p

Sztauwajery - Paulina Świst

Kup ebooka

34.30 zł
27.44 zł (27,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG 14 maja 2022 roku Piekary Śląskie

Paulina Maxellon

- Dzień dobry, szanowne audytorium! Mam niesamowitą przyjemność i wielki zaszczyt serdecznie państwa powitać na dorocznym raucie śląskiego biznesu! - Głos konferansjera, modulowany i przesadnie podniecony, rozległ się ze sceny. - Będę go dziś prowadzić - dodał, jakby to nie było oczywiste.

Najwyraźniej upewniał się, że wszyscy wiedzą i odnotowują, jaki jest ważny i jak ogromny dotknął go zaszczyt. Facet miał zalizaną na lewo grzywkę, pięć kilo nadwagi, koszulę w paski, kamizelkę w kratkę, apaszkę w esy-floresy i srebrne rurki rodem z Mediolanu.

- Co to za pajac? - zainteresowałam się.

- To Patrycjusz Owczarz. Nie mów, że go nie znasz. - Marcin pochylił się do mojego ucha.

- Wygląda jak Rumpelstiltskin - powiedziałam to, co jako pierwsze przyszło do głowy.

Szewerski ryknął śmiechem.

- To fakt. Ten, kto projektował mu ten zestaw, musiał mieć koszmarny bad trip po kwasie. Rok temu miałem z niego podobną polewkę. Wiecznie próbuje się wkręcić w interesy Luki. Łazi za nim jak pies, usługuje, kłania się, siada, daje głos i waruje. A jak trzeba, to jeździ na jednokołowym rowerku i żongluje piłeczkami - powiedział z wyraźnie słyszalną pogardą.

Udało mi się już dobrze poznać Marcina. Byliśmy razem od roku. W tej chwili ton jego głosu wskazywał, że musiał mieć z Owczarzem jakieś osobiste zatargi, ale postanowiłam dopytać go o to później.

- Rok temu nie mogłam się skupić na prowadzącym, bo podawałam tu żarcie - rzuciłam scenicznym szeptem. - Jakbyś nie pamiętał...

- Coś kojarzę, była tu jedna niezła dupa - przyznał, mierząc mnie wzrokiem. - To byłaś ty?

- Nie, twoja stara - wtrąciła się Zośka Bojarska. - Możecie być przez chwilę poważni? Czemu Luca nas tu ściągnął? To śmierdzi na kilometr!

- To śmierdzi na kilometr od dwa tysiące dwudziestego roku - potwierdził Marcin. - Wiedziałaś, że przyjdzie nam kiedyś spłacić długi... Mam chujowo mocne przeczucie, że to ten moment.

Niestety, ale musiałam się z nimi zgodzić. Kiedy odebrałam zaproszenie na raut, podpisane przez Lucjana Złockiego, od razu wiedziałam, że czas się wywiązać ze zobowiązań. Kiedy Marcin i Zośka odebrali takie same, wiedziałam, że siedzimy po uszy w gównie. Pewną pociechą było to, że siedzimy w nim razem.

- Informuję, iż w poniedziałek, oficjalnie, odwołamy w naszym kraju stan epidemii! - rozległo się ze sceny. - Jeszcze pół roku temu wszyscy cieszylibyśmy się jak szaleni. Natomiast dziś mamy na głowie równie poważny problem, a więc toczącą się u naszych granic wojnę. W związku z tym chciałem zaprosić na scenę filantropa i dobroczyńcę...

- Kierownicę w zorganizowanej przestępczości i bandziora - uzupełniłam cicho.

- ...nadzieję naszej społeczności... - kontynuował namiętnie konferansjer - ...człowieka o wielkim sercu...

- Dalej, Owczarz, przestań się krępować i zrób mu laskę - rzucił szeptem Marcin, a ja parsknęłam śmiechem.

- ...naszego dobrego anioła...

- Nie strzimia tego pierdolenia. - Tym razem Zośka wzniosła oczy do nieba.

- ...prezesa firmy LZ Company, pana Lucjana Złockiego - doszedł z emfazą Patrycjusz.

Luca pewnym krokiem wkroczył na scenę. Wyglądał jak milion dolarów. Idealna fryzura, idealny garnitur, idealny uśmiech.

- Ten dla odmiany wygląda tak, że wszyscy modele Armaniego mogliby ewentualnie wypucować mu buty. Gdyby i tak nie były wyglansowane na błysk - przyznałam z niechętnym uznaniem.

- Pewnie Owczarz wylizał - wyzłośliwił się Marcin.

- Dobry wieczór państwu - rozległ się głęboki i seksowny głos Lucjana. - Bardzo dziękuję za przemiłe słowa, ale nie zasłużyłem nawet na połowę z nich. Pan Patrycjusz jest najwyraźniej moim fanem, ale pamiętajcie państwo, że wszystko, co robię, robię po to, by wszystkim nam żyło się dobrze i dostatnio.

- Putler mógłby się od chuja uczyć propagandy - nie powstrzymała się Zośka.

Lucjan nie mógł jej usłyszeć, mówiła szeptem. Mimo to spojrzał prosto na nią i chyba nie rozczarował się jej zdegustowaną miną, bo uśmiechnął się uroczo.

- I rzecz jasna dla moich i waszych zysków - dodał.

Na sali rozległy się śmiechy aprobaty.

- Słyszeliście? Raz w życiu powiedział prawdę. Musiał się pomylić - wyzłośliwiłam się.

- Max, nie daj się wkręcić. On ich bajeruje i jest w tym naprawdę dobry. Ma podejście do tłumu - zauważył rozsądnie Marcin. - Pewnie chce ich do czegoś namówić, ale...

Przy naszym stole pojawił się nagle facet z ochrony.

- Państwo pozwolą ze mną - zaczął miło, acz stanowczo. - Pan Lucjan życzy sobie, aby państwo zaczekali na niego w prywatnej sali.

- A wiadomo, że pan Lucjan dostaje wszystko, czego sobie życzy. - Zośka nigdy nie nauczy się trzymać języka za zębami.

- - -

Marcin Szewerski

- Jak będę dorosła, to chciałabym mieć taki barek jak Luca - wypaliła Paulina.

Rzuciłem okiem na alkohole wyeksponowane na stoliku w sali, do której nas przyprowadzono. Rzeczywiście - top of the top. Standardowo przed wejściem sprawdzono nas urządzeniami do wykrywania podsłuchów. Przy drzwiach widziałem dodatkowe dwa zagłuszacze. Skurwiel był paranoikiem, ale był w tym naprawdę konsekwentny. Pewnie dlatego do tej pory nie dał się nikomu na niczym złapać. Ochroniarz wskazał nam klubowe fotele, po czym ulotnił się z pokoju.

Do pomieszczenia wszedł kelner, który wyglądał tak szykownie, jakby kwadrans temu wyrwano go z Bristolu.

- Czego się państwo napiją? - zapytał grzecznie.

- Whisky - rzuciłem, patrząc na The Glenliveta. Napis na butelce wskazywał, że trunek jest starszy ode mnie.

- Co pan ma najdroższego? - Zosia uśmiechnęła się uroczo. - Proszę to wszystko, co najdroższe, pomieszać i zrobić mi takiego drinka, który będzie kosztował pana Lucjana jak najwięcej. Może być nawet niedobry, wytrzymam.

- To samo dla mnie. - Paulina wybuchnęła śmiechem.

Kelner z prawdziwym profesjonalizmem zachował powagę i skinął im głową. A potem przygotował nasze drinki i ulotnił się, zostawiając nas samych w pokoju.

- Jak myślicie, czego on od nas chce? - Zośka popatrzyła na nas poważnie.

- Chce od was drobnej przysługi - odezwał się Luca, który właśnie stanął w drzwiach.

- Jakiej, Don Vito Corleone? - nie powstrzymałem się.

Rozumiem - robić show, ale gadki w stylu Ojca Chrzestnego, kiedy jest się na Śląsku, a nie na Sycylii, to lekka przeginka.

- Wiedziałem, że poznacie cytat. - Luca się uśmiechnął.

Podszedł do barku, nalał sobie whisky i zajął fotel obok Zośki.

- Wolicie bezpośrednio? Będzie bezpośrednio. Pani mecenas Bojarska, pani mecenas Maxellon, proszę, powiedzcie mi, co Ksenon i Ramzes paniom o mnie powiedzieli? I pomińmy tę szopkę, że niby nie pytałyście.

Oczywiście, że pytały, ale ich klienci, mimo że ufali im najbardziej na świecie, w temacie Luki po prostu nabrali wody w usta. No może niekoniecznie. Ramzes powiedział Zośce, że ma się nie interesować, bo dostanie kociej mordy, a Ksenon oznajmił Paulinie, że nie po to powróciła do zawodu, żeby za chwilę skończyć w rzece w betonowych szpilkach...

- Kompletnie nic - przyznała Paulina szczerze.

- Bardzo się cieszę. Wierzę w chłopaków, ale wiecie, jak jest. Lata w więzieniu mogą zmienić człowieka. - Luca uśmiechnął się pod nosem. - Ta drobna przysługa wygląda tak... Pani, pani Zosiu, złoży w procesie Ramzesa wniosek o przesłuchanie Ksenona w charakterze świadka.

- Na jaką okoliczność? - Zośka zmarszczyła brwi.

- Nie mam pojęcia, to pani tu jest adwokatem od gangusów. - Luca popatrzył na nią z uśmiechem.

- A pani - popatrzył na Paulinę - przyjedzie z nim na rozprawę.

- Jako pełnomocnik świadka? - dopytała Max.

- Nie wiem, może być jako pełnomocnik. Chodzi mi o to, żeby nie był sam.

- A ja czym mogę panu służyć? - Popatrzyłem na niego szyderczo.

- A pan również jest obrońcą w tym procesie i ma za zadanie dopilnować, żeby panie mecenaski swoich zadań nie spierdoliły. I odpowiada pan za nie - stwierdził Luca. - Obie pana kochają, jedna platonicznie, druga wręcz przeciwnie, więc myślę, że w trosce o pana nie będą kombinować i niebawem wszyscy rozstaniemy się w przyjaźni.

- - -

Zośka Bojarska

- Co za kutas! - powiedziałam, gdy tylko wyszliśmy przed hotel. - Czy on ci groził, czy mi się wydawało?

- Jebią mnie jego groźby. - Marcin nie wyglądał na specjalnie przestraszonego. - Po prostu chce mieć pewność, że z niczym nie wyskoczymy, i chce mieć nas wszystkich na tej sali rozpraw.

- Plus Ksenona - dodała Paulina.

- Bo Ramzes już tam będzie... - Zastanowiłam się chwilkę. - Myślisz, że chce im coś zrobić? - zapytałam o najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Nie mogłam rozgryźć, czemu Ramzes i Ksenon nie chcą o nim gadać. Nie wiedziałam, czy się go boją, czy się z nim przyjaźnią. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby Ramzerski w jakiejś sprawie był aż tak uparty, a zgodnie z tym, co mówiła Paulina, to samo dotyczyło Ksenona.

- Przy tylu policyjnych konwojach? Nie sądzę - zapewniła Max. - Ale muszą wiedzieć, na co się piszą. Opowiem Ksenonowi, że chcesz go powołać, i powiem dlaczego. Musi mieć świadomość, co się dzieje...

- Zrobię to samo... - podchwyciłam od razu. - Dużo bym oddała, żeby wiedzieć, co ich łączy. To nakreśliłoby nam perspektywę i może dowiedzielibyśmy się, w co Luca chce nas władować i jak się to może dla nas skończyć.

- Klienci nic nam nie powiedzą - stwierdziła Paulina. - Siedzą tak długo, że nie sądzę, aby chociaż przypuszczali, jaki Luca ma plan.

- Jeśli nie chcemy być zdani na totalnie chore pomysły tego złamasa, to musimy spróbować coś ustalić - stwierdził rozsądnie Marcin. - Zacznijmy od tego, czy występowali razem w jakichkolwiek sprawach?

- Nie występowali, bo Luca jest niekarańcem - powiedziała Paulina.

- Wiem - wtrącił Marcin. - Może był świadkiem? Jakieś wspólne firmy? KRS-y?

- Posprawdzam - obiecałam.

- My też. A teraz jedziemy na Tauzen się napić - rzucił Marcin z uśmiechem. - I przestańcie się na mnie patrzeć z minami kotów srających na pustyni. Powiedział, że odpowiadam za wasze działania łbem, żeby mieć nad wami kontrolę. I żebyście się bały. I to działa, co jest o tyle dziwne, że przecież ja tu stoję, pierdolę go serdecznie i przede wszystkim: żyję.

- Póki co... - skwitowałam.

21 czerwca 2022 rok Gliwice, Centrum

Julka

- Bardzo żałuję, że masz metr dziewięćdziesiąt wzrostu. - Popatrzyłam z wściekłością na swojego siedemnastoletniego syna.

- Dlaczego? - Łukasz uniósł na mnie zdziwione zielone oczy.

- Bo się nie zmieścisz do okna życia!

Wybuchnął śmiechem.

- Po kim ty jesteś taki głupi, bo przecież nie po mnie - wkurzałam się dalej.

- Może po tatusiu? - Uśmiechnął się pod nosem.

Nie wiem, kiedy ten słodki, uroczy dzieciak zmienił się w prawie dorosłego faceta. Zdecydowanie za szybko.

- Wiele mu można zarzucić, na przykład to, że jest dupkiem, ale akurat inteligencji mu nie brakuje - stanęłam w obronie jego ojca.

Niecodzienna sytuacja, ale rodzice powinni tworzyć wspólny front. Nawet jeśli jednego z nich nie ma na imprezie.

- Muszę uwierzyć ci na słowo, bo nie chcesz mi powiedzieć, kto to jest. - Zaczął stały temat naszych awantur.

Miał sporo racji. Był już prawie dorosły, powinnam mu powiedzieć. Po prostu nie wiedziałam, jak to zrobić...

- Łukasz, posłuchaj mnie. - Usiadłam obok niego przy stole. - Teraz nie rozmawiamy o twoim ojcu, tylko o tym, że będziesz miał SPRAWĘ KARNĄ! Masz siedemnaście lat, odpowiadasz jak dorosły, tak jest skonstruowany kodeks karny w tym kraju!

- Mami, to nie ja zacząłem... - Wzruszył ramionami, jakby to załatwiało sprawę.

- Kurwa mać, ale ty skończyłeś! - Straciłam nad sobą panowanie. - I to tak, że tamten ma złamany nos, a to są obrażenia powyżej siedmiu dni, więc wlepią ci zarzuty z artykułu sto pięćdziesiątego siódmego kodeksu karnego! Zagrożenie od trzech miesięcy do pięciu lat!

- Musi złożyć zawiadomienie przecież. Zobaczymy, czy taka z niego "sześćdziesiona".

Dostrzegłam w jego oczach ten charakterystyczny błysk. Błysk, który miał jego ojciec, gdy mówił o swoich "interesach". Dziś, jeszcze bardziej niż zwykle, młody mi go przypominał... Przeczytałam milion mądrych książek, przerobiłam stosy literatury psychologicznej. Dzięki temu przekonałam samą siebie, że o tym, jacy jesteśmy, decyduje nasze wychowanie, a nie geny. Ale pewnych kwestii nie dało się oszukać... A genów nie dało się wydłubać. Był jego synem i zarówno wygląd, jak i charakterek miał właśnie po nim. Przy czym należy uczciwie dodać, że mnie też trudno było nazwać oazą spokoju.

- Ty myślisz, że to jest zabawa? W "sześćdziesiony" i bandziorów? Że takie to fajne i wygląda jak na teledyskach Sobla? - Zagotowałam się. - To jedziemy.

- Gdzie? - Popatrzył na mnie niepewnie.

- Do Zośki. Jesteś dupny pan bandyta, więc potrzebujesz dobrego adwokata. Podpiszesz pełnomocnictwo, zapytasz, jak się grypsuje... Takie tam kwestie, które niebawem bardzo ci się przydadzą...

- Mami, wtajemniczanie w to Zośki naprawdę nie jest konieczne. - Próbował się wymigać. - Przecież też jesteś prawnikiem.

- Obsługuję spółki, a nie młodocianych przestępców - wyrzuciłam z siebie jeszcze trochę złości. - Rozumiem, że ci łyso przyznać się przed Zośką, że osiągnąłeś dno głupoty, a potem jeszcze dokonałeś tam odwiertu, ale musi wiedzieć! Bo twoje szczeniackie zachowanie może mieć konsekwencje! Nie pozwolę ci rozjebać sobie życia na starcie.

- Tak jak ty sobie rozjebałaś? - Popatrzył na mnie z obawą.

- Nic sobie nie rozjebałam i nic bym w nim nie zmieniła - powiedziałam szczerą prawdę. - Nigdy nie żałowałam tego, że cię mam. Jesteś moim synem, kocham cię najbardziej na świecie i nawet jeśli odjęło ci rozum, to zrobię wszystko, żeby ci pomóc. Rusz dupę. - Zawinęłam ze stołu kluczyki i poszłam w stronę drzwi.

Katowice, Śródmieście

Luca

- Covid is dead. Ośrodek jest prawie ukończony, ale z pewnością nie wykorzystamy go do pierwotnych celów. Cała sytuacja na świecie się wyjebała, mamy wojnę przy naszej granicy, na dodatek dwóch sąsiadujących z nami państw. Jebane lata dwudzieste, co wiek takie same... Zarazy, wojny i oszołomy. Swoją drogą, pamiętasz, jak ci mówiłem, że boję się tylko Putina, bo jest większym skurwysynem ode mnie? - Popatrzyłem na Krystiana.

- Pamiętam. I miałeś rację... - stwierdził z charakterystycznym dla niego spokojem.

Był moją prawą ręką, doradcą, wsparciem i księgowym. Gdyby ktoś zrobił z niego "sześćdziesiątkę", to miałbym przejebane. Tylko że z niego nie dało się zrobić kapusia. Sprawdziłem go wielokrotnie i wiedziałem, że nie ma bardziej lojalnej i oddanej mi osoby.

- Kurwa, wolałbym jej nie mieć. Ten jeden, jedyny raz.

- Czemu tak się tym przejmujesz? - Krystian popatrzył na mnie badawczo.

- Wkurwia mnie ta wojna - powiedziałem szczerą prawdę.

- Wszystkich wkurwia, a nie wszyscy fundują dwa TIR-y broni i prywatnie wysyłają ją na Ukrainę. A tak swoją drogą, co tam było?

- Kamizelki kuloodporne, noktowizory, buty, lornetki... kałachy. Bardzo żałuję, że nie javeliny, ale te kosztują osiemdziesiąt tysięcy dolarów za sztukę. Niech USA wysyła, bo mnie, kurwa, nie stać - przyznałem szczerze.

- Czy powinienem się interesować, jak udało ci się przerzucić przez granicę nieoficjalnie dwa TIR-y, w których były kałasznikowy? - Uniósł brew.

- Położyłem na nich czapkę niewidkę. - Nie miałem zamiaru się z tego tłumaczyć. Operacja wymagała ode mnie nieco zachodu, ale na myśl, że gdzieś tam z ufundowanej przeze mnie broni ktoś może odstrzeli zbrodniarza wojennego, nieodmiennie poprawiała mi humor.

- A po co? - Najwyraźniej sprawa była dla niego ważna.

- Krystian, pomijając wszystkie kwestie związane ze skurwysyństwem i niesprawiedliwością tej wojny, to oni biją się tam i za nas. Chcesz mieć ruskich przy granicy na długości siedmiuset pięćdziesięciu zamiast dwustu dziesięciu kilometrów?

- Nawet te dwieście dziesięć niespecjalnie mi się podoba - stwierdził rozsądnie.

- Poza tym te skurwysyny zabijają dzieci - dodałem, otwierając laptopa.

- I to jest chyba jeszcze ważniejszy powód. Powiedz mi, ale tak szczerze. Czemu nie masz dzieci? Wydajesz na akcje charytatywne pomocy małolatom prawie tyle, co na utrzymywanie tych swoich księżniczek. - Uśmiechnął się pod nosem.

Jak zawsze, gdy ktokolwiek mnie o to pytał, poczułem ukłucie w klacie. Nie mogę teraz o tym myśleć. Nie w chwili, w której jestem tak blisko celu.

- Bo jeszcze nie spotkałem odpowiedniej kandydatki - skłamałem.

- A szukasz? Ta twoja Amanda jest tak przeraźliwie tępa, że jak oglądam jej Instagrama, to zastanawiam się, czy nie jest brakującym ogniwem ewolucji między leniwcem a gumową lalą. Ty jej robisz te pozowane fotunie, na których wypina dupę?

Parsknąłem śmiechem.

- Broń Boże! Jeszcze mnie do końca nie po­jebało.

- Poza tym ona nie ma ani jednego zdjęcia, na którym się uśmiecha. Tylko ten wyniosły grymas. - Zaprezentował ulubioną "tajemniczą" minę Amandy. - Ma krzywe zęby?

- Nie. Po prostu jest przez większość czasu wściekła. - Rozłożyłem się na fotelu i poluzowałem krawat.

- A o co? Dopiero co wysłałeś ją na dwa tygodnie do Tulum! - Mina Krystiana wskazywała, że tego nie ogarnia.

- Chce się wprowadzić na Pułaskiego. - Uśmiechnąłem się szeroko.

- Do twojej ostoi, bastionu i wymuskanego dwustumetrowego apartamentu obok Sztauwajerów? - Uniósł brwi do połowy czoła.

- No chyba nie na kemping - wyzłośliwiłem się.

- Czy ona z chuja spadła? Przecież nawet ja tam jeszcze nigdy nie byłem, choć przeprowadziłeś się tam pół roku temu - powiedział zdumiony.

To mieszkanie było moim azylem. Nie wpuszczałem tam absolutnie nikogo, oprócz pani Janiny, która je sprzątała. I miałem ku temu swoje powody.

- Ja mówię, że może kiedyś, ona udaje, że mi wierzy, i tak się to jakoś kręci. - Uruchomiłem laptopa. - Raz na jakiś czas odwala dramę, że odejdzie. Ja mówię, żeby tego nie robiła. I cyk, zaś trzy miechy spokoju.

- Nie wiem, po co ci ta larwa, poważnie. No ale twój cyrk, twoje małpy. - Wzruszył ramionami. - Co zrobisz z ośrodkiem na Chechle?

- Wszystkie te dotacje, których nie mamy w kieszeni, należy uznać za stracone. Może spróbować zakwaterować tam uchodźców? - zastanowiłem się.

- Nie będzie możliwości zamieszkania tam przed wrześniem. Te wszystkie odbiory zajmą mnóstwo czasu. - Krystian wpatrywał się w swój komputer.

- Ta wojna nie skończy się w tym roku... Zbadaj możliwości uzyskania na to pieniędzy. Dowiedz się, czy ktoś wie cokolwiek o jakichś poważnych środkach. Jeśli tak, zatrudniaj lobbystów, niech to przepchną po naszej myśli, tak żeby można było też coś na tym zarobić.

- Możesz mi nareszcie powiedzieć, po co tak w ogóle był ci ten ośrodek, na dodatek w tym przeklętym miejscu? - Próbował zgłębić temat.

- Jeszcze nie. Ale kiedyś ci powiem - zakończyłem dyskusję.

Miałem zamiar zrobić to dopiero wtedy, kiedy plan, który tworzyłem przez ostatnie dwadzieścia cztery lata, nareszcie znajdzie pomyślny finał.

- - -

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji