ROZDZIAŁ 2
Cheetham
Znam ich imiona. Wiem o nich wszystko. Bezsprzecznie miałem obsesję na ich punkcie, choć jako nastolatek kompletnie tego nie zauważałem. Żyłem w przeświadczeniu, że to mój obowiązek. Był czas, kiedy nie widziałem poza nimi świata, choć bardzo chciałem, żeby z niego zniknęli.
Moja mama patrzyła na to z przerażeniem. Obawiała się, że może się to przerodzić w coś bardzo niebezpiecznego. Najbardziej chyba bała się, że będę próbował się zemścić. Nie ukrywam, miewałem takie myśli. W zasadzie początkowo myślałem tylko o tym - ale na szczęście się na to nie zdobyłem.
Kiedy usiedli na ławie oskarżenia, mieli po dziewiętnaście lat. Obaj chudzi, obaj wysocy, choć jeden niższy od drugiego dobrych dwadzieścia centymetrów. Siedzieli z głowami zwieszonymi, z twarzami ukrytymi w kapturach zdecydowanie za dużych bluz na wszystkich zdjęciach, na jakich przyłapali ich fotoreporterzy. Chciałem wierzyć, że to ze wstydu za to, co zrobili, ale ich zachowanie w sądzie raczej pozbawiało tych złudzeń.
Ten proces był szeroko opisywany w mediach, ale działo się to w czasach, gdy internet dopiero raczkował, prawie nikt nie korzystał z niego na co dzień, a głównym źródłem informacji wciąż jeszcze były gazety w wersji papierowej. Do dziś mam wycinki z wszystkich artykułów, które o nich napisano. Zbierała je moja mama. Choć były zapisem tragedii, która rozdarła naszą rodzinę, czuła się w kronikarskim obowiązku, by skrzętnie je wycinać, kolekcjonować i wklejać do ostatniego albumu, jaki mogła stworzyć ze swoim ukochanym mężem. To było upiorne zajęcie, ale chyba spełniło funkcję swoistej terapii. Czytała, wklejała, płakała... Wiele z tych wycinków nosi ślady jej łez.
Zanim dorosłem i zrozumiałem, co naprawdę przydarzyło się naszej rodzinie, nie raz przyłapałem ją na ich przeglądaniu. Płoszyła się, ocierała łzy z policzków i układała usta w uśmiech, którym nieudolnie próbowała przykryć rozpacz. Wiedziałem, że ten album skrywa tajemnicę, której jako dzieciak nie mogłem poznać w szczegółach. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy w końcu ją odkryłem. Miałem jedenaście, może dwanaście lat, gdy ciekawość wygrała z posłuszeństwem wobec matczynego zakazu, by nigdy nie zaglądać do szafki, w której spoczywał album wraz z pamiątkami po ojcu.
To wtedy tajemnica jego nagłego zniknięcia została rozwiązana jak worek z nieszczęściem. Od dawna próbowałem ją poskładać ze szczątków zasłyszanych rozmów, plotek i obserwacji, aż wreszcie znalazłem pełny opis tego, co naprawdę stało się z moim tatą.
Na starannie powycinanych przez mamę, lekko zżółkniętych już skrawkach pisano o brutalnym pobiciu, w którym zakatowany został ojciec dwójki małych dzieci. Pierwsze artykuły informowały, że było ich wielu, kolejne - że tylko dwóch. Były te o aresztowaniu, pierwszym dniu procesu, o wyroku... Były zdjęcia miejsca zbrodni, bloku, w którym mieszkaliśmy, kwiatów i zniczy na chodniku, na którym znaleziono mojego tatę.
Początkowo nie chciało mi się wierzyć w to, że chodzi o niego. Przecież to on uczył mnie karate, umiał się bić, był mistrzem, potrafiłby się obronić przed atakiem, zwłaszcza że jego oprawcy byli znacznie od niego młodsi, ale szybko się okazało, że te argumenty nie miały zastosowania.
Mój tata zawsze uczył mnie tego, bym szanował swojego przeciwnika, nawet gdy wszystko, czego chcę, to go pokonać. Mówił też, że uczy mnie karate po to, bym mógł chronić siebie i innych - nie po to, by kogokolwiek krzywdzić. Możliwe, że te szlachetne zasady przysłoniły mu smutną prawdę o tym, iż nie wszyscy kierują się w życiu taką filozofią. Na pewno nie przyświecała ona tym, którzy zaatakowali go tamtej koszmarnej nocy. Wątpię, by znali choć podstawy filozofii karate, by mieli choć odrobinę honoru.
Tata był bardzo pracowitym człowiekiem. Robił wszystko, by niczego nam nie zabrakło, zapomniał tylko, że pieniądze nam się nie przydadzą, jeśli zabraknie jego samego. W tygodniu pracował jako operator koparki na budowie, często biorąc nadgodziny, a w weekendowe wieczory dorabiał w jednym z nocnych klubów jako ochroniarz.
Był przystojny, wysportowany, świetnie zbudowany, silny, znał sztuki walki. Idealnie pasował do tej pracy, ale mama nie chciała, by to robił. Bała się o niego. Czuła, że to miejsce może być niebezpieczne, choć on zawsze ją uspokajał, mówiąc, że nie pozwoli sobie zrobić krzywdy. W klubie przez jeden weekend był w stanie zarobić tyle co przez pięć dni na budowie. Dzięki temu rodzice nie musieli się martwić o finanse, ale to nie uspokajało mojej mamy. Zupełnie jakby miała trudne do wyrażenia przeczucie.
Tego dnia, gdy go napadli, nie pracował jednak w klubie, choć sam atak był z nim ściśle związany. Wracał z budowy. Czekali na niego w miejscu, w którym nie musieli się obawiać świadków. To była zaplanowana zemsta - za wydarzenia, do jakich doszło kilka tygodni wcześniej.
W to, że zabawa w nocnych klubach jest wspomagana wyłącznie sprzedawanym w nich alkoholem, wierzą tylko naiwni i ci, którzy w takich miejscach nie bywają. Tam, gdzie są chętni do kupowania narkotyków, tam są też ci, którzy chętnie je sprzedają. Dla właścicieli klubów to ogromne ryzyko konfliktu z prawem, dlatego często współpracują z policją. Tak też było w tym przypadku.
Pewnej mocno roztańczonej nocy do gości klubu dołączył oddział policji. Mundurowi zostali wezwani, gdy mój tata przyłapał dealera na sprzedaży białego proszku i wraz z innym członkiem ochrony obezwładnił go. Niedługo potem handlarz został oddany w ręce funkcjonariuszy. Zanim do tego doszło, zatrzymany mężczyzna próbował odwieść mojego ojca od zamiaru wzywania służb, ostrzegając go, że jeśli to zrobi, srogo pożałuje. Do odpuszczenia sprawy namawiali go zresztą również niektórzy koledzy z pracy, tłumacząc, że nie ma sensu się w tym babrać, że to i tak płotki, że będą mieli ich na celowniku i więcej biznesu w klubie nie zrobią.
Tata jednak nie uległ ani szantażowi, ani namowom. Na dodatek złożył wymagane przez policję zeznania. Przyłapany dealer i jego dwaj koledzy, którzy również pracowali w klubie, trafili do aresztu, ale sprawa na tym się nie skończyła. Najwyraźniej wśród przestępców narkotykowych panuje jakiś niepojęty kodeks honorowy przewidujący prawo zemsty, bo ci członkowie narkotykowego gangu, którzy pozostali na wolności, wydali na ochroniarzy klubu wyrok.
Nie na wszystkich.
W trakcie dochodzenia okazało się, że część z nich współpracowała z przestępcami, i to prawdopodobnie oni zrzucili całą winę na mojego tatę. Oni też powiedzieli im o tym, gdzie pracuje poza klubem, gdzie można go spotkać. Pobicie było dokładnie zaplanowane. Miało zaskoczyć mojego tatę i nie wzbudzać podejrzeń, że ma cokolwiek wspólnego z zatrzymaniami w klubie.
Wybrali miejsce, którego nie obejmowała żadna kamera wciąż jeszcze ubogiego w tamtych czasach monitoringu miejskiego. Nikt nie widział tego, jak go zaatakowali. Jestem pewny, że tato próbował się bronić, ale nie miał szans z mężczyznami uzbrojonymi w jakieś "tępe" - jak to opisano w aktach - nigdy nieodnalezione narzędzie, które zadało mu śmierć. Kiedy stracił przytomność, uciekli, a gdy odnalazł go przypadkowy przechodzień, mój ojciec już nie żył.
Pamiętam wściekłość, jaka wzbierała we mnie, gdy czytałem o tym, w jaki sposób dwaj młodociani przestępcy odebrali życie mojemu ukochanemu tacie. Jak mi go zabrali. Kiedy umarł, byłem dzieckiem, które nie miało w sobie mocy, by w jakikolwiek sposób wyrazić swój sprzeciw. Po prostu płakałem za rodzicem. Przez lata mój smutek i żal przerodziły się w nieokrzesany gniew, a prawda o wydarzeniach, które zniszczyły moje szczęście, doprowadziła do jego eskalacji.
Wtedy właśnie postanowiłem, że ich odszukam i rozprawię się z nimi. Wiem, jak niedorzecznie to brzmi. Wciąż byłem dzieciakiem, który wprawdzie wśród rówieśników wyróżniał się sprawnością, ale raczej nie miałby szans z dwoma dorosłymi psycholami z wyrokiem za morderstwo na koncie.
Wiedziałem, że zemsta nie jest czymś, czego oczekiwałby mój tata, ale to uczucie było silniejsze ode mnie. Chciałem się odegrać i nie mogłem tego tak po prostu odpuścić. To nigdy nie dałoby mi spokoju. Musiałem się dowiedzieć, gdzie mieszkają, co robią ich rodziny. Jeśli oni wciąż siedzą w więzieniu, na co wskazywałyby ich piętnastoletnie wyroki, miałem zamiar skrzywdzić ich bliskich. Niech cierpią tak jak ja...
To był bardzo mroczny okres w moim życiu. Nie byłem w stanie opanować emocji, nie radziłem sobie z nerwami. Byłem nieustannie wściekły, ale ukrywałem to przed mamą i siostrą, choć chyba mało skutecznie, bo obie podejrzewały, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Mama próbowała pytać, chciała do mnie dotrzeć, ale zbywałem ją zapewnieniami, że wszystko jest w porządku, i uśmiechem, którym skutecznie potrafiłem rozproszyć jej smutki. W rzeczywistości staczałem się po równi pochyłej i istniała spora szansa na to, że spadnę na samo dno. Wiedziałem, że byłaby to dla mojej mamy tragedia równa stracie taty, ale ta żądza rewanżu była silniejsza ode mnie. Nie miałem żadnego planu. Zemsta oznaczałaby morderstwo, a ja nie byłem do niego zdolny, choć w tamtym czasie mogłoby ono być uznane za działanie w afekcie. Nie panowałem nad sobą. Buzujące we mnie w okresie dojrzewania hormony tylko nakręcały wściekłość wobec oprawców mojego taty. Zwłaszcza że teraz została ona nazwana. Nosiła ich imiona...
Alan i Jay (w rzeczywistości Sanjaya). Obaj wychowywali się w Cheetham Hill, jakieś trzy kilometry od miejsca, w którym mieszkałem. Cheetham nie ma dobrej sławy. Choć znajduje się niedaleko centrum Manchesteru, słynie z przestępczości i jest unikane przez wielu. Mówi się, że łatwo tam stracić telefon, portfel i zęby. Raczej kiepska zachęta do odwiedzin.
Alan były Anglikiem od pokoleń. Jego naturalnie biała skóra usypana piegami i rudawe włosy, które tylko przy odpowiednim świetle mogły udawać blond, sprawiały, że nikt nie miał wątpliwości, że jest "stąd".
Jego najlepszy kumpel Jay na przynależność musiał sobie "zapracować". Choć w Wielkiej Brytanii wychował się od urodzenia, zresztą nie tylko on, także jego rodzice, a w Pakistanie, ojczyźnie swych przodków, był z wizytą tylko raz, wciąż nie czuł, że należy do społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć.
Pakistańskich rodzin zamieszkujących Cheetham Hill od pokoleń jest mnóstwo, w całym Manchesterze jeszcze więcej, ale Jay nie chciał być po prostu Pakistańczykiem w Anglii. Mimo utrzymywanych przez rodzinę pakistańskich tradycji nigdy nie czuł się związany z krajem przodków. Wszystko, co znał od dziecka, było angielskie.
Był Brytyjczykiem, ale niezależnie od tego, co by zrobił, dla większości był po prostu "paki", obywatelem gorszej kategorii. Tolerowanym, pod warunkiem że nie będzie się starał wychylać poza swoją klasę. To go potężnie frustrowało.
Nawet Alan czasami nazywał go "paki", choć on raczej nie robił tego z powodu rasizmu. Był prostym chłopakiem, a jego inteligencja, delikatnie mówiąc, była mocno ograniczona, ale na pewno nie był rasistą. Jaya uważał za swojego najlepszego przyjaciela, a to nie byłoby możliwe, gdyby Alan miał jakieś rasowe uprzedzenia. Mówił to więc raczej w żartach, choć w tym przypadku stąpał po grząskim gruncie.
Jay był w stanie wybaczyć mu znacznie więcej niż innym. Czuł, że Alan mimo niewyparzonego języka akceptuje go w pełni, i szybko stał się dla niego centralną postacią w życiu. Poznali się w pierwszej klasie szkoły średniej i już wkrótce spędzali w niej razem każdą chwilę. Razem też przestali do niej chodzić i skręcili na drogę, która kusi wielu młodych, zbuntowanych i niechętnych do dołączenia do wyścigu szczurów ludzi. Zwłaszcza w takim miejscu jak Cheetham Hill, gdzie szacunku bynajmniej nie zdobywa się ciężką pracą od świtu do nocy.
Moje prymitywne, młodzieńcze śledztwo zaprowadziło mnie pod domy komunalne, w których mieszkali Jay i Alan. Były dość obskurne z zewnątrz, choć w tej kwestii dom Jaya zdawał się bardziej zadbany. Jego mało atrakcyjny wygląd wynikał bardziej z wieku niż z tego, że mieszkańcy o niego nie dbali. To był typowy ciasny, wiktoriański semi-detached, coś na kształt bliźniaka, jakich w całej Anglii tysiące.
Stały przy tej samej ulicy. Oddalone od siebie o zaledwie kilkaset metrów. Aż dziw, że chłopacy nie znali się od dzieciństwa, ale możliwe, że wpłynęły na to właśnie podziały rasowe. Brytyjscy rodzice Alana nie chcieli, by zadawał się z jakimś "paki", i ładowali mu do głowy uprzedzenia wobec pozbawiających Brytyjczyków pracy imigrantów, zaś rodzice Sanjayi obawiali się, że "angole" sprowadzą ich syna z prawej ścieżki islamu na manowce i tylko patrzeć, jak zrezygnuje z edukacji i zacznie domagać się wieprzowej szynki na kanapkach. To pierwsze ziściło się bez pudła.
Wypytując sąsiadów, dotarłem do siostry Jaya, dzięki nim poznałem też jej imię. Zoya była starsza ode mnie. Miała około siedemnastu, osiemnastu lat, a mimo to, gdy zawołałem ją po imieniu, spłoszyła się, jakbym był potężnym zbirem zamierzającym ją zaatakować. Fakt, że znam jej imię, zaintrygował ją jednak na tyle, iż przystanęła i odwróciła się w moim kierunku. Nie mówiąc słowa, zaczęła się we mnie wpatrywać.
- Ty jesteś siostrą Jaya? - spytałem, wiedząc, że muszę działać szybko, zanim znowu ruszy przed siebie. Okazja do rozmowy może się nie powtórzyć.
Dziewczyna wciąż jednak milczała. Wyraźnie zastanawiała się nad tym, czy w ogóle powinna angażować się w rozmowę ze mną, ale musiała być też ciekawa, dlaczego o jej brata, który od kilku lat siedział w więzieniu, pyta jakiś dzieciak. Ciekawość wygrała. Nie chciałem jej spłoszyć, więc nie od razu powiedziałem, kim jestem. To znaczy... nie do końca to powiedziałem. Wiedziałem, że nie mogę powiedzieć prawdy, dlatego już wcześniej wymyśliłem sobie grubymi nićmi szyty powód swojej zaczepki.
- Chcę zostać dziennikarzem i zamierzam zrobić reportaż o tym, co się wydarzyło - powiedziałem.
Zoya zaśmiała się sarkastycznie.
- Przecież ty masz jeszcze mleko pod nosem! Jaki reportaż? Idź się lepiej pobawić w piaskownicy - rzuciła, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku domu.
Potwarz schowałem głęboko do kieszeni, wiedziałem zresztą, że specjalnie przesadziła. W tamtym momencie ważniejsze było to, czego mogę się od niej dowiedzieć.
Pobiegłem za nią.
- Ej, nie daj się prosić... Nie napiszę niczego, co ci się nie spodoba.
- A ty w ogóle masz to gdzie wydrukować?
Nie miałem.
- Sam widzisz. O moim bracie napisali już sporo bzdur, więc...
- Więc możesz mi powiedzieć, co jest kłamstwem - rzuciłem.
- Ale po co ci to? - Stanęła i po raz pierwszy się do mnie uśmiechnęła.
Odwzajemniłem uśmiech, a że zawsze uchodziłem za słodkiego dzieciaka, najwyraźniej skruszyłem tym jej niechęć.
- Chcę dostać dobrą ocenę w szkole.
Tak, argument, że to zadanie domowe, powinien zadziałać.
- Pisząc reportaż o zabójstwie?
- No przecież nie będę pisał o życiu chomików, jak reszta. Ja nawet nie mam chomika.
Znowu się uśmiechnęła. Chyba nawet ją rozbawiłem.
- Nie odczepisz się, prawda? - westchnęła. - No dobrze, co chcesz wiedzieć?
Na to nie byłem gotowy. Miałem tak dużo pytań, że gdy wreszcie stanąłem przed możliwością ich zadania, w mojej głowie była wyłącznie pustka. Wydusiłem z siebie tylko jedno, ale szczęśliwie dało ono początek opowieści, która wyraźnie kotłowała się gdzieś w Zoi i tylko czekała na moment, kiedy będzie mogła popłynąć w świat.
- Jaki jest Jay? - rzuciłem.
- Jay... Jay to straszny głupek. Sam się wpakował w tę sytuację, chociaż moi rodzice ostrzegali go, że tak się to skończy... Zniszczył sobie życie. Nam też.
Nasz ojciec jest lekarzem ortopedą, bardzo wziętym. Trudno mu się opędzić od pacjentów, a on jest jednym z tych, którzy czują misję. Nie potrafi odmówić nikomu. Mama zresztą też. Ona jest pediatrą i cudzym dzieciom zawsze poświęcała więcej czasu niż swoim własnym, choć bardzo się starała, byśmy nigdy tego nie odczuli.
Oboje pracują w szpitalu i mają prywatne praktyki. Nami zajmowali się często dziadkowie, choć nie mogę powiedzieć, by rodzice byli nieobecni. Starali się wymieniać dyżurami w szpitalu tak, by w domu możliwie często było choć jedno z nich.
Mieszkaliśmy z dziadkami od strony taty, jednak rodzice mamy też byli blisko nas. Łączyły ich nie tylko wnuki, ale i wspólna przeszłość. Przyjeżdżając do tego kraju, nie mieli pieniędzy, ale jak większość imigrantów z Pakistanu czy Indii mieli ambicje, by ich dzieci zdobyły solidne wykształcenie i miały zdecydowanie lepsze życie od tego, które oni sami wiedli do tej pory. Chcieli udowodnić swoją wartość i oddać moralny dług państwu, które stało się ich nowym domem.
Dla moich dziadków ten mały semi-detached, który dostali do zamieszkania po przyjeździe w ramach programu pomocowego dla uchodźców z dawnych kolonii brytyjskich, był pałacem godnym królów. Stał się najważniejszym miejscem w ich życiu do tego stopnia, że nadal w nim mieszkamy. To dlatego, mimo że moi rodzice mogliby kupić większy dom, postanowili wykupić ten. Żałuję, że to zrobili. Gdyby zabrali Jaya z tego miejsca, nie stoczyłby się w tak okropny sposób.
Ja, Jay i nasz najmłodszy brat jesteśmy drugim pokoleniem wychowanym tu od urodzenia. Kiedyś bywało nam tu ciasno, ale teraz zaczęło nas ubywać. Jay siedzi za kratkami, a dziadek umarł niedługo po tym, jak jego ukochany wnuk za nie trafił.
Mój tata cały czas mówi, że umarł właśnie dlatego. Choć w książkach medycznych pewnie trudno byłoby znaleźć zawiedzione nadzieje pokładane w potomkach jako bezpośrednią przyczynę śmierci, to całkiem niewykluczone, że ma rację. Dziadek nie potrafił się z tym pogodzić. Targał nim wstyd, żal i zupełnie nieuzasadnione poczucie winy. Dusił to w sobie do momentu, aż jego serce odmówiło posłuszeństwa.
Zresztą Jay złamał serce całej rodzinie. Stał się dowodem na to, co mówią o nas wszyscy ci, którzy najchętniej wyrzuciliby imigrantów z tego kraju. Wpisał się w te wszystkie słowa o nieudacznikach, bezrobotnych, przestępcach... Jego dziadkowie i rodzice poświęcili życie, by udowodnić, że to bezpodstawne zarzuty, a on przekreślił to wszystko jedną głupią decyzją.
Dla dziadków przyjazd tutaj był jak wygrana na loterii i wszystko, czego chcieli, to ciężko pracować, ale na sukces szanse miały dopiero ich dzieci. Oczywiście też nie bez ciężkiej pracy, jednak osiągnęły pozycję, która pozwalała patrzeć na przyszłość ze spokojem, a potem... potem Jay to wszystko zaprzepaścił. Ledwo wkroczył w dorosłe życie, a już je zrujnował. Wstyd mi, że to mój brat...
Zoya zamilkła na chwilę, jakby się zastanawiała, czy powinna kontynuować tę opowieść.
- Ty w ogóle tego nie zapisujesz. Mówiłeś, że to ma być reportaż - zauważyła nie bez racji.
Tak zasłuchałem się w jej słowa, że zupełnie zapomniałem o podtrzymywaniu wiarygodności argumentu, którym przekonałem ją do rozmowy.
- Wszystko pamiętam. Wolę cię nie rozpraszać - rzuciłem mało wiarygodnie, ale Zoya zdawała się mi ufać.
A może po prostu chciała dalej mówić. Czułem, że wcale nie zmusza się do tych zwierzeń. Jakby zrozumiała, że może je wreszcie wyartykułować, wyrzucić z siebie. To wciąż nie było wszystko, co chciała mi powiedzieć. Wreszcie przyszedł czas na słowa, które bardzo potrzebowałem usłyszeć.
Sanjaya zrujnował nie tylko swoje życie. Zrujnował też naszą rodzinę. I rodzinę tego biednego mężczyzny... On był taki młody, miał małe dzieci. Całe życie przed sobą. Podczas procesu widziałam wdowę po nim. Taka piękna, dostojna kobieta. Ubrana w czarną sukienkę. Smutna, ale skupiona na dzieciach. Na rękach trzymała dziewczynkę, obok niej stał chłopiec. Dla nich próbowała się uśmiechać, choć wyraźnie przychodziło jej to z ogromnym trudem.
Kiedy sądzili Jaya, byłam jeszcze bardzo młoda, miałam mniej więcej tyle lat co ty, ale i tak wszystko rozumiałam. Miałam ogromne poczucie winy. Przez głowę przechodziły mi najdziwniejsze myśli. Na przykład taka, że ja też powinnam pójść do więzienia, bo przecież to mój brat. Chciałam podejść do tej kobiety, przeprosić, ale bałam się jej reakcji. Poza tym czy za coś takiego w ogóle da się przeprosić... Przecież to nie wróciłoby życia temu biednemu człowiekowi. Jego dzieci wychowują się bez kochającego ojca, a sprawcą tego nieszczęścia jest mój głupi brat. I to wszystko w imię jakiejś niedorzecznej zemsty.
Zoya zatrzymała się w ostatnim momencie. Jeszcze chwila i nie byłbym w stanie powstrzymać łez, które na pewno by mnie wydały. Dziś trochę żałuję, że nie powiedziałem jej wtedy, kim jestem. Może przyniosłoby jej to ulgę.
Nie była w stanie odezwać się do mojej mamy, ale wszystko, co mogłaby jej powiedzieć, powiedziała mnie.
Za to ja w tym momencie poczułem wytchnienie i choć trwało ono krótko, było mi nieprawdopodobnie potrzebne.
- Nie wiem, po co w ogóle ci to opowiadam - powiedziała nagle lekko łamiącym się głosem, który był dla mnie dowodem na szczerość tego, co właśnie usłyszałem.
Sam ledwo powstrzymywałem emocje. Wciąż usilnie próbowałem utrzymać łzy pod powiekami. Nie wiem, czy je zauważyła, ale nie chciała już dłużej opowiadać o sobie. Do dziś się dziwię, że tak się wtedy otworzyła. Nie wiem, czy na jej miejscu sam siebie potraktowałbym poważnie, ale może po prostu potrzebowała to z siebie wyrzucić.
Komukolwiek.
Przypomniała mi o dniu, który wyparłem z pamięci. Tym, w którym mama zabrała nas na ogłoszenie wyroku. Byłem już w takim wieku, że spokojnie mógłbym to pamiętać, ale dopiero gdy Zoya o tym wspomniała, tamte obrazy jak żywe stanęły mi przed oczami. Nie rozumiałem do końca, co tak naprawdę się dzieje. Wszystkie informacje na temat losu mojego taty były cenzurowane, jednak wbrew temu mama podjęła przedziwną decyzję, by zabrać nas do sądu w ten koszmarny dzień wymierzania sprawiedliwości, która miała dać ulgę w cierpieniu, choć wcale jej nie przyniosła.
Nigdy nie spytałem mamy, czym się kierowała, zabierając nas wtedy do sądu, skoro prawdę o tym, dlaczego nasz tata nigdy do nas nie wrócił, ukrywała przed nami latami. Możliwe, że była to wyłącznie podpowiedziana jej przez prawników taktyka, a może chciała, byśmy byli świadkami wymierzania kary tym, którzy zabrali nam ojca. Nawet jeśli nie byliśmy tego świadomi.
Nie wiem, czy Zoi przeszło przez myśl, że jestem tamtym chłopcem z sądu. Jeśli tak, nie dała tego po sobie poznać. A może właśnie dlatego, że się w tym zorientowała, dość raptownie ucięła naszą rozmowę.
- Muszę już iść - rzuciła.
- Dzięki, Zoya. Powiedz mi tylko jeszcze, czy wiesz coś o rodzicach Alana? Może miał rodzeństwo?
Zatrzymała się na chwilę i walcząc z odrazą w głosie, odparła:
- Rodzeństwa miał dużo, ale podorastali i albo stąd uciekli, albo zostali odebrani i przeniesieni do rodzin zastępczych. A rodziców znajdziesz pewnie pijanych w domu albo w pubie za zakrętem. Od lat nie trzeźwieją...
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI