Rozdział 1
Od sztywności
do sprawności
Dawno temu, w czasach Downton Abbey na
początku XX wieku, postawny kapitan
brytyjskiej marynarki wojennej stał na mostku okrętu, oglądając bajeczny
spektakl wieczornego słońca chowającego się w morzu. Zgodnie z anegdotą
miał już schodzić na kolację do mesy, gdy majtek pełniący służbę
obserwacyjną zameldował:
-?Światło, panie kapitanie, dwie mile na wprost nas.
Kapitan obrócił się w stronę steru.
-?Porusza się czy jest nieruchome? - zapytał.
(Były to czasy przed wynalezieniem radaru).
-?Nieruchome.
-?Więc daj mu sygnał - zakomenderował
szorstko kapitan. - "Jesteście na kursie
kolizji. Zmieńcie kurs o dwadzieścia stopni".
Kilka chwil później nadeszła odpowiedź ze źródła światła: "Sugerujemy
zmianę waszego kursu o dwadzieścia stopni".
Kapitan się oburzył. Nie tylko podważono jego autorytet, lecz na dodatek
stało się to na oczach zwykłego marynarza!
-?Wyślij kolejny sygnał - syknął. - "Tu okręt wojenny Jego Królewskiej Mości Defiant,
trzydziestopięciotysięcznik klasy drednota. Zmieńcie kurs o dwadzieścia
stopni".
-?Przyjąłem, sir - nadeszła odpowiedź. - Tu starszy marynarz O'Reilly. Macie natychmiast
zmienić swój kurs.
Spurpurowiały i bliski apopleksji kapitan wykrzyknął:
-?Jesteśmy flagowym okrętem admirała George'a Atkinsona-Willesa!
ZMIEŃCIE KURS O DWADZIEŚCIA STOPNI!
Zapadła długa cisza, zanim O'Reilly odpowiedział:
-?Jesteśmy latarnią morską, sir.
Żeglując po wodach życia, nie mamy wielu sposobów na zorientowanie się,
jaki kurs obrać i co nas czeka za chwilę. Nie dysponujemy latarniami
morskimi, które ostrzegałyby nas przed skalistymi związkami. Na bocianim
gnieździe nie stoi żaden marynarz, a na wieżyczce nie ma radaru, nic nie
ostrzeże nas przed mieliznami, na których mogłyby utknąć nasze plany
kariery. Mamy jednak emocje - doznania, takie
jak strach, obawa, radość i uniesienie -
neurochemiczny system, który rozwinął się w toku ewolucji, by pomagać
nam w nawigowaniu po odmętach życia.
Emocje, od zaślepiającej złości po tkliwą miłość, są bezpośrednimi
fizycznymi reakcjami ciała na ważne informacje ze świata zewnętrznego.
Gdy nasze zmysły odbierają jakąś informację -
sygnał niebezpieczeństwa, sugestię romantycznego zainteresowania, oznaki
akceptacji bądź wykluczenia przez otoczenie -
nasze ciało dostosowuje się do tych sygnałów. Serce bije nam szybciej
lub wolniej, mięśnie napinają się lub rozluźniają, uwaga wyostrza się i koncentruje na zagrożeniu albo rozprasza w bezpiecznym cieple miłego
towarzystwa.
Dzięki tym fizycznym reakcjom nasz stan wewnętrzny oraz zewnętrzne
zachowanie są zharmonizowane z bieżącą sytuacją i mogą nam pomóc nie
tylko utrzymać się przy życiu, lecz także w pełni z niego korzystać. Jak
w przypadku latarni obsługiwanej przez O'Reilly'ego, nasz naturalny
system nawigacyjny, który ukształtował się po milionach lat ewolucyjnych
prób i błędów, jest znacznie bardziej użyteczny, gdy nie próbujemy z nim
dyskutować.
Jednak nie zawsze jest to łatwe, bo nie wszystkie emocje są wiarygodne.
Tylko w niektórych okolicznościach pozwalają nam przeniknąć przez mgłę
gestów i póz, działając jak wewnętrzny radar, który daje nam adekwatny i wnikliwy odczyt tego, co rzeczywiście dzieje się w danej sytuacji. Któż
nie miał intuicyjnych odczuć w stylu: "Ten gość kłamie" albo "Coś gryzie
moją przyjaciółkę, chociaż twierdzi, że wszystko u niej w porządku"?
Jednak zdarza się też, że emocje wyciągają na wierzch zadawnione sprawy,
zaburzając bolesnymi wspomnieniami jasną percepcję tego, co dzieje się
tu i teraz. Potężne doznania tego typu mogą całkowicie przejąć kontrolę
nad myśleniem, mącąc naszą zdolność trzeźwej oceny i pakując nas prosto
na skały. W takich sytuacjach można wybuchnąć i - powiedzmy - chlusnąć
drinkiem w twarz faceta, który łże jak z nut.
Oczywiście dorośli tylko sporadycznie tracą panowanie nad emocjami w stopniu, którego reperkusje towarzyskie utrzymują się potem przez długie
lata. Zwykle potykamy się o własną nogę w mniej teatralny, bardziej
podstępny sposób. Wielu ludzi przez większą część czasu daje się
kierować emocjonalnemu autopilotowi, odpowiadając na różne sytuacje bez
realnej świadomości tej reakcji czy nawet bez udziału woli. Z kolei inni
boleśnie uświadamiają sobie ogrom energii, której wymaga od nich
kontrolowanie czy tłumienie emocji, traktują więc owe emocje w najlepszym razie jak rozdokazywane dzieciaki, a w najgorszym jak
zagrożenie dla swojej równowagi psychicznej. Jeszcze inni mają wrażenie,
że własna emocjonalność nie pozwala im żyć tak, jakby chcieli, zwłaszcza
gdy na jaw wychodzą uczucia notorycznie kłopotliwe, takie jak złość,
wstyd lub lęk. W konsekwencji z biegiem czasu nasze reakcje na sygnały
dobiegające z realnego świata mogą stawać się coraz wątlejsze i mniej
naturalne, zwodząc nas z prawidłowego kursu, zamiast dbać o jego
utrzymanie.
Będąc psychologiem oraz szkoleniowcem kadry zarządzającej, już przeszło
dwadzieścia lat zajmuję się emocjami, ich oddziaływaniem na nas i naszym
wpływem na nie. Gdy pytam niektórych swoich klientów, od jak dawna
próbują dojść do porozumienia z konkretnymi nękającymi ich emocjami lub
radzić sobie ze wzbudzającymi je sytuacjami, często słyszę w odpowiedzi:
pięć, dziesięć, nawet dwadzieścia lat. A czasem pada stwierdzenie: "Od
dzieciństwa".
Oczywistą reakcją na to jest moje kolejne pytanie: "Czy w takim razie
uważasz, że twój sposób postępowania się sprawdza?".
Chciałabym, żeby ta książka pomogła ci lepiej poznać własne emocje,
nauczyć się je akceptować i przestać z nimi walczyć, a następnie w pełni
rozkwitnąć dzięki zwiększeniu swej sprawności emocjonalnej1.
Narzędzia i techniki, które tu zebrałam, nie zmienią cię w chodzącą
doskonałość, istotę, której nigdy nie wymsknie się niestosowne słowo lub
której nigdy nie rozstroi poczucie wstydu, winy, gniewu, lęku czy
zagrożenia. Usilne dążenie do doskonałości -
czy nieustającego szczęścia - narazi cię
tylko na frustracje i niepowodzenia. Mam nadzieję, że zamiast tego
pomogę ci pogodzić się z twoimi najtrudniejszymi emocjami oraz podniosę
twoją zdolność do satysfakcjonujących relacji z ludźmi, realizowania
celów i życia pełną piersią.
Ale to tylko "emocjonalny" człon sprawności emocjonalnej. Jej drugi
element dotyczy procesów myślowych i zachowań - psychicznych i fizycznych nawyków, które również
mogą utrudniać ci pełny rozkwit, zwłaszcza jeżeli upierasz się jak
kapitan Defianta, by na nowe czy zaskakujące sytuacje reagować zawsze po
staremu.
Utrwalone, sztywne reakcje mogą wynikać z tego, że zaczynasz dawać wiarę
dobrze ci znanym, autodestrukcyjnym narracjom, które powtarzałeś sobie
milion razy: "Jestem takim niezdarą", "Zawsze muszę palnąć coś
głupiego", "Zawsze kładę uszy po sobie, gdy pora zawalczyć o coś, co mi
się należy". Schematyzm może wynikać też z naturalnego odwoływania się
do mentalnych skrótów, czyli pewnych założeń czy oczekiwań, które teraz
z góry przyjmujesz, ponieważ kiedyś się u ciebie sprawdziły (w dzieciństwie, w pierwszym małżeństwie, na wcześniejszym etapie kariery),
choć już ci nie służą: "Nie wolno ufać ludziom", "Sparzę się na tym".
Coraz więcej przesłanek z badań naukowych pokazuje, że emocjonalne
usztywnienie - kurczowe przywiązanie do
myśli, odczuć i zachowań, które przestały nam służyć - wiąże się z wieloma psychicznymi problemami, w tym z depresją i lękiem. A sprawność emocjonalna - elastyczne podejście do myśli i uczuć, tak by w każdej sytuacji móc optymalnie reagować -
stanowi klucz do dobrego samopoczucia i sukcesu.
Niemniej sprawność emocjonalna nie polega na cenzurowaniu tego, co się
dzieje w naszej głowie, czy przymuszaniu się do bardziej pozytywnego
myślenia. Badania pokazują też bowiem, że próby zmiany sposobu myślenia
z negatywnego ("Zawalę tę prezentację") na pozytywny ("Zobaczycie, jak
wszystkim szczęki poopadają") zwykle nie są skuteczne, a mogą nawet
dawać efekt przeciwny do zamierzonego.
W sprawności emocjonalnej chodzi o odprężenie się, uspokojenie oraz
działanie bardziej celowe - decydowanie o tym, jak reagować na sygnały z emocjonalnego systemu ostrzegawczego.
Zgadza się to z podejściem opisanym przez Viktora Frankla, psychiatrę,
który przeżył faszystowski obóz śmierci i z czasem napisał książkę
Człowiek w poszukiwaniu sensuk1, nawołując do prowadzenia
bardziej znaczącego życia, takiego, w którym może urzeczywistnić się
potencjał człowieka. "Między bodźcem a reakcją jest przestrzeń" - pisał. "W tej przestrzeni tkwi nasza siła wyboru
reakcji. A w naszej reakcji tkwią nasz rozwój i nasza wolność".
Otwierając przestrzeń między tym, co się czuje, a tym, co się robi w reakcji na odczucia, sprawność emocjonalna pomogła ludziom zmierzyć się
z wieloma trudnościami: negatywnym obrazem siebie, zawodem miłosnym,
cierpieniem psychicznym, lękami, depresją, nawykowym odkładaniem
wszystkiego na później, dotkliwymi zmianami itd. Jednak sprawność
emocjonalna przydaje się nie tylko tym, którzy zmagają się z problemami.
Jej koncepcja odwołuje się również do tych obszarów
psychologiik2, w których analizuje się charakterystyczne
cechy spełnionych ludzi, odnoszących różnego rodzaju sukcesy, w tym osób
takich jak Viktor Frankl, który przeszedł przez niewyobrażalne piekło,
by dokonywać wielkich rzeczy.
Ludzie tego typu są dynamiczni. Wykazują się elastycznością w relacjach
z naszym szybko zmieniającym się, skomplikowanym światem. Dobrze znoszą
wysoki poziom stresu i niepowodzenia, zachowując przy tym zapał,
otwartość i chłonność. Rozumieją, że życie nie zawsze jest łatwe, ale
nie powstrzymuje ich to przed przestrzeganiem wyznawanych wartości i zmierzaniem do wyznaczonych sobie wielkich, długofalowych celów. Ludzie
ci, tak jak pozostali, doznają uczuć złości, smutku itp., ale traktują
je z zaciekawieniem, współczuciem i akceptacją. I zamiast pozwalać, by
uczucia spychały ich z obranego kursu, skutecznie realizują
najwznioślejsze ambicje.
Moje zainteresowanie sprawnością emocjonalną i związanym z nią rodzajem
odporności psychicznej zrodziło się w miejscu, w którym dorastałam, w Republice Południowej Afryki ery apartheidu. Gdy byłam dzieckiem w tym
pełnym przemocy okresie przymusowej segregacji, prawdopodobieństwo, że
Południowoafrykańczyk nauczy się czytać, było mniejsze niż to, że
zostanie zgwałcony. Agenci służb bezpieczeństwa zabierali ludzi z domów
i torturowali; policja strzelała do obywateli idących spokojnie do
kościoła. Czarne i białe dzieci nie mogły stykać się ze sobą w żadnych
obszarach życia społecznego - w szkołach,
restauracjach, toaletach, kinach. Choć sama jestem biała i w związku z tym nie ucierpiałam w tak głęboko osobisty sposób jak czarni
Południowoafrykańczycy, to ani ja, ani moi przyjaciele nie byliśmy
całkiem bezpieczni. Moja przyjaciółka padła ofiarą zbiorowego gwałtu.
Wujek został zamordowany. W konsekwencji już w młodym wieku zaczęłam się
zastanawiać, jak ludzie radzą sobie (lub nie radzą) z chaosem i okrucieństwem wokół siebie.
Potem, gdy miałam szesnaście lat, u mojego czterdziestodwuletniego
wówczas ojca zdiagnozowano raka w ostatnim stadium; zostało mu tylko
kilka miesięcy życia. Było to dla mnie traumatyczne i izolujące
doświadczenie. Nie miałam wokół siebie wielu dorosłych, którym mogłabym
się zwierzyć, a nikt z moich rówieśników nie przeszedł przez nic
podobnego.
Na szczęście miałam bardzo wrażliwą nauczycielkę angielskiego, która
zachęcała uczniów do prowadzenia dziennika. Mogliśmy pisać, o czym tylko
chcieliśmy, ale każdego popołudnia mieliśmy oddawać jej dziennik, aby
mogła się do naszych notatek odnieść. W pewnym momencie zaczęłam pisać o chorobie, a potem o śmierci ojca. Nauczycielka dzieliła się szczerymi
refleksjami na temat moich wpisów oraz zadawała pytania dotyczące
doznawanych przeze mnie uczuć. Prowadzenie tego dziennika stało się dla
mnie głównym źródłem wsparcia i wkrótce przekonałam się, że pomaga mi
wyartykułować, zrozumieć i przetworzyć moje doświadczenia. Rozpacz po
stracie ojca nie była przez to mniejsza, ale dziennik pozwolił mi wyjść
z tej traumy. Uzmysłowił mi również znaczenie odważnego wglądu w trudne
emocje, zamiast ich unikania, co skierowało mnie na ścieżkę zawodową,
którą do dziś podążam.
Na szczęście apartheid w RPA należy już do przeszłości i - choć współczesne życie z pewnością też nie
szczędzi smutków i tragedii - większość z was, czytających tę książkę, nie żyje w cieniu zinstytucjonalizowanej
przemocy i opresji. Mimo to nawet w warunkach względnego spokoju i dobrobytu USA, gdzie mieszkam od ponad dziesięciolecia, prowadzenie
satysfakcjonującego życia nastręcza wielu ludziom trudności. Niemal
wszystkie znane mi osoby są zestresowane i przygniecione obowiązkami
zawodowymi i rodzinnymi, wymaganiami dotyczącymi zdrowia, obciążeniami
finansowymi oraz nawałem innych powinności, które wraz z presją wielkich
oddziaływań społecznych, takich jak rozregulowana gospodarka, gwałtowne
zmiany kulturowe i niesłabnące natarcie wytworów techniki, rozpraszają
nas na każdym kroku.
Jednocześnie multitasking - idea
wielozadaniowości, będąca dzisiejszą odpowiedzią na przeciążenie i przytłoczenie - wcale nie jest rozwiązaniem.
W jednym z niedawnych badań stwierdzono, że jej konsekwencje dla
efektywności są podobne do prowadzenia auta pod wpływem
alkoholuk3. W innych badaniach wykazano, że codzienny stres o niskiej intensywności (wynikający z tego, że trzeba zrobić dzieciom
kanapki do szkoły na ostatnią chwilę, że bateria komórki rozładowuje się
tuż przed rozpoczęciem ważnej telekonferencji, że autobusy miejskie się
spóźniają, a na stole piętrzy się stos rachunków) może prowadzić do
zestarzenia się komórek mózgu o całą dekadę wcześniej, niż to powinno
nastąpićk4.
Moi klienci nieustannie mówią mi, że wymogi współczesnego życia wywołują
u nich poczucie, jakby dali się złapać na haczyk i rzucali się teraz jak
ryba wyciągnięta z wody. Chcą zrobić w swoim życiu coś znaczącego, na
przykład objechać świat, założyć rodzinę, zakończyć ważne
przedsięwzięcie, odnieść sukces w pracy, rozkręcić własną firmę,
wyzdrowieć czy nawiązać bliskie relacje ze swoimi dziećmi albo innymi
członkami rodziny. Ale to, co robią na co dzień, ani na krok nie
przybliża ich do spełnienia tych pragnień, a często stoi z nimi w jawnej
sprzeczności. Nawet jeśli starają się odkryć, co jest dla nich dobre, i to zaakceptować, blokują ich nie tylko realne uwarunkowania, lecz także
własne autodestrukcyjne myśli i zachowanie. Na dodatek ci z nas, którzy
są rodzicami, martwią się, jak ten stres i przepracowanie odbije się na
dzieciach. Nigdy nie było tak wielkiego zapotrzebowania na sprawność
emocjonalną jak teraz. Ponieważ chodzimy wciąż po ruchomych piaskach,
potrzeba nadzwyczajnej sprawności, by raz po raz się nie wywracać.
Sztywny czy sprawny?
Kiedy miałam pięć lat, postanowiłam uciec z domu. Zdenerwowałam się na
rodziców - nie pamiętam już, o co poszło, ale
pamiętam, jak myślałam, że jedynym rozsądnym posunięciem będzie
ucieczka. Wzięłam z kuchni słoik masła orzechowego, trochę pieczywa i przezornie spakowałam to wszystko do małego plecaczka, założyłam
czerwone klapki w białe groszki, otworzyłam drzwi i wyruszyłam na
spotkanie wolności.
Ponieważ mieszkaliśmy niedaleko ruchliwej ulicy w Johannesburgu, rodzice
od dawna wbijali mi do głowy, żebym nigdy, pod żadnym pozorem nie
przechodziła przez nią sama. Gdy zbliżyłam się do jej rogu, zdałam sobie
sprawę, że moja droga ku wielkiemu światu tu się właśnie kończy.
Przekroczenie ulicy wiązałoby się ze złamaniem podstawowych reguł.
Zrobiłam więc to, co zrobiłby każdy inny posłuszny pięcioletni
uciekinier, któremu zabroniono przechodzenia przez jezdnię: skręciłam,
tak by obejść kwartał. Zanim wróciłam do domu po swojej dramatycznej
eskapadzie, minęło kilka godzin, w ciągu których okrążałam ten sam
kwartał, wielokrotnie przechodząc obok naszej bramy.
Wszyscy tak postępujemy, choć rozmaicie się to przejawia. Drepczemy (czy
biegamy) w kółko, posłuszni różnym zasadom -
pisanym, domyślnym albo tylko wyobrażonym -
dając się łapać na haczyk sposobom bycia i działania, które nam nie
służą. Często mówię, że zachowujemy się jak mechaniczne zabawki,
wielokrotnie zderzając się z tą samą ścianą, mimo że trochę w lewo albo
w prawo mogą znajdować się otwarte drzwi.
Nawet gdy przyznamy, że wisimy na haczyku i potrzebujemy pomocy, ludzie,
do których się o nią zwracamy - rodzina,
przyjaciele, życzliwi szefowie, terapeuci -
nie zawsze stają na wysokości zadania. Zazwyczaj borykają się z własnymi
problemami, ograniczeniami i troskami.
Jednocześnie dzisiejsza kultura konsumencka promuje wizję, że można
szybko zaradzić niemal wszystkiemu, co nam nie odpowiada, to zaś, czego
nie da się naprawić, należy po prostu odrzucić lub zastąpić innym.
Nieszczęśliwy w związku? Znajdź sobie nowego partnera lub partnerkę.
Niezorganizowany? Jest na to apka. Tę samą filozofię przyjmujemy, gdy
nie podoba nam się coś, co dzieje się w naszym świecie wewnętrznym.
Idziemy na zakupy, wyszukujemy nowego psychoterapeutę albo postanawiamy
uleczyć swoje nieszczęście i niezadowolenie "pozytywnym myśleniem".
Niestety nic z tego nie działa zbyt dobrze. Usilne starania, by usunąć
niepokojące nas myśli i uczucia, kończą się bezproduktywną obsesją na
ich punkcie. Cenzurowanie ich może prowadzić do wielu problemów, od
pracoholizmu do najróżniejszych nałogów hedonistycznych. A próby zmiany
negatywnego myślenia w pozytywne są niemal gwarantowanym sposobem na
pogorszenie swego stanu.
Wielu ludzi korzysta z poradników psychologicznych lub kursów, by
poradzić sobie ze swymi emocjami, jednak prezentowane tam programy
opierają się nieraz na zupełnie błędnym podejściu do udzielania pomocy.
Celu chybiają zwłaszcza metody promujące pozytywne myślenie. Narzucanie
sobie radosnych myśli wymaga ogromnego wysiłku (a być może w ogóle jest
skazane na niepowodzenie), bo tylko nieliczni ludzie potrafią po prostu
wyłączyć czarne myśli, zastępując je przyjemniejszymi. Ponadto podejście
to nie bierze pod uwagę fundamentalnej prawdy, że te tak zwane negatywne
myśli często działają na naszą korzyść.
Pojawianie się negatywnych odczuć jest normalne - to podstawowa sprawa. Jesteśmy tak skonstruowani,
by ich doświadczać. Jest to element kondycji ludzkiej. Zbytnia presja na
pozytywność jest tylko kolejnym sposobem, w jaki nasza kultura chce
znaleźć przysłowiową pigułkę na naturalne wahania emocji, podobnie jak w sensie dosłownym faszeruje się pigułkami żywiołowe dzieci czy kobiety
doznające huśtawek nastroju.
W ciągu minionych dwudziestu lat konsultacji, szkoleń i prac badawczych
przetestowałam i dopracowałam zasady sprawności emocjonalnej. Wszystko
po to, by pomagać rozmaitym klientom w dokonywaniu przez nich różnych
życiowych osiągnięć. Klientami tymi były matki mające poczucie utknięcia
w pułapce i z trudem godzące życie rodzinne z pracą, ambasadorowie przy
ONZ walczący o wprowadzenie szczepień dla dzieci w nieprzyjaznych
krajach, szefowie wielkich międzynarodowych korporacji oraz ludzie,
którzy po prostu czuli, że życie ma więcej do zaoferowania.
Nie tak dawno opublikowałam część swoich spostrzeżeń w artykule, który
ukazał się w "Harvard Business Review"k5. Napisałam tam, że
niemal każdy z moich klientów - nie mówiąc o mnie samej - ma skłonność do fiksowania się
na sztywnych, negatywnych wzorcach. Następnie zarysowałam model
rozwijania sprawności emocjonalnej, by wyzwolić się ze złych wzorców i dokonać trwałych zmian na lepsze. Artykuł przez miesiące utrzymywał się
na liście najpopularniejszych tekstów tego czasopisma i w niedługim
czasie został pobrany przez blisko ćwierć miliona użytkowników - czyli tyle osób, ilu jest wszystkich czytelników
wydania papierowego. "Harvard Business Review" obwołał go Management
Idea of the Year, co podchwyciło wiele innych pism, w tym "Wall Street
Journal" i "Fast Company". Redaktorzy opisywali sprawność emocjonalną
jako "następną inteligencję emocjonalną", doniosłą koncepcję, która
zmienia sposób społecznego myślenia o emocjach. Wspominam o tym nie po
to, by się chwalić, ale dlatego, że reakcja na ten artykuł uświadomiła
mi, iż dotknęłam czułej struny. Wydaje się, że miliony ludzi poszukują
lepszego sposobu życia na co dzień.
Książka ta zawiera znacząco rozbudowaną i wzbogaconą wersję obserwacji
badawczych i porad zawartych w artykule "Harvard Business Review". Zanim
jednak przejdziemy do szczegółów, pozwolę sobie pokrótce przedstawić
całościowy obraz koncepcji, tak żeby było wiadomo, dokąd zmierzamy.
Sprawność emocjonalna pozwala nam być w chwili bieżącej, aprobując lub
modyfikując nasze zachowania, tak byśmy prowadzili życie zgodne z naszymi intencjami i wartościami. Nie ma tu mowy o ignorowaniu trudnych
emocji i myśli. Chodzi o to, by mniej kurczowo się ich trzymać, ze
śmiałością i zrozumieniem patrzeć im w oczy, a potem przekraczać je, tak
by w życiu mogły zaistnieć większe rzeczy.
Dochodzenie do sprawności emocjonalnej przebiega w czterech zasadniczych
etapach:
Pprzyjdź i stań twarzą w twarz
Woody Allen powiedział kiedyś, że za 80 procent sukcesu odpowiada po
prostu to, żeby przyjść - być obecnym we
właściwym miejscu. W kontekście tej książki przyjście oznacza dobrowolne
przyglądanie się swoim myślom, emocjom i zachowaniom z ciekawością i wrażliwością. Niektóre z tych myśli i emocji są adekwatne do danej
chwili. Inne stanowią pozostałości dawniejszych sytuacji, tkwiące w psychice jak refren z piosenki Beyoncé, który od tygodni starasz się
wybić sobie z głowy.
W obu przypadkach - czy są to poprawne
odzwierciedlenia rzeczywistości, czy szkodliwe jej zniekształcenia - myśli te i emocje stanowią część nas samych;
możemy się nauczyć nad nimi pracować i iść do przodu.
Zrób krok w bok
Następnym etapem po przyjrzeniu się swoim myślom i emocjom jest
oderwanie się od nich i dostrzeżenie, czym są w istocie: po prostu
myślami, po prostu emocjami. Czyniąc to, możemy stworzyć franklowską
otwartą, niepotępiającą przestrzeń między uczuciami a reakcją na nie.
Możemy także identyfikować trudne uczucia w trakcie ich doświadczania i znajdować stosowniejsze sposoby odpowiedzi na nie. Zdystansowana
obserwacja sprawia, że chwilowe doznania mentalne nie przejmują nad nami
władzy.
Szersza perspektywa, którą zyskujemy dzięki ustawieniu się z boku,
oznacza, że uczymy się postrzegać siebie jak całą szachownicę, oferującą
wielość potencjalnych posunięć, a nie jak jedną wybraną figurę,
ograniczoną wąskim zakresem z góry przewidzianych ruchówk6.
Pójdź za swoim "dlaczego"
Po oczyszczeniu i uspokojeniu procesów mentalnych, a następnie
stworzeniu potrzebnej przestrzeni między myślącym a jego myślami
zaczynamy ogniskować się wokół tego, na czym nam najbardziej zależy:
wokół naszych głębokich wartości i najważniejszych celów. Rozpoznanie,
akceptacja i zdystansowanie się od porażającego, bolesnego czy
rozstrajającego ładunku emocjonalnego pozwala nam dodatkowo zaktywizować
nastawioną na przyszłość cząstkę nas, która integruje myśli i uczucia z długofalowymi wartościami i aspiracjami. A to może nam pomóc w znalezieniu lepszych sposobów ich realizacji.
Codziennie podejmujemy tysiące decyzji. Czy pójść po pracy do siłowni,
czy dać sobie z tym spokój, wybierając drinka w pubie? Odebrać telefon
od znajomego, który nas uraził, czy może pozwolić, żeby nagrał się na
poczcie głosowej? Te rozsiane momenty decyzyjne nazywam "punktami
wyboru"k7. Kompasem, dzięki któremu posuwamy się wówczas we
właściwym kierunku, są zakorzenione w nas głęboko wartości.
Idź do przodu
Zasada drobnych korekt
W klasycznych poradnikach zmianę postrzega się często w kategoriach
wzniosłych celów i całościowej transformacji, tymczasem wyniki badań
naukowych przemawiają za poglądem przeciwnym: to drobne, celowe korekty
dokonane na podstawie wyznawanych przez nas wartości prowadzą do
wielkich życiowych zmian. Jest to szczególnie widoczne, gdy korygujemy
rutynowe, nawykowe elementy naszego życia. Ze względu na swój
powtarzalny charakter są one potężną dźwignią zmian.
Zasada huśtawki równoważnej
Trudne ewolucje w wykonaniu olimpijskiej gimnastyczki wyglądają tak,
jakby nie wymagały żadnego wysiłku; pozwala na to jej zwinność i rozwinięcie mięśni torsu - mięśni rdzenia
ciała. Gdy zawodniczka na moment traci równowagę, właśnie silny rdzeń
pozwala jej odzyskać właściwą postawę. Aby jednak móc rywalizować na
najwyższym światowym poziomie, gimnastyczka musi nieustannie wykraczać
poza granice swojej strefy komfortu, wykonując coraz trudniejsze
ewolucje. Również my musimy znaleźć w życiu idealne proporcje wyzwań i kompetencji, tak by z jednej strony nie osiadać na laurach, a z drugiej
nie dawać się przytłaczać wyzwaniom, lecz czerpać z nich entuzjazm,
motywację i wigor.
Przedsiębiorca Sarah Blakely, twórczyni marki bielizny wyszczuplającej
Spanx i swego czasu najmłodsza kobieta, która samodzielnie doszła do
miliardowego majątku, wspomina, jak każdego dnia podczas wieczornego
posiłku jej ojciec prosił: "Powiedzcie, co wam dziś nie
wyszło"k8. Pytanie to nie miało na celu podkopywania morale
dzieci. Przeciwnie, w ten sposób ojciec chciał je zachęcić do testowania
granic. Nie ma nic złego - a nawet jest coś
godnego podziwu - w tym, że się potykamy,
próbując zrobić coś nowego i trudnego.
Ostatecznym celem sprawności emocjonalnej jest podtrzymywanie
odświeżającej atmosfery wyzwania i rozwijanie się przez całe życie.
Mam nadzieję, że książka ta posłuży ci jako mapa drogowa do wprowadzenia
realnej zmiany behawioralnej - nowego sposobu
postępowania, który pomoże ci wieść takie życie, jakiego pragniesz, oraz
wykorzystywać nawet wyjątkowo kłopotliwe uczucia jako źródło energii,
kreatywności i zrozumienia.
A zatem do dzieła!
1. Język polski dysponuje zaledwie niewielkim ułamkiem odcieni znaczeniowych słownictwa angielskiego (być może w proporcji do liczby naturalnych użytkowników obu języków: niespełna 40 milionów polskiego i ponad 400 milionów angielskiego). W oryginale autorka pisze o emotional agility. To drugie słowo, stosowane często w kontekście sportu, oznacza zwinność, zrywność, zwrotność, a w odniesieniu do zdolności mentalnych -?bystrość, rzutkość umysłu. Niestety w połączeniu z przymiotnikiem "emocjonalny" rzeczowniki te brzmią po polsku zgrzytliwie, toteż w niniejszej książce przyjęliśmy termin "sprawność emocjonalna" ze świadomością, że nie jest to rozwiązanie idealne. W każdym razie sprawność ta powinna się kojarzyć raczej z płynnymi ruchami tancerza lub gibkością koszykarza niż z wydajnością procedur redystrybucyjnych w gospodarce (przyp. tłum.). [wróć]
Rozdział 2
Na haczyku
Sukces (lub klęska) hollywoodzkiego
scenariusza zależy od tzw. haczyka - punktu
wyjścia zdarzeń, który wzbudza zainteresowanie publiczności, zawiązuje
fabułę i posuwa akcję do przodu. Haczyk nieodmiennie obejmuje jakiś
konflikt. Sposób rozwiązania owego konfliktu przyciąga naszą uwagę - o ile rzecz jasna złapaliśmy się na ów haczyk
- i decyduje o tym, że oglądamy film dalej.
Jestem psychologiem, więc moją uwagę przykuwają przede wszystkim te
książki i filmy, w których konflikt - a przynajmniej duża jego część - wynika z samej
natury bohatera. Przymierający głodem aktor nie potrafi zrozumieć
kobiet, póki w desperacji sam nie zaczyna udawać kobiety (Tootsie).
Niewiniątko boi się zobowiązań (Uciekająca panna młoda). Lub - w jednym z największych haczyków wszech czasów
- płatny zamachowiec dostaje cios w głowę i budzi się w samym środku wstrząsanej wystrzałami intrygi, nie mając
pojęcia, kim jest ani czego chce (Tożsamość Bourne'a).
Choć może nie parkujemy kabrioletów pod palmami i nie dyskutujemy z gwiazdami kina, każdy z nas jest na swój sposób hollywoodzkim
scenarzystą. A to dlatego, że każdej minuty każdego dnia piszemy
scenariusze, które wyświetlają się w multipleksie naszej głowy. Tyle że
w naszych fabułach "złapanie na haczyk" nie powoduje ekscytacji, od
której wbija nas w fotel, lecz poddanie się autodestrukcyjnej emocji,
myśli lub zachowaniu.
Umysł ludzki jest maszynką do wytwarzania sensu; w ogóle bycie
człowiekiem w dużym stopniu polega na znajdowaniu sensu w miliardach
informacji zmysłowych, które bombardują nas każdego dnia. Naszą metodą
wyłuskiwania tego sensu jest porządkowanie wszystkich kotłujących się
wokół nas obrazów, dźwięków, doświadczeń i relacji społecznych w spójną
narrację: "To ja, Susan, budzę się. Jestem w łóżku. Mały ssak, który
wskakuje na mnie, to mój synek Noe. Kiedyś mieszkałam w Johannesburgu,
ale teraz mieszkam w Massachusetts. Muszę dziś wstać i przygotować się
na spotkanie. To moja praca. Jestem psychologiem i spotykam się z ludźmi, starając się im pomóc".
Te narracje mają swój cel. Opowiadamy sobie te historie, by uporządkować
swoje doświadczenia i zachować zdrowe zmysły.
Problem w tym, że wszyscy coś przekręcamy. Ludzie, którzy przedstawiają
sobie fabułę trochę niespójną realistycznie lub wręcz całkiem rozbieżną
z rzeczywistością, bywają określani mianem psychotycznych. Ale choć
większość z nas nigdy nie będzie słyszeć głosów czy mieć urojeń
wielkościowych, wszyscy dość swobodnie podchodzimy do kwestii
prawdziwości swoich scenariuszy - czasem
zresztą zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.
Następnie zaś bez zastrzeżeń przyjmujemy te przekonujące subiektywne
relacje za prawdę, pełną prawdę i tylko prawdę. Są to opowieści, które
- niezależnie od stopnia swojej prawdziwości
- mogły zostać nabazgrane kulfonami na naszej
mentalnej tablicy, gdy byliśmy w trzeciej klasie, a nawet zanim
nauczyliśmy się mówić i chodzić. Wczuwamy się w te fabuły i pozwalamy,
by jakieś zdanie albo akapit, które powstały może trzydzieści albo
czterdzieści lat temu i nigdy nie zostały obiektywnie przetestowane i zweryfikowane, stanowiły teraz o biegu naszego życia.
W przybliżeniu istnieje tyle tych poplątanych scenariuszy, ilu jest
ludzi: "Moi rodzice rozwiedli się zaraz po tym, jak przyszłam na świat,
więc jestem odpowiedzialna za alkoholizm matki", "Byłem jedynym
introwertykiem wśród przebojowego rodzeństwa i dlatego nikt mnie nie
kocha" i tak dalej w nieskończoność.
Codziennie tworzymy też podobne scenariusze na mniejszą skalę. Sama tak
robię. Oto przykład: kilka lat temu kolega po fachu zostawił mi
wiadomość na poczcie głosowej, że zamierza pożyczyć (innym słowem byłoby
"ukraść") pewien mój pomysł, wykorzystując go w tytule swojej książki.
Wyrażał nadzieję, że nie będę miała "nic przeciwko", i nawet nie pytał o pozwolenie, tylko po prostu mnie informował.
Halo - oczywiście, że mam coś przeciwko! To
był mój pomysł, który sama zamierzałam wykorzystać. Przeklinałam
dzień, w którym w przypływie szczerości podzieliłam się z nim tą
koncepcją na jakimś kongresie. Ale co mogłam począć? Ludzie z tego
samego kręgu zawodowego nie skaczą sobie przecież do gardeł.
Stłumiłam gniew i zrobiłam to, co zrobiłaby większość ludzi na moim
miejscu - zadzwoniłam do męża, żeby się
wyżalić. Ale mój mąż Anthony jest lekarzem i po odebraniu telefonu
powiedział tylko: "Suzy, nie mogę teraz rozmawiać. Mam pacjenta z wypadku w sali operacyjnej". Więc to tak? Po raz drugi mnie dziś
"skrzywdzono" i teraz zrobił to w dodatku mój mąż!
Logiczny ogląd sytuacji (ratowanie życia pacjenta było w tym momencie
ważniejsze od rozmowy ze mną) nie pomógł ostudzić ogarniającego mnie
gniewu. Jak mąż mógł potraktować mnie w taki sposób - ten jeden raz, gdy tak go potrzebowałam? Myśl ta
szybko przekształciła się w narrację: "Tak naprawdę nigdy nie ma dla
mnie czasu". Płonąc gniewem, postanowiłam ignorować męża, gdy będzie do
mnie później oddzwaniał. Złapałam się na haczyk.
Zamiast przeprowadzić poważną rozmowę z kolegą, w której kulturalnie,
ale bez ogródek wyraziłabym niezadowolenie z jego postępowania i starałabym się znaleźć satysfakcjonujące rozwiązanie, boczyłam się przez
dwa dni na męża, nie odzywając się do niego, bo "nigdy nie ma dla mnie
czasu". Pięknie, prawda?
Zresztą sprawa nie kończy się na tym, że te mocno dyskusyjne, a nieraz
całkiem nieadekwatne narracje, które sobie powtarzamy, wywołują
konflikty, trawią nasz czas czy skutkują cichymi dniami w domu. Większym
problemem jest kontrast między światem, który obrazują, a tym, w którym
chcielibyśmy żyć; światem, w którym moglibyśmy prawdziwie rozkwitnąć.
W ciągu dnia większość z nas wypowiada przeciętnie około szesnastu
tysięcy słówk9. Jednak nasze myśli -
nasz wewnętrzny głos - dokładają tysiące
dalszych. Głos świadomości to cichy, lecz niestrudzony papla, dyskretnie
i bez ustanku napastujący nas swoimi uwagami, komentarzami i analizami.
Na dodatek ten niemilknący głos jest kimś, kogo literaturoznawcy
nazywają narratorem niewiarygodnym, takim jak Humbert Humbert w Lolicie albo Amy Dunne w Zaginionej dziewczynie. Podobnie jak w przypadku tych dwóch postaci, których relacje z wydarzeń nie są w pełni
rzetelne, nasz własny wewnętrzny narrator bywa czasem tendencyjny,
zdezorientowany albo wręcz zainteresowany celowym usprawiedliwianiem się
czy okłamywaniem. Co gorsza, ani na chwilę nie chce się zamknąć! Możesz
powstrzymać się przed wypowiedzeniem wszystkich myśli, które zaświtają
ci w głowie, ale spróbuj powstrzymać ich zaświtanie!
Choć często traktujemy stwierdzenia wyłaniające się z tej nieustającej
paplaniny jako rzeczowe relacje, w większości są to zlepki jednostkowych
ocen i osądów, podkoloryzowane emocjami. Niektóre z tych myśli mają
pozytywny wydźwięk i są dla nas pomocne; inne są negatywne i bezużyteczne lub szkodliwe. W obu przypadkach nasz wewnętrzny głos tylko
z rzadka zachowuje beznamiętną neutralność.
Na przykład teraz siedzę przy biurku i piszę książkę, co idzie mi dość
powoli. "Siedzę przy biurku" - to prosta myśl
zakorzeniona w faktach. Podobnie "piszę książkę". I tak samo "piszę
powoli".
Na razie wszystko w porządku. Ale rzeczowym obserwacjom jest nader łatwo
ześliznąć się w sferę opinii. Moja narracja może bez trudu wytworzyć
haczyk, ja zaś mogę zadyndać na jakiejś podejrzanej, niezweryfikowanej
myśli, trzepiąc się jak okoń, któremu łakomie przygląda się wędkarz.
"Idzie mi opornie" to samokrytyczna ocena, która może łatwo wyniknąć z "idzie mi powoli". Inna - "piszę wolniej niż
większość autorów" - zmienia myśl osadzoną w faktach w porównanie. "Nie nadążam" dodaje element lęku. A potem
przychodzi podsumowujące to wszystko otwarte potępienie: "Oszukiwałam
się, uważając, że uda mi się to skończyć na czas. Dlaczego nie potrafię
być wobec siebie uczciwa? Wkopałam się". Mocno oddaliliśmy się od
pierwotnej obserwacji, że siedzę przy biurku i powoli piszę książkę.
By uświadomić sobie w pełni, jak łatwo jest ześliznąć się od faktu do
opinii, a potem do potępiającego osądu i dalej do lęku, zrób małe
ćwiczenie na rozruszanie mózgu. Pomyśl po kolei o ewentualnym dalszym
ciągu każdej z tych fraz:
Moja komórka...
Mój dom...
Moja praca...
Moi teściowie...
Mój obwód w pasie...Gdy pozwalamy sobie na swobodne skojarzenia, część myśli przybiera
charakter rzeczowy: "W zeszłym tygodniu jadłam kolację z teściami" albo
"Mam dokończyć sprawozdanie dla szefa na poniedziałek". Ale popatrz, jak
szybko wkradają się też wkurzające opinie, oceny, porównania i niepokoje:
Moja komórka... wymaga już wymiany.
Mój dom... zawsze wygląda, jakby przeszło przez niego tornado.
Moja praca... tygiel stresu.
Moi teściowie... rozpuszczają dzieci.
Mój obwód w pasie... hm, trzeba wrócić do diety.Podczas warsztatów czasem proszę ludzi o anonimowe spisanie trudnych
sytuacji oraz myśli i emocji, które się z nimi wiążą. Oto kilka
niepomocnych narracji o sobie i sytuacji, które stały się ich źródłem,
ujawnionych niedawno w grupie złożonej z przedstawicieli wyższej kadry
kierowniczej:
Ktoś inny odnosi sukces: "Nie radzę sobie. Dlaczego to nie byłem
ja?".
Obciążająca praca: "Moje życie to katastrofa. Wszystko wokół mnie się
wali, a rodzina ma żal, że nie spędzam z nią dość czasu,
żebyśmy mogli się sobą nacieszyć".
Wykonywanie trudnego zadania: "Dlaczego to mi tyle zajmuje? Gdybym
miał choć odrobinę talentu, poszłoby dużo szybciej".
Pominięcie przy awansie: "Co za głupek i naiwniak ze mnie.
Dałem się wyrolować".
Konieczność zrobienia czegoś nowego: "Jestem przerażony. To nie ma
szans się udać".
Spotkanie towarzyskie: "Zatnę się w pół słowa i wszyscy
pomyślą, że wychowywałem się w jaskini".
Krytyczna opinia przełożonego: "Wywalą mnie z roboty".
Spotkanie z kolegami z dawnych lat: "Jestem zerem. Oni
wszyscy prowadzą dużo ciekawsze życie niż ja. A ile przy tym
zarabiają!".
Próby zrzucenia wagi: "Jestem spasionym warchlakiem. Jak tu się nie
załamać? Wszyscy w tym pokoju wyglądają lepiej ode mnie".A teraz podpowiedź, dlaczego to przechodzenie od neutralnych myśli do
zawiśnięcia na haczyku jest takie łatwe.
"Ala ma..."
"...kota", prawda? Niezbyt trudne. Słowo pojawia się w głowie
automatyczniek10.
Łapanie się na haczyk jest niemal nieuniknione przez to, że mnóstwo
naszych reakcji zachodzi odruchowo.
Haczykiem jest zwykle jakaś sytuacja, która przytrafia się w codziennym
życiu. Może to być ciężka rozmowa z szefem, stresująca interakcja z krewnym, zbliżająca się prezentacja, rozmowa z partnerem na tematy
finansowe, rozczarowujące świadectwo szkolne dziecka czy choćby korek na
ulicy.
Nagle włącza się twój autopilot z reakcjami na te sytuacje. Rzucasz
jakąś sarkastyczną uwagę albo zamykasz się w sobie i oddalasz od
własnych uczuć, albo zwlekasz, albo uciekasz, albo wpadasz w melancholię, albo dostajesz napadu szału.
Ilekroć reagujesz automatycznie w dowolny niekorzystny sposób, wisisz na
haczyku, jesteś zafiksowany. Rezultat jest tak samo przewidywalny jak
słowo "kot" wybrzmiewające w głowie po przeczytaniu "Ala ma...". Haczyk z przynętą dynda ci przed oczami i rzucasz się na niego bez chwili
wahania.
Łapanie się na haczyk zaczyna się od traktowania myśli jako faktów.
- Nie daję sobie rady. Zawsze zawalam.
Potem często człowiek decyduje się unikać sytuacji wywołujących takie
myśli. - Nawet tego nie spróbuję.
Albo może w nieskończoność powtarzać sobie: Jak ja się wygłupiłem,
kiedy ostatnio tego spróbowałem!
Czasem, na przykład za radą życzliwego przyjaciela czy krewnego, próbuje
siłą woli pozbyć się tych myśli. - Nie
powinienem myśleć w taki sposób. To szkodliwe.
Albo, zbierając się w sobie, zmusza się do zrobienia tego, co budzi w nim obawę, nawet jeśli do działania motywuje go sam haczyk, a nie coś
autentycznie wartościowego. - Muszę
spróbować. Muszę to polubić, choćbym miał paść trupem.
Cała ta wewnętrzna paplanina nie tylko zwodzi nas na manowce, lecz także
wyczerpuje. Wysysa z nas cenne zasoby mentalne, które można by znacznie
lepiej spożytkować.
Zdolność naszych myśli do łapania nas na haczyk jest tak duża, ponieważ
wiele z naszych nawyków mentalnych ma biologiczne sprzężenie z emocjami
i wywołuje reakcje z turbodoładowaniem.
Załóżmy na moment, że trafiłeś na kurs nauki języka międzygalaktycznego.
W języku tym jedna z powyższych figur nazywa się "buba", a druga "kiki".
Robiąc dla zabawy kwiz, nauczyciel pyta, co jest co. Prawdopodobnie
wskażesz lewą figurę jako "kiki", a prawą jako "bubę"k11.
Twórcy tego eksperymentu, V.S. Ramachandran i Edward Hubbard, przekonali
się, że takie były typy 98 procent ludzi. Tego samego wyboru dokonywały
nawet dwulatki, które nie poznały jeszcze wzorców językowych i nie
mówiły po angielsku. Od kampusu University of California w San Diego,
przez kamienne uliczki Jerozolimy, do egzotycznych wybrzeży Tanganiki w Afryce Środkowej jest to uniwersalna preferencja wbudowana w ludzki
mózg: niezależnie od języka, kultury czy alfabetu ośrodki słuchowe
ludzkiego mózgu uznają słowo "kiki" za brzmiące ostro, a "buba" za
miększe i krąglejszek12.
Uważa się, że skojarzenie określonego kształtu z dźwiękiem zachodzi po
części dlatego, że zakręt kątowy, czyli obszar mózgu, w którym następuje
ta ocena, znajduje się na skrzyżowaniu szlaków dotyku, słuchu i wzroku.
Zajmuje się on łączeniem sygnałów zmysłowych, integrując dźwięki,
doznania dotykowe, obrazy, symbole i gesty, a być może odpowiada też za
naszą zdolność do myślenia metaforycznego. "To krzykliwa bluzka" - mówimy, albo "to ostry ser", mimo że hawajska
bluzka ani piśnie, a plaster cheddara nie przetnie ci w przewidywalnej
przyszłości palca. (Pacjenci z uszkodzeniem zakrętu kątowego mogą
perfekcyjnie posługiwać się językiem, ale nie łapać
przenośnik13. To samo dotyczy niższych naczelnych, które mają
zakręt kątowy o wielkości około jednej ósmej naszego).
Zdolność do synestezji, jak nazywa się to miksowanie doznań pochodzących
z różnych zmysłów, choć pomaga poetom i pisarzom w wymyślaniu
oryginalnych sformułowań, to naraża nas niestety na znalezienie się na
haczyku. A to dlatego, że nie doświadczamy myśli z niezachwianą
równowagą Spocka: "Przyszła mi właśnie myśl, że kolega kopie pode mną
dołki. Ciekawe".
Zamiast tego myśli pojawiają się wyposażone już w obrazy, symbole,
idiosynkratyczne interpretacje, osądy, hipotezy, abstrakcje i działania.
Nadaje to naszemu życiu umysłowemu żywiołową intensywność, ale
jednocześnie ujmuje obiektywizmu, rzucając nas na pastwę natrętnych
myśli - adekwatnych lub nie i pomocnych lub
całkiem przeciwnie.
Podczas rozprawy sędziowie z reguły pozwalają członkom ławy przysięgłych
zobaczyć zdjęcia z sekcji zwłok, ale rzadko z miejsca zbrodni.
Chaotyczne, pełne przemocy i krwawe obrazy mają emocjonalną wymowę,
która mogłaby zachwiać logicznym, neutralnym rozumowaniem, jakiego
oczekuje się od przysięgłych. Zdjęcia z sekcji wykonane są w rzęsistym
oświetleniu na stalowym stole - wszystko
tchnie kliniczną sterylnością. Natomiast fotografie z miejsca zbrodni
mogą zawierać szczegóły, które uczłowieczają ofiarę (obrazek dziecka na
obryzganej krwią komodzie, rozwiązane sznurowadło w znoszonych
adidasach) lub dramatyzują jej cierpienie. Takie emocjonalnie naładowane
obrazy mogłyby "rozognić" przysięgłych i wzbudzić w nich chęć odwetu:
"Ofiara była taka sama jak ja. Oskarżony ma niezłe alibi, ale ktoś musi
zapłacić za to, co się stało!".
Bijąca po oczach, technikolorowa jaskrawość wytworów naszego
przetwarzania poznawczego, podbita dodatkowo przez emocje, stanowi formę
przystosowania ewolucyjnego, która dobrze nam służyła, gdy czyhały na
nas węże, lwy i klany żądnych krwi pobratymców. W obliczu zagrożenia ze
strony nieprzyjaciela lub drapieżnika przeciętny łowca-zbieracz nie mógł
sobie pozwolić, by tracić czas na Spockowe abstrakcje: "Jestem
zagrożony. Jak oceniam dostępne mi opcje postępowania?".
Aby nasi praprzodkowie mogli utrzymać się przy życiu, musieli odczuwać
zagrożenie z samej głębi trzewi, chwytając sens sytuacji w sposób, który
automatycznie prowadzi do przewidywalnej odpowiedzi sterowanej przez
proces wtrysku paliwa z układu hormonalnego: do reakcji zastygnięcia w bezruchu, walki lub ucieczki.
Gdy w wieku dwudziestu lat mieszkałam przez rok z mamą, moja koleżanka
oraz jej chłopak zostali zgwałceni i pobici w swoim mieszkaniu przez
zgraję bandziorów, którzy wcześniej włamali się do domu i zaczaili, aż
para wróci z randki w restauracji. Jak wspominałam, przerażające
zbrodnie tego typu nie należały w Johannesburgu do rzadkości. Po tym
zdarzeniu byłam jeszcze bardziej przeczulona niż wcześniej.
Pewnego wieczoru zgubiłam się, wracając skądś samochodem, i wylądowałam
w bardzo niebezpiecznej części miasta. Gdy zorientowałam się w końcu,
którędy mam jechać, ogarnęła mnie obawa, że ktoś mnie śledzi. Jednak po
dotarciu na miejsce nikogo nie dostrzegłam. Weszłam do domu, planując
dopiero za jakiś czas wrócić do auta po bagaże. Gdy mniej więcej po pół
godzinie wyszłam za próg i zbliżyłam się do samochodu, wszystko wydawało
się ciche i zwyczajne. Ale nagle usłyszałam gardłowy dźwięk. Spojrzałam.
W moją stronę zmierzało dwóch mężczyzn z pistoletami w dłoni. Ostatnie
godziny strachu i wspomnienia napadu na koleżankę tak zszarpały mi
nerwy, że bez chwili zwłoki zaczęłam krzyczeć wniebogłosy. Z moich ust
wylał się potok soczystych przekleństw (nie jestem pruderyjna, ale
wierzcie mi, że nie nadają się do przytoczenia tutaj). Zaskoczeni
mężczyźni wlepili we mnie wzrok, sami przestraszeni. (Mogę sobie tylko
wyobrażać, co działo się w ich głowach na widok wariatki chodzącej wolno
po ulicach!) Następnie dali nura w zarośla, z których się wcześniej
wyłonili, i tyle ich widziałam. Do dzisiaj jestem wdzięczna swojemu
mózgowi za ten akt synestezji: zobaczyć, przypomnieć sobie, odczuć,
usłyszeć i zareagować - wszystko naraz.
Niemniej ta niezwykła zdolność miksowania naraża nas też na łapanie się
na haczyk. Na szczęście w dzisiejszym świecie większość naszych
problemów, a nawet zagrożeń, ma charakter nieostry i długofalowy - nie jest to "Ach, wąż!", tylko "Czy moje miejsce
pracy jest bezpieczne?" albo "Czy przechodząc na emeryturę, będę mieć
dość odłożonych oszczędności?", albo "Czy moja córka tak zadurzyła się w tym nieszczęsnym Petersenie, że zaczyna zbierać gorsze stopnie w szkole?". Jednak z powodu skojarzenia z emocjami nasze myśli - nawet niewinne, prozaiczne scenariusze życiowe
(starzejące się małżeństwo, licealistka podkochująca się w koledze)
- stają się wyzwalaczami automatycznych
reakcji lęku, przerażenia i poczucia bezpośredniego zagrożenia.
Oto jak przygodna myśl może przeistoczyć się
w trwałe zafiksowanie:
wewnętrzna paplanina + miksowanie myśli
w technikolorze + cios emocjonalny
= wisisz na haczyku
Zaczyna się od słuchania naszej
wewnętrznej paplaniny...
Od kilku dni nie rozmawiałam z Jane jak matka z córką. Ciągle mnie nie ma. Muszę spędzać z nią więcej
czasu. Ale jak mam to zrobić, skoro tyle dzieje się u mnie
w robocie? Po prostu nie daję rady. Michelle zawsze
potrafi się tak zorganizować, żeby jej czas spędzany
z córką wypełniały wyjątkowe chwile. To naprawdę dobra matka. Wie, co jest najważniejsze. Co ze mną jest
nie tak? Nic mi nie wychodzi.
Dzięki miksowaniu myśli w technikolorze paplanina
nasyca się wyrazistymi wspomnieniami, obrazami, symbolami...
Wystarczy spojrzeć na moją małą dziewczynkę. Tak
szybko dorasta. Jak dobrze pamiętam zapach pieczonych przez mamę ciasteczek, który witał mnie po powrocie ze szkoły. Muszę coś upiec dla Jane. Tylko patrzeć,
jak skończy szkołę, wyprowadzi się z domu -?z tym obleśnym Rickym Petersenem! -?i będzie mnie nienawidzić.
Dlaczego ten klient wysyła mi służbowy mail w sobotę? Zaraz mu napiszę, co o tym myślę. I NIE, JANE, NIE
MOGĘ CIĘ ZABRAĆ NA ZAKUPY. KTÓREGO SŁOWA
NIE ROZUMIESZ W "MAM PRACĘ"?
Dodajemy cios emocjonalny...
Nie mogę uwierzyć, że odezwałam się w ten sposób
do swojego dziecka. Jest mi tak ciężko na sercu. Umrę
kiedyś w samotności, bo moja córka mnie znienawidzi.
Dawniej lubiłam swoją pracę, ale teraz jej nie znoszę.
Odbiera mi cały czas dla rodziny. Jestem taka żałosna.
Zmarnowałam życie.
Cios emocjonalny stanowi jeden z licznych "efektów specjalnych", które
przydają nadzwyczajnej mocy układanym przez nas narracjom, nadającym
sensy zdarzeniom w naszym życiu, nawet jeśli są to zdarzenia czysto
fikcyjne. Poeta John Milton następująco podsumował to w XVII wieku:
"Umysł sam jest dla siebie; niebo w piekło obraca, piekło mieni w niebo". Jednak w skarbnicy aforyzmów mamy też: "Gdyby pragnienia miały
skrzydła, świnie szybowałyby w przestworzach" - czyli owszem, umysł tworzy swoje wszechświaty,
ale nie jesteśmy w stanie rozwiązać swoich problemów przez same
afirmacje i pozytywne myśli. W rzeczywistości newage'owe rady, które
opatrują problemy stikerami z uśmiechniętą buźką, mogą pogłębiać
pierwotne trudności. Dlatego pytanie dla nas, idących do przodu, brzmi:
Kto tu rządzi - myśl czy myślący?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki