p
Prolog
Mierząc się z traumą
Prolog: Mierząc się z traumą
Nie trzeba być żołnierzem na pierwszej linii ani uchodźcą w obozach
Syrii czy Kongo, żeby doświadczyć traumy. Trauma przydarza się nam,
naszym przyjaciołom, naszym krewnym i sąsiadom. Badania prowadzone przez
amerykańskie CDC (Centers for Disease Control and Prevention - Centra
Kontroli i Prewencji Chorób) wskazują, że jeden na pięciu Amerykanów był
w dzieciństwie molestowany seksualnie, jeden na czterech - bity przez
rodziców tak, że zostawały mu na ciele siniaki, a przemoc fizyczna to
stały element życia co trzeciej pary. Jedna czwarta z nas dorastała w rodzinach, w których jakiś kuzyn był alkoholikiem, a jeden na ośmiu
widział na własne oczy, jak bito jego matkę1.
My, ludzie, jesteśmy gatunkiem niezwykle odpornym. Od niepamiętnych
czasów odradzaliśmy się z bezlitosnych wojen, niezliczonych katastrof
(zarówno naturalnych, jak i wywołanych przez człowieka), nie licząc
codziennych gwałtów i zdrad. Ale traumatyczne doświadczenia zostawiają
ślad, czy to na wielką skalę (w naszej historii i kulturze), czy też w naszym własnym ogródku - odciskają piętno na naszych rodzinach, a mroczne sekrety niepostrzeżenie przechodzą z pokolenia na pokolenie.
Ślady zostają też w naszych umysłach, zmieniają nasze emocje, wpływają
na zdolność do odczuwania radości i wchodzenia w relacje intymne, a nawet na biologię i układ odpornościowy.
Trauma dotyka nie tylko tych, którzy jej bezpośrednio doświadczyli, ale
i wszystkich wokół. Żołnierze wracający z walk do domów mogą przerażać
swoje rodziny wybuchami gniewu i emocjonalną nieobecnością. Żony
mężczyzn cierpiących na stres pourazowy (PTSD - Posttraumatic Stress
Disorder) zwykle wpadają w depresję, a dzieci matek z depresją częściej
wzrastają w atmosferze niepewności i niepokoju. Warto podkreślić, że
wiele osób, które w dzieciństwie były dotknięte przemocą domową, ma
trudności w nawiązaniu trwałych, opartych na zaufaniu relacji.
Trauma to z definicji coś nie do zniesienia i nie do zaakceptowania.
Większość ofiar gwałtu, żołnierzy frontowych i molestowanych dzieci, nie
jest w stanie myśleć o traumatycznych doświadczeniach, stara się wyprzeć
je ze świadomości i żyć dalej, zachowując się tak, jakby to się nigdy
nie stało. Tyle że "normalne" funkcjonowanie dla kogoś, kto nosi w sobie
pamięć takiego horroru i wstyd wynikający z totalnej bezsilności i bezbronności, wymaga wydatkowania niewiarygodnej ilości energii. Każdy
chciałby na zawsze zostawić traumę za sobą, ale odpowiedzialna za
przetrwanie część naszego mózgu nie jest zbyt skuteczna w blokowaniu
dostępu do przerażających wspomnień. Bywa, że nawet po wielu latach
wystarczy cień zagrożenia, by wszystko wróciło, a uszkodzone niegdyś
obwody w mózgu zaczęły ponownie wydzielać ogromne ilości hormonów
stresu. Stają się one źródłem negatywnych emocji, silnych reakcji
fizycznych oraz impulsywnych i agresywnych zachowań. Takie
postraumatyczne reakcje wydają się niezrozumiałe, a jednocześnie są nie
do opanowania. Ludzie, którzy przeżyli traumę, często czują, że zupełnie
nie mają nad nimi kontroli, i zaczynają się bać, że nigdy się od nich
nie uwolnią.
Pamiętam pierwsze doświadczenie, które pchnęło mnie na medycynę: to
letni obóz, na którym byłem jako czternastolatek. Mój kuzyn Michał przez
całą noc nie dał mi spać, wyjaśniając skomplikowane mechanizmy pracy
nerek. Opowiadał, jak wydalają z organizmu wszystkie ścieki, a potem
odzyskują związki chemiczne, niezbędne, żeby utrzymać organizm w równowadze. Jego opowieści o funkcjonowaniu ciała naprawdę mnie
zadziwiły. Długo potem, na każdym etapie mojej medycznej edukacji, czy
to na chirurgii, czy na pediatrii albo kardiologii, oczywistym było dla
mnie, że kluczem do wyleczenia pacjenta jest zrozumienie zasad działania
ludzkiego organizmu. Dopiero kiedy zacząłem staż na psychiatrii,
dostrzegłem, jak ogromna jest przepaść między nieprawdopodobną
złożonością umysłu, mnogością interakcji i powiązań między ludźmi a tym,
jak mało psychiatrzy wiedzą o przyczynach problemów, które leczą. Czy
kiedykolwiek będziemy wiedzieć o mózgach, umysłach i miłości tyle, ile
wiemy o innych układach tworzących nasz organizm?
Wciąż dzielą nas lata od osiągnięcia takiego poziomu zrozumienia, ale
dzięki trzem całkiem nowym dziedzinom nauki mamy do czynienia ze swoistą
eksplozją wiedzy na temat skutków traumy. Te nowe dyscypliny to
neuronauka, czyli badania tego, w jaki sposób w mózgu zachodzą procesy
myślowe; psychopatologia rozwojowa, czyli badania wpływu przykrych
doświadczeń na rozwój mózgu i umysłu; i wreszcie neurobiologia
interpersonalna - badająca, w jaki sposób nasze zachowania wpływają na
emocje, fizjologię i stan umysłu ludzi wokół nas.
Wyniki prac prowadzonych w ramach tych dyscyplin ujawniły, że wskutek
traumy dochodzi do rzeczywistych, fizjologicznych zmian, w tym do
rekalibracji układu ostrzegawczego mózgu, wzrostu aktywności hormonów
stresu i zmian w układzie odsiewającym informacje istotne od
nieistotnych. Wiemy, że trauma uszkadza obszar, który przekazuje
fizyczne, głęboko wdrukowane odczucie, że jesteśmy żywi. Zmiany
wyjaśniają, dlaczego osoby po przebytej traumie stają się nadmiernie
wyczulone na zagrożenia kosztem spontanicznego zaangażowania w codzienne
aktywności. Pomagają też zrozumieć, dlaczego straumatyzowane osoby tak
często powtarzają te same zachowania i tak trudno im uczyć się na
błędach. Wiemy dziś, że ich postępowanie to nie skutek moralnego upadku,
oznaka braku silnej woli czy efekt złego charakteru - to wynik
rzeczywistych, fizjologicznych zmian, jakie zaszły w przeszłości w ich
mózgu.
Ogromny przyrost wiedzy o podstawowych procesach leżących u źródeł
traumy otworzył też nowe możliwości łagodzenia, a nawet odwracania
skutków zaistniałych uszkodzeń. Potrafimy dziś tworzyć metody i wykorzystywać w praktyce naturalną plastyczność ludzkiego mózgu, żeby
pomagać osobom z doświadczeniem traumy zakotwiczyć się w teraźniejszości, pozwolić im odczuć, że żyją tu i teraz, i dać możliwość
pójścia naprzód. Prowadzą do tego trzy drogi: 1) odgórna, polegająca na
rozmowie, nawiązaniu lub odbudowie więzi z innymi oraz poznaniu i zrozumieniu, co dzieje się z nami, gdy "przerabiamy" w sobie wspomnienia
traumatycznych przeżyć; 2) medyczna, w której dzięki lekom blokujemy
nieprawidłowe reakcje alarmowe lub wykorzystujemy inne techniki
zmieniające sposób zorganizowania informacji w mózgu; i wreszcie 3)
oddolna: poprzez doświadczanie uczuć przeciwnych do niezwykle silnie, do
głębi odczuwanych niemocy, wściekłości czy bezradności, spowodowanych
traumą. Która z tych dróg jest najlepsza dla konkretnego człowieka, to
już kwestia do sprawdzenia. Większość osób, z którymi pracowałem,
wymagała ich łączenia.
To właśnie było treścią mej pracy. W moich wysiłkach pomagali mi koledzy
i studenci z Ośrodka Traumy, który założyłem trzydzieści lat temu.
Wspólnie leczyliśmy tysiące pacjentów, zarówno dzieci, jak i dorosłych:
ofiary molestowania, klęsk żywiołowych, wojen, wypadków drogowych i handlu ludźmi; osoby, które doświadczyły agresji ze strony obcych i ze
strony najbliższych. Od początku działalności szczegółowo omawialiśmy
wszystkich naszych pacjentów na cotygodniowych spotkaniach zespołu
terapeutycznego i dokładnie kontrolowaliśmy, jak skuteczne są dla
każdego z nich poszczególne formy terapii. Naszym podstawowym celem była
zawsze pomoc zgłaszającym się do nas dzieciom i dorosłym, ale od
początku zaangażowaliśmy się również w badania nad skutkami
traumatycznego stresu w różnych populacjach i nad określeniem, jakie
rodzaje terapii są najlepsze w konkretnych przypadkach. Otrzymywaliśmy
wsparcie finansowe z National Institute of Mental Health (Narodowego
Centrum Zdrowia Psychicznego), National Center for Complementary and
Alternative Medicine (Narodowego Centrum Medycyny Komplementarnej i Alternatywnej), Centers for Disease Control (Centrów Kontroli Chorób)
oraz z szeregu prywatnych fundacji. Dzięki temu mogliśmy badać
skuteczność rozmaitych postaci leczenia, od farmakoterapii, przez
rozmowy, jogę, EMDR, po teatr i neurofeedback.
Problem brzmi: Jak ludzie mogą odzyskać kontrolę nad pozostałościami
traumy i ponownie stać się panami swojego życia? Rozmowy, zrozumienie
procesu i związki międzyludzkie są wielką pomocą, a leki mogą stłumić
nadaktywne układy alarmowe. Widzimy jednak także, że przetrwałe z przeszłych doświadczeń szlaki neuronowe można przekształcać poprzez
fizyczne doświadczenia bezpośrednio zaprzeczające bezsilności,
wściekłości i załamaniu, które stanowią część reakcji na traumę, i w ten
sposób odzyskiwać kontrolę nad sobą i życiem. Ja sam nie mam jakiejś
ulubionej terapii, bo uważam, że nie ma takiej, która byłaby idealna dla
wszystkich. W swojej pracy wykorzystuję wszystkie, które omawiam w tej
książce. Każda z nich może wywołać głębokie zmiany. Zależy to od natury
konkretnego problemu i od samego pacjenta.
Napisałem tę książkę, żeby stała się przewodnikiem i zaproszeniem do
konfrontacji z traumatyczną rzeczywistością, żebyśmy zgłębiali wiedzę o tym, jak najlepiej z traumą sobie radzić, i żebyśmy - jako społeczeństwo
- angażowali się w to, by wykorzystywać wszelkie posiadane środki,
jakimi można jej zapobiegać.
Rozdział 1
Lekcja od weteranów z Wietnamu
Stałem się tym, kim jestem dziś, w wieku lat dwunastu, pewnego mroźnego
i pochmurnego, zimowego dnia 1975 roku. [...] To było dawno, ale to,
co mówią o przeszłości, to nieprawda. [...] Gdy dziś patrzę wstecz,
zdaję sobie sprawę, że spoglądałem w tę opuszczoną alejkę przez ostatnie
dwadzieścia sześć lat.
Khaled Hosseini, The Kite Runner
Życie niektórych osób wydaje się płynąć niczym strumień narracji; moje
ma wiele końców i początków. To właśnie robi z tobą trauma. Przerywa
wątek. [...] Zdarza się, a potem życie toczy się dalej. Nikt cię na to
nie przygotuje.
Jessica Stern, Denial: A Memoir of Terror
Wtorek po świątecznym weekendzie 4
lipca2 1978 roku był moim pierwszym dniem pracy w bostońskiej
klinice Administracji ds. Weteranów (Veterans Administration - VA),
gdzie byłem zatrudniony jako psychiatra. Właśnie wieszałem na ścianie
swego gabinetu reprodukcję ulubionego obrazu Breugla Ślepcy prowadzący
ślepców, gdy usłyszałem hałas w recepcji, na końcu korytarza. Chwilę
później w drzwiach stanął wielki, kudłaty chłop w poplamionym,
trzyczęściowym garniturze, z egzemplarzem magazynu "Soldier of Fortune"
pod pachą. Był tak wzburzony i tak skacowany, że zastanawiałem się, jak
mógłbym mu pomóc. Poprosiłem, żeby usiadł i sam powiedział, co mogę dla
niego zrobić.
Na imię miał Tom i dziesięć lat wcześniej służył w Wietnamie jako
marines. Ten weekend, zamiast z rodziną, spędził, ukrywając się w swoim
bostońskim biurze, pijąc na umór i oglądając stare zdjęcia. Z doświadczeń poprzednich lat wiedział, że hałas, sztuczne ognie, upał i piknik w ogrodzie siostry, w otoczeniu okrytych bujnym, wczesnoletnim
listowiem drzew - czyli wszystko, co przypominało mu o Wietnamie -
doprowadzi go do szału. A gdy się denerwował, nie chciał być z rodziną,
bo bał się, że znów zacznie zachowywać się jak zwierzę w stosunku do
żony i dwójki małych synów. Hałas, jaki robią dzieci, drażnił go do tego
stopnia, że musiał uciekać z domu, by ich nie skrzywdzić. Uspokajało go
wyłącznie zalanie się w trupa albo nierozsądnie szybka jazda harleyem.
Noc nie przynosiła ukojenia - ze snu budziły go koszmary o zasadzkach na
ryżowych polach Wietnamu, gdzie zginęli lub zostali ranni wszyscy z jego
plutonu. Nękały go też przerażające wspomnienia martwych wietnamskich
dzieci. Koszmary były tak żywe, że bał się zasypiać i często spędzał
większość nocy, pijąc. Rankiem żona zastawała go nieprzytomnego na
kanapie i razem z chłopcami musiała chodzić na paluszkach, szykując
dzieciakom śniadanie i przygotowując je do szkoły.
Opowiedziawszy mi to wszystko, Tom dodał, że skończył liceum w 1965 roku
jako prymus. Zgodnie z rodzinną tradycją niemal natychmiast zaciągnął
się do marines. Jego ojciec służył pod generałem Pattonem w II wojnie
światowej, a Tom nigdy nie buntował się przeciw ojcowskim oczekiwaniom.
Wysportowany, inteligentny, oczywisty przywódca. Po zakończeniu
podstawowego szkolenia czuł się silny i skuteczny, czuł, że jest
członkiem zespołu gotowego na wszystko. W Wietnamie szybko został
dowódcą plutonu i miał pod swoją komendą ośmiu żołnierzy. Przeżycie pod
ogniem karabinów maszynowych, w błocie i upale może dać ludziom
poczucie, że oni i ich towarzysze są dobrzy w tym, co robią. Po
zakończeniu służby Tom przeszedł w stan spoczynku i jedyne, o czym
marzył, to zostawić Wietnam za sobą. Na pozór to właśnie zrobił.
Skończył college, a potem studia prawnicze, ożenił się ze swoją szkolną
miłością i miał dwóch synów. Niepokoiło go jednak, jak trudno było mu
wykrzesać choćby iskierkę prawdziwego uczucia dla żony, mimo że to jej
listy pomogły mu przetrwać w dżungli i nie zwariować. Starał się
odgrywać sceny z normalnego życia, mając nadzieję, że przez to udawanie
zdoła ponownie odnaleźć dawnego siebie. Gdy do mnie trafił, miał
świetnie prosperującą kancelarię i podręcznikowo wspaniałą rodzinę. Mimo
to czuł, że nie jest normalny; w środku był martwy.
Choć Tom był pierwszym weteranem, jakiego spotkałem w swoim zawodowym
życiu, wiele elementów jego historii nie było mi obcych. Dorastałem w powojennej Holandii, bawiąc się w zbombardowanych budynkach, jako syn
człowieka, którego internowano za to, że był otwartym przeciwnikiem
nazistów. Mój ojciec nigdy nie mówił o swoich wojennych przeżyciach, ale
niekiedy wybuchał bez powodu niepohamowanym gniewem, co wprawiało mnie w osłupienie. Nie rozumiałem, jak człowiek, który codziennie rano, gdy
reszta rodziny jeszcze spała, cicho schodził po schodach, by modlić się
i studiować Biblię, mógł mieć takie napady wściekłości. Jak ktoś, kto
całe życie poświęcił zaprowadzaniu społecznej sprawiedliwości, mógł być
tak przepełniony gniewem? Takie same zadziwiające wybuchy miał mój
wujek, którego Japończycy wzięli do niewoli w holenderskich Indiach
Wschodnich (obecnej Indonezji) i wysłali do przymusowej pracy w Birmie,
gdzie budował słynny most na rzece Kwai. On też rzadko wspominał wojnę i często wybuchał niepohamowanym gniewem.
Gdy słuchałem Toma, zastanawiałem się, czy mój ojciec i mój wujek
również miewali koszmary i nawracające wspomnienia; czy także czuli
zupełny brak łączności z bliskimi i czy też nie potrafili znaleźć w życiu żadnej prawdziwej przyjemności. Gdzieś z tyłu głowy musiały także
kołatać się wspomnienia mojej przerażonej, a często i przerażającej
matki, która - bywało - napomykała czasem o traumatycznych wspomnieniach
z dzieciństwa, a niekiedy, jak teraz sądzę, ponownie odgrywała tamte
przeżycia. Miała denerwujący nawyk: gdy tylko pytałem ją, jak wyglądało
jej życie, kiedy była małą dziewczynką, zaraz mdlała, a potem oskarżała
mnie, że to przeze mnie się tak zdenerwowała.
Zachęcony tym, że najwyraźniej uważnie go słuchałem, Tom rozgościł się w gabinecie, żeby opowiedzieć mi, jak bardzo czuł się przerażony i zagubiony. Bał się, że staje się coraz bardziej jak jego ojciec, który
zawsze był zły i rzadko rozmawiał ze swoimi dziećmi, chyba tylko, żeby w niepochlebny sposób porównywać je z towarzyszami broni, którzy zginęli
podczas bitwy o Ardeny, w okolicach świąt Bożego Narodzenia 1944 roku.
Gdy sesja zbliżała się ku końcowi, zrobiłem to, co zwykle robią lekarze:
skupiłem się na tej części historii Toma, którą - jak mi się wydawało -
najlepiej rozumiałem - na jego koszmarach. W studenckich czasach
pracowałem w laboratorium snu, obserwując u badanych cykle snu i marzeń
sennych i miałem swój udział w kilku artykułach o koszmarach.
Uczestniczyłem też we wczesnych fazach badań nad korzystnymi efektami
środków psychoaktywnych, które pojawiały się na rynku w latach
siedemdziesiątych. Choć więc nie miałem dobrego pojęcia o całości
problemów Toma, koszmary były tym, do czego mogłem się odnieść, a jako
entuzjastyczny zwolennik lepszego życia dzięki farmakologii, przepisałem
mu lek, o którym wiedziałem, że skutecznie obniża częstość i nasilenie
koszmarów sennych. Kontrolną wizytę wyznaczyłem pacjentowi po dwóch
tygodniach.
Gdy pojawił się w wyznaczonym terminie, od razu spytałem, jak zadziałały
pigułki. Powiedział mi, że żadnej nie wziął. Starając się ukryć
irytację, spytałem - dlaczego? "Uświadomiłem sobie, że gdybym wziął te
tabletki i pozbył się koszmarów - odpowiedział mi - to byłoby tak,
jakbym opuścił przyjaciół, jakby ich śmierć poszła na darmo. Muszę być
żywym wspomnieniem wszystkich towarzyszy, którzy polegli w Wietnamie".
Totalnie mnie zatkało. Lojalność Toma wobec zmarłych uniemożliwiała mu
życie własnym życiem, tak samo jak wiele lat wcześniej było z oddaniem
jego ojca wobec towarzyszy broni. Wojenne doświadczenia zarówno ojca,
jak i syna sprawiły, że reszta ich życia przestała być ważna. Jak to się
stało i czy można z tym coś zrobić? Tamtego poranka uświadomiłem sobie,
że prawdopodobnie resztę swojego zawodowego życia spędzę, starając się
odkryć tajemnice traumy. W jaki sposób przerażające doświadczenia
sprawiają, że ludzie pozostają zamknięci w przeszłości bez żadnej
nadziei na uwolnienie? Co dzieje się w umysłach i mózgach, że pozostają
- niczym zamrożone w czasie - w punkcie, z którego tak desperacko
pragnęłyby uciec? Dlaczego dla mojego pacjenta wojna nie skończyła się w lutym 1969 roku, gdy po długim locie z Da Nang wpadł w ramiona
stęsknionych rodziców ściskających go na lotnisku w Bostonie?
Potrzeba Toma, żeby być żywym pomnikiem zmarłych towarzyszy, nauczyła
mnie, że jego zaburzenie to o wiele więcej niż tylko traumatyczne
wspomnienia, brak chemicznej równowagi w mózgu czy zmiana w obwodach
przekazujących uczucie strachu. Przed zasadzką na polu ryżowym Tom był
oddanym i lojalnym przyjacielem, który cieszył się życiem, miał wiele
zainteresowań i radości. Wystarczył jeden przerażający moment, żeby
trauma wszystko zmieniła.
W trakcie mojej praktyki w VA poznałem wielu mężczyzn, którzy reagowali
podobnie. Nawet w obliczu niegroźnych przeciwności nasi weterani wpadali
w niedającą się opanować wściekłość. Dostępne dla wszystkich części
kliniki były pełne śladów ich pięści odciśniętych w tynku, zaś ochrona
miała pełne ręce roboty, chroniąc pracowników recepcji i likwidatorów
szkód przed wściekłymi weteranami. Ich zachowania przerażały nas, rzecz
jasna, ale mnie także ciekawiły. W domu z żoną ciągle mieliśmy do
czynienia z podobnymi problemami u naszych kilkulatków, które regularnie
wpadały we wściekłość, gdy kazaliśmy im jeść szpinak albo zakładać
ciepłe skarpetki. Dlaczego zatem wykazywałem tak totalnie niezmącony
spokój wobec niedojrzałych zachowań moich dzieciaków, a tak bardzo
martwiło mnie to, co działo się z weteranami (abstrahując od skali -
byli żołnierze mogli narobić o wiele więcej szkód niż moje domowe
krasnale)? Zapewne było tak dlatego, że głęboko wierzyłem, iż przy
właściwym wychowaniu moje dzieci stopniowo nauczą się radzić sobie z uczuciem frustracji i rozczarowania, nie byłem zaś równie przekonany,
czy zdołam pomóc "moim" weteranom ponownie osiągnąć samokontrolę, którą
utracili przez wojnę.
Niestety, nic z mojego psychiatrycznego szkolenia nie przygotowało mnie
do radzenia sobie z takimi wyzwaniami jak praca z Tomem i innymi
weteranami. Poszedłem więc do biblioteki medycznej poszukać książek o nerwicach wojennych, nerwicy frontowej, wyczerpaniu bojowym, szukałem
wszelkich terminów medycznych lub diagnoz, które mogłyby rzucić nieco
światła na stan moich pacjentów. Ku memu zdumieniu w bibliotece VA nie
było ani jednej książki na temat któregokolwiek z tych zaburzeń. Pięć
lat po tym, jak ostatni amerykański żołnierz opuścił Wietnam, kwestia
traumy wojennej nikogo nie obchodziła. Wreszcie w bibliotece Countway na
Harvard Medical School odkryłem The Traumatic Neuroses of War
("Traumatyczne nerwice wojenne"), opublikowaną w 1941 roku przez
psychiatrę Abrama Kardinera. Były w niej obserwacje weteranów I wojny
światowej, zaś wydano ją w przeświadczeniu, że II wojna światowa
przyniesie prawdziwą powódź ofiar frontowej nerwicy3.
Kardiner opisał te same zjawiska, które i ja widziałem: po wojnie jego
pacjentów ogarniało poczucie beznadziei; stawali się wycofani i wyobcowani, nawet jeśli wcześniej szło im całkiem nieźle. To, co
Kardiner nazwał "nerwicą posttraumatyczną", my dziś nazywamy zespołem
stresu pourazowego - PTSD.
Kardiner zauważył, że u osób cierpiących na nerwicę posttraumatyczną
rozwijają się nadmierna przezorność i wyczulenie na zagrożenia.
Szczególnie utkwiło mi w pamięci jego podsumowanie: "Jądrem nerwicy jest
nerwica somatyczna"4. Innymi słowy, stres pourazowy nie jest
"tylko w głowie", jak sądzi wielu, ale ma podłoże fizjologiczne.
Kardiner rozumiał nawet to, że źródłem objawów jest reakcja całego
organizmu na pierwotny uraz. Jego opis potwierdzał moje obserwacje, co
mnie podbudowywało, ale nie dawało zbyt wielu wskazówek, jak pomóc
weteranom.
Brak literatury nie pomagał, ale mój wielki nauczyciel Elvin Semrad
wpoił nam sceptyczność wobec podręczników. Mawiał, że mamy tylko jeden
prawdziwy podręcznik - pacjentów. Powinniśmy ufać jedynie temu, czego
nauczyliśmy się od nich - i z naszej własnej praktyki. Wydaje się to
takie proste, ale gdy Semrad kazał nam polegać tylko na własnej wiedzy,
ostrzegał nas też, jak trudny jest to proces. Ludzie są bowiem
ekspertami od pobożnych życzeń i zafałszowywania prawdy. Pamiętam, jak
mówił: "Głównym źródłem naszych cierpień jest to, czym sami się
okłamujemy". Pracując w VA szybko odkryłem, jak bolesne, zarówno dla
pacjentów, jak i dla mnie samego, może być stawienie czoła
rzeczywistości.
Tak naprawdę nikt z nas nie chce wiedzieć, przez co przechodzą żołnierze
na polu walki. Nie chcemy wiedzieć, ile dzieci jest molestowanych i wykorzystywanych w naszych społecznościach ani ile par - a okazuje się,
że niemal jedna trzecia - w jakimś momencie swojego związku zaczyna
stosować przemoc. Chcemy myśleć o naszych rodzinach jak o bezpiecznej
przystani w bezdusznym świecie, a o naszym kraju jak o miejscu
zamieszkałym przez światłych, cywilizowanych ludzi. Wolimy wierzyć, że
okrucieństwo to coś, co zdarza się gdzieś daleko stąd, w takich
miejscach jak Darfur czy Kongo. Wystarczająco trudno jest być świadkiem
czyjegoś bólu. Czy zatem trudno uwierzyć, że osoby doświadczone traumą
nie potrafią poradzić sobie z pamięcią o niej i często uciekają w narkotyki, alkohol albo samookaleczanie, żeby zablokować tę niemożliwą
do zniesienia wiedzę.
Tom i jego towarzysze weterani byli moimi pierwszymi nauczycielami,
przewodnikami na drodze ku zrozumieniu, jak życie rozpada się pod
wpływem przytłaczających doświadczeń i ku znalezieniu sposobu, żeby
zaczęli na nowo cieszyć się pełnią życia.
Trauma i utrata siebie
Pierwsze badanie, jakie zrobiłem w VA, zacząłem od systematycznego
przepytywania weteranów o to, co ich spotkało w Wietnamie. Chciałem
wiedzieć, co doprowadziło ich do ostateczności i dlaczego jedni załamali
się pod wpływem tego doświadczenia, podczas gdy inni potrafili żyć
dalej5.Większość ankietowanych przeze mnie mężczyzn szła na wojnę
z przekonaniem, że są świetnie przygotowani. Zbliżali się do siebie pod
wpływem rygorów szkolenia i wspólnie przeżywanych niebezpieczeństw.
Wymieniali zdjęcia rodzin i dziewczyn; przymykali oczy na wady
współtowarzyszy. I byli przygotowani, by narażać życie dla przyjaciół.
Większość z nich zwierzała się kumplowi z najmroczniejszych sekretów, a niektórzy dzielili się nawet podkoszulkami i skarpetkami.
Wielu moich rozmówców miało takiego przyjaciela, jakim był Alex dla
Toma. Tom spotkał Alexa, Włocha z Malden w stanie Massachusetts,
pierwszego dnia na misji i od razu się polubili. Razem jeździli dżipem,
słuchali tej samej muzyki i czytali sobie nawzajem listy z domu. Razem
się upijali i uganiali się za tymi samymi Wietnamkami z okolicznych
barów. Po mniej więcej trzech miesiącach Tom poprowadził swój zespół na
pieszy patrol po polach ryżowych, tuż przed zachodem słońca. Nagle
znaleźli się pod ostrzałem. Zza zielonej ściany drzew otaczającej ich
dżungli odezwał się karabin maszynowy, kładąc towarzyszy Toma jednego po
drugim. Tom w niemym przerażeniu patrzył, jak wszyscy żołnierze jego
plutonu w ciągu paru sekund leżeli zabici lub ranni. Na zawsze już wrył
mu się w pamięć jeden obraz: tył głowy Alexa padającego twarzą w ryżowe
źdźbła, ze stopami w górze. Tom płakał, gdy wspominał: "To był jedyny
prawdziwy przyjaciel, jakiego kiedykolwiek miałem". Później, każdej
nocy, Tom słyszał krzyki swoich ludzi i widział ich ciała padające w wodę. Wszelkie dźwięki, zapachy czy obrazy przypominające mu o zasadzce
(na przykład odgłos petard odpalanych w święto 4 lipca) sprawiały, że
znowu czuł się tak przerażony, sparaliżowany i wściekły jak tamtego
dnia, gdy helikopter ewakuował go z miejsca zasadzki.
Dla Toma może nawet gorsza niż powracające przebłyski wspomnień z zasadzki była pamięć tego, co stało się potem. Łatwo mogłem sobie
wyobrazić, jak jego wściekłość z powodu śmierci przyjaciela stała się
przyczyną kolejnych klęsk. Zanim zebrał się na odwagę, by mi o tym
opowiedzieć, kilka miesięcy zajęła mu walka z paraliżującym wstydem.
Od niepamiętnych czasów wojownicy, jak Achilles z homerowskiej Iliady,
na śmierć towarzyszy odpowiadali wybuchami nieopisanego gniewu. W dzień
po zasadzce Tom w szale zemsty wpadł do pobliskiej wioski, zabijając
dzieci, strzelając do niewinnego rolnika i gwałcąc wietnamską kobietę.
Po tym prawdziwy powrót do domu stał się już dla niego praktycznie
niemożliwy.
Jak mógłbyś stanąć twarzą w twarz ze swoją ukochaną i powiedzieć jej, że
brutalnie zgwałciłeś kobietę taką jak ona, albo jak mógłbyś patrzeć na
pierwsze kroki swojego syna i jednocześnie przypominać sobie dziecko,
które zamordowałeś? Tom przeżył śmierć Alexa tak, jakby umarła jakaś
część jego samego - ta część, która była dobra, szlachetna i godna
zaufania. Trauma, niezależnie od tego, czy jest wynikiem czegoś, co
zrobiono tobie, czy też czegoś, co zrobiłeś sam czy zrobiłaś sama,
niemal zawsze utrudnia wchodzenie w intymne relacje. Po doświadczeniu
niewyobrażalnego, jak możesz nauczyć się ponownie wierzyć sobie lub
zaufać drugiej osobie? A z drugiej strony - jak możesz zaangażować się w intymny związek, jeśli wcześniej zostałeś brutalnie zgwałcony czy
brutalnie zgwałcona?
Tom sumiennie pojawiał się na kolejnych wizytach, jakbym stał się dla
niego ostatnią deską ratunku - ojcem, którego nigdy nie znał, Alexem,
który przeżył zasadzkę. Pozwolenie sobie na to, żeby pamiętać, wymaga
niezwykłego zaufania i odwagi.
Dla ludzi po traumie jedną z najtrudniejszych rzeczy jest zmierzenie się
ze wstydem dotyczącym swojego zachowania w trakcie traumatycznego
przeżycia, niezależnie od tego, czy jest to obiektywnie uzasadnione (jak
przy popełnianiu okrutnych czynów), czy też nie (jak w przypadku
dziecka, które stara się udobruchać swojego oprawcę). Jedną z pierwszych
osób, które opisały ten fenomen, była Sarah Haley. Jej gabinet był w klinice VA tuż obok mojego. W pracy zatytułowanej "Gdy pacjent opisuje
okrucieństwa"6, która stała się głównym impulsem do
ostatecznego stworzenia rozpoznania PTSD, Sarah omawiała trudności
niemal nie do przejścia, towarzyszące mówieniu (i słuchaniu) o straszliwych zbrodniach popełnianych często przez żołnierzy w trakcie
ich wojennych doświadczeń. Wystarczająco trudne jest stawienie czoła
cierpieniu zadanemu przez innych, ale wielu straumatyzowanych ludzi w głębi duszy bardziej cierpi z powodu wstydu, jaki odczuwają w związku z tym, co zrobili (lub czego nie zrobili) w tamtych okolicznościach.
Gardzą sobą, tym, jak czuli się przerażeni, pozbawieni kontroli,
podnieceni lub wściekli.
Wiele lat później z podobnym zjawiskiem spotkałem się u dziecięcych
ofiar molestowania: większość z nich odczuwa śmiertelny wstyd na
wspomnienie tego, co zrobiły, żeby przeżyć i utrzymać więź z osobą,
która je molestowała. Dotyczyło to zwłaszcza sytuacji, kiedy
molestującym była osoba bliska dziecku, ktoś, od kogo było ono zależne.
W rezultacie pojawiała się niejasność, czy było się ofiarą, czy też
chętnie przystawało się na taki układ, a to z kolei wywoływało
pomieszanie, niemożność rozróżnienia między miłością a strachem, między
bólem a przyjemnością.
Ten dylemat będziemy jeszcze rozważać w dalszych częściach książki.
Odrętwienie
Może najgorszym z objawów prześladujących Toma była swego rodzaju
emocjonalna drętwota. Z całych sił chciał kochać swoją rodzinę, ale po
prostu nie mógł w sobie wzbudzić żadnych głębszych uczuć do nich. Czuł
emocjonalny dystans do wszystkich, jakby serce mu zamarzło, albo jakby
żył za szklaną ścianą oddzielającą go od świata. Ta drętwota obejmowała
również jego samego. Poza krótkimi momentami wszechogarniającej
wściekłości, a potem wstydu w zasadzie nie czuł nic. Mówił, że z trudem
rozpoznawał się w lustrze przy goleniu. Gdy słyszał siebie w sądzie, jak
przemawia w sprawie, czuł się, jakby obserwował cały proces z boku; był
zdziwiony, jak ten facet - który przypadkiem wygląda jak on i gada jak
on - umie znaleźć tak przekonujące argumenty. Gdy wygrywał - udawał, że
się cieszy. Gdy przegrywał - wydawało się, że to przewidział i pogodził
się z porażką, zanim jeszcze do niej doszło. Mimo że był bardzo
skutecznym prawnikiem, zawsze czuł się jakby zawieszony w przestrzeni,
bez poczucia sensu ani kierunku.
Jedyną rzeczą, jaka od czasu do czasu uwalniała go od poczucia
bezcelowości, było intensywne zaangażowanie w jakąś sprawę. W trakcie
naszych spotkań Tom bronił na przykład gangstera oskarżonego o morderstwo. Podczas procesu był całkowicie pochłonięty opracowywaniem
strategii niezbędnej do wygrania sprawy i wielokrotnie pracował po
nocach, by poświęcić się czemuś, co rzeczywiście go podniecało. "To jak
być w ogniu bitwy", opowiadał. Czuł, że żyje, i nic innego się nie
liczyło. Z chwilą wygranej stracił jednak całą energię i poczucie sensu.
Koszmary wróciły, podobnie jak napady gniewu. I to z taką siłą, że
musiał przeprowadzić się do motelu, gdyż bał się wyrządzić krzywdę żonie
lub dzieciom. Tyle że samotność też go przerażała, bo w niej tym
głośniej odzywały się demony wojny. Tom starał się więc zająć
czymkolwiek - pracą, piciem, narkotykami - co pozwoliłoby mu uniknąć
konfrontacji z duchami przeszłości. Ciągle siedział w Soldier of
Fortune, wyobrażając sobie, że zaciąga się jako najemnik w jednym z licznych konfliktów zbrojnych, jakie toczyły się wtedy w Afryce. Tamtej
wiosny wyciągnął swojego harleya i ruszył na malowniczą Kancamagus
Highway w New Hampshire. Wibracje, pęd powietrza i niebezpieczeństwo
związane z tą podróżą pomogły mu pozbierać się na tyle, że mógł wrócić z motelowego pokoju do rodziny.
Reorganizacja postrzegania
W VA prowadziłem też inne badanie. Zaczęło się od prac nad koszmarami
sennymi, a skończyło na odkrywaniu, w jaki sposób trauma zmienia ludzkie
postrzeganie i wyobraźnię. W moim badaniu koszmarów pierwszy wziął
udział Bill, były sanitariusz, który dziesięć lat wcześniej przeżył w Wietnamie niejedną ciężką akcję. Po przejściu do cywila zapisał się na
teologię i został przydzielony do swojej pierwszej parafii
kongregacjonistów, na przedmieściach Bostonu. Miał się dobrze, dopóki z żoną nie dochowali się pierwszego dziecka. Niedługo po narodzinach
potomka żona Billa, pielęgniarka, wróciła do pracy, a on opiekował się
dzieckiem, pracując nad kazaniami i zajmując się bieżącymi sprawami
parafii. Pierwszego dnia, gdy został sam z niemowlęciem, a ono zaczęło
płakać, nagle zalała go fala obrazów umierających wietnamskich dzieci.
Nie mógł tego znieść. Musiał zadzwonić po żonę, a sam w panice przybiegł
do szpitala. Mówił, że wciąż słyszy dziecięcy płacz i widzi obrazy
zakrwawionych, poparzonych twarzyczek. Moi koledzy po fachu uważali, że
wpadł w psychozę, bo zgodnie z wiedzą podawaną w ówczesnych
podręcznikach halucynacje wzrokowe i słuchowe były objawami schizofrenii
paranoidalnej. Te same książki, poza podaniem diagnozy, ustalały także
przyczyny zaburzeń: psychozę Billa najprawdopodobniej wywołało poczucie,
że stał się mniej ważny, odsunięty, a żona przelała uczucia na nowo
narodzone dziecko.
Gdy przyszedłem tego dnia na izbę przyjęć, zobaczyłem Billa otoczonego
wianuszkiem zafrasowanych doktorów, którzy przymierzali się do
zaaplikowania mu mocnych leków przeciwpsychotycznych i odesłania go na
oddział zamknięty. Opisali mi objawy i poprosili o opinię. Byłem
zaintrygowany, ponieważ wcześniej pracowałem na oddziale specjalizującym
się w leczeniu schizofreników. Tutaj w diagnozie coś się nie zgadzało.
Zapytałem, czy mogę z nim porozmawiać, i po usłyszeniu jego opowieści
niechcący sparafrazowałem Zygmunta Freuda, który w 1895 roku tak mówił o traumie: "Myślę, że ten człowiek cierpi na pamięć". Powiedziałem
Billowi, że spróbuję mu pomóc, i po zaproponowaniu kilku leków, których
zadaniem było opanować atak paniki, spytałem, czy zgodziłby się wrócić
za kilka dni i wziąć udział w moim badaniu koszmarów7.
Zgodził się.
W ramach badania poddawaliśmy uczestników testowi
Rorschacha8. W przeciwieństwie do testów wymagających
odpowiedzi na jasno postawione pytania, tu odpowiedzi niemal nie dało
się zafałszować. Rorschach w unikatowy sposób pozwala nam obserwować,
jak z atramentowej plamy, czyli czegoś, co jest w zasadzie bodźcem bez
konkretnego znaczenia, ludzie konstruują w myślach konkretny obraz.
Ponieważ ludzie to istoty nadające znaczenia, mamy skłonność do
tworzenia z tych plam obrazów, a nawet historii, tak jak robimy to,
leżąc na łące w piękny, letni dzień i dostrzegając obrazy w przepływających nad naszymi głowami chmurach. To, co człowiek widzi w plamach testu Rorschacha, może nam wiele powiedzieć o tym, jak pracuje
jego umysł. Bill na widok drugiej karty testu wykrzyknął z przerażeniem:
"To jest dziecko, które widziałem w Wietnamie, jak rozrywa je bomba. W centrum, widzisz, spalone ciało, rany, a wokół tryska krew". Ciężko
dyszał, czoło spływało mu potem i wyglądał, jakby dopadł go atak paniki
podobny do tego, który przywiódł go do kliniki VA. Co do mnie, to choć
słyszałem o weteranach opisujących nawracające fale wspomnień, po raz
pierwszy miałem okazję coś takiego obserwować. Wtedy, w moim gabinecie,
Bill najwyraźniej widział te same obrazy, czuł te same zapachy i odczuwał te same fizyczne doznania, jakie towarzyszyły mu w trakcie
tamtego zdarzenia. Dziesięć lat po tym, jak bezsilnie trzymał w ramionach umierające dziecko, weteran powtórnie przeżywał tamtą traumę,
a wyzwalającym bodźcem była plama atramentu. Bycie naocznym świadkiem
tego flashbacku we własnym gabinecie pomogło mi uświadomić sobie, jakich
cierpień regularnie doświadczali byli żołnierze, którym starałem się
pomóc, i zrozumieć, jak ważne jest znalezienie skutecznej recepty. Samo
traumatyczne wydarzenie, niezależnie od tego, jakkolwiek by było
przerażające, miało swój początek, środek i koniec. Teraz jednak
widziałem, że można je przeżywać wielokrotnie i to jest jeszcze gorsze.
Nigdy nie wiesz, kiedy znów dopadną cię wspomnienia ani kiedy przestaną
cię torturować. Lata zajęło mi opracowanie skutecznej metody leczenia
flashbacków, a Bill był w tym procesie jednym z moich najważniejszych
nauczycieli.
Gdy zbadaliśmy testem Rorschacha jeszcze dwudziestu jeden innych
weteranów, odpowiedzi były spójne: szesnastu, widząc drugą kartę,
zareagowało, jakby doświadczali wojennej traumy. Druga karta testu jest
pierwszą, w której pojawia się kolor - czerwień - i często wywołuje w odpowiedzi tzw. efekt kolorystyczny. Byli żołnierze opisywali tę kartę:
"To wnętrzności mojego przyjaciela Jima po tym, jak rozpłatał go pocisk
moździerzowy" albo: "To szyja mojego kumpla Danny'ego po tym, jak
odstrzeliło mu głowę, gdy jedliśmy lunch". Żaden nie wspomniał o tańczących małpach, trzepocących skrzydłami motylach, facetach na
motorach czy innych standardowych, czasem dziwacznych odpowiedziach,
jakich udziela większość ludzi poddanych temu testowi.
I choć większość weteranów była wstrząśnięta tym, co zobaczyli, jeszcze
bardziej niepokojąca była reakcja pozostałej piątki: po prostu się
"zawiesili". Jeden powiedział: "To nic. To tylko plama z atramentu".
Oczywiście miał rację, ale normalny człowiek w odpowiedzi na
wieloznaczny bodziec używa wyobraźni, żeby coś jednak z niego wyczytać.
Z testów Rorschacha dowiedzieliśmy się, że straumatyzowani ludzie mają
skłonność do nakładania swoich przeżyć na wszystko wokół i kłopot z właściwym odczytywaniem tego, co się dzieje w ich otoczeniu. Nie ma tu
miejsca na życiowe "odcienie szarości". Nauczyliśmy się też, że uraz
zmienia wyobraźnię. Tych pięciu mężczyzn, którzy w plamach "widzieli
nic", utraciło zdolność umysłu do swobodnego bujania w skojarzeniach. To
samo dotyczyło zresztą pozostałej szesnastki - to, że dostrzegali w kleksach tylko sceny z przeszłości, świadczyło bowiem, że utracili
umysłową elastyczność, jaka jest flagowym okrętem wyobraźni. Zamiast
tego ich mózgi wciąż odtwarzały to samo stare nagranie.
Dla jakości naszego życia wyobraźnia ma absolutnie kluczowe znaczenie.
To ona pozwala nam porzucać codzienną, rutynową egzystencję na rzecz
fantazji o podróżach, dobrym jedzeniu, seksie, zakochaniu czy o tym, że
mamy ostatnie słowo w dyskusji - o wszystkim, co sprawia, że życie jest
ciekawe. Dzięki wyobraźni możemy rozważać nowe możliwości, a to
niezbędny punkt startowy do urzeczywistniania pragnień. Wyobraźnia
napędza kreatywność, uwalnia od nudy, łagodzi ból, zwiększa przyjemność
i wzbogaca nasze najbardziej intymne relacje. Gdy ludzie ciągle, wręcz
obsesyjnie powracają do przeszłości, do ostatniego momentu, kiedy
przeżywali silne zaangażowanie i głębokie uczucia, dochodzi do zaniku
wyobraźni i umysłowej elastyczności. Bez wyobraźni nie ma zaś nadziei,
nie ma szans na marzenia o lepszej przyszłości, nie ma miejsca, do
którego chcielibyśmy pojechać, celu, do którego warto dążyć. Testy
Rorschacha nauczyły nas też, że osoby straumatyzowane patrzą na świat
zupełnie inaczej niż zwykli ludzie. Dla większości z nas człowiek idący
ku nam ulicą to po prostu ktoś, kto wyszedł na spacer. Dla ofiary gwałtu
może się jednak wydawać potencjalnym prześladowcą i wywołać atak paniki.
Surowy nauczyciel może onieśmielać przeciętnego dzieciaka, ale dla
takiego, którego ojczym regularnie bije, może być personifikacją oprawcy
i wywoływać napady wściekłości albo przeciwnie - przerażenia.
W kleszczach traumy
Naszą klinikę dosłownie zalewała fala weteranów szukających pomocy
psychiatrycznej, jednak z powodu chronicznego niedostatku
wykwalifikowanych lekarzy mogliśmy tylko zapisywać ich na długą listę
oczekujących, nawet gdy oznaczało to, że nadal będą krzywdzić siebie i swoje rodziny. Zaczęliśmy dostrzegać rosnące statystyki aresztowań
byłych żołnierzy za przestępstwa z użyciem przemocy i pijackie burdy, a równolegle alarmujący wzrost liczby samobójstw.
Dostałem zgodę na stworzenie grupy terapeutycznej dla młodych weteranów
wojny wietnamskiej. Miała być dla nich czymś w rodzaju poczekalni, do
czasu, aż mogliby rozpocząć "prawdziwą" terapię. Na pierwszej sesji dla
grupy byłych marines pierwszy z zapytanych powiedział kategorycznie:
"Nie chcę rozmawiać o wojnie". Odpowiedziałem, że członkowie grupy mogą
rozmawiać, o czym tylko chcą. Po półgodzinie nieznośnej ciszy, jeden z uczestników zaczął wreszcie mówić o wypadku swojego śmigłowca.
Ku memu zdumieniu reszta natychmiast się uaktywniła, niezwykle
emocjonalnie opowiadając o traumatycznych przeżyciach. Wszyscy wrócili w kolejnym tygodniu. I w następnym. W grupie znaleźli oddźwięk i znaczenie
tego, co wcześniej było jedynie przerażeniem i pustką. Odnowiło się w nich poczucie wspólnoty, tak ważne dla wojennych doświadczeń. Nalegali,
że muszę zostać częścią ich nowo stworzonej jednostki, i na urodziny
podarowali mi mundur kapitana marines. Patrząc z perspektywy, ten gest
ujawniał część problemu: byłeś albo z nimi, albo przeciw nim - albo
należałeś do zespołu, albo byłeś nikim. Po traumie świat ostro dzielił
się na tych, którzy wiedzieli, i tych, którzy nie mieli pojęcia.
Ludziom, którzy nie przeżyli takich jak twoje traumatycznych
doświadczeń, nie można było ufać, bo nie mogli cię zrozumieć. Niestety,
często za linią podziału pozostawali małżonkowie, dzieci i współpracownicy.
Później prowadziłem inną grupę weteranów - tym razem żołnierzy armii
Pattona - mocno już po siedemdziesiątce, z których każdy mógłby być moim
ojcem. Spotykaliśmy się w poniedziałki, o ósmej rano. W Bostonie
publiczny transport bywa paraliżowany przez zawieje śnieżne, ale ku
mojemu zadziwieniu wszyscy stawiali się punktualnie, choć niektórzy
musieli przedzierać się przez śnieg wiele mil, żeby dotrzeć do kliniki
VA. Na Gwiazdkę podarowali mi wojskowy zegarek z lat czterdziestych.
Podobnie jak w przypadku mojej grupy marines, tu także nie mogłem być
"ich" lekarzem, jeśli nie zostałem jednym z nich.
Doświadczenia te były niezwykle poruszające, ale ograniczenia terapii
grupowej ujawniły się bardzo wyraźnie, gdy prosiłem uczestników, żeby
opowiedzieli o problemach, z jakimi stykają się w codziennym życiu: o relacjach z żonami, dziećmi, przyjaciółkami i rodziną; o kontaktach z szefami i o znajdowaniu satysfakcji z pracy; o piciu na umór. Typową
reakcją było wycofanie i opór, po czym zaczynali po raz kolejny
wspominać, jak przebili bagnetem pierś niemieckiego żołnierza w lesie
Hurtgen9 albo jak ich helikopter został zestrzelony nad
wietnamską dżunglą.
Niezależnie od tego, czy trauma wydarzyła się dziesięć lat temu, czy
ponad czterdzieści, moi pacjenci nie mogli przerzucić mostu nad
przepaścią między ich wojennymi doświadczeniami a obecnym życiem. Można
powiedzieć, że to samo zdarzenie, które było dla nich źródłem tak
przemożnego bólu, stało się również jedynym sensem istnienia. Czuli, że
naprawdę żyją tylko wtedy, gdy ponownie przeżywali swoją traumatyczną
przeszłość.
Diagnozowanie stresu pourazowego
W tamtych czasach w VA weterani dostawali od nas rozmaite etykietki:
alkoholizm, nadużywanie zabronionych substancji, depresja, zaburzenia
nastroju, nawet schizofrenia. Wypróbowywaliśmy też na nich wszystkie
podręcznikowe terapie, ale przy całym naszym zaangażowaniu stało się
jasne, że osiągaliśmy niewiele. Silne leki, jakie przepisywaliśmy tym
mężczyznom, pozostawiały ich w stanie takiego otumanienia, że ledwie
mogli funkcjonować. Gdy zachęcaliśmy ich, żeby szczegółowo opisali swoje
traumatyczne przeżycia, zamiast pomóc, niechcący wywoływaliśmy u nich
ponowne przeżywanie tamtych chwil, ze wszystkimi towarzyszącymi temu
odczuciami. Wielu rezygnowało z leczenia, bo nie tylko nie pomagaliśmy,
ale jeszcze pogarszaliśmy sprawę.
Punktem zwrotnym okazał się skuteczny lobbying grupy weteranów z Wietnamu wspieranych przez nowojorskich psychoanalityków - Chaima
Shatana i Roberta J. Liftona - w Amerykańskim Towarzystwie
Psychiatrycznym. W roku 1980 ich wysiłki doprowadziły do wprowadzenia
nowej jednostki diagnostycznej: zespołu stresu pourazowego (PTSD), która
opisywała zespół objawów wspólnych - w mniejszym lub większym stopniu -
dla wszystkich byłych żołnierzy, których leczyliśmy.
Systematyczna identyfikacja objawów i ich połączenie w jedno schorzenie
pozwoliły w końcu nazwać cierpienie ludzi przytłoczonych przerażeniem i bezsilnością. Koncepcyjne ramy PTSD legły u podstaw totalnej zmiany w naszym rozumieniu pacjentów. To z kolei doprowadziło do istnej eksplozji
badań i prób znalezienia skutecznych terapii.
Zainspirowany możliwościami, jakie dawało to nowe rozpoznanie,
zaproponowałem mojemu Szpitalowi Weteranów badanie nad biologią
traumatycznych wspomnień. Czy pamięć tych, którzy cierpią na PTSD różni
się od pamięci innych ludzi? Na ogół przykre wspomnienia w końcu się
zacierają albo zmieniają w bardziej łagodną wersję. Jednak większość
naszych pacjentów nie potrafiła sprawić, by ich przeszłość odeszła w przeszłość10.
W pierwszych słowach listu odrzucającego moją prośbę o finansowanie
napisano: "Nigdy nie wykazano, że PTSD ma znaczenie dla misji
Administracji Weteranów (VA)". Od tamtego czasu, rzecz jasna, wiele się
zmieniło, a misja VA zdaje się ogniskować wokół diagnozowania PTSD i urazów mózgu, zaś znaczące środki przeznaczane są na "zastosowanie
terapii opartych na dowodach naukowych" w leczeniu weteranów wojennych.
Wtedy jednak sprawy miały się inaczej i nie chcąc dalej pracować w organizacji, której poglądy na rzeczywistość były tak odległe od moich,
złożyłem rezygnację; w 1982 roku przyjąłem posadę w Massachusetts Mental
Health Center, szpitalu uniwersyteckim Uniwersytetu Harvarda, gdzie
szkoliłem się w psychiatrii. Moim nowym zadaniem było nauczanie zupełnie
świeżej dziedziny - psychofarmakologii, czyli podawania leków celem
złagodzenia problemów psychicznych.
W mojej nowej pracy niemal codziennie spotykałem się z problemami, które
- jak sądziłem - zostawiłem za sobą wraz z posadą w VA. Moje
doświadczenia z weteranami tak wyczuliły mnie na wpływ traumy, że teraz
zupełnie inaczej słuchałem pacjentów z depresją lub niepokojem, którzy
opowiadali mi historie o molestowaniu i przemocy rodzinnej. Szczególnie
uderzyło mnie, jak wiele kobiet mówiło, że w dzieciństwie były
wykorzystywane seksualnie. Było to zadziwiające, gdyż w standardowym
podręczniku psychiatrii pisano, że kazirodztwo jest w Stanach niezwykłą
rzadkością i zdarza się jakiś raz na milion kobiet11. Biorąc pod
uwagę, że w kraju żyło wtedy tylko około stu milionów pań, zacząłem się
zastanawiać, jakim cudem czterdzieści siedem, czyli niemal połowa,
znalazło drogę do mojego gabinetu w podziemiach szpitala. Dalej w podręczniku stało: "Nie ma uzgodnionego poglądu na rolę kazirodczego
związku ojciec-córka jako źródła późniejszych poważnych zmian
psychopatologicznych".
Moich pacjentek doświadczonych przeżyciem kazirodczego związku raczej
nie dało się określić mianem wolnych od "późniejszych poważnych zmian
psychopatologicznych" - były w głębokiej depresji, zagubione i często
przejawiały dziwaczne zachowania autodestrukcyjne, jak na przykład
cięcie się żyletkami. W podręczniku psychiatrii kazirodztwo niemalże
sankcjonowano, wyjaśniając, że "takie zachowania zmniejszają podatność
obiektu na rozwój psychoz i pozwalają na lepsze przystosowanie do świata
zewnętrznego"12. W rzeczywistości okazało się, że
kazirodztwo ma na samopoczucie kobiet wybitnie destrukcyjny wpływ.
Pod wieloma względami pacjentki te nie różniły się zbytnio od weteranów
wojennych, których tak niedawno zostawiłem za sobą, odchodząc z VA. Też
miały koszmary i przerażające retrospekcje. Też przechodziły od wybuchów
gniewu do długich okresów emocjonalnego wycofania, wręcz zablokowania.
Większość miała trudności w kontaktach z ludźmi i utrzymaniu znaczących,
głębszych relacji. Teraz wiemy, że wojna nie jest jedyną katastrofą,
która niszczy ludzkie życia. Podczas gdy mniej więcej co czwarty
żołnierz, który znalazł się na linii frontu, może mieć poważne problemy
związane ze stresem pourazowym13, większość Amerykanów na
jakimś etapie swojego życia doświadcza przestępstwa z użyciem przemocy,
zaś dokładniejsze statystyki ujawniają, że ofiarą gwałtu padło w USA
dwanaście milionów kobiet. Ponad połowa z tych gwałtów dotyczy
dziewcząt, które nie skończyły jeszcze piętnastu lat14. Dla wielu
wojna zaczyna się w domu: co roku zgłaszanych jest około trzech milionów
przypadków molestowania lub zaniedbywania dzieci. Milion to sprawy
poważne i wystarczająco wiarygodne, żeby zmusić lokalne władze lub sądy
do podjęcia działań15.
Innymi słowy, na każdego żołnierza służącego w strefie wojny, za
granicami kraju, przypada dziesięcioro dzieci zagrożonych przemocą we
własnych domach. To szczególnie tragiczne, bo dorastającym dzieciom
bardzo trudno jest otrząsnąć się z bólu i przerażenia, gdy ich źródłem
nie jest wróg, lecz opiekun.
Nowe zrozumienie
W trakcie tych trzydziestu lat, od kiedy poznałem Toma, bardzo wiele
dowiedzieliśmy się nie tylko o wpływie i przejawach traumy, ale i o metodach pomocy osobom, które przeżyły traumę, w powrocie do
normalności. Od lat dziewięćdziesiątych XX wieku dzięki metodom
neuroobrazowania zaczęliśmy widzieć, co naprawdę dzieje się mózgach
straumatyzowanych osób. Okazało się to niezbędne do poznania rozmiarów
zniszczeń dokonanych przez traumę i do opracowania zupełnie nowych dróg
ich naprawy.
Zaczęliśmy też rozumieć, w jaki sposób tak wszechogarniające
doświadczenia zmieniają nasze najgłębsze odczucia i nasze relacje z rzeczywistością - absolutne podstawy tego, kim jesteśmy.
Dowiedzieliśmy się, że trauma nie jest tylko zdarzeniem, które miało
miejsce kiedyś w przeszłości; to także ślad, jaki to wydarzenie
odcisnęło w umyśle, mózgu i ciele. Ten ślad ma konsekwencje: zmienia
sposób, w jaki ludzki organizm radzi sobie w teraźniejszości.
Trauma prowadzi do kompletnej reorganizacji systemu przetwarzania
bodźców przez umysł i mózg. Zmienia nie tylko nasz sposób myślenia i to,
o czym myślimy, ale także całą naszą zdolność myślenia. Odkryliśmy, że
pomaganie ofiarom traumy w znalezieniu słów opisujących to, co im się
przydarzyło, ma ogromne znaczenie, ale zwykle nie wystarcza. Sam akt
opowiadania swojej historii nie musi zmienić automatycznych reakcji
fizjologicznych i hormonalnych, jakie zachodzą w ciele, które przez cały
czas pozostaje hiperczujne, w każdej chwili gotowe na atak lub gwałt. By
coś naprawdę zmienić, ciało musi nauczyć się, że niebezpieczeństwo
minęło, a ono może zacząć żyć w teraźniejszości. Nasze próby zrozumienia
traumy sprawiły, że zaczęliśmy myśleć inaczej nie tylko o strukturze
umysłu, ale i o procesach, które go uzdrawiają.
Rozdział 2
Rewolucja w rozumieniu mózgu i umysłu
Im większe wątpliwości, tym większe oświecenie, im mniej wątpliwości,
tym mniejsze oświecenie. Nie ma wątpliwości, nie ma oświecenia.
C.-C. Chang, Praktyka Zen
Przeżywasz ten maleńki skrawek czasu, który jest twoim, ale ten skrawek
to nie tylko twoje życie. To suma wszystkich żyć, które toczą się
równolegle z twoim. [...] To, czym jesteś, to przejaw Historii.
Robert Penn Warren, World Enough and Time
Pod koniec lat sześćdziesiątych, na
urlopie dziekańskim między pierwszym a drugim rokiem moich studiów
medycznych, stałem się przypadkowym świadkiem przełomu w podejściu
lekarzy do chorób psychicznych. Załapałem się na dobrze płatną fuchę
jako pomoc na oddziale badawczym w Massachusetts Mental Health Center
(MMHC), gdzie byłem odpowiedzialny za organizowanie pacjentom rozrywek.
MMHC od dawna uznawano za jeden z najlepszych szpitali psychiatrycznych
w kraju, prawdziwy klejnot w koronie edukacyjnego imperium harwardzkiej
szkoły medycznej. Na "moim" oddziale prowadzono badania, których celem
było określenie, czy w leczeniu młodych ludzi z pierwszym w życiu
załamaniem nerwowym zdiagnozowanym jako schizofrenia lepsze efekty
dawała psycho- czy też farmakoterapia.
Wtedy w MMHC na pierwszym miejscu w leczeniu chorób psychicznych była
"terapia rozmową" - pokłosie freudowskiej psychoanalizy. Jednakże na
początku lat pięćdziesiątych grupa francuskich naukowców odkryła
chloropromazynę - nowy lek (sprzedawany pod nazwą Thorazine), który
"uspokajał" pacjentów, zmniejszał pobudzenie i omamy. Pojawiły się
nadzieje na stworzenie preparatów, które skutecznie leczyłyby poważne
problemy psychiczne, jak depresja, ataki paniki, niepokoju czy manii, a także łagodziły najtrudniejsze objawy schizofrenii.
Na moim stanowisku nie miałem nic wspólnego z pracą naukową oddziału i nigdy mi nie powiedziano, jakie leczenie dostają poszczególni chorzy.
Wszyscy byli mniej więcej w moim wieku - studenci z Harvardu, MIT i Boston University. Niektórzy próbowali się zabić, inni cięli się - nożem
albo żyletką, wielu zaatakowało współlokatora lub w inny sposób
przeraziło rodziców czy przyjaciół swoim nieprzewidywalnym,
irracjonalnym zachowaniem. Moim zadaniem było angażować ich w "normalne", studenckie życie, na przykład organizować wypady do lokalnej
pizzerii, na biwak w lasach państwowych, na mecze Red Sox czy
przejażdżki łódką po Charles River.
Jako zupełny żółtodziób, w skupieniu przesiadywałem na oddziałowych
zebraniach, starając się zrozumieć skomplikowaną logikę wyrażania się
pacjentów. Musiałem się też nauczyć, jak radzić sobie z ich
niezrozumiałymi wybuchami i pełnym przerażenia wycofaniem. Pewnego ranka
znalazłem pacjentkę stojącą w swojej sali niczym posąg, z jedną ręką
wyciągniętą przed siebie w obronnym geście i twarzą zastygłą w grymasie
przerażenia. Stała tam, bez ruchu, przynajmniej przez dwanaście godzin.
Lekarze podali mi nazwę jej przypadłości: katatonia, ale nawet w podręcznikach, które przewertowałem, nie było mowy o tym, jak można jej
pomóc. Po prostu pozwoliliśmy na naturalny przebieg choroby.
Trauma u zarania
Spędziłem na oddziale wiele nocy i weekendów. To dało mi możliwość
obserwacji, jakiej nie mieli "regularni" lekarze podczas swoich krótkich
wizyt. Nocami pacjenci, gdy nie mogli spać, przychodzili ciasno owinięci
szlafrokiem do pielęgniarskiej dyżurki, gdzie przy przytłumionym świetle
opowiadali swoje historie. Spokój nocy wydawał się pomagać im w otwarciu
się i opowiadali mi historie o biciu, poniżaniu i molestowaniu, często
przez własnych rodziców, czasami przez krewnych, kolegów z klasy albo
sąsiadów. Dzielili się wspomnieniami o tym, jak leżeli w nocy w łóżku,
bezsilni i przerażeni, słysząc, jak ojciec albo przyjaciel bije matkę,
słuchając przerażających gróźb, jakie rodzice wykrzykiwali do siebie
nawzajem, słysząc trzask rozbijanych mebli. Inni mówili o pijanych
ojcach - jak słyszeli ich kroki na schodach i jak czekali, aż wejdą do
ich pokoju, wyciągną z łóżka i ukarzą za jakieś wyimaginowane
przewinienia. Wiele z kobiet wspominało, jak leżały nocą, nie śpiąc, bez
ruchu, czekając na nieuniknione - na przyjście brata lub ojca, który je
molestował.
Podczas porannych obchodów młodzi lekarze prezentowali swoje "przypadki"
nadzorującym ich profesorom. My - pomocnicy - mogliśmy tylko milcząco
przyglądać się temu rytuałowi. Rzadko wspominano opowieści, jakich ja
wysłuchiwałem, jednak wiele późniejszych badań potwierdziło znaczenie
takich śródnocnych spowiedzi. Dziś wiemy, że ponad połowa osób
szukających pomocy psychiatry doświadczyła przemocy, porzucenia,
zaniedbania, a nawet gwałtu w dzieciństwie lub była świadkami przemocy w rodzinie16. Takie przeżycia wydawały się jednak być zupełnie
pomijane w trakcie obchodów. Często dziwiłem się beznamiętnemu omawianiu
objawów i ilości czasu, jaką poświęcano na próby opanowania myśli
samobójczych i autodestrukcyjnych zachowań pacjenta, zamiast spróbować
zrozumieć przyczyny jego rozpaczy i bezsilności. Uderzało mnie też to,
jak niewiele uwagi poświęcano osiągnięciom i aspiracjom chorych; temu,
kogo kochali albo nienawidzili, o kogo się troszczyli, co ich motywowało
i angażowało, co paraliżowało, a co sprawiało, że się uspokajali - całej
ekologii ich życia.
Kilka lat później, już jako młody lekarz, spotkałem się z wyjątkowo
jaskrawym przykładem działania medykalistycznego modelu. Dorabiałem
wtedy w katolickim szpitalu, przeprowadzając badania fizykalne kobiet
przyjmowanych na terapię elektrowstrząsami z powodu depresji. Jako od
zawsze ciekawski imigrant, oprócz zadawania standardowych pytań
zagadywałem o ich życie. Wiele wyrzucało wtedy z siebie opowieści o bolesnych związkach, trudnych dzieciach i poczuciu winy z powodu
aborcji. W miarę jak mówiły, wyraźnie poprawiał im się nastrój i często
wylewnie dziękowały mi, że zechciałem ich wysłuchać. Często zaczynały
się zastanawiać, czy po tym, jak zrzuciły z piersi ten ciężar, jeszcze
potrzebują elektrowstrząsów. Na koniec tych spotkań zawsze czułem
smutek, wiedząc, że zaaplikowane im następnego ranka leczenie wymaże z ich pamięci wszelkie wspomnienia naszej rozmowy. Nie wytrwałem długo w tej pracy.
W dniach wolnych od zajęć na oddziale w MMHC często chodziłem do
biblioteki medycznej Countway, żeby dowiedzieć się więcej o ludziach,
którym miałem pomagać. Pewnego sobotniego popołudnia natknąłem się na
szanowaną do dziś monografię: podręcznik Eugena Bleulera z 1911 roku na
temat dementia praecox (otępienia wczesnego). Obserwacje autora były
fascynujące:
Wśród cielesnych omamów schizofrenicznych zdecydowanie najczęstsze i najistotniejsze są te seksualne. Pacjenci doświadczają wszystkich
wzlotów i uniesień związanych z normalną i zaburzoną satysfakcją
seksualną, ale jeszcze częściej wszelkich obscenicznych i obrzydliwych
praktyk, jakie tylko może sobie wyobrazić w najbardziej ekstrawaganckich
fantazjach. Mężczyźni czują, jak wyciąga się z nich nasienie albo
wzbudza bolesne erekcje. Kobiety są gwałcone i krzywdzone w najbardziej
nieprawdopodobny sposób. Mimo symbolicznych znaczeń wielu z tych omamów,
większość odpowiada realnym odczuciom17.
To dało mi do myślenia. Nasi pacjenci mieli halucynacje, lekarze
rutynowo o nie pytali i zapisywali je w historii choroby jako objaw
silnych zaburzeń. Jeśli jednak historie, których wysłuchiwałem na nocnej
zmianie, były prawdziwe, to może i te "halucynacje" były w rzeczywistości skrawkami wspomnień rzeczywistych doświadczeń? Czy omamy
to tylko wytwory chorego mózgu? Czy ludzie mogą wyobrażać sobie
odczucia, których nigdy nie doświadczyli? Czy między kreatywnością a patologią wyobraźni da się wytyczyć jasną granicę? A między pamięcią a wyobraźnią? Odpowiedzi na te pytania nie ma do dziś, ale badania
wykazały, że ludzie, którzy jako dzieci byli wykorzystywani, często
odczuwają wrażenia zmysłowe (jak na przykład ból brzucha) bez widocznej
przyczyny fizjologicznej; słyszą głosy ostrzegające przed
niebezpieczeństwem albo oskarżające ich o straszliwe zbrodnie. Nie ma
wątpliwości - wielu pacjentów na oddziale zachowywało się w sposób
gwałtowny, dziwaczny albo autodestrukcyjny, zwłaszcza w chwilach, gdy
czuli się sfrustrowani, blokowani lub niezrozumiani. Wpadali wtedy w szał, rzucali talerzami, rozbijali szyby w oknach i cięli się odłamkami
szkła. Wtedy nie wiedziałem, dlaczego ktoś miałby reagować gniewem lub
strachem na zwyczajną prośbę: "Pozwól mi wyczyścić ci włosy z tej mazi".
Zazwyczaj postępowałem za radą doświadczonych pielęgniarek, które dawały
znać kiedy lepiej się wycofać, a kiedy - gdy to nie pomagało -
unieruchomić pacjenta. Zadziwiło mnie i zaniepokoiło, że czasem czułem
satysfakcję, gdy udało mi się powalić chorego na podłogę, żeby
pielęgniarka mogła zrobić mu zastrzyk. I stopniowo uświadomiłem sobie,
jak wiele naszego profesjonalnego szkolenia było poświęcone zachowaniu
kontroli w obliczu przerażających i dezorientujących zdarzeń.
Sylvia była piękną dziewiętnastolatką, studentką Boston University,
która na oddziale zazwyczaj siedziała samotnie w kącie, wyglądała na
śmiertelnie przerażoną i praktycznie się nie odzywała, ale pogłoski o tym, że była dziewczyną ważnego miejscowego mafioza, okrywały ją aurą
tajemniczości. Gdy przez ponad tydzień odmawiała jedzenia i zaczęła
szybko chudnąć, lekarze zdecydowali, że trzeba ją karmić na siłę.
Potrzeba było trzech ludzi, by ją przytrzymać, i kolejnego, który
wprowadził jej do żołądka rurkę, przez którą pielęgniarka wlewała płynną
papkę. Później, podczas nocnej rozmowy Sylvia cicho i nieśmiało
opowiedziała mi o swoim dzieciństwie i o tym, jak gwałcili ją brat i wuj. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nasz pokaz "opieki" musiał być dla
niej czymś w rodzaju zbiorowego gwałtu.
To i podobne doświadczenia pomogły mi stworzyć zasadę, którą wpajam moim
studentom: jeśli robisz pacjentowi coś, czego nie zrobiłbyś twoim
dzieciom albo przyjaciołom, zastanów się, czy przypadkiem nie odtwarzasz
traumy z jego przeszłości.
W mojej pracy kaowca zauważyłem jeszcze coś innego: w grupie pacjenci
byli zaskakująco niezdarni i nieskoordynowani ruchowo. Gdy jechaliśmy na
biwak, większość stała bezradnie, podczas gdy ja rozstawiałem namioty.
Raz w trakcie burzy na Charles River niemal wywróciliśmy się razem z łódką, gdyż wszyscy sztywno siedzieli z tyłu, nie pojmując, że dla
zrównoważenia łódki powinni zmienić pozycje. W rozgrywkach siatkówki
personel zawsze był bardziej zgrany niż pacjenci. Inną charakterystyczną
cechą wspólną chorych było to, że nawet podczas najbardziej swobodnych
rozmów wydawali się skrępowani, brak im było naturalnej gestykulacji czy
mimiki, jaką widuje się u gawędzących przyjaciół. Znaczenie tych
obserwacji stało się dla mnie jasne dopiero, gdy spotkałem terapeutów
pracy z ciałem - Petera Levine'a i Pat Ogden; w dalszych częściach
książki będę wiele opowiadać o tym, jak trauma bierze w posiadanie nasze
ciała.
Tłumaczenie cierpienia
Po roku pracy na oddziale badawczym wróciłem do studiowania, a potem,
jako świeżo upieczony doktor - do MMHC na specjalizację z psychiatrii.
Strasznie się cieszyłem, że mnie przyjęto. W końcu to tu szkoliło się
wielu sławnych psychiatrów, takich jak Eric Kandel, późniejszy zdobywca
Nagrody Nobla z fizjologii i medycyny. To tu, w czasie gdy odbywałem
praktyki, w szpitalnej piwnicy Allan Hobson odkrył w mózgu komórki
odpowiedzialne za tworzenie marzeń sennych. I to tu prowadzono pierwsze
badania nad chemicznymi wyznacznikami depresji. Jednak wielu z nas -
rezydentów - najbardziej przyciągali chorzy. Każdego dnia przez sześć
godzin przebywaliśmy z nimi, a potem w grupie, pod okiem doświadczonych
kolegów, dzieliliśmy się obserwacjami, zadawaliśmy pytania i rywalizowaliśmy o jak najmądrzejsze komentarze.
Nasz guru, Elvin Semrad, bardzo odradzał nam czytanie podręczników
psychiatrii na pierwszym roku specjalizacji. (Intelektualna głodówka
mogła mieć swój wpływ na to, że później większość z nas nie tylko
pochłaniała książki, ale i sami dużo pisaliśmy). Semrad nie chciał, żeby
nasze postrzeganie rzeczywistości zostało przysłonięte pseudopewnością
psychiatrycznych rozpoznań. Pamiętam, jak spytałem go kiedyś: "Jak by
pan nazwał tego pacjenta? Schizofrenikiem czy kimś z zaburzeniem
schizoafektywnym?", a on zatrzymał się, w zadumie pogładził brodę i odparł: "Myślę, że nazwałbym go Michael McIntyre".
Semrad nauczył nas, że większość ludzkich cierpień wiąże się z miłością
i ze stratą, a zadaniem terapeuty jest pomagać ludziom "uznać,
doświadczać i znosić" rzeczywistość, ze wszystkimi jej przyjemnościami i przykrościami". Najważniejszym źródłem naszego cierpienia są kłamstwa,
które sami sobie wmawiamy", powiedział kiedyś, zachęcając nas do
uczciwości wobec samych siebie w każdym aspekcie naszego przeżywania.
Często mawiał, że ludzie nigdy nie poczują się lepiej, jeśli nie
dowiedzą się, co wiedzą, i nie poczują, co czują. Pamiętam, jak zdziwiło
mnie, gdy ten poważany profesor Harvardu zwierzał się, że krzepiące było
dla niego czuć tyłek swojej żony na swoim, gdy zasypiał. Przyznając się
do takich prostych, ludzkich potrzeb, pomagał nam pojąć, jak podstawowe
znaczenie mają one dla naszego życia. Gdy nie umiemy ich zaspokoić,
nasza egzystencja karłowacieje, niezależnie od tego, jak wzniosłe byłyby
nasze myśli i jak wspaniałe osiągnięcia. Zdrowienie, mówił nam, zależy
od doświadczenia: możesz w pełni panować nad swoim życiem tylko wtedy,
gdy uznasz realność swojego ciała we wszystkich jego aspektach.
Nasza profesja zmierzała jednak w innym kierunku. W roku 1968 "American
Journal of Psychiatry" opublikował wyniki badań prowadzonych na
oddziale, na którym kiedyś pracowałem. Bezsprzecznie wskazywały one, że
schizofrenicy, którzy otrzymywali wyłącznie leki, mieli się lepiej niż
ci, którzy trzy razy w tygodniu mieli sesje terapeutyczne z najlepszymi
terapeutami w Bostonie18. Badanie to było jednym z kamieni
milowych na szlaku, który stopniowo zmienił podejście medycyny i psychiatrii do problemów psychologicznych: od analizowania zmiennych
przejawów uczuć i relacji do patofizjologicznego modelu odrębnych
"zaburzeń" funkcji mózgu.
Sposób, w jaki medycyna traktuje ludzkie cierpienia, zawsze był
determinowany przez dostępne w danym czasie technologie. Przed epoką
oświecenia zaburzenia zachowania wiązano z wolą Boga, przypisywano
grzechom, magii, czarownicom i złym duchom. Dopiero w dziewiętnastym
wieku naukowcy z Francji i Niemiec zaczęli badać zachowanie jako
adaptację do złożoności świata. Teraz pojawił się nowy paradygmat:
gniew, żądza, duma, chciwość, skąpstwo i nieróbstwo - razem z resztą
problemów, z jakimi my, ludzie, zmagaliśmy się od zawsze - zostały
przemianowane na "zaburzenia", które można wyleczyć dzięki podawaniu
odpowiednich substancji chemicznych19. Wielu psychiatrów z ulgą, a wręcz zachwytem, powitało fakt, że stali się "prawdziwymi
naukowcami"; takimi jak ich koledzy z innych specjalności; z laboratoriami, doświadczeniami na zwierzętach, kosztownym sprzętem i ze
skomplikowanymi badaniami diagnostycznymi. Odsunęli na boczny tor
wieloznaczne teorie filozofów takich jak Freud czy Jung. W najbardziej
znanym podręczniku psychiatrii napisano wprost: "Za przyczynę chorób
psychicznych uznaje się dziś nieprawidłowości w funkcjonowaniu mózgu,
jego chemiczną nierównowagę"20.
I ja, jak moi koledzy, bez wahania wszedłem w farmakologiczną rewolucję.
W 1973 roku zostałem pierwszym głównym rezydentem na psychofarmakologii
w MMHC. Być może byłem też pierwszym w Bostonie psychiatrą, który
zaaplikował lit pacjentowi z chorobą dwubiegunową. (Przeczytałem o pracach Johna Cade'a nad litem, prowadzonych w Australii, i dostałem od
szpitalnej komisji zgodę na jego użycie). Na licie kobieta, która co
roku przez trzydzieści pięć lat w maju wpadała w manię, a w listopadzie
- w depresję, ustabilizowała nastrój na trzy lata, gdy pozostawała pod
moją opieką.
Byłem też częścią pierwszego amerykańskiego zespołu badawczego, który
testował przeciwpsychotyczny lek Clozaril u przewlekle chorych, których
przechowywano niczym warzywa na zapomnianych oddziałach starych zakładów
psychiatrycznych21. Niektórzy zmieniali się w cudowny
sposób: ci, którzy większość życia spędzili zamknięci we własnym,
przerażającym świecie, mogli wrócić do rodzin i społeczności. Pacjenci
pogrążeni w ciemnościach i rozpaczy zaczynali reagować na piękno
kontaktów międzyludzkich i czerpać radość z pracy i zabawy. Te
fascynujące rezultaty kazały nam z optymizmem patrzeć w przyszłość i wierzyć, że w końcu zwalczymy ludzkie cierpienie.
Leki przeciwpsychotyczne były głównym czynnikiem, który zmniejszył
liczbę pacjentów szpitali psychiatrycznych w USA z ponad pół miliona w roku 1955 do niespełna stu tysięcy w 199622. Dla tych, którzy nie
pamiętają świata sprzed wprowadzenia tych leków do terapii, zmiana jest
niemal niewyobrażalna. Jako student pierwszego roku odwiedziłem szpital
stanowy Kankakee w Illinois i widziałem, jak w pozbawionym mebli pokoju
wyposażonym w odpływowe kratki krzepki pielęgniarz polewał wodą z węża
dziesiątki brudnych, nagich, niezbornych pacjentów. Dziś to wspomnienie
wydaje się bardziej sennym koszmarem niż czymś, co widziałem na własne
oczy. Moją pierwszą pracą po rezydenturze, w 1974 roku, była posada
jednego z najmniej ważnych dyrektorów w poważanej niegdyś instytucji -
Bostońskim Szpitalu Stanowym. Przed laty przebywały w nim tysiące
pacjentów, a budynki (w tym szklarnie, ogrody i warsztaty) - w większości w ruinie - rozrzucone były na dziesiątkach hektarów. Gdy tam
nastałem, pacjenci powoli przenoszeni byli do "społeczności" - tym
pojemnym terminem określano anonimowe schroniska i domy opieki, gdzie
większość kończyła. (Jak na ironię szpital zaczynał swoją działalność
jako "azyl". To słowo oznaczało kiedyś "świątynię" i dopiero z czasem
nabrało innego znaczenia. W rzeczywistości oferował schronienie,
miejsce, gdzie każdy wiedział, kim jest pacjent i jakie ma problemy).
W 1979 roku, wkrótce po tym, jak zacząłem pracę w VA, bramy bostońskiego
szpitala stanowego zamknęły się na zawsze, a on sam stał się miastem
duchów. Gdy tam pracowałem, działałem też w laboratorium
psychofarmakologii MMHC, w którym zmieniano właśnie profil badawczy. W latach sześćdziesiątych naukowcy z Narodowych Instytutów Zdrowia (NIH)
zaczęli rozwijać techniki izolowania i pomiaru stężeń hormonów i neuroprzekaźników we krwi i w mózgu. Neuroprzekaźniki to chemiczni
posłańcy przekazujący informacje między neuronami, co umożliwia nam
skuteczne angażowanie się w otaczający nas świat.
Gdy więc badacze znaleźli dowody na to, że nieprawidłowy poziom
noradrenaliny ma związek z depresją, a dopaminy - ze schizofrenią,
zaświtała nadzieja, że uda się stworzyć leki naprawiające takie swoiste
nieprawidłowości w funkcjonowaniu mózgu. Nadzieja ta nigdy się w pełni
nie urzeczywistniła, ale nasze wysiłki na rzecz określenia, jak leki
mogą zmieniać objawy zaburzeń psychicznych, sprowadzały inną głęboką
zmianę w naszym zawodzie. Potrzeba precyzyjnej i regularnej komunikacji
wyników doprowadziła badaczy do stworzenia tzw. badawczych kryteriów
diagnostycznych (Research Diagnostic Criteria), do czego i ja, prosty
asystent, w pewien sposób się przyczyniłem. Stały się one podstawą
pierwszego systemu klasyfikacji zaburzeń psychicznych - DSM (Diagnostic
and Statistical Manual of Mental Disorders, czyli podręcznika
diagnostyki i statystyki zaburzeń psychicznych) Amerykańskiego
Stowarzyszenia Psychiatrycznego (American Psychiatric Association),
który dziś jest nazywany "biblią psychiatrii".
Przedmowa do przełomowego trzeciego wydania z 1980 roku była odpowiednio
skromna i przyznawała, że ten system diagnostyczny jest nieprecyzyjny -
na tyle nieprecyzyjny, że nigdy nie powinien być używany do celów
kryminalistycznych ani ubezpieczeniowych23. Jak
zobaczymy, ta skromność nie przetrwała długo.
Nieunikniony wstrząs
Zafrapowany wieloma pytaniami na temat stresu pourazowego, które wciąż
pozostawały bez odpowiedzi, zacząłem się zastanawiać, czy przynajmniej
niektórych z tych odpowiedzi nie można by znaleźć w rodzącej się wtedy
dziedzinie - neuropsychofarmakologii. Zacząłem bywać na spotkaniach
American College of Neuropsychopharmacology (ACNP). W 1984 roku można
tam było wysłuchać wielu fascynujących wykładów na temat tworzenia
nowych leków, ale dopiero parę godzin przed planowanym powrotem do
Bostonu trafiłem na prelekcję Stevena Maiera z University of Colorado,
który współpracował z Martinem Seligmanem z University of Pennsylvania.
Mówił o wyuczonej bezradności u zwierząt. Maier i Seligman razili psy
zamknięte w klatkach prądem elektrycznym. Nazywali to "nieuniknionym
wstrząsem"24. Jako miłośnik psów wiedziałem, że sam nigdy bym
takiego badania nie przeprowadził, ale zaciekawiło mnie, jaki wpływ na
zwierzęta miało takie okrucieństwo.
Po zaaplikowaniu psom serii wstrząsów badacze otworzyli klatki i ponownie porazili zwierzęta prądem. W grupie kontrolnej, dla której było
to pierwsze spotkanie z wysokim napięciem, wszystkie psy natychmiast
uciekły z klatek. Ale te, które wcześniej były zamknięte i nie mogły
uniknąć bólu, nawet nie próbowały uciekać. Nawet gdy drzwi klatki były
szeroko otwarte. Po prostu leżały, skomląc i wypróżniając się. Jak
widać, sama możliwość ucieczki niekoniecznie sprawia, że straumatyzowane
zwierzęta, czy też ludzie, wybiorą wolność. Wiele po prostu się poddaje,
jak psy Maiera i Seligmana. Zamiast ryzyka związanego z nowymi
możliwościami wybierają znany już strach. Prezentacja Maiera wstrząsnęła
mną do głębi. Zdałem sobie sprawę, że to, co oni zrobili tym biednym
psiakom, było tym samym, czego doświadczyli moi ludzcy straumatyzowani
pacjenci. Oni też zostali poddani działaniu kogoś (lub czegoś), co
wyrządziło im straszliwą krzywdę, i nie mogli od niej w żaden sposób
uciec. Szybko przebiegłem myślą historie leczonych przeze mnie chorych.
Niemal wszyscy byli w jakiś sposób zamknięci w pułapce, unieruchomieni,
niezdolni do podjęcia działań, które mogłyby powstrzymać nieuniknione.
Reakcja "walcz-lub-uciekaj" została zablokowana, a efektem było albo
ekstremalne pobudzenie, albo totalna apatia.
Maier i Seligman wykazali również, że psy poddawane wstrząsom wydzielały
znacznie większe niż normalnie ilości hormonów stresu. Potwierdzało to
informacje na temat biologicznych korzeni stresu pourazowego, które
dopiero zaczynaliśmy zdobywać. Wszyscy młodzi badacze, wśród których
byli Steve Southwick i John Krystal z Yale, Arieh Shalev ze szkoły
medycznej Hadassah w Jerozolimie, Frank Putnam z Narodowego Instytutu
Zdrowia Psychicznego (National Institute of Mental Health - NIMH) i Roger Pitman, później pracujący na Harvardzie, stwierdzali, że osoby
dotknięte traumą wydzielają duże ilości hormonów stresu jeszcze długo po
tym, jak rzeczywiste niebezpieczeństwo minęło, zaś Rachel Yehuda z Mount
Sinai w Nowym Jorku pokazała nam swoje pozornie paradoksalne wyniki,
wskazujące, że w zespole stresu pourazowego stężenia kortyzolu - jednego
z hormonów stresu - są niskie. Jej odkrycia zaczęły nabierać sensu
dopiero, gdy prowadzone przez nią badania wyjaśniły, że kortyzol w zasadzie kończy odpowiedź na stres, wysyłając swoisty sygnał "wszystko w porządku". Tymczasem w PTSD stężenia hormonów stresu nie wracają do
podstawowego poziomu, mimo że zagrożenie minęło.
W idealnym świecie system hormonów stresu powinien zapewniać
błyskawiczną odpowiedź na niebezpieczeństwo, a potem szybko wracać do
równowagi. Jednak u pacjentów z PTSD ten system zawodzi. Sygnały
walcz/uciekaj/zastygnij nadal napływają, chociaż już nie ma zagrożenia,
i - podobnie jak u psów - stężenia hormonów nie wracają do normy. Ich
stałe wydzielanie ujawnia się w postaci podniecenia lub paniki, a w długim okresie zupełnie rozstraja organizm.
Tego dnia nie zdążyłem na powrotny samolot do Bostonu, bo musiałem
pomówić ze Steve'em Maierem. Prowadzone przez niego warsztaty nie tylko
wyjaśniały źródła przynajmniej części problemów, z jakimi borykali się
moi pacjenci, lecz również pokazywały potencjalne możliwości ich
rozwiązania. Na przykład razem z Seligmanem wykazał on, że jedynym
sposobem nauczenia straumatyzowanych psów, żeby po otwarciu drzwi zeszły
z rażącej je prądem podłogi, było wywlekanie ich raz za razem z klatki,
by fizycznie doświadczyły istnienia możliwości ucieczki. Zastanawiałem
się, czy nie moglibyśmy podobnie sprawić, by moi pacjenci przestali
myśleć, że nie mogą w żaden sposób się bronić? Czy oni także
potrzebowali doznań fizycznych, żeby przywrócić najgłębsze, wewnętrzne
poczucie kontroli? Co jeśli można by ich nauczyć, że fizyczny ruch
pozwala uniknąć potencjalnego zagrożenia, sytuacji podobnej do tej, w jakiej niegdyś się znaleźli, bezbronni i w pułapce? To jeden z wniosków
do których doszedłem i które szerzej omówię w rozdziale 5. tej książki.
Kolejne badania na myszach, szczurach, kotach, małpach i słoniach
przyniosły jeszcze bardziej intrygujące rezultaty25. Gdy na
przykład badacze puszczali zwierzętom głośne, przykre dźwięki, myszy
wychowane w ciepłych gniazdach z mnóstwem pożywienia, natychmiast do
nich uciekały. Tyle że inna grupa gryzoni, wychowana w głośnym otoczeniu
i w niedostatku żywności, też uciekała do domu, nawet gdy trochę czasu
spędziła w przyjemniejszym środowisku26. Przestraszone
zwierzęta uciekają do domu, niezależnie, czy jest to bezpieczna
przystań, czy piekło. Pomyślałem o moich pacjentach, który wracali do
swoich rodzin po to, by kolejny raz zostać skrzywdzonymi. Czy
straumatyzowane osoby są skazane na szukanie ucieczki do tego, co znane?
A jeśli tak, to dlaczego, i czy można im pomóc przenieść więź na miejsca
i działania, które są bezpieczne i przyjemne27?
Uzależnieni od traumy: Ból rozkoszy i rozkosz bólu
Jedną z rzeczy, jakie nas - mnie i mojego kolegę Marka Greenberga -
uderzyły podczas prowadzenia grup terapeutycznych dla weteranów z Wietnamu, było to że mimo przerażenia i bólu wydawali się oni wracać do
życia, gdy opowiadali o katastrofach swoich śmigłowców i o umierających
towarzyszach. (Były korespondent "New York Timesa", Chris Hedges, który
relacjonował szereg brutalnych konfliktów, zatytułował swoją książkę:
"Wojna to siła, która nadaje nam znaczenie" [War Is a Force That Gives
Us Meaning]28. Wiele straumatyzowanych osób wydaje się szukać
doświadczeń, jakie dla większości z nas są odpychające29, a pacjenci często skarżą się na nieokreślone uczucie pustki i znudzenia,
jakie towarzyszy im, gdy nie są wściekli, pod presją albo zaangażowani w jakieś niebezpieczne działania.
Moja pacjentka Julia, gdy miała szesnaście lat, została brutalnie
zgwałcona w hotelowym pokoju, a sprawca cały czas groził jej bronią.
Wkrótce potem związała się z brutalnym alfonsem, który kazał jej się
prostytuować. Regularnie ją bił. Raz za razem trafiała do aresztu za
prostytucję, ale zawsze wracała do swojego dręczyciela. Wreszcie
zainterweniowali jej dziadkowie: opłacili jej intensywny program
rehabilitacyjny. Po jego ukończeniu zaczęła pracować jako recepcjonistka
i zapisała się na zajęcia w miejscowym college'u. Na socjologii napisała
pracę semestralną na temat wyzwalających możliwości prostytucji; podczas
pisania przeczytała pamiętniki wielu sławnych kurtyzan. Kolejno
porzucała wszystkie inne kursy. Krótki związek z kolegą z grupy skończył
się, bo - jak mówiła - zanudzał ją na śmierć i nie mogła znieść jego
bokserek. Potem poznała narkomana, który najpierw ją bił, a później
zaczął prześladować. Zmotywowała się do powrotu na terapię dopiero po
tym, jak po raz kolejny dotkliwie ją pobito.
Freud miał dla takich powtarzanych traumatycznych przeżyć określenie
"przymus powtarzania". Wierzył, tak jak wielu jego naśladowców, że
ponowne odgrywanie podobnych doświadczeń to podświadome próby odzyskania
kontroli nad sytuacją i że w końcu mogą doprowadzić do rozwiązania
problemu. Na tę teorię nie ma żadnych dowodów - powtarzanie prowadzi
tylko do pogłębiania bólu i nienawiści do siebie. Nawet ponowne
przeżywanie traumy w trakcie terapii może wzmacniać obawy i obsesje.
Wspólnie z Markiem Greenbergiem zdecydowaliśmy, że chcemy dowiedzieć się
więcej o tzw. atraktorach - rzeczach, które nas pociągają, motywują i dają poczucie, że żyjemy. Normalnie atraktory mają za zadanie poprawiać
nam nastrój. Dlaczego zatem sytuacje niebezpieczne lub bolesne
przyciągają tyle osób? W końcu znaleźliśmy badanie wyjaśniające, jak to
się dzieje, że działania, które wywołują ból lub strach, mogą później
stać się czymś podniecającym30.
W latach siedemdziesiątych XX wieku Richard Solomon z University of
Pennsylvania wykazał, że ciało może się przystosować do rozmaitych
bodźców. Możemy się uzależnić od narkotyków, bo od początku dają nam
poczucie szczęścia, ale takie zajęcia jak korzystanie z sauny, bieganie
maratonów czy skakanie ze spadochronem z początku są mało przyjemne,
często bolesne i przerażające, a jednak po jakimś czasie mogą dawać
wiele przyjemności. Takie stopniowe przystosowanie oznacza, że organizm
osiągnął nowy stan równowagi chemicznej. To dlatego - powiedzmy -
maratończyk doznaje uczucia błogości i euforii, gdy kolejny raz
przekracza granice możliwości swojego ciała.
W takim stanie, podobnie jak przy uzależnieniu od narkotyku, zaczynamy
pożądać danego zachowania czy doświadczenia, a gdy nie możemy go
zrealizować, doświadczamy stanu odstawienia. W końcu stajemy się
bardziej zaabsorbowani unikaniem bólu związanego z odstawieniem niż samą
aktywnością. Teoria ta może wyjaśniać, dlaczego niektórzy płacą komuś za
to, żeby ich pobił, albo sami przypalają się papierosem. Albo dlaczego
ciągną wyłącznie do ludzi, którzy ich krzywdzą. Strach i niechęć mogą, w pewien perwersyjny sposób, przekształcać się w przyjemność.
Solomon zakładał, że endorfiny - morfinopodobne substancje wydzielane
przez mózg w odpowiedzi na stres - odgrywają rolę w powstawaniu
opisanych przez niego paradoksalnych uzależnień. Przypomniałem sobie
jego teorię, gdy mój biblioteczny nawyk zawiódł mnie do pracy z 1946
roku, zatytułowanej Pain in Men Wounded in Battle ("Ból u rannych w walce"). Chirurg Henry K. Beecher zauważył w niej, że 75 procent ciężko
rannych żołnierzy na froncie włoskim nie prosiło o morfinę, i wysnuł z tego wniosek, że "silne emocje mogą blokować odczuwanie bólu"31.
Czy jego obserwacje można by odnieść do pacjentów z PTSD? Mark
Greenberg, Roger Pitman, Scott Orr i ja postanowiliśmy zapytać ośmiu
weteranów wojny wietnamskiej, czy zgodziliby się wziąć udział w standardowym teście badającym próg bólu podczas oglądania scen z różnych
filmów. Pierwszy fragment pochodził z wizualnie brutalnego filmu Olivera
Stone'a Pluton (1986). Podczas gdy weterani go oglądali, my
mierzyliśmy, jak długo potrafią utrzymać prawą dłoń w kuble z lodowatą
wodą. Potem całą procedurę powtórzyliśmy w trakcie łagodnego (i dawno
zapomnianego) filmu. Siedmiu z ośmiu żołnierzy, oglądając Pluton,
mogło utrzymać rękę w boleśnie zimnej wodzie o 30 procent dłużej.
Obliczyliśmy, że dawka znieczulenia wywołana oglądaniem
piętnastominutowego filmu wojennego była równa podaniu ośmiu miligramów
morfiny - to mniej więcej tyle, ile ktoś z silnym bólem w klatce
piersiowej dostałby na izbie przyjęć.
Stwierdziliśmy, że wysnuty przez Beechera wniosek, iż "silne emocje mogą
blokować odczuwanie bólu", wynika z wytwarzania i uwalniania przez mózg
substancji morfinopodobnych. To z kolei sugerowało, że dla wielu osób
doświadczonych traumą ponowna ekspozycja na stres może przynosić podobną
ulgę od niepokoju32. To był interesujący eksperyment, ale nie
wyjaśniał w pełni, dlaczego Julia wciąż wracała do swojego brutalnego
alfonsa.
Kojenie umysłu
Spotkanie ACNP w 1985 roku dawało, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze
więcej do myślenia niż poprzednie. Profesor Kings College, Jeffrey Gray,
wygłosił prelekcję o ciele migdałowatym - grudce komórek mózgowych
decydującej o tym, czy dźwięk, obraz lub inne wrażenie zmysłowe będzie
odebrane jako zagrożenie. Z danych profesora wynikało, że wrażliwość
ciała migdałowatego zależała - przynajmniej w części - od tego, jakie
jest w nim stężenie neuroprzekaźnika zwanego serotoniną. Zwierzęta, u których było ono niskie, były nadwrażliwe na stresujące bodźce (na
przykład głośne dźwięki). Wyższy poziom serotoniny tłumił ich reakcję
lekową i sprawiał, że w odpowiedzi na potencjalne zagrożenie rzadziej
stawały się agresywne czy zastygały w przerażeniu33.
Wydało mi się to bardzo istotne. Moi pacjenci zawsze wybuchali w reakcji
na najmniejsze prowokacje i czuli się totalnie zniszczeni przy
najbardziej błahym odrzuceniu. Zafascynowała mnie potencjalna rola
serotoniny w PTSD. Inni badacze wykazali, że u małp samce alfa mają
znacznie wyższe stężenie serotoniny niż zwierzęta będące niżej w hierarchii, ale stężenie to spada, gdy uniemożliwia im się utrzymywanie
kontaktu wzrokowego z małpami, które kiedyś pokonały. I odwrotnie, małpy
"z końca stawki" po otrzymaniu serotoniny zaczynały walkę o przywództwo
stada34. Jak widać, otoczenie ma wpływ na równowagę chemiczną w mózgu. Sprawiając, że małpa spada w hierarchii stada, obniżamy jej
stężenie serotoniny, podczas gdy zwiększając ilość tego neuroprzekaźnika
u zwierzęcia, możemy podnieść jego pozycję.
Dla ludzi straumatyzowanych skutki tego odkrycia były oczywiste.
Podobnie jak zwierzęta z niskim poziomem serotoniny u Graya, tak i oni
byli nadreaktywni, a ich zdolność do współżycia w społeczności - często
zachwiana. Gdybyśmy mogli znaleźć sposób na podniesienie stężenia
serotoniny w mózgu, może udałoby się nam rozwiązać oba te problemy za
jednym zamachem. Na tym samym spotkaniu ACNP dowiedziałem się, że firmy
farmaceutyczne opracowują właśnie dwa nowe leki, których zadaniem miało
być dokładnie to, o czym mówiłem - podnoszenie stężenia serotoniny w mózgu. Ponieważ jednak żaden z nich nie był jeszcze dostępny na rynku,
krótko eksperymentowałem z suplementem diety zawierającym L-tryptofan,
aminokwas będący prekursorem serotoniny w organizmie. (Wyniki okazały
się rozczarowujące). Jeden z badanych wtedy leków nigdy nie trafił na
rynek. Drugim była fluoksetyna, która pod handlową nazwą Prozac stała
się jednym z najpopularniejszych preparatów psychoaktywnych w historii.
W poniedziałek 8 lutego 1988 roku lek firmy Eli Lilly trafił do aptek.
Pierwszą pacjentką, jaką tego dnia przyjąłem, była młoda kobieta, bardzo
skrzywdzona w dzieciństwie, a obecnie zmagająca się z bulimią.
Praktycznie większość życia spędzała między lodówką a toaletą, to
zjadając ogromne ilości pożywienia, to usiłując je usunąć z organizmu
wymiotami i środkami przeczyszczającymi. Dałem jej receptę na nowiutki
lek, a gdy wróciła do mnie w czwartek, powiedziała: "Ostatnich kilka dni
było zupełnie innych. Jadłam, gdy czułam głód, a przez resztę czasu
odrabiałam lekcje". Było to jedno z najmocniejszych oświadczeń, jakie
kiedykolwiek usłyszałem w moim gabinecie.
W piątek przyjąłem kolejną pacjentkę, której w poniedziałek zapisałem
prozac - matkę dwójki dzieci w wieku szkolnym, będącą w przewlekłej
depresji, przekonaną, że nie potrafi być ani matką, ani żoną, i przytłoczoną żądaniami rodziców, którzy bardzo źle ją traktowali, gdy
była dzieckiem. Po czterech dniach brania leku zapytała mnie, czy
mogłaby opuścić kolejne spotkanie, które przypadało w poniedziałek,
akurat w święto - dzień urodzin Waszyngtona. "W końcu", wyjaśniała,
"nigdy nie zabrałam w tym dniu moich dzieci na narty. Zawsze robi to mąż
i nie ma ich cały dzień. Fajnie byłoby spędzić ten czas razem. Dać
dzieciakom trochę dobrych wspomnień".
Ta pacjentka wcześniej miała problem, żeby jakoś przeżyć kolejny dzień.
Po jej wizycie zadzwoniłem do znajomego z Eli Lilly i powiedziałem:
"Macie lek, który pomaga ludziom zakotwiczyć się w teraźniejszości,
zamiast pozostawać zamkniętym w przeszłości". Później firma przyznała mi
niewielki grant na badanie efektów prozaku u sześćdziesięciu czterech
osób z PTSD - dwudziestu dwóch kobiet i czterdziestu dwóch mężczyzn -
pierwsze badanie działania nowej klasy leków w PTSD. Zespół naszej
kliniki traumy włączył do niego trzydzieścioro troje cywilów, a moi
współpracownicy i byli koledzy z VA - trzydziestu jeden weteranów
wojennych. Przez osiem tygodni połowa każdej grupy otrzymywała prozac, a druga połowa - placebo. Badanie było prowadzone metodą podwójnie ślepej
próby: ani pacjenci, ani my - badacze - nie wiedzieliśmy, co kto
dostaje. To wykluczało podświadomy wpływ na końcową ocenę. Poprawę, choć
w różnym zakresie, dostrzeżono u wszystkich, nawet w grupie łykającej
placebo. W większości badań nad leczeniem PTSD efekt placebo jest
znaczący. Ludzie, którzy zbierają się na odwagę, by wziąć udział w badaniu, za które im nie płacą, w którym raz po raz kłuje się ich igłami
i w którym mają tylko 50 procent szans, że dostaną działający lek, muszą
mieć naprawdę silną motywację wewnętrzną i chcieć rozwiązać swój
problem.
Może nagrodą jest tylko uwaga, jaką się im poświęca, szansa, by mogli
opowiedzieć, jak się czują i co myślą. Ale czyż podobnym "placebo" nie
jest kojący ból całus matki w zadrapane dziecięce kolano?
Na pacjentów z kliniki traumy prozac działał znacznie lepiej niż
placebo. W porównaniu z tymi, którzy dostawali pigułki z cukru, lepiej
spali, lepiej panowali nad emocjami i mniej martwili się
przeszłością35. Jednak ku naszemu zdziwieniu prozac w ogóle
nie działał na weteranów wojennych z VA - u nich objawy PTSD pozostawały
bez zmian. Wyniki te potwierdzono w większości kolejnych badań
farmakologicznych na żołnierzach: część wykazywała niewielką poprawę,
ale większość nie odnosiła z farmakoterapii żadnych korzyści. Nigdy nie
potrafiłem tego wyjaśnić, a nie mogę zaakceptować najpopularniejszego
wytłumaczenia, że nie zdrowieją, bo przestałaby im przysługiwać wojskowa
emerytura lub renta. W końcu ciało migdałowate nic nie wie o rentach -
ono tylko wykrywa zagrożenia.
Mimo wszystko leki takie jak prozac i jego kuzyni: zoloft, celexa,
cymbalta czy paxil, wniosły znaczący wkład w leczenie zaburzeń
związanych z traumą. W naszym badaniu nad prozakiem użyliśmy testu
Rorschacha, żeby ocenić, jak straumatyzowane osoby postrzegają
otoczenie. Dane te dały nam ważną wskazówkę na temat mechanizmu
działania tej klasy leków (znanych pod fachową nazwą selektywnych
inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny - SSRIs).
Przed erą prozaku reakcje tych pacjentów kontrolowały emocje. Pamiętam
pewną Holenderkę (niebiorącą udziału w tym badaniu), która przyszła do
mnie, żebym pomógł jej uporać się z traumą gwałtu, jakiego doświadczyła
w dzieciństwie, ale była przekonana, że sam ją zgwałcę, jak tylko
usłyszała, że też mówię z holenderskim akcentem. Prozac zupełnie to
zmienił: dał pacjentom z PTSD spojrzeć na problem z perspektywy36 i pomógł im zapanować nad impulsami. Jeffrey
Gray musiał mieć rację: gdy stężenie serotoniny rosło, wielu z moich
pacjentów przestawało nadmiernie reagować na bodźce.
Triumf farmakologii
Farmakologia szybko zrewolucjonizowała psychiatrię. Leki dały lekarzom
poczucie większej skuteczności, a także dały coś poza psychoterapią.
Leki tworzyły też dochody i zyski. Za granty od przemysłu
farmaceutycznego wybudowaliśmy laboratoria pełne entuzjastycznych
studentów i wysokospecjalistycznego sprzętu. Wydziały psychiatrii,
zwykle umiejscowione w szpitalnych piwnicach, zaczęły przenosić się
wyżej, zarówno dosłownie, jak i w przenośni, w sensie prestiżu. Jednym z symboli tych przemian była zamiana - na początku lat dziewięćdziesiątych
- szpitalnego basenu MMHC w laboratorium, a boiska do koszykówki - w sale nowej kliniki farmakoterapii. Przez dziesiątki lat lekarze i pacjenci demokratycznie dzielili przyjemność pluskania się w basenie i gry w piłkę. Gdy byłem jeszcze asystentem, wiele godzin spędzałem na
hali sportowej razem z chorymi. Było to jedyne miejsce, gdzie wszyscy
mogliśmy odzyskać poczucie fizycznego dobrostanu, wyspa na morzu
cierpienia, z jakim stykaliśmy się każdego dnia. Teraz stało się to
miejscem, gdzie pacjenci mieli "zostać naprawieni".
Farmakologiczna rewolucja, która zaczęła się tak obiecująco, koniec
końców przyniosła zapewne tyle samo złego, co dobrego. Wszyscy, zarówno
media i ogół społeczeństwa, jak i specjaliści37,
zaakceptowali teorię, że choroba psychiczna to przede wszystkim efekt
nierównowagi chemicznej w mózgu. Nierównowagi, którą można wyrównać
odpowiednimi preparatami. W wielu miejscach leki wyparły inne formy
terapii i pozwoliły pacjentom stłumić problem, nie zajmując się jego
przyczynami. Leki przeciwdepresyjne potrafią zupełnie zmienić życie
chorych, pozwalając im na codzienne funkcjonowanie, a gdy - żeby złapać
co noc choćby kilka godzin snu - mamy wybór między pigułką nasenną a upiciem się do nieprzytomności, raczej nie ma wątpliwości, co jest
lepsze. Dla ludzi, którzy są wyczerpani próbami poradzenia sobie,
"starając się to przecierpieć", chodząc na jogę czy wypacając się na
siłowni, farmaceutyki często przynoszą długo oczekiwaną ulgę, ratują
życie. SSRIs pomagają straumatyzowanym ludziom wyzwolić się od
przemożnych emocji, ale należy je traktować tylko jako wspomaganie
całościowej terapii38.
Po przeprowadzeniu licznych badań nad lekami stosowanymi w PTSD
zrozumiałem, że używane w psychiatrii preparaty mają poważną wadę -
odwracają uwagę od przyczyn problemu. Model "choroby mózgu" odbiera
pacjentom kontrolę nad losem. Ich problemy mają rozwiązać lekarze i firmy ubezpieczeniowe. W ostatnich trzech dekadach leki psychiatryczne
stały się nieodłączną częścią naszej kultury, z wątpliwym skutkiem.
Weźmy preparaty przeciwdepresyjne. Gdyby naprawdę były tak skuteczne,
jak kazano nam wierzyć, depresja powinna być dziś zaledwie drobnym, mało
zauważalnym problemem w naszym społeczeństwie. Tymczasem, mimo że użycie
antydepresantów wciąż rośnie, liczba hospitalizacji z powodu depresji
nie spada. W ostatnim dwudziestoleciu liczba leczonych na tę chorobę
potroiła się. Dziś antydepresanty łyka co dziesiąty
Amerykanin39.
Nowa generacja leków przeciwpsychotycznych, takich jak abilify,
risperdal, zyprexa czy seroquel, należy do najlepiej sprzedających się
leków w Stanach Zjednoczonych. W roku 2012 na abilify wydano 1 526 228
000 $ - więcej niż na jakikolwiek inny farmaceutyk. Trzecie miejsce
zajęła cymbalta, antydepresant, który zgarnął ponad miliard40,
choć nigdy nie udowodniono, żeby był lepszy od starszych leków z tej
grupy, takich jak prozac, dla których istnieją o wiele tańsze,
generyczne odpowiedniki. Medicaid - rządowy program refundacyjny dla
biednych - wydaje na leki przeciwpsychotyczne więcej niż na jakąkolwiek
inną klasę farmaceutyków41. W 2008 roku, ostatnim, za jaki
mamy pełne dane, zrefundowano ich za 3,6 mld dolarów, podczas gdy
dziesięć lat wcześniej - w 1999 - zaledwie za 1,65 mld dolarów. W tym
czasie potroiła się też liczba osób poniżej dwudziestego roku życia
uprawnionych do refundowanych przez Medicaid recept na antypsychotyki. 4
listopada 2013 roku firma Johnson & Johnson zgodziła się wypłacić w ramach ugody ponad 2,2 mld dolarów odszkodowań w procesach karnych i cywilnych o to, że niewłaściwie promowała przeciwpsychotyczny Risperdal,
zalecając go osobom starszym, dzieciom i niepełnosprawnym42. Nikt jednak nie poruszył
odpowiedzialności lekarzy, którzy go przepisywali. Obecnie w USA pół
miliona dzieci bierze leki przeciwpsychotyczne. Te z rodzin biednych
czterokrotnie częściej niż te, których rodziców stać na prywatne
ubezpieczenie. Leki te często są używane tylko po to, by wykorzystywane
i zaniedbywane dzieci były bardziej posłuszne. W roku 2008 poprzez
Medicaid przepisano antypsychotyki 19 045 dzieciom poniżej piątego roku
życia43. W jednej z prac opartej na danych Medicaid z trzynastu
stanów stwierdzono, że w rodzinach zastępczych takie leki dostawało 12,4
procent dzieci, podczas gdy w ogólnej populacji nieletnich uprawnionych
do takich świadczeń - zaledwie 1,4 procent44. Antypsychotyki
zmniejszają agresję i sprawiają, że dzieci są bardziej uległe, ale
negatywnie wpływają na ich motywację, ciekawość i chęć zabawy - aspekty
niezbędne w dojrzewaniu prawidłowo funkcjonującej w społeczności i współtworzącej ją jednostki. Leczone nimi dzieci są też bardziej
narażone na to, że staną się chorobliwie otyłe i zapadną na cukrzycę.
Jednocześnie wciąż wzrasta liczba przypadków przedawkowania leków
psychiatrycznych w połączeniu z przeciwbólowymi45.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
V. Felitti, et al., Relationship of Childhood Abuse and Household Dysfunction to Many of the Leading Causes of Death in Adults: The Adverse Childhood Experiences (ACE) Study, "American Journal of Preventive Medicine" 14, nr 4 (1998): 245-258. [wróć]
Święto niepodległości USA - przyp. tłum. [wróć]
A. Kardiner, The Traumatic Neuroses of War, Nowy Jork: P. Hoeber, 1941. Później odkryłem, że w czasach I i II wojny światowej wydano liczne podręczniki na temat traumy wojennej, ale - jak napisał w 1947 Abram Kardiner: "Kwestia neurotycznych zaburzeń w wyniku wojny w ostatnich dwudziestu pięciu latach w dużym stopniu podlegała kaprysom zainteresowania społecznego i fanaberiom psychiatrii. Ani społeczeństwo ani psychiatria nie interesują się już tym w takim stopniu, jak zaraz po I wojnie światowej. Dlatego te zaburzenia nie są przedmiotem ustawicznych badań". [wróć]
Ibidem, s. 7. [wróć]
B. A. van der Kolk, Adolescent Vulnerability to Post Traumatic Stress Disorder, "Psychiatry" 48 (1985): 365-370. [wróć]
S. A. Haley, When the Patient Reports Atrocities: Specific Treatment Considerations of the Vietnam Veteran, "Archives of General Psychiatry" 30 (1974): 191-196. [wróć]
E. Hartmann, B. A. van der Kolk i M. Olfield, A Preliminary Study of the Personality of the Nightmare Sufferer, "American Journal of Psychiatry" 138 (1981): 794-797; B. A. van der Kolk, et al., Nightmares and Trauma: Life-long and Traumatic Nightmares in Veterans, "American Journal of Psychiatry" 141 (1984): 187-190. [wróć]
B. A. van der Kolk i C. Ducey, The Psychological Processing of Traumatic Experience: Rorschach Patterns in PTSD, "Journal of Traumatic Stress" 2 (1989): 259-274. [wróć]
Najdłuższa bitwa armii amerykańskiej w II wojnie światowej, od 13 IX 1944 do 10 II 1945 - przyp. tłum. [wróć]
W przeciwieństwie do normalnych wspomnień, wspomnienia traumatyczne to bardziej fragmenty wrażeń, emocji, reakcji i obrazów, które są wciąż na nowo przeżywane w teraźniejszości. Badania wspomnień z Holocaustu prowadzone na Uniwersytecie Yale przez Dori Laub i Nanette C. Auerhahn, jak również książka Lawrence'a L. Langera Holocaust Testimonies: The Ruins of Memory, a przede wszystkim opisy Pierre'a Janeta z 1889, 1893 i 1905 na temat natury traumatycznych wspomnień pomogło nam uporządkować to, co widzieliśmy. Będziemy je omawiać w rozdziale o pamięci. [wróć]
D. J. Henderson, Incest, [w:] Comprehensive Textbook of Psychiatry, A. M. Freedman i H. I. Kaplan (red.), wyd. 2, Baltimore: Williams & Wilkins, 1974, s. 1536. [wróć]
Ibidem. [wróć]
K. H. Seal, et al., Bringing the War Back Home: Mental Health Disorders Among 103,788 U.S. Veterans Returning from Iraq and Afghanistan Seen at Department of Veterans Affairs Facilities, "Archives of Internal Medicine" 167, nr 5 (2007): 476-482; C. W. Hoge, J. L. Auchterlonie i C. S. Milliken, Mental Health Problems, Use of Mental Health Services, and Attrition from Military Service After Returning from Deployment to Iraq or Afghanistan, "Journal of the American Medical Association" 295, nr 9 (2006): 1023-1032. [wróć]
D. G. Kilpatrick i B. E. Saunders, Prevalence and Consequences of Child Victimization: Results from the National Survey of Adolescents: Final Report, Charleston, SC: National Crime Victims Research and Treatment Center, Department of Psychiatry and Behavioral Sciences, Medical University of South Carolina, 1997. [wróć]
U.S. Department of Health and Human Services, Administration on Children, Youth and Families, Child Maltreatment 2007, 2009. Patrz też: U.S. Department of Health and Human Services, Administration for Children and Families, Administration on Children, Youth and Families, Children's Bureau, Child Maltreatment 2010, 2011. [wróć]
G. Ross Baker, et al., The Canadian Adverse Events Study: The Incidence of Adverse Events among Hospital Patients in Canada, "Canadian Medical Association Journal" 170, nr 11 (2004): 1678-1686; A.C. McFarlane, et al., Posttraumatic Stress Disorder in a General Psychiatric Inpatient Population, "Journal of Traumatic Stress" 14, nr 4 (2001): 633-645; Kim T. Mueser, et al., Trauma and Posttraumatic Stress Disorder in Severe Mental Illness, "Journal of Consulting and Clinical Psychology" 66, nr 3 (1998): 493; National Trauma Consortium, www.nationaltraumaconsortium.org. [wróć]
E. Bleuler, Dementia Praecox or the Group of Schizophrenias, przeł. J. Zinkin, Waszyngton: International Universities Press, 1950, s. 227. [wróć]
L. Grinspoon, J. Ewalt i R. I. Shader, Psychotherapy and Pharmacotherapy in Chronic Schizophrenia, "American Journal of Psychiatry" 124, nr 12 (1968): 1645-1652. Patrz też:: L. Grinspoon, J. Ewalt i R. I. Shader, Schizophrenia: Psychotherapy and Pharmacotherapy, Baltimore: Williams and Wilkins, 1972. [wróć]
T. R. Insel, Neuroscience: Shining Light on Depression, "Science" 317, nr 5839 (2007): 757-758. Patrz też:: C. M. France, P. H. Lysaker i R. P. Robinson, The 'Chemical Imbalance' Explanation for Depression: Origins, Lay Endorsement, and Clinical Implications, "Professional Psychology: Research and Practice" 38 (2007): 411-420. [wróć]
B. J. Deacon i J. J. Lickel, On the Brain Disease Model of Mental Disorders, "Behavior Therapist" 32, nr 6 (2009). [wróć]
J. O. Cole, et al., Drug Trials in Persistent Dyskinesia (Clozapine), [w:] Tardive Dyskinesia, Research and Treatment, R. C. Smith, J. M. Davis i W. E. Fahn (red.), Nowy Jork: Plenum, 1979. [wróć]
E. F. Torrey, Out of the Shadows: Confronting America's Mental Illness Crisis, Nowy Jork: John Wiley & Sons, 1997). Jednakże równie ważne były inne czynniki, takie jak Community Mental Health Act prezydenta Kennedy'ego z 1963, w którym rząd federalny przejął płatności za opiekę psychiatryczną i który nagradzał stany za leczenie osób chorych psychicznie w ich środowisku, metodą ambulatoryjną. [wróć]
Komitet ds. Nomenklatury Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Grupa robocza ds. przeglądu DSM-III. Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, American Psychiatric Publishing, 1980. [wróć]
S. F. Maier i M. E. Seligman, Learned Helplessness: Theory and Evidence, "Journal of Experimental Psychology: General" 105, nr 1 (1976): 3; patrz też: M. E. Seligman, S. F. Maier i J. H. Geer, Alleviation of Learned Helplessness in the Dog, "Journal of Abnormal Psychology" 73, nr 3 (1968): 256; oraz R. L. Jackson, J. H. Alexander i S. F. Maier, Learned Helplessness, Inactivity, and Associative Deficits: Effects of Inescapable Shock on Response Choice Escape Learning, "Journal of Experimental Psychology: Animal Behavior Processes" 6, no. 1 (1980): 1. [wróć]
G. A. Bradshaw i A. N. Schore, How Elephants Are Opening Doors: Developmental Neuroethology, Attachment and Social Context, "Ethology" 113 (2007): 426-436. [wróć]
D. Mitchell, S. Koleszar i R. A. Scopatz, Arousal and T-Maze Choice Behavior in Mice: A Convergent Paradigm for Neophobia Constructs and Optimal Arousal Theory, "Learning and Motivation" 15 (1984): 287-301. Patrz też: D. Mitchell, E. W. Osborne i M. W. O'Boyle, Habituation Under Stress: Shocked Mice Show Nonassociative Learning in a T-maze, "Behavioral and Neural Biology" 43 (1985): 212-217. [wróć]
B. A. van der Kolk, et al., Inescapable Shock, Neurotransmitters and Addiction to Trauma: Towards a Psychobiology of Post Traumatic Stress, "Biological Psychiatry" 20 (1985): 414-425. [wróć]
C. Hedges, War Is a Force That Gives Us Meaning, Nowy Jork: Random House Digital, 2003. [wróć]
B. A. van der Kolk, The Compulsion to Repeat Trauma: Revictimization, Attachment and Masochism, "Psychiatric Clinics of North America: 12 (1989): 389-411. [wróć]
R. L. Solomon, The Opponent-Process Theory of Acquired Motivation: The Costs of Pleasure and the Benefits of Pain, "American Psychologist" 35 (1980): 691-712. [wróć]
H. K. Beecher, Pain in Men Wounded in Battle, "Annals of Surgery" 123, nr 1 (styczeń 1946): 96-105. [wróć]
B. A. van der Kolk, et al., Pain Perception and Endogenous Opioids in Post Traumatic Stress Disorder, "Psychopharmacology Bulletin" 25 (1989): 117-121. Patrz też: R. K. Pitman, et al., Naloxone Reversible Stress Induced Analgesia in Post Traumatic Stress Disorder, "Archives of General Psychiatry" 47 (1990): 541-547; oraz Solomon, Opponent-Process Theory of Acquired Motivation. [wróć]
J. A. Gray i N. McNaughton, The Neuropsychology of Anxiety: Reprise, [w:] Nebraska Symposium on Motivation, University of Nebraska Press, 1996, s. 43, 61-134. Patrz też: C. G. DeYoung i J. R. Gray, Personality Neuroscience: Explaining Individual Differences in Affect, Behavior, and Cognition, [w:] The Cambridge Handbook of Personality Psychology (2009), s. 323-346. [wróć]
M. J. Raleigh, et al., Social and Environmental Influences on Blood Serotonin Concentrations in Monkeys, "Archives of General Psychiatry" 41 (1984): 505-510. [wróć]
B. A. van der Kolk, et al., Fluoxetine in Post Traumatic Stress, "Journal of Clinical Psychiatry" (1994): 517-522. [wróć]
Dla tych spośród was, którzy kochają Rorschacha, to odwróciło stosunek sygnatur C + CF/FC. [wróć]
Grace E. Jackson, Rethinking Psychiatric Drugs: A Guide for Informed Consent, AuthorHouse, 2005; Robert Whitaker, Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs and the Astonishing Rise of Mental Illness in America, Nowy Jork: Random House, 2011. [wróć]
Wrócimy do tej kwestii w rozdziale 15., w którym omówimy nasze badanie porównujące prozak z EMDR, gdzie w leczeniu depresji (a przynajmniej tej związanej z traumą wieku dorosłego) EMDR dawało lepsze efekty odległe niż prozak. [wróć]
J. M. Zito, et al., Psychotropic Practice Patterns for Youth: A 10-Year Perspective, "Archives of Pediatrics and Adolescent Medicine" 157 (styczeń 2003): 17-25. [wróć]
en.wikipedia.org/ wiki/ List_ of_ largest_ selling_ pharmaceutical_ products. [wróć]
Lucette Lagnado, U.S. Probes Use of Antipsychotic Drugs on Children, "Wall Street Journal", 11 sierpnia 2013. [wróć]
Katie Thomas, J. & J. to Pay $2.2 Billion in Risperdal Settlement, "New York Times", 4 listopada 2013. [wróć]
M. Olfson, et al., Trends in Antipsychotic Drug Use by Very Young, Privately Insured Children, "Journal of the American Academy of Child & Adolescent Psychiatry" 49, nr 1 (2010): 13-23. [wróć]
M. Olfson, et al., National Trends in the Outpatient Treatment of Children and Adolescents with Antipsychotic Drugs, "Archives of General Psychiatry" 63, nr 6 (2006): 679. [wróć]
A. J. Hall, et al., Patterns of Abuse Among Unintentional Pharmaceutical Overdose Fatalities, "Journal of the American Medical Association" 300, nr 22 (2008): 2613-2620. [wróć]