DROGIE CZYTELNICZKI I DRODZY CZYTELNICY
Kiedy Magdalena Adaszewska zadzwoniła do mnie z propozycją współpracy przy tworzeniu tej książki, byłem zaskoczony i zaciekawiony. Zacząłem się zastanawiać, co mogę od siebie dać. Uświadomiłem sobie, że jako ojciec trzech córek, i to ojciec, który ma świadomość popełnionych błędów w procesie ojcostwa, mam sporo do powiedzenia. A książka może być interesującą lekturą zarówno dla ojców, jak i dla ich córek. I pomoże im lepiej zrozumieć trudności, z którymi się zmagają.
Moje ojcostwo trwa już blisko trzydzieści lat. Podzielone jest na kilka etapów. Mam trzy córki i dwóch synów. Najmłodsza córka ma siedem lat, średnia piętnaście, najstarsza dwadzieścia osiem. Nie ukrywam, że relacja z najstarszą córką jest trudna. Dlatego zastanawiałem się, czy jestem właściwą osobą do rozmów o takim obszarze ojcostwa wobec córek. Ale mając na uwadze to, że sam przeszedłem złożony proces uświadomienia sobie własnych ograniczeń, które pojawiły się już w moim pierwszym ojcostwie, z czego wówczas nie zdawałem sobie sprawy, przyjąłem zaproszenie do współtworzenia książki.
Zostałem ojcem w wieku dwudziestu czterech lat. Nie miałem pojęcia o tym, jak być tatą. Moje ojcostwo przez długi czas to był jeden wielki eksperyment. To były lata dziewięćdziesiąte. Czas przemian, trudna sytuacja ekonomiczno-społeczna. Wychowałem się na Górnym Śląsku, gdzie etos funkcjonowania w patriarchacie był mocny. Własne ojcostwo rozumiałem - bez konsultacji z nikim, opierając się na własnych deficytach, dzisiaj to wiem - jako zapewnienie rodzinie materialnego dobrobytu, co w tamtym trudnym czasie było równoznaczne z przetrwaniem. Poświęciłem temu dużo energii i uwagi, chciałem, by moja rodzina żyła na dobrym poziomie i w poczuciu ekonomicznego bezpieczeństwa.
Czas wczesnego dzieciństwa mojej córki to okres mojego nieświadomego funkcjonowania w relacji ojciec-córka. Gdy moje własne ograniczenia doprowadziły do tego, że w moim życiu nastąpił duży kryzys, rozstałem się z żoną, a potem wszedłem w relację z kobietą, z którą mam drugą córkę. Jednak i ta relacja nie zaowocowała stabilnym związkiem, choć zapowiadała się obiecująco. To sprawiło, że zacząłem odchodzić od idei, że to jest wina czynników zewnętrznych. Poszedłem na psychoterapię, by się dokładnie przyjrzeć, co takiego dzieje się w moim życiu, dlaczego powtarzają się pewne wzorce i dlaczego moje życie w różnych aspektach jest takie trudne dla mnie i przy okazji też dla innych. I odkryłem, że mam w sobie sporo ograniczeń wyniesionych z mojego dzieciństwa, bo wychowałem się praktycznie bez ojca. Nie miałem pozytywnego wzorca, nie miałem w domu przykładu. To był początek przemian w moim życiu, drastycznych i trudnych, ale bardzo potrzebnych. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że ten okres w życiu mężczyzny nazywa się czasem popiołów. To jest wielowymiarowy, dotkliwy kryzys, gdy wali się życie, ponieważ zostało zbudowane na pozorach, a nie na solidnych fundamentach ustabilizowanej osobowości.
Relacja z moją pierwszą żoną, jakość tej relacji, która przełożyła się na jakość relacji z córką i mojego ojcostwa, była największym wyzwaniem, ale stała się też motorem do olbrzymich zmian w moim życiu.
Funkcjonowałem w oderwaniu od siebie. Jak większość mężczyzn byłem skupiony na tym, co się dzieje na zewnątrz, na pracy i zadaniach. Nie umiałem budować relacji z moją partnerką. Miałem wobec niej oczekiwania jak wobec wyidealizowanej matki, a ona tych oczekiwań nie mogła spełnić, czemu dziś się nie dziwię. Nie wiedziałem, o co w tym wszystkim chodzi.
Psycholog Steve Biddulph zadaje mężczyznom pytanie: czy jesteś już wystarczająco zrozpaczony? Dotknął tym mojej wewnętrznej rozpaczy, której na początku nie identyfikowałem. Poprzez pracę zawodową miałem kontakt z innymi mężczyznami i dowiadywałem się, że wielu z nich ma podobnie, że też mierzą się z wyzwaniami i są pogubieni jak ja. Zacząłem szukać dla siebie pomocy, ale okazało się, że nie ma żadnych warsztatów z ojcostwa, a psychoterapia dla mężczyzn nie była powszechna. Mimo to znalazłem psychoterapeutę, zacząłem chodzić na sesje. Po pewnym czasie zacząłem zauważać zmiany na lepsze.
Kiedy stanąłem pewniej na własnych nogach, odkryłem, że chcę pomagać innym mężczyznom. Zdecydowałem, że sam zostanę psychoterapeutą - trochę jak człowiek uzależniony, który wychodzi z nałogu, a potem staje się najlepszym terapeutą dla osób uzależnionych, bo doskonale zna te mechanizmy, zmagania z chorobą i sam jest żywym świadectwem, że można z tego wyjść.
Dotknąłem takiego dna intuicyjnie pojmowanej męskości, z której postanowiłem nie tylko wyjść, ale też stworzyć bazę wsparcia dla innych mężczyzn. Przekonałem się, że z takim zagubieniem mierzy się większość z nich.
Kiedy studiowałem psychoterapię, słyszałem, że mężczyźni unikają psychoterapii. Panował stereotyp, że "chłopaki nie płaczą", nie przyznają się do trudności. To właśnie dla nich najpierw powstała fundacja Masculinum, a później Instytut Zdrowia Psychicznego Masculinum, którego jestem współtwórcą. Tworzą go ludzie, którzy przeszli drogę z popiołów do poziomu życia, które można nazwać jakościowym. Realizujemy w nim różnorodne programy wsparcia dla mężczyzn.
Od dziesięciu lat jestem w szczęśliwym, dobrym związku małżeńskim, mamy troje dzieci. Moje życie jest inne niż kiedyś. Ale to nie stało się samo, wykonałem ogromną pracę nad sobą, która ciągle trwa.
Relacja z najstarszą córką jest bardzo złożona. Ma do mnie słuszne pretensje o różne rzeczy, a mnie trudno jest w tej chwili jej pomóc, chociaż jestem gotów w każdej chwili. Nasza relacja przechodzi różne fazy, teraz chyba jedną z trudniejszych. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy odzyska stabilność i będziemy mogli ze sobą rozmawiać.
Relacja z drugą córką, obecnie nastolatką, która mieszka w innym mieście ze swoją mamą, jest pełna ciepła i bliskości. Pokazuje, że nie chodzi głównie o ilość czasu spędzanego razem, lecz o jego jakość. Córka jest u nas częstym gościem, mile widzianym i kochanym, ze wszystkimi się przyjaźni. Myślę, że w tej relacji już inaczej realizuję moje ojcostwo, lepiej, mimo że w ograniczonym zakresie. Relacja z najmłodszą córką jest najlepiej przeze mnie budowana. Mieszkam z nią, patrzę z uważnością, mam świadomość, że jest jedną z trojga dzieci, wiekowo między dwoma swoimi braćmi, co też zmienia perspektywę.
Wiem, że moje ojcostwo się rozwija. I najbardziej zadowolony jestem z relacji z najmłodszą córką.
Nauka ojcostwa jest procesem nieskończonym, dopóki wychowujesz dzieci, a gdy skończysz je wychowywać, są już dorosłe. Ojcem jednak jesteś już przez całe życie.
Czasem myślę, że gdybym trzydzieści lat temu miał tę wiedzę, którą mam teraz, relacja z najstarszą córką byłaby lepsza. Nadałbym jej inne ramy, sam funkcjonowałbym inaczej, czym innym się zajął. Ale widocznie potrzebowałem tych dwóch dekad, by zdobyć doświadczenie, poobijać się o różne skały. Najwyraźniej to było potrzebne, żebym teraz mógł pomagać innym mężczyznom. Myślę też, że ta książka jest po to, żeby oszczędzić mężczyznom dwudziestu lat w dochodzeniu do wniosku, że mogli coś zrobić inaczej, lepiej, żeby o wielu rzeczach dowiedzieli się dużo wcześniej i mieli świetne relacje ze swoimi córkami. I tak nie unikną błędów, ale może popełnią ich o wiele mniej.
Nie jestem profesorem od ojcostwa, któremu w życiu wszystko się udało, który wszystko świetnie zrealizował i może nauczać każdego, bo jest mistrzem świata. Jestem ojcem, który ma świadomość własnych porażek i sukcesów i który zrozumiał, że kondycja współczesnych mężczyzn jest słaba i wymaga dużego nakładu pracy i uważności. Mam nadzieję, że ta książka będzie dla nich inspiracją. Apeluję, by czytać z życzliwym krytycyzmem. My nie jesteśmy wyroczniami. Chcemy, żeby ojciec mógł dzięki niej coś sobie uświadomić, w czym jest dobry, a w jakich obszarach powinien się jeszcze wzmocnić.
Dużo mówi się o tym, że ojcowie są bardzo ważni dla synów. Natomiast wciąż za mało się mówi o tym, jak bardzo ważni ojcowie są dla córek. Mam nadzieję, że ta książka będzie ważną cegiełką w tworzeniu nowoczesnego ojcostwa, a także pomoże córkom zrozumieć relację z ojcem.
Jacek Masłowski