1968
Spośród wszystkich pór roku zawsze najbardziej lubiłam wczesną wiosnę, kiedy powietrze wciąż kąsa chłodem, odzywają się pierwsze ptaki, a na pastwiska wylegają owce. Bobby miał bzika na punkcie naszych owiec. Rok w rok wykarmiał butelką odrzucone przez matkę jagnięta, to było jego zadanie, nie dawał nikomu ich tknąć, raz nawet nie poszedł do szkoły, żeby tego dopilnować. Był energicznym chłopcem, przez całą zimę biegał w krótkich spodenkach i bez kurtki, nawet kiedy nauczycielka kazała mu wrócić po nią do domu. Był cudownym chłopcem, tak często śpiewał, kiedy był mały, że wołaliśmy na niego Elvis. Był wysoki i szczupły, o nastroszonych brązowych włosach, tak jak u jego wujka.
Jimmy włączył radio tranzystorowe, którego dźwięk dobiega mnie na długo przed tym, nim docieram do blaszanej owczarni. Piosenka Hello, Goodbye Beatlesów puszczona na cały regulator. Niezbyt sielankowa muzyka, ale widać Jimmy'emu pomaga na kaca. Przyglądam się mu, gdy wchodzę przez furtkę w górnej części pastwiska: trzyma jedną dłoń na zadku maciorki, kołysze biodrami i podryguje lewą stopą.
- Gdzie Frank? - pytam, a Jimmy wskazuje na dolną część pastwiska.
Stoimy obok siebie i patrzymy, jak mój mąż przeskakuje przez płot. Jedna silna ręka na górnym przęśle, ciało wykręcone pod właściwym kątem, nim pokona przeszkodę jak rasowy płotkarz. Prawie codziennie to widzę, ale w dalszym ciągu odczuwam na ten widok niejaką przyjemność: figlarny odruch mężczyzny, którego życie jest zdominowane przez ciężką pracę.
Idzie do nas, wymachując energicznie rękami; nawet z tego miejsca wiem, że pewnie pogwizduje. To jego ulubione miejsce.
Większość naszych maciorek się okociła, mamy czterdzieści sześć jagniąt na pastwisku i kilka wciąż jeszcze w owczarni. Tylko jedno karmione butelką i jedno, które urodziło się martwe. Frank i Jimmy doglądają ciężarnych owiec, macają im brzuchy, sprawdzają ułożenie płodu; kontrolują przez odbyt, czy nie rozpoczyna się poród. Działają instynktownie; mogliby to robić we śnie. Jimmy jest delikatny, przemawia do owiec, nagradza je herbatnikami Rich Tea. Frank wiecznie się spieszy, bez końca układa listę zadań, zawsze ma za dużo na głowie.
- Myślisz, że moglibyśmy zakończyć spotkanie z mamuśkami i zająć się czymś innym? - pyta Frank, a Jimmy przewraca oczami.
- Nieźle się rządzi, co? - zwraca się do maciorek.
Owce mają do dyspozycji długie pastwisko na zboczu, ale nie rozpierzchają się za bardzo, zawsze zbijają się w stado na górze, obok owczarni. Mniej więcej za tydzień jagnięta zrobią się bardziej niezależne i zaczną brykać gdzieś dalej, wyginając patykowate nogi. To był ulubiony etap Bobby'ego. Urodził się na farmie, rozumiał panujące na niej zasady, ale co rok łamało mu serce, gdy trzeba było zawieźć młode na targ.
Nie wiem, kto z nas pierwszy słyszy szczekanie. Odwracamy się szybko i widzimy pędzącego w naszym kierunku lurchera o złotej sierści.
Zbłąkany pies, pewnie bezpański, szarżuje na nasze jagnięta.
- Nie rusz! - Frank usiłuje zagrodzić psu drogę. Ma blisko metr dziewięćdziesiąt wzrostu, jest silny i barczysty, ale pies zwyczajnie wymija go w pędzie i wpada prosto w zbite w gromadę maciorki.
Owce się skarżą, drobniutkie jagniątka beczą ze strachu; mają ledwie kilka dni, ale już wyczuwają zagrożenie. W psie zachodzi zmiana. Czarne ślepia, obnażone kły, ciało napięte z adrenaliny.
- Strzelba, Jimmy! Szybko! - wrzeszczy Frank, a Jimmy odwraca się i biegnie do szopy.
Frank jest szybki, rzuca się na psa z atawistycznym rykiem, ale zwierzę jest szybsze. Chwyta jagnię, zaciska zęby na jego szyi, rozszarpuje gardło. Na trawę tryska przerażająca czerwień krwi, tworząc szkarłatne kałuże. Jedno jagnię, drugie, trzecie; wnętrzności wylewają się z nich niczym podczas składania ofiary. Maciorki rozbiegają się każda w inną stronę, potykają oślepione przerażeniem, odsłaniają nowo narodzone jagnięta.
Pędzę z krzykiem w kierunku psa, starając się zagarnąć po drodze jagnięta, ale słyszę wołanie Jimmy'ego:
- Z drogi, Beth! Usuń się!
Nagle Frank bierze mnie w ramiona i przyciska mocno do piersi, czuję dudnienie jego serca. Słyszę strzał, potem kolejny, a następnie krótki, oburzony skowyt. Już po wszystkim.
- Niech to szlag - odzywa się Frank, odsuwając się ode mnie. Zagląda mi w oczy, przyciska dłoń do mojego policzka.
Podchodzimy do psa, we trójkę nawołujemy owce.
- Chodźcie, dziewczynki. - Ale wszystkie trzęsą się i beczą, trzymając z daleka od trzech truchełek swoich młodych.
Nie wiedzieć skąd, niczym miraż, przez pola nadbiega chłopiec. Mały i chudy w swoich spodenkach. Może dziesięcioletni.
- Mój pies! - zawodzi słodkim, piskliwym głosem.
- O kurwa - mruczy Jimmy w tej samej chwili, w której dziecko dostrzega zakrwawione futro i krzyczy:
- Zabiłeś mojego psa!
Przybiega jego ojciec, zadyszany i czerwony z wysiłku; niewiele się różni od chłopaka, którego kiedyś znałam.
- Chryste Panie, człowieku, zastrzeliłeś go.
- Nie mieliśmy wyjścia. - Frank wskazuje na zarżnięte jagnięta.
Nie sądzę, żeby Gabriel wiedział, kim jest Frank lub kto jest jego żoną, ale wtedy się odwraca i mnie zauważa. Na jego twarzy pojawia się przebłysk paniki, który jednak szybko znika, i zaraz potem Gabriel odzyskuje panowanie nad sobą.
- Beth - odzywa się.
Lecz ja go ignoruję. Nikt nie zajmuje się chłopcem, który stoi przy swoim psie, zasłaniając oczy rękami, jakby chciał się w ten sposób odgrodzić od całego tego horroru.
- Chodź do mnie. - W jednej sekundzie staję przy nim i kładę mu ręce na ramionach. A potem klękam i zamykam go w objęciach. Mały zaczyna szlochać.
- Wypłacz się - zachęcam. - To ci dobrze zrobi.
Dziecko wtula się we mnie, zawodząc już na całe gardło, chłopiec w krótkich spodenkach w moich ramionach.
I tak to się znów zaczyna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki