Sara Susanne dostaje list
W roku 1861 nastąpił wielki
przypływ śledzi do rejonu Vester?len, a rok później wszystko
wskazywało na to, że również inne obszary odniosą sporo korzyści
z morskiego srebra. I do tego śledzie pojawiły się bliżej lądu,
więc połowy były łatwiejsze.
Bracia Krogowie z Offers?y też
postawili na połowy. Przygotowali łodzie i wynajęli ludzi
za stałe pensje bez udziału w zyskach, dzięki czemu sami mieli
największy dochód ze szczególnie dobrych rzutów siecią. Krążyły
całe historie o tym, że śledzie suszyły się same, że pojawiły
się w tak ogromnej ilości, iż można było wyciągać ryby na brzeg
i już na nabrzeżnych kamieniach ubijać je w beczkach.
Bracia z Offers?y byli utalentowani
pod wieloma względami. Na temat młodego Johannesa krążyły pogłoski,
że potrafił wyczuć sól z odległości wielu mil morskich. Podczas
gdy inni stali na nabrzeżu, narzekając na brak soli i wygórowane ceny,
on wskakiwał do łodzi. Z powodu straszliwego jąkania się, w naturze
Johannesa Kroga nie leżały czcze rozmowy, tylko działanie.
Nigdy nie czekał, aż soli całkowicie
zabraknie. Dzięki temu miał czas na negocjacje z kupcami, jeśli
naprawdę musiał, prowadzone na swój krótki, urywany sposób. Ale
najchętniej w rozmowie pisywał wszystko w swoim kajecie. Miał
odpowiednie kontakty, umiał słuchać tonu głosu i okazywał
cierpliwość. Dzięki temu wiedział, na ile może zbić cenę. Rozliczni
krewni i powinowaci w Bergen, B?, na Lofotach i w Troms? też
mieli w tej sprawie znaczenie. No i fakt, że Johannes zawsze gotów
był pomóc innym w kłopotach, nie żądając niczego w zamian.
Jedyne, co ludziom w nim
przeszkadzało, to jego śmiesznie młody wiek oraz to, że tak trudno
się z nim rozmawiało.
Szczególnie tym niewystarczająco
szybkim w odczytywaniu słów, które Johannes zapisywał, gdyż nie
był w stanie ich wymówić.
*
Sara Susanne opuściła dom swojej
matki w Kj?psvik i była teraz na służbie w domu w B?. Nie
obchodziły jej ceny śledzi i soli. Ale pamiętała, że widziała
Johannesa zarówno w sklepiku, jak i w salonie rodzinnego domu. Wiele
razy. Był od niej o kilka lat starszy, ale niedużo. Miał żylaste,
kościste, noszące ślady pracy ciało, jak u górskiego pasterza,
który ciągle musi biegać za swoim stadem. Jego głowa miała natomiast
delikatny zarys, otoczona jasnymi, kręconymi włosami i brodą. Pięści
Johannesa były jak wzięte z innej postaci. Zupełnie jakby Stwórcy
nie pozostały już żadne delikatne dłonie, kiedy rozdzielał te
części ciała. Dwie solidne pałki zwisały jako przedłużenie już
i tak zbyt długich ramion. Stopy miał duże i w widoczny sposób
przeznaczone do noszenia cięższego ciała. Ale Johannes Krog chodził
lekkim i kołyszącym krokiem. Zupełnie jakby gdzieś za sobą miał
wielki śmiech albo smutek i próbował przed nim umknąć. Jego oczy
były przejrzyste jak szkło. Kiedy spoglądał wprost na człowieka,
wokół całej źrenicy pojawiało się białko, tak jak u dziecka po
raz pierwszy spoglądającego na świat.
Pamiętała go z wesela siostry,
Maren. Stał w grupie mężczyzn, z nikim nie rozmawiając. Ale jego
twarz zwracała się zawsze w stronę tego, kto zabierał głos. Czasami
przytakiwał energicznie, innym razem smutno kiwał głową. Zawsze
zachowywał pewną rezerwę, sprawiał wrażenie, jakby jej nie widział,
chociaż patrzył wprost na nią. Zapamiętała go stojącego w słońcu
w ogrodzie, w koszuli z podwiniętymi rękawami. Ale tyle osób
zachodziło wtedy do sklepiku i do domu. Nie można było założyć,
że się kogoś faktycznie zna tylko dlatego, iż gdzieś tam się
kręcił.
Było lato, pisano już rok 1862. Pani
z domu w Vinje dała Sarze Susanne kilka dni wolnego, żeby mogła
odwiedzić rodzinę.
W niedzielne przedpołudnie, kiedy
matka, siostry i Sara Susanne wyszły z kościoła, nagle stał
tam. Johannes Krog. Skłonił się głęboko i przywitał z każdą
z pań, podając jej rękę i nic nie mówiąc, zupełnie jakby to
był pogrzeb.
W ciszy i pustce, która potem
nastąpiła, a którą matka natychmiast wypełniła zalewem przyjaznych
słów, wręczył Sarze Susanne szarą, papierową torbę z czymś
miękkim w środku. Wyglądało to prawie tak, jak gdyby uzgodnili,
że przyniesie ze sobą tę torbę i jakby w ogóle nie było tu
o czym mówić. Tak jakby od dawna wiedział, że to tutaj może ją
spotkać. W całym swoim zakłopotaniu zauważyła jednak, że jego
wielka pięść drży, a ścięgno na szyi jest naprężone do granic
możliwości.
Nie było innego wyjścia, więc
przyjęła podarunek, wyciągając obie dłonie. A kiedy Johannes
nie przestawał kiwać głową w stronę torby, otworzyła ją
i wyciągnęła biały jedwabny szal z długimi, ciężkimi frędzlami
oraz zalakowany pieczęcią list. JK. Poczuła tak
dojmujące zakłopotanie, że zapomniała podziękować. Wokół stało
wielu ludzi, gapili się na nią. Niektórzy się uśmiechali. Siostry,
Amalie i Ellen, nie ułatwiały jej sytuacji, wymieniając znaczące
spojrzenia. Anne Sophie miała tylko czternaście lat i z otwartą
buzią przenosiła wzrok z jednego na drugiego. Ale pani Lind uratowała
sytuację, niezwłocznie zapraszając Johannesa Kroga z Offers?y do
domu na obiad. A zaraz potem popłynął z jej ust potok słów na
temat wspólnych krewnych, pytań na temat jego matki, cen śledzi,
pogody i podobnych spraw.
Podczas obiadu i przez cały czas
później, kiedy siedzieli przy kawie, Johannes patrzył uporczywie na
coś obok twarzy Sary Susanne, jednocześnie kiwając głową na wszystko,
co powiedziała pani Lind. Całym sobą wyrażał bezgraniczną uwagę,
a jednak sprawiał wrażenie, jakby przebywał w innym świecie. Kiedy
nie jadł ani nie pił, trzymał ramiona skrzyżowane na piersi, jak
admirał odpoczywający przed kolejną bitwą.
Sara Susanne nie otworzyła
listu. Leżał na kredensie. Szal również. Nalała kawy, a matka
wyciągnęła ciasteczka i słodkie placki, jak wymagał tego
obyczaj. I chociaż Johannes nie wypowiedział prawie żadnego słowa,
ubolewała, że Arnoldusa nie ma akurat w domu i że gość zmuszony
jest rozmawiać wyłącznie z panienkami.
Ale Johannes energicznie potrząsał
tylko głową, jakby dając do zrozumienia, że to naprawdę nie byłby
najlepszy pomysł.
Po licznych pytaniach zadanych przez
matkę wszyscy rozumieli już, że handel na Offers?y szedł naprawdę
dobrze, ale Johannes miał inne plany na przyszłość niż bycie szyprem
u brata, Eilerta, pierwszego w kolejce do dziedziczenia interesu. Pani
Lind zadawała uprzejme, zazwyczaj długie pytania, na które łatwo
było zwięźle odpowiedzieć. Zupełnie jakby w gruncie rzeczy znała
odpowiedź, ale potrzebowała jedynie potwierdzenia w postaci "tak"
albo "nie".
Gdy tylko Johannes usiłował
wypowiedzieć kilka słów jedno po drugim, zaczynał się
jąkać. Często już na pierwszej sylabie, jak gdyby od razu obawiał
się reszty. W całej tej ciężkiej pracy zapominał o konieczności
robienia przerw między słowami. Jego mowa płynęła jednolitym,
zacinającym się strumieniem.
Pani Lind zdawała się tego nie
zauważać, czekała po prostu, aż Johannes przedrze się przez
pełne męki zdanie, i zaraz potem kontynuowała swoje przyjacielskie
wypytywanie o to i owo. Często ułatwiała wszystkim sprawę,
odpowiadając sama sobie.
- Chyba jedyne, czego brakuje panu
Johannesowi, to towarzyszka życia? - Tak uważała.
Johannes z wdzięcznością
kilkakrotnie skinął głową.
- Ale jest pan jeszcze młody,
ma pan dużo czasu przed sobą, - pocieszyła go.
- Nnnnnie! Cza-cza-czas
ppppłynnnie-nie szszszszybbbko - odpowiedział Johannes
z powagą, patrząc przez cały czas w ten sam punkt obok twarzy Sary
Susanne.
Zaraz potem zaczął sprawiać
wrażenie, jakby nagle obudził się z głębokiego snu i nie miał
siły na więcej pytań. Nie dopijając kawy, podniósł się. Obszedł
pokój dookoła, podając każdemu rękę. Amalie i Ellen, Anne Sophie,
matce i na końcu - Sarze Susanne. Jego twarz była pozbawiona wyrazu,
ale na szyi miał czerwone plamy, a spojrzeniem uciekał przez cały
czas w stronę koperty leżącej na kredensie. Kiedy wyszedł, siostry
rzuciły się na piękny szal. Matka wręczyła Sarze Susanne list. Jej
ruchy były powolne, eleganckie. Prawie triumfujące. Zupełnie jakby
wiadomość pochodziła od samego francuskiego Króla Słońce. Ale
Sara Susanne nie wzięła listu. Uważnie przyglądała się prążkom
na chodniku.
Matka westchnęła, popatrzyła na
córkę oskarżycielsko i otworzyła list. Przez chwilę badawczo
zagłębiała się w treść, a potem wyprostowała się,
odchrząknęła - i odczytała głosem takim, jakby głosiła
bożonarodzeniową ewangelię:
Szanowna Panienka Sara Susanne Bing
Lind.
Ma się przyjemność prosić o Pani drobną
rączkę, abyśmy towarzyszyli sobie w małżeństwie przez dobre i złe
dni. Jeśli powie Pani tak, nigdy nie będzie Pani tego żałowała ani
cierpiała żadnego niedostatku! Należy tu wspomnieć, że jest się
w trakcie zakupu interesu w Havnnes od pana Johana Ursina, a zatem
nie pozostaje się bez domu i środków do życia.
Ponadto: Ośmielam się prosić o dyskrecję,
jeśli odpowiedź byłaby odmowna.
Pani oddany
Johannes Irgens Krog, szyper
PS: Proszę wybaczyć pismo, ale jest się
zwyczajnym pisać głównie cyfry.
Ktoś ciągnął przez kamieniste
podwórko taczkę z kółkami obitymi metalem. Pod oknem, przy klapie
prowadzącej do piwnicy terkotały dwie służące, znoszące na dół
resztki niedzielnego obiadu. Sara Susanne siedziała, obserwując
szpaka, który już posilał się niedojrzałymi owocami jarzębiny
w ogrodzie. Dzień był jasny i słoneczny.
- No i...? - matka pochyliła
się nad nią.
- Mamo... - wyszeptała cicho
Sara Susanne, a jej siostry siedzące dookoła wstrzymały oddech.
- Przecież nie zamierzasz pracować
na służbie przez resztę życia? - zaczęła matka, kiedy upłynęła
kolejna chwila, a Sara Susanne nadal nic nie powiedziała.
- Nie...
- To swój człowiek. Ładny
mężczyzna! I solidny! Ma tylko dwadzieścia sześć lat! A poza tym
jesteśmy z nim spokrewnieni przez jego ojca, Jensa Kroga. Arnoldus
i Severin trzymali do chrztu synka jego siostry. Zarówno twoje
przyrodnie rodzeństwo, jak i my sami dużo mieliśmy styczności
z rodziną Krogów. Kochana Saro Susanne... Jego jąkanie pewnie stąd
się wzięło, że był bardzo zdenerwowany.
- A jego oczy przypominają oczy
konia Blakka, widziałyście to? Okropnie duże i błyszczące -
wypaliła Anne Sophie.
- W ogóle mnie nie obchodzi,
że on się jąka! Ale...
Matka westchnęła. Była o wiele za
blisko, tuż po drugiej stronie stołu. Kiedy objęła ją ramieniem,
Sara Susanne poczuła, jakby ta ręka zbyt ciasno zamykała ją
w uścisku.
- Ach tak. No cóż... możesz
przecież poczekać ze wszystkim, aż Arnoldus wróci do domu. Nikt mi
nigdy nie powie, że kogoś ze swoich do czegoś zmusiłam!
- A może on zechciałby mnie,
gdybyś powiedziała nie? - zaśmiała się Ellen.
- Przestańcie wygadywać
głupstwa! - Pani Lind wyprostowała głowę i po kolei surowo
spojrzała na córki.
- Nie wszyscy mogą wyjść za
mąż z miłości - wymamrotała Amalie, rzucając matce nieśmiałe
spojrzenie.
- A może Sara Susanne mogłaby
sobie kupić gospodarstwo sama i żyć bez mężczyzny, tak jak nasza
Iverine z T?rstad - odważyła się jeszcze raz Ellen.
Miała na myśli przyrodnią
siostrę, którą wszystkie uwielbiały i starały się
naśladować. Razem ze swoją służącą Peroline, Iverine potrafiła
niejednego dokonać. Nigdzie nie odbywały się takie miłe zabawy
świąteczne. W ich towarzystwie to, co gadali mężczyźni, nie było
najważniejsze, to raczej oni musieli dostosować się do tematu rozmowy
Iverine.
- Miłość... jest jej tyle
rodzajów... Niektórzy nie zauważają miłości, bo jest zbyt
blisko... Ten upragniony motyl w brzuchu jest nietrwały jak wiosenny
wietrzyk. Na tym nie da się zbudować całego życia - powiedziała
matka, wzdychając.
- Ale mamo! Zawsze mówiłaś
nam o tacie - tak pięknie, jakby to właśnie była miłość? -
powiedziała miękko Anne Sophie.
- Moja mała Anne, miałaś tylko
roczek, kiedy ojciec nas odumarł. Miałam dużo czasu, żeby rozmyślać
o nim i o wszystkich moich osieroconych dzieciach. Dużo miłości
wynika z codziennej pracy - westchnęła matka, podnosząc do oczu
chusteczkę.
.
Kiedy Arnoldus wrócił do domu
i usłyszał o sprawie szala oraz listu, uśmiechnął się od ucha
do ucha.
- Znakomicie! Sam Johannes
Krog! Zdrowy rozsądek i do tego z nikim nie jest w nieprzyjaźni,
o ile mi wiadomo. I co ja miałbym powiedzieć... Nieżonaci
mężczyźni to pół biedy, ale nasza matka na pewno jest zdania, że
jest nas tutaj zbyt dużo bezżennych. Jacob, Helene, Amalie, Ellen,
Anne Sophie, ty i ja - wyliczał. - Pewnie leży po nocach, nie śpi
i rozmyśla, co z nami wszystkimi będzie, a już na pewno z wami,
dziewczynki.
Sara Susanne nie
odpowiedziała. Lampa u powały delikatnie kołysała się na
mosiężnych łańcuszkach. Szklana kolba była do połowy napełniona
oliwą. Klosz bujał się pod sufitowymi deskami niczym pokryte sadzą
wahadło. Matka chodziła po podłodze na poddaszu. Zdecydowane, drobne,
mocne kroki, które nagle zatrzymywały się całkowicie, żeby w chwilę
potem podjąć ten sam, monotonny ruch. Przerwy mogły sugerować, że
matka zatrzymuje się, aby nadsłuchiwać, lub że o mało się nie
przewróciła, albo też że z innego powodu potrzebuje natychmiastowej
pomocy. Odkąd Sara Susanne była w stanie sięgnąć pamięcią,
zawsze wtedy, gdy matka chodziła po poddaszu w ten sposób, należało
spodziewać się nieszczęścia. To niemiarowe skrzypienie, a potem
głucha cisza. I znów zdecydowane kroki. Kiedy inni chodzili w ten
sposób, miało to jakiś kres. Matka nigdy nie przestawała. Odwlekała
powrót na dół. Nie zamierzała pokazywać się. Oznajmiała to swoim
przerywanym marszem. Zupełnie jakby chciała, aby pamiętali o tym,
o ilu sprawach musi myśleć, ile ma trosk, ile razy musi się tam
zatrzymać, żeby ich życie jakoś się ułożyło.
Arnoldus i Sara Susanne byli sami
w salonie. Lampa kołysała się. Ciągle jeszcze świeżo wykrochmalone
letnie zasłonki wpadały do pokoju. Mąka ziemniaczana, odpowiednie
zwilżanie i gorące żelazko. Ale to nie było dzieło matki. Ona
nie zajmowała się takimi sprawami. Nie dlatego, aby takich robót nie
lubiła albo była na nie zbyt elegancka. Ależ skąd. Po prostu tak się
jakoś składało, że kiedy przypadał czas na zajęcie się takimi
obowiązkami, zazwyczaj musiała akurat posprzątać w sekretarzyku
albo dojrzeć jakiejś innej sprawy. Zanim Maren wyszła za mąż,
to ona zawsze zarządzała wielkie porządki albo sama je robiła,
zajmowała się również prasowaniem. Teraz tymi rzeczami od czasu do
czasu zajmowały się siostry i służące.
Arnoldus był niespokojny, chciał
jak najszybciej wyjść i czymś się zająć. Prawie zawsze
okazywał niepokój. Nawet w niedziele. A nawet przede wszystkim
w niedziele.
- Zważywszy, że Johannes ma kupić
Havnnes i zacząć pracować na własny rachunek, potrzebuje kobiety
dość szybko. Sądzę, że nie możesz zbytnio zwlekać z daniem mu
odpowiedzi. Wokół pełno jest dobrych panien na wydaniu.
Sara Susanne próbowała pochwycić jego
spojrzenie. Usiłowała mu pokazać, że potrzebuje, aby powiedział coś
zupełnie innego. Sama nie wiedziała dokładnie co. Ale żeby Arnoldus,
jej brat, którego ceniła najbardziej ze wszystkich ludzi na świecie,
miał pozbywać się jej w taki sposób - to było zbyt wiele.
- Sądziłam, że spojrzysz na to
z mojej strony... - zaczęła.
- Ależ kochana moja, przecież
właśnie to robię... Nie znam nikogo innego, kto byłby lepszy niż
Johannes.
- Ale czy nie potrzeba czegoś
więcej?
- Czegoś więcej? Co masz na
myśli?
- Czy to obojętne, za kogo wychodzi
się za mąż?
- Ale Johannes to nie jest byle
kto - powiedział zrezygnowany.
Jednak kiedy Sara Susanne utkwiła
w nim oczy, uciekł ze spojrzeniem.
- Spodziewałam się, że będziesz
mnie wspierał - wyszeptała.
- Ależ tak, przecież to
robię!
Siedziała jeszcze przez
chwilę. Czekała na ciąg dalszy. A kiedy nie nastąpił, podniosła
się ze schyloną głową. Kilkakrotnie wygładziła dłońmi spódnicę
i podeszła do drzwi. Powoli. Gdyby on wtedy coś powiedział, gdyby
chociaż wymówił jej imię, odwróciłaby się i rzuciła w jego
objęcia.
.
Sara Susanne przez trzy dni
pozostała w łóżku z powodu choroby gardła i musiała wysłać
posłańca do B? z informacją, że nie może przybyć w umówionym
dniu. Pani straciła humor już przed wyjazdem Sary Susanne, więc łatwo
sobie wyobrazić jej minę, kiedy otrzymała wiadomość.
Matka stała w drzwiach jej izby
w ramach odwiedzin u chorej. Nie rozumiała, jak można było chorować
na gardło o tej porze roku, tak się wyraziła. Oczywiście nie
o to chodziło, aby miała zamiar krytykować Sarę Susanne za ten brak
zdrowia, po prostu mówiła, co myśli. Zakończyła stwierdzeniem "Moja
biedna dziewczynka!". Sara Susanne wiedziała z całą pewnością, że
gdyby mimo palenia w gardle zaczęła płakać, wówczas matka weszłaby
do jej pokoju i usiadła przy niej na brzegu łóżka. Ale zamiast tego
tylko potrząsała lub kiwała głową, zależnie od tego, co mówiła
matka. Nie trwało to długo. Potem mogła zamknąć oczy i pozwolić
czasowi płynąć. Jej życie tak czy owak się skończyło.
W całym tym odczuciu końca życia
dziwne było to, że towarzyszył mu wyjątkowy spokój. Okazało
się, że gorąca warzonka z soku z czarnej porzeczki z rodzynkami
miała dokładnie takie samo działanie jak w dzieciństwie. Sara
Susanne przełknęła sok i zostawiła sobie w ustach rodzynki. To
była cudowna ulga. Siostry po kolei przychodziły na poddasze. Chyba
zakazano im męczyć ją kwestią listu. Bo stawały tylko w drzwiach,
w bezpiecznej odległości od choroby gardła, którą, ich zdaniem,
przywlekła ze sobą z B?. I mogła naprawdę cieszyć się, że
leży w łóżku, bo na dworze był deszcz i plucha, tyle chyba sama
widziała przez okno.
A one musiały ciągle biegać do
ogrodu po rabarbar albo pomagać w tym lub owym.
Arnoldus nie pojawił się.
.
Trzeciego dnia obudziła się
bladym świtem, pamiętając swój sen. Stała na przystani koło
sklepiku i czekała na łódź, która kołysała się w fiordzie i nie
mogła przybić do brzegu. A kiedy tak stała, zmieniały się pory
roku. Widziała zamieć śnieżną nad fiordem i kilka łodzi, które
przemknęły obok, gnane silnym wiatrem. Ona sama nie czuła ani wiatru,
ani zimna. W chwilę potem, kiedy odwróciła się w stronę domu,
zobaczyła zieleniejące w słońcu drzewa. Były tak blisko jej oczu,
że widziała meszek na malutkich wierzbowych listkach. Kwiaty groszku
wspinające się na płot przypominały żywe, pastelowe zwierzątka
i rozsiewały swój mocny zapach. W chwilę później skurczyły się
i odpadły. Wokół Sary Susanne zaległa zapierająca dech w piersiach
pustka. Musiała to przerwać. Poczuła, że powinna umyć włosy,
czuła się spocona i lepka. W chwilę potem stała nad parującą
cynkową balią i rozpuszczała włosy. W końcu pokryły całą
przystań i popłynęły dalej w morze, a ona nie miała mocy ich
zatrzymać. Zaczepiały się nawet o żerdzie do suszenia sztokfiszy
oraz skalne półki. Nagle dostrzegła Johannesa Kroga, przewieszonego
za kolana na najwyższym pniu i trzymającego biały jak kreda, lniany
obrus, który wyciągał w jej stronę. Gdyby nie wyglądało to tak
niebezpiecznie, mogłaby się roześmiać. Nie miał twarzy, ale kiedy
się obudziła, wiedziała, że to był on.
Sara Susanne wstała z łóżka,
posprzątała i ubrała się. A potem usiadła do pisania.
Szanowny Pan Szyper Johannes Irgens
Krog.
Dziękuję za piękny szal i za Pana
łaskawą propozycję!
Odpowiedź brzmi: tak. Do Pana uznania
pozostawiam, kiedy damy na zapowiedzi.
Dla porządku muszę tylko zwrócić uwagę,
że moja matka nie ma środków na pokrycie kosztów wesela. Ale dla
mnie może ono być bardzo proste.
Nie wniosę też wiele do gospodarstwa. Tylko
moje ubrania, a także trochę skromnej, lnianej i bawełnianej
bielizny. Ale nie mam żadnych długów.
Moja matka pozdrawia
gorąco!
W duchu zrozumienia oraz z pełną
dyskrecją
Sara Susanne Bing Lind
Poprosiła starego subiekta ze
sklepiku, mieszkającego u nich na dożywociu, żeby wsiadł do małej
łódki i osobiście dostarczył wiadomość.
Potem ruszyła w podróż do
Vinje w B? i zaczęła swoją zwykłą pracę. Pani cieszyła się
z powrotu Sary Susanne i nie zamierzała jej oszczędzać. Sara Susanne
zdecydowała, że nie wypowie swojej posady, zanim Johannes Krog jej nie
odpowie, a pierwsze zapowiedzi nie zostaną odczytane w kościele. Ogrom
pracy pomagał pokonać wielką przygniatającą pustkę w sercu. Nie
przypominała sobie, aby w całym swoim życiu kiedykolwiek czuła się
tak dotkliwie osamotniona.
Ale nie doceniła Johannesa. Już kilka
dni później przypłynął do Vinje i przedstawił się państwu jako
narzeczony Sary Susanne. Słowo narzeczony wymówił kilkakrotnie bez
jednego zająknięcia. Przywiózł jej złoty pierścionek z czerwonym
kamieniem, a pani wręczył list, w którym prosił o zwolnienie
Sary Susanne ze służby w jak najkrótszym terminie, ze względu na
przygotowania do ślubu.
Pani przyjęła wypowiedzenie
z godnością, choć nie bez westchnień. Życzyła im jak najgoręcej
szczęścia i nalegała na zatrzymanie Sary Susanne na służbie do
końca listopada. Zdaniem Johannesa to jednak było zbyt długo. Planował
ślub w czasie Bożego Narodzenia.
Wtedy Sara Susanne ocknęła się nagle
i włączyła do rozmowy. Powiedziała zdecydowanie, że pozostanie
na służbie do piętnastego listopada. W ten sposób zadowoli obie
strony, pomyślała. To jakoś nie zgadzało się z jej naturą, żeby
ktoś inny prosił o zwolnienie jej z pracy. Musiała jednak uznać,
że to zaledwie błahostka, zważywszy że złożyła właśnie całe
swoje życie w ręce obcego człowieka.
Ciągle jeszcze nie płakała. Czas
na to miał zapewne dopiero nadejść.
.
- Nie nosisz pierścionka
zaręczynowego? - zapytała pewnego dnia pani, gdy zaprawiały
porzeczki. Krwistoczerwony sok ściekał równym strumieniem do wekowych
słoików.
- Pewnie dużo kosztował, szkoda
go nosić przy pracy, kiedy używa się rąk do tylu różnych rzeczy
- odparła zdecydowanie Sara Susanne.
- Czy on sam przyjedzie po ciebie
piętnastego listopada?
- Tak powiedział.
- Chcesz mieć wcześniej parę
dni wolnego i pojechać do domu do Kj?psvik?
- Nie, dziękuję, to nie jest
konieczne. To już nie jest mój dom.
Pani rzuciła jej zdziwione
spojrzenie. Uniosła brwi, aż czoło zmarszczyło się jej jak skóra
ubitej owcy. Bladoróżowo-żółte. Gotowe do szycia rolady.