Wprowadzenie
Pracujący na swojej pierwszej nauczycielskiej posadzie Carl Rogers
siedział wciśnięty w grupę studentów psychologii. Miał wówczas niemal
czterdzieści lat. Działo się to krótko po wynalezieniu taśm
magnetycznych i grupa z zapartym tchem wysłuchiwała nagrania wywiadu
psychoterapeutycznego. Rogers co chwila cofał taśmę i ponownie odtwarzał
fragmenty sesji, aby zwrócić uwagę na miejsca, w których wywiad szedł w złym kierunku, lub aby podkreślić te, w których klient robił znaczący
krok naprzód.
Oto jeden z wizerunków Carla Rogersa, jakie odnajdziemy w Sposobie
bycia, lecz jest także wiele innych. Wyobraźmy sobie inną scenę, która
rozegrała się, gdy był on o dwadzieścia lat starszy.
Na sympozjum akademickim poświęconym Ellen West, szeroko analizowanemu
przypadkowi pacjentki, która kilkadziesiąt lat wcześniej popełniła
samobójstwo, Rogers poruszył słuchaczy głębią i siłą swej reakcji. Mówił
o Ellen West tak, jak gdyby dobrze ją znał - jak gdyby otruła się
zaledwie wczoraj. Wyraził nie tylko swój żal z powodu jej tragicznie
zaprzepaszczonego życia, ale także gniew na lekarzy i psychiatrów,
którzy przez brak ludzkich odruchów i opętanie chęcią dokonania
precyzyjnego rozpoznania uczynili z niej przedmiot. Jak oni mogli tak
postąpić? - pytał Rogers. Szkoda, że nie wiedzieli, że traktowanie osoby
jak przedmiotu zawsze jest przeszkodą na drodze do sukcesu terapii.
Gdyby traktowali ją jak osobę i podjęli ryzyko doświadczenia jej
rzeczywistości oraz jej świata, mogliby zaradzić jej śmiertelnej w skutkach samotności.
Oto jeszcze jeden obraz, późniejszy o piętnaście lat. Carl Rogers miał
wówczas ponad siedemdziesiąt lat i został zaproszony, by wygłosić
uroczysty odczyt na dorocznym zjeździe American Psychological
Association [Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego]. Uczestnicy
zjazdu rozsiedli się wygodnie w fotelach, oczekując dojrzałej
retrospektywy otoczonego szacunkiem siedemdziesięciolatka. Rogers
tymczasem zaszokował ich, wskazując na wiele czekających ich wyzwań.
Naglił, by psychologowie szkolni nie ograniczali się jedynie do
zajmowania się uczniami, którzy doznali uszczerbku z winy przestarzałego
i nieodpowiedniego systemu edukacji, lecz aby zmienili ten system, aby
uczestniczyli w edukacyjnym doświadczeniu, które wyzwoliłoby ciekawość
uczniów i wzbudziło w nich radość uczenia się. Wystąpił przeciw
ograniczeniom ram profesji i stwierdził, że wysiłki zmierzające do
wydawania certyfikatów i licencji nie są warte swoich kosztów. Jest
równie wielu nielicencjonowanych, jak i licencjonowanych szarlatanów.
Zbyt wielu utalentowanym terapeutom uniemożliwia się uprawianie zawodu.
Sztywna biurokracja American Psychological Association zahamowała rozwój
i kreatywność na tym polu. Podczas wystąpienia Rogersa żaden ze
słuchaczy nie zasnął.
W tych i w wielu innych przywoływanych w Sposobie bycia zdarzeniach
wyraźnie dostrzegamy zaangażowanie Carla Rogersa w rozwój ludzi.
"Nastawienie na osobę" - tak Rogers najchętniej określał swoje
podejście. Już od początków kariery zawodowej, kiedy to przez dwanaście
lat pracował w Rochester z dziećmi ze środowisk ubogich i przestępczych,
główny akcent w swoich pracach kładł na uznanie i poszanowanie świata
doświadczeń klienta. Rogers zaczął formułować pomysły dotyczące terapii,
które opierały się na przekonaniu, że przy określaniu kierunków
postępowania terapeutycznego należy polegać przede wszystkim na
kliencie. To klient wie, co go rani, jakie doświadczenia wymagają
odsłonięcia i które problemy mają dla niego zasadnicze znaczenie. W wieku trzydziestu kilku lat Rogers napisał podręcznik z zakresu
postępowania z dziećmi sprawiającymi problemy. Dzięki tej książce skupił
na sobie uwagę środowiska akademickiego, co pozwoliło mu objąć profesurę
na Ohio State University.
W podręczniku tym Rogers przedstawił pionierski kurs doradztwa
psychologicznego (pamiętajmy, że w latach trzydziestych naszego stulecia
psychologia kliniczna w jej obecnym rozumieniu jeszcze nie istniała).
Gdy jego koncepcje dotyczące terapii wykrystalizowały się, napisał
podręcznik Counseling and Psychoterapy ["Doradztwo psychologiczne i psychoterapia"]. Wydawcy opublikowali go niechętnie. Woleliby, żeby
zaproponowano im tekst z dziedziny, która już istniała! W końcu jednak
właśnie tej książce, wraz z The Art of Counseling ["Sztuka doradztwa
psychologicznego"] Rollo Maya, dane było odegrać znaczną rolę w narodzinach psychologii klinicznej i kształtowaniu w terapii podejścia o orientacji humanistycznej.
Carl Rogers był nieustępliwym wojownikiem - stoczył wiele bitew na
polach medycyny i psychiatrii, które usiłowały uniemożliwić psychologom
leczenie pacjentów: walczył z redukcjonistami, takimi jak B.F. Skinner,
którzy zaprzeczali zasadniczej roli, jaką w życiu człowieka odgrywa
możliwość dokonywania wyboru, wola i celowość; ścierał się w proceduralnych bitwach z psychoanalitykami, którzy uznawali terapię
nastawioną na klienta za uproszczoną i antyintelektualną.
Dzisiaj, pół wieku później, terapeutyczne podejście Rogersa wydaje się
tak właściwe, tak oczywiste i tak dalece potwierdzone przez
dziesięciolecia badań psychoterapeutycznych, że trudno pojąć
intensywność tamtych sporów, a nawet zrozumieć, czego właściwie one
dotyczyły. Doświadczeni terapeuci obecnie zgadzają się, że - jak
zauważył Rogers już u progu swojej kariery - najważniejszym aspektem
terapii jest relacja terapeutyczna. Prawdziwe i szczere przywiązanie
terapeuty do pacjenta jest imperatywem: im bardziej terapeuta jest
rzeczywistą osobą i unika ochronnych lub zawodowych masek czy gier, tym
chętniej pacjent odwdzięczy się mu tym samym i będzie działać
konstruktywnie. Terapeuta powinien akceptować pacjenta bezwarunkowo, nie
osądzając go. I oczywiście musi wkroczyć w świat swojego klienta z empatią.
Jednak idee Rogersa były wówczas tak nowatorskie, że musiał on wręcz
zmusić profesjonalistów, by raczyli je dostrzec. Jego główną bronią były
obiektywnie potwierdzone wyniki. Kreatywność pozwalała mu wykorzystać
rezultaty badań do objaśnienia tego, na czym polega proces psychoterapii
i jej wynik. Jego badania nad najistotniejszymi cechami relacji
terapeuta-klient - empatycznym zrozumieniem, szczerością oraz
bezwarunkową, pozytywną uwagą poświęconą przez terapeutę klientowi -
zostały przyjęte przez przedstawicieli nauk społecznych jako model
właściwego podejścia.
W trwających przez całe życie wysiłkach na rzecz stworzenia i podtrzymania humanistycznej postawy w psychoterapii Rogersa wspierał
wpływowy głos Rollo Maya. Chociaż zgadzali się oni w kwestii podejścia
do terapii i jej celów (i chociaż obydwaj uczyli się w Union Theological
Seminary), wywodzili swoje przekonania z różnych źródeł. Carl Rogers z badań empirycznych, Rollo May zaś ze studiów literackich, filozoficznych
i poświęconych mitologii.
Rogersowi w ciągu całej kariery zawodowej zarzucano uproszczone
podejście do terapii, a wielu praktyków wręcz karykaturowało terapię
skupioną na kliencie jako metodę, w której terapeuta jedynie powtarza
ostatnie słowa wypowiedziane przez klienta. Jednak ci, którzy znali
Rogersa, którzy śledzili sposób, w jaki przeprowadza wywiady, lub też
przeczytali uważnie jego prace, wiedzieli, że zaproponowane przez niego
podejście nie jest ani uproszczone, ani ograniczone.
Prawdą jest, że Rogers podążał raczej od podstaw ku górze niż od góry ku
podstawom. Opierał się najpierw na bezpośrednich obserwacjach własnej
pracy terapeutycznej i pracy innych. Formułował konkretne, możliwe do
zweryfikowania hipotezy. (Była to zawsze zasadnicza różnica między
podejściem Rogersa a podejściem psychoanalizy, w której na podstawie
daleko idących wnioskowań tworzono niemożliwe do zweryfikowania teorie,
mające następnie wskazywać na wybór procedury terapeutycznej i w pewnym
sensie nią sterujące). Jest jednak również prawdą, że już w początkach
swojej kariery Rogers przyjął kilka fundamentalnych założeń, na których
oparły się jego późniejsze prace.
Był on przekonany o realności i znaczeniu ludzkiego wyboru. Wierzył, że
uczenie się poprzez doświadczanie jest znacznie bardziej wartościowym
podejściem do zrozumienia samego siebie i zachodzącej zmiany niż
usiłowania oparte na pojmowaniu intelektualnym. Rogers wierzył, że
jednostka dąży do urzeczywistnienia własnych możliwości, że cechuje ją
wrodzona skłonność do rozwoju i spełnienia. Rogers często wspominał o swojej wierze w istnienie impulsów tworzących (równoważących siłę
entropii) w całym życiu organicznym. Głosząc przekonanie, że człowiek
dąży do samourzeczywistnienia, dołączył do takich myślicieli, jak
Nietzsche, Kierkegaard, Adler, Goldstein, Maslow i Horney, wierzących w istnienie w jednostce wielkiego potencjału, umożliwiającego jej
samozrozumienie i osobistą przemianę. Wszak pierwsza "granitowa
sentencja" Nietzschego mówiąca o ludzkiej doskonałości brzmiała "Stań
się, kim jesteś". Karen Horney, niekonwencjonalna psychoanalityczka,
powiada, że "tak jak żołądź staje się dębem, tak dziecko dorosłym".
Zadanie terapii wynikające z takiego podejścia nie polega zatem na
konstrukcji, rekonstrukcji, manipulacji czy kształtowaniu. Polega ono na
wspomaganiu wzrostu lub usuwaniu przeszkód stojących na jego drodze oraz
na pomocy w uwolnieniu tego, co od zawsze tkwiło w człowieku.
Rogers uważał, że podejście nastawione na osobę wytwarza tak wielką moc
osobistej przemiany, że nie ma powodu, by ograniczać jego stosowanie do
osób z problemami psychicznymi. Konsekwentnie próbował wykorzystać je w wielu sytuacjach pozaklinicznych. Przez dziesięciolecia aktywnie
uczestniczył w programach edukacyjnych, podkreślając, że obok aspektów
poznawczych nauczanie powinno obejmować również aspekty afektywne, że
nauczyciele powinni skupiać się na całej osobie ucznia, że powinno się
tworzyć w szkole środowisko akceptacji, szczerości i empatycznego
zrozumienia. Personel szkoły powinien być uczony podejścia nastawionego
na osobę i powinno się podjąć wysiłki, aby wytworzyć w uczniach poczucie
własnej wartości i wyzwolić ich naturalną ciekawość.
"Grupy spotkaniowe" niekiedy określało się mianem "grup terapii dla
ludzi normalnych". Balansowały one na granicy między edukacją a terapią
lub - jak ujęto to z mniejszym poważaniem - między "zawężaniem się a poszerzaniem umysłu". W latach sześćdziesiątych Rogers zrozumiał, że
intensywne doświadczenia grupowe dają ludziom ogromny potencjał na rzecz
przemian. Zanurzył się w ruchu grup spotkaniowych i wniósł znaczący
wkład w rozwój technik ich prowadzenia. Występując przeciw stylowi
wykorzystującemu przymus i manipulację, z naciskiem twierdził, że to
samo nastawione na osobę podejście tak istotne dla indywidualnego
doradztwa psychologicznego jest równie niezbędne w wypadku doświadczeń
grupowych. Liderzy powinni być zarazem uczestnikami grup; własnym
przykładem powinni tworzyć środowisko ułatwiające postęp innym członkom
grupy. Rogers stosował się do swoich wytycznych, a zapisy z jego sesji
grupowych pokazują niewiarygodną uczciwość psychologa: podobnie jak w pracy indywidualnej, ujawniał nie tylko trapiące go problemy osobiste,
lecz również fantazje dotyczące innych członków grupy - przynajmniej w takim stopniu, w jakim jego zdaniem mogły one poprowadzić innych w kierunku konstruktywnego wglądu w siebie (introspekcji).
Wszystko to, co sprawdzało się w wypadku małych grup, okazało się
odpowiednie również dla grup dużych. W wieku siedemdziesięciu pięciu lat
Rogers prowadził zajęcia kilkusetosobowych grup w ramach projektu
tworzenia wspólnoty. Uważał, że grupy nastawione na osobę dają do rąk
potężne narzędzia rozwiązywania międzyludzkich konfliktów, zarówno w ramach jednego państwa, jak i międzynarodowych. Pragnąc mieć wpływ na
łagodzenie napięć międzykulturowych i etnicznych, Rogers przez ostatnie
dziesięć lat życia wiele podróżował. Prowadził grupy komunikacji
ludności czarnej i białej w Republice Południowej Afryki. Do wielkich
audytoriów w Brazylii (wówczas pod panowaniem dyktatury) kierował słowa
o wolności indywidualnej i samourzeczywistnieniu. Wspomagał czterodniowe
warsztaty rozwiązywania konfliktów dla wysokich urzędników siedemnastu
narodowości Ameryki Środkowej, a przykłady doradztwa nastawionego na
klienta przedstawiał podczas cieszących się wielką popularnością
warsztatów w Związku Radzieckim. Jego międzynarodowe działania i wysiłki
były tak intensywne, że został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla.
Książka Sposób bycia zaczyna się od przedstawienia poglądów Rogersa na
komunikację. Niewiele rzeczy było dla niego ważniejszych niż precyzyjne
i uczciwe komunikowanie własnych uczuć i myśli. Konsekwentnie wystrzegał
się wszelkich pokus skłaniających do wzbudzania podziwu, przekonywania
lub manipulowania. Sprawia to, że pisanie wstępu do jego pracy staje się
w pewnym sensie zbędne. Chociaż niewielu zasługuje na wstęp bardziej niż
Rogers, nikomu nie jest on mniej potrzebny. Jak czytelnik sam się
przekona, Rogers mówi we własnym imieniu, czyniąc to z niezwykłą
jasnością i wdziękiem.
Irvin D. Yalom
1995
Rozdział 1
Doświadczenia w komunikowaniu się
Jesienią 1964 roku zaproszono mnie jako prelegenta, abym wygłosił wykład
na sesji w California Institute of Technology w Pasadenie - jednym z najlepszych w świecie instytutów naukowych. Większość pozostałych mówców
reprezentowała nauki fizyczne. Przybyli stanowili wysoce wykształcone i wyrafinowane grono słuchaczy. Mówców zachęcano do przeprowadzania - w miarę możliwości - demonstracji dotyczących ich przedmiotów: niezależnie
od tego, czy była to astronomia, mikrobiologia czy też fizyka
teoretyczna. Mnie poproszono, abym mówił o komunikacji.
Kiedy gromadziłem już lekturę i pomysły do tego wykładu, ogarnęło mnie
poczucie niezadowolenia z tego, co robię. W mojej głowie pojawiła się
myśl o przeprowadzeniu demonstracji, lecz potem ją odrzuciłem.
Tekst, który zamieszczam poniżej, pokazuje, w jaki sposób rozwiązałem
problem zastąpienia mówienia o komunikacji dążeniem do niej.
* * *
Posiadam pewną wiedzę o komunikacji i mogę posiąść jej więcej. Kiedy
zgodziłem się wygłosić tę prelekcję, zaplanowałem, że zgromadzę tę
wiedzę i nadam jej formę wykładu. Im dłużej zastanawiałem się nad tym
planem, tym mniej mnie zadowalał. Wiedza o czymś nie jest rzeczą
najważniejszą we współczesnych naukach o zachowaniu. Pojawiła się bowiem
silna fala wiedzy doświadczeniowej, wiedzy na poziomie intuicyjnym,
która odnosi się bezpośrednio do człowieka. Operując na tym poziomie,
znajdujemy się w świecie, w którym nie tylko mówimy o doświadczeniach
poznawczych i intelektualnych, o których z reguły możemy bez problemu
komunikować werbalnie. Tutaj mówimy o czymś o charakterze bardziej
doświadczeniowym, o czymś, co odnosi się do całej osoby, zarówno do
reakcji organizmu i uczuć, jak i myśli oraz słów. Co za tym idzie,
stwierdziłem, że zamiast mówić o komunikacji, wolałbym komunikować się
z wami na poziomie uczuciowym. Nie jest to łatwe. Myślę, że jest to
zazwyczaj możliwe w małych grupach, w których jednostka czuje się
prawdziwie akceptowana. Myśl o próbie uczynienia tego samego z dużą
grupą przeraziła mnie. Kiedy się dowiedziałem, jak duża faktycznie ma
być ta grupa, zarzuciłem cały pomysł. Jednak z czasem, dzięki wsparciu
ze strony mojej żony, powróciłem do niego i postanowiłem spróbować.
W decyzji tej umocniła mnie wiadomość, że tradycją sesji w Caltech
[California Institute of Technology] jest prowadzenie wykładów w formie demonstracji. To, co teraz nastąpi, nie będzie wprawdzie
demonstracją w żadnym z powszechnie znanych znaczeń tego słowa, lecz
żywię nadzieję, że w pewnym sensie może to stanowić demonstrację
dwustronnej komunikacji na poziomie uczuciowym i doświadczeniowym.
Moje zamierzenie jest w istocie bardzo proste. Chciałbym się podzielić
zdobytą przeze mnie wiedzą o komunikacji. To wiedza osobista, wynikająca
z własnego doświadczenia. Nie zamierzam w żaden sposób sugerować, że
powinniście uczyć się tych samych rzeczy lub robić to samo co ja, lecz
czuję, że jeśli opowiem o moich doświadczeniach wystarczająco uczciwie,
będziecie mogli je skonfrontować z własnymi i zadecydować, jaką ma to
dla was wartość. W mojej dwustronnej komunikacji z innymi ludźmi
zdarzały się doświadczenia, które sprawiały, że czułem zadowolenie,
ciepło i satysfakcję. Były też takie, które w swoim czasie (a później
jeszcze bardziej) sprawiały, że odczuwałem rozczarowanie, było mi
nieprzyjemnie, czułem się bardziej zdystansowany wobec siebie samego i mniej z siebie zadowolony. Część z tych doświadczeń pragnę wam w jakiś
sposób przekazać. Innymi słowy, niektóre z nich sprawiały, że czułem się
bogatszy, ważniejszy, i przyspieszyły mój rozwój. Bardzo często
zauważałem, że inne osoby reagowały na nie podobnie i również stawały
się dzięki nim bogatsze - że ich funkcjonowanie i rozwój postępowały.
Zdarzały się jednak sytuacje, w których wzrost czy rozwój każdego z nas
były hamowane, zatrzymywane lub nawet cofane. Sądzę, że z moich słów
będzie jasno wynikało, iż wolę przeżywać te doświadczenia komunikacyjne,
które wspierają rozwój mój i innych ludzi w nie zaangażowanych, wolałbym
zaś unikać tych, w których ja i inni czujemy się mniejsi, mniej ważni.
Pierwszym prostym uczuciem, którym pragnę się z wami podzielić, jest
zadowolenie z tego, że mogę kogoś naprawdę słuchać. Sądzę, że jest to
moja trwała cecha. Pamiętam ją jeszcze z moich pierwszych lat w szkole
podstawowej. Dziecko zadawało nauczycielowi pytanie i dostawało
doskonałą odpowiedź, lecz na zupełnie inne pytanie. Zawsze było to dla
mnie przykre i stresujące. Reagowałem myślą: "Przecież wcale go nie
słuchałeś!". Odczuwałem rodzaj dziecinnej bezsilności w obliczu tak
powszechnego wówczas (i obecnie) braku właściwej komunikacji.
Sądzę, że wiem, dlaczego słuchanie kogoś sprawia mi tak dużą
satysfakcję. Kiedy mogę kogoś rzeczywiście wysłuchać, wchodzę z nim w kontakt, a to wzbogaca moje życie. To właśnie poprzez słuchanie ludzi
nauczyłem się wszystkiego tego, co wiem o jednostkach, osobowości i relacjach międzyludzkich. Z prawdziwego słuchania kogoś można czerpać
szczególny rodzaj satysfakcji: to jak wsłuchiwanie się w muzykę sfer
niebieskich, ponieważ za każdym bezpośrednim komunikatem danej osoby -
niezależnie od tego, jaki on jest - stoi uniwersum. We wszystkich
sytuacjach komunikacji międzyludzkiej kryją się pewne prawa
psychologiczne, odpowiadające prawom rządzącym całym wszechświatem. Jest
zatem zarówno zadowolenie ze słuchania danej osoby, jak i satysfakcja z kontaktu z tym, co jest uniwersalnie prawdziwe.
Kiedy mówię, że się cieszę, słuchając kogoś, mam - rzecz jasna - na
myśli głębokie wsłuchiwanie się. Mam na myśli słyszenie słów, myśli,
odcieni uczuć, osobistych znaczeń, a nawet znaczenia kryjącego się poza
świadomymi intencjami mówcy. Niekiedy w wypowiedzi, która pozornie nie
jest zbyt istotna, słyszę ludzki krzyk, nieznany, ukryty gdzieś we
wnętrzu tej osoby.
Nauczyłem się zatem zadawać sobie pytanie, czy potrafię słyszeć dźwięki
i wyczuwać kształt wewnętrznego świata danej osoby. Czy potrafię
reagować na to, co mówi, tak głęboko, żeby wyczuć to, co ta osoba
chciałaby wyrazić, a czego boi się wypowiedzieć, jak i to, z czego zdaje
sobie ona sprawę?
Przypomina mi się w tym miejscu wywiad, który przeprowadziłem z pewnym
dorastającym chłopcem. Podobnie jak wielu jego dzisiejszych rówieśników,
już na wstępie powiedział, że nie ma w życiu żadnych celów. Kiedy
zacząłem go o to wypytywać, obstawał przy swoim z coraz większym uporem,
twierdząc, że nie ma absolutnie żadnego celu. Rzekłem: "Więc nie ma
niczego, co chciałbyś zrobić?". "Nie ma... No, może chciałbym dalej żyć".
Pamiętam dokładnie uczucia, jakie ogarnęły mnie w tamtej chwili. Ta
wypowiedź bardzo mnie poruszyła. Może chłopiec próbował po prostu mi
powiedzieć, że - tak jak wszyscy ludzie - zwyczajnie chce żyć. Jednak
być może - i to wydawało się najbardziej prawdopodobne - próbował mi
powiedzieć, że w tej chwili ważne jest dla niego to, czy żyć dalej.
Spróbowałem więc dostroić się do niego i zareagować na wszystkich
poziomach. Nie miałem pewności, jakie w istocie było jego przesłanie.
Chciałem się po prostu otworzyć na wszelkie znaczenia, jakie mogła nieść
ta wypowiedź, biorąc pod uwagę to, że mógł on również w pewnej chwili
rozważać samobójstwo. Fakt, że byłem chętny i gotów do wysłuchania go na
wszystkich poziomach, był zapewne jednym z czynników, który umożliwił mu
powiedzenie mi przed zakończeniem wywiadu, że nie tak dawno temu
zamierzał popełnić samobójstwo. Oto, co mam na myśli, mówiąc o pragnieniu prawdziwego wysłuchania człowieka na wszystkich poziomach, na
których usiłuje on podjąć komunikację.
Pozwólcie mi przytoczyć jeszcze jeden krótki przykład. Nie tak dawno
zatelefonował do mnie w pewnej sprawie kolega z daleka. Zakończyliśmy
rozmowę i odwiesiłem słuchawkę. Wtedy - dopiero wtedy - uderzył mnie ton
jego głosu. Stwierdziłem, że za naszą rozmową kryła się nuta spięcia,
zniechęcenia czy nawet rozpaczy, która nie miała nic wspólnego ze
sprawą, o której rozmawialiśmy. Odczułem to tak silnie, że napisałem do
niego list, zawierający mniej więcej te słowa: "Być może całkowicie się
mylę co do tego, o czym zamierzam napisać. Jeśli tak, wyrzuć tę kartkę.
Po odwieszeniu słuchawki zdałem sobie sprawę, że coś cię dręczyło. Być
może byłeś nawet zrozpaczony". Potem spróbowałem podzielić się z nim
moimi odczuciami dotyczącymi jego osoby i sytuacji w sposób, który -
miałem nadzieję - mógł okazać się dla niego pomocny. Wysłałem list z uczuciem niepewności, myśląc, że mogę się przecież całkowicie mylić.
Szybko jednak otrzymałem odpowiedź. Kolega był niezmiernie wdzięczny, że
wreszcie ktoś go usłyszał. Okazało się, że właściwie zrozumiałem ton
jego głosu. Poczułem wielkie zadowolenie, że byłem zdolny go usłyszeć.
Dzięki temu mogło dojść do rzeczywistej komunikacji. Bardzo często same
słowa niosą jedną wiadomość, podczas gdy ton głosu mówi zupełnie co
innego.
Zauważyłem, że zarówno w wywiadach terapeutycznych, jak i w intensywnych
doświadczeniach grupowych, które tak wiele dla mnie znaczyły,
wysłuchanie człowieka ma swoje konsekwencje. Kiedy prawdziwie słucham
człowieka i tego, co w danej chwili jest dla niego ważne, nie słucham
słów, lecz jego samego. Kiedy zaś dam mu do zrozumienia, że słuchałem
tego, co rzeczywiście - w głębi swej osoby - miał na myśli, wiele może
się zdarzyć. Pierwszą rzeczą jest wdzięczne spojrzenie. Człowiek ów
czuje ulgę. Pragnie mi powiedzieć więcej o swoim świecie. Pojawia się w nim nowe poczucie wolności. Staje się on bardziej otwarty na proces
zmiany.
Często zauważałem, że im głębiej wsłuchuję się w to, co dana osoba
pragnie wyrazić, tym więcej może się zdarzyć. Kiedy ktoś zda sobie
sprawę, że słucha się go w ten głęboki sposób, jego oczy niemal zawsze
wilgotnieją. Sądzę, że w pewnym sensie są to łzy radości. To tak, jak
gdyby człowiek ów mówił: "Dzięki Bogu, ktoś mnie usłyszał. Ktoś wie, co
się ze mną dzieje". W takich chwilach wyobrażam sobie więźnia w lochach,
który dzień po dniu wystukuje alfabetem Morse'a wiadomość: "Czy ktoś
mnie słyszy? Czy ktoś tam jest?". Aż w końcu pewnego dnia dochodzi go
słabe stukanie: "Tak". Dzięki tej jednej prostej odpowiedzi zostaje on
uwolniony od samotności i znowu staje się istotą ludzką. Wielu ludzi
żyje obecnie w takich własnych lochach. W żaden sposób nie wyrażają oni
na zewnątrz tego, co się w nich naprawdę dzieje. Trzeba ich słuchać z wielką uwagą, aby usłyszeć prawdziwą, ukrytą wiadomość.
Jeśli wydaje się to wam nieco zbyt sentymentalne lub przerysowane, chcę
się podzielić z wami doświadczeniem, które przeżyłem ostatnio w piętnastoosobowej grupie spotkaniowej ludzi piastujących wysokie
stanowiska w różnych firmach. Na początku tygodnia bardzo intensywnych
sesji poproszono ich, aby napisali, jakimi uczuciami nie chcieliby się
dzielić z grupą. Były to teksty anonimowe. Jedna z osób napisała: "Nie
przywiązuję się do ludzi łatwo. Noszę prawie nieprzeniknioną maskę. Nie
przepuszcza ona niczego, co mogłoby mnie zranić, lecz nie wypuszcza
również niczego na zewnątrz. Wyparłem tak wiele emocji, że jestem bliski
emocjonalnej pustki. Taka sytuacja mnie nie uszczęśliwia, ale nie wiem,
co z tym zrobić. Być może pomógłby mi wgląd w to, jak reagują na mnie
inni". Była to niewątpliwie "wiadomość z lochów". Nieco później pewien
uczestnik grupy ujawnił się jako autor owego listu i zdał znacznie
bardziej szczegółową relację ze swojego poczucia izolacji i emocjonalnego chłodu. W jego odczuciu życie było wobec niego tak
brutalne, że został zmuszony wyzbyć się uczuć nie tylko w pracy czy w grupie społecznej, ale - co najsmutniejsze - również w rodzinie.
Stopniowe osiąganie coraz większej zdolności wyrażania uczuć w trakcie
zajęć grupowych, odczuwania coraz mniejszego lęku przed zranieniem oraz
rosnącej chęci dzielenia się sobą z innymi było niezwykle cennym
doświadczeniem dla wszystkich uczestników spotkań.
Ucieszył mnie, a zarazem rozbawił list, który otrzymałem od tego
człowieka kilka tygodni później. Zastanawiał się w nim nad czymś innym:
"Kiedy wróciłem [z terapii grupowej], poczułem się niczym dziewczyna,
która została uwiedziona, lecz jest owładnięta uczuciem, że właśnie tego
oczekiwała i potrzebowała. Nadal nie jestem pewien, kto jest
odpowiedzialny za to uwiedzenie: ty, grupa czy wasza spółka.
Podejrzewam, że to ostatnie. W każdym razie chciałbym podziękować za to
znaczące i intensywne doświadczenie". Dzięki temu, że kilkoro
uczestników grupy potrafiło go uważnie wysłuchać, został on uwolniony ze
swoich lochów i wyszedł - przynajmniej do pewnego stopnia - na bardziej
słoneczny świat cieplejszych związków międzyludzkich.
Pozwólcie mi teraz przejść do drugiej rzeczy, którą pragnę się z wami
podzielić. Lubię być wysłuchanym. Wiele razy w życiu zmagałem się z nierozwiązywalnymi problemami, w pewnym okresie pogrążałem się zaś w cierpieniu, przytłoczony poczuciem rozpaczy i bezwartościowości. Sądzę,
że miałem więcej szczęścia niż wielu innych, znajdowałem bowiem w takich
sytuacjach ludzi, którzy potrafili mnie wysłuchać, ratując przed chaosem
moich własnych uczuć. Potrafili zrozumieć, o co mi chodzi, nieco lepiej
niż ja sam. Ludzie ci wysłuchiwali mnie, nie osądzając, nie diagnozując
i nie oceniając. Po prostu słuchali, wyjaśniali i reagowali na moje
komunikaty na wszystkich poziomach, na których je wysyłałem. Mogę
zaświadczyć, że kiedy jesteś w psychicznej opresji i znajdzie się ktoś,
kto wysłuchuje cię, nie osądzając przy tym, nie próbując brać za ciebie
odpowiedzialności, nie usiłując cię urabiać, to piekielnie miłe uczucie!
W takich sytuacjach zawsze rozładowywało to moje napięcie. Pozwalało mi
wyrzucić z siebie przerażające poczucie winy, rozpaczy i zagubienia,
których doświadczałem. Kiedy więc słucha się mnie i słyszy, potrafię
zacząć na nowo, inaczej postrzegać świat i dalej kroczyć przez życie. To
zadziwiające, gdy obserwujemy, jak coś nierozwiązalnego staje się
możliwe do rozwikłania dzięki temu, że ktoś nas wysłuchał; poczucie
zagmatwania, któremu nie można w żaden sposób zaradzić, ustępuje jasnym
strumieniom myśli. Głęboko cenię chwile, w których mogę doświadczyć
owego wrażliwego, empatycznego i skupionego słuchania.
Nie lubię, kiedy nie potrafię kogoś wysłuchać - kiedy go nie rozumiem.
Jeśli wynika to tylko ze zwykłego braku zrozumienia, z trudności w skupieniu uwagi na tym, o czym mówi, czy też z trudności w rozumieniu
jego słów, odczuwam jedynie nieznaczne niezadowolenie z siebie. Lecz
naprawdę nie lubię, kiedy nie potrafię wysłuchać kogoś dlatego, że
jestem tak przekonany o tym, że wiem, co powie, iż go nie słucham.
Dopiero później zdaję sobie sprawę, że słyszałem to, co zdecydowałem się
usłyszeć w jego słowach, że nie zdołałem naprawdę go wysłuchać. Jeszcze
gorzej się czuję, kiedy się przyłapię na próbach przekręcania przesłania
drugiej osoby w ten sposób, by odpowiadało ono moim oczekiwaniom. To
bardzo subtelna umiejętność i zadziwia mnie samego, z jaką wprawą
potrafię to robić. Trochę przekręcając czyjeś słowa i znaczenie tego, co
ten ktoś powiedział, potrafię nie tylko stworzyć wrażenie, że on mówi
to, co ja chcę usłyszeć, lecz również to, że jest taką osobą, jaką
chciałbym, by był. Dopiero kiedy wskutek jego protestu lub mojego
stopniowego uświadomienia zdam sobie sprawę z tego, że subtelnie nim
manipuluję, ogarnia mnie oburzenie na siebie. Wiem również z własnego
doświadczenia, jaka frustrująca może być rozmowa z osobą, która słyszy
nie to, co się do niej mówi. To wzbudza gniew, zakłopotanie i rozczarowanie.
Ostatnie stwierdzenie wprowadza nas w kolejne doświadczenie, którym chcę
się z wami podzielić. Jestem potwornie sfrustrowany i zamykam się w sobie, gdy próbuję wyrazić coś, co tkwi głęboko we mnie, co jest częścią
mego osobistego, wewnętrznego świata, a osoba, której o tym mówię, nie
rozumie mnie. Kiedy podejmuję ryzyko podzielenia się czymś bardzo
osobistym z kimś innym i nie zostaję zrozumiany, odbiera mi to pewność
siebie i sprawia, że czuję się samotny. Doszedłem do wniosku, że przez
tego rodzaju doświadczenia niektórzy ludzie stają się psychotykami.
Człowiek traci nadzieję, że ktokolwiek potrafi go zrozumieć. Kiedy zaś
ją utraci, jego wewnętrzny, coraz bardziej dziwaczny świat staje się
jedynym miejscem, w którym potrafi żyć. Nie umie on już dzielić
doświadczeń z innymi ludźmi. Współczuję takim osobom, gdyż wiem, że
kiedy próbuję podzielić się z kimś osobistymi, ważnymi dla mnie
uczuciami, których sam nie jestem do końca pewien, a spotykam się z oceną, uspokajaniem, zniekształcaniem tego, co chcę wyrazić, moja
reakcja jest bardzo silna: "Po co to wszystko?". W takich wypadkach
człowiek dowiaduje się, jak smakuje samotność.
Jak z łatwością wywnioskujecie na podstawie tego, co dotychczas
powiedziałem, w stosunkach międzyludzkich niesłychanie ważne jest dla
mnie twórcze, aktywne, wrażliwe, uważne, empatyczne i wolne od oceniania
słuchanie. Istotne jest, bym sam potrafił tak słuchać. Bywało dla mnie
niezmiernie ważne, aby ktoś mógł w ten sposób wysłuchać mnie. Kiedy
jestem w stanie tak słuchać, czuję, że się wewnętrznie rozwijam. Gdy
ktoś słucha mnie w ten sposób, jestem przekonany, że to mnie rozwija,
wyzwala i wzbogaca.
Przejdźmy do innego obszaru moich doświadczeń.
Odczuwam wielkie zadowolenie, kiedy mogę być autentyczny, kiedy mogę być
blisko tego wszystkiego, co we mnie się rozgrywa, bez względu na to, co
to jest. Cieszę się, kiedy potrafię słuchać siebie samego. Zrozumienie
tego, czego w danej chwili doświadczam, nie jest w żadnym razie łatwe.
Czuję się do pewnego stopnia podbudowany, gdyż sądzę, że przez lata
poczyniłem pod tym względem postępy. Jestem jednak przekonany, że to
zadanie na całe życie i że nikt z nas nie potrafi w pełni zbliżyć się do
tego, czego sam doświadcza.
Zamiast terminu "autentyczność" [oryg. realness] używałem niekiedy
słowa "spójność" [kongruencja; oryg. congruence]. Mam na myśli fakt,
że moje doświadczanie bieżącej chwili jest obecne w mojej świadomości.
Kiedy zaś to, co jest obecne w mojej świadomości, przejawia się również
w komunikowaniu się, to wszystkie te poziomy są spójne. W takich
chwilach jestem zintegrowany, jestem całością. Oczywiście przez
większość czasu, podobnie jak wszyscy, przejawiam pewną niespójność.
Nauczyłem się, że autentyczność, szczerość czy spójność - niezależnie od
tego, jakiego terminu tutaj użyję - jest niezbędnym fundamentem dobrej
komunikacji.
Co mam na myśli, mówiąc o byciu blisko tego, co się dzieje we mnie?
Spróbuję to wyjaśnić na przykładzie czegoś, co zdarza się w trakcie
mojej pracy terapeutycznej. Czasami wzbiera we mnie pewne uczucie, które
nie ma żadnego określonego związku z tym, co się dzieje w danej chwili.
Nauczyłem się jednak świadomie dostrzegać takie uczucia, ufać im i próbować je zakomunikować mojemu klientowi. Zdarza się na przykład, że
klient do mnie mówi, a ja nagle widzę go jako małego, proszącego o coś
ze złożonymi dłońmi chłopca: "Proszę, pozwól mi, proszę, pozwól".
Nauczyłem się z własnego doświadczenia, że kiedy potrafię być
autentyczny w stosunkach z klientem i wyrazić pojawiające się we mnie
uczucie, to jest bardzo prawdopodobne, iż poruszy ono w nim pewną
głęboką strunę i pchnie naprzód nasze wzajemne relacje.
Oto kolejny przykład. Podobnie jak inni autorzy, kiedy zaczynam pisać,
miewam trudność ze zbliżeniem się do własnego "ja". Tak łatwo dać się
zwieść możliwości napisania rzeczy, które zyskają poklask, spodobają się
kolegom po fachu czy trafią do szerokiego grona odbiorców. W jaki sposób
wsłuchać się w to, co rzeczywiście chciałbym napisać lub powiedzieć? To
trudne. Czasami nawet muszę stosować pewne sztuczki, żeby zbliżyć się do
tego, co jest we mnie. Mówię sobie, że nie piszę, żeby publikować - że
piszę po prostu dla własnej przyjemności. Piszę na skrawkach starego
papieru, aby nie robić sobie wyrzutów z powodu jego marnowania. Chwytam
w lot uczucia i idee, które przychodzą mi na myśl, chaotycznie, nie
siląc się nawet na spójność czy próbę zorganizowania tekstu. W ten
sposób zbliżam się często o wiele bardziej do tego, co rzeczywiście
czuję i myślę. Prace, które powstały w ten sposób, nigdy się dla mnie
nie starzeją i często potrafią trafić głęboko do czytelnika. Poczucie
zbliżenia się do samego siebie, do uczuć i skrywanych aspektów własnego
"ja", które istnieją gdzieś "pod powierzchnią", daje wielką satysfakcję.
Odczuwam zadowolenie, kiedy odważę się zakomunikować własną prawdę komuś
innemu. Nie jest to wcale łatwe, po części dlatego, że moje
doświadczenia zmieniają się z każdą chwilą. Zazwyczaj doświadczenie
czegoś i zakomunikowanie o tym dzieli kilkudniowa, kilkutygodniowa, a nawet kilkumiesięczna przerwa. Doświadczam czegoś, czuję coś, lecz
ośmielam się zaryzykować podzielenie się tym z innymi dopiero później,
kiedy ochłonę. Lecz kiedy mówię o tym właśnie wtedy, gdy się to we mnie
dzieje, czuję się szczery, spontaniczny, żywy.
To wspaniałe, kiedy stykam się z autentycznością u drugiego człowieka.
Niekiedy w zwykłych grupach spotkaniowych, które stanowią ważną część
moich doświadczeń w ostatnich latach, ktoś mówi coś bardzo szczerze i spójnie. To takie oczywiste, gdy człowiek nie chowa się za fasadą, lecz
mówi z głębi serca. Kiedy się to dzieje, podrywam się, aby wyjść temu
naprzeciw. Chcę spotkać tę autentyczną osobę. Niekiedy uczucia wyrażone
w ten sposób są bardzo pozytywne, innym zaś razem zdecydowanie
negatywne. Przypominam sobie człowieka na bardzo odpowiedzialnym
stanowisku, naukowca i szefa dużego instytutu badawczego w wielkiej
firmie elektronicznej. Pewnego dnia na forum takiej właśnie grupy
spotkaniowej zdobył się on na odwagę, aby opowiedzieć o swojej izolacji.
Zwierzył się nam, że w całym swoim życiu nie miał ani jednego
przyjaciela. Znał mnóstwo ludzi, lecz żadnego z nich nie mógłby określić
mianem "przyjaciela". "Tak naprawdę - dodał - są na świecie tylko dwie
osoby, z którymi mam sensowne, komunikatywne relacje. To moje dzieci".
Kiedy skończył, pozwolił sobie uronić kilka łez żalu nad sobą samym,
które - jestem pewien - wstrzymywał od wielu lat. Lecz to uczciwość i autentyczność jego wyznania samotności sprawiły, że wszyscy uczestnicy
grupy zbliżyli się do niego w sensie psychologicznym. Znaczącym faktem
było również to, że jego odwaga bycia sobą sprawiła, że i my staliśmy
się bardziej szczerzy we wzajemnej komunikacji, wyszliśmy zza fasad, za
którymi zazwyczaj się kryjemy.
Czuję rozczarowanie, gdy zdam sobie sprawę - a następuje to z reguły
dopiero po pewnym czasie - że byłem zbyt wystraszony lub zastraszony,
żeby zbliżyć się do tego, czego doświadczałem, a w konsekwencji nie
byłem szczery ani spójny. Natychmiast przypomina mi się sytuacja, którą
wspominam z pewnym bólem. Przed kilkoma laty zostałem zaproszony do
Center for Advanced Study in the Behavioral Sciences na Stanford
University, by pracować tam jako profesor kontraktowy [oryg.
fellow]. Wizytujący profesorowie to grupa wyróżniających się i posiadających rozległą wiedzę naukowców. Zakładam, że w takiej grupie
nieuniknione jest przechwalanie się swoją wiedzą i osiągnięciami. Każdy
z nich zdaje się przykładać wagę do zrobienia wrażenia na pozostałych,
stara się być nieco pewniejszy siebie i nieco mądrzejszy, niż jest w rzeczywistości. Stwierdziłem, że sam zacząłem postępować podobnie: grać
rolę kogoś bardziej pewnego siebie i kompetentnego, niż w istocie byłem.
Nie potrafię wprost wyrazić, jak byłem zdegustowany tym, co robię, kiedy
zdałem sobie z tego sprawę. Nie byłem sobą, lecz grałem jakąś rolę.
Żałuję, kiedy tłumię moje uczucia zbyt długo, a potem wybuchają one,
objawiając się w zniekształconej formie, atakując i raniąc innych ludzi.
Mam przyjaciela, którego bardzo lubię, lecz niezwykle drażni mnie pewne
jego zachowanie. Zgodnie ze zwykłą skłonnością do bycia miłym i uprzejmym długo tłumiłem w sobie owo rozdrażnienie. Kiedy w końcu
wymknęło się spod kontroli, było to już nie tylko rozdrażnienie, lecz
atak na przyjaciela. Zraniłem go tym i naprawa naszych wzajemnych
stosunków zajęła sporo czasu.
Czuję wewnętrzne zadowolenie, gdy znajdę siły, aby pozwolić drugiemu
człowiekowi pozostać sobą, być kimś innym niż ja. Pod pewnymi względami
uznaję to za najlepszą oznakę właściwego kierowania pracownikami w grupie i dobrego rodzicielstwa. Czy rzeczywiście potrafię się zdobyć na
to, by pozwolić pracownikowi, mojemu synowi lub córce, aby byli
odrębnymi osobami z własnymi ideami, celami i wartościami, które nie
muszą być identyczne z moimi? Myślę teraz o jednym z moich pracowników -
przez ostatnie lata pracy wielokrotnie wykazał się błyskotliwością, lecz
wyznawane przez niego wartości oraz jego zachowanie były wyraźnie różne
od moich. Pozwalanie mu, by rozwijał się jako jednostka, niezależnie od
moich własnych idei i wartości, było dla mnie prawdziwą walką, w której
tylko czasami zwyciężałem samego siebie. Jednak byłem z siebie
zadowolony na tyle, na ile mi się to udawało, ponieważ uważałem, że to
przyzwolenie na bycie odrębną osobą umożliwia innej jednostce
autonomiczny rozwój.
Jestem zły na siebie, kiedy odkrywam, że subtelnie kontroluję i kształtuję inne osoby według własnego wyobrażenia. Stało się to bardzo
bolesną częścią mojego doświadczenia zawodowego. Nie cierpię mieć
uczniów: ludzi, którzy z dużą drobiazgowością kształtują siebie samych
tak, aby się dopasować do tego, czego - jak sobie wyobrażają - oczekuję
od nich. Częścią odpowiedzialności za takie sytuacje obciążam ich, lecz
nie potrafię wykluczyć nieprzyjemnej możliwości, że w pewien nieznany
sobie sposób subtelnie kontrolowałem tych ludzi i uczyniłem z nich kopie
własnej osoby, nie zaś samodzielnych profesjonalistów, którymi mieli
prawo zostać.
Jak sądzę, z moich słów jasno wynika, że kiedy mogę sobie pozwolić na
własną autentyczność lub autentyczność u drugiej osoby, przeżywam
wielkie zadowolenie. Kiedy nie stać mnie na nią lub nie mogę pozwolić na
nią komuś innemu, jestem bardzo przygnębiony. Poprzez bycie spójnym i szczerym często mogę pomóc innym ludziom. Kiedy drugi człowiek jest
szczery i spójny, często mi tym pomaga. W tych rzadkich chwilach, gdy
głęboka rzeczywistość jednej osoby styka się z rzeczywistością drugiej,
pojawia się godna uwagi relacja "ja-ty" ("I-thou"), jak nazwałby ją
Martin Buber. Takie głębokie, wzajemne osobiste spotkania nie zdarzają
się często, lecz uważam, że jeśli nie zdarzałyby się w ogóle, nie
żylibyśmy jak istoty ludzkie.
Chcę teraz przejść do innego obszaru moich doświadczeń w zakresie
relacji międzyludzkich - doświadczeń długotrwałych i bolesnych.
Kiedy potrafię przyjąć do wiadomości czy też pozwalam sobie odczuć, że
ktoś się o mnie troszczy, akceptuje mnie, podziwia lub nagradza, czuję
ciepło i spełnienie. Z racji moich wcześniejszych doświadczeń, jak
przypuszczam, było to dla mnie bardzo trudne. Przez długi czas byłem
skłonny niemal automatycznie odrzucać wszelkie pozytywne, skierowane ku
mnie uczucia. Reagowałem: "Kto? Ja? Przecież to niemożliwe, żeby ci na
mnie zależało. Może ci się podobać to, co zrobiłem, to, co osiągnąłem,
ale nie ja sam". I jest to jedna z rzeczy, w których bardzo pomogła mi
moja własna terapia. Nawet teraz nie zawsze potrafię dopuścić do siebie
takie ciepłe, przyjazne uczucia ze strony innych ludzi. Wiem, że
niektórzy mówią miłe rzeczy po to, żeby coś ode mnie dostać. Niektórzy
chwalą mnie, bo boją się ujawnić swoją wrogość. Zauważyłem jednak, że są
ludzie, którzy szczerze mnie doceniają, lubią, kochają i pragną, abym
uznał ten fakt i dopuścił do siebie ich uczucia. Myślę, że od kiedy
potrafię zaakceptować i wchłonąć te przyjazne uczucia, czuję się mniej
osamotniony.
Czuję się bogatszy, kiedy mogę kogoś prawdziwie docenić lub o kogoś się
zatroszczyć, kiedy potrafię sprawić, by dostrzegł on to uczucie. Jak
wielu ludzi, bałem się, żeby nie wpaść w pułapkę, ujawniając własne
uczucia. "Jeśli zależy mi na nim, to on będzie mógł mnie kontrolować".
"Jeśli ją kocham, to znaczy, że próbuję ją kontrolować". Sądzę, że
przeszedłem pod tym względem długą drogę przemiany. Podobnie jak moi
klienci, powoli uczyłem się, że ani okazywanie, ani odbieranie czułości
i pozytywnych uczuć nie jest niebezpieczne.
Aby pokazać, co mam na myśli, ponownie posłużę się przykładem z niedawnego doświadczenia w grupie spotkaniowej. Pewna kobieta, opisująca
siebie jako "osobę głośną, napastliwą i hiperaktywną", której małżeństwo
było w stanie rozpadu i która uważała, że nie warto żyć, powiedziała:
"Faktycznie, pod grubą warstwą betonu pogrzebałam wiele uczuć, bo bałam
się, że ludzie je wyśmieją lub zdepczą. To oczywiście sprawiło, że moje
życie prywatne i rodzinne stało się piekłem. Czekałam na te warsztaty z ostatnimi okruchami nadziei: była to igła wiary w wielkim stogu
rozpaczy". Mówiąc o swoich niektórych doświadczeniach w grupie, dodała:
"Prawdziwym punktem zwrotnym był dla mnie twój prosty gest położenia
ręki na moim ramieniu, kiedy narzekałam i wyrzucałam ci, że nie jesteś
prawdziwym członkiem naszej grupy i że nikt nie może się wypłakać na
twoim ramieniu. Poprzedniej nocy zapisałam w swoim notatniku: "Mój Boże,
nie ma na tym świecie człowieka, który by mnie kochał!". Tego dnia,
kiedy byłam całkiem rozbita, ty wydawałeś się tym tak szczerze przejęty,
że zrobiło to na mnie wrażenie... Odebrałam ten gest jako jedno z pierwszych uczuć akceptacji, jakie kiedykolwiek dane mi było przeżyć -
akceptacji mojej osoby, akceptacji mojego idiotycznego sposobu bycia,
moich przytyków i wszystkiego innego. Czułam się już kiedyś potrzebna,
kochająca, kompetentna, wściekła, szalona - różnie, lecz nie czułam się
po prostu kochana. Możesz sobie wyobrazić, jak spłynęły na mnie uczucia
wdzięczności, pokory czy wręcz ulgi. Z prawdziwą radością zanotowałam:
"Czuję się rzeczywiście kochana". Wątpię, żebym prędko o tym
zapomniała".
Ta kobieta mówiła do mnie, lecz w głębokim sensie mówiła również w moim imieniu. Przeżywałem bowiem podobne uczucia.
Inny przykład dotyczy doświadczania i dawania miłości. Przypominam sobie
pewnego pracownika jednej z agend rządowych uczestniczącego razem ze mną
w spotkaniach grupy. Był to doskonale wykształcony inżynier i człowiek
wysoce odpowiedzialny. Podczas pierwszego spotkania zrobił na mnie (i zapewne na innych) wrażenie chłodnego, niezaangażowanego, nieco
zgorzkniałego, zawziętego i cynicznego. Kiedy mówił o tym, jak prowadzi
biuro, odnosiło się wrażenie, że czyni to całkowicie "podręcznikowo",
bez żadnych ludzkich uczuć. Na jednym z pierwszych spotkań opowiadał o swojej żonie, a któryś z członków grupy zapytał: "Czy ty ją kochasz?".
Człowiek ów zamilkł na dłuższą chwilę, a pytający stwierdził: "W porządku. To mi wystarczy", on powstrzymał go jednak: "Nie, poczekaj.
Nie odpowiadałem, ponieważ zastanawiałem się, czy kiedykolwiek kogoś
kochałem. Nie, nie sądzę, żebym kiedykolwiek kogokolwiek kochał".
Kilka dni później bardzo uważnie słuchał jednego z członków grupy, który
odkrywał przed innymi swoje bardzo osobiste uczucia izolacji i samotności. Mówił o tym, w jakim stopniu w swoim życiu ukrywał się za
maską. Następnego dnia ów inżynier powiedział: "Poprzedniego wieczoru
dużo rozmyślałem o tym, co on powiedział. Nawet płakałem. Nie pamiętam,
ile czasu minęło od chwili, kiedy ostatnio płakałem i coś czułem.
Przypuszczam, że czułem wówczas miłość".
Nie było nic dziwnego w tym, że nim minął tydzień, człowiek ów
przemyślał sposób, w jaki traktował swojego syna, nakładając na niego
wiele rygorystycznych wymagań. Zaczął również prawdziwie doceniać
miłość, jaką darzyła go żona - miłość, którą będzie teraz mógł w pewnej
mierze odwzajemnić.
Nie bojąc się dawać i przyjmować pozytywnych uczuć, stałem się w większym stopniu zdolny cenić ludzi. Doszedłem do wniosku, że to dosyć
rzadka umiejętność: na tyle rzadka, że nawet nasze dzieci kochamy po to,
aby je kontrolować, nie zaś po to, aby je doceniać. Jednym z uczuć
niosących najwięcej zadowolenia, a zarazem jednym z tych, które
najbardziej przyczyniają się do rozwoju jednostki, jest - moim zdaniem -
uczucie wynikające z cieszenia się drugim człowiekiem tak, jak cieszymy
się zachodem słońca. Ludzie są równie wspaniali jak zachody słońca,
kiedy tylko po prostu pozwolimy im być sobą. Możliwe, że zachody słońca
tak nas cieszą właśnie dlatego, że nie możemy ich kontrolować. Kiedy
obserwuję zachód słońca, nie myślę: "Trochę złagodzić pomarańcz w prawym
rogu i dodać trochę więcej fioletu u podstawy, a chmurom przydać nieco
różu". Nie robię tego. Nawet nie próbuję panować nad zachodami słońca.
Po prostu podziwiam je z zapartym tchem. Jestem z siebie najbardziej
zadowolony, kiedy potrafię cieszyć się moim pracownikiem, synem, córką
czy wnuczkami właśnie w ten sposób. Sądzę, że jest w tym coś z podejścia
orientalnego; mnie zaś przynosi ono najwięcej zadowolenia.
Chcę tutaj wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, której się nauczyłem. Nie
jestem z niej dumny, lecz to po prostu fakt. Kiedy nie jestem nagradzany
i doceniany, nie tylko czuję się bardzo umniejszony, ale moje zachowanie
pozostaje pod silnym wpływem uczuć. Kiedy natomiast jestem nagradzany,
kwitnę i się rozwijam - jestem kimś interesującym. We wrogiej grupie,
nieskorej do doceniania innych, jestem prawie nikim. Ludzie zupełnie
słusznie się wtedy zastanawiają, jak ten człowiek zyskał dobrą opinię.
Chciałbym umieć zachowywać się podobnie w każdej grupie, lecz
rzeczywiście osoba, którą jestem w grupie ciepłej i interesującej się
innymi, różni się od osoby, którą jestem w grupie wrogiej czy chłodnej.
Docenianie i kochanie lub bycie docenianym i kochanym to zatem
doświadczenia wspomagające nasz rozwój. Osoba, która jest kochana z podziwem, nie zaś z zachłannością, kwitnie i rozwija własne,
niepowtarzalne "ja". Osoba, która kocha bez zachłanności, sama się
wzbogaca. Takie przynajmniej są moje doświadczenia.
Mógłbym przytoczyć wyniki badań pokazujących, że wartości, o których
tutaj mówiłem - zdolność do empatycznego słuchania, spójność lub
szczerość, zdolność do akceptacji i doceniania innych - sprzyjają dobrej
komunikacji i konstruktywnym zmianom osobowości. Coś mi jednak mówi, że
cytowanie wyników badań w tego rodzaju wystąpieniu nie byłoby na
miejscu.
Zamiast tego pragnę podsumować to, o czym mówiłem, cytując dwa listy,
które powstały w wyniku intensywnych doświadczeń z grupowych spotkań.
Rzecz działa się w czasie tygodniowych warsztatów, a dwa wspomniane
listy napisało parę tygodni później dwóch członków tejże grupy.
Poprosiliśmy wszystkich, aby napisali o swoich obecnych uczuciach,
zwracając się z tym do wszystkich członków grupy.
Autor pierwszego listu mówi o swoich dosyć trudnych przeżyciach z okresu
bezpośrednio po warsztatach, kiedy to - między innymi - musiał spędzić
pewien czas
(...) z teściem, któremu nie zależało na mnie jako na osobie, a interesowały go jedynie moje konkretne osiągnięcia. Byłem wstrząśnięty.
To było jak przejście z jednej skrajności w drugą. Znowu zacząłem wątpić
w sens swojego życia, a w szczególności w swoją użyteczność. Lecz od
czasu do czasu wracałem do tego, co robiliśmy w grupie - do tego, co wy
mówiliście lub robiliście, żebym poczuł, że mam jednak coś do
zaoferowania, że nie muszę się wykazywać konkretnymi osiągnięciami. To
równoważyło mój nastrój i wyciągało mnie z depresji. Doszedłem do
wniosku, że to, co z wami przeżyłem, głęboko na mnie wpłynęło, i jestem
za to szczerze wdzięczny. Różni się to od terapii indywidualnej. Nikt z was nie musiał się o mnie troszczyć, szukać mnie ani mówić mi o rzeczach, które - jak sądziliście - mogłyby mi pomóc. Nikt z was nie
musiał mi dawać do zrozumienia, że jestem wam pomocny. Jednak robiliście
to, i dlatego miało to dużo większe znaczenie niż wszystko, czego
dotychczas doświadczyłem. Kiedy z jakiejkolwiek przyczyny czuję potrzebę
powstrzymywania się i unikania w życiu spontaniczności, wspominam te
dwanaście osób, które są teraz tutaj przede mną, które powiedziały mi,
żebym był wobec siebie uczciwy, żebym był sobą, i o tych wszystkich
innych niewiarygodnych rzeczach, a na dodatek nawet mnie za to bardziej
kochały. Dało mi to już wiele razy odwagę, by pozostać sobą. Często
wydaje się, że sam fakt, że ja to robię, pozwala innym doświadczyć
podobnej wolności.
Łatwiej również "wpuszczam" innych do mojego życia, ciepło ich
przyjmuję i pozwalam im się o mnie troszczyć. Pamiętam, kiedy doszło do
tej zmiany w czasie naszych spotkań grupowych. Poczułem się tak, jak
gdybym usunął stojące od lat bariery. Dzięki temu głęboko przeżyłem nowe
doświadczenie otwarcia się na was. Nie musiałem się niczego obawiać. Nie
musiałem walczyć ani z lękiem odsuwać od siebie wolności, jaką dało to
moim impulsom. Mogłem po prostu być sobą i pozwalać wam być ze mną.
Drugi fragment pochodzi z listu kobiety, która uczestniczyła razem z mężem w warsztatach poświęconych relacjom międzyludzkim. Każde z nich
trafiło do innej grupy. Pisze ona o ujawnieniu swoich uczuć przed grupą
i o konsekwencjach tego kroku.
Podjęcie tego ryzyka było dla mnie jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu. Kiedy cierpiałam, zraniona lub samotna, ukrywałam to nawet przed
najbliższymi przyjaciółmi. Tylko wtedy, gdy tłumiłam uczucia i potrafiłam zdobyć się na żarty czy zwykłe gadanie, mogłam jakoś dzielić
się tymi bolesnymi doświadczeniami. Lecz to wcale nie pomagało mi się z nimi uporać. Zburzyliście ściany, za którymi kryło się moje cierpienie,
i dobrze było być z wami i cierpieć, nie wycofywać się.
Przedtem tak ciężko znosiłam brak zrozumienia i krytykę, że przez
większość życia wolałam nie dzielić się nawet najbardziej znaczącymi dla
mnie wydarzeniami - dobrymi ani złymi. Dopiero ostatnio zdecydowałam się
zaryzykować i narazić na zranienie. W grupie stawiłam czoło tym lękom i z ogromną ulgą odkryłam, że w odpowiedzi na waszą krytykę i niezrozumienie (na szczęście pozbawione - w moim odczuciu - wrogości)
nie poczułam się zraniona, lecz raczej zaciekawiona, rozżalona,
poirytowana, być może trochę smutna. Poczułam też głęboką wdzięczność za
pomoc, jakiej doznałam w odkrywaniu tej części mnie, której przedtem ani
nie dostrzegałam, ani nie próbowałam się z nią zmierzyć. Jestem pewna,
że dzięki waszej trosce i poważaniu, które mi okazywaliście, nawet
wtedy, gdy moje zachowanie mogło was irytować lub zniechęcać, mogłam to
wszystko zaakceptować i wykorzystać.
Czasami bardzo się bałam grupy, chociaż nigdy żadnego z was z osobna.
Zdarzało się, że bardzo potrzebowałam rozmowy z jednym człowiekiem, lecz
w ciągu tego tygodnia stopniowo odkryłam, że większość z was tym czy
innym razem naprawdę mi pomogła. Z wielką ulgą stwierdzałam, że robi to
wielu z was, a nie tylko lider grupy. To doświadczenie pozwoliło mi
zdobyć się na większe zaufanie do ludzi, posiąść większą zdolność do
otwierania się na innych.
Jednym z przyjemniejszych osiągnięć jest to, że teraz potrafię się
całkowicie odprężyć. Nie zdawałam sobie sprawy, że żyłam w tak wielkim,
ciągłym napięciu, dopóki go z siebie nie zrzuciłam. Teraz jestem
znacznie bardziej wyczulona na chwile, kiedy emocje lub zmęczenie czynią
ze mnie kiepskiego słuchacza, ponieważ odkryłam, że moje wewnętrzne rany
i lęki, nawet te stłumione, zakłócają moje wsłuchiwanie się w innych
ludzi. Od tej pory potrafię lepiej słuchać i w odpowiedzi nieść innym
osobom większą pomoc. Jestem znacznie bardziej świadoma swoich uczuć i doświadczania siebie - otwarta na siebie w stopniu, w jakim mi się to do
tej pory nie zdarzyło.
Spójność była dla mnie raczej jakimś ideałem niż stanem możliwym do
osiągnięcia w rzeczywistości. Szczerze mówiąc, odbierałam ją jako coś
sprzecznego z doświadczeniem, wyrażenie jej zaś uznawałam za
przerażające. Było to pierwsze bezpieczne miejsce, w którym mogłam się
przekonać, jaka jestem, doświadczyć i wyrazić siebie. Teraz mój brak
spójności jest dla mnie bolesny. Ulga i radość, z jaką otwieram się na
to, co jest we mnie, i to, że potrafię zachować otwartość w naszych
kontaktach, są dla mnie czymś nowym i podnoszącym na duchu. Jestem wam
głęboko wdzięczna za to, że teraz możemy być znacznie bardziej otwarci
wobec siebie.
Wierzę, że dostrzeżecie w tych doświadczeniach pewne znaczące dla mnie
elementy wspomagającej nasz rozwój komunikacji międzyludzkiej. Zdolność
do wrażliwego słuchania, głębokie zadowolenie z bycia słuchanym,
zdolność do bycia bardziej autentycznym, która z kolei przynosi większą
autentyczność innych, oraz rodząca się w wyniku tego większa wolność
dawania i przyjmowania miłości - oto, zgodnie z moimi doświadczeniami,
elementy sprawiające, że komunikacja międzyludzka wzbogaca nas i rozwija.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki