2. Eliza
Lubiłam Wrocław. Urodziłam się tu i nie wyobrażałam sobie życia w innym mieście. To było moje miejsce na ziemi właściwie pod każdym względem. Tu skończyłam studia, tu mieszkała moja rodzina i tutaj miałam najbliższych przyjaciół. Wszystko, czego potrzebowałam do szczęścia, miałam na wyciągnięcie ręki. I byłam bardziej niż zdziwiona, gdy Krysia, moja przyjaciółka od serca, z którą poznałam się jeszcze w podstawówce - była dla mnie jak siostra, liczyłam na to, że zestarzejemy się, popijając kawkę w "Vinyl Cafe" - oznajmiła mi dzisiaj, że wyprowadza się do Stanów po Nowym Roku. To było dla mnie jak cios prosto w serce.
- Dostałam propozycję wyjazdu na staż w Boeingu. Mój promotor powiedział mi, że jeszcze nigdy nie widział tak zaangażowanej w projekty osoby, a mechatronika to bardzo pożądana dziedzina, zwłaszcza gdy nowe technologie tak idą do przodu. I gdy tylko się obroniłam, powiedział, że będzie o mnie pamiętał. Wiesz, ja zupełnie o tym zapomniałam, nie wzięłam jego słów na poważnie. - Machnęła ręką jakby od niechcenia, ale widziałam, że wciąż jest trochę spięta.
- Och, to... to ogromna szansa, faktycznie... - powiedziałam, starając się brzmieć naturalnie i swobodnie, ale czułam, jak wielka gula rosła mi w gardle.
- Wiesz, nie miałam zbyt dużo czasu do namysłu, dlatego wcześniej nic nie mówiłam. Tak naprawdę dowiedziałam się o tej propozycji dwa dni temu. Profesor Tomczyk zadzwonił do mnie i powiedział, że to oferta last minute, bo zwolniło się miejsce, a on jest w stanie przetrzymać je tylko do dzisiaj. Politechnika współpracuje z Boeingiem i raz na jakiś czas fundują taką możliwość dla absolwentów, szukając...
- Narybku - dokończyłam, gdy Krysia się zawahała. - To wspaniała propozycja, naprawdę. - W końcu uścisnęłam jej dłoń, widząc, że targają nią sprzeczne emocje, w tym wyrzuty sumienia. - Zasłużyłaś na ten staż jak nikt inny. Byłaś najlepszą i najbardziej zaangażowaną studentką, a twój promotor ma rację. Powinnaś skorzystać.
- Naprawdę tak uważasz? - Spojrzała na mnie z nadzieją.
- Oczywiście! - Ledwo wydusiłam z siebie te słowa. - Taka okazja może się nie powtórzyć, musisz ją wykorzystać! - Starałam się brzmieć pewniej.
- Bo wiesz, nie bardzo mogę liczyć na wsparcie rodziców... - westchnęła. - Oni woleliby, żebym mieszkała z nimi i do emerytury pracowała na uczelni. Bez perspektywy na jakiś większy rozwój. A ja tak bardzo chciałabym więcej... - Aż podskoczyła na krześle z ekscytacji.
Cóż, przecież wiedziałam, że Krysia kocha naukę i tę swoją mechatronikę. W tych okolicznościach nie mogłam myśleć o sobie i o tym, że na rok stracę moją najlepszą przyjaciółkę.
- Dlatego tam polecisz. Jesteś dorosła i nie musisz się oglądać na plany swoich rodziców. To twoje życie.
- A... ty?
- Co ja?
- No wiesz, obiecałyśmy sobie, że zawsze wszystko razem, i w ogóle...
- Ty tak na serio? - zdziwiłam się.
Nie żebym sama o tym nie pomyślała, ale u mnie to był odruch, a Krysia... Czy ona właśnie stawiała naszą przyjaźń jako argument przeciw swoim planom?!
- Mamy dwudziesty pierwszy wiek i internet niemal w każdym zakątku świata! Nie lecisz w kosmos, tylko do Stanów, będziemy się łączyć na Skypie! - dodałam jej otuchy.
Bałam się dodać, że przecież za rok wróci i wszystko będzie jak dawniej. Zbyt dobrze znałam realia, by wierzyć, że Krysia nie zostanie tam na dłużej. Byłyśmy ze sobą bardzo blisko i wiedziałam, że da z siebie wszystko, a firma będzie walczyła o to, by została ich pełnoetatowym pracownikiem - byłam tego niemal pewna. Serce już mi pękało na pół z tęsknoty, ale nie mogłam dać tego po sobie poznać.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebowałam to usłyszeć. - Krysi aż zaszkliły się oczy, potem mnie serdecznie objęła, a ja przytuliłam ją jeszcze mocniej.
Właśnie dlatego byłyśmy jak siostry - pomyślałam. Wspierałyśmy się na każdym kroku, gdy nawet najbliższa rodzina zawodziła. Ja co prawda na swoich bliskich zawsze mogłam liczyć - miałam z rodzicami i Szymonem naprawdę dobre relacje - ale Krysia... To był kolejny argument za tym, że powinna zacząć nowe życie w zupełnie innym miejscu, nieskażonym problemami.
Jej ojciec był alkoholikiem, leczył się, ale co rusz wracał do nałogu. Był akurat jednym z tych przypadków odpornych na jakąkolwiek terapię. Mama Krysi z kolei była współuzależniona. Nie potrafiła wyznaczać granic i odejść po kolejnej złamanej obietnicy. Może miała zbyt dobre serce - tak przynajmniej twierdziła moja przyjaciółka. Ja uważałam, że jest jej po prostu wygodnie. Bo mimo nałogu, na który otoczenie jej męża przymykało wiecznie oko, mężczyzna bardzo dobrze zarabiał, a jego stolarnia naprawdę świetnie prosperowała.
Nic dziwnego, skoro od dawna to właśnie Krysia i jej bracia zarządzali tym przedsiębiorstwem, a ojciec tylko podpisywał stosowne dokumenty, bo do tej pory nie odważył się przekazać nikomu innemu dowodzenia. Cóż, zapewne się obawiał, że jeśli to zrobi, wszyscy usuną go ze swojego życia. Tymczasem trzymał sobie rodzinę w szachu i dyktował warunki.
To właśnie dlatego Krysia, zamiast rozwijać się w swojej dziedzinie, pracowała w rodzinnej firmie, dorabiając tylko po kilka godzin w miesiącu na uczelni w ramach rozpoczętego doktoratu. Mama nie pracowała, żyjąc na utrzymaniu męża alkoholika, który potrafił wpadać w kilkutygodniowe ciągi, zaś bracia, choć wciąż pomstowali na ojca, robili swoje, by otrzymywać niemałe wypłaty. Na szczęście nie było w tym wszystkim przemocy fizycznej. Tak przynajmniej twierdziła Krysia, a upewniałam się w tej sprawie wielokrotnie. Mimo to zbyt dobrze wiedziałam, jak taki nałóg potrafi zniszczyć człowieka i całe jego otoczenie. Zbyt wiele takich historii widziałam na własne oczy, by łudzić się, że ta zakończy się dobrze. Jeśli więc moja przyjaciółka mogła się od tego uwolnić, powinna to zrobić.
- Będzie mi ciężko, nie będę cię oszukiwać... - powiedziałam w końcu szczerze. - Ale nie możesz przegapić takiej szansy. Jedź i podbij wielki świat! - Znów ją uścisnęłam, szybko, by nie dać po sobie poznać, że zbiera mi się na płacz.
- Mnie też będzie ciebie brakowało, Eli. I w sumie... tylko ciebie. - Wzruszyła ramionami, potwierdzając tylko moje wcześniejsze przemyślenia. - Wiesz, jak jest.
- Dlatego tym bardziej musisz pojechać. To twoje życie i twoja szansa.
- Mam trochę wyrzuty sumienia...
- Nawet nie mów takich głupstw! - upomniałam ją od razu, doskonale wiedząc, co chodzi jej po głowie. - Twoja mama i bracia są dorośli, poradzą sobie. A ty musisz kiedyś zacząć myśleć o własnych potrzebach.
Miałam nadzieję, że te słowa w końcu do niej trafiły. Bardzo zależało mi na jej szczęściu, nawet jeśli miała je budować daleko stąd. Chciała spełnić swoje marzenie, a moim przyjacielskim obowiązkiem było ją w tym wspierać.
- No dobrze, ale może tyle o mnie. Powiedz: zastanawiałaś się, co dalej? Co z twoimi planami na przyszłość?
- Wiesz, że jak na razie muszę je zawiesić - odparłam z wymuszonym uśmiechem, po czym znów przemówiła przeze mnie gorycz porażki. - Nie przekonałam jury, ale może to i dobrze, bo podobno talent show potrafią popsuć człowieka. Najwyraźniej potrzebuję jeszcze doszlifowania swojego głosu. - Wzruszyłam ramionami.
- Twój głos jest jak kryształ, oni się po prostu nie znają - obruszyła się Krysia. - W tych talent show chodzi głównie o dobrą historię, którą można sprzedać. Masz widocznie zbyt ułożone życie, by nadawać się na uczestnika takiego programu - fuknęła, po czym uśmiechnęła się szeroko, jakby coś ją nagle olśniło. - Wiem! Następnym razem opowiedz im moją historię rodzinną, wtedy na pewno cię wezmą! Nikt przecież nie będzie jej weryfikował!
Tylko upomniałam ją spojrzeniem, a potem zaśmiałam się krótko. Wiedziałam, że nie mówiła poważnie, niemniej było w tym trochę racji. Do tego show potrzebna była dobra otoczka, a mnie poza odrobiną gracji i okrzesania nie brakowało tak naprawdę niczego. Miałam kochających się rodziców, nauczycieli, którzy swoim dorosłym dzieciom byli gotowi przychylić nieba. Miałam też brata prowadzącego świetnie prosperującą klubokawiarnię. I byłam jeszcze ja - trochę roztrzepana, niegramotna Eliza, która kochała muzykę i ludzi. Tak po prostu i tak nudno zarazem.
- A może gdybyś opowiedziała o...
- Nie - przerwałam od razu, gdy tylko zobaczyłam błysk w oczach Krysi. - Nigdy nie wykorzystam pracy w fundacji i podopiecznych dla własnych celów. Nie ma mowy.
Moja przyjaciółka w poddańczym geście podniosła ręce. Kiwnęłam tylko głową, dziękując, że nie drąży dalej, a potem upiłam ostatni łyk kawy.
Zapłaciłyśmy za nasze rozgrzewające korzenne napoje, a potem wyszłyśmy z kawiarni i skierowałyśmy się w stronę rynku. Zaczynałam o dwunastej, więc nie wracałam już do swojego mieszkania. Co prawda miałam jeszcze trochę czasu, ale niestety tylko tyle, że zdążyłabym wysiąść na moim przystanku na Grabiszynie jedynie po to, by chwilę później wsiąść w tramwaj powrotny. Zresztą, ostatnio nazbierało mi się przewinień w pracy, więc jeśli zacznę dzisiaj wcześniej, to może choć częściowo uda mi się odkupić swoje winy.
- Co robisz w niedzielę wieczorem? Masz zmianę albo jakieś inne plany? - zapytała Krysia, gdy zbliżałyśmy się do kawiarni.
- Z tego, co pamiętam, niedzielny wieczór mam wolny. Na pewno nie będę wtedy w pracy - powiedziałam i popatrzyłam na nią znacząco.
Nie ubolewałam nad tym, że z nikim się obecnie nie spotykałam, ale też nie mogłam oszukiwać samej siebie i uparcie twierdzić, że nikogo nie potrzebuję do szczęścia. Bo owszem, uważałam, że szczęście można było budować samemu, ale ja akurat byłam człowiekiem potrzebującym oparcia w drugiej osobie. Do tej pory jednak nie udało mi się znaleźć nikogo, przy kim czułabym się na tyle dobrze, by stwierdzić, że to relacja na dłużej. Musiałam czuć "to coś", a moje ostatnie znajomości dalekie były nawet od zwykłej sympatii - przyjemne na chwilę, na dwa wyjścia do kina i kolację we dwoje, bez fajerwerków i szczególnych uniesień. Po rozstaniu z Adrianem... Chociaż nie, z nim też nie czułam tej ekscytacji, zwłaszcza pod koniec naszego niezbyt udanego związku, kiedy to poza niechęcią praktycznie nic już nie żywiłam.
Zaczynałam się nawet zastanawiać, czy aby nazbyt wiele nie oczekiwałam od drugiego człowieka, ale przecież... czy pogodne usposobienie, poczucie humoru i choć częściowe podzielanie moich pasji to tak dużo? Po prostu bardzo chciałam poczuć się przy kimś... dobrze, jak w domu przy rozpalonym kominku.
- To może wybrałybyśmy się na lodowisko na stadionie? Już jest otwarte, a jeśli mam wyjechać zaraz po Nowym Roku, to chciałabym dobrze wykorzystać ten czas, zwłaszcza z tobą.
- A później gorąca czekolada? - Uśmiechnęłam się szeroko.
- Raczej grzane wino! - Krysia zaśmiała się wesoło, przytuliła się na pożegnanie i upewniwszy się, że widzimy się w niedzielę po południu, odeszła w stronę przystanku, z którego miała odjechać do Ołtaszyna, gdzie mieszkała.
Tak, zdecydowanie będzie mi brakowało tych wspólnych kaw i wieczornych wyjść - pomyślałam, gdy stojąc jeszcze na schodkach przy wejściu, obserwowałam jej oddalającą się sylwetkę.
Po raz ostatni uśmiechnęłam się smutno pod nosem, a potem weszłam w końcu do środka, by nie roztrząsać dalej tego, że za niecały miesiąc Krysia wyjedzie, prawdopodobnie na stałe. Ale w końcu miała dzięki temu spełniać marzenia, tak powinnam o tym myśleć!
Gdy tylko weszłam do wnętrza naszej kawiarni, uderzył mnie roztaczający się wokół aromat świeżo mielonej kawy i korzennych przypraw. I jeszcze ciasta pomarańczowego, mojego ulubionego. Dzięki tym zapachom przedświąteczny klimat był jeszcze bardziej wyczuwalny, a atmosfera stawała się naprawdę przytulna i domowa.
Mimowolnie się uśmiechnęłam, słysząc przyjemny gwar i cicho sączącą się świąteczną playlistę w tle. Kawiarnia wypełniła się gośćmi, a korzenna świąteczna kawa w zestawie z domowym staropolskim piernikiem były chyba najczęstszym zamówieniem. Nic dziwnego - to był zestaw idealny, zwłaszcza na takie chłodne dni jak dzisiejszy.
Już w progu rozwiązałam ciepły wełniany szalik i od razu skierowałam się w stronę wejścia na zaplecze, które znajdowało się tuż przy kasie.
- Czołem pracy! - powiedziałam do Ady, która właśnie parzyła aromatyczną kawę przy naszym ogromnym ekspresie.
- Ty już tutaj? Co tak wcześnie? - zapytała swobodnie.
- Byłam w centrum i już nie opłacało mi się wracać do domu. - Machnęłam ręką i obeszłam witrynkę z ciastami, za którą stała. - Szymek u siebie?
- Nie, ma spotkanie z klientem. - Wskazała brodą na jeden ze stolików przy oknie, a ja tylko zerknęłam przelotnie. - Jakieś dodatkowe ustalenia w sprawie sobotniej kolacji - dodała.
Odwróciłam się wtedy znowu i zauważyłam, że faktycznie rozmawia z tym samym mężczyzną, którego ostatnio wysmarowałam lodami i bitą śmietaną. Wykręciłam się do nich plecami i skuliłam, chowając głowę w ramionach.
- Może lepiej, żeby mnie nie widzieli - dodałam i skierowałam się w stronę zaplecza.
- No, twój brat sam powiedział, że gdy tylko się pojawisz, lepiej będzie, jeśli poczekasz na zapleczu, aż skończy to spotkanie - zaśmiała się Ada, a ja tylko upomniałam ją wzrokiem.
Przeszło mi przez myśl, żeby podejść i jeszcze raz przeprosić, ale w końcu odpuściłam. Już to przecież zrobiłam, a skoro nic się nie zmieniło w planach dotyczących weekendowej imprezy, najwyraźniej moja wpadka poszła już w zapomnienie. Rzuciłam ostatnie spojrzenie i już miałam się odwrócić, by wejść na zaplecze, gdy napotkałam jego oczy. Skrzywił się nieco, więc chyba jednak pamiętał o całym zajściu, a ja momentalnie poczułam, jak zaczynają mnie palić policzki. Odwróciłam się gwałtownie i skuliwszy się jeszcze mocniej, weszłam w końcu na zaplecze. Lepiej, żebym na niego nie wpadła. A raczej on na mnie.
- Eliza! Jak dobrze, że jesteś! - usłyszałam nagle głos Klaudii, jednej z kelnerek, gdy tylko pojawiłam się naszej szatni. - Wybrudziłam sobie bluzkę przy nakładaniu ciasta. - Pokazała mi plamę z czekolady na rękawie. - Muszę to szybko zaprać i wysuszyć, bo nie mam niczego na zmianę. Mogłabyś zanieść za mnie zamówienie? - dodała i patrząc na mnie błagalnie, wcisnęła mi do ręki tacę.
Nawet nie miałam możliwości, by zaprotestować, bo Klaudia zaraz zniknęła w pracowniczej toalecie. Przez chwilę stałam z rozchylonymi ustami, a potem odstawiłam tackę, żeby ściągnąć płaszcz, po czym ubrałam fartuszek, umyłam szybko ręce i wyszłam z powrotem na salę.
- Klaudia miała zanieść jakieś zamówienie, ale pobrudziła ubranie i walczy z plamą po czekoladzie. Mam je zanieść za nią - wytłumaczyłam, napotkawszy na zdziwione spojrzenie Ady, i podstawiłam jej tacę do skompletowania zamówienia. Miałam wprawdzie przeczekać na zapleczu, aż mój brat zakończy spotkanie, ale cóż miałam zrobić.
Ada niepewnie postawiła na mojej tacy pierwszą filiżankę. Była baristką i to ona przygotowywała wszystkie napoje - rzadko kiedy obsługiwała klientów na sali, musiał być naprawdę duży ruch i okrojony skład, bo na swoim stanowisku też miała zazwyczaj dużo pracy. Dodatkowo tylko ona potrafiła ujarzmić ten wielki, pełen tajemnic ekspres do kawy. Ja wolałam trzymać się od niego z daleka.
- To tamten stolik - powiedziała w końcu, gdy podała mi drugą kawę. Odwróciłam w kierunku, który wskazywała.
Skrzywiłam się i spojrzałam na nią pytająco, by się jeszcze upewnić. Ada tylko wzruszyła ramionami i popatrzyła na mnie ze współczuciem, a ja przewróciłam oczami i ruszyłam przed siebie jak na ścięcie.
Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego Adrian wciąż tu przychodzi, i to za każdym razem z inną dziewczyną. Choć w sumie mogłam się tego domyślać. Po tym, jak się dowiedział, że tu pracuję, chyba wziął sobie za cel pokazywanie się tutaj ze swoimi zdobyczami z Tindera, by tylko mi udowodnić, jak świetnie sobie radzi i jaką to nie jest rozchwytywaną partią. Super, plus dla niego, ale ja naprawdę nie musiałam być tego świadkiem, bo dla mnie jego zachowanie było po prostu żenujące. No i było mi wstyd przed Szymkiem i Adą, której opowiedziałam historię naszego burzliwego związku i nie mniej hucznego rozstania, gdy tylko pojawił się tu po raz pierwszy.
Zwyczajnie mnie nudził. I związek, i Adrian. Zaczęło mi czegoś brakować, a wieczne spędzanie wieczorów przed telewizorem z miską chipsów na kolanach szybko przestało mnie bawić. I te wieczne pretensje o moje zaangażowanie w pracę w fundacji. Dla mnie to było coś niesamowicie ważnego, dla Adriana tylko strata czasu na pomaganie starym, niedołężnym ludziom. Drażnił mnie jego brak empatii, drażniło mnie to, że jego życie było tak przewidywalne i bezbarwne, a jego centrum stanowiła czerwona kanapa w wynajętej kawalerce, na której spędzał większość czasu po pracy.
Ja chciałam czegoś więcej. Ciekawszej codzienności, kreatywniejszych pomysłów, a przede wszystkim aprobaty dla moich projektów i działań! Oczekiwałam od Adriana, że mnie wesprze nie tylko w procesie studiów, które skończyłam w czerwcu, ale przede wszystkim, że w moim zaangażowaniu w fundację. I oczywiście, że będzie mi kibicował w mojej wspinaczce po marzenia.
Może to nie było z mojej strony w porządku, ale w dużej mierze to jego obwiniałam o swoją porażkę. Pragnęłam śpiewać, a on nigdy nie brał tego na poważnie. Twierdził, że bez odpowiedniego przygotowania ani szkoły jako amatorka nie mam szans, że mogę sobie śpiewać w domu albo na osiedlowych festynach. I chyba uwierzyłam w to, co mówił - dałam sobie podciąć skrzydła i w rezultacie sparaliżowała mnie trema. Zabrakło mi odwagi, by zawalczyć o siebie i o to, o czym marzyłam, do tego stopnia, że nawet nie przyznałam się swojej rodzinie, że wzięłam udział w przesłuchaniu do talent show. Poza Krysią nie wiedział nikt. I w sumie dobrze, bo przynajmniej nie musiałam nikomu tłumaczyć, że mnie nie przyjęli - w samotności przełknęłam gorycz porażki, wypłakałam się w poduszkę i postanowiłam żyć dalej.
A pierwszym krokiem po powrocie z castingu było rozstanie z Adrianem. I to była najlepsza decyzja w ciągu ostatnich kilku miesięcy, o ile nie lat. Bo mimo przegranej związanej z moją pasją w końcu, po kilku latach toksycznego i dołującego związku, poczułam, że żyję! Odetchnęłam, byłam wolna i miałam wrażenie, że znów mogę latać, że nikt już nie więzi mnie w ciasnej klatce.
- Eliza! Nie wiedziałem, że tu dzisiaj będziesz! - powiedział tym swoim fałszywie przyjaznym tonem, gdy tylko podeszłam do stolika i posłałam mu sztuczny uśmiech, a później takim samym obdarzyłam jego towarzyszkę.
- To ciekawe, bo w końcu tu pracuję i to było bardzo prawdopodobne, że możesz mnie tu zastać - odpowiedziałam, siląc się na wymuszoną uprzejmość.
- Tak czy inaczej - zmienił szybko temat, jakby nie usłyszał tego, co powiedziałam - przyszliśmy, bo serwujecie tu naprawdę dobrą kawę! - dodał i uśmiechnął się do swojej koleżanki, chwytając ją wymownie za dłoń, po czym znów zwrócił się do mnie z tym swoim przyklejonym do ust uśmieszkiem. - Poznaj, to jest Martynka, moja dziewczyna.
- Kolejna? To już trzecia w tym tygodniu... - Nie mogłam się powstrzymać.
Najchętniej wylałabym mu tę gorąca kawę na spodnie, ale to byłaby już moja czwarta w tym tygodniu, więc wolałam zgasić jego zapał w nieco inny sposób. I chyba mi się to udało, bo Adrian poczerwieniał ze złości, a Martynka rozchyliła usta ze zdumienia, po czym skrzywiła się i zmroziła go spojrzeniem.
- Nie przejmuj się. Eliza to moja była i nadal nie może przełknąć naszego rozstania, stąd jej zgryźliwość - wytłumaczył się dziewczyny, a potem znów popatrzył na mnie ze złością. - Mogłabyś sobie już odpuścić.
- To podobnie jak ty. Mógłbyś odpuścić i przestać przyprowadzać tu dziewczyny z aplikacji tylko po to, żeby wzbudzić we mnie zazdrość, bo akurat to ci się nie uda - odpowiedziałam kąśliwie, po czym zwróciłam się do dziewczyny z udawaną uprzejmością: - Radzę się zastanowić, potrafi pięknie opowiadać, ale codzienność z nim to nic ekscytującego.
- Nie przejmuj się nią, jest zgorzkniała, bo wymarzyła sobie nie wiadomo jaką karierę, a skończyła w kawiarni brata, pracując jako kelnerka. - Machnął lekceważąco ręką, jakby mnie już nie było przy stoliku, i uśmiechnął się słodko do partnerki.
Aż się we mnie zagotowało. Jeszcze sekunda i naprawdę celowo chlusnęłabym mu tą kawą w twarz! Drgnęły mi usta, ale się nie odezwałam. Zmierzyłam Adriana nienawistnym spojrzeniem i wykonawszy w tył zwrot, ruszyłam w stronę baru. Zacisnęłam mocniej pięści i uniosłam nieco ramiona, a potem na sekundę zamknęłam oczy, chcąc się uspokoić. I w tej samej chwili odbiłam się od czyichś pleców.
Momentalnie odskoczyłam do tyłu i przestraszona popatrzyłam na klienta, na którego właśnie wpadłam. A potem na Szymona, stojącego tuż obok - para niemal wylatywała mu uszami.
- Bardzo pana przepraszam! Ja... nie zauważyłam i... - Czułam, że zaczynam się czerwienić.
- Tym razem przynajmniej bez kawy - zauważył bez złości, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Tak, chociaż tyle... - odparłam speszona, skinęłam głową i zniknęłam za drzwiami prowadzącymi do kuchni.
Oparłam się o ścianę i zamknęłam oczy, a pod powiekami poczułam nieprzyjemną wilgoć. I wcale nie dlatego, że znów rozbiłam się o jakiegoś klienta. Dotknęło mnie to, co powiedział Adrian, bo niestety... miał sporo racji. Wymarzyłam sobie jakąś ambitną przyszłość, spodziewałam się, że świat padnie mi do stóp, zbudowałam w głowie obraz nie wiadomo jakiej kariery, a prawda była prosta i brutalna: miałam zbyt duże oczekiwania i chyba za bardzo bujałam w obłokach, ot co. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że byłam idealistką, marzycielką i zawsze wierzyłam w to, że jeśli bardzo czegoś się chce, jeśli się o czymś marzy, to te pragnienia w końcu udaje się osiągnąć! I choć z każdym dniem ten zapał we mnie przygasał, coraz mocniej stąpałam po ziemi, to wciąż starałam się pielęgnować tę cząstkę siebie, dzięki której codziennie wstawałam rano i wiedziałam, że zrobię wszystko, by osiągnąć swój cel.
I jeszcze im wszystkim pokażę... - przyrzekłam sobie w myśli i otarłam łzy.
- Eliza? Wszystko w porządku? - zapytała Klaudia, która nagle pojawiła się tuż przy mnie.
- Tak, tak. Jest okej. - Uśmiechnęłam się do niej nerwowo, pociągnęłam nosem i już miałam wychodzić na salę, gdy w drzwiach stanął mój brat i zmierzył mnie mroźnym spojrzeniem. - No co? Tym razem obyło się bez plam i rachunków za pralnię. - Wzruszyłam ramionami.
- Nie skomentuję tego - odparł beznamiętnie.
- I słusznie. Bo wiesz, jakie jest moje zdanie, i nadal uparcie twierdzisz, że i tak mam tu pracować. Więc albo pozwól mi odjeść, albo daruj sobie te spojrzenia i komentarze.
- Właśnie to robię. - Przewrócił oczami, pokręcił głową i poszedł do swojego niewielkiego biura.
- I świetnie - dodałam już do siebie, wygładziłam fartuszek i z podniesioną głową wyszłam w końcu do gości, unikając wzrokiem stolika, przy którym siedział Adrian.
Mógł mówić i robić, co chciał, ja wiedziałam swoje i byłam pewna, że każda dziewczyna, która miała choć odrobinę więcej ambicji od niego, ostatecznie się przekona, jaki jest naprawdę. Nie zamierzałam marnować na niego więcej czasu.
Z podniesioną głową robiłam swoje aż do końca zmiany. Starałam się nie myśleć o tym, co powiedział mój były, bo może i miał rację, ale to ja decydowałam o tym, co chcę zrobić. Przecież mogłam jeszcze wszystko zmienić, prawda? To ode mnie zależało, jak będzie wyglądać moje życie, i nawet jeśli praca w kawiarni nie była szczytem moich marzeń, to i tak mogłam dawać z siebie wszystko, by wykonywać ją jak najlepiej.
A musiałam przyznać, że szło mi coraz lepiej! Bilans na dziś: żadnej wylanej kawy, stłuczonej szklanki czy zrzuconego na podłogę ciasta. Dostałam za to kilka sporych napiwków, odbyłam przyjemną pogawędkę ze starszym panem, który wpadł do kawiarni na piernik staropolski, i koniec końców przypomniałam sobie, że wiele zależy od odpowiedniego nastawienia. Może trzeba po prostu na nowo uwierzyć w swoje możliwości?