Grudzień 1980
Od kilku dni odbywa się już sprzedaż naturalnych drzewek. Jak nas poinformowano w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach, w woj. katowickim na rynek trafi 51 tys. 600 sztuk drzewek, jest to mniej wobec 60 tys. sztuk, które sprzedano w roku ubiegłym. Spadek podaży nie powinien być jednak odczuwalny, ponieważ coraz większą popularnością cieszą się choinki sztuczne. W Katowicach w roku bieżącym w sprzedaży znajdzie się 5100 drzewek - nabywać je można w 14 punktach w mieście m.in.: przy ul. Mickiewicza, Warszawskiej, Gliwickiej, Markiefki, Kotlorza, Wiosny Ludów, także na osiedlu Tysiąclecia, Murckach i w Kostuchnie [...]1.
Barbara Uniszewska zmrużyła oczy, aby przeczytać drobny druk w "Trybunie Robotniczej". Podczas ostatnich badań okresowych okulistka zdiagnozowała u niej wadę wzroku. Oczywiście Basia wiedziała o tym i bez czytania rzędu liter na zawieszonej na drzwiach gabinetu tablicy, ale sama przed sobą nie chciała przyznać, że jej organizm zaczął się starzeć. Powinna nosić okulary, lecz tanie oprawki wydawane na przepisaną przez lekarza receptę były tak nietwarzowe, że za nic nie pokazałaby się w nich w szpitalu. Przecież coś jeszcze widzi. Kiedy tylko odłoży trochę zaskórniaków, pojedzie do pana Kłosa, który ma swój zakład w Chorzowie-Batorym przy dworcu. Znała go i nie miała wątpliwości, że optyk, od lat sprowadzający oprawki z Niemiec, dobierze jej coś naprawdę gustownego. Zresztą trudności z przeczytaniem artykułu w gazecie trzymanej przez siedzącego przed nią mężczyznę nie wynikały jedynie z pogarszającego się wzroku. Autobus szarpał dziś tak niemiłosiernie, że czytającego rzucało raz na lewo, raz na prawo, a czasem wraz z rozłożoną na kolanach płachtą wpadał z całym impetem na oparcie fotela znajdującego się przed nim.
Stojąca w przejściu Barbara z jeszcze większym trudem łapała równowagę, usiłując nie potrącić nikogo spośród stłoczonych wokół niej pasażerów. Autobus jak zwykle był przepełniony. Niewyspani ludzie, zmuszeni do podróży w rosnącym zaduchu spalin, zmieszanych z subtelną nutą zapachową kul na mole, którymi pachniały futra i czapki kilku starszych kobiet, stawali się coraz bardziej drażliwi. Do uszu Barbary co rusz dochodziły podniesione głosy bądź niskie pomruki tych, którzy zostali podeptani czy popchnięci przez sąsiadów. Wydawało się, że tylko grupka młodzieży w przegubie ikarusa dobrze się bawi.
- A może byś ściągnął tę torbę, kawalerze? - burknął nerwowo tęgi mężczyzna w waciaku, szturchając w bok młodego chłopaka. - Teraz to już nie wiadomo, czy oni do szkoły, czy na biwak jadą. O! Niech pani spojrzy - zwrócił się do stojącej obok staruszki, kurczowo trzymającej się drążka - sprzączka taka, że jak uderzy, to zabić może.
We wczesny czwartkowy poranek tuż przed Bożym Narodzeniem atmosfera w autobusie nie była świąteczna. Nawet ci, którym nie przeszkadzali współtowarzysze podróży, sprawiali wrażenie zamyślonych, ale nie było to radosne rozmyślanie o nadchodzącym czasie. Gdyby ktoś mógł przeczytać myśli kłębiące się w pojeździe, to przekonałby się, że większość z nich z dotyczyła braku czegoś, co do przygotowania wieczerzy wigilijnej zdawało się niezbędne.
Basia też się martwiła. Tyle jeszcze należało zrobić. Tyle kupić. W natłoku spraw omal nie zapomniała o choince. Dobrze, że mężczyzna, który właśnie wstał i zaczął przepychać się w kierunku drzwi, żeby wysiąść na kolejnym przystanku, otworzył gazetę akurat na stronie ze sporym zdjęciem przedstawiającym gąszcz drzewek czekających na klientów.
Dziś nie zdążę kupić, myślała, nawet nie próbując usiąść na zwolnionym fotelu. Miała czterdzieści dwa lata, ale wciąż czuła, że jest zbyt młoda, by rościć sobie prawo do zajmowania wolnych miejsc w komunikacji publicznej. Nie wyjdzie przed szesnastą. A po południu zostaną te najbrzydsze. Może Albertowi udałoby się wyrwać. W końcu z komendy na Mickiewicza jest rzut beretem, ale on oczywiście odmówi, będzie twierdził, że nie ma czasu, że jest zawalony robotą.
Barbara znała jednak prawdziwy powód odmowy, której była pewna. Albert za nic nie pokazałby się na ulicy ze świątecznym drzewkiem. Czyż nie był milicjantem, a milicja służy władzy, nie Bogu?
Wzięła głęboki oddech, chciała przegonić uczucie rozczarowania, które poczęło rozlewać się wokół jej serca.
Choinka nie była jedynym problemem, z którym musiała zmierzyć się Uniszewska. Co prawda mama obiecała pomoc w zakupach, a potem w przygotowywaniu świątecznych potraw, ale okien już przecież za Barbarę nie umyje, pościeli nie wykrochmali, nie wyklepie rozłożonego na śniegu przed blokiem tureckiego dywanu, który Albert i Majka nieśli kiedyś przez całe Katowice, gdy kierowca autobusu zatrzymującego się przy szaberplacu na Zawadzkiego nie wpuścił ich z nowym nabytkiem do środka.
Uniszewska była naprawdę dumna ze swojego mieszkania, do którego wprowadzili się osiem lat temu. Mieszczące się na osiedlu Tysiąclecia M-3 było wygodne i nowoczesne, a bliskość Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku sprawiała, że nieraz, wspominając adres, wyczuwała zazdrość rozmówców, chętnie więc dodawała, że z okien sypialni widzi diabelski młyn - największą atrakcję wesołego miasteczka, choć nie do końca była to prawda, bo widok całkiem niedawno zasłonił jej kolejny wybudowany na osiedlu blok.
Basia wiedziała, że żyje na zadowalającym poziomie, którego wielu jej zazdrości, a mimo to czasem z lekkim rozrzewnieniem wspominała dzieciństwo i dorastanie spędzone na ulicy Prusa w Chorzowie. Niewiele wówczas miała obowiązków, a jedynym zmartwieniem były żmudne palcówki ćwiczone na pianinie i oceny, które czasem nie satysfakcjonowały rodziców, marzących o tym, aby córka jako pierwsza z rodziny zdała maturę, a może nawet poszła do wyższych szkół. Chyba wówczas po raz ostatni czuła się naprawdę wolna, nieobciążona codziennymi troskami, odpowiedzialna tylko za samą siebie. Czy to źle, że chciała więcej? Lepiej?
Autobus z lekkim szarpnięciem ruszył z kolejnego przystanku. Uniszewska nie musiała wyglądać przez zaparowane okno, by wiedzieć, gdzie jest. Od tylu lat prawie codziennie przemierzała trasę Tysiąclecie-Ligota autobusem linii sto trzydzieści osiem, że znała ją na pamięć. Tak jak stan większości autobusów i charakter kierowców. Ten, z którym jechała dzisiaj, nie należał do najmilszych.
- I czego biegasz? Życie ci niemiłe?!
Nie wyjechali jeszcze z zatoczki, gdy autobus zahamował tak gwałtownie, że teraz już wszyscy pasażerowie bez wyjątku na siebie powpadali.
- Jak jakaś święta krowa! - pieklił się kierowca, a mimo to, ku zdziwieniu Barbary, otworzył przednie drzwi.
Uniszewska wyciągnęła szyję, żeby dojrzeć, któż to zasłużył na taką łaskawość szofera.
Nie zdziwiła się, kiedy dostrzegła Marylkę Wieczorek, która ciężko dysząc, wdrapywała się po schodkach i z zakłopotaniem malującym się na zaczerwienionej twarzy raz za razem dziękowała kierowcy, że na nią zaczekał.
Basia stała zbyt daleko, aby słyszeć słowa wypowiadane przez koleżankę, ale bez trudu mogła się ich domyślić. Powodem tego, że Maryla znów ledwie zdążyła na autobus, było z całą pewnością któreś z jej dzieci. Szczególnie czteroletnia Anusia często dezorganizowała matczyne poranki. Być może mała znów się rozchorowała, wstała rano z bólem brzuszka lub gorączką, więc Wieczorkowa nie mogła zaprowadzić jej do przedszkola.
Gdy autobus ruszył, Maryla w końcu dostrzegła Barbarę. Obie kobiety uniosły ręce w geście powitania i uśmiechnęły się do siebie, lecz nie próbowały przeciskać się przez tłum. Jeszcze kilka przystanków i wysiądą, potem będzie ich czekał krótki spacer, podczas którego Maryla z całą pewnością opowie, co przydarzyło jej się dzisiejszego poranka.
Barbara, patrząc na koleżankę, która rozpinała właśnie górne guziki kraciastego, nieco przyciasnego płaszczyka, myślała z ulgą o tym, że jej Majka na szczęście nie wymaga już opieki. Nawet gdy czasem przydarzy jej się jakieś przeziębienie, to albo w ogóle się nie przyzna, by móc wyjść z domu, albo łyknie zaordynowane jej leki i tyle. Wbrew temu, co czasem mówiły inne matki, życie z nastolatką było dla Basi o wiele wygodniejsze, a ona sama nawet na ranną zmianę wychodziła bez pośpiechu, ze starannie ułożonymi włosami i z podkreślonymi czarną kredką powiekami. Tą choinką też niepotrzebnie się martwiła, ktoś ją w końcu kupi. A porządki? Przecież nawet jeśli nie zrobi wszystkiego, święta i tak przyjdą. Ani ona, ani Albert, który wiele lat temu przyjechał na Śląsk za pracą, nie byli niewolnikami tutejszych tradycji, wymagających od kobiet lśniącego czystością domu i pachnącej obiadem kuchni. Wręcz przeciwnie, drażniło ją wieczne narzekanie niektórych pielęgniarek, biegnących po pracy do domu, żeby ugotować dla męża dwudaniowy obiad. Ona uważała się za nowoczesną, za wielkomiejską, przyjaźniła się z tymi, którzy chętnie wyskakiwali po pracy na wódkę, a wieczorami chodzili do kina albo na dancingi do Europy na Mickiewicza. Najwięcej czasu Uniszewska spędzała jednak z mieszkającą w hotelu pielęgniarskim Bożenką. Samotna koleżanka, bez dzieci i bez jakichkolwiek domowych obowiązków, stała się idealną kompanką i uosobieniem tego, za czym Barbara coraz częściej tęskniła.
Oczywiście Uniszewska nie miała też nic przeciwko Maryli, która była serdeczna i dokładna. W pracy można było na niej polegać, ale jej górnicze korzenie, widoczne, zdaniem Basi, również w nieco krępej figurze i wiecznie rumianych policzkach, były Uniszewskiej obce.
Kiedy tylko wyszły z autobusu i zaczęły iść w kierunku zabudowań Centralnego Szpitala Klinicznego, Marylka potwierdziła domysły Basi.
- Anusia całą noc gorączkowała. Nie wiem, co tym razem - opowiadała.
Co prawda gdyby poczekały chwilę na jeszcze jeden autobus, dojechałyby pod sam szpital, jednak w sklepach tej spokojniejszej części miasta przeważnie można było kupić towar niedostępny gdzie indziej. Poranne spacery owocowały więc czasem kostką masła czy torebką mąki. Całkiem niedawno udało im się dostać całą siatkę cytryn, czym wywołały w pielęgniarskiej dyżurce niemałe poruszenie.
- Pewnie znów coś przyniosła z przedszkola. - Basia z grzeczności zainteresowała się problemem koleżanki. - Może tym razem to nie zapalenie płuc, ale zwykłe przeziębienie. Pogoda taka, że sporo dzieci choruje. Moja Majka też zawsze łapała coś w grudniu.
- Mam nadzieję - westchnęła Marylka i bezradnie rozłożyła ręce. - Dziś przyszła matka, aby z nią posiedzieć, ale jak gorączka nie spadnie do jutra, będę musiała pójść do przychodni. Pewnie znów skończy się na L-cztery. Już mi wstyd zgłaszać to oddziałowej. Przeze mnie są wieczne zmiany w grafiku. Mam nadzieję, że Tomek się nie zarazi, bo zamiast świąt będę miała szpital w domu.
Basia nerwowo przygryzła wargę i zapatrzyła się w witrynę mijanego sklepu mięsnego. Za szybą dostrzegła tylko puste haki.
Z jednej strony dobrze pamiętała, jak to było, gdy Majka chodziła do przedszkola. Też często zostawała z nią w domu. Z drugiej - wizja zastępowania nieobecnej koleżanki tuż przed świętami wcale jej się nie uśmiechała. Tym bardziej że nie tylko Wieczorkowa miała małe dzieci, a zimowe miesiące obfitowały w przynoszone ze szkół i przedszkoli choroby.
- A twoja matka nie mogłaby z nią zostać? Chore dziecko dużo śpi, nie jest aż tak wymagające... - zasugerowała.
Maryla znowu westchnęła.
- To nie o matkę chodzi, ona chętnie by pomogła, lecz o mojego Waldka. Dobry z niego człowiek, udał mi się mąż, nie mogę złego słowa powiedzieć, ale on by wolał, żebym nie pracowała - przyznała Marylka, nieco nerwowym ruchem poprawiając zsuniętą z czoła wełnianą czapkę. - Większość żon jego kolegów z gruby2 siedzi w domach. Wciąż muszę udowadniać, że szpital nie przeszkadza mi w opiece nad dziećmi. A jak poproszę matkę, to... Sama rozumiesz. Czasem wolałabym, abyśmy tak jak na położnictwie przeszły na dwie zmiany. Wtedy wypada więcej dni wolnych, łatwiej byłoby mi to ogarnąć.
Baśka absolutnie nie zgadzała się z koleżanką. Dla niej dwunastogodzinne zmiany, na które przechodziła część oddziałów, były nie do pomyślenia. Straciłyby wówczas popołudnia po pracy na pierwszą zmianę, podczas których można było jeszcze wyskoczyć gdzieś razem albo choć posiedzieć u koleżanek w hotelu. Tam zawsze było tak wesoło. Uniszewskiej nie chciało się jednak dyskutować teraz o tym z Marylką. Obie nie miały większego wpływu na czas pracy. Kiwnęła więc jedynie głową, karcąc w duchu siebie samą, że czasem nie docenia tego, co ma.
Weszły wreszcie na teren szpitala.
- Karpie przyszły! Samochody stoją pod wiatą przy drzwiach do magazynów - przywitał je stary portier. - Pospieszcie się, bo ryby są już przebrane.
Kobiety spojrzały na siebie zaskoczone.
- Przecież miały być jutro. Gdzie je dziś trzymać? Nawet wiader nie mamy.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- A co ja wam poradzę, drogie panie? Przywieźli, zaparkowali i wydają. Każdy gdzieś trzyma.
Baśka i Marylka wahały się tylko przez chwilę. Nie było zresztą nad czym debatować. Jeśli nie odbiorą karpi, nigdzie już ryb nie kupią. W centrali musiałyby stać w wielogodzinnej kolejce, a szansa, że dostaną jeszcze karpia bez zapisów, była nikła. Mimo różnic dzielących obie kobiety żadna z nich nie wyobrażała sobie świąt bez dzwonek usmażonych na z takim trudem zdobytym maśle.
Maryla wiedziała, że zarówno Anusia, jak i czternastoletni Tomek będą godzinami przesiadywali w łazience, przyglądając się pływającym w wannie rybom. Tomek pewnie zacznie straszyć siostrę przyczepionymi do brzuchów karpi pijawkami, które i w niej samej wywoływały odrazę.
U Basi ryby spowodują drobną kłótnię, bo Majka ostatnio ni stąd, ni zowąd zaczęła głosić, że trzymanie ich w wiadrach i miskach, a potem zarzynanie w zaciszu łazienek jest okrucieństwem. Albert z całą pewnością ją poprze. Po raz kolejny próbując jej, a właściwie samemu sobie udowodnić, że tradycyjne święta stają się przeżytkiem.
Tak czy inaczej, w wigilijny wieczór wszyscy będą zajadać się rybą, chwaląc, że została dobrze wypłukana i odpowiednio przyrządzona, dzięki czemu nie smakuje mułem.
- I po coście z nimi przylazły? Zaraz was oddziałowa pogoni - gderała Bożenka, gdy jakiś czas później weszły do dyżurki z siatkami pełnymi ledwie żywych ryb.
- A wy co ze swoimi zrobiłyście? - zapytała Basia, mocno już zdenerwowana rybim zamieszaniem. - Kuchnia nie chciała słyszeć o tym, aby nam je przechować. Przecież w tych torbach one nawet godziny nie przeżyją. Mamy je do umywalek wpuścić czy jak?
- A co ty mnie pytasz, ja przecież nie brałam - przypomniała Bożenka, zapinając guziki pielęgniarskiego fartuszka. - Jadę do domu, tam matka wszystko ma już naszykowane.
Basia i Marylka westchnęły niemal równocześnie. Zazdrościły koleżance beztroskich świąt spędzanych gdzieś na podczęstochowskiej wsi, z której pochodziła.
- Mogą panie pójść ze mną. Idę po swoje, to zrobi się miejsce dla waszych - odezwała się kończąca właśnie dyżur Edyta, jedna z nowo przyjętych na oddział dziewcząt. - Wszystko żeśmy już na nocnej zorganizowały, bo te ryby to o czwartej rano tutaj przywieźli.
Zeszły do magazynów. W przestronnych pomieszczeniach składowano szpitalne zapasy, od pościeli i materaców do wyposażenia sal zabiegowych i operacyjnych.
Centralny Szpital Kliniczny przyjął pierwszego pacjenta zaledwie siedem lat temu, więc pachniał jeszcze nowością. Był wybawieniem dla wciąż rosnącej liczby mieszkańców Katowic i przyległych miast. Był też jednym z nielicznych, który nie mógł narzekać na niedostatek sprzętu. To tu władza chwaliła się najnowocześniejszą aparaturą i świetnie wyszkolonym personelem, ściąganym na Śląsk z całej Polski. To tu przyjeżdżały gazety i telewizja, by pokazać, jak działa nowo powstały obiekt, narodowa duma.
- A co to jest? - zapytała zaskoczona Basia, gdy Edyta otworzyła kolejne drzwi. - Ale miałyście pomysł! - Kobieta klasnęła w dłonie, wchodząc do środka.
Na posadzce prawie pustego magazynu stało w rzędzie kilkanaście kolorowych niemowlęcych wanienek.
- Nawet nie wiedziałam, że takie mamy - przyznała Maryla z zaskoczeniem. - Na położnictwie ich używają? Przecież tam myją noworodki pod kranem. Jak się Anusia urodziła, nigdzie nie mogłam dostać wanienki, a ta po Tomku pękła, gdy pewnej nocy było takie tąpnięcie na Wujku, że nam spadła z pawlacza.
- Ponoć z darów przyszły - wyjaśniła Edyta. - Starsze pielęgniarki mówiły, że leżą tu już jakiś czas, to uznałyśmy, że się w końcu przydadzą.
Teraz już w trójkę pochylały się nad jedną z wanienek, w której tłoczyły się mniejsze i większe karpie.
- Tylko jak my je potem poznamy? - Basia zmarszczyła czoło i poprawiła natapirowaną grzywkę. - Przecież tu niektóre ryby są małe jak szprotki, a inne znów za tłuste. Jak tu wrócimy po południu, to pewnie zostaną tylko takie pływające do góry brzuchami.
Młoda pielęgniarka przykucnęła.
- Niech pani zobaczy. Każda swoją oznaczyła. - Mówiąc to, Edyta dotknęła płetwy jednej z ryb. - Moim przypięłam spinacze. A te dwie mają recepturki na ogonach. O, a ta ma przywiązany kawałek bandaża.
Marylka i Basia spojrzały na siebie i równocześnie z uznaniem pokiwały głowami. Przez chwilę milczały, głowiąc się widocznie, jak oznaczyć swoje ryby.
- To ja moje tak przyozdobię - zadecydowała Wieczorkowa, sięgając ręką do włosów.
Nie zważała na modę, warkocz zwinięty z tyłu głowy był jej stałą, niezmienną fryzurą. Chyba nikt w szpitalu nie widział Maryli w innym uczesaniu, a ona sama nie umiała wyobrazić sobie siebie w rozpuszczonych bądź, jak u Basi, krótko ściętych włosach. Z koka wyjęła dwie długie wsuwki, po czym wydobyła z siatki karpie i do płetwy każdego przymocowała tę niecodzienną ozdobę. Wpuszczone do wody ryby, wyraźnie zadowolone z odroczonego wyroku, zaczęły uderzać ogonami, ochlapując kobietom buty.
Pielęgniarki odskoczyły.
- A te karpie mogą przejąć po moich spinacze - zwróciła się do Basi Edytka. - Tylko trzeba zaraz powiedzieć na górze, że to teraz pani. I zapamiętajcie sobie numer wanienki. O, tu z boku je oznaczyłyśmy. Widzicie, nocna zmiana o wszystkim pomyślała.
Basi przemknęło przez głowę, czy aby zaaferowane rybami koleżanki miały czas doglądnąć pacjentów i czy teraz, przy porannym podawaniu leków, nie usłyszy zbyt wielu narzekań. Chociaż, patrząc z innej strony, przecież pacjenci szpitala doskonale wiedzieli, jak trudno zdobyć karpia. W sprawach zaopatrzenia wszyscy jechali na tym samym wózku.
*
- No i jak się pan dziś czuje, panie Leszku? - Maryla pochyliła się nad starszym mężczyzną, by wsunąć mu pod pachę termometr i położyć leki na stojącej obok metalowej szafce, pokrytej tu i ówdzie plamami rdzy.
Miała do obejścia cały oddział chirurgiczny, powinna się spieszyć, ale trudno było jej ot tak, bez choćby jednego życzliwego słowa przechodzić od łóżka do łóżka podczas porannego obchodu.
Z licznych wykładów i tysięcy mądrych rad udzielanych przez Marię Greszczuk, wspaniałą dyrektorkę katowickiego Medyka, Maryli najbardziej zapadły w pamięć słowa o współczuciu i wrażliwości na cierpienie. "Jeśli choruje dusza, choruje też ciało" - mówiła im nauczycielka. "Trzeba zatroszczyć się o jedno i drugie, aby pacjent mógł wyzdrowieć".
Wieczorkowa starała się zatem poświęcać czas pacjentom, których miała pod opieką. Zamienić z nimi choćby kilka zdań, zapytać o samopoczucie. Wiedziała, że inne pielęgniarki czasem podśmiewają się nieco z tej zbytniej wrażliwości. Ona jednak wiedziała swoje.
Ze starszym mężczyzną, który przebywał w szpitalu już od kilku tygodni, wiązała ją jednak szczególna relacja. Znała pana Leszka Kiełbasę od dziecka. Był ich sąsiadem na Rolnej, a Wieczorkowie mieszkali z rodzicami Marylki do zeszłego roku, kiedy to Waldek otrzymał kopalniane mieszkanie na Wincentego Pola. Ojciec i pan Kiełbasa niegdyś pracowali na Wujku, a po przejściu na emeryturę razem z kolegami grywali w szkata3 albo siadywali na ławce przed domem i godzinami rozprawiali o pogodzie i polityce. Zarówno pani Kiełbasowa, jak i matka Maryli nieustannie biadoliły na swoich mężów, próbując zabronić im tych politycznych dysput, które wraz z pogarszającym się słuchem obu panów stawały się coraz głośniejsze. A że w tych rozmowach więcej było narzekań niż pochwał, kobiety bały się, że któregoś dnia seniorzy ściągną na siebie kłopoty.
I kłopoty na pana Leszka faktycznie spadły, ale zupełnie innego rodzaju.
- A jak się mam czuć, kochanieńka, jak żeście mi tam w środku pogmerali? I paluchów niby nie mam, a bolą jak pieron.
- To bóle fantomowe - wyjaśniła pielęgniarka. - Tak czasem bywa po amputacjach. Dostaje pan leki. A śledzionę trzeba było wyciąć, bo był krwotok.
- A czy ja mówię, że nie trzeba było? - żachnął się ponownie pan Leszek. - Teraz to dopiero do tej ojczyzny pasuję, oboje my tacy pokiereszowani i poszarpani. Jej szczęścia brakuje i mnie też.
Maryla odruchowo zerknęła za siebie, ale nie upomniała pacjenta. Oprócz niego na sali leżało jeszcze dwóch innych mężczyzn, jednak obaj byli świeżo po poważnych operacjach, więc raczej nie mieli siły na podsłuchiwanie. Kobieta wiedziała, że przyjaciel ojca mówi takie rzeczy nie tylko jej, ale na szczęście większość personelu szpitala myślała o Polsce w podobny sposób.
Z dnia na dzień przybywało w szpitalu zwolenników Wolnych Związków Zawodowych "Solidarność". Lekarze, pielęgniarki i pozostali pracownicy rzucali partyjnymi legitymacjami, nie zważając już na to, że członkostwo w PZPR-ze zapewniało szybszy awans albo w ogóle go umożliwiało.
- Trzeba było się nie pchać pod jadący tramwaj, to teraz byłby pan w całości - próbowała zażartować Marylka. - I tak ma pan szczęście, że już pan z góry wszystkiego nie ogląda.
- Ech, bo ja to wiedzioł, że oni już tamtędy tę bankę4 puścili? Ciągle ino remonty były.
Pan Kiełbasa wyciągnął sobie spod pachy termometr i nie spojrzawszy na wynik pomiaru, podał go Maryli.
- Ten tramwaj puścili tam w sześćdziesiątym trzecim roku, a pan, panie Leszku, sporo tamtego dnia wypił, pewnie dlatego pan zapomniał - odpowiedziała Wieczorkowa, zerkając na termometr. Czuła się niekomfortowo, wypominając staremu górnikowi zbyt huczne świętowanie Barbórki, miała jednak ku temu powód. - Trzydzieści sześć i siedem, w normie. Za kilka dni pewnie pana wypiszą, a potem trzeba będzie poczekać na wyniki badań i pójść do hepatologa, bo tak jak już lekarz mówił, podczas operacji nie spodobała mu się wątroba - dodała, starając się, aby pan Kiełbasa nie usłyszał w jej głosie niepokoju.
Tak naprawdę właśnie przypadkowo wykryte zmiany martwiły pielęgniarkę. Choć nie padło jeszcze słowo "marskość", wiadomo było, że liczne guzki regeneracyjne, które dostrzegli chirurdzy, właśnie o tym schorzeniu świadczyły.
- A ja się wcale nie dziwię, że im się nie podobała, Marylko - zaśmiał się ochryple staruszek. - Jak ja na zewnątrz wyglądam jak stary ziemniak, co to się w kątach piwnicy uchował, to co dopiero w środku. Żadna przyjemność tam zaglądać.
Marylka chciała coś odpowiedzieć, ale tylko westchnęła głęboko i podniosła się ze stojącego obok łóżka taboretu, na którym bezwiednie przysiadła.
Musiała wrócić do swoich obowiązków. Zapisać temperatury innych i przejść do następnej sali. Może potem zdąży przedzwonić do sąsiadki z drugiego piętra, jedynej, która miała telefon w ich klatce. Poprosi ją, żeby zajrzała do matki i Ani i sprawdziła, czy wszystko u nich w porządku.
Pech chciał, że akurat dziś miała tyle spraw do załatwienia. Musiała wpaść do Bożenki, by odebrać słoiki miodu przesłane przez jej ojca z rodzinnej pasieki, pójść na pocztę wysłać świąteczne pocztówki z życzeniami, i jeszcze te nieszczęsne karpie.
Przystanęła na chwilę i przetarła dłonią czoło. Czuła się zmęczona. Czyżby i ją brało jakieś przeziębienie?
*
- I ta pacjentka po operacji wyrostka mnie pyta, czy ja mogę jej załatwić Biseptol. - Bożenka chwyciła plastikową rączkę czajnika, który właśnie zaczął piszczeć, i powoli, by cienkie szkło nie pękło, zaczęła nalewać wodę do szklanek z leżącymi na dnie torebkami popularnej. - To ja jej mówię, że tego się nie stosuje po operacjach, że dostaje już antybiotyk, a ona mi na to, że to nie dla niej i że potrzebuje większą ilość.
Kobieta przerwała opowieść, odstawiła czajnik i chcąc stworzyć odpowiednią atmosferę, spojrzała z powagą na kolegów, zgromadzonych we wspólnej kuchni pielęgniarskiego hotelu.
Jedynie Basia znała finał tej opowieści, gdyż Bożenka zrelacjonowała jej i Marylce dziwną rozmowę z pacjentką już w dyżurce pielęgniarek. Edytka też chyba domyślała się dalszego ciągu, ale oparty o framugę drzwi Zbyszek Rolski, rehabilitant z oddziału neurochirurgii, był wyraźnie zaintrygowany. Rzucał Bożence naglące spojrzenia, przekładając z ręki do ręki nowy egzemplarz "Wolnego Związkowca", biuletynu związków zawodowych Huty Katowice.
- No mów, dziecko drogie! - odezwał się, przewracając oczami. - Po co jej były te leki? Nie słyszałem, aby ktoś chciał popełnić samobójstwo, zażywając Biseptol.
Bożenka uśmiechnęła się, zadowolona z efektu, który wywołała.
- Ta kobieta, pacjentka znaczy się, pracuje w PKP i często jeździ do Rumunii. Tam można sprzedać każdą ilość Biseptolu. Rumunki uważają, że to środek antykoncepcyjny, a u nich wszystkie są zabronione.
- Boże drogi, to jak one sobie radzą? - Edytka westchnęła, wyraźnie zatroskana losem kobiet z bratniego narodu, po czym delikatnie, żeby nie poparzyć palców, przesunęła po blacie stołu szklankę z parującą herbatą. - Też już o tym słyszałam - przyznała, próbując podnieść szklankę. - Do aborcji i pigułek mają dostęp tylko te, które urodziły już czwórkę dzieci albo przekroczyły czterdziestkę.
- A nasi, jak znam życie, jeszcze utwierdzają je w przekonaniu, że Biseptol działa. - Zbyszek podrapał się po gęstej brodzie, którą zapuścił jakoś rok temu. Tłumaczył, że to najłatwiejszy sposób, by nie odczuwać braku żyletek. - No ale wiadomo, jak wydasz majątek na rumuńskie wojaże, to chcesz, aby się choć trochę zwróciło. Do tego właśnie prowadzi system, w którym wszyscy mają po równo, a ten, kto chce mieć więcej, musi kombinować.
Przez moment w zagraconej hotelowej kuchni zapanowała cisza, mącona jedynie przez Edytkę, która siorbała głośno, parząc sobie usta.
Basię przygnębiła myśl o okłamywanych rumuńskich kobietach i bezdusznym prawie, nakazującym im rodzić niechciane dzieci. Spojrzała na koleżanki. Siedziały teraz na tle okna przysłoniętego ażurową firanką, pożółkłą od papierosowego dymu. Na parapecie ktoś poustawiał pocztówki ze świątecznymi życzeniami, jedyny obecny tu symbol nadchodzącego Bożego Narodzenia.
- Dobrze, moje drogie, że u nas inne prawo obowiązuje. Mogą podnosić ceny i wypuszczać ZOMO na protestujących, ale pewnych przyjemności nam nie zabronią - zaśmiał się nagle Zbyszek, a Basia natychmiast spuściła głowę, nagle bardzo zainteresowana jakimś paprochem przyczepionym do spódnicy.
Za każdym razem, gdy ktoś wspominał w jej towarzystwie o ZOMO lub MO, czuła, jakby ją atakowano. Spinała się cała, czekając, aż popłyną kolejne przykre uwagi. Nawet pozornie niewinne dowcipy sprawiały jej przykrość. Choć Albert jako technik kryminalistyki w Wojewódzkiej Komendzie Milicji Obywatelskiej najczęściej chodził do pracy po cywilnemu, zdarzały się dni, kiedy musiał stawić się w komendzie w pełnym umundurowaniu. Mijani wówczas sąsiedzi grzecznie się z nim witali, ale na ich twarzach można było dostrzec również mniej przyjazne myśli. Milicja z roku na rok cieszyła się coraz gorszą sławą. Ludzie jednocześnie bali się mundurowych i z nich żartowali. Nie na darmo mówiono, że Polska to najweselszy barak w obozie. Tu wszystko można było wykpić i ośmieszyć. Szare czasy ubarwiano na wszelkie sposoby, a coraz to nowsze dowcipy o milicjantach pojawiały się niczym grzyby po deszczu. Basia często też się z nich śmiała, szczególnie gdy towarzystwo nie wiedziało, czym na co dzień zajmuje się jej mąż. Po doświadczeniach roku siedemdziesiątego niechętnie się do tego przyznawała.
Męczyły ją te tajemnice. Czuła, że powinna być dumna z męża, który bardzo szybko, trochę przez przypadek, a trochę dzięki swojemu zamiłowaniu do fotografii, z dzielnicowego stał się technikiem milicyjnym. W domu, kiedy byli poza zasięgiem oceniającego wzroku innych, lubiła, gdy opowiadał jej o wezwaniach, do których jeździł, choć czasem opowieści o obrażeniach ofiar wypadków bądź zbrodni bywały wstrząsające. Wiedziała, że Albert zatrudnił się w milicji tylko z dobrych pobudek, naprawdę wierzył w misję, wierzył, że obywateli powinno się chronić przed przestępcami. Co z tego pozostało? Albert już dawno przestał być idealistą.
Rolski szybko zreflektował się, że popełnił gafę, i uśmiechnął się przepraszająco do zafrasowanej Basi. Przez chwilę wodził wzrokiem po jej szyi i ramionach, jakby widział więcej niż tylko gruby brązowy golf i szal, którym wciąż otulała szyję, bo przecież nie przyszła do Bożenki na długo. Właściwie nawet nie miała pić tej herbaty. Słoik miodu, który miał być prezentem świątecznym dla Alberta, czekał już w jej torebce. Marylka dawno już poszła, a ona została, mimo że w domu, jak to dwa dni przed Wigilią, czekał ją huk roboty. Przełożyła ledwo żywe karpie do emaliowanej miski i usiadła w kuchni, gdzie pojawił się też Zbyszek, który również zamówił u Bożenki miód. Tyle wystarczyło, by zmieniła popołudniowe plany.
- Polacy są inni - kontynuował Rolski, odrywając wzrok od Uniszewskiej i unosząc nieco biuletyn. - My nie milczymy, gdy dzieje się nam krzywda. Nie dajemy się omamić i zmanipulować.
Wszystkie trzy kobiety odruchowo zerknęły na trzymaną przez Rolskiego gazetkę. Na pierwszej stronie wydrukowane było przypomnienie relacji o tragicznych wydarzeniach Grudnia '70. Basia dobrze pamiętała tamte dni. Świat obiegły wtedy zdjęcia pomazanych krwią polskich flag i martwego młodego chłopaka, niesionego na wyrwanych z zawiasów drzwiach. Uniszewska właśnie w tamten przedświąteczny czas po raz pierwszy poczuła na plecach wrogie spojrzenia sąsiadów. Koledzy też zaczęli przerywać dyskusje, gdy tylko wchodziła do dyżurki. Przeraziło ją to. Była zbyt towarzyska, aby zostać odrzucona. Od tamtych wydarzeń minęło już tyle lat, zmieniła i miejsce zamieszkania, i pracę, ale kiedy tylko burza w kraju przybierała na sile, czuła, że w oczach wielu stoi po tej złej stronie.
"Władza dostała wtedy nauczkę. Nie da się siłą zamknąć ust Polakom. Trzeba rozmawiać i negocjować, trzeba aktywować społeczeństwo. I właśnie to robi Solidarność. Tą nową energią zmienimy nasz kraj" - powtarzał wielokrotnie Rolski, by zachęcić kolegów do zapisania się do związków, a Basia, choć wątpiła, że jakiekolwiek widoczne zmiany są możliwe, lubiła patrzeć w jego pełne pasji oczy.
Gdy godzinę później Basia i Zbyszek wyszli razem z hotelu, a potem mimo siatki z półżywymi rybami i ciężkimi słoikami szli spacerem w kierunku szpitalnego parkingu, Basia nie po raz pierwszy pomyślała, że wcale nie spieszy jej się do domu. Idąc obok kolegi, nie musiała się zastanawiać, czy ktoś z przechodniów nie rozpozna w nim milicjanta i nie obrzuci ich krytycznym spojrzeniem. Nawet przejeżdżającą obok nyskę mogła zignorować, nie obawiając się, że milicja zatrzyma się obok nich, nie aby wylegitymować, ale by ich serdecznie pozdrowić.
Zbyszek, nie zważając na jej zamyślenie, z zapałem opowiadał o przebiegu zebrania szpitalnej Solidarności, które odbyło się kilka dni wcześniej, o spisanych ustaleniach i postulatach, o silnej wierze w słuszność sprawy.
Uniszewska czuła się lekko, szła obok bez balastu na ramionach, bez poczucia dyskomfortu, jakiego często doznawała, spacerując po mieście z mężem.
- Baśka, halo?
Nagle zorientowała się, że stoją już przy samochodzie, a Zbyszek pyta ją o coś, pewnie już któryś raz.
Wydawał się rozbawiony jej roztargnieniem.
- Jesteście u mnie w sylwestra? Mam nadzieję, że nie zmieniliście planów.
Użył liczby mnogiej, ale była pewna, że pyta tylko o nią, tylko jej obecność go interesuje.
- Tak, będziemy - odpowiedziała onieśmielona zadowoleniem, jakie poczuła. - Albert załatwił sobie wolne - dodała nazbyt entuzjastycznie, a potem, nie patrząc już na Rolskiego, otworzyła drzwi trabanta. Wiedziała, że nawet, gdyby próbowała wmówić Zbyszkowi, że zaraz ma autobus, i tak uparłby się, żeby ją podrzucić do domu.
Gdyby nie karpie, odmówiłabym podwózki, przekonywała samą siebie, gdy wyjeżdżali z parkingu.
*
- Dobrze, że Anusia już lepiej się czuje - westchnęła Marylka, odgarniając ramieniem kosmyk, który wysunął się jej z koka. - Co by to były za święta z chorym dzieckiem - dodała, krojąc kolejne dzwonko karpia.
- Ale na pasterkę raczej z nami nie pójdzie? W nocy mróz będzie pewno większy. - Waldek, oparty o całkiem niedawno położoną boazerię, przyglądał się żonie.
- Nie! Tak całkiem zdrowa to ona jeszcze nie jest. Poza tym i tak nic jeszcze z tego nie rozumie i tylko by grymasiła. Zostanie z Danką, ona chyba też nie pójdzie. Za tydzień ma termin, pewnie nie będzie już miała siły stać, a do ławki nikt jej nie wpuści. Zupełnie po niej tej ciąży nie widać.
- A Lidka z Zenkiem i chłopakami pójdą spać do rodziców? - Waldek zmienił temat, bo choć był ojcem dwójki dzieci, czuł się skrępowany, gdy ktoś przy nim mówił o tych wyłącznie babskich sprawach.
Marylka odwróciła się gwałtownie do męża, wciąż ściskając w dłoniach nóż, ten największy, którego używała wyłącznie do krojenia mięsa.
- Chyba nie przeszkadzają ci moje siostry? - zapytała.
Wiedziała, że Waldek nie ma złych intencji, ale przygotowania do Wigilii ją wyczerpywały, szczególnie że w ostatnich dniach musiała łączyć piętrzące się obowiązki domowe z opieką nad Anulką, która tym razem złapała zapalenie oskrzeli. Sama też walczyła z narastającym katarem.
- Lidka, Zenon i chłopcy pójdą po pasterce na Rolną z rodzicami - poinformowała. - Danusia z Mirkiem zostają u nas i będą spać u Tomka i Ani. Tomek położy się na wersalce w dużym, a Ania i tak teraz śpi z nami. Nie martw się, nikt cię z sypialni nie wygoni.
Waldek niewiele zrozumiał z tych świątecznych roszad, ale machnął tylko ręką, już o nic nie dopytując. Gdy jego żona, którą wszyscy, z nim samym włącznie, uznawali za ocean łagodności, zaczynała się złościć, najlepszym rozwiązaniem było po prostu zejść jej z oczu.
Marylka uśmiechnęła się do pleców męża, a potem spojrzała na zegarek. Była dziewiąta trzydzieści. Wigilia Bożego Narodzenia.
- Tomek, Anusia, zostawcie mi choć jednego muchomorka do powieszenia. I uważajcie na te szklane bombki, bo to jeszcze po waszych świętej pamięci dziadkach. - Usłyszała dochodzący z drugiego pokoju głos Waldka i natychmiast skarciła się za to chwilowe zdenerwowanie.
Niepotrzebnie naskoczyła na męża. Powinna pamiętać, że on przecież nie przywykł do tak dużych Wigilii. Dopóki nie zaczął spędzać świąt z jej rodziną, przez lata obchodził je tylko ze swoją babcią staruszką, która wzięła go na wychowanie. Jego ojciec zginął w pożarze w 1955 roku na KWK Sośnica w Gliwicach, a rok później matka, pewnie z żalu, poszła w ślad za nim. Waldek miał jedenaście lat, gdy, jak sam mówił, został sam na świecie. Maryla wiedziała, że to nie do końca była prawda. Waldek miał jeszcze jedną bliską osobę. O niej się jednak w domu Wieczorków nie mówiło.
Na wspomnienie teściów, których nigdy nie poznała, przypomnieli jej się właśni rodzice. Spodziewała się ich przed południem. Matka miała już pewnie wszystko naszykowane. Makówki czekały w garnku, kołocz z serem stygł w foremce.
Oczyma wyobraźni widziała, jak ojciec nakłada wybiglowaną5 białą koszulę, a matka upomina go, aby nie poplamił się herbatą jeszcze przed wieczerzą. O jakimkolwiek jedzeniu mowy już być nie mogło. W Wigilię można było zjeść jedynie sznytkę z serem na śniadanie, potem trzeba było pościć aż do wieczerzy.
Marylka rozejrzała się po maleńkiej kuchni. Jeśli miała skończyć smażyć karpia przed przyjściem rodziców, musiała się pospieszyć.