Poniedziałek, 20 grudnia 2021, Castello Steiner, północne Włochy
Kto, kurwa, prosi o wywiad na temat Formuły 1 na pięć dni przed świętami? Czy ci ludzie nie mają nic lepszego do roboty? Nie mają życia czy co? "Tylko nie pytaj mnie o sezon, który się właśnie skończył - powiedziałem gościowi. - Jeśli to zrobisz, możesz tego nie przeżyć". Na szczęście facet chciał rozmawiać o tym, jak powstawał zespół Haas, więc ostatecznie darowałem mu życie. To w sumie całkiem niezła historia.
Pamiętacie ten okres w F1, gdy najwięksi producenci - BMW, Honda, Toyota - zaczęli odchodzić? Pojawiły się wtedy obawy, że w stawce może zabraknąć teamów, zaczęto więc dyskutować o samochodach klienckich, a nawet o trzech samochodach na zespół. Jako że nic z tego nie wyszło, rozpoczęto nabór nowych ekip. Jeden z wniosków złożył amerykański zespół US F1 z siedzibą nieopodal miejsca, w którym obecnie działa Haas, w Północnej Karolinie. Zgłosił się w styczniu 2009 roku i miał rozpocząć starty w nowym sezonie.
US F1 zakładali inżynier Ken Anderson oraz Peter Windsor, dziennikarz i menedżer zespołu. Jakiś czas po tym, jak wniosek został rozpatrzony pozytywnie, Peter skontaktował się ze mną w sprawie jakiegoś zlecenia dla mojej firmy zajmującej się kompozytami. Tak się poznaliśmy. Niedługo potem zadzwonił do mnie Bernie. Obawiał się, że US F1 nie będzie gotowy do startów na początku sezonu 2010, i chciał zapytać, co o tym sądzę. Początkowo nie bardzo wiedziałem, co miałbym mu powiedzieć, jednak już kilka miesięcy później było dla mnie jasne, że ekipa nie zdąży przygotować się do testów zaplanowanych na styczeń.
"Bernie, nie ma szans - stwierdziłem. - Oni nie mają zielonego pojęcia, o co w tym chodzi".
Bernie wyraził swoje obawy publicznie w grudniu 2009 roku, a w lutym 2010 roku siedzibę zespołu osobiście wizytował Charlie Whiting. Kilka dni później potwierdził, że w jego opinii zespół nie da rady wystartować w najbliższym sezonie, i na tym się skończyło.
Gdy ten zespół się posypał, zadzwonił do mnie jeden z jego głównych inwestorów, Chad Hurley, założyciel YouTube'a. Zapytał, czy jest jakaś szansa, aby na sezon 2011 wprowadzić do stawki ekipę ze Stanów Zjednoczonych. W pierwszej chwili miałem ochotę spieprzać od tego jak najdalej, bo US F1 to było kompletne fiasko. Później wpadłem jednak na pewien pomysł. Samochód ekipy US F1, choć absolutnie niegotowy, był w dość zaawansowanej fazie prac rozwojowych, oddzwoniłem więc do Chada i zasugerowałem mu, żeby skontaktował się z firmą budującą to auto i spróbował je kupić.
- Tylko że ja ich nie znam - stwierdził Chad.
- Wiem, że ich nie znasz, za to ja tak - odparłem.
Widzicie? Beze mnie się nie da. Kurwa, nie mam pojęcia, jak świat sobie radził przed moimi narodzinami.
- Daj mi pogadać z właścicielem, to mój dobry znajomy - powiedziałem.
Chad zorganizował mi przelot do Europy, żebym mógł zobaczyć tamtą firmę na własne oczy i stwierdzić, czy ten projekt ma jakiejkolwiek szanse powodzenia. Spotkania poszły dobrze, ale uznałem, że zanim przedstawię Chadowi moje wnioski, skonsultuję je z kimś, kto w tym sporcie siedzi. Nie przyszedł mi do głowy nikt, kto nadawałby się do tego lepiej niż mój dobry znajomy i rodak Stefano Domenicali, ówczesny szef zespołu Ferrari w F1. Zaprosił mnie na lunch do Maranello i powiedział, co o tym myśli.
- Günther, nic z tego nie będzie - stwierdził. - Cały ten projekt to jeden wielki bajzel. Masz pewną renomę w tym sporcie, więc jej nie marnuj na takie rzeczy. Zostaw to.
Potem jeszcze ze dwa razy spotykałem się z Berniem w sprawie wskrzeszenia tego projektu, ale ostatecznie po tygodniu zadzwoniłem do Chada i poradziłem mu, żeby dał sobie spokój.
- Za duży tam burdel - rzekłem. - Decyzja należy do ciebie, ale na twoim miejscu bym się w to nie pchał.
Na tym się skończyło.
Minęło parę tygodni. Pierwotny projekt był już martwy, ale pomysł na amerykański zespół F1 nadal wydawał się obiecujący - i to nie tylko dla tego, komu udałoby się taki projekt poskładać, ale dla całego tego sportu. Nadszedł czas na kolejną rozmowę ze Stefano.
- Czy Ferrari rozważyłoby produkcję samochodu klienckiego dla nowego zespołu? - zapytałem. - I czy sprzedaliby mi ten samochód, gdybym znalazł inwestora?
- Żaden problem, Günther - odparł Stefano. - Przyprowadź konkretnych ludzi, a ja sprzedam ci samochód.
Zacząłem pracować nad biznesplanem, ale bez prawników i skomplikowanych sztuczek. Musiały wystarczyć prosta prezentacja w PowerPoincie i wysoki Włoch z niewyparzoną gębą. Któregoś dnia powiedziałem do mojej żony: "No dobra, teraz brakuje mi już tylko jakiegoś miliardera".
Kilka tygodni później natknąłem się na Joego Custera, którego znałem z czasów mojej pracy w NASCAR. Joe prowadził zespół Stewart-Haas, a że nie widzieliśmy się od paru ładnych lat, przegadaliśmy całą godzinę. Gdy wieczorem wróciłem do domu, uświadomiłem sobie, że zmarnowałem okazję. Przecież szukałem właśnie kogoś takiego jak Gene Haas, właściciel zespołu prowadzonego przez Joego. Od razu do niego zadzwoniłem i zapytałem, co o tym sądzi.
- Myślisz, że pan Haas mógłby być zainteresowany? - zapytałem, gdy już opowiedziałem mu o moim pomyśle.
- Umówmy się na kawę - odparł Joe. - Zaprezentujesz mi projekt, a jeśli uznam, że Gene potencjalnie mógłby być zainteresowany, przekażę mu temat.
Dwa dni później spotkaliśmy się w Starbucksie w Mooresville, gdzie swoje siedziby ma sporo teamów startujących w NASCAR. Tam też przedstawiłem mój projekt.
- Wygląda całkiem ciekawie - stwierdził Joe. - Dobra, pokażę to Gene'owi. Dam ci znać, jak już się z tym zapozna.
Przyznaję, że dla mnie nie był to główny projekt. Traktowałem to raczej jak hobby. Jednak całemu przedsięwzięciu wiarygodności dodawał - oprócz mojej niebanalnej osobowości i znakomitej prezencji - fakt, że miałem za sobą Ferrari. To całkiem niezły punkt wyjścia.
Dokładnie miesiąc później zadzwonił do mnie Joe Custer i powiedział, że Gene Haas przyleciał do Charlotte na wyścig NASCAR.
- Gene chciałby się z tobą spotkać - rzucił Joe. - Umówmy się na kolację.
W tym momencie całe przedsięwzięcie nabrało znamion wykonalności. Zainteresowanie ze strony Gene'a wskazywało, że to może się udać. Pamiętam, że pomyślałem wtedy: A jeśli on się zgodzi? Co wtedy? Chryste!
Gdy było już po kolacji, nie miałem pojęcia, jak mi poszło. Gene niemal się nie odzywał, co - jak już wiem - jest u niego normalne, a mi się gęba nie zamykała, co u mnie też jest zawsze normalne. Tak naprawdę właśnie to wychodzi mi w życiu najlepiej. Gdy dzisiaj wspominam tamten wieczór, to nie jestem pewien, czy choć raz zrobiłem pauzę na zaczerpnięcie oddechu. Pocieszałem się tym, że Gene nie zasnął z nudów ani sobie nie poszedł.
Minęło kilka tygodni, w czasie których nic się nie wydarzyło. Uznałem, że najwyraźniej pokpiłem sprawę i trzeba będzie zaczynać od nowa. Po jakichś dwóch kolejnych tygodniach jednak zupełnie niespodziewanie zadzwonił Gene i poprosił o trochę dodatkowych informacji. Nadal nie zadeklarował, czy jest zainteresowany, słowem nie wspomniał też o mojej prezentacji. Zadał mi dwa pytania, w pięć minut było po rozmowie.
W kolejnych miesiącach Gene dzwonił do mnie coraz częściej, a później zaczęliśmy spotykać się w jego gabinecie, gdy akurat przylatywał. Trwało to ponad rok. Co prawda nadal niczego nie deklarował ani nie zdradzał (Gene Haas byłby zajebistym pokerzystą!), ale zadawał tyle pytań, że w końcu uznałem, że jest tym projektem co najmniej zainteresowany. Po kolejnych sześciu miesiącach nadszedł moment, w którym Gene i ja musieliśmy się na coś zdecydować. Stefano z pewnością nie zamierzał czekać w nieskończoność, trzeba było działać.
- No dobra - powiedział w końcu Gene bardzo cicho. - Zróbmy to.
Zajebiście!
- Günther, a zastanawiałeś się, jak zdobędziesz licencję? - zapytał.
Dobre pytanie!
- Spokojna twoja głowa, Gene - odparłem. - Zdobędę cholerną licencję.
Czy miałem pewność, że mi się to uda? Oczywiście, że nie. Improwizowałem, jak zwykle zresztą.
Owszem, byłem wówczas w dobrych relacjach z takimi ludźmi jak Bernie czy Charlie Whiting, ale w kwestii otrzymania licencji miało to zerowe znaczenie.
- Zatrudnij sobie prawnika - usłyszałem od nich. - Przyda ci się do wypełniania i składania wniosku o licencję.
- Na cholerę mi jakiś prawnik? - odparłem. - Mam przecież Günthera.
Dzisiaj dochodzę do wniosku, że pewnie powinienem ich posłuchać, wtedy jednak pomyślałem sobie: Chrzanić prawników! Nie chciałem od razu prosić Gene'a o pieniądze, poza tym byłem przekonany, że poradzę sobie sam. Że niby mam obsesję na punkcie kontroli nad sytuacją? I to jeszcze jaką! Jestem w tym, kurwa, najlepszy na świecie.
Tak zupełnie poważnie, to na samym początku całej tej przygody moim największym atutem były rozległe znajomości w Formule 1 (o tym, jak się dostałem do F1, opowiem później). Wtedy - inaczej niż teraz - niektórzy ludzie mnie lubili, miałem też całkiem niezłą reputację. W pierwszej kolejności zadzwoniłem do mojego dawnego szefa, Nikiego Laudy. Jeżeli ktokolwiek był w stanie przekonać Berniego i FIA do przyznania nam licencji, to właśnie on. Poza tym Niki był wielkim fanem koncepcji amerykańskiego zespołu w stawce, więc to też nie zaszkodziło.
Kilka dni po rozmowie z Nikim poleciałem w interesach do Europy. Którejś nocy, gdy twardo spałem w pokoju hotelowym, obudził mnie dzwonek telefonu. "Kto, do chuja?", rzuciłem, patrząc na ekran telefonu. Odebrałem od razu, choć nie rozpoznałem numeru.
- Słucham, kto mówi?
- Günther, tu Niki. Jesteśmy właśnie z Berniem w Indiach. Jest tu obok mnie, dałem cię na głośnik. Bernie ma parę pytań w sprawie twojego wniosku o licencję.
- Tak? - zapytałem, jednocześnie próbując wstać z łóżka, przez co niemal się wypieprzyłem. - Dobra, Bernie, dawaj.
I tak o drugiej w nocy musiałem wyłożyć nasz biznesplan Berniemu Ecclestone'owi. To dopiero pobudka, kurwa! Gadaliśmy chyba przez półtorej godziny, jednak dzięki tej rozmowie Bernie zaczął ciepło myśleć o naszym przedsięwzięciu, a trudno o lepszy start. Potem odbyłem podobną rozmowę z Charliem Whitingiem, moim dobrym znajomym, a następnie jeszcze z Jeanem Todtem. Jeana nie znałem zbyt dobrze, ale Stefano i inni szepnęli mu kilka miłych słów na mój temat, więc on również odniósł się pozytywnie do mojej propozycji.
No dobra, to co z tym biznesplanem? Pierwotnie zakładałem, że zaczniemy na podzespołach od Ferrari, które będziemy dostawać z jednosezonowym opóźnieniem.
- Jakim cudem mamy być zatem konkurencyjni? - dopytywał Gene. - Skrzynie biegów z poprzedniego sezonu, silniki z poprzedniego sezonu, zawieszenie z poprzedniego sezonu. Tak się nie da. Musimy walczyć jak równy z równym.
Ostatecznie poszliśmy do Stefano i Mattii Binotto, który był wtedy szefem działu silnikowego w Ferrari. Zapytaliśmy ich prosto z mostu, czy sprzedadzą nam swoje najnowsze komponenty.
- Regulamin w żaden sposób tego nie zabrania - rzekł Stefano. - Pewnie, że wam je sprzedamy.
Dla nich tak też było łatwiej, bo nie musieliby produkować tylu różnych części. Ten układ po prostu miał sens. Wprowadziliśmy więc zmiany do naszego biznesplanu. Tak naprawdę ostateczną wersję tej koncepcji nakreślił Stefano - koncepcji, którą później nazwano zespołem satelickim.
Dzisiaj to już by nie przeszło, wtedy jednak regulamin FIA w żaden sposób nie ograniczał liczby podzespołów, które zespół kliencki mógł kupić od zespołu fabrycznego, a to z tego prostego powodu, że nikt wcześniej na to nie wpadł. Na tamtym etapie wszystko było jeszcze możliwe, a jeśli nie chcieliśmy skończyć tak samo jak Caterham czy HRT, musieliśmy podejść do tematu inaczej. Albo zespół przepali dostępne środki, jak tamte dwa to zrobiły, albo inwestor straci zapał. Gene i ja chcieliśmy być konkurencyjni za pieniądze, które mieliśmy do dyspozycji, czyli oczywiście pieniądze Gene'a, a tych było mniej więcej tyle samo, ile miały wspomniane ekipy. Dlatego koncepcja zespołu satelickiego wydawała się jedyną słuszną. Ogólnie jednak korzystali na tym wszyscy: Formuła 1 zyskiwała nową ekipę, i to z mniej ryzykowną przyszłością niż te, które tak szybko padły, my dostawaliśmy konkurencyjny samochód i wsparcie producenta (i to całkiem niezłego), a Ferrari zyskiwało nowego klienta, który - w przeciwieństwie do innych - regulował pieprzone rachunki w terminie. Same plusy. Później wiele osób w tym sporcie się na to skarżyło, ale kto by się tym, kurwa, przejmował? Nie da się zadowolić wszystkich. Po prostu z pomocą Stefano i Ferrari wpadliśmy na pomysł, na który nikt wcześniej nie wpadł. Przełknijcie to jakoś.
Na początku zetknęliśmy się głównie z pozytywnymi reakcjami, ale to nie oznaczało, że licencję mamy już w kieszeni. Co to, to nie. Jak już wspomniałem, niedawno kilka zespołów nie zdołało się utrzymać w F1, więc musieliśmy udowodnić FIA, że Gene i ja mamy poważne zamiary i nie znikniemy ze sceny po zaledwie kilku miesiącach. Po klapie projektu US F1 federacja stała się ostrożniejsza, co nas szczególnie nie dziwiło.
Z tego względu musiałem zacząć od złożenia w FIA tak zwanego oświadczenia o zainteresowaniu. Nie wiem, czy to jest wymagane do dziś, w każdym razie wtedy sprowadzało się do wskazania osób odpowiedzialnych za przedsięwzięcie i pozwalało przejść do następnego kroku, czyli złożenia właściwego wniosku o licencję. Opłata za złożenie tych dokumentów wynosiła 150 tysięcy dolarów i nie podlegała zwrotowi na wypadek odrzucenia wniosku. Miało to już na starcie odsiać ściemniaczy. Gdy jednak wniosek został przyjęty, zyskiwało się prawo zaprezentowania swoich pomysłów na forum FIA.
Przyznam, że oczekując na informacje w sprawie rozpatrzenia naszego wniosku, trochę trząsłem portkami. Poszło jednak dobrze, więc ja, Gene i Joe Custer zostaliśmy zaproszeni do Genewy, żeby przeprowadzić pełną prezentację dla ludzi z FIA. Wtedy też należało się prawdopodobnie skonsultować z prawnikiem, jednak na to było już za późno. Prezentacja trwała ponad dwie godziny i sprowadzała się do listy punktów, które po kolei omawiałem. Nic sobie nie przygotowałem. Znałem wszystkie te kwestie na wylot i po prostu szyłem na bieżąco. Wiele osób uważało, że postradałem zmysły, tymczasem ja założyłem, że odtwarzanie jakiegoś wkutego na blachę scenariusza odwróci moją uwagę od najważniejszych kwestii. Przypominam, że w nawijaniu jestem bezapelacyjnym mistrzem świata, więc po prostu dajcie mi gadać!
Kiedy prezentacja dobiegła końca i ludzie z FIA się rozeszli, Gene zapytał, jak moim zdaniem nam poszło.
- I co? Sądzisz, że mamy tę licencję?
- Gene, szczerze, nie mam pojęcia - odparłem. - Teraz już wszystko zależy od nich. My zrobiliśmy, co w naszej mocy.
Chwilę potem dostałem SMS-a od jednego z ludzi z FIA. Wolałbym nie zdradzać, kto to był, ale wiadomość brzmiała: "Günther, niech cię cholera. Nikt nie potrafi nawijać tak jak ty. Jeżeli po tym występie nie dostaniesz tej licencji, to znaczy, że już nikt jej nigdy nie dostanie".
- Wiesz co, Gene? - dodałem. - Powiedzmy, że mam dobre przeczucia.