p
To nie jest jedyna droga do spełniania marzeń
Jest ich wiele. Można również spełniać swoje marzenia wielkim wysiłkiem i ciężką pracą. Czując się źle przez całą drogę do celu. Ciężką pracą, w sensie pracy mozolnej i takiej, której się generalnie jest niechętnym. Ale wykonuje się ją dla osiągnięcia tego, czego się pragnie - i tylko po to, bo gdyby nie to, nigdy by takiego zajęcia człowiek nawet kijem nie tknął - i to właśnie ten cel jedynie jest w stanie nieco osłodzić tę krwawicę. Czyli - zasuwa jak chomik w kołowrotku dla tej krótkiej chwili radości. Ulotnej zresztą. Pewnie robi tak większość ludzi na świecie, stąd tyle dramatów i nieszczęść, bo przy długim biegu można się zmęczyć, zwłaszcza, gdy człowiek żyje w wiecznym strachu, że gdy będzie za wolny, za stary, za jakiśtam - to mu się nie uda dobiec do mety. Albo - gdy mu się to nawet jakoś udało - to, że za chwilę ktoś mu to może odebrać albo straci to z jakiegoś innego powodu, bo w końcu "Nic nie może przecież wiecznie trwać. Co zesłał los, trzeba będzie stracić"[1].
Ta droga jednak, która jest tematem niniejszej książki, w przeciwieństwie do tej siłowej, nie bazuje na konkurencji i wyścigu oraz wysiłku. Ze strachu, że trzeba się sprężyć, bo zabraknie, trzeba się wytężyć, bo lepsi i młodsi zgarną to, do czego się człowiekowi nie uda dopchać.
Z tym, co proponuję, jest właściwie nawet odwrotnie. Wysiłek na tej drodze osiągania szczęścia jest wręcz niewskazany, bo popsuje cały efekt. Zresztą - jest nawet daremny, bo jest z nim jak z grawitacją na przykład - nie da się przyspieszyć czy spowolnić żadnym wysiłkiem grawitacji. Z zasadami rządzącymi osiąganiem prawdziwego, "marzeniotwórczego" świetnego samopoczucia, jest identycznie. Albo się człowiek zastosuje do jej "przepływu" i działania, albo nie. I jakkolwiek zrobi - zetknie się z konsekwencjami swojego działania - spełnią się jego marzenia albo spełni się to, czego chce za wszelką cenę uniknąć. Nie ma tu więc żadnej wielkiej filozofii. Nikt raczej nie dyskutuje z kiepskimi wynikami jazdy lewą stroną drogi w Polsce. Sporo osób wie, że stosowanie się do określonych przepisów służy bezpieczeństwu i przyjemności z jazdy. Myśleniem życzeniowym, a nie opartym o fakty, byłoby chcieć osiągnąć to samo, jeżdżąc jak się chce, gdzie się chce, niezależnie od znaków i wszelkich przepisów. Innymi słowy, byłoby to nieskutecznym sposobem na osiągnięcie efektywnej jazdy. Czemu w osiąganiu spełnienia marzeń miałoby być inaczej? Świat, pomimo swojej komplikacji, w pewnych aspektach jest bardzo prosty. Da się w nim odnaleźć powtarzalne schematy. Ilość form jest nieprzebrana, ale zasady, czyli pewne wspólne mianowniki dla zjawisk da się zaobserwować i gdy człowiek rozpozna, na czym dana rzecz polega, może - stosując się do jej zasad - osiągać pożądane efekty w powtarzalny sposób. Tak jak z przepisem kulinarnym. Jeśli znam proporcje składników, żeby upiec ciasto, i technologię jego pieczenia, za każdym razem - naturalnie jeśli zastosuję się do zasad, które rządzą pieczeniem ciast - parametrów pieczenia i wszelkich koniecznych warunków, w których ciasto osiągnie pożądany wygląd i konsystencję - osiągnę ten sam wynik. I zawsze będzie to takie samo ciasto. Oczywiście nie czepiajmy się detali, że jajko jajku nierówne, a przy pełni księżyca będzie się piekło inaczej niż w nowiu... Chodzi o pewną zasadę. Schemat postępowania. Ale też - normalną, życiową elastyczność, umiejętność "tańca" w odpowiedzi na przychodzące zmiany.
Droga, o której piszę, to droga energii, a nie siły. To droga witalności i żywotności, a ta nie pochodzi z wyrypy, krwawicy i mozołu. Gwałtu na ludzkiej woli. Ten właśnie człowieka odziera z energii i oddala od marzeń. Od marzeń spełnianych lekko. Bo te osiągane drogą morderczej pracy nadal mają szansę, tyle, że okupione są zmęczeniem i cieszy w nich tylko wynik, a nie również cała wiodąca do nich droga, że o korzyściach pochodnych tej drogi nawet nie wspomnę.
Natura, gdy ją choć trochę poobserwować, nie chowa zazdrośnie dla siebie tego, jak dochodzić do spektakularnych wyników, stosując w praktyce jej prawa. Gdy popatrzeć na szybującą minimalnym ruchem skrzydeł mewę, zaczynamy rozumieć, czym te prawa są, a przynajmniej - jak wygląda ten, kto się do nich stosuje. Nie wysila się, a nawet bawi - i ma.
Można po trupach biec do celu. Czemu nie? Można. Wliczając w to własnego trupa i trupy naszych partnerów, dzieci czy innych bliskich. Trupy, to oczywiście przenośnia na śmiertelne zaniedbania we własnym życiu, ciele, umyśle i sercu - w procesie osiągania celów i spełniania marzeń drogą siły. Ważny jest dla nas tylko cel, a cel uświęca wszelkie środki. Ale uświęca tylko w tym świecie, w którym jest niewystarczająco i trzeba się spieszyć, rozpychać łokciami, wygrywać, zazdrościć, bardziej starać, oszukiwać, porównywać, potępiać, wywyższać czy zaniżać. Każdemu wolno żyć w tym świecie, bo w nim marzenia też są osiągalne i nikomu życia w tym świecie nikt nie zabrania.
Ale jest też opcja luksusowa, choć przez to, że mało uczęszczana, wydaje się dzika, zachwaszczona i mało przystępna. To jednak wyłącznie pozory. Jest dzika, to fakt, ale dzika dzikością żywotności, nieprzewidywalności - jak to życie - zmienności, obfitości form, kształtów, zapachów i nowości, w której coś się ciągle rodzi i pojawia tam, gdzie wcześniej było coś innego. Zapewnia wędrowcom masę atrakcji. Tylko tym jednak wędrowcom, którzy chcą tej wędrówki i wiedzą, że po wejściu na tę drogę potrzebują schować swoją potrzebę racji i postawę wielepa ("wiem lepiej") w kieszeń i nauczyć się być jak naukowiec, który obserwuje i bada zależności, aby je potem, zgodnie z istniejącym Porządkiem, zastosować na swoim polu. Naukowiec wie, że nie wie. Ale się chce dowiedzieć.
Co to w ogóle jest "to" świetne samopoczucie, które ma moc lampy Alladyna?
Co to w ogóle za stan, o którym już tyle razy wspomniałam? I skąd w ogóle wiedzieć czy się człowiek w tym stanie znajduje czy nie?
Skąd to wiedzieć? Odpowiem od razu - po tym jak wygląda nasza rzeczywistość. I jak się w związku z tym, co widzimy, czujemy.
Jak to!?
Mówiąc trywialnie - po tym, czy kiedy na nią patrzymy - czujemy się szczęśliwi i spełnieni. Czy to, co się w niej znajduje, nas zachwyca. Jest takie, jakie zawsze pragnęliśmy, żeby było. Czegokolwiek to dotyczy. Jeśli tak jest - to znaczy, że już tam jesteśmy. W świetnym samopoczuciu - lampie Alladyna. Jeśli nie - to czas nam do niego w drogę. Chyba, że wolimy zostać tam, gdzie jesteśmy.
Wracając jednak do pytania, czym tak naprawdę jest "to" świetne samopoczucie...
Potrzeba nam zrozumieć różnicę pomiędzy tym, co się powszechnie uważa za świetne samopoczucie a tym, które stanowi lampę Alladyna - tym stanem bycia, które daje nam wymarzony stan posiadania. Krótko mówiąc - nie każde świetne samopoczucie jest tym świetnym "właściwym", które sprawia, że marzenia się spełniają same z siebie.
Współcześnie "ten stan" zyskał sobie miano koherencji serca i umysłu, ale wielu mówi o nim, iż to idealna zgodność świadomości i podświadomości, wewnętrzny spokój, stan zen, zjednoczenie ojca i syna i ducha świętego, całkowite wyciszenie, brak myśli, zetknięcie z prawdą, oświecenie. To stan, w którym materializuje się to, czego się pragnie. Jeśli faktycznie się tego pragnie. Bo samo "gołe" myślenie się nie manifestuje. Jedynie to myślenie, które "naładowane" jest energią pragnienia czy tęsknoty.
Świetne samopoczucie świetnemu samopoczuciu nierówne
Nikt nie jest głupi. Każdy ma w instynkcie wdrukowane dążenie do tego "właściwego" świetnego samopoczucia, które - coraz świetniejsze - pojawia się w miarę coraz pełniejszej realizacji naszego potencjału. Mamy to w ustawieniach fabrycznych.
Nasiąkając w procesie od narodzin do dorosłości przekonaniem o ograniczeniach w jego osiągnięciu, nauczyliśmy się, że wiele rzeczy, których z całego serca od dziecka pragnęliśmy - jest niemożliwych do uzyskania. "Bo tak już jest na tym świecie" - usłyszeliśmy - i uwierzyliśmy na słowo. Albo - jeśli nawet uda się je jakimś cudem w przybliżeniu osiągnąć - są wynikiem okupienia ich poświęceniem, czyli, nazywając rzecz po imieniu - robieniem czegoś wbrew sobie. Rzeczywistość, która nam to pokazywała - najczęściej w osobach naszych rodziców - jeszcze bardziej nas w tym utwierdziła.
Jako dzieci znajdujemy się w stanie "tego" świetnego samopoczucia z założenia i wszystko wydaje nam się możliwe. Mało tego - wszystko JEST możliwe. I łatwe. Bezwysiłkowe. Czujemy to całymi sobą, a czucie jakby się to, czego się pragnie, już miało tu i teraz, jest wszakże kluczem do manifestacji.
Nie każde świetne samopoczucie dorosłego świadczy o wysokim poziomie energii, który to dopiero - jak u dzieci - jest lampą Alladyna i "wysyła na orbitę" (nietechniczne stwierdzenie) nasze życzenia. Podejrzewam, że osoba, która przyjmuje w żyłę dawkę narkotyku, czuje odlot, i na swój sposób osiąga rodzaj świetnego samopoczucia - albo ktoś, komu uda się zemścić na wrednym sąsiedzie. Jakkolwiek może nam się wydawać, że świetnie się z tym czujemy, z punktu widzenia energetycznego są to "świetne samopoczucia" o charakterze deprywacyjnym (zabierającym energię) niż wynikającym z układu win - win, które ładują energetycznie wszystkich w danym układzie. Te "odloty" czują osoby emocjonalnie znieczulone, które przy tego typu aktywnościach odbierają swój stan jako mniej nieprzyjemny w porównaniu do cierpienia, w jakim żyją chronicznie. Świetne samopoczucie, które w takich momentach ulgi odczuwają, jest bardziej na zasadzie kontrastu do ich zazwyczaj marnej egzystencji niż wynikające z wysokiego poziomu energii samego w sobie. Kiedy z dużego minusa wchodzimy w zero - możemy to odczuwać wręcz jako haj, w istocie jednak, to ten kontrast sprawia to odczucie. W bezwzględnych wartościach jest to jednak nadal zero. Manifestacji marzeń jest potrzebne więcej i to na plus. Chyba, że ktoś marzy o zerze.
Już w poprzednim rozdziale powiedzieliśmy sobie, że o "właściwym" świetnym samopoczuciu możemy mówić dopiero wówczas, gdy ani jedna dziedzina naszego życia nie "kuleje", czyli iż opromieniamy nim każdą jedną - wszystkie jednakowo, ze skutkiem sukcesu w każdej z nich. Zatem - gdy gdzieś w naszym życiu brakuje harmonii, a nam się wydaje, że czujemy się świetnie, a zatem liczymy na "nagrodę" w postaci spełnionych marzeń - potrzebujemy spojrzeć na swój stan bardziej krytycznie i przyznać, że to jednak jeszcze nie "to".
Wspominaliśmy już, że "właściwe" świetne samopoczucie sygnalizuje fakt, iż wszystkie dziedziny naszego życia jednocześnie funkcjonują na wymarzonym poziomie.
Zaznaczyliśmy także, iż czasem ulegamy iluzji, że już w nim jesteśmy, myląc właściwe świetne samopoczucie ze świetnym samopoczuciem warunkowym, zależnym od wystąpienia określonego warunku. Kiedy warunku brak - wpadamy w niezadowolenie i frustrację.
Poniżej - jako kolejna wskazówka, pomocna w określeniu miejsca, w jakim znajdujemy się dziś oraz tego, do którego dążymy - charakterystyka obu stanów.
Co charakteryzuje "właściwe" świetne samopoczucie
Wysoki poziom energii, witalność, poczucie własnego potencjału i mocy sprawczej, zdrowe ożywienie, spokój, jasność umysłu, obecność - osadzenie - w ciele i umyśle, włączona świadomość (gotowość do podejmowania decyzji z "wyższego" poziomu - kreacji, a nie - wyuczonego "autopilota" - reakcji na bodźce z otoczenia). Stan ten występuje również, kiedy chwilowo konto opróżnia się do zera, opuszcza nas miłość naszego życia, ulegamy poważnemu wypadkowi samochodowemu, włamywacz oczyszcza nasze mieszkanie z majątku, świat się wali, nasza oferta zostaje odrzucona, zwalniają nas z pracy, a mamy kredyt hipoteczny do spłacenia itp.
Co charakteryzuje "oszukane" świetne samopoczucie
Sztucznie wywołany haj, który opada, kiedy tylko substancja się zużyje czy reakcja na obiekt zewnętrzny wyczerpie, strawi, złuszczy - efektem czego pojawi się jeszcze gorsze samopoczucie niż przed zażyciem substancji (to może być coś "niewinnego", jak jedzenie czy papieros, niekoniecznie heroina) czy kontaktem z obiektem, na który reagujemy hajem (człowiekiem, jakimś miłym doświadczeniem typu zakupy, wczasy, seks, awans, podwyżka).
Mówimy o samo. po-czuciu, ale czy my w ogóle umiemy czuć?
Jak czuć? Czy my przypadkiem nie mamy tych problemów w pierwszym rzędzie dlatego, że nie czujemy, nie wiemy, że czujemy albo czucia unikamy? A może kojarzymy pojęcie "czucia" z kompletnie z czymś innym niż ono jest?
Przykład - propozycja tego, jak sobie to przypomnieć.
Zatem - jak czuć? (praktyka, mająca na celu przywrócenie kontaktu ze starą umiejętnością, którą mamy wbudowaną i w stałym "wyposażeniu fabrycznym" - wystarczy kilka chwil i wszystko naturalnie nam się przypomni...)
Usiądź i rozluźnij całe ciało. Zamknij oczy, żeby nie musieć ogarniać tylu bodźców na raz - ze świata zewnętrznego i z twojego wnętrza. Staraj się poczuć, gdzie przebiega linie graniczna twojego ciała. Pomyśl - skąd wiesz, gdzie się zaczynasz, a gdzie kończysz? Przecież tego nie widzisz, bo masz zamknięte oczy (chyba, że oszukujesz). Aha. Czytasz moje instrukcje, to jak masz zamknąć oczy. Okej, rozumiem teraz. No, to przeczytaj, a potem zamkniesz i po kolei sobie zrobisz to, o czym teraz powiem.
Co to za uczucie, kiedy czujesz siebie niejako od środka? Co za odczucie ci mówi, że jesteś? A może nie masz już ciała? Skąd wiesz, że je masz?
Zrelaksuj wszystkie mięśnie. Sprawdź czy nie masz zaciśniętych szczęk czy pięści. Poruszaj mięśniami twarzy, karku. Sprawdź czy się jakoś automatycznie nie spinasz i nie kulisz w sobie.
Słyszysz na zewnątrz jakieś dźwięki? Dochodzą Cię jakieś zapachy? Skąd wiesz, że coś słyszysz czy czujesz? Przecież nikt ci tego nie mówi: "Uwaga, teraz słyszysz szczęk garnków z kuchni". "Uwaga, teraz doleciała do Ciebie smużka zapachu płynu do prania z suszącej się nieopodal na suszarce bielizny".
Nie, nie ma słownych instrukcji od nikogo, a mimo to wiesz to.
To teraz wejdźmy głębiej. Sięgnij uwagą na przykład do twoich stóp. Jakie wrażenia odbierasz z tamtego rejonu? Pieką, swędzą, mrowią, czujesz, że po prostu są i nie umiesz nazwać tego odczucia, ale masz pewność, że to o to chodzi? A może pojawił się jakiś skurcz ni stąd ni zowąd? Boli?
Czy jakieś odczucie przywołuje twoją uwagę, bo jest silniejsze niż to, co dochodzi do Ciebie od twoich stóp? Czy coś się wybija i przebija ponad inne odczucia? Podąż za tym uwagą, ale nie staraj się nic z tym robić. Po prostu zachowuj się tak jakby ktoś przyszedł do twojego domu, ale Cię nie widział. Masz więc okazję, że jako duch towarzyszysz mu wszędzie tam, dokąd się w twoim domu uda, obserwując go beznamiętnie i nie dając mu odczuć swojej obecności.
Czujesz napływ jakiejś mocniejszej fali? Rozpoznajesz to uczucie, bo ma dla Ciebie znaną ci nazwę? Złość, wstyd, smutek? A może to po prostu kłucie w lewej dłoni? Czy potrzeba ci to nazywać? Jeśli nie masz na to nazwy - to niekoniecznie - a nawet, jeśli masz, to tak samo. Gdybyś nie znał(a) żadnego języka, słowa w ogóle nie przychodziłyby ci do głowy. Po prostu czuł(a)byś - oczywiście jeśli był(a)byś świadom(a)y i obecn(a)y w swoim ciele.
Czy to jest dla Ciebie stosunkowo nowe, że tak intensywną uwagę poświęcasz teraz temu, co czujesz? Czy zazwyczaj twoja uwaga skupiona jest na wiszącej przed Tobą marchewce (zadaniach do wykonania, osobach z twojego otoczenia, bieżących wydarzeniach, które mają wpływ na Twoje życie) i tylko tam ją kierujesz? Czy gdy czujesz coś od wewnątrz, to - jako czemuś nieistotnemu - nie dajesz temu posłuchu, bo nie nauczyłe(a)ś się jak bardzo jest to istotne i jeśli tego nawykowo nie robisz, mści się to na Tobie skutkami nieprzyjemnych konsekwencji w twoim życiu?
Wczuj się w siebie głęboko. Oddychaj. Sprawdź czy masz zrelaksowane mięśnie. Może nagle pojawi się, niemal jak aktor na oświetlonej punktowo ciemnej scenie, jakiś wyraźny detal - może fala czegoś, co odczuwasz jako przeciąg - powiew powietrza, podczas gdy tak naprawdę jest to odczucie przepływu fali energii? Może będzie czysta i neutralna, a może przyniesie ze sobą coś, co "zahaczy" się o twoją świadomość, niemal jak ryba, która zaplątała się w sieci, i zwróci Twoją uwagę. Skłoni do zatrzymania na niej.
Co wtedy robić? Nic nowego. Po prostu towarzyszyć temu odczuciu. Nie próbować na nie w żaden sposób wpływać - zresztą, już sama świadoma obserwacja na nie wpływa i tak. Nie potrzeba wygarniać tej "ryby" z sieci. Zmienia się pod Twoim "spojrzeniem", tak jakby grudka masła topiła się pod wpływem padających na nią promieni słońca. Swoją uwagą wytapiasz cały "negatywny" ładunek, który z czeluści nieświadomości wyciągnęła dla Ciebie ta emocjonalna "rybka". Gdy wytopi się do postaci czystej, popłynie dalej, niezatrzymywana już dłużej przez "oczka sieci" Twojej świadomości.
Nie rób nic w rozumieniu aktywnego robienia, bo - obserwując - robisz i tak, przyzwalając na działanie energii. Nie rób nic w sensie angażowania mięśni do działania w świecie zewnętrznym.
Kiedy poświęcisz czas na praktykowanie takiej uważności, skoncentrowanej na swoim wnętrzu, z czasem przestaniesz jej potrzebować. Osobno. Skoro włączysz tę praktykę w swoje codzienne czynności, staną się one Twoją drugą naturą, niczym nowy nawyk typu prowadzenie samochodu, z całą komplikacją złożonych sekwencji czynności. Staną się one automatyczne i nie będziesz potrzebować o nich myśleć.
Tak naprawdę jednak - nawyk bycia w sobie, kiedy wykonujesz zwykłe, codzienne czynności, jest powrotem do pierwszej natury. Od-uczeniem się bycia swoją uwagą wyłącznie na zewnątrz, której nabyliśmy w procesie "cywilizacyjnym", stawiającym wyłącznie na działanie, a po macoszemu traktującym "niedziałanie" (pozwolenie na działanie innym siłom niż nasze świadome). Integrując tę praktykę, przyczyniamy się do powrotu równowagi do naszego życia. Dopuszczamy po latach energetycznego "duszenia się" - nasz wydech i wreszcie możemy zacząć pulsować płynnie, rezonując harmonijnie z rytmem życia.