p
Wstęp. Zawsze powtarzano mi, że jeśli będę grzeczna, spotkają mnie same dobre rzeczy - dlaczego więc nie jestem szczęśliwa?
Wstęp
Zawsze powtarzano mi, że jeśli będę grzeczna, spotkają mnie same dobre
rzeczy - dlaczego więc nie jestem szczęśliwa?
Spójrz za siebie i przez chwilę na powrót stań się dzieckiem, którym
byłaś: tą dziewczynką z pewnością marzeń, nadziei, chęci do zabawy i odkrywania. Przypomnij sobie: czy słyszałaś wtedy, że "jesteś bardzo
dojrzała jak na swój wiek"? Albo że masz "dobrze poukładane w głowie"?
Lub że jesteś grzeczna, bo zawsze bez słowa sprzeciwu wykonujesz
polecenia? "Jaka ta twoja córka jest spokojna, Mari! Zawsze taka
cichutka, nigdy nie przeszkadza". Być może niektóre z tych zdań brzmią
znajomo. Jeśli tak, domyślam się, że przywołują one przyjemne poczucie
dumy, bliskości i radości, jakiego doświadczamy, gdy kochają i doceniają
nas osoby, które same kochamy i cenimy - bliscy objaśniający nam świat
oraz to, kim jesteśmy i kim "powinniśmy" być; w dzieciństwie zwykle są
to ważni dla nas dorośli.
Pewnie zastanawiasz się teraz, w czym tkwi problem, co jest złego w byciu grzeczną i dlaczego przyszło mi do głowy napisać na ten temat
książkę. Czyżbym postradała rozum i chciała przejść na złą stronę mocy?
Spoiler: nie. Zanim jednak odpowiem na pytania, które być może właśnie
zaczynają kłębić ci się w głowie, pozwól mi na małą dygresję. W książce
tej będę zwracać się do ciebie w formie żeńskiej, ponieważ to, o czym
piszę, znacznie częściej przydarza się kobietom niż mężczyznom (na
kolejnych stronach wyjaśnię, dlaczego tak się dzieje). Nie oznacza to
jednak, że będę bazować wyłącznie na przeżyciach kobiet czy że zapominam
o mężczyznach, którzy żyją podobnie i chcieliby pogłębić wiedzę na swój
temat - przeciwnie, moje słowa są skierowane również do was, panowie,
nawet jeśli będzie w nich więcej "-łaś" niż "-łeś". Wiem, że mnie
zrozumiecie, tak jak my, kobiety, rozumiemy, że mówiąc o odwiedzinach "u dziadków", mamy na myśli również spotkanie z babcią. Wszystkie te uwagi
odnoszą się oczywiście także do osób niebinarnych. Kimkolwiek jesteś,
będę zachwycona, mogąc ci towarzyszyć.
Teraz, gdy ustaliliśmy już, że jest to książka dla wszystkich
zainteresowanych niezależnie od płci czas zadać sobie pytanie o to
cudowne uczucie, które zalewało nas w dzieciństwie, gdy ktoś mówił nam,
jakie z nas dobre dzieci. Cóż, prawdopodobnie sprawiało ono, że
dążyliśmy do powtórzenia tego, za co zbieraliśmy pochwały. Jako dzieci
bowiem tak naprawdę chcemy jednego: by nas kochano. Tak właśnie
zbudowałaś sobie konstrukt "grzeczności": na podstawie cech, które
dorośli wiązali z ideą "dobrego dziecka" - takich jak choćby
delikatność, łagodność, uległość, niewinność, nienaganność czy nawet
bezbronność - które to komunikowali za pośrednictwem zdań przywołanych
na początku. Z pragnienia wykorzystania tych przymiotów do maksimum
narodziło się jedno z twoich pierwszych fundamentalnych przekonań:
"Jeśli będę grzeczna, wszyscy będą mnie lubić". Przeświadczenie to
prawdopodobnie wzmacniane było innymi powszechnie wyznawanymi przez
społeczeństwo poglądami, zawartymi we frazesach typu "dobro przyciąga
dobro", "dobro zawsze zwycięża", "jeśli będziesz dobra, będziesz
szczęśliwa" czy wszystkich tych opowieści o karmie i kosmicznej
sprawiedliwości, które słyszymy na przestrzeni lat (a które w krytycznych momentach nie zawsze się sprawdzają).
Być może przychodzą ci teraz do głowy pytania: "Skoro grzeczne dzieci są
tak kochane i ma je spotykać tyle dobrego, to dlaczego zawsze wplątuję
się w relacje, w których najwyraźniej tylko ja się staram? Dlaczego inni
nie przejmują się mną tak, jak ja nimi? Dlaczego czuję, że oszukuję samą
siebie? Dlaczego wydaje mi się, że zaraz wybuchnę przez moje emocje?
Dlaczego żyję w nieustannym poczuciu winy, skoro usiłuję robić wszystko
najlepiej, jak potrafię? Dlaczego koniec końców zawsze mam wrażenie, że
przez moją dobroć daję się innym wykorzystywać?". I może najważniejsze:
"Dlaczego nigdy nie jestem szczęśliwa?".
W tej książce znajdziesz odpowiedzi na wszystkie te pytania -
chciałabym, żebyś dzięki niej na nowo skonstruowała swoją definicję
"dobroci" i "grzeczności". Jest bardzo prawdopodobne, że do tej pory
kojarzyłaś je z cechami, o których już wspomniałam, a które silnie wiążą
się ze społecznymi oczekiwaniami wobec nas: żebyśmy nie przeszkadzały,
nie popełniały błędów, nie podnosiły głosu, były poprawne politycznie,
nie stawiały własnych potrzeb na pierwszym miejscu itp., zamiast po
prostu być sobą. Nieuchronnie prowadzi to do kolejnego pytania: czy
naprawdę znasz samą siebie? Innymi słowy: czy wiesz, kto ukrywa się pod
wszystkimi wymaganiami, które, zrodzone z wypaczonej wizji grzeczności,
krok po kroku wskazywały ci, jaka powinnaś być? To także postaramy się
wspólnie zgłębić na kolejnych stronach.
Czy ten zestaw oczekiwań i cech kształtujących twój charakter tak, by
dopasował się on do wizji grzeczności, nosi określoną nazwę? Oczywiście
- w XXI wieku nie istnieje niemal nic, czego nie opatrzono by jakimś
mianem, a to widziałaś już w tytule: syndrom grzecznej dziewczynki.
Jeśli dorastałaś i rozwijałaś się w przeświadczeniu, że jesteś dobrym
człowiekiem, tylko gdy przedkładasz cudze potrzeby ponad własne i z całych sił starasz się je zaspokoić; jeśli zmuszałaś się do utrzymywania
relacji, które nic ci nie dawały, tylko po to, by nie zranić drugiej
osoby; jeśli tak bardzo przejmowałaś się tym, co będą o tobie myśleć i mówić inni, że podporządkowałaś temu całe swoje życie; albo jeśli nie
mówiłaś, co czujesz, by ktoś nie poczuł się zawiedziony lub urażony - ta
książka jest dla ciebie.
Chciałabym zabrać cię w podróż do czasów dzieciństwa, byśmy razem
odkryły, co sprawiło, że oddaliłaś się od samej siebie i stałaś taka,
jaką chciano cię widzieć; byś zrozumiała, jak się czuło i czego
potrzebowało dziecko, którym byłaś - po to, by zrozumieć przeszłość i móc przytulić dziewczynkę, która wciąż w tobie żyje i która być może
została skrzywdzona bardziej, niż ci się wydaje. Tylko tą drogą możemy
wkroczyć w twoją teraźniejszość i zrozumieć, co dzieje się w twoim życiu
obecnie: skąd w nim tyle niezadowolenia, dlaczego nic nie daje ci
poczucia spełnienia, dlaczego wchodzisz w związki z osobami, które cię
nie doceniają, dlaczego nie radzisz sobie z emocjami i nie potrafisz
podejmować decyzji - oraz dlaczego nie kochasz samej siebie.
W ten sposób dotrzemy do najważniejszej części naszej wspólnej pracy:
budowania pięknej przyszłości na bazie wszystkich wypracowanych
wniosków. Nauczysz się poznawać samą siebie i o siebie dbać, stawiać
granice i określać, jakiego typu relacje są ci potrzebne w życiu,
wydobywać na powierzchnię wszystkie emocje zepchnięte w najgłębsze
zakamarki podświadomości i nimi zarządzać, zwracać się do siebie
łagodniej, radzić sobie z lękami i stawiać czoła konfliktom, żeby się
rozwijać, a nie rozpadać. Zdobędziesz poczucie pewności i wiary w to, co
robisz, a troska o zdanie innych przestanie dyktować kierunek twoich
działań.
Syndrom grzecznej dziewczynki w żadnym wypadku nie jest chorobą. Jest to
pewien wzorzec zachowań, będący owocem wpływu wymagającego środowiska
bądź znaczących opiekunów, którzy, mimo najlepszych intencji, stawiali
swoim podopiecznym bardzo wysokie oczekiwania wzmacniane przez społeczną
wizję "grzeczności". W ten sposób paradoksalnie ukształtowali dzieci
obsesyjnie pragnące zachować się właściwie w każdej sytuacji i przy
każdej osobie, które później zmieniły się w bardzo niepewnych siebie
dorosłych, stale wątpiących w swoją wartość i umiejętności oraz żyjących
bardziej dla innych niż dla siebie.
Jeśli identyfikujesz się z tym, co powiedziałam, wiedz jedno: to, jaka
jesteś i jak się czujesz, nie jest twoją winą - próbowałaś tylko
przetrwać, wykorzystując narzędzia, którymi dysponowałaś. Książka ta ma
ci dostarczyć jeszcze wielu innych - nie po to, byś stała się lepszą
wersją siebie, ale po to, byś stała się tym, kim masz ochotę być. Już
najwyższy czas przestać żyć tylko po to, by dawać, by nie popełniać
błędów, by usuwać się w cień, ustępując miejsca innym, i by przygaszać
swoje światło, czując, że właśnie to trzeba zrobić, aby pozostali mogli
zabłysnąć jaśniej.
Już najwyższy czas pozwolić sobie być człowiekiem.
Piszę te słowa z nadzieją, że za chwilę pogodzisz się z wieloma
częściami siebie i stworzysz nową przestrzeń dla własnego dobrostanu.
Biorę cię za rękę i zapraszam do wspólnej podróży, która, być może po
raz pierwszy, poprowadzi cię nie ku rzekomej doskonałości czy perfekcji,
lecz ku wolności. Ponieważ ci, którzy naprawdę cię kochają, nie chcą,
byś była idealna, lecz wolna. Oraz ponieważ do szczęścia - czymkolwiek
by ono dla ciebie nie było - nie prowadzi żadna konkretna i ustandaryzowana droga, a tylko taka, którą sama wytyczasz.
Witaj.
Rozdział 1. Dostosuję się do wszystkiego. Czym jest syndrom grzecznej dziewczynki?
ROZDZIAŁ 1
Dostosuję się do wszystkiego. Czym jest syndrom grzecznej dziewczynki?
Pozwól, że zacznę od opowieści o sobie: o ośmioletniej Marcie, która nie
znosiła matematyki. Nienawidziłam jej całym sercem i właśnie dlatego w pewnym momencie dzieciństwa czy dorastania - już teraz nie pamiętam -
poprosiłam rodziców, by zapisali mnie na korepetycje z tego przedmiotu.
Nie chodziło bynajmniej o to, że groziło mi powtarzanie roku. Wiedziałam
po prostu, że nie opanowałam matmy tak jak innych przedmiotów, i to
sprawiało, że czułam się głupia. Blokowało mnie. Pytanie, które zadaję
sobie teraz, wiele lat później, brzmi: czy działo się tak dlatego, że
naprawdę nie radziłam sobie z zadaniami? A może przeszkadzało mi, gdy
inni widzieli, że nie umiem ich rozwiązać? Czy też, jako "dobra
uczennica", nie mogłam "zaniżać poziomu" i wahać się przy dzieleniu
ułamków dziesiętnych? Prawdopodobnie zaważyło tu wszystko po trochu.
Z mojej matematycznej golgoty z dzieciństwa najbardziej pamiętam jednak
nieskończenie wiele sytuacji, gdy porównywałam moje wyniki z rozwiązaniami kolegów, a widząc, że są rozbieżne, zmieniałam własne.
Dlaczego? Bo byłam pewna, że to ja popełniłam błąd i nie chciałam, by to
wyszło na jaw. Paradoks polegał na tym, że chodziłam na korepetycje i mój nauczyciel sprawdzał mi prace domowe, miałam więc pewność, że moje
obliczenia są poprawne - wówczas wolałam jednak myśleć, że korepetytor
się pomylił albo nie przyjrzał się moim zadaniom wystarczająco uważnie,
założywszy, że dobrze je wykonałam. W ogóle nie mieściło mi się w głowie, że to ja mogłabym mieć rację. Podążając za tym irracjonalnym
impulsem, zmieniałam swoje wyniki tak, by zgadzały się z obliczeniami
kolegów, i w ten sposób, nie chcąc popełniać błędu, popełniałam go, a nie chcąc źle wypaść przed znajomymi, wypadałam źle przed samą sobą, gdy
nauczycielka sprawdzała ćwiczenia i znajdowała w nich - o niespodzianko!
- błąd. A wszystko dlatego, że nie wierzyłam w swoje umiejętności (oraz
najwyraźniej w umiejętności mojego korepetytora, ale to już inna
historia).
To tylko jeden z przykładów wskazujących na syndrom grzecznej
dziewczynki, na który i ja cierpiałam, a z którego - na szczęście i dzięki olbrzymiej pracy własnej - udało mi się niemal całkowicie
wyzwolić (a przynajmniej na tyle, na ile pozwala struktura społeczna;
jeszcze do tego wrócimy).
W tej konkretnej sytuacji istniało wiele czynników, które doprowadziły
mnie do zmiany obliczeń, a jednym z nich była potrzeba dopasowania się
do tego, czego moim zdaniem ode mnie oczekiwano, czyli uzyskania
właściwego wyniku. Ogólnie rzecz biorąc, zawsze się mówi, że zdolność do
adaptacji to cecha pozytywna, i rzeczywiście tak jest - co jednak, jeśli
dostosowanie jest bezrefleksyjne i bezkrytyczne? Wtedy gdzieś po drodze
tracimy siebie.
Technicznie określa się to terminem nadadaptacja (nadmierna adaptacja)
ukutym przez psychologa Davida Libermana, który definiował ją jako
skłonność do zadowalania i zaspokajania oczekiwań innych przy
jednoczesnym oddalaniu się od własnej istoty. Innymi słowy, tak bardzo
starasz się dostosować do innych, że koniec końców zapominasz o sobie -
jesteś jak woda w zbiorniku, która mogąc przyjąć dowolny kształt,
przystosowuje się do dostępnego naczynia i dopóki go nie opuści, nie
zmieni formy.
Osoby, u których rozwija się syndrom nadmiernej adaptacji, zazwyczaj tak
niewyobrażalnie boją się odrzucenia i porzucenia (później wyjaśnię
dlaczego), że ich umysł opracowuje niezawodny plan, by im zapobiec,
który można podsumować następująco: "Jeśli uda mi się stłumić moją
spontaniczność i to, kim jestem, stanę się osobą, którą inni chcą we
mnie widzieć, i mnie polubią". Oczywiście plan wcale nie jest
"niezawodny", bo to nieuświadomione rozumowanie zawsze zawodzi.
Dlaczego?
Ponieważ nie da się być osobą, którą inni chcą w nas widzieć -"inni"
nie stanowią przecież jednorodnego i spójnego bytu o stałych
wymaganiach. Każdy będzie domagał się od ciebie czegoś innego, czemu
kształt będą nadawały jego własne doświadczenia, system wartości i przekonań, urazy emocjonalne, które bezwiednie będzie próbował
zaleczyć, i cała długa lista temu podobnych czynników.
Ponieważ choć można żyć, będąc kimś, kim się nie jest, płaci się za to
bardzo wysoką cenę: tłumisz nieprzyjemne emocje, co w najlepszym razie
skutkuje biegunką, w najgorszym zaś przewlekłymi chorobami jelit;
nawiązujesz asymetryczne relacje, w których jesteś niewidzialna; i przede wszystkim jesteś nieszczęśliwa, ponieważ kształtujesz życie nie
na swoją, lecz na cudzą modłę. Nie wydaje mi się, by warto było żyć,
odrzucając w ten sposób możliwość zaznania szczęścia.
Wróćmy do syndromu grzecznej dziewczynki. Termin ten nie jest mój; po
raz pierwszy posłużyła się nim amerykańska psycholożka Lois P. Frankel w wydanej w 2004 roku książce Grzeczne dziewczynki nie awansują
skupiającej się na środowisku zawodowym. Frankel dowodzi, że kobiety
uprzejme, uległe, unikające konfliktów itp. zwykle nie zyskują w pracy
uznania, jakiego pragną i na jakie zasługują - cechy te utrudniają im
znalezienie lepszej posady i awans na wyższe stanowiska.
Określenie to weszło do powszechnego użytku jednak dopiero cztery lata
później, w 2008 roku, po publikacji Syndromu miłej dziewczyny
autorstwa psychoterapeutki Beverly Engel. To ona odkryła, że wiele
kobiet będących ofiarami przemocy i molestowania przejawia pewien
wspólny wzorzec zachowań, który nazwała właśnie Nice Girl Syndrome.
Jej hipoteza bazowała na obserwacji, że my, kobiety, zwykle jesteśmy
uczone, że "dla bezpieczeństwa" powinnyśmy być co do zasady sympatyczne,
miłe i pobłażliwe, czyli trzymać się opisanej wcześniej definicji
"grzeczności". Praca Engel jest bardzo przydatna w obalaniu mitów, które
jako kobiety głęboko zinternalizowałyśmy i które prowadzą nas do
zawierania krzywdzących dla nas relacji. Choć autorka skupiła się na
kobietach i męskiej przemocy, to jak mówiłam na początku, zdarza się też
- wprawdzie rzadziej - że syndrom ten dotyka także mężczyzn. Wspominam o tym, ponieważ kiedy zainteresowałam się tym tematem, zaczęłam się
zastawiać, czy to rzeczywiście rodzaj zaburzenia, czy raczej lekcja na
temat patriarchatu. Czy cechy charakteryzujące ten zespół zachowań nie
są po prostu zbiorem wymagań, jakie społeczeństwo stawia wobec kobiet?
Czy w naszym społeczeństwie kobieta w ogóle może funkcjonować inaczej?
Na ile to właśnie nakazy związane z płcią sprawiają, że wiele z nas
funkcjonuje i czuje się w ten sposób? W dalszej części książki zajmiemy
się tym problemem i przedstawię ci moją opinię na ten temat z zawodowego
punktu widzenia.
W nawiązaniu do tego - i żeby nakreślić, jakie podejście będzie mi
przyświecać dalej - wiedz, że nie lubię dyskursów, które choć w najmniejszym stopniu obliczone są na wzbudzanie poczucia winy: sądzę, że
narracje oplecione wokół fraz typu "złe rzeczy, które mi się
przytrafiają, są wyłącznie moją winą" nie tylko nie pomagają nic
zrozumieć, ale wręcz są szkodliwe i działają hamująco. Jednocześnie
uważam, że ważne jest, by zidentyfikować i częściowo przyjąć
odpowiedzialność za negatywne zdarzenia, które regularnie nas spotykają,
ponieważ daje nam to siłę i motywuje do zmian. Wiem, że czasem trudno
jest odróżnić winę od odpowiedzialności. Poczucie winy prowadzi do
rozczarowania, zaś poczucie odpowiedzialności mówi nam, że jesteśmy
tylko ludźmi i jako tacy czasem się mylimy. To daje nam siłę, ponieważ
zamiast się samobiczować, możemy skupić całą energię na oddzieleniu
czynników, na które możemy wpływać, od tych, na które wpływu nie mamy, i na ustaleniu, jak możemy zmienić bieg rzeczy.
Podkreślam to wszystko, ponieważ osoby cierpiące na syndrom grzecznej
dziewczynki często obarczają się winą (i sprawia im trudność przejście
od winy do odpowiedzialności), a także dlatego, że w moim odczuciu także
materiały na temat tego syndromu - póki co dość skąpe - są podskórnie
nacechowane obwinianiem. Z mojego doświadczenia wynika, że ich przekaz
często sprowadza się do porad w rodzaju: "dziewczyno, przejrzyj na oczy"
albo "obudź się i przestań wreszcie wchodzić w toksyczne związki", co
potrafi odwrócić uwagę od niezaprzeczalnego faktu, że odpowiedzialność
za przemoc ponosi wyłącznie sprawca, nigdy zaś osoba jej doświadczająca.
Co więcej, związki w życiu to nie wszystko. W istocie najważniejszą
relacją, jaką możemy nawiązać, jest ta z sobą samą - i dlatego to na
niej chciałabym się skupić. Pragnę, żebyś była dla siebie dobrą
towarzyszką, bo to ze sobą spędzisz całe życie.
Nietrudno jednak mi zrozumieć przerzucanie odpowiedzialności na ofiarę,
bo przecież jeszcze dosłownie przed chwilą tradycyjne maczystowskie
podejście do życia, które wszyscy wyssaliśmy z mlekiem matki, kazało nam
patrzeć na kobiety z dużo większym paternalizmem i protekcjonalnością
niż dzisiaj (choć wciąż pozostaje wiele do zrobienia). Z tego względu,
choć zdaję sobie sprawę, jak delikatna to kwestia, chciałabym nieco
zaktualizować podejście do tego tematu, żebyś czytając tę książkę, nie
nabrała przekonania, że jeśli zrobiłaś coś źle, to dlatego, że sama
chciałaś albo byłaś głupia, i że źródłem całego zła, które cię spotkało,
byłaś wyłącznie ty - absolutnie tak nie jest.
Celem tej książki jest wyposażenie cię w szereg narzędzi, których
dotychczas nie posiadałaś, przez co osoby kierujące się złymi intencjami
mogły łatwo się do ciebie zbliżyć. To nigdy nie była twoja wina; nikt
nie rodzi się wyposażony w pełen zestaw potrzebnych mechanizmów
emocjonalnych, ale na szczęście na naukę nigdy nie jest za późno. To
samo dotyczy relacji z sobą samą, którą zawsze - o dziwo - traktujemy po
macoszemu.
Przejdźmy więc bez dalszej zwłoki do najważniejszych cech
charakteryzujących "grzeczną dziewczynkę", do której w miarę lektury być
może zaczniesz zwracać się własnym imieniem.
Portret grzecznej dziewczynki
Co dość osobliwe, jednym z głównych problemów związanych z syndromem
grzecznej dziewczynki jest fakt, że bardzo często wzmacniają go nakazy
społeczne tworzące zaburzone zbiorowe wyobrażenie tego, co znaczy być
dobrym człowiekiem. Dlaczego jednak, biorąc pod uwagę, że wszyscy chcą
być "dobrymi" ludźmi, kwestia grzeczności miałaby stanowić problem?
Grzeczna dziewczynka czuje się zagubiona; z jednej strony próbuje być
taka, jaka rzekomo powinna być, by osiągnąć pisane wielkimi literami
SZCZĘŚCIE, o którym tyle się mówi (choć nikt nie wie, czym właściwie
miałoby być), a z drugiej - nie ma pojęcia, kim jest, czego chce ani co
ma zrobić ze swoim życiem. Jest zdezorientowana.
Jeśli głos w twojej głowie wykrzykuje właśnie: "Tak, ja też jestem
zdezorientowana!", czytaj dalej - zaraz wymienię sześć cech, które
pomogą ci naszkicować twój własny portret grzecznej dziewczynki.
Przedkładanie potrzeb innych nad własne is my passion
Jedna z moich pacjentek, trzydziestopięcioletnia Irene, od kilku lat
pracuje w biurze, gdzie często musi realizować projekty we współpracy z innymi członkami zespołu. Podczas sesji stwierdziła, że ostatnio
przysporzyło jej to dużo niepokoju, czego nie rozumiała, ponieważ do tej
pory zawsze osiągała świetne wyniki, była odpowiedzialna i dobrze
dogadywała się z ludźmi.
W miarę zagłębiania się w temat na światło dzienne wychodziły dalsze
szczegóły: na przykład to, że w zespole pojawiły się dwie nowe osoby,
które jeszcze nie wdrożyły się w dynamikę firmy, i sporą część swojego
dnia pracy Irene poświęcała na tłumaczenie im zagadnień, które powinni
byli opanować podczas obowiązkowego szkolenia. Twierdziła, że robi to,
ponieważ wie, jak to jest być nowym w pracy, i uważa, że doświadczeni
pracownicy powinni trochę ułatwić start "świeżakom" - ale chociaż
używała liczby mnogiej, nie wspomniała o żadnym innym pracowniku czy
szefowej, którzy wkładaliby tyle samo czasu i zaangażowania w prowadzenie nowo przyjętych co ona. Stwierdziła ponadto, że ze względu
na konieczność pomagania nowym kolegom nie wyrabiała się na czas z wieloma swoimi zadaniami, a ponieważ część z nich stanowiła element
pracy zespołowej, zostawała dłużej w biurze, żeby je dokończyć, bo
"powinna zająć się tym sama, przecież to jej chęć pomocy nowym kolegom
opóźniła prace zespołu". Jak może zauważyliście, w ostatnim zdaniu
zawarta jest wielka doza "zdradliwego poczucia winy" - takiego, które
odczuwasz w sytuacjach, za które w rzeczywistości nie odpowiadasz albo
odpowiadasz w minimalnym stopniu, ale mimo to bierzesz winę na siebie,
ponieważ daje ci to poczucie kontroli i pozwala uniknąć konfliktu
(jednej z rzeczy, których grzeczna dziewczynka obawia się najbardziej).
Tym ukutym przeze mnie terminem będę posługiwać się w całej książce,
ponieważ wydaje mi się on bardzo użyteczny. W dalszej części omówimy go
dokładniej, ale ogólny mechanizm działania jest następujący: jeśli to ja
jestem winna, kontroluję sytuację; jeśli kontroluję sytuację, mogę ją
naprawić; jeśli ją naprawię, nie będę musiała się z tobą spierać, a jeśli nie będę musiała się z tobą spierać, nie będę czuła się przez
ciebie odrzucona albo porzucona. Jak widzisz, takie poczucie winy jest
zdradliwe, bo biorąc winę na siebie, mimo że to nie ty ją ponosisz,
tracisz poczucie własnej wartości.
Wróćmy do Irene i jej współpracowników świetnie żyjących na koszt jej
syndromu grzecznej dziewczynki. Stopniowo zdołałyśmy razem dostrzec, że
Irene całkowicie przedkłada wymagania kolegów nad własne potrzeby, nie
zastanawiając się zupełnie, czy jest to sprawiedliwe wobec niej samej, i nie biorąc pod uwagę, jak ważna dla jej dobrostanu jest możliwość
zaspokojenia tych potrzeb: wykonanie własnych zadań, zanim pomoże
komukolwiek innemu, albo powrót do domu o przyzwoitej porze, by móc
cieszyć się odpoczynkiem i czasem spędzonym z rodziną. Irene jednak
zawsze reagowała tak samo: "Marto, rzecz w tym, że jeśli pójdę za twoją
radą, będzie to egoistyczne, a ja nie chcę być egoistką". Wtedy
tłumaczyłam jej, jaka jest różnica między byciem egoistą a dbaniem o siebie - wrócimy do tego później - na co odpowiadała mi, że w ogóle nie
zdawała sobie sprawy z jej istnienia. Innymi słowy, Irene nauczyła się,
że dbanie o siebie jest egoistyczne.
Właśnie dlatego grzeczna dziewczynka zawsze przedkłada cudze potrzeby
nad własne; bo wpoiła sobie, że jest to rzekomo niezawodna metoda
unikania odrzucenia i opuszczenia (których najbardziej się boi). Płaci
za to wysoką cenę. Nie słucha samej siebie, nie zajmuje się sobą -
krótko mówiąc, nie dba o siebie, czasem nawet do tego stopnia, że
lekceważy swoje zupełnie podstawowe potrzeby: jedzenia, snu, kontaktu z innymi i inne.
Prędzej martwa niż niesłowna: nadmierne przejmowanie się tym, co myślą o mnie inni
Jak już wspominałyśmy, grzeczna dziewczynka boi się przede wszystkim
odrzucenia i porzucenia. Pewnie myślisz teraz: "No dobrze, ale prawda
jest taka, że nikt tego nie lubi". I masz rację. Niemniej jednak, czy
uważasz, że życie każdego człowieka powinno się skupiać jedynie na
unikaniu tych dwóch rzeczy? Czy na przykład zjadłabyś pająka tylko po
to, by nie wypaść źle w oczach przypadkowego człowieka, który cię o to
poprosi? Cóż, jeśli czytasz tę książkę, odpowiedź może być twierdząca (a może uwielbiasz jeść pająki). Chcę tylko powiedzieć, że nie wszyscy są
gotowi zrobić wszystko, by o nich źle nie pomyślano, i że - choć każdego
z nas, w mniejszym lub większym stopniu, obchodzi zdanie innych na nasz
temat - nie wszyscy są w stanie znieść wszystko, byle tylko uniknąć
krytyki (tak jakby to w ogóle było możliwe - kolejna luka w niezatapialnym planie grzecznej dziewczynki).
Bardzo dobrze ilustruje to anegdota opowiedziana mi kiedyś przez jedną z moich pacjentek, Nurię. Pewnego dnia rozmawiałyśmy o tym, że w relacjach
uczuciowych zawsze czuje się ona niewystarczająca. Miała wrażenie, że
jest "wadliwa" - choć nie umiała wskazać, czego konkretnie jej brakuje;
twierdziła, że żyje w tym przekonaniu od zawsze. Opowiedziała mi, że na
pierwszą randkę ze swoim obecnym partnerem, Adriánem, wybrali się do
parku rozrywki w Madrycie. Wiedziałam, że moja klientka bardzo boi się
wysokości - wyobraź sobie, jak zaskoczyła mnie wieść o tym, że tamtego
dnia przejechała się każdą możliwą kolejką górską. Według niej to
spotkanie było lawiną tysiąca gaf, które ponoć popełniła; przeżywała
istną udrękę spowodowaną swoją "wadliwością". Wtedy zadałam jej pytanie:
- A skąd pomysł, żeby przejechać się kolejką? Nie bałaś się?
- Oczywiście! Ale jeszcze bardziej bałam się źle wypaść w oczach
Adriana.
Właśnie na tym polega syndrom grzecznej dziewczynki.
Czy wystarczająco się staram? Stawianie sobie wymagań, perfekcjonizm i nadodpowiedzialność
W podstawówce i w szkole średniej musiałaś słyszeć, że ktoś jest
inteligentny, bo ma świetne oceny, albo że nie jest zbyt bystry, bo
prawie zawsze wykłada się na sprawdzianie. Te niejednokrotnie
znormalizowane stwierdzenia tworzą w naszym mózgu fundamentalne
przekonanie, że to, co robimy, definiuje to, kim jesteśmy, oraz że
niektóre określenia, które możemy do siebie zastosować, dodają nam
wartości jako osobie, a inne nie. A także, że to od tej rzekomej
"wartości" zależy, czy inni będą nas kochać i akceptować. Nieźle.
Ujmijmy to w formie graficznej:
Taka dynamika rządzi życiem grzecznej dziewczynki i właśnie dlatego
stawia sobie ona wysokie wymagania, a do jej fundamentalnych cech należą
perfekcjonizm i nadodpowiedzialność (czy może raczej, biorąc pod uwagę
to, co już powiedziałam o obu tych pojęciach, "nadpoczucie winy").
Grzeczna dziewczynka jest przekonana, że te atrybuty są idealnymi
narzędziami pozwalającymi jej panować nad sytuacją i unikać tego, czego
najbardziej się boi, czyli odtrącenia i porzucenia. Uważa, że wysokie
oczekiwania względem samej siebie świadczą o jej wartości, więc wymaga
od siebie wszystkiego, nigdy nie prosi, na nic sobie nie pozwala, nie
odpuszcza i nigdy się nie zatrzymuje, bo gdyby przestała działać,
natychmiast miałaby wrażenie, że jest nic niewarta. Czy zaczynasz już
rozumieć, dlaczego tak często czujesz się wyczerpana? Wszystko to wiąże
się z olbrzymim wysiłkiem poznawczym (a nierzadko również fizycznym).
Najlepiej zamieść to pod dywan: tłumienie emocji i unikanie konfliktów
Jak już widziałyśmy, grzeczna dziewczynka spycha swoje potrzeby na drugi
(trzeci, czwarty, ...) plan, żeby móc poświęcić całą swoją energię na
zajmowanie się innymi i nie czuć się egoistką. Lekceważenie swoich
potrzeb, zwłaszcza emocjonalnych, może doprowadzić ją do przekonania, że
ich nie ma, że nie istnieją - albo że choć je "zauważa", nie jest w stanie ich nazwać.
Kiedy mówię o potrzebach emocjonalnych, mam na myśli:
Poczucie bycia wysłuchaną, wspieraną i otoczoną opieką: potrzebujesz,
żeby przyjaciółka wysłuchała cię i była przy tobie, gdy dzieje się coś
złego.
Poczucie bezpieczeństwa w kontakcie z innymi osobami: potrzebujesz
czuć się spokojna w towarzystwie partnera, wiedząc, że umyślnie cię
nie skrzywdzi.
Poczucie bycia kochaną: potrzebujesz czuć się ważna dla swojej rodziny
i dostawać potwierdzenie tego od jej członków, między innymi poprzez
kontakt fizyczny.
Poczucie przynależności do grupy: potrzebujesz czuć, że ty, twój
partner i twoje dzieci tworzycie całość, wzajemnie się chronicie i troszczycie o siebie.
Poczucie docenienia i uznania: potrzebujesz, żeby inni dostrzegali to,
co sprawia, że jesteś wyjątkowa, albo to, w czym jesteś dobra, i od
czasu do czasu ci to mówili.
Poczucie kompetencji: potrzebujesz wiedzieć, że możesz robić coś dla
siebie (zadbać o siebie, realizować się, rozwijać itp.) i dla innych,
oraz że możesz to robić dobrze.
Te potrzeby emocjonalne występują najczęściej, choć ludzie odczuwają je
z różną intensywnością i w różnych kontekstach. Oczywiście grzeczne
dziewczynki także je mają - problem polega na tym, że usiłują je
stłumić, ponieważ wydaje im się, że gdy dadzą im wyraz, przestaną
wspierać innych, a wtedy z kolei inni przestaną je kochać i doceniać, co
jest przecież jedną z ich potrzeb emocjonalnych. Każdy człowiek w ten
czy inny sposób, mniej lub bardziej świadomie, stara się zaspokoić te
podstawowe potrzeby, a kiedy nasz mózg wykryje, że je lekceważymy,
wysyła nam sygnały - emocje - żebyśmy zwrócili na nie uwagę.
Choć niektórzy przeprowadzają tego typu rozróżnienia, dla mnie jako
psycholożki emocje nie dzielą się na pozytywne i negatywne, mimo że
możemy je odbierać jako mniej lub bardziej przyjemne w odczuwaniu czy
łatwiejsze bądź trudniejsze w zarządzaniu. Wszystkie jednak są bardzo
użyteczne, ponieważ wskazują na jakąś niezaspokojoną potrzebę; jeśli
jesteś smutna, być może szukasz wsparcia, jeśli jesteś zazdrosna, być
może brakuje ci czegoś dla ciebie ważnego, jeśli czujesz satysfakcję,
być może pragniesz uznania dla twoich osiągnięć, a kiedy masz poczucie
winy, być może powinnaś coś naprawić (choć wiesz już, że istnieje także
zdradliwe poczucie winy).
Biorąc pod uwagę wszystko, co już ci wyjaśniłam, zastanów się, co robi
ze swoimi emocjami grzeczna dziewczynka. Dokładnie tak, stara się je
stłumić - tak samo jak potrzeby - zwłaszcza część z nich, na przykład
gniew czy wściekłość. Dlaczego właśnie te? Ponieważ to one mają za
zadanie wskazywać, że dana sytuacja nam się nie podoba, stawia nas w niekorzystnym świetle lub jest dla nas niesprawiedliwa - po to, byśmy
poczynili jakieś kroki: ustanowili zdrowe granice w kontaktach z innymi
osobami, bronili się, domagali się swoich praw itd. Jasne jest, że
często radzenie sobie z gniewem oznacza konieczność wejścia w konflikt,
czego grzeczna dziewczynka unika jak ognia. Dlaczego? Ponieważ odbiera
konflikt jako zagrożenie dla swoich więzi.
Ogólnie rzecz biorąc, z gniewem i konfliktem jest jak z grzecznością -
niewłaściwie je rozumiemy. Spójrzmy na tabelę.
To naturalne, że teraz może nasunąć ci się pytanie: "Dlaczego w takim
razie gniew i konflikty przysparzają nam czasem tyle problemów?".
Odpowiedź jest prosta: bo nie umiemy właściwie sobie z nimi radzić i nie
posiadamy odpowiednich ku temu narzędzi. W dalszej części książki
omówimy to bardziej szczegółowo.
Jak zwykle postrzegamy gniew?
Czym jest w rzeczywistości?
Jako przejaw agresji.
Jako coś, co krzywdzi innych.
Jako coś groźnego, co należy eliminować.
Jako coś, co sprawia, że tracimy kontrolę.
Ostrzeżeniem wysłanym przez mózg, by nas przed czymś chronić.
Potrzebą zakomunikowania, że coś nam nie odpowiada.
Bodźcem, który motywuje do zmiany i daje energię konieczną, by postawić granice lub odejść z miejsca, w którym nie czujemy się dobrze.
Ostrzeżeniem i wstępem do rozwiązania konfliktu.
Jak zwykle postrzegamy konflikt?
Czym jest w rzeczywistości?
Jako walkę.
Jako problem stanowiący zagrożenie dla naszych więzi.
Jako coś, czego należy unikać, żeby utrzymać dobre relacje.
Jako groźbę skierowaną przeciw drugiej osobie i wspólnemu dobrostanowi.
Brakiem porozumienia wymagającym komunikacji, by przywrócić równowagę.
Szansą, by lepiej poznać siebie i innych.
Szansą na rozwój, zarówno osobisty, jak i w relacji.
Szansą na rozwiązanie problemów i wzmocnienie więzi.
A jeśli to nie jest idealny wybór? Trudności z podejmowaniem decyzji
Kilka lat temu towarzyszyłam w terapii Robertowi, który wpisywał się we
wzorzec grzecznej dziewczynki (czy raczej, w tym przypadku, grzecznego
chłopca). Jednym z jego największych zmartwień był olbrzymi problem z podejmowaniem decyzji. Stanowiło to dla niego wyzwanie nie do przejścia
niezależnie od tego, czy chodziło o wybór koloru spodni, czy o zmianę
pracy. Powód? Sądził, że jego wartość w pewnym sensie zależy od tego,
czy zadecyduje "dobrze" czy "źle", cokolwiek by to oznaczało. Jak sobie
przypominasz, mówiłyśmy o tym, że istnieją ludzie oceniający wartość
drugiej osoby (i siebie) na podstawie tego, co ona robi; w przypadku
Roberta w grę wchodziły inne czynniki: praca, partner, miejsce
zamieszkania, jedzenie, ubiór... Tak, wiem, może się to wydawać
powierzchowne, ale wszystkie nieświadomie przepuszczamy rzeczywistość
przez filtr tego rodzaju szczegółów, ponieważ pozwala nam to uprościć
złożony proces przypisywania komuś wartości czy ustalania własnego
zdania na jego temat. To dlatego grzecznej dziewczynce - a w tym
przykładzie mojemu pacjentowi Robertowi - tak trudno jest podejmować
decyzje.
Co najbardziej blokowało Roberta? Śpieszę z odpowiedzią:
Strach przed popełnieniem błędu, który mógłby go później definiować.
Perfekcjonizm. Przekonanie, że wszystko da się zrobić lepiej, może
prowadzić do paraliżu wiecznej analizy - próbujemy uwzględnić
wszystkie aspekty i punkty widzenia, co wpędza nas w błędne koło i uniemożliwia podjęcie ostatecznej decyzji. Później porozmawiamy o tym
bardziej szczegółowo. Na razie zostawię cię z jednym tylko zdaniem,
które często powtarzam moim pacjentom: zrobione jest zawsze lepsze od
idealnego.
Prokrastynacja. Terminem tym - jeśli jeszcze nie obił ci się o uszy -
określa się na przykład fakt, że odkładasz swoje obowiązki na później,
bo bardzo wygodnie ci leżeć na kanapie. Czasem jednak nie odwlekamy
załatwiania spraw z lenistwa, ale właśnie przez nasz perfekcjonizm, co
prowadzi do wspomnianego błędnego koła. Następnym razem, gdy będziesz
ociągać się z podjęciem decyzji, zadaj sobie pytanie: czy robisz to z lenistwa, czy ponieważ czujesz, że żadne rozwiązanie nie jest
wystarczająco dobre?
Przypisywanie nadmiernej wagi opiniom innych i bardzo niewielkiej
własnym. Jak już wiesz, jedną z cech charakterystycznych grzecznej
dziewczynki jest poleganie na cudzych osądach. Z tego względu przed
podjęciem decyzji Roberto radził się wszystkich możliwych osób ze
swojego najbliższego otoczenia i w zależności od ich stanowiska
modyfikował własne, co prowadziło do jeszcze większego zamętu. Działo
się tak, ponieważ uważał, że zdanie innych jest więcej warte - takie
przekonanie bardzo silnie łączy się z potrzebą dopasowania się i bycia
akceptowanym.
Nieumiejętność podejmowania decyzji bez wskazówek, ściśle związana z poprzednim punktem. Robert czuł się całkowicie niezdolny do podjęcia
decyzji, jeśli nikt nie prowadził go we właściwym kierunku. W dzieciństwie jego przewodnikami byli rodzice, teraz zaś, w dorosłości,
rolę tę przejął jego partner Pablo. Dlaczego? Podczas terapii
wysunęliśmy hipotezę, że miało to związek z nadopiekuńczością, której
od najmłodszych lat doświadczał w środowisku rodzinnym.
Nadopiekuńczość bowiem, zamiast nas chronić (co mają na celu osoby
traktujące nas w ten sposób), sprawia, że żyjemy w złotej klatce, w przekonaniu, że nigdy nie zdołamy jej opuścić o własnych siłach. W dalszej części książki szczegółowo wyjaśnię ten mechanizm, ponieważ
często występuje on u osób z syndromem grzecznej dziewczynki.
Wszystkie te czynniki tak bardzo utrudniały Robertowi podejmowanie
decyzji, że miał poczucie utknięcia w martwym punkcie, co jest typowe
dla grzecznych dziewczynek (i chłopców): często czują, że to życie nimi
kieruje, a oni sami nie mają wpływu na własny los.
Drugoplanowa rola we własnym życiu: pobłażliwość i nadadaptacja
Ostatnia cecha grzecznej dziewczynki jest niczym innym, jak konsekwencją
wszystkich pozostałych: zrzeczenie się głównej roli w filmie swojego
życia i wcielenie się w postać drugoplanową.
Cechami, które temu sprzyjają, są pobłażliwość i nadmierna adaptacja. Tę
druga już znasz, bo mówiłyśmy o niej na początku książki, pobłażliwość
zaś oznacza w tym przypadku zbiór postaw prowadzących do tolerowania
wszystkiego tylko po to, by sprawić przyjemność innym, zadowolić ich
albo zyskać w ich oczach uznanie i aprobatę.
Kiedy żyjesz dla innych, często odczuwasz niezadowolenie z życia; nic
cię nie motywuje, czujesz się wyczerpana i nie masz pojęcia, jak wyjść z błędnego koła. U podstaw tego stanu rzeczy leży fakt, że nie jesteś w kontakcie z sobą samą, przez co inni również nie mogą nawiązać z tobą
relacji. W psychologii nazywamy to samospełniającą się przepowiednią:
uważam, że inni mogą mnie opuścić ? poświęcam się wyłącznie dostosowaniu
się do innych i zadowoleniu ich, żeby mnie nie porzucili ? zaniedbuję
siebie ? tracę ze sobą kontakt ? nie umiem wyrazić moich potrzeb,
ponieważ ani ich nie znam, ani nie stawiam ich na pierwszym miejscu ?
inni nie dostrzegają moich potrzeb ? cierpię, ponieważ moje relacje nie
są takie, jak bym chciała ? czuję się opuszczona. Innymi słowy, moje
przekonania na własny temat wpływają na moje działania, moje działania
zaś wpływają na to, jakie zdanie wyrabiają sobie na mój temat inni, co z kolei wpływa na ich działania, które koniec końców wzmacniają moje
pierwotne przeświadczenia. To paradoks i dlatego tak ważne jest, by go
zauważyć i być go świadomą, bo tylko wtedy zyskujemy pole manewru
pozwalające przerwać błędne koło.
Ponadto dynamika związana z pobłażliwością i nadadaptacją wielce
negatywnie wpływa na nasze poczucie własnej wartości, ponieważ niezwykle
trudno jest akceptować i kochać siebie, kiedy twoja samoocena zależy od
cudzych opinii, od tego, co robisz dla innych, jak dobra jesteś w ich
oczach itd. Dodatkową konsekwencją takiego stanu rzeczy jest skłonność
do nawiązywania niezbyt zdrowych relacji opartych na współuzależnieniu,
idealizacji partnera, braku zaangażowania, manipulacji, a niekiedy
również przemocy z jego strony.
Jakby tego było mało, poczucie bycia drugoplanową postacią we własnym
życiu może prowadzić do "syndromu oszusta", opisanego w 1978 roku przez
psycholożki kliniczne Pauline Clance i Suzanne Imes. Zapewne jesteś
zdania, że my, psychologowie, nieco przesadzamy z tymi syndromami, ale
jak już mówiłam, jest to prosty sposób nazywania zespołu objawów, które
prowadzą do pewnego trwałego wzorca zachowań, niebędącego zaburzeniem
ani chorobą, ale wywołującego dyskomfort psychiczny i wpływającego
negatywnie na jakość życia bądź pod jakimś względem ograniczającego.
Zawsze powtarzam, że nazywanie pomaga zidentyfikować to, co się dzieje,
i temu zaradzić.
Wracając do wspomnianego syndromu - jest to stan psychiczny, w którym
postrzegasz siebie jako oszusta; żyjesz w strachu, że któregoś dnia inni
odkryją, że w głębi ducha wcale nie jesteś taka sympatyczna,
inteligentna, współczująca, dobra czy jakakolwiek inna, za jaką cię
mają. To sprawia, że bardzo trudno jest ci dostrzec i docenić swoje
osiągnięcia. Spędzasz całe życie w przekonaniu, że zostaniesz odtrącona,
porzucona albo skrytykowania, gdy tylko inni zorientują się, jaka jesteś
"w rzeczywistości" (rzeczywistości opartej na twoich wypaczonych
wyobrażeniach, która jest raczej mglistym wrażeniem niż zbiorem
konkretnych, wyraźnych cech). Jak widzisz, syndrom oszusta i syndrom
grzecznej dziewczynki mają ze sobą wiele wspólnego, przez co często
współwystępują: oba są bardzo ograniczające i stanowią wielką przeszkodę
w rozwoju silnej i zdrowej samooceny.
Podsumujmy. Grzeczna dziewczynka nauczyła się, że bycie grzeczną
oznacza:
Zadowalać innych, nawet za cenę rezygnacji z własnych potrzeb.
Nigdy się nie złościć i nie obrażać, nawet jeśli pociąga to za sobą
tłumienie emocji i niestawianie granic tym, którzy nas krzywdzą.
Zachowywać skrajną ostrożność, nawet jeśli nie pozwala nam to czerpać
radości z życia.
Być poprawną i idealną, nawet jeśli prowadzi to do zadręczania się i odmawiania sobie prawa do błędu, będącego przecież czymś bardzo
ludzkim.
Nie sprawiać kłopotu, nawet jeśli przez to nie jesteśmy sobą i nie
robimy tego, co byśmy chciały.
Grać zawsze drugoplanową rolę, nawet jeśli prowadzi to do idealizacji
innych i poczucia, że aby nawiązać więź i zostać dostrzeżoną, musimy
się podporządkować.
W konsekwencji jest przekonana, że:
Kiedy stawia siebie na pierwszym miejscu, jest egoistką.
Kiedy się myli, ponosi porażkę.
Kiedy o coś prosi, naprzykrza się.
Kiedy się z czegoś cieszy, jest nierozsądna.
Kiedy się wyróżnia, jest arogancka.
Reasumując, grzeczna dziewczynka uważa, że wcale nie jest grzeczna i dobra, i nie zasługuje na dobre rzeczy, czyli na poczucie bycia kochaną,
ważną i szczęśliwą.
Na kolejnych stronach spróbujemy przedefiniować pojęcie grzeczności, by
zerwać z takim nastawieniem.
"Grzecznościometr": ile masz w sobie Z Grzecznej dziewczynki?
Pragnę, abyś w trakcie czytania moich książek czuła się ich bohaterką -
byś umiała się odnaleźć w tym zalewie informacji, które ci serwuję, i zyskała narzędzia potrzebne, by stawić czoła swojej rzeczywistości i ją
ulepszyć. W związku z tym musimy ustalić punkt wyjścia - określić, ile
masz w sobie z grzecznej dziewczynki i które jej cechy są w tobie
głębiej zakorzenione i trudniejsze do okiełznania. Dzięki temu dowiesz
się, które części książki będą najbardziej przydatne w twojej sytuacji.
Żeby ci pomóc, zadam ci teraz serię pytań, którą nazwałam
"grzecznościometrem"- ponieważ mam pamięć wzrokową, słowo to przywodzi
mi na myśl termometr; możemy przyjąć, że pytania oznaczają tu stopnie.
Im częściej odpowiadasz twierdząco, tym bardziej wzrasta temperatura i tym silniejszy jest w tobie syndrom grzecznej dziewczynki. W kwestiach
związanych z umysłem niemal nic nie jest czarno-białe, zanim więc
przejdziemy do rzeczy i spróbujemy nawiązać kontakt z dzieckiem, którym
byłaś, chciałabym, byś sprawdziła, w jakim punkcie skali szarości się
znajdujesz.
Odpowiedz na poniższe pytania "tak" lub "nie".
Czy trudno ci powiedzieć twoim bliskim, że jesteś zła z powodu
jakiegoś ich zachowania?
Czy wolisz przeprosić, nawet jeśli nie ty jesteś winna, żeby uniknąć
konfliktu?
Czy kiedy ktoś się na ciebie obrazi, żadnym sposobem nie umiesz
przestać o tym myśleć?
Czy zawsze obdarzasz kredytem zaufania nawet te osoby, które w jasny
sposób dowiodły, że relacja z nimi nie jest dla ciebie odpowiednia?
Czy znacznie surowiej karzesz własne błędy niż te popełniane przez
innych?
Czy masz wrażenie, że w nawiązywanych relacjach zawsze pełnisz dla
drugiej osoby rolę "ratownika"?
Czy zwykle uważasz, że inni są lepsi od ciebie?
Czy z góry zakładasz, że zawsze musisz być
fair, choć inni
postępują wobec ciebie niesprawiedliwie?
Czy są w twoim życiu osoby, które cię wykorzystują, z którymi jednak
utrzymujesz relacje, bo żal ci je zakończyć?
Czy łatwo jest cię przekonać do zmiany zdania, wyświadczenia
przysługi itp.?
Czy jeśli komuś nie pomożesz, czujesz się egoistką?
Czy dostosowujesz lub zmieniasz swój sposób bycia w zależności od
oczekiwań otoczenia, w którym się znajdujesz?
Czy poświęcasz dużo energii na usprawiedliwienie złych zachowań,
jakich dopuściły się wobec ciebie bliskie ci osoby?
Rozdział 2. Cześć, przedstawiam ci dziewczynkę, którą byłaś
ROZDZIAŁ 2
Cześć, przedstawiam ci dziewczynkę, którą byłaś
Gdy w trakcie sesji zbliżamy się do tematu dzieciństwa, bardzo często
zdarza mi się słyszeć od pacjentów: "Ale dlaczego moje dzieciństwo jest
takie ważne?" albo "Jakie znaczenie ma to, co stało się, kiedy byłam
mała, jeśli problemy mam teraz, a nie wtedy?". Doskonale rozumiem, skąd
tego rodzaju pytania; dystans czasowy i zdolność mózgu do chronienia nas
przed cierpieniem emocjonalnym każą nam myśleć, że to, co było, minęło,
a zrozumieć teraźniejszość i nad nią pracować można jedynie z perspektywy chwili obecnej. Ale choć praca terapeutyczna istotnie może
odbywać się jedynie w teraźniejszości, zapewniam cię, że chcąc pojąć to,
co dzieje się teraz, zawsze w mniejszym lub większym stopniu musimy
zajrzeć w przeszłość. Nie będę cię prosić, byś uwierzyła mi na słowo -
przedstawię ci informacje pochodzące z najnowszych badań neuronaukowych,
które pozwolą ci zrozumieć mechanizmy działania tych części mózgu, które
odpowiadają za wszystko, czego w dzieciństwie nauczyłaś się o sobie, o życiu i o innych, a co do dziś prowadzi cię w świecie i pozwala się w nim zorientować. Obiecuję nie wdawać się w techniczne szczegóły i nie
rozwlekać tematu, by cię nie zanudzić, ale uważam, że ta wiedza ci się
przyda.
Pierwszym obszarem mózgu, o którym chciałabym ci opowiedzieć, jest ciało
migdałowate, niewielka struktura, której głównym zadaniem jest
przetwarzanie emocji i - w zależności od ich rodzaju - wyzwalanie
głębokich reakcji obronnych dzięki sygnałom elektrochemicznym. Innymi
słowy, ciało migdałowate przypisuje sens emocjonalny naszym
doświadczeniom i generuje adekwatne do nich odpowiedzi, by chronić cię
na przykład przed fizycznym zagrożeniem.
Ręka w rękę z ciałem migdałowatym pracuje tak zwany hipokamp spełniający
różne funkcje związane z pamięcią - między innymi rejestruje przeżycia
emocjonalne zebrane przez ciało migdałowate i porównuje je z wcześniejszymi. Ocenia w ten sposób, czy sytuacja, w której właśnie
uczestniczysz, przypomina inne z przeszłości, i odpowiednio reaguje.
Jeśli na przykład poprzednia okazała się dla ciebie nieprzyjemna, wysyła
tę informację do ciała migdałowatego i razem wywołują reakcję obronną:
unikania, ucieczki itp. Jak widzisz, oba te obszary mózgu, wchodzące w skład układu limbicznego, są ściśle związane z mechanizmami uczenia się:
zasadniczo, jeśli przeżywamy coś, co wzbudza w nas przyjemne odczucia,
nasz mózg będzie starał się powtórzyć te okoliczności, jeżeli zaś
doświadczamy czegoś, co powoduje negatywne doznania, mózg zrobi
wszystko, co w jego mocy, by uniknąć w przyszłości podobnych sytuacji.
Inną kluczową dla tego procesu częścią mózgu jest pokrywająca wszystkie
jego płaty kora nowa, odpowiadająca za wyższe - czyli te związane z racjonalnością - funkcje mózgu. To tutaj przebiega analiza szczegółów
rzeczywistości i tworzone są strategie dające początek logicznemu
myśleniu.
Pamiętaj przy tym, że podaję to w dużym uproszczeniu - zasadniczo mózg
zawsze działa jako całość i żadna z jego części nie zajmuje się
wyłącznie jednym zadaniem; kiedyś wprawdzie tak myślano, ale współczesna
nauka odrzuciła tę hipotezę.
Pewnie zastanawiasz się, czemu nagle zmieniłam się w neuronaukowczynię.
Aby to wyjaśnić, podam ci prosty przykład. Wyobraź sobie, że
niespodziewanie słyszysz jakiś głośny dźwięk. Co dzieje się w twoim
mózgu? Prawdopodobnie dochodzi do pobudzenia ciała migdałowatego,
ponieważ może mieć miejsce coś, przed czym powinnaś się "chronić", żeby
przetrwać. Niemal w tej samej chwili uaktywnia się również hipokamp,
który odpowiada ciału migdałowatemu, potwierdzając jego hipotezę - w efekcie zaczynasz krzyczeć lub uciekać. Dlaczego? Ponieważ kiedy byłaś
mała, głośne dźwięki zawsze wiązały się z kłótniami rodziców, którzy
trzaskali drzwiami i uderzali pięściami w stół, co wywoływało w tobie
lęk, panikę i rozpacz (nieprzyjemne emocje). Kilka milisekund później
wkracza do akcji kora nowa (w procesie przetwarzania zawsze reaguje
ostatnia), która po fakcie pozwala ci dojść do wniosku, że to tylko
przeciąg zamknął okno i nic ci nie grozi.
Czy teraz już rozumiesz, dlaczego twierdzę, że dzieciństwo jest tak
istotne dla zrozumienia tego, co spotyka cię dzisiaj? Układ limbiczny
przechowuje emocje związane ze wspomnieniami, co nazywamy pamięcią
emocjonalną, i w ten sposób uczymy się, przed czym należy się chronić z wyprzedzeniem, a przed czym nie. Pewnie zastanawiasz się teraz: w porządku, układ limbiczny magazynuje powiązania między doświadczeniami a emocjami, ale mówiłaś przecież, że istnieje racjonalny obszar
pozwalający to wszystko przefiltrować, czyż nie? Czy kora nowa nie może
pomóc nam zrozumieć, że to, co zaszło w dzieciństwie, należy do
przeszłości i że teraz dzieje się coś innego? Otóż w tym właśnie tkwi
sedno sprawy.
Czasem to, co spotkało nas w przeszłości, zostawia po sobie wyraźny ślad
wyłącznie w układzie limbicznym; dotyczy to zwłaszcza wydarzeń z dzieciństwa i okresu dojrzewania. Dlaczego? Ponieważ w dzieciństwie i przez pewną część okresu dojrzewania nie dysponujemy jeszcze
odpowiednimi narzędziami poznawczymi, które pozwoliłyby nam
przeprowadzić racjonalną analizę po fakcie i nadać sens określonym
sytuacjom, przez co zostają w nas wyłącznie zapisane w pamięci
emocjonalnej skojarzenia układu limbicznego.
Tego rodzaju skojarzenia są bardzo prymitywne, ponieważ bazują wyłącznie
na czynniku emocjonalnym. Żadna część mózgu nie aktywuje się, by ci
oznajmić, że to tylko wiatr, jak w poprzednim przykładzie. Dlatego też
czasem w wieku dorosłym zdarza nam się bardzo silnie reagować
emocjonalnie - na przykład wtedy, gdy niewspółmiernie złościmy się, bo
ktoś nam przerwał, nie słucha nas uważnie, poprawia nas albo wymijająco
odpowiada na istotne dla nas pytanie. Nie potrafimy tego zrozumieć i nie
wiemy, jak sobie z tym radzić... Bardzo prawdopodobne, że za wszystkimi
tego typu gwałtownymi reakcjami w określonych, czasem bardzo
powszednich, sytuacjach stoi twój układ limbiczny usiłujący ochronić cię
przed powtórzeniem jakiejś krzywdy z dzieciństwa, której istnienia być
może w ogóle nie jesteś świadoma. W tym procesie kluczowe znaczenie ma
ciało migdałowate, ponieważ na pierwszy plan wysuwa się tu mechanizm
nazwany przez psychologa Daniela Golemana amygdala hijack (przejęciem
władzy przez ciało migdałowate): ciało migdałowate, pobudzone w sytuacji
uznanej za silnie zagrażającą, paraliżuje działanie wszystkich obszarów
odpowiedzialnych za racjonalne przetwarzanie informacji - czyli je
"porywa" - żeby "bronić nas" za pomocą reakcji głębokich.
Jakiś czas temu pracowałam z pacjentką o imieniu Amalia, wówczas
trzydziestosześcioletnią. Prawie całe swoje dzieciństwo spędziła ona z babcią - jej rodzice pracowali poza domem i w tygodniu widywała ich
tylko późnym wieczorem, a i to nie zawsze, bo czasem spała już, gdy
wracali. Weekendy wprawdzie spędzali razem, ale nawet z nich pamiętała
głównie, jak bawiła się sama i po cichu w swoim pokoju - po całym
tygodniu ciężkiej pracy rodzice byli zmęczeni i ucinali sobie w ciągu
dnia długie drzemki, więc się z nią nie bawili, a ona miała przykazane,
by nie hałasować i dać im odpocząć. Amalia zaczęła terapię przede
wszystkim dlatego, że bardzo niepokoił ją wzorzec, w jaki najwyraźniej
wpisywali się wszyscy jej partnerzy: nigdy specjalnie im na niej nie
zależało i nie angażowali się w związek. Ona z kolei zawsze dawała z siebie sto procent i była w stanie zrobić wszystko, byle tylko partner
nie odszedł z jej życia, nawet gdy stwierdzała, że to, co od niego
dostaje, nie jest warte tylu poświeceń. Przez ten paradoks miała
wrażenie, że jej mózg zaraz eksploduje; nic z tego nie rozumiała.
Z czasem zrozumiałyśmy, że dziewczynka, którą kiedyś była, czuła się
opuszczona i bardzo, bardzo samotna. Amalii trudno było to przyjąć.
Wciąż powtarzała: "Ale, Marto, przecież ja doskonale rozumiałam, że moi
rodzice muszą tyle pracować, żebym miała co jeść, w co się ubrać i aby
zapewnić mi przyszłość. Jak mogłam się czuć opuszczona?". Cóż, Amalia
czuła się tak właśnie dlatego, że jej kora nowa dokonała racjonalnej
analizy sytuacji dużo później, kiedy już była w stanie to zrobić, zaś w jej układzie limbicznym zapisało się cierpienie związane z opuszczeniem
i samotnością. Mała Amalia wiedziała tylko tyle: kiedy nie ma rodziców,
czuję się sama i porzucona. Nic więcej nie umiała sobie wytłumaczyć. I ta sama mała Amalia, kierowana emocjami, które układ limbiczny kojarzył
z innymi doświadczeniami, powoli budowała w sobie syndrom grzecznej
dziewczynki, odgadując, że jeśli "będzie się grzecznie zachowywać",
bawić się sama i po cichutku, wówczas rodzice będą z niej zadowoleni, bo
tego właśnie potrzebują. Amalia przyswoiła sobie, że rodzice ją kochają
i doceniają, kiedy radzi sobie sama i przedkłada potrzeby dorosłych nad
własne, dziecięce: pragnienie zabawy i spędzania wartościowego czasu z rodzicami.
Dokładnie to samo działo się teraz w jej związkach. Podczas gdy druga
osoba angażowała się na pół gwizdka, ona cały czas dawała z siebie
wszystko, żeby czuć się ważna i kochana, a także z obawy przed
porzuceniem. Ten strach wywoływał u niej także bardzo gwałtowne reakcje
emocjonalne zawsze, gdy miała poczucie, że bliscy się od niej oddalają.
Drobnostki takie jak fakt, że jej przyjaciółka María zaczęła wiadomość
od "Cześć", zamiast od brzmiącego bardziej serdecznie "Czeeeść",
sprawiały, że zaczynała się zastanawiać, czy między nimi coś się nie
psuje. Czyżby María chciała zerwać z nią kontakt? Pomimo wysiłków kory
nowej, aby zracjonalizować sytuację, tego rodzaju pytania nurtowały ją,
ilekroć układ limbiczny wzbudzał w niej silnie nieprzyjemne emocje,
chcąc "chronić ją" przed sytuacjami powiązanymi z bardzo starymi
odczuciami, które przyswoił sobie wiele lat wcześniej.
Przykład Amalii dobrze pokazuje, jak wszystko to, co wskutek działania
układu limbicznego zapisało się nam w pamięci emocjonalnej w dzieciństwie, znajduje oddźwięk w naszej teraźniejszości. Dlatego tak
ważne jest, by zrozumieć, jaka część tego, kim byłaś i co przeżyłaś w dzieciństwie, powtarza się dzisiaj, choć tego ani nie chcesz, ani nie
umiesz racjonalnie pojąć. To samo dotyczy wszystkiego, czego grzeczna
dziewczynka nauczyła się o sobie, o tym, czego może się spodziewać po
innych i czego inni oczekują od niej. Te trzy fundamentalne przekonania
zaczynają krystalizować się w dzieciństwie, po czym (zazwyczaj na
szczęście) ulegają przeobrażeniu przez całe życie. Czy chcesz zobaczyć,
jak ukształtowano grzeczną dziewczynkę, którą byłaś? Proszę bardzo.
JAK DOJRZAŁA JESTEM NA SWÓJ WIEK LUB JAK DOBRZE DOPASOWUJĘ SIĘ DO WASZYCH OCZEKIWAŃ? RODZINNE I SPOŁECZNE PRZYCZYNY SYNDROMU GRZECZNEJ DZIEWCZYNKI
W mojej poprzedniej książce, Que sea amor del bueno (Niech będzie to
dobra miłość), szczegółowo opowiadałam, jak niewiarygodnie wielkie
znaczenie dla miłości w związku i w rodzinie oraz dla przyjaźni itp. ma
to, czego uczymy się w otoczeniu rodzinnym i społecznym. Prawda jest
taka, że w zasadzie cała wiedza, jaką w dzieciństwie czerpiemy na temat
życia człowieka, pochodzi przede wszystkim z dwóch źródeł: rodziny i społeczeństwa. Szkoła w tym kontekście znajduje się niejako między tymi
dwoma biegunami, ponieważ to tam nawiązujemy pierwsze kontakty z rówieśnikami spoza rodziny, ale jednocześnie poznajemy nauczycieli -
nowe figury przywiązania cieszące się w naszych oczach pewnym
autorytetem i władzą.
Nie możemy więc pominąć naszych dziecięcych przeżyć związanych z rodziną
i otoczeniem społecznym, ponieważ właśnie tam znajdziemy pierwsze
przyczyny syndromu grzecznej dziewczynki.
Najpierw przyjrzymy się przyczynom rodzinnym, ale zanim do tego
przejdziemy, chciałam coś wyjaśnić. Żadna z informacji, które zaraz ci
przekażę, nie powinna służyć obwinianiu czy osądzaniu kogokolwiek; ma
jedynie czegoś cię nauczyć i pomóc ci lepiej poznać twoją rzeczywistość
i samą siebie. Dlaczego to piszę? Ponieważ mam świadomość, że kiedy my,
psychologowie, mówimy o wielkim wpływie rodziny na nasz rozwój, często
kładziemy bardzo silny nacisk na to, co robili lub robią rodzice - a to
zawsze wywołuje we mnie pewien niesmak, bo zdaję sobie sprawę, że być
może ty też jesteś matką albo wczuwasz się w sytuację własnych rodziców
i moje słowa mogą być dla ciebie bolesne. To zrozumiałe. Dlatego
chciałam podkreślić, że żaden rodzic (ani żadne dziecko) nie posiada
instrukcji wyjaśniającej, jak powinien działać, oraz że w większości
przypadków rodzice starają się, jak mogą i jak umieją, niosąc
jednocześnie własny bagaż emocjonalny.
Choć za chwilę skupimy się na najboleśniejszych kwestiach - które jednak
da się naprawić - nie zapominajmy, że istnieje zapewne wiele innych, w których twoi rodzice spisali się na medal. Albo nie. Może rodzina bardzo
cię zaniedbywała, więc nosisz w sobie wiele złości i masz olbrzymią
potrzebę zrzucenia na kogoś winy - doskonale to rozumiem; to, co
czujesz, jest jak najbardziej uprawnione. Jakakolwiek nie byłaby twoja
sytuacja, przyswój sobie tylko te informacje, które ci odpowiadają, a w razie potrzeby nie wahaj się sięgnąć po profesjonalną pomoc. I pamiętaj,
co mówiłyśmy o odpowiedzialności. Nie chodzi o rzucanie w kogoś
kamieniami, tylko o zrozumienie, dlaczego coś przydarza się właśnie nam
i wzięcie na siebie odpowiedzialności za zaleczenie swoich ran.
Chciałabym także, abyś wiedziała, że choć dla ułatwienia określam
głównych opiekunów słowem "rodzice", mam na myśli także osoby
wychowywane tylko przez jednego rodzica, dwójkę rodziców tej samej płci,
dziadków albo różnego typu opiekunów. Niezależnie od tego, jak wyglądała
twoja sytuacja, chcę, żebyś czuła, że mówię również o tobie.
Rodzina jest najważniejsza (i stanowi najważniejszy punkt odniesienia): przyczyny rodzinne leżące u podstaw syndromu grzecznej dziewczynki
A teraz zastanówmy się, co w rodzinie grzecznej dziewczynki sprawiło, że
stała się tym, kim jest. Pamiętaj przy tym, że każda rodzina jest inna i nie we wszystkich wystąpi komplet wymienionych niżej cech albo pojawią
się one z różną intensywnością.
Twoja wartość zależy od tego, co robisz. Nadmierne wymagania w rodzinie zorientowane na "wartość"
Przeczytawszy tytuł tego podrozdziału, z pewnością pomyślałaś o typowych
rodzicach, którzy oczekują od swoich dzieci szóstek z każdego
sprawdzianu, co ostatecznie i tak okazuje się niewystarczające, by
poczuli się z dzieci dumni, albo przynajmniej im to okazali. Masz rację,
mniej więcej o to chodzi, ale tego rodzaju dynamika rodzinna oparta na
ocenianiu osób na podstawie ich działań może objawiać się w bardzo różny
sposób. Należy także podkreślić, że skrajnie odmienne mogą być również
leżące u jej podstaw, często nieuświadomione intencje rodziców - co
więcej, w każdej rodzinie może wystąpić ich wiele. Rzućmy okiem na kilka
przykładów.
Rodzice, którzy mają nadmierne wymagania, bo definiują się
poprzez osiągnięcia swoich dzieci. Marga, matka jednej z moich
pacjentek, osiemnastoletniej Silvii, stale nalegała, by córka
trenowała jazdę konną i brała udział w zawodach jeździeckich.
Uprawianie tego sportu było dla niej oznaką statusu i wiązało się z wyrabianiem pożądanych cech charakteru, takich jak wytrwałość,
samodyscyplina, inteligencja czy stawianie sobie wysokich wymagań.
Marga uważała, że Silvia stanowi w pewien sposób przedłużenie jej
samej, i przelewała na nią wszystkie swoje aspiracje. Dlatego tak
bardzo zależało jej na jeździectwie - odczuwała wielką,
nieuświadomioną potrzebę, by "zespolić" swoją tożsamość z tożsamością
córki i w ten sposób przeżywać jej sukcesy jako własne: cieszyć się z nią, czuć dumę, ale również nieco je sobie "przywłaszczyć". Silvia
bardzo lubiła jeździć konno, ale w trakcie sesji często powtarzała, że
nigdy się nie dowie, czy sama by się na to zdecydowała, ani czy
włożyłaby w to tyle czasu i wysiłku, gdyby nie presja ze strony matki.
W toku terapii udało nam się ustalić, że - oczywiście - nie możemy
zmienić jej wcześniejszych decyzji ani sprawdzić, jak wyglądałoby jej
życie, gdyby postanowiła zająć się czymś innym. Musimy założyć, że
osoby, które nas otaczają, wpływają na rozwój naszej osobowości - na
dobre i na złe. Warto jednak przy tym wykonać introspektywną analizę,
żeby stwierdzić, dlaczego akurat coś nam się podoba, jakie to ma
konsekwencje i jak decyzje podjęte w przeszłości mają się do naszych
obecnych potrzeb. Przejście przez taki proces pozwala nam inaczej - ze
znacznie większą swobodą, w sposób bardziej świadomy i w mniejszym
stopniu uwarunkowany opinią innych - podejść do zastanych okoliczności
i pozostać przy tych wyborach rodziców dla naszego życia, które wyszły
nam na dobre, jeśli w ogóle takie były. U Silvii syndrom grzecznej
dziewczynki był bardzo widoczny. Przez większość dzieciństwa
utrzymywała dyscyplinę właściwą dorosłym, a nie dzieciom, wypełniając
sumiennie obowiązki, zamiast bawić się i cieszyć wolnym czasem, i nawiązując z rówieśnikami kontakty oparte na rywalizacji zamiast na
spontaniczności. Z jednej strony ukształtowało to w niej cechy, które
bardzo sobie ceniła, takie jak pracowitość i wytrwałość, ale z drugiej
sprawiło, że przez lata borykała się z niską samooceną i trudnymi do
opanowania lękami.
Rodzice, którzy mają nadmierne wymagania ze względu na to, czego
sami nie mieli lub nie mogli robić. Historia Margi i Silvii dobrze
ilustruje również ten problem.
Marga wychowywała się w małej wiosce, której mieszkańcy żyli z pracy na
roli. Ze względu na biedę i brak perspektyw przez większość dzieciństwa
i okresu dojrzewania musiała godzić naukę z harówką w polu. Skutkiem
tego, gdy sama została matką, jej jedynym pragnieniem było zapewnić
córce dzieciństwo i dorastanie przyjemniejsze niż jej własne i dopilnować, by rozwijała się w warunkach dających jej lepszy start w dorosłe życie. Rozżalenie własnym dzieciństwem Marga przekształciła w presję wywieraną na Silvii: córka miała przeżyć wszystko, czego nie
mogła przeżyć matka, i być wszystkim, czym ona się nie stała (co
dodatkowo pozwalało Mardze przedefiniować samą siebie poprzez córkę). Na
poziomie świadomym Marga miała jak najlepsze intencje, ale jej
nieuświadomione aspekty całej sytuacji stały się jednym z wielu
czynników przyczyniających się do wykształcenia u jej córki syndromu
grzecznej dziewczynki.
Rodzice, którzy pragną, by dziecko było ich "kopią". Z pewnością
znasz choć jedną rodzinę, w której dziadek był prawnikiem, ojciec jest
prawnikiem, i oczekuje się, że syn także nim będzie. W mojej
poprzedniej książce podawałam dokładnie ten sam przykład, opowiadając
o niewypowiedzianych na głos imperatywach rodzinnych, które
podświadomie sobie przyswajamy i które pomagają nam zrozumieć, kim
jesteśmy dla innych i czego się od nas oczekuje. Grzeczna dziewczynka
także często zaczyna kształtować się pod wpływem przesadnego dążenia
jednego lub obojga rodziców, by córka stała się ich przedłużeniem, by
przejęła rodzinną schedę itp. Dlaczego tak się dzieje? Głównie
dlatego, iż świadomość, że dziecko ma przed sobą ustaloną, sprawdzoną
ścieżkę, daje rodzicom poczucie bezpieczeństwa. Jak to działa? Nikomu
chyba nie trzeba wyjaśniać, że wychowanie jest procesem w najlepszym
razie obarczonym dużą dozą niepewności. Jak już wspomniałyśmy, dziecko
nie przychodzi na świat z dołączoną instrukcją postepowania dla
rodziców. Ta niewiedza, w połączeniu z bagażem emocjonalnym, jaki
każdy z nas niesie - urazami, obawami i nadziejami - staje się idealną
pożywką dla braku poczucia pewności. W takiej sytuacji umysł
niektórych matek i ojców generuje następujący plan działania: "Jeśli
moja córka będzie taka, jak ja, wyjdzie na tym równie dobrze, jak ja,
i wszystko będzie w porządku". Zwróć uwagę, że zjawisko to jest w pewnym sensie drugą stroną medalu mechanizmu omawianego w poprzednim
punkcie - tam rodzice nieświadomie robią wszystko, by dziecko stało
się tym, kim oni nie mogli być; tutaj obawy rodziców nie dotyczą tego,
czego sami nie mieli, lecz tego, co ich zdaniem dziecko powinno mieć
(tak, wiem, to nieco poplątane). Takie podejście każe nam
przypuszczać, że w osobowości rodziców znajdziemy cechy takie jak
surowość, wysokie wymagania względem siebie itp., które sprawiają, że
zapewniają sobie oni poczucie bezpieczeństwa poprzez nieświadome
psychologiczne mechanizmy obronne oparte na kontroli. Te same cechy
zupełnie mimowolnie przekazują oni potem swoim dzieciom - wszystkim
lub tylko jednemu wybranemu; czasem temu, z którym najbardziej się
identyfikują, czasem temu, które wymyka się rodzinnej dynamice
("czarnej owcy"), a czasem temu, które ich zdaniem wymaga najwięcej
troski. Jak z pewnością możesz sobie wyobrazić, problem polega na tym,
że takie podejście nie zostawia dziecku zbyt wiele przestrzeni na
odkrywanie, kim jest, czego chce od życia i czego potrzebuje. Zmuszone
do budowania swojej tożsamości w ciągłym odniesieniu do oczekiwań
innych, zaczyna tłumić swoje, co ostatecznie zmienia się w cechę
konstytutywną grzecznej dziewczynki.
Rodzice, którzy bardzo wierzą w swoje dzieci i ich potencjał.
Czasem źródłem syndromu grzecznej dziewczynki nie jest żaden
emocjonalny uraz rodziców, tylko ich bardzo silna wiara w dzieci i olbrzymie pragnienie, by te daleko zaszły. Jak przypuszczam, myślisz
teraz, że takie podejście jest bardzo pozytywne w kontekście budowania
wysokiej samooceny dziecka; rodzice w ciebie wierzą, a to jest
kluczowe, byś i ty w siebie uwierzyła. Kłopot polega na tym, że
granica oddzielająca wiarę w kogoś od oczekiwań wobec tej osoby jest
bardzo cienka - czasem wręcz nieuchwytna - a jeśli oczekiwania połączą
się przy tym z pewnymi określonymi cechami charakteru, chaos gotowy.
Rozwój osobowości jest bardzo złożoną i wciąż badaną kwestią, ale
wiemy już, że pewna jej część - temperament - jest wrodzona, i choć na
różnych etapach dojrzewania może podlegać większym lub mniejszym
modyfikacjom wskutek różnych istotnych lekcji życiowych, w pewnym
sensie stanowi nasze "ustawienie domyślne". Innymi słowy, temperament
reguluje nasze odruchowe reakcje na to, co nas spotyka. Można
podzielić go na różne typy, ale żeby nie odbiegać zbytnio od tematu,
opiszę tutaj jedynie tak zwany temperament uzależniony od nagrody.
Czym się on charakteryzuje? Osoby z temperamentem tego rodzaju mają
skłonność do reagowania na bodźce zewnętrzne w zależności od oznak
otrzymywanej nagrody, na przykład sygnałów aprobaty ze strony
rodziców, wsparcia emocjonalnego i czułości ze strony najbliższych
itp. Dziewczynka o takim temperamencie widząc na przykład, jak
rodzice, wujkowie i babcie śmieją się z opowiedzianego przez nią
dowcipu, mówią, że świetnie go opowiada i że kochają ją, bo jest taka
zabawna, prawdopodobnie będzie powtarzać go wielokrotnie. Rozumiesz
już, do czego zmierzam, prawda? Taki temperament w połączeniu z przekonaniem, że rodzice w nią wierzą (i dlatego wiele się po niej
spodziewają), z łatwością może sprawić, że zacznie ona przywiązywać
większą wagę do tego, co myślą inni, niż do tego, co może pomyśleć ona
sama. Ten przykład idealnie pokazuje, że często nie ma winnych - a tylko dobre chęci, które niechcący sprowadzają burzę.
Po przeanalizowaniu wszystkich tych przykładów mogą kłębić się w tobie
sprzeczne odczucia w rodzaju: "To straszne, że rodzice tyle ode mnie
wymagali, ale to dzięki ich wymaganiom jestem tym, kim jestem". Nie ma
nic niewłaściwego w tym, że wdzięczność miesza się w tobie z wściekłością czy smutkiem. Dlaczego? Ponieważ to zupełnie naturalne, że
wychowanie, jakie zapewnili ci rodzice, przyniosło owoce zarówno dobre,
jak i złe, a także neutralne. Jak już mówiłyśmy, w sytuacjach
powodujących dyskomfort lub uraz psychiczny zwykle można dostrzec wiele
odcieni szarości (choć istnieją również takie, które niosą ze sobą
wyłącznie koszmarne konsekwencje). Z tego względu chcę podkreślić twoje
pełne prawo do radości czy wdzięczności za pewne sprawy, ale także prawo
do całkowitego braku wdzięczności, nawet jeśli do pewnego stopnia umiesz
wczuć się w położenie rodziców. W przypadkach, gdy mamy do czynienia z przemocą, najzdrowiej jest przyjąć to do wiadomości i nie zmuszać się do
wdzięczności wobec tego, kto się jej dopuścił, ponieważ nawet empatia,
aby mogła być zdrowa, musi mieć swoje granice.
Wróćmy jednak do nadmiernych wymagań. Teraz, kiedy wiemy już, jak mogą
się objawiać, przyjrzyjmy się temu, jak reaguje na nie kształtująca się
osobowość grzecznej dziewczynki.
Jej głos wewnętrzny zaczyna mówić nadmiernie krytycznymi słowami
rodziców. Jeśli rodzice ciągle powtarzają ci, że jesteś niezdarą, w końcu twój głosik wewnętrzny - który prowadzi każdego z nas, wpływając
na podejmowane przez nas decyzje i sposób postrzegania świata -
zacznie wychodzić z założenia, że to prawda: "Bardzo chciałabym
zapisać się na squasha, ale jestem taką ofermą, że to nie ma sensu, bo
i tak tego nie załapię", "Jestem taką ciamajdą, że jeśli pójdę teraz
na drugi koniec biura po szklankę wody, na pewno po drodze się potknę
i wszyscy będą się ze mnie śmiali; z dwojga złego wolę już mieć sucho
w ustach", itp. Jak widzisz, głos ten może przeszkadzać nam w najbardziej nawet trywialnych czynnościach i uniemożliwiać
zaspokojenie podstawowych potrzeb.
Żyje w ciągłym stresie. Wygórowane wymagania sprawiają, że mózg
dziewczynki (i przyszłej kobiety) stale znajduje się w stanie
podwyższonej gotowości, by na czas wykryć, czego się od niej oczekuje,
kto te oczekiwania wysuwa, kiedy i jak miałaby je zaspokoić... Jest to
wyczerpujące (i niemożliwe do spełnienia) zadanie będące niekiedy
źródłem olbrzymiego napięcia.
Odczuwa niepokój, ponieważ nie jest pewna, czy uda jej się sprostać
oczekiwaniom. Grzeczna dziewczynka nie ma również pewności, czy
będzie kochana, ponieważ w jej umyśle wartość i miłość zawsze idą w parze. Staje się to bardzo kruchym fundamentem poczucia własnej
wartości, które zależy wyłącznie od opinii innych i właśnie z tego
względu może w każdej chwili "runąć".
Może mieć deficyt umiejętności społecznych. Kiedy nadmierne
wymagania w rodzinie koncentrują się wokół osiągnięć w nauce,
dziewczynce nie zostaje zbyt wiele energii na rozwój w innych
istotnych obszarach, choćby społecznym. W kontaktach z innymi ludźmi
czuje się niepewnie, przez co koniec końców zaczyna ich unikać, nie
wiedząc, o czym rozmawiać i obawiając się, że powie lub zrobi coś
niewłaściwego, co przysporzy jej wstydu.
Może cierpieć z powodu nadopiekuńczości rodziców. Nadmierne
wymagania i przesadna opiekuńczość to dwa skrajne punkty tej samej
skali - czasem zdarza się, że jedno płynnie przechodzi w drugie. Jak
już wyjaśniałyśmy, mówiąc o rodzicach, którzy chcą, by dziecko było
ich "kopią", wychowanie jest procesem wzbudzającym w rodzicach
olbrzymią niepewność, której często starają się przeciwdziałać poprzez
surowość: niepodlegające dyskusji oczekiwania, bezwzględne
konsekwencje ich nierealizowania, rygorystyczne "zasady domowe" itp.
Niemniej jednak niektóre dzieci ze względu na swój temperament nie
dostosowują się lub wręcz buntują przeciwko takiemu brakowi
elastyczności; zdarzają się również rodzice, którzy chcieliby być
surowi, ale nie wiedzą, jak to zrobić, co kończy się wydawaniem
chaotycznych i niespójnych poleceń. Co się wówczas dzieje? W takich
wypadkach rodzice zwykle nieświadomie przechodzą od surowości do
nadopiekuńczości. Zamykają swoje dziecko w bańce, która ma "chronić je
przed światem", mimowolnie wysyłając mu jednocześnie jasny, ale bardzo
szkodliwy przekaz: "Samo nie dasz sobie rady", "Zawsze będziesz
potrzebować pomocy innych". Informacja tego rodzaju jest tym bardziej
niebezpieczna, że odnosi się do rzeczywistości w ogóle, nie zaś do
żadnej konkretnej umiejętności, a tego rodzaju poczucie nieporadności
często stanowi fundament późniejszego syndromu oszusta. W dalszej
części książki bliżej przyjrzymy się konsekwencjom nadopiekuńczości.
Na zakończenie warto dodać, że syndrom grzecznej dziewczynki wyłaniający
się z nadmiernych wymagań rodzinnych zorientowanych na "wartość" jest
typowy dla jedynaczek. Wynika to z faktu, że w ich przypadku wszystkie
oczekiwania rodziców koncentrują się na jednej osobie, przez co
nabierają szczególnej mocy; co więcej, w takim przypadku łatwiej również
o nadopiekuńczość. Wyobraź sobie, że musisz trafić w środek tarczy,
mając tylko jedną strzałę - co byś zrobiła? Z jedynaczkami jest
podobnie. Ponadto brak "równych sobie" w codziennym życiu rodzinnym
sprawia, że mniej jest w ich otoczeniu osób spoza osi rodzice-córka, z którymi mogłyby dzielić się przeżyciami, co z kolei - w zależności od
tego, jak w domu podchodzi się do tematu emocji - tym bardziej zmusza je
do radzenia sobie z nimi na własną rękę. W związku z tym mają poczucie
osamotnienia, które trudno jest im sprecyzować, zwłaszcza że jako
jedynym dzieciom rodzice poświęcają im mnóstwo uwagi. Takie dziewczynki
- samotne, ale stale otoczone ludźmi czegoś od nich wymagającymi - są
bardziej narażone na rozwinięcie wzorca osobowości, w którym przywiązuje
się nadmierną wagę do zaspokajania cudzych potrzeb przy niemal
całkowitym braku dbałości o własne.
Jak postępujesz, tak cię widzą, i tylko tyle jesteś wart: nadmierne wymagania w rodzinie zorientowane na "wizerunek"
Czy pamiętasz, jak wyjaśniałyśmy sobie, że jedną z głównych cech
syndromu grzecznej dziewczynki jest paniczny strach przed tym, co
powiedzą inni? Osoby, u których ten rys jest wyraźny, zwykle pochodzą ze
środowisk kładących duży nacisk - znacznie większy niż na jakiekolwiek
inne pragnienie czy potrzebę - na wymagania stawiane wizerunkowi
prezentowanemu innym, jego monitorowanie i ocenę. Poszczególne składowe
tego "obrazu" zależą od danej rodziny, obowiązujących nakazów
społecznych i czynników tak różnorodnych jak normy dotyczące wyglądu
fizycznego (tak zwanego kanonu piękna), inteligencja, majątek, status
towarzyski czy zawodowy, wykształcenie, dobre maniery itp.
Przyjrzyjmy się charakterystycznym przejawom tego wzorca w rodzinach:
Poszukiwanie poczucia bezpieczeństwa. Często zdarza się, że
stawianie sobie i innym wymagań dotyczących właściwego (cokolwiek by
to znaczyło) wizerunku jest nieświadomą formą poszukiwania
bezpieczeństwa i pewności. Jedna z moich pacjentek, Laura,
wielokrotnie w trakcie naszych sesji wspominała, że od najmłodszych
lat ojciec powtarzał jej: "Jeśli będziesz sprawiała wrażenie silnej,
nikt cię nie skrzywdzi, więc nigdy nie płacz ani nie okazuj, że
cokolwiek cię dotyka". Laura tak silnie tłumiła emocje, że w końcu
zatraciła zdolność ich rozpoznawania, co odbija się nie tylko na
zdrowiu psychicznym, ale i na fizycznym (wrócimy do tego później). Nie
wiązała jednak swoich trudności w zarządzaniu emocjami z przekazem
wyniesionym z domu - zawsze uważała, podobnie zresztą jak jej rodzice
i rodzeństwo, że miał on na celu chronić ją przed innymi. Dalszą
konsekwencją tego rodzaju wychowania był fakt, że Laura nauczyła się
dławić w sobie uczucia i okazywać obojętność wobec wszystkich zdarzeń
życiowych, przez co bardzo trudno było jej prosić o wsparcie w chwilach potrzeby czy w ogóle nawiązywać szczere relacje, w których
mogłaby być po prostu sobą. Jakby tego było mało, jej rodzina nikomu i niczemu nie ufała i żyła w ciągłym przeświadczeniu, że wszyscy chcą
ich oszukać lub zdradzić, co wpędzało ich w tym większe poczucie
niepewności. Jak widzisz, nie wszystkie elementy przyczyniające się do
rozwoju syndromu grzecznej dziewczynki mają coś wspólnego z grzecznością; czasem związane są raczej ze sztywnymi regułami, które
nam wpojono, a które - jak sądzimy - rządzą światem i życiem. Jesteśmy
więc przekonane, że musimy się do nich dostosować, by chronić siebie
oraz nie zawieść tych, którzy nam je przekazali. Uczymy się w ten
sposób, że bycie "grzeczną" oznacza także podporządkowanie się - czy
też raczej nadmierne podporządkowanie się - określonym normom, nawet
jeśli zupełnie nie współgrają one z naszymi pragnieniami czy
wartościami.
Definiowanie siebie oparte na potwierdzeniu z zewnątrz.
Niektóre grzeczne dziewczynki uczą się, że ich wartość zależy od tego,
co powiedzą inni. A jak najłatwiej sprawić, by bliscy mówili ci, jaka
jesteś cudowna? Dokładnie tak, jak przypuszczasz: żyjąc i zachowując
się zgodnie z ich oczekiwaniami, przy rezygnacji ze swojej prawdziwej
tożsamości - co stanowi jedną z głównych cech konstytutywnych syndromu
grzecznej dziewczynki. Poddanie się temu dyktatowi nie tylko skłania
cię do marginalizowania swoich preferencji, pragnień i potrzeb, ale
także zmusza do pozostawania w stanie ciągłej podwyższonej gotowości,
by na podstawie gestu, słowa czy postawy natychmiast móc odgadnąć
życzenia innych. Jeśli zdołasz przewidzieć, że ktoś lubi X, wówczas
zrobisz X, a ta osoba potwierdzi twoją wartość i poczujesz się królową
świata. Płacisz za to jednak bardzo wysoką cenę; całkowicie tracisz
własną tożsamość, a z biegiem lat coraz trudniej ci jest ją odzyskać
(choć na szczęście nie jest to niemożliwe i dlatego właśnie napisałam
tę książkę). Bardzo wyraźnie ilustrują ten mechanizm dzieci
poświęcające więcej czasu na sprzątanie, opiekowanie się młodszym
rodzeństwem, obowiązki domowe itp., niż na zabawę, śmiech czy
jakiekolwiek inne dziecięce, a nie dorosłe zajęcie. Oczywiście
początkowo robią to wszystko ze względu na - wyrażone wprost lub
domyślne - zasady obowiązujące w danej rodzinie, zwykle zakładające,
że dzieci są najdojrzalsze, kiedy zachowują się identycznie jak
dorośli i oddają się wypełnianiu swoich obowiązków z równym (o ile nie
większym) zaangażowaniem. Pod wpływem informacji zwrotnej z zewnątrz
("jak ładnie się opiekujesz siostrzyczką", "jakie z ciebie dobre
dziecko, już tak ładnie umiesz zmywać naczynia", "jesteś bardzo
posłuszna i dojrzała jak na swój wiek") ich postępowanie zmienia się
jednak w stały wzorzec zachowań.
Przeświadczenie, że odpowiedni wizerunek otworzy przed nami lepsze
możliwości. Mojej pacjentce Laurze głęboko wpojono także inne
przeświadczenie: "Żeby mieć lepsze widoki na przyszłość, musisz
pamiętać, że ważniejsze jest to, jakie sprawiasz wrażenie, niż to,
jaka jesteś". To przekonanie wywodziło się z poglądu powtarzanego jej
w dzieciństwie przez matkę: że ma być zawsze bardzo pomocna i uprzejma
wobec nauczycieli, zwłaszcza w dni sprawdzianów. Szacunek dla
nauczycieli nie jest, rzecz jasna, niczym nagannym, Laura jednak
obserwowała także zachowanie matki, gdy ta przychodziła odebrać ją ze
szkoły lub brała udział w zebraniach: zawsze uprzejma, wychwalała pod
niebiosa zalety córki, dowodziła, że dziewczynka jest
najinteligentniejsza i bardzo pracowita, i podkreślała własną
troskliwość jako matki itp. Jej narracja zawsze koncentrowała się
wokół tego, jak dobrą uczennicą jest Laura i jak cudownego ma
nauczyciela. W ten sposób Laura nauczyła się, że aby osiągnąć dobre
wyniki w nauce (a później w życiu zawodowym), trzeba sprawiać jak
najlepsze wrażenie na innych i jednocześnie ich zadowalać, czyli,
krótko mówiąc, być lizusem. A jak się to łączy z syndromem grzecznej
dziewczynki? Cóż, jeśli wyznajemy to przekonanie, wierzymy, że
najważniejsze, co możemy zrobić, by wieść wymarzone życie, to skupić
się na zadowalaniu innych, czy to poprzez słodzenie im, czy też przez
udawanie kogoś innego, byle tylko jak najbardziej zbliżyć się do bycia
osobą, którą inni naszym zdaniem chcieliby nas widzieć. Przez to
ostatecznie nie skupiamy się na własnych talentach, umiejętnościach w pracy itp.
Dokąd prowadzą nas te różne formy nadmiernych wymagań wobec wrażenia,
jakie wywieramy na innych? Zobaczmy:
Nawiązanie pierwszych "fałszywych" relacji w życiu. Jeśli
dziewczynka nauczy się, że nie może być autentyczna, dbać o swoje
potrzeby i pragnienia ani żyć w zgodzie z kształtującym się własnym
systemem wartości, nie nawiązuje prawdziwych - a tym samym
satysfakcjonujących - kontaktów z innymi. Zwykle nie przywiązujemy
zbyt dużej wagi do więzi tworzonych w dzieciństwie, ponieważ uważamy
je za losowe, "dziecinne" i łatwo popadające w zapomnienie. W rzeczywistości jednak wszystkie ważne więzi z dzieciństwa -
niezależnie od tego, czy mówimy o relacjach z innymi dziećmi,
nauczycielami, krewnymi, czy oczywiście z rodzicami - są bardzo ważne
dla późniejszego rozwoju osobistego. Dzieje się tak dlatego, że stają
się one naszymi pierwszymi punktami odniesienia, na podstawie których
tworzymy sieć "skrótów myślowych", pozwalających nam w uproszczeniu
ocenić, czego możemy spodziewać się po innych w ogóle. Te pierwsze
doświadczenia mogą przykładowo doprowadzić do przekonań w rodzaju:
"nie mogę ufać innym", "ludzie zwykle są dla mnie mili", "ludzie nie
mówią tego, co myślą", "ludzie są wyrozumiali" itp. Z tego względu,
jeśli pierwsze nawiązane przez ciebie więzi nie są szczere, już jako
mała dziewczynka możesz zacząć uznawać za normalne, że relacje
nawiązuje się wyłącznie w imię jakiegoś zewnętrznego interesu albo
nawet, że w relacji nie ma miejsca na równość i jedna ze stron zawsze
nadużywa władzy (owszem, również między dziećmi; w tym kontekście
"władza" może oznaczać większą siłę fizyczną, rodziców o bardziej
"uprzywilejowanej" pozycji itp.).
Rana odrzucenia. W książce
Que sea amor del bueno bardzo
szczegółowo omawiam różne rany emocjonalne, które mogą mieć źródło w dzieciństwie, a które - na skutek powtarzania się doświadczeń
stanowiących wówczas zagrożenie dla naszego poczucia własnej wartości,
ufności wobec świata i wiary w naszą umiejętność nawiązywania relacji
z innymi czy stawiania czoła zmianom - mają swoje konsekwencje w wieku
dorosłym. Pięć najpowszechniejszych urazów tego typu to odrzucenie,
upokorzenie, zdrada, niesprawiedliwość i porzucenie. Jeśli chciałabyś
dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, polecam ci zajrzeć do mojej
poprzedniej książki. Jak już wcześniej wspominałam, rany emocjonalne z dzieciństwa najczęściej występujące w syndromie grzecznej dziewczynki
to odrzucenie i porzucenie (i czasem niesprawiedliwość), zaś w rodzinach, które kładą przesadny nacisk na wizerunek, zdecydowanie
przeważa odrzucenie. Dlaczego? Ponieważ ten typ rany pojawia się
przede wszystkim w środowisku, gdzie rodzice systematycznie - jawnie
bądź nie - potępiają sposób bycia swoich dzieci, co może przejawiać
się poprzez uciszanie ich, zawstydzanie za "niewłaściwe" (zdaniem
rodziców) zachowania, porównywanie z rodzeństwem itp. Grzeczna
dziewczynka wychowywana w takim otoczeniu przyzwyczaja się do życia w poczuciu wstydu i przekonaniu, że nigdy nie będzie wystarczająco
dobra.
Niepokój. Lęki są jednym z najbardziej typowych problemów zdrowia
psychicznego, z jakimi muszą borykać się grzeczne dziewczynki, i chociaż w pełni ujawniają się zwykle w okresie dojrzewania i dorosłości, czasem zaczynają kształtować się już w dzieciństwie.
Kwestie te omówimy dogłębnie w dalszej części książki; na razie
zapamiętaj tylko, że grzeczna dziewczynka, od której oczekuje się,
żeby całkowicie panowała nad swoim wizerunkiem, niestety obarczona
jest ogromnym ryzykiem rozwoju zaburzeń lękowych, zwłaszcza tych
związanych z lękami społecznymi, definiowanymi jako ciągła obawa przed
byciem ocenianą, obserwowaną i osądzaną przez innych, które bardzo
ograniczają życie codzienne i negatywnie wpływają na samopoczucie
psychiczne. Charakterystyczne jest, że wiele grzecznych dziewczynek,
które w pewnych środowiskach są skrajnie nieśmiałe, w innych stają się
nieco bardziej rozluźnione i towarzyskie. Wynika to z faktu, że czasem
posługują się one "fałszywą nieśmiałością": w otoczeniu, którego nie
znają i w którym nie wiedzą, czego się od nich oczekuje i jak powinny
się zachowywać, by zyskać aprobatę, sprawianie wrażenia onieśmielonych
jest ich mechanizmem obronnym. Wtedy nie muszą ujawniać, kim naprawdę
są, więc trudniej jest je odtrącić. Z drugiej strony dziewczynki takie
często muszą borykać się z łatką nieśmiałej, choć zwykle zostaje im
ona przyklejona raczej na przełomie okresu dzieciństwa i dorastania,
kiedy to zaczynają czuć się odmieńcami i z tego względu sięgają po
inne mechanizmy obronne, którym przyjrzymy się za chwilę. Tak czy
inaczej, nieśmiałość w dzieciństwie, zwłaszcza w przypadku
dziewczynek, jest uważana za cechę pożądaną, ponieważ kojarzy się z nieprzeszkadzaniem, niebieganiem, niekrzyczeniem i niezadawniem pytań,
czyli z nierobieniem tego wszystkiego, co nie podoba się dorosłym, a co jest naturalne w tym kluczowym okresie życia dziecka. W ten sposób
fałszywa nieśmiałość zmienia się w maskę idealną do przyjęcia
narzuconej wizji grzeczności.
Poczucie osamotnienia. Przyswoiwszy sobie, że aby być w życiu
szczęśliwą i bezpieczną, należy przede wszystkim zaspokajać potrzeby
innych, sprawiać dobre wrażenie i nie popełniać błędów, grzeczna
dziewczynka prawdopodobnie poczuje się bardzo, ale to bardzo samotna.
Nie uznałabym tego podrozdziału za skończony, gdybym nie wspomniała, jak
istotnie bycie porównywaną z rodzeństwem wpływa na rozwój zbyt
wygórowanych wymagań (jeśli chodzi o wartość i wizerunek) wobec samej
siebie. Porównania często stanowią centralny element konstytutywny
syndromu grzecznej dziewczynki, ponieważ właśnie poprzez tego rodzaju
zestawienia przypisuje się rodzeństwu silnie nacechowane role i osoba,
której przypada w udziale postać grzecznej, odpowiedzialnej, dojrzałej,
rozważnej itp., zwykle otrzymuje mniej uwagi ze strony - często niczego
nieświadomych - rodziców. Co więcej, dziewczynka uznawana za "grzeczną"
staje się przykładem dla reszty rodzeństwa i uczy się stawiać sobie
wysokie wymagania, by nie wypaść z tej roli w oczach rodziców, ponieważ
często jest to jedyna znana jej metoda, by nie czuć się "niewidzialną" -
dorośli bowiem na ogół przyjmują za pewnik, że ponieważ jest tak
"dojrzała i odpowiedzialna", to zajmie się sobą sama, albo że nie ma
problemów, bo przecież "jest bardzo grzeczna, nigdy się nie złości i na
nic się nie skarży".
Od ciebie nic nie wymagam, ale od siebie owszem. Wzorzec rodziców stawiających sobie wysokie wymagania
Mówiąc o syndromie grzecznej dziewczynki, z reguły kładzie się duży
nacisk na wpływ, jaki na córki mają rodzice. Często jednak pomija się
przy tym czynnik, który może wywoływać podobne skutki jak omawiane przed
chwilą nadmierne wymagania - chodzi o bardzo wygórowane oczekiwania
rodziców względem samych siebie. Ich postawa także kształtuje zachowanie
ich dzieci.
Dlaczego stawianie sobie wysoko poprzeczki przez rodziców może położyć
fundament pod syndrom grzecznej dziewczynki? Mówiłyśmy już, że dorośli z najbliższego kręgu, a w szczególności główni opiekunowie, zawsze
stanowią dla dzieci najważniejszy punkt odniesienia w kwestii
zrozumienia świata. Wyobraź sobie malarza, który usiłuje przenieść na
płótno leżące przed nim na paterze zielone jabłka; dorośli to owoce, a dziecko to artysta próbujący skopiować je w najdrobniejszych
szczegółach, ale przy użyciu własnej techniki, stylu, doświadczeń itp.
(tu do gry wkracza na przykład temperament).
Ogólnie rzecz biorąc, zwykle wydaje nam się, że dzieci "naśladują"
jedynie to, co rodzice wyjaśniają im wprost, przez co przywiązujemy taką
wagę na przykład do zasad. Prawda jest jednak taka, że choć reguły są
istotne, ważniejsze niż to, co się mówi, jest to, co się robi. Flavita
Banana, uwielbiana przeze mnie rysowniczka, na jednej ze swoich prac
umieściła dwie matki siedzące ze swoimi dziećmi na ławce w parku. Jedna
z nich czyta książkę, jej syn podobnie; druga tak jak jej dziecko
wpatruje się w komórkę i pyta pierwszą: "Jak pani to robi, że pani
dziecko chce czytać?". Ta scenka świetnie ilustruje fakt, że choć
chcielibyśmy, aby to świadomie konstruowane przez nas narracje miały
największy wpływ na nasze dzieci, koniec końców dzieci najczęściej
naśladują nasze codzienne zachowania. Tak samo dzieje się z wzorcem
oczekiwań względem siebie; jeśli matka lub ojciec stawiają sobie
niewspółmiernie wysokie wymagania, to choćby było dla nich jasne, że nie
chcą przekładać ich na córki, te najprawdopodobniej i tak na podstawie
ich działań nauczą się, że bycie rygorystycznym wobec siebie jest bardzo
ważne w życiu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki