u różnych osób; mam jednak nadzieję, że moja
książka pomoże ci zobaczyć, co najlepiej służy tobie. Nie każde zajęcie
jest atrakcyjne dla wszystkich, ale każde może nas nauczyć, jak osiągnąć
stan odprężenia. A im więcej wiemy o tym, jak ważny jest odpoczynek, tym
łatwiej jest odpoczywać świadomie i bez poczucia winy. Czołowa
dziesiątka czynności z ankiety Rest Test została przedstawiona w książce tak, jak wyniki list przebojów, od dziesiątego miejsca do
pierwszego. Już teraz mogę was z radością poinformować, że najbardziej
lubianą formą odpoczynku okazało się czytanie. Wiecie, co się mówi o mądrości tłumów: 18 tysięcy ludzi nie może się mylić. Miłej lektury, nic
tak nie odpręża jak czytanie, a czy może być coś bardziej odprężające
niż książka o odpoczynku?
10
MINDFULNESS
Pytanie: Jakie jest ulubione jedzenie nauczycieli mindfulness?
Odpowiedź: Rodzynki.
Jak się pewnie domyślacie, to wcale nie
jest żart. Jeśli zapiszecie się na kurs mindfulness, czyli treningu
uważności, to z całą pewnością w którymś momencie nauczyciel wyjmie
torbę z rodzynkami i pozwoli wam poczęstować się jedną. Kilka razy
przeprowadzałam radiowe wywiady z nauczycielami mindfulness i za każdym
razem dostawałam rodzynkę. I przyznaję, zawsze nachodziła mnie ta sama
myśl: O, matko, jeszcze jedna rodzynka, której nie mogę tak po prostu
zjeść. Mimo to spotkanie z suszonym winogronem zawsze działa.
Sceptycznie podchodzę do zapewnień, że mindfulness pomaga na wszystko,
jednak nie umiem zaprzeczyć, że ćwiczenie z rodzynką jest fascynujące.
A odbywa się to tak. Najpierw trzymasz rodzynkę i uważnie się jej
przyglądasz, dostrzegasz pomarszczoną skórkę, cień w załamaniach,
światło odbijające się na niektórych krawędziach. Obracasz ją w palcach,
aż w końcu zauważasz różne odcienie brązowego koloru. Kładziesz ją na
dłoni i sprawdzasz, czy czujesz jej wagę. Przykładasz do ucha.
Wsłuchujesz się w nią, jakby była muszlą. Słyszysz jakiś dźwięk, gdy
zgniatasz ją lekko w palcach? Nie, ten dźwięk to nie fale rozbijające
się o brzeg. Jakie to uczucie, gdy rodzynka dotyka opuszków palców? Może
trochę się ogrzała przez ten czas albo rozmiękła. Potrafisz wyczuć jej
zmarszczki i załamania? Przełóż ją do drugiej dłoni. Czujesz to samo?
Jeśli nie, to czym się różnią twoje doznania?
Pewnie już zauważyliście, że to przyglądanie się rodzynce uruchamia
kolejno różne zmysły. Zbliż ją do nosa. Jak pachnie? Nauczyciele
mindfulness lubią przeciągać to ćwiczenie i dopiero po pięciu długich
minutach pozwalają ci wziąć rodzynkę do ust. (Zakładając, że wciąż masz
na to ochotę). Ale nawet wtedy nie wolno ci jej zjeść. Najpierw
kładziesz ją na języku i sprawdzasz, co czujesz. Skupiasz się na tym
przez pół minuty. Dopiero potem zaczynasz żuć rodzynkę, oczywiście
bardzo powoli, zauważając wszystko, co się dzieje w ustach: słodki smak,
napływającą ślinę, wszystkie doznania związane z przeżuwaniem i połykaniem10.
Wystarczy. Moje gratulacje. Właśnie zjedliście rodzynkę z uważnością. Tę
technikę można stosować we wszystkich okolicznościach. Jazda pociągiem z uważnością, wyprowadzanie psa z uważnością, pranie z uważnością (nie
trzeba się posuwać aż do smakowania płynu do prania) -?we wszystkim
chodzi o zwracanie uwagi na doznania zmysłowe i oddech. Jeśli w głowie
pojawiają się jakieś rozpraszające myśli, zauważ je bez oceniania,
zaakceptuj je, zamiast wypierać albo uciszać.
Może jesteś osobą, która praktykuje mindfulness co dzień. Albo już od
jakiegoś czasu chciałbyś spróbować. A może uważasz, że to po prostu
newage'owy bełkot, a powolne jedzenie rodzynki jest głupotą. Jak już
wspomniałam, ja sama z rezerwą traktuję przekonanie, że mindfulness jest
lekiem na wszystko. Wprawdzie wokół tej metody rozwinął się w ogromny
biznes, jednak w naszej dziesiątce najlepszych form odpoczywania
mindfulness znalazł się na ostatnim miejscu, co jest dość wymowne.
Mindfulness nie jest dla każdego i nie jest też panaceum, jak się często
twierdzi. Ale nawet jeśli nie zamierzasz zająć się nim na stałe, to i tak możesz się z niego wiele nauczyć na temat odpoczywania.
Oczywiście można zgodnie z prawdą powiedzieć, że trening uważności nie
jest niczym nowym, że po prostu dopasowano rozmaite buddyjskie techniki
medytacyjne sprzed dwóch i pół tysiąca lat do współczesnych czasów,
pozbawiono skupionych na współczuciu elementów etycznych i duchowych, a następnie wykorzystano jako metodę przynoszącą osobiste korzyści i niesłużącą innym. Prawdą jest też, że "mindfulness" stał się terminem
obejmującym najrozmaitsze praktyki. Nawet buddyzm tantryczny zawiera
mnóstwo technik medytacyjnych, które osoba praktykująca albo propagująca
mindfulness może zaadaptować do swoich potrzeb. Jeśli dodać do tego inne
tradycyjne praktyki medytacyjne oraz programy terapeutyczne poprawiające
zdrowie psychiczne, rozmaite mindfulnessowe aplikacje, książki, zajęcia
w najbliższej siłowni, trudno się dziwić, że jedyną rzeczą na temat
mindfulness, co do której wszyscy się zgodzą, jest stwierdzenie, że ta
metoda obejmuje różnorakie formy i podejścia.
Jeśli ktoś mówi, że praktykuje uważność, może to oznaczać, że
przesiedział już wiele tysięcy godzin w tradycyjnej medytacji, że włącza
do swojej praktyki -?albo nie -?rozwijanie współczucia wobec siebie i innych, że regularnie korzysta w domu z jakiejś aplikacji albo że po
prostu stara się być bardziej obecnym w teraźniejszości i zwracać uwagę
na doznania płynące z ciała. Ta lista pokazuje tylko maleńki wycinek
różnorakich wcieleń medytacji mindfulness, rozumianej jako sztuka,
nauka, filozofia, religia albo zestaw ćwiczeń do wykonania.
Mnie jednak bardziej niż różne formy i definicje mindfulness interesują
solidne, wiarygodne badania pokazujące, kiedy trening uważności jest
skuteczny, a kiedy nie. Dlatego na potrzeby tej książki będę się
posługiwać prostą definicją. Może nawet dziecinną. Znalazłam ją w zabawnej książce o mindfulness, którą dostałam kiedyś pod choinkę,
wydanej w słynnej serii Ladybird Books. Otóż według niej mindfulness to
umiejętność myślenia, że coś robisz, kiedy nie robisz nic. Poważniejsza
definicja, najczęściej obecnie używana, pochodzi od człowieka, który dla
wielu osób jest idolem w tej dziedzinie: od Jona Kabat-Zinna. To od
niego zaczęło się zainteresowanie tym rodzajem medytacji na Zachodzie,
kiedy w 1979 roku powstał jego program redukcji stresu oparty na
uważności (ang. MBSR -?Mindfulness Based Stress Reduction). Kabat-Zinn
mówi, że mindfulness to "świadome skupianie uwagi w szczególny sposób: z ukierunkowaniem na chwilę obecną i bez ocen".
Ale jak miałoby to dawać uczucie odpoczynku?
Ścieżka największego spokoju
Jak wszyscy wiemy, nasz umysł zostawiony sam sobie od razu zaczyna
gdzieś błądzić. Czasem sprawia nam to przyjemność, ale czasem myśli
stają się nieznośne: krytykujemy samych siebie, dręczymy się
przeszłością albo martwimy o przyszłość. I właśnie wtedy uważność staje
się użytecznym narzędziem: pomaga nam trzymać się teraźniejszości. Im
dłużej praktykujemy uważność, tym łatwiej wrócić nam do tego stanu,
nawet w najtrudniejszych chwilach, kiedy jesteśmy zestresowani albo
przeżywamy przykre emocje.
Dziewiętnastowieczny filozof i psycholog William James powiedział:
"Zmieniając wewnętrzne nastawienie umysłu, ludzie mogą zmienić
zewnętrzne aspekty życia". Niektórzy porównują trening uważności do
trenowania mięśni, a to naturalnie wymaga wysiłku. To prawda, na
początku praktyka uważności nie daje odprężenia. Podczas studiów
uczestniczyłam w weekendowym warsztacie medytacyjnym w ośrodku
buddyjskim i przez te dwa dni niemal cały czas myślałam tylko o tym, że
kiepsko mi idzie, że bolą mnie kolana i że wszyscy inni radzą sobie dużo
lepiej niż ja. Na koniec warsztatu wcale nie byłam spokojna i rozluźniona -?przeciwnie, byłam zestresowana. I zdaje się, że nie jestem
w swoich doświadczeniach odosobniona.
Jednak zwolennicy mindfulness mówią, że trzeba być wytrwałym. Bo w końcu
osiągniemy spokój. Tak samo jest w przypadku innych odprężających
czynności. Kiedy zaczęłam na poważnie zajmować się ogrodnictwem,
wymagało to ode mnie skupienia, planowania, podejmowania decyzji i oczywiście wysiłku fizycznego -?a wszystko to razem wygląda bardziej jak
praca niż odpoczynek. Ale dziś każdy z tych elementów, nawet najbardziej
żmudny czy męczący, natychmiast przynosi mi odprężenie. Gdy tylko wejdę
do mojej maleńkiej, mieszczącej jedną osobę szklarni, od razu czuję się
lepiej. Gdy tylko zaczynam kopać na grządkach, sadzić kwiaty w ogródku
od ulicy, jestem zrelaksowana i szczęśliwa.
Jon Kabat-Zinn jest dość stanowczy, jeśli chodzi o wysiłek niezbędny
przy praktykowaniu uważności. Opracowany przez niego kurs składa się z ośmiu cotygodniowych dwugodzinnych sesji, a zakończony jest całodniowym
warsztatem. Ale najbardziej wymagająca jest praca domowa. "Umawiamy się,
że znajdujecie co dzień czterdzieści pięć minut, sześć dni w tygodniu,
żeby nic nie robić. Nieważne, kiedy znajdziecie te czterdzieści pięć
minut, najważniejsze, żebyście medytowali. Nie musi się to wam podobać.
Ale musicie to robić". Prawidłowa praktyka wymaga poświęcenia. Sama
próbowałam wiele razy, zazwyczaj wtedy, gdy prowadziłam jakieś publiczne
spotkania albo dyskusje na temat uważności, ale także sama dla siebie w domu. Zawsze postanawiałam sobie, że będę praktykować regularnie, ale
nigdy nie wytrwałam do końca. Podejrzewam, że nauczyciele uważności, z którymi przeprowadzałam wywiady, nie pochwalają takich niekonsekwentnych
amatorów jak ja, jednak nigdy mi tego nie powiedzieli, ponieważ nie
krytykują innych.
Osiągnięcie stanu spokoju wymaga wiele pracy, ale Jon Kabat-Zinn ma
rację, kiedy mówi, że warto spróbować. "Doświadczenie takiego
nieprzerwanego, zewnętrznego spokoju i towarzyszącej mu wewnętrznej
ciszy to wystarczający powód, by tak zaplanować życie, żeby pielęgnować
ten stan i od czasu do czasu się w nim zanurzyć".
Dlaczego mindfulness przynosi odprężenie?
Wielki spokój rzeczywiście kojarzy się ze wspaniałym odpoczynkiem, mimo
to widzę w tym pewien paradoks. Jeśli początkowo jest to takie trudne,
to czy można to nazwać odpoczynkiem? Czy odpoczynek nie powinien dawać
odprężenia natychmiast? W naszym Teście odpoczywania dziewięć innych
działań zostało ocenionych wyżej niż trening uważności, ale jednak ponad
cztery tysiące osób uznało go za świetną formę odpoczynku. Skąd się to
wzięło?
Przede wszystkim mindfulness narzuca surową dyscyplinę. Jeśli
praktykujesz prawidłowo, robisz tylko to, nic innego. Żadnego radia ani
telewizji. Telefon jest wyłączony. Laptop też. Żadnej muzyki w tle.
Odcinasz się od hałasu i natarczywości codziennego życia, od
wszystkiego, co rozprasza uwagę. Co samo w sobie może być odprężające,
nawet jeśli trudno ci zachować uważność.
Osoby praktykujące nie przeżywają wciąż na nowo rozmowy, w której
powiedziały coś niewłaściwego, nie wyobrażają sobie tego okropnego
zebrania, w którym będą musiały uczestniczyć następnego dnia. Są mniej
nieśmiałe i nie zamartwiają się tym, co powiedzą o nich inni. Dzięki
treningowi uważności potrafią nie tyle zwalczyć terkot myśli, co go
dostrzec i uznać. Myśli wciąż tam są, ale można je ignorować. Myśli
przychodzą i odchodzą, wystarczy je obserwować i akceptować, zamiast
oceniać. Nie ma myśli złych ani dobrych, są po prostu myśli. Mindfulness
pomaga też ludziom uwolnić się od trudnych emocji.
Przy takiej liście korzyści trudno się dziwić, że dla wielu osób
praktyka uważności jest najlepszą formą odpoczynku.
Wprawdzie praktykuję mindfulness z odpowiednią dyscypliną nie częściej
niż raz w roku, ale miałam okazję przekonać się na własnej skórze, jaką
moc ma skupienie uwagi na chwili obecnej. Poproszono mnie kiedyś o przeprowadzenie wywiadu ze znaną satyryczką Ruby Wax. Rozmowa miała się
odbyć na scenie londyńskiego teatru Barbican przed wielką publicznością.
W odróżnieniu od wielu osób lubię takie występy. Przeprowadziłam tysiące
wywiadów, choć większość odbywała się w studiach radiowych. Ten był
jednak inny. Miałam rozmawiać z kimś, kto był nie tylko sławny, ale i bardzo błyskotliwy.
Przed imprezą weszłyśmy na wielką scenę, którą zazwyczaj zajmował chór z orkiestrą symfoniczną. Na środku stały przygotowane dla nas krzesła, a naprzeciwko -?półtora tysiąca foteli dla widzów. Zaczęłam się
denerwować. Po co się na to zgodziłam? Jak się z tego wykręcić?
Wróciłyśmy do pokoju dla artystów, na widownię wpuszczono publiczność.
Tuż przed wejściem na scenę znalazłyśmy się przed najdłuższym rzędem
luster, jaki w życiu widziałam. To w nich muzycy z orkiestry mogą się
przejrzeć przed występem i poprawić ubranie albo fryzurę. Był tam też
ekran pokazujący ludzi zajmujących miejsca na widowni. Były ich całe
setki, może nawet tysiące.
Rozmowa miała dotyczyć depresji i tego, jak Ruby Wax uporała się z nią
dzięki praktyce uważności, dlatego w pewnym momencie na scenie miał się
pojawić nauczyciel mindfulness i pokazać widzom kilka ćwiczeń.
Inspicjent powiedział, że została nam minuta. I wtedy nauczyciel, chcąc
nas wszystkich uspokoić (co za kojąca myśl, że nawet sławni ludzie się
denerwują), zaproponował krótką medytację. Skierowaliśmy uwagę na nasze
stopy i to, jak ich kontakt z podłogą zapewnia nam mocne oparcie. Potem
skupiliśmy się na doznaniach płynących z nóg i tułowia. Przyglądaliśmy
się, jak oddech wpływa i wypływa z naszego ciała. A potem przez kilka
kolejnych sekund po prostu czekaliśmy, oddychaliśmy, byliśmy w chwili
obecnej. Minuta minęła. Skutek był niewiarygodny. Zamiast graniczącego z paniką lęku przed rozmową ze sławnym człowiekiem na oczach licznej
publiczności poczułam, jak zalewa mnie fala spokoju. Weszłam na scenę,
usiadłam na swoim krześle całkowicie odprężona.
Praktyka uważności nie tylko przynosi spokój w trudnych sytuacjach, ale
także uczy, kiedy powinniśmy odpocząć. Dostrajając się do doznań
płynących z ciała i umysłu, jesteśmy w stanie uchwycić istotne sygnały.
Może usztywniasz ramiona, może irytują cię obecne wokół osoby. Większa
świadomość podpowie ci wtedy, że twoja irytacja nie ma nic wspólnego z tymi osobami, że jest oznaką zmęczenia albo przytłoczenia. Im szybciej
to zauważysz, tym szybciej zrobisz coś, by znaleźć trochę czasu na
odpoczynek. Żeby dojść do tego punktu, niepotrzebna jest praktyka
mindfulness, wystarczy bycie uważnym.
Uwaga na dowody
Moja opowieść o wywiadzie z Ruby Wax to anegdota, ale żeby zmierzyć
wpływ praktyki uważności na umysł, potrzebujemy danych naukowych. W ostatnich latach warsztaty mindfulness zyskały wielką popularność w miejscach pracy, w szkołach, a nawet w więzieniach. I jak wszystko, co
cieszy się popularnością, metoda ta stała się przedmiotem szczegółowych
badań. Mamy dziś wiele danych pokazujących, że określone techniki
mindfulness przynoszą dobre efekty w specyficznych grupach, jednak
trening uważności przedstawia się często jako panaceum, a tego akurat
nie udało się potwierdzić. Wprawdzie przeprowadzono już tysiące badań,
ale w wielu z nich uczestniczyły małe grupy, do tego brały w nich udział
osoby, które same podjęły decyzję o uczeniu się tej metody, a nie
zostały wybrane do treningu losowo. Dlatego nie możemy mieć pewności,
czy wyniki nie zostały zniekształcone przez to, że badania przyciągnęły
określony typ ludzi.
Mimo to w ciągu ostatnich dwudziestu lat podjęto kilka wartościowych
prób, a uzyskane wyniki naprawdę robią wrażenie. Problem polega jednak
na tym, że wyniki te, potwierdzające przydatność praktyki mindfulness,
odnoszą się jedynie do formalnych kursów, mających określoną strukturę.
A pod etykietą "mindfulness" kryje się tyle różnych technik, że trudno
jest stwierdzić, czy wszystkie kursy i praktyki są tak samo skuteczne.
Nawet bardzo przychylny raport przygotowany przez ponadpartyjny
parlamentarny zespół do spraw mindfulness (tak, tak, w Wielkiej Brytanii
naprawdę coś takiego istnieje!), w którym wzywa się do zwiększenia
dostępności tej metody w służbie zdrowia, szkołach, biurach, fabrykach i więzieniach, przyznaje, że badania dotyczące miejsc pracy są
"niejednolite", że w badaniach dotyczących szkół są pewne braki i że
nauka nie nadąża za popularnością treningów mindfulness.
Parlamentarzyści ubolewali też nad brakiem ogólnych wniosków.
Potrzebujemy zatem większej liczby dobrych badań, które powiedziałyby,
komu mindfulness pomaga, a komu nie.
Na szczęście są już pierwsze jaskółki. Profesor Richard Davidson z Laboratorium Badań nad Obrazowaniem Mózgu i Zachowaniem przy Ośrodku
Waismana (Waisman Laboratory for Brain Imaging and Behavior) na
uniwersytecie stanowym w Wisconsin kieruje ponad stuosobowym zespołem
mającym wypełnić luki badawcze, ale i on przyznaje, że wiele pytań wciąż
nie doczekało się odpowiedzi11. Prowadzone są też jeszcze
większe projekty, między innymi pięcioletnie badanie z udziałem siedmiu
tysięcy uczniów brytyjskich szkół, z których połowa będzie się uczyć
treningu uważności.
Jedne z ważniejszych badań w tej dziedzinie przeprowadzono w Oksfordzkim
Centrum Mindfulness (Oxford Mindufulness Centre), gdzie powstał
szczególny program terapeutyczny: terapia poznawcza oparta na
mindfulness (Mindfulness Based Cognitive Therapy -?MBCT). Podobnie jak
jego amerykański pierwowzór, program składa się z ośmiu cotygodniowych
sesji. Zapewniające losowość badania kontrolne dowodzą, że w przypadku
osób mających za sobą co najmniej trzy epizody depresyjne MBCT o połowę
zmniejsza ryzyko nawrotu12. Metoda była najbardziej skuteczna u osób z największym ryzykiem nawrotów, jednak okazała się mniej pomocna w przypadku pacjentów z jednym lub dwoma epizodami. Może się to wydawać
zaskakujące, często bowiem się słyszy, że mindfulness działa na
wszystkie formy depresji. Dyrektor Oksfordzkiego Centrum Mindfulness
Willem Kuyken wiąże to z faktem, że osoby z przewlekłą depresją mają
większą skłonność do obsesyjnych negatywnych myśli, a właśnie z nimi
mindfulness radzi sobie szczególnie dobrze.
Są też dowody, że mindfulness pomaga w przypadku chronicznego bólu,
łagodzi niepokój, a u osób uzależnionych od narkotyków zmniejsza głód
narkotykowy. Ale są także wyniki pokazujące, że równie skuteczne mogą
być inne interwencje psychologiczne. Wszystkie te badania wysoko
ustawiają poprzeczkę, i słusznie. Ich celem jest sprawdzenie, czy
mindfulness rzeczywiście pomaga w trudnych przypadkach. Osiągnięcie
rozluźnienia jest dużo łatwiejsze. Niektóre badania dowodzą, że trening
uważności polepsza pamięć i uwagę, poprawia nastrój, zwiększa
kreatywność, skraca czas reakcji, a także obniża ciśnienie i pobudza
układ odpornościowy. Według jednego raportu mindfulness potrafi uczynić
z nas sympatyczniejszych ludzi. Otóż po dwóch tygodniach używania
aplikacji albo po ośmiotygodniowym kursie osoby badane chętniej
udzielały pomocy komuś idącemu o kulach13.
Natomiast jeśli chodzi o poważny odpoczynek oraz ucieczkę od przykrych
uczuć i nieustannego trajkotania umysłu, najbardziej interesujące
badania znajdziemy w obszarze neuronauki. Wykazano na przykład, że
mindfulness zmniejsza aktywność ciała migdałowatego, które odpowiada w mózgu za podyktowaną strachem reakcję "walcz lub uciekaj"14.
Należy jednak pamiętać, że te badania są na ogół prowadzone na osobach
doświadczonych w buddyjskiej medytacji, które w ciągu kilkudziesięciu
lat spędziły na poduszce tysiące godzin. Zespół Richarda Davidsona badał
joginów, którzy w swoim życiu poświęcili na medytację średnio 27 tysięcy
godzin, a wyniki okazały się naprawdę niezwykłe: nawet kiedy badani nie
medytowali, ich mózgi wykazywały taką samą aktywność jak u osoby
medytującej. Dla tych joginów uważność była stanem, który osiągali bez
najmniejszego wysiłku czy starania.
Jeśli akurat nie masz wolnych 27 tysięcy godzin, które mógłbyś poświęcić
na medytację, to może pocieszą cię doniesienia mówiące, że pewne różnice
w aktywności mózgu są widoczne zaledwie po dwóch tygodniach
praktykowania mindfulness. W badaniu z 2013 roku naukowcy z zespołu
Davidsona losowo podzielili uczestników na dwie grupy. W pierwszej
badani mieli co dzień wykonywać nagraną trzydziestominutową medytację
współczucia. Instrukcja mówiła, żeby pomyśleli o bliskiej osobie,
wyobrazili sobie jej cierpienie, a następnie skupili się na pragnieniu,
by ta osoba mogła się uwolnić od cierpienia. To samo mieli zrobić wobec
siebie, osoby obojętnej i osoby, z którą mają trudną relację. Badani z drugiej grupy otrzymali nagranie z klasycznymi technikami behawioralnej
terapii poznawczej. Mieli przypomnieć sobie jakieś stresujące
wydarzenie, szczegółowo opisać związane z nim swoje myśli i uczucia, a następnie spojrzeć na to samo wydarzenie z perspektywy innych osób
biorących w nim udział. Po upływie dwóch tygodni przeskanowano mózgi
uczestników, pokazując im jednocześnie zdjęcia cierpiących ludzi. U osób
praktykujących medytację zauważono zmienioną aktywność między innymi w płacie ciemieniowym i grzbietowo-bocznej korze przedczołowej, które to
dwa obszary biorą udział w rozumieniu uczuć innych i regulowaniu
własnych emocji. Co więcej, osoby medytujące wykazywały większą hojność
w grze, w której można było zdecydować, jak się przekaże pieniądze innym
ludziom. Jednak Davidson ostrzega, że taka zmiana jest krótkotrwała i zanika po zaprzestaniu medytacji15.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki