Wstęp
Kiedy w trakcie doktoratu na Uniwersytecie
Illinois w Urbanie-Champaign prowadziłam badania z psychologii
poznawczej, od czasu do czasu chodziliśmy całą grupą na piwo i nachosy.
Była to dla nas świetna okazja, by wypytać naszego opiekuna naukowego o kwestie, które w trakcie bardziej formalnych, indywidualnych konsultacji
zapewne nie zostałyby poruszone. Podczas jednego z takich spotkań
zebrałam się na odwagę, żeby zadać mu pytanie, które już od jakiegoś
czasu krążyło mi po głowie: "Czy psychologia poznawcza może zmienić
świat na lepsze?".
Miałam wrażenie, że pytanie jest nieco oderwane od rzeczywistości - już
dawno zdecydowałam się poświęcić tej dziedzinie swoje życie, więc na
zadawanie takich pytań było trochę za późno. Jednak, mimo że miałam już
okazję prezentować swoje odkrycia na międzynarodowych konferencjach
naukowych poświęconych kognitywistyce i byłam na dobrej drodze do ich
publikacji w szanowanych periodykach psychologicznych, trudno mi było
wytłumaczyć kolegom ze szkoły średniej, w jaki sposób moja praca wpływa
na prawdziwe życie. Wcześniej tego dnia przekopywałam się przez artykuł,
którego autor za główny cel najwyraźniej postawił sobie udowodnienie,
jakim jest bystrzakiem, i wziął na warsztat zawiły problem,
nieistniejący w prawdziwym świecie. To (oraz niewielka ilość piwa)
dodało mi odwagi, żeby w końcu zadać moje pytanie.
Nasz opiekun słynął z powściągliwości. Gdybym spytała go, czy w kolejnym
eksperymencie mam zrobić A czy B, to odpowiedziałby mgliście: "tak" albo
odbiłby piłeczkę, pytając: "A ty jak myślisz?". Tym razem zadałam proste
pytanie typu tak-nie, więc usłyszałam równie prostą odpowiedź: "tak".
Razem z kolegami siedzieliśmy w ciszy przez co najmniej 5 minut (a przynajmniej tak nam się wydawało), czekając na rozwinięcie tematu, ale
nie padło już żadne słowo.
Przez kolejne 30 lat usiłowałam odpowiedzieć na to pytanie samodzielnie,
pracując nad zagadnieniami, które, liczę na to, mają zastosowanie w prawdziwym życiu. W badaniach prowadzonych na Uniwersytecie Yale, gdzie
od 2003 roku jestem profesorem psychologii, przeanalizowałam niektóre
błędy poznawcze zwodzące nas na manowce, a także opracowałam strategie
korygowania ich za pomocą metod znajdujących bezpośrednie zastosowanie w codziennym życiu.
Oprócz konkretnych błędów poznawczych, jakie zdecydowałam się badać,
przyglądałam się również wielu innym z życia wziętym "kłopotom z myśleniem", które mogą stanowić źródło problemów zarówno dla mnie, jak i dla mojego otoczenia - studentów, przyjaciół, rodziny. Widziałam, jak
moi studenci odsuwają w czasie wywiązanie się z określonych zadań,
ponieważ nie doceniają trudu, jaki sprawi im zmierzenie się w przyszłości z dokładnie takim samym zadaniem, jakie z powodzeniem
mogliby wykonać już teraz. Pewna studentka opowiedziała mi, że została
błędnie zdiagnozowana, ponieważ lekarz zadawał jej wyłącznie pytania,
które potwierdzały jego pierwotną hipotezę. Zauważałam smutek u osób,
które obwiniają się za wszystkie kłopoty, ponieważ widzą tylko jedną
stronę medalu, oraz nieszczęścia powodowane przez osoby, które nigdy nie
poczuwają się do winy. Byłam świadkiem frustracji par, które sądziły, że
komunikują się ze sobą wyjątkowo precyzyjnie, a w rzeczywistości
zupełnie się nie rozumiały.
Widziałam również, jak "kłopoty z myśleniem" doprowadzają do powstania
problemów, które daleko wykraczają poza prywatne życie jednostek. Te
fundamentalne błędy i uprzedzenia przyczyniają się do rozmaitych napięć
na tle społecznym, które uwidoczniają się m.in. w polaryzacji sceny
politycznej, działaniach pogłębiających kryzys klimatyczny, profilowaniu
etnicznym, strzelaninach z udziałem policji i niemal każdym innym
problemie opartym na stereotypach i uprzedzeniach.
Żeby pokazać studentom, jak psychologia może pomóc im rozpoznawać
niektóre z tych codziennych problemów, mierzyć się z nimi i podejmować
lepsze decyzje, zaczęłam prowadzić kursy uniwersyteckie zatytułowane
"Myślenie". Najwyraźniej odpowiedziały na pewną żywotną potrzebę,
ponieważ w samym 2019 roku zapisało się na nie ponad 450 studentów.
Wyglądało na to, że ludzie są spragnieni wskazówek, jakich dostarcza
psychologia, więc informację o wykładach przekazywali sobie z ust do
ust. Zauważyłam wtedy coś ciekawego: kiedy miałam okazję rozmawiać z rodzinami odwiedzającymi kampus, często okazywało się, że studenci
dzwonią do domu i opowiadają, jak nauczyli się radzić sobie z życiowymi
problemami - a niektórzy zaczęli nawet doradzać krewnym, w tym własnym
rodzicom. Według relacji moich współpracowników studenci prowadzili w stołówce ożywione dyskusje na temat implikacji eksperymentów, o których
mówiliśmy na zajęciach. Kiedy rozmawiałam z osobami spoza środowiska na
tematy poruszane w trakcie zajęć, pytały, gdzie mogą dowiedzieć się
czegoś więcej. Wszystko to sugerowało, że ludzie naprawdę chcą i potrzebują takich narzędzi, postanowiłam więc napisać książkę, która
przybliży temat szerszemu gronu odbiorców.
Wybrałam osiem zagadnień, które według mnie są najbardziej adekwatne do
problemów, z jakimi na co dzień mierzą się moi studenci i inni ludzie (w tym ja sama!). Każdy rozdział omawia jeden z nich, a napisane są w taki
sposób, że choć niekiedy odwołuję się do zagadnień z innych części
książki, można je czytać w dowolnej kolejności.
Choć mówię o błędach i uprzedzeniach w myśleniu, nie jest to książka o tym, co jest z ludźmi nie tak. "Kłopoty z myśleniem" zdarzają się,
ponieważ jesteśmy zaprogramowani w pewien konkretny sposób, i w większości mają uzasadnienie. Błędy wnioskowania to zwykle produkty
uboczne wysoce rozwiniętych zdolności poznawczych, które sprawiły, że
nasz gatunek zaszedł tak daleko, przetrwał i ma się dobrze. W efekcie
rozwiązania tych problemów bywają trudno osiągalne. Oduczanie się błędów
poznawczych to za każdym razem naprawdę wielkie wyzwanie.
Co więcej, jeśli mamy unikać błędów i uprzedzeń, nie wystarczy, że
uświadomimy sobie, jaka jest ich natura, i zanotujemy w myślach, że nie
powinniśmy ich popełniać. To tak jak z bezsennością: kiedy nas dotyka,
dokładnie wiemy, w czym tkwi problem - nie możemy spać. Ale nie
rozwiążemy go, mówiąc sobie, że powinniśmy więcej spać. Analogicznie,
nawet jeśli dobrze znamy niektóre z przekłamań omawianych w tej książce,
musimy znaleźć na nie receptę lepszą niż samo stwierdzenie: przestań to
robić. Na szczęście rosnąca liczba badań potwierdza, że istnieją
praktyczne strategie, które można zastosować w celu ulepszenia swojego
procesu wnioskowania. Strategie te mogą nam także pomóc wychwycić te
elementy, nad którymi nie umiemy zapanować, a nawet pokazać, w jaki
sposób rozwiązania, które początkowo wyglądały obiecująco, mogą obrócić
się przeciwko nam.
Ta książka powstała na podstawie badań naukowych, głównie z dziedziny
psychologii poznawczej, a także badań własnych. Wiele eksperymentów, na
które się powołuję, uznaje się za klasyczne - przetrwały one próbę
czasu; inne z kolei prezentują najnowsze odkrycia w tej dziedzinie. Do
zilustrowania każdego problemu, podobnie jak na wykładach, sięgam po
przykłady inspirowane rozmaitymi aspektami życia. Mam ku temu powody,
które z czasem ujawnię.
Powróćmy zatem do pytania, które zadałam niegdyś swojemu opiekunowi
naukowemu: "Czy psychologia poznawcza może zmienić świat na lepsze?".
Odkąd po raz pierwszy je postawiłam, minęły całe lata, a ja przez ten
czas nabierałam stopniowo przekonania, że odpowiedź brzmi dokładnie tak
jak w zwięzłych słowach wyraził ją mój opiekun: "tak". Absolutnie tak.
Rozdział 1. Złudny urok biegłości
Rozdział 1
Złudny urok biegłości
Dlaczego to wydaje się takie proste?
Licząca 450 miejsc aula Levinsona to jedna
z największych sal wykładowych Uniwersytetu Yale, a w poniedziałki i środy między godziną 11.35 a 12.50, kiedy odbywają się moje zajęcia w ramach kursu o nazwie "Myślenie", niemal wszystkie siedzenia są zajęte.
Dzisiejsze spotkanie, poświęcone przesadnej pewności siebie, zapowiada
się wyjątkowo interesująco, ponieważ planuję poprosić, aby kilkoro
studentów wyszło na środek i zatańczyło do teledysku z muzyką k-popową.
Rozpoczynam wykład, opisując efekt ponadprzeciętności. Kiedy milion
uczniów szkół wyższych poproszono o ocenę swoich zdolności przywódczych,
70 procent uznało je za ponadprzeciętne, a spytani o umiejętność
dogadywania się z ludźmi, w 60 procentach umieścili się w górnych 10
percentylach. Kiedy wśród wykładowców uniwersyteckich przeprowadzono
ankietę dotyczącą ich umiejętności przekazywania wiedzy, dwie trzecie
oceniło, że znajduje się w górnych 25 procentach. Prezentuję studentom
te i inne przykłady zbyt wspaniałomyślnej samooceny i zadaję im
następujące pytanie: "Jaki odsetek Amerykanów uznaje się według was za
kierowców lepszych od przeciętnych?". Studenci rzucają w odpowiedzi
coraz większe wartości, na przykład 80 i 85 procent, i chichoczą, bo ich
szacunki wydają się mocno przesadzone. A jednak okazuje się, że i tak
strzelali za nisko - poprawna odpowiedź to 93 procent.
Aby naprawdę przekazać studentom wiedzę o błędach rozumowania, nie
wystarczy po prostu opisać wyniki badań; staram się, aby doświadczyli
błędów na własnej skórze, a tym samym ustrzegli się wpadnięcia w pułapkę
"to nie o mnie" - przekonania, że choć inni mogą popełniać określone
błędy poznawcze, ja sam jestem na nie odporny. Na przykład dany student
może uważać, że nie jest nadmiernie pewny siebie, ponieważ czasami czuje
się niepewnie. Ktoś inny może pomyśleć, że skoro z reguły dość trafnie
szacuje, jak poradził sobie na egzaminie, to potrafi równie dobrze
ocenić swoje notowania względem rówieśników w zakresie przywództwa,
relacji międzyludzkich czy umiejętności prowadzenia samochodu. I w tym
momencie na scenę wkraczają tancerze.
Pokazuję grupie sześciosekundowy fragment klipu Boy with Luv zespołu
BTS1, który na YouTubie obejrzało ponad 1,4 miliarda osób.
Specjalnie wybrałam segment o niezbyt skomplikowanej choreografii.
(Jeśli już znaleźliście ten teledysk - chodzi mi o fragment między 1:18
a 1:24).
Odtwarzam klip i mówię studentom, że dla osób, które będą umiały tak
zatańczyć, przewiduję nagrody. Oglądamy nagranie jeszcze dziesięć razy.
Odtwarzamy nawet wersję w zwolnionym tempie, nagraną specjalnie z myślą
o osobach, które chcą opanować krok do tej piosenki. Następnie proszę,
żeby zgłaszali się ochotnicy. W poszukiwaniu chwilowej sławy na środek
sali wychodzi dziesięcioro odważnych studentów, podczas gdy reszta
głośno im kibicuje. Jestem pewna, że wielu innym wydaje się, że też
potrafią powtórzyć sekwencję kroków. Widzieliśmy klip tak wiele razy, że
nawet ja mam wrażenie, że dałabym radę - w końcu to tylko sześć sekund;
to nie może być aż tak trudne.
Publiczność żąda, żeby ochotnicy zwrócili się przodem do sali, nie do
ekranu. Włączam muzykę. Śmiałkowie zaczynają chaotycznie wymachiwać
ramionami, podskakiwać i wierzgać, bez cienia synchronizacji. Jeden
wymyśla zupełnie nowe kroki. Część daje za wygraną już po trzech
sekundach. Wszyscy histerycznie się śmieją.
EFEKT BIEGŁOŚCI
Wszystko, co nasz umysł potrafi łatwo przetworzyć, wzbudza w nas
nadmierne poczucie pewności. Taki efekt biegłości może nas na różne
sposoby przechytrzyć.
Złudzenie nabycia umiejętności
Pierwowzorem uniwersyteckiej prezentacji wykorzystującej teledysk BTS
było badanie złudzenia biegłości, jakie powstaje, kiedy nabywamy nowe
umiejętności2. Jego uczestnicy oglądali sześciosekundowe
nagranie wideo przedstawiające Michaela Jacksona, który wykonuje
moonwalka - słynny krok taneczny, podczas którego artysta wydaje się iść
do tyłu, nie odrywając stóp od podłogi. Krok nie wygląda na
skomplikowany, a Jackson wykonuje go lekko i bez zastanowienia.
Część badanych obejrzała nagranie raz, część dwadzieścia razy. Następnie
poproszono uczestników, aby ocenili, jak dobrze byliby w stanie wykonać
moonwalka samodzielnie. Osoby, które widziały klip dwadzieścia razy,
były znacznie bardziej pewne siebie niż te, które zrobiły to tylko raz.
Ponieważ obejrzały tak wiele powtórzeń klipu, były przekonane, że
zapamiętały każdy najmniejszy ruch i mogą go z łatwością odtworzyć. Ale
kiedy nadszedł moment prawdy i uczestników poproszono, aby faktycznie
wykonali moonwalka, nie było absolutnie żadnej różnicy między występami
obydwu tych grup. Obserwowanie, jak Michael Jackson dwadzieścia razy
wykonuje moonwalka, bez możliwości przećwiczenia samemu kroku, z nikogo
nie uczyniło lepszego tancerza.
Ludzie często ulegają złudzeniu, że są w stanie powtórzyć jakiś wyczyn,
kiedy zobaczą, że ktoś inny dokonuje tego bez wysiłku. Ileż to razy
zdarzało nam się śpiewać w myślach przebój Whitney Houston "And
A-A-A-A-I-A-A-A-J-J will always love you" z przekonaniem, że
wyciągnięcie tych wysokich tonów nie może być przecież aż takie trudne?
Zrobić suflet, obejrzawszy na YouTubie, jak robi go ktoś inny? Rozpocząć
nową dietę, zobaczywszy zdjęcia "przed" i "po"?
Kiedy widzimy produkt końcowy, który wygląda po mistrzowsku,
profesjonalnie, a może zupełnie normalnie, jak puszysty suflet lub
wysportowana znajoma, popełniamy błąd, myśląc, że proces, który
doprowadził do takiego rezultatu, również był płynny, bezproblemowy i prosty. Kiedy czytamy łatwą do zrozumienia książkę, możemy odnieść
wrażenie, że było ją również łatwo napisać. Osoba, która nigdy nie
jeździła na łyżwach, zastanawia się, dlaczego jakaś łyżwiarka figurowa
upada, wykonując podwójnego axla, a wiele innych akrobacji wychodzi jej
tak naturalnie. Łatwo zapominamy, że książka wymagała wielu poprawek, a podwójne axle - wielu treningów. Jak stwierdziła kiedyś Dolly Parton:
"To zaskakujące, jak dużo kosztuje, aby wyglądać tak tanio".
Kolejnym przykładem, jak zwodniczy może być efekt biegłości, są wykłady
TED Talks. Trwają one zwykle 18 minut, co oznacza, że ich scenariusz
mieści się na 6-8 stronach. Zważywszy, że mówcy muszą być ekspertami w swojej dziedzinie, można by pomyśleć, że przygotowanie tak krótkiej
przemowy to bułka z masłem - niektórzy może nawet improwizują. A jednak,
według wytycznych TED, mówcy powinni poświęcić na przygotowania kilka
tygodni, a nawet miesięcy. Trenerzy wystąpień publicznych uszczegółowili
wytyczne, które musi spełniać wykład TED - trzeba poświęcić co najmniej
godzinę na powtórkę każdej minuty wykładu. Innymi słowy, mówca musi
powtórzyć swoje wystąpienie 60 razy. A tych dwadzieścia kilka godzin to
tylko próby - nie wliczają się w to godziny, dni i tygodnie potrzebne na
to, aby wymyślić, co powinno zawierać się na tych 6-8 stronach
scenariusza, i jeszcze ważniejsze, co należałoby z nich wyrzucić.
Krótkie prezentacje w zasadzie nawet trudniej przygotować niż te długie,
ponieważ podczas nich nie ma czasu na zastanawianie się nad kolejnym
zdaniem lub płynnym przejściem do następnego punktu. Spytałam kiedyś
mojego dawnego studenta, który pracuje teraz w prestiżowej firmie
konsultingowej, czy uważa, że studia w Yale przygotowały go do tej
pracy. Powiedział, że jedynym, czego mu zabrakło podczas nauki, było to,
jak przekonać do czegoś klienta w trzy minuty. Taką prezentację
najtrudniej przeprowadzić, bo liczy się każde słowo - a jednak, jeśli
została przygotowana dobrze, myślimy, że to prosta sprawa.
Złudzenie wiedzy
Złudzenie biegłości nie ogranicza się do umiejętności tańczenia,
śpiewania czy wygłaszania wykładów. Z innym jego rodzajem mamy do
czynienia w dziedzinie wiedzy. Chętniej damy wiarę nowym wynikom, jeśli
zrozumiemy, jak je otrzymano.
Weźmy na przykład srebrną taśmę klejącą. Używamy jej do naprawy niemal
wszystkiego - od uszczelnienia dziury w trampku po awaryjne załatanie
rozprutych spodni. Badania wykazały, że taka taśma usuwa także kurzajki,
i to równie, a niekiedy nawet bardziej skutecznie niż klasyczna terapia
ciekłym azotem. Trudno nam w to uwierzyć, dopóki nie poznamy
wyjaśnienia: kurzajki wywołuje wirus, który obumiera, jeśli pozbawi się
go dostępu powietrza i światła. A właśnie to dzieje się, kiedy zaklejamy
kurzajkę nieprzezroczystą taśmą. Kiedy już znamy mechanizm stojący za
tym procesem, dużo łatwiej nam uwierzyć w terapeutyczną moc srebrnej
taśmy.
Poświęciłam temu zjawisku kilka moich wcześniejszych badań, a konkretnie, badałam to, że ludzie są bardziej skłonni wywodzić z danej
korelacji przyczynę, jeśli dostrzegają mechanizm leżący u podłoża tejże
korelacji3. Choć twarde dane pozostają te same, jesteśmy dużo
bardziej skłonni wyciągać wnioski przyczynowe, jeśli możemy
zwizualizować sobie płynny proces, który doprowadził do określonego
wyniku. Nie ma w tym nic złego, chyba że mechanizm leżący u podstawy
procesu jest błędny. Jeśli jesteśmy niesłusznie przekonani, że rozumiemy
zachodzący proces, to z większym prawdopodobieństwem wyciągniemy
fałszywy wniosek przyczynowy.
Pozwólcie, że podam konkretny przykład. Prowadząc badania nad tymi
kwestiami, natrafiłam na książkę zatytułowaną The Cosmic Clocks: From
Astrology to a Modern Science (Kosmiczne zegary: od astrologii do
współczesnej nauki), którą w latach 60. napisał samozwańczy
"neoastrolog" Michel Gauquelin. Książkę rozpoczyna prezentacja danych
statystycznych (choć wiarygodność części z nich stoi pod znakiem
zapytania, na potrzeby naszego przykładu przyjmijmy, że wszystkie są
prawdziwe). Gauquelin pisze na przykład, że osoby urodzone tuż po
wschodzie i kulminacji Marsa - cokolwiek to znaczy - mają większe
szanse, aby zostać w przyszłości wybitnymi lekarzami, naukowcami czy
sportowcami. Do tego rodzaju wniosków doprowadziły go setki, a w niektórych wypadkach nawet tysiące szczegółowych danych oraz
skomplikowane statystyki. Mimo to nie brakowało sceptyków. Nawet autora
zaskoczyły jego własne odkrycia, zaczął więc szukać wyjaśnienia.
Odrzucił mniej naukową hipotezę, że planety w jakiś sposób nadają
dzieciom określone talenty w chwili urodzenia. Zamiast tego zaproponował
na pozór logiczne uzasadnienie. Jak pisze, nasza osobowość, cechy i inteligencja są do pewnego stopnia wrodzone, co oznacza, że są w nas
obecne już w łonie matki. Kiedy płody są gotowe, aby przyjść na świat,
wysyłają sygnały chemiczne, przyśpieszając w ten sposób poród. A płody o konkretnych cechach charakteru sygnalizują, że są gotowe do porodu w reakcji na subtelne siły grawitacyjne uwarunkowane wydarzeniami
pozaziemskimi. W obliczu tak rozbudowanego wyjaśnienia nawet sceptyk
może zbłądzić i zmienić swoją reakcję z "nie ma mowy" na "hm".
Być może zjawisko złudzenia wiedzy tłumaczy, dlaczego niektóre teorie
spiskowe mają się tak dobrze. Teoria, jakoby Lee Harvey Oswald, zabójca
Johna F. Kennedy'ego, był agentem CIA, wydaje się naciągana, ale kiedy
dodamy uzasadnienie, że CIA była zaniepokojona podejściem prezydenta do
komunizmu, brzmi już bardziej wiarygodnie. Teoria ruchu QAnon, głosząca,
że prezydent Trump potajemnie zwalczał klikę satanistów-pedofili i kanibali ukrywających się w "głębokim państwie", pochodzi rzekomo od
informatora, "Q", który dzięki posiadaniu przepustki o wysokich
uprawnieniach dostępu miał wgląd w wewnętrzne prace rządu. Nic tu nie
jest oczywiście prawdą, ale złudzenie wiedzy, które wykreował Q,
okraszając swoje posty żargonem operacyjnym, skłoniło wielu do uznania
ich za wiarygodne.
Złudzenie wynikające z dostępu do informacji niezwiązanych z tematem
Najbardziej zdradliwy i irracjonalny jest trzeci rodzaj efektu
biegłości. Do tej pory opisałam skutki rzekomej biegłości w sprawach,
które mamy w zasięgu ręki - uważamy się za biegłych w kwestii
czekającego nas zadania, więc bagatelizujemy jego stopień trudności.
Poznawszy mechanizmy leżące u podłoża określonych twierdzeń, jesteśmy
bardziej skłonni zaakceptować nieakceptowalne spostrzeżenia dotyczące
danego faktu, choć sam "fakt" nic a nic się nie zmienił. Lecz nasze
osądy mogą zostać zniekształcone również wtedy, gdy przypiszemy sobie
biegłość odnośnie do czynników, które nie mają najmniejszego związku z osądami, jakie pod ich wpływem wydajemy.
Na przykład pewne badanie miało ustalić, czy nazwy spółek giełdowych
mogą wpłynąć na oczekiwania klientów wobec ich wyników
rynkowych4. Owszem, efekt biegłości dotyczy również i nazw.
Na początek badacze posłużyli się zmyślonymi nazwami o dwóch
kategoriach: łatwe do wymówienia (Flinks, Tanley) i trudniejsze
(Ulymnius, Queown). Choć badani nie otrzymali żadnych dodatkowych
informacji, ocenili, że akcje spółek łatwiejszych do wymówienia (spora
biegłość wymowy) będą zwyżkować, natomiast akcje przedsiębiorstw o trudnych do wymówienia nazwach (mniejsza biegłość) zanotują spadki.
Badacze przyjrzeli się również nazwom prawdziwych spółek (zestawiając na
przykład Southern Pacific Rail Corp. z Guangshen Railway Co.) i prześledzili zmiany kursów ich akcji na nowojorskiej giełdzie. Spółki o łatwiejszych nazwach radziły sobie lepiej niż te o nazwach trudnych;
okazało się, że jeśli ktoś zainwestował w dziesięć spółek o nazwach
najłatwiejszych w wymowie i w dziesięć spółek o nazwach najtrudniejszych
w wymowie, to te o nazwach łatwych do wymówienia przyniosły o 113, 119,
277 i 333 dolarów większy zysk w ciągu, odpowiednio, jednego dnia,
jednego tygodnia, sześciu miesięcy i jednego roku.
Część czytelników może pomyśleć, że to po prostu dlatego, że te nazwy
spółek, które trudno wymówić, brzmią dla amerykańskich graczy giełdowych
bardziej obco. W ostatnim badaniu wzięto więc na warsztat łatwość
wymówienia trzyliterowych symboli giełdowych spółek. Niektóre, jak KAR -
skrót od KAR Global - da się wymówić jak jedno słowo, podczas gdy inne,
jak HPQ - Hewlett-Packard - już nie. Co zaskakujące, spółki o łatwych do
wymówienia symbolach giełdowych radziły sobie wyraźnie lepiej niż te o symbolach niewymawialnych, zarówno na nowojorskiej, jak i amerykańskiej
giełdzie papierów wartościowych. Relatywne postrzeganie czytelności
symboli giełdowych spółek nie powinno mieć absolutnie nic wspólnego z ich wartością jako firm - jest to całkowicie arbitralne - a jednak
inwestorzy wyżej cenili firmy, których symbole giełdowe dało się łatwo
wymówić, niż te, których symbole były pod tym względem trudne.
Jeśli nie interesują was indeksy giełdowe, przyjrzyjmy się tajemniczemu
efektowi biegłości wykreowanemu przez wyszukiwarki internetowe. W dzisiejszych czasach można wygooglować wszystko. Jest jednak pewien
minus posiadania dostępu do specjalistycznych informacji - rodzi to
nadmierną pewność siebie; sprawia, że ludzie sądzą, iż wiedzą więcej,
niż naprawdę wiedzą, i to nawet na tematy, których wcale w Google nie
wyszukiwali5.
Uczestników pewnego badania poproszono o udzielenie odpowiedzi na
pytania w rodzaju: "Dlaczego istnieje rok przestępny?" lub "Dlaczego
Księżyc ma fazy?". Połowa uczestników mogła poszukać odpowiedzi w internecie, druga połowa - nie miała takiej możliwości. W drugiej części
badania wszyscy uczestnicy otrzymali nowy zestaw pytań, takich jak: "Co
wywołało wojnę secesyjną?" i "Dlaczego w szwajcarskim serze są dziury?".
Pytania te nie miały związku z zagadnieniami z pierwszej części badania,
więc uczestnicy, którzy wcześniej korzystali z internetu, nie mieli
absolutnie żadnej przewagi nad pozostałymi. Można by przypuszczać, że
obie grupy badanych będą prezentowały podobny poziom pewności lub braku
pewności co do znajomości odpowiedzi na nowe pytania. Jednak badani,
którzy w pierwszej fazie eksperymentu korzystali z internetu, wyżej
ocenili swoje obeznanie niż grupa druga, nawet w tematach, których nie
googlowali. Dostęp do niepowiązanych informacji wystarczył, aby zawyżyli
swoją intelektualną pewność siebie.
ADAPTACYJNA NATURA EFEKTU BIEGŁOŚCI
Chociaż wiem, na czym polega efekt biegłości, to i mnie zdarza się paść
jego ofiarą. Obejrzałam kiedyś na YouTubie 40-minutowy film o pielęgnacji długowłosych psów, a następnie, spędziwszy kolejne 40 minut
na bezowocnych próbach uczesania mojego pięknego hawańczyka, zadałam
kłam twierdzeniu Amerykańskiego Klubu Kynologicznego, jakoby "hawańczyki
wyglądały prześlicznie w każdym uczesaniu".
Jestem równie naiwna w kwestii katalogów ogrodniczych. Za każdym razem,
gdy widzę nieskazitelnie zadbane ogródki, zwłaszcza warzywne, zamawiam
tak dużo nasion, że wystarczyłoby ich na obsianie pół hektara ziemi,
której nie posiadam, a następnie szykuję rozsadę i pielęgnuję ją pod
specjalnymi lampami. Biorąc pod uwagę ilość wydanych pieniędzy, raczej
nie mam się czym pochwalić. W zeszłym roku zebrałam w sumie cztery
papryki i trzy razy zjadłam sałatkę z jarmużu. A w katalogu wszystko
wydawało się takie łatwe!
Od ponad 30 lat przekazuję wiedzę na temat błędów poznawczych i badam
je, a jednak dałam się nabrać youtube'owemu pokazowi umiejętności psiego
fryzjera, który odznaczał się biegłością i robił wszystko bez wysiłku, a także olśniewającym fotografiom kwitnących ogrodów. Czy celem nauki o błędach poznawczych nie jest przypadkiem to, żeby umieć je rozpoznawać i omijać? Skoro taki ze mnie ekspert, to dlaczego nie jestem na nie
odporna?
Odpowiedź brzmi następująco: jesteśmy podatni na błędy poznawcze nawet
wtedy, kiedy już jesteśmy ich świadomi, ponieważ większość z nich (a może nawet wszystkie) to produkty uboczne wysoce adaptacyjnych
mechanizmów, które wyewoluowały w ciągu tysięcy lat, aby pomóc nam
przetrwać jako gatunkowi. Nie da się ich po prostu wyłączyć.
Efekt biegłości wynika z prostej reguły wykorzystywanej w procesie,
który psychologowie nazywają metapoznaniem. To ustalanie, czy już coś
umiesz lub wiesz - na przykład czy umiesz pływać lub czy wiesz, co to
jest kredyt hipoteczny ze stałą stopą oprocentowania. Metapoznanie to
bardzo ważny element procesu poznawczego. Jeśli nie umiesz pływać, to
wiesz, że nie możesz wskoczyć do głębokiego basenu, choćby w upalny
dzień naszła cię chęć, aby się szybko schłodzić. Jeśli sformułowanie
"kredyt hipoteczny ze stałą stopą oprocentowania" nic ci nie mówi, to
wiesz, że musisz zdobyć odpowiednie informacje, zanim go zaciągniesz.
Metapoznanie ukierunkowuje nasze działania: jeśli wiemy, co już wiemy,
to wiemy też, czego unikać, czego poszukiwać i gdzie wskakiwać lub nie.
Nie umiemy bez tego żyć.
Jedną z najbardziej użytecznych wskazówek metapoznania jest poczucie
znajomości, łatwości, biegłości. Czujemy się obeznani z tym, co wiemy i co potrafimy. Jeśli spytam, czy znasz pana Johna Robertsona, to możesz
odpowiedzieć "tak", "nie" lub "być może", w zależności od tego, jak
znajomo brzmi dla ciebie to nazwisko. Kiedy znajdziesz się w wypożyczalni samochodów za granicą, gdzie dostępne są tylko pojazdy z manualną skrzynią biegów, to staniesz przed koniecznością oceny, czy
nadal potrafisz takie auto prowadzić - to znaczy, czy idea naciskania
lewą stopą sprzęgła przy jednoczesnym obsługiwaniu prawą ręką drążka
zmiany biegów jest ci wystarczająco bliska.
Jednak zasada znajomości to wyłącznie heurystyka, ogólnik, droga na
skróty do znalezienia odpowiedzi przy stosunkowo niewielkim wysiłku. Na
przykład istnieje pewna znana reguła pozwalająca oszacować, na jak duży
dom nas stać - to reguła 28 procent: miesięczna rata kredytu
hipotecznego nie powinna być wyższa niż 28 procent miesięcznego dochodu
przed opodatkowaniem. Heurystyki nie gwarantują doskonałych rozwiązań.
Reguła 28 procent to tylko luźna wytyczna, a to, czy stać nas na zakup
danego domu, czy nie, zależy ostatecznie od paru innych czynników.
Podobnie posługiwanie się zasadą znajomości lub biegłości podczas
podejmowania metapoznawczych osądów to droga na skróty, jaką wybieramy w sytuacjach, w których nie możemy w sposób systematyczny zweryfikować,
czy coś wiemy. Nie możemy na przykład przeprowadzać praktycznego testu
za każdym razem, kiedy musimy ocenić, czy umiemy pływać, opieramy się
zatem na naszym odczuciu stopnia opanowania tej umiejętności.
Problem w tym, że heurystyka, która zazwyczaj działa na naszą korzyść,
może niekiedy spłatać nam figla, co zobaczyliśmy przed chwilą. Poprzez
wielokrotne oglądanie nagrań wideo dogłębnie zaznajamiamy się z umiejętnością wykonywania moonwalka, a takie poczucie biegłości prowadzi
nas do błędnego przekonania, że potrafimy samodzielnie wykonać ten krok.
Podobnie potrafimy sobie z łatwością wyobrazić, jak wysiewamy nasiona,
nawozimy je i podlewamy, aby potem zebrać wyśmienite, dojrzałe warzywa,
i w efekcie nawet wykładowczyni akademicka przekazująca wiedzę o błędach
poznawczych może ulec złudzeniu, że jest urodzoną ogrodniczką.
Choć heurystyka znajomości czy biegłości może nas czasem wywieść w pole,
jest to bardzo użyteczne narzędzie, które przypomina nam, co tak
naprawdę wiemy i znamy. Może okazać się, że właśnie dlatego ludzie
nauczyli się na nim polegać - korzyści płynące z metapoznania
przewyższają koszty złudzeń, jakie ono niekiedy wywołuje. Ale dość już
abstrakcji - przejdźmy do konkretów i przeanalizujmy to zagadnienie
jeszcze raz, idąc w ślady Daniela Kahnemana, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, który w swojej słynnej książce zatytułowanej
Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym posłużył się analogią
opartą na dobrze znanej iluzji optycznej.
Obraz świata, jaki widzi oko, wyświetlany jest na płaskim ekranie -
siatkówce, którą tworzy warstwa światłoczułej tkanki zlokalizowanej z tyłu gałki ocznej. Ponieważ siatkówka jest płaska, obrazy, które mózg
odbiera za jej pośrednictwem, są dwuwymiarowe. Problem w tym, że świat
ma trzy wymiary. Aby uzyskać jego obraz w 3D, układ wzrokowy w mózgu
posługuje się rozmaitymi wskazówkami. Jedna z nich to perspektywa
linearna - wrażenie, że równoległe linie zbiegają się w jednym, odległym
punkcie, tak jak przedstawiono na poniższym rysunku. Nasz układ wzrokowy
automatycznie zakłada, że za każdym razem, gdy widzimy dwie linie
zbiegające się w kierunku niewidocznego punktu w oddali, obiekt bliższy
temu punktowi (linia A na rysunku) musi znajdować się dalej od nas niż
obiekt na pierwszym planie (linia B na rysunku). Ponieważ wiemy, że
oddalone obiekty wydają się mniejsze, to widząc dwie identyczne poziome
linie umieszczone w perspektywie linearnej, nasz układ wzrokowy zakłada,
że ta bliższa punktowi w oddali musi być dłuższa. W rzeczywistości linie
A i B są tej samej długości, jednak nasz układ wzrokowy "myśli", że
linia A musi być dłuższa, niż faktycznie jest. Nazywamy to złudzeniem
Ponza, od nazwiska Maria Ponza, włoskiego psychologa, który po raz
pierwszy je zaprezentował. Za pomocą linijki lub palca można sprawdzić,
że długość linii A i B jest dokładnie taka sama, a jednak nawet wtedy
linia A będzie wydawała się dłuższa. Na tej samej zasadzie funkcjonują
złudzenia poznawcze, takie jak efekt biegłości - utrzymują się one,
nawet jeśli rozumiemy, że to tylko złudzenia.
A jednak stwierdzenie, że powinniśmy zawsze dyskredytować nasze poczucie
biegłości, żeby przypadkiem nie wpaść w pułapkę przesadnej pewności
siebie, byłoby równie absurdalne, co uznanie, że powinniśmy przestać
posługiwać się perspektywą linearną i po prostu postrzegać świat jako
płaski, a wtedy przezwyciężymy złudzenie Ponza. Złudzenia są
konsekwencją przeróżnych wskazówek i metod wykształconych przez nasze
systemy poznawcze po to, abyśmy mogli odnaleźć się w niepewnym świecie
nieskończonych możliwości. To jasne, że warto żyć ze złudzeniem Ponza,
skoro system, który je wywołuje, pozwala również na postrzeganie
struktury świata w trójwymiarze. Dobrze jest także posiadać umiejętność
oceniania na podstawie poczucia biegłości, co potrafimy, a czego nie,
nawet jeśli sporadycznie wprowadza nas ono w błąd.
Analogia złudzeń optycznych tu się jednak kończy. Złudzenia optyczne
nikomu nie wyrządzą krzywdy. Ale nadmierna pewność siebie przy braku
dostatecznych dowodów może pociągnąć za sobą życiowe konsekwencje daleko
poważniejsze niż przejściowe zrujnowanie wyglądu pewnego hawańczyka czy
zainwestowanie w cztery papryki 50 razy więcej, niż kosztowałyby w zieleniaku. Ktoś może zawalić kluczową dla kariery zawodowej
prezentację, ponieważ niewystarczająco się do niej przygotuje; ktoś inny
może stracić oszczędności życia, oceniwszy spółkę giełdową na podstawie
łatwości wymawiania jej nazwy; ktoś jeszcze inny przypuści atak na
Kapitol, bo zbyt wysoko ocenił wiarygodność historyjek rozgłaszanych
przez QAnon.
Sama jednak wiedza, że efekty biegłości się zdarzają i są szkodliwe, nie
wystarczy. To tak jak z osobą, która nabiera niechcianych kilogramów:
ponieważ nasze ciało jest, nie bez powodu, zaprogramowane na pragnienie
jedzenia, musimy wyjść poza samo myślenie, że powinniśmy jeść mniej, i wdrożyć konkretne strategie, które pozwolą temu pragnieniu
przeciwdziałać. Czy w związku z tym da się w ogóle obejść efekt
biegłości wbrew naszemu głęboko zakorzenionemu metapoznaniu? Odpowiedź
brzmi: tak.
SPRÓBUJ SAM
Choć efekty biegłości wynikają z przystosowania się naszego systemu
poznawczego, nie oznacza to jeszcze, że jesteśmy wobec nich bezradni.
Prostym rozwiązaniem, by odwrócić efekt biegłości, jest faktyczne
podjęcie próby wykonania zadania, którego on dotyczy. Odczytaj
prezentację na głos, zanim ją publicznie wygłosisz. Upiecz próbny
suflet, zanim zaprosisz na obiad ojca swojej dziewczyny. Zaśpiewaj I Will Always Love You przed lustrem w łazience, zanim na firmowej
wigilii wystąpisz przed szefem. Aby pozbyć się złudzenia, nie
potrzebujesz informacji zwrotnej od innych - feedback dajesz sobie sam.
Nie przypuszczam, żeby choć jeden student z grona tych, którzy wystąpili
na środku auli Levinsona, nadal sądził, że potrafi odtańczyć bez
przygotowania choreografię do k-popowego hitu.
Wypróbowanie danej umiejętności wydaje się oczywistością, a jednak, co
zaskakujące, niewiele osób się na to rozwiązanie decyduje. Niektórzy
uważają, że skoro prześledzili w myślach dany proces, to już go
przetestowali, nawet jeśli nie użyli przy tym ani jednego mięśnia. Kiedy
wyobrażamy sobie, że wykonujemy kroki taneczne czy robimy prezentację
dla klienta, to tym bardziej wzmacniamy złudzenie. W symulacji na
poziomie umysłu wszystko przebiega gładko, a to tylko pożywka dla naszej
nadmiernej pewności siebie. Trzeba fizycznie napisać prezentację słowo
po słowie i wypowiedzieć ją na głos, używając języka i strun głosowych,
czy wykonać określony krok taneczny, wykorzystując ręce, nogi i biodra.
Próby są tak istotne nie tylko dlatego, że pomagają nam nabywać
umiejętności. Często jesteśmy zbyt pewni siebie w kwestii posiadanej
wiedzy - sądzimy, że wiemy więcej, niż naprawdę wiemy. Pewne badanie
pokazało, jak opowiadanie o tym, co się rzekomo wie, ogranicza nadmierną
pewność siebie, nawet jeśli nie otrzymuje się żadnego
feedbacku6. Uczestników badania poproszono, aby ocenili, czy
wiedzą, jak działają różne urządzenia i maszyny, na przykład toaleta,
maszyna do szycia czy helikopter. A ty jak oceniłbyś swoją wiedzę na
temat ich działania, w skali od 1 do 7, gdzie 1 oznacza "nie wiem
wcale", a 7 - "dokładnie wiem, jak to działa"? To powszechnie znane
obiekty i wszyscy widzieliśmy je w akcji. Może nie potrafilibyśmy
skonstruować ich od zera, ale zdajemy sobie mniej więcej sprawę, na
jakiej zasadzie działają i do czego służą, zwłaszcza toaleta. W eksperymencie przeciętny uczestnik ocenił swoją wiedzę w przedziale
środkowym - powiedzmy, na czwórkę. Choć nie wygląda to na nadmierną
pewność siebie, to w istocie nią jest, a wywołuje ją złudzenie
biegłości.
Sprawdź sam: wybierz jedno z wymienionych urządzeń - niech będzie to
helikopter - i wyjaśnij pisemnie lub przedstaw na głos krok po kroku,
jak ono działa. A teraz oceń, jak dobrze znasz zasadę funkcjonowania
helikoptera. U większości uczestników tego rodzaju eksperymentu pewność
co do własnej wiedzy znacząco spadła. Próba wyjaśnienia tego, co
wydawało im się, że wiedzą, wystarczyła, aby zdali sobie sprawę, że
wiedzą dużo mniej, niż początkowo zakładali. Można pójść o krok dalej i - tak jak w badaniu - zadać pytania typu: "W jaki sposób helikopter
zmienia kierunek z ruchu góra-dół na ruch w przód?". Z każdym kolejnym
pytaniem uczestnicy nabierali coraz większej pokory.
Tego rodzaju zderzenie z rzeczywistością może niestety nastąpić
podczas rozmów o pracę. Znasz pytania, jakie zwykle zadaje się
kandydatom: "Dlaczego starasz się o tę pracę?", "Jakie są twoje mocne i słabe strony?". Wydaje ci się, że wiesz, co powiedzieć. Załóżmy, że
rekruter pyta: "Jakie są twoje mocne strony?". Cieszysz się, że to
pytanie padło, ponieważ wiesz, jak na nie odpowiedzieć. Mówisz, że
cechuje cię dobra organizacja. Rekruter sprawdza dalej: "Czy możesz nam
podać kilka przykładów?". Nagle twój mózg zastyga, a tobie przychodzi do
głowy tylko to, że ostatnio udało ci się uporządkować w kolejności
alfabetycznej słoiczki na przyprawy. Pada kolejne pytanie: "W jaki
sposób pomogłoby ci to na tym konkretnym stanowisku?", a ty
uświadamiasz sobie, że nie będziesz mieć okazji tego sprawdzić, bo na
pewno cię nie zatrudnią.
Przećwiczenie możliwych reakcji na testowe pytania jest kluczowe,
ponieważ pozwala obiektywnie spojrzeć na własne odpowiedzi. Kiedy się je
zapisze, można udawać, że wyjaśnienia podał ktoś inny, i ocenić, czy
przyjęłoby się go do pracy. Można się również nagrać. Wiem, wiem: nie ma
nic gorszego niż patrzeć na siebie na ekranie, a jednak dzięki temu
można samodzielnie ocenić, jak się wypadło, zanim zrobi to ktoś o władzy
decyzyjnej. To o niebo lepsza perspektywa.
Oprócz korzyści osobistych wynikających z poprawy poziomu wystąpień
publicznych, lepszego radzenia sobie podczas rozmów o pracę czy unikania
żenujących sytuacji w czasie firmowych imprez osłabienie przesadnej
pewności siebie może też wyjść na dobre całemu społeczeństwu. Jedno z badań wykazało, że takie osłabienie zmniejsza ekstremizm
polityczny7. Wielu z nas ma silne przekonania dotyczące
określonych kwestii społecznych: aborcji, zabezpieczeń socjalnych czy
zmian klimatycznych. Niestety, nie zdajemy sobie sprawy, jak słabo je
rozumiemy, dopóki nie zostaniemy poproszeni o ich wyjaśnienie.
Uczestnikom badania zaprezentowano rozmaite kwestie polityczne, które
dotyczyły między innymi nałożenia na Iran jednostronnych sankcji za
rozwijanie programu nuklearnego, podniesienia wieku emerytalnego,
przyjęcia systemu ograniczeń emisji dwutlenku węgla i handlu
uprawnieniami oraz wprowadzenia podatku liniowego. Badanych poproszono,
aby określili swój stosunek do każdego z tych zagadnień - w jakim
stopniu są za lub przeciw. Potem mieli ocenić, jak dobrze rozumieją
wpływ danego problemu na życie społeczne.
Następnie, tak jak w badaniu z helikopterami, uczestnicy mieli zapisać,
jak konkretnie dane zagadnienie wpływa na życie społeczne. Kiedy
skończyli, ponownie oceniali swój poziom zrozumienia zagadnień. Tak jak
poprzednio, ich pewność siebie się obniżyła. Konieczność wyjaśnienia na
piśmie, co faktycznie wiedzą, wystarczyła, aby zdali sobie sprawę, jak
płytko sięga ich znajomość rzeczy. Wynik badania był zatem z grubsza ten
sam co w doświadczeniu dotyczącym helikopterów.
Warto jednak zwrócić uwagę na ostatnią część eksperymentu. Pod koniec
badania jego uczestników poproszono, aby jeszcze raz przedstawili swoje
poglądy na poruszane kwestie. Jak się okazało, kiedy przestali być
nadmiernie pewni siebie, ich opinie stały się łagodniejsze. Im bardziej
uświadamiali sobie złudność swojej wiedzy, tym dalej było im do
ekstremizmu. Zauważmy, że to nie kontrargumenty złagodziły ich poglądy -
wystarczyło poprosić, aby spróbowali opisać, co mają na myśli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki