PRZEDMOWA
Pewnego dnia przy obiedzie mój ojciec powiedział mi:
- Ostatni raz widziałem mojego ojca w trumnie w salonie.
Siedzieliśmy na tarasie restauracji meksykańskiej w Key West na
Florydzie. Ojciec uniósł oczy znad talerza z ryżem i fasolą, spojrzał na
mnie i dodał:
- Był zwykłym człowiekiem, piekarzem. Pracował w Massachusetts, w spółdzielni na Leominster Street w centrum Fitchburga.
- Opowiedz mi o jego śmierci - poprosiłem.
- Nie potrafię ci nic powiedzieć - odparł.
- Co mówili ludzie?
- Nikt nigdy o tym nie mówił. A ja nigdy nie pytałem.
Po czym znów zapadło tak dobrze mi znane, nieznośne milczenie.
Kościół Najświętszego Serca Jezusowego znajduje się dwa kwartały od domu
na Sanborn Street w zachodnim Fitchburgu, gdzie mój ojciec żegnał się z moim dziadkiem, którego nigdy nie poznałem. Było to w moich
młodzieńczych latach centrum duchowe mojej rodziny. Tam można było uciec
od kieratu codziennej harówki w fabryce, od kłótni małżeńskich,
niezapłaconych rachunków i zbyt często spożywanego alkoholu. To tam
zostałem ochrzczony i tam zostałem posłany na lekcje religii. W każde
poniedziałkowe popołudnie po ciężkim dniu w szkole, czy chciałem czy
nie, wlokłem się tam Water Street na dwie godziny katechezy.
Ciągle pamiętam pierwsze spotkanie - siedziałem obok mojej kuzynki
Patty, w dłoniach dzierżyliśmy nowiutkie katechizmy. Przed nami stanęły
dwie zakonnice, kazały otworzyć podręczniki na pierwszej stronie i zapamiętać zamieszczone tam trzy pytania i trzy odpowiedzi: "Kto mnie
stworzył?" - "Bóg mnie stworzył"; "Dlaczego Bóg mnie stworzył?" - "Abym
Go kochał i Mu służył"; "Co się stanie, gdy umrę?" - "Będę żył na wieki
z Bogiem w Niebie". Ojcowie Kościoła nie mieli wątpliwości: moja dusza
jest nieśmiertelna i będę żył wiecznie.
Pewnej niedzieli czytałem "The Boston Globe" i uderzyła mnie historia
kobiety w terminalnej fazie raka. Artykuł zaczynał się tak: "Młode życie
brutalnie przerwane (...) Adriana Jenkins wątpi w istnienie Boga. I w przeznaczenie". "Kiedy umieramy - mówi - znikamy: "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz"". Ale Adriana często wyobrażała sobie śmierć -
najpierw cierpienie, potem ulatywanie, spoglądanie z góry na
zgromadzonych wokół szpitalnego łóżka żałobników, słaby rozbłysk światła
i wreszcie - nicość. "Człowiek gaśnie jak żarówka po naciśnięciu
wyłącznika". Taka wizja bardzo się rozpowszechniła wśród osób, dla
których właśnie zwątpienie stało się nową religią; kiedy umieramy -
znikamy, stajemy się nicością.
Na pierwszy pogrzeb w życiu poszedłem w roku 1968. Był to pogrzeb ojca
mojej matki, Sama Rameau. Od tamtej pory ponad dwadzieścia razy stałem
na skraju świeżo wykopanego grobu bezradny, zagubiony, nie wiedząc, co
myśleć i jak pojąć śmierć, zadając sobie pytanie: "Czy naprawdę istnieje
tylko alternatywa: wiara w nieśmiertelną duszę albo totalne
unicestwienie?".
Powątpiewałem więc w życie wieczne i drżałem na myśl o zupełnej nicości,
nie rozstając się z tym tępym strachem, z tym kosmicznym szumem
istnienia ani na chwilę. Co jest prawdą - czy na zawsze będę sobą, czy
czeka mnie zupełna nicość? Czy istnieje nieśmiertelna dusza i - jeśli
tak - pójdę do nieba czy do piekła? Czeka mnie wieczna nuda czy
wiekuiste szczęście? Będę sam czy z Bogiem?
Budda całe życie nagabywany był przez uczonych i teologów o sprzeczne
filozofie eternalizmu i nihilizmu. Kiedy pytano go, czy istnieje
nieśmiertelna dusza, odpowiadał, że nie istnieje trwała jaźń. Gdy pytano
go, czy po śmierci czeka nas absolutna nicość, odpowiadał, że nie
zostajemy unicestwieni. Budda odrzucił więc obie możliwości.
Mam serdecznego przyjaciela, słynnego biologa morskiego. Jak wielu ludzi
jest przekonany, że kiedy umieramy, znikamy całkowicie i na zawsze. Jest
o tym przekonany nie dlatego, że stracił wiarę czy jest zdesperowany,
lecz dlatego, że wierzy w naukę. Swą wiarę czerpie z przyrody, z piękna
otaczającego go świata i z ludzkiej zdolności poznawania tego świata i gromadzenia wiedzy o nim.
Thích Nhât Hanh również niezłomnie wierzy w ludzką zdolność poznania
najgłębszych tajemnic rzeczywistości. Jednak jego celem jest coś więcej
niż samo gromadzenie weryfikowalnych faktów - chce nam pokazać, jak
osiągnąć wyzwolenie i zdobyć głęboką mądrość dzięki uważnej analizie
rzeczywistości. Czerpiąc ze swego doświadczenia, opisał w tej książce
zdumiewającą możliwość - jak wyjść poza alternatywę nieśmiertelnej duszy
i nihilizmu. Thích Nhât Hanh mówi nam: "Byłeś już wolny, zanim zaczął
się czas. Narodziny i śmierć są zaledwie drzwiami, świętymi progami na
naszej ścieżce. Narodziny i śmierć są tylko zabawą w chowanego. Nigdy
się nie narodziłeś i nigdy nie umrzesz". I mówi też: "Największe nasze
cierpienia mają źródło w wyobrażeniu, że najpierw się pojawiamy, a potem
znikamy". Bezustannie zachęca nas do praktyki głębokiego wglądu, dzięki
któremu możemy zasmakować wolności i poznać radość drogi środka między
nieśmiertelnością duszy a totalną nicością. Thích Nhât Hanh poeta
odkrywa przed nami paradoksy życia i delikatnie uchyla zasłonę iluzji,
pozwalając nam dostrzec - być może po raz pierwszy w życiu - że ów
potworny lęk przed śmiercią jest konsekwencją błędnego postrzegania i pojmowania świata.
Jego głębokie spostrzeżenia na temat życia i śmierci są subtelne i eleganckie. I jak to bywa z wszelką subtelną materią, najlepiej smakować
je powoli, w cichej kontemplacji. Z nieprzebranej studni człowieczeństwa
i współczucia Thícha Nhâta Hanha możemy czerpać wodę, która ukoi
pragnienie naszego serca.
JEDEN SKĄD PRZYCHODZIMY? DOKĄD ODCHODZIMY?
Przy mojej pustelni we Francji rośnie pigwowiec japoński. Krzew zakwita
z reguły wiosną, ale jednego roku zima było wyjątkowo ciepła i pąki
pojawiły się wcześniej niż zazwyczaj. Pewnej nocy przyszedł mróz.
Następnego dnia podczas medytacji w marszu zauważyłem, że wszystkie pąki
pomarły. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, pomyślałem: Tym razem na Nowy
Rok będziemy mieli za mało kwiatów do dekoracji ołtarza Buddy.
Kilka tygodni później znów zrobiło się ciepło. Przechadzając się po
ogrodzie, zauważyłem nowe pąki na pigwowcu, nowe pokolenie jego kwiatów.
Zapytałem je: "Jesteście tymi samymi kwiatami, które pomarły na mrozie,
czy też innymi?". Kwiaty odpowiedziały mi: "Mistrzu, nie jesteśmy ani
tymi samymi kwiatami, ani innymi. Kiedy warunki są sprzyjające,
pojawiamy się, a kiedy warunki nie są sprzyjające, chowamy się. Nie ma w tym żadnej filozofii".
Tego właśnie nauczał Budda. Kiedy warunki są sprzyjające, coś się
pojawia. Kiedy warunki przestają być sprzyjające, coś znika. A potem
czeka na odpowiednią chwilę, by znów się pojawić.
Zanim moja matka mnie urodziła, nosiła w łonie inne dziecko. Poroniła i mały człowiek się nie narodził. Kiedy byłem mały, często zadawałem matce
pytanie: Czy to był mój braciszek, czy to byłem ja? Kto próbował w owym
czasie zaistnieć? Skoro dziecko zmarło, okoliczności nie były dla niego
sprzyjające. Chłopiec nie mógł się pojawić, więc postanowił się wycofać
i poczekać na korzystniejsze warunki. "Moi najdrożsi, lepiej będzie,
jeśli się wycofam, ale niedługo do was wrócę". Musimy uszanować wolę
małego człowieka. Jeżeli będziesz oglądał świat w taki sposób, twoje
cierpienia będą znacznie mniejsze. Czy tym małym człowiekiem, którego
straciła moja matka, był mój braciszek? A może to ja miałem się urodzić,
lecz stwierdziłem, że mój czas jeszcze nie nadszedł, i się wycofałem?
UNICESTWIENIE
Najbardziej boimy się tego, że kiedy umrzemy, nic z nas nie zostanie.
Wielu jest przekonanych, że cała nasza egzystencja zamyka się w przedziale od narodzin - czy może poczęcia - do śmierci. Jesteśmy
przekonani, że powstajemy z niczego i kiedy umieramy, obracamy się w nicość. I tak prześladuje nas lęk przed unicestwieniem.
Budda całkowicie odmiennie rozumiał życie. W jego rozumieniu narodziny i śmierć są tylko pojęciami. Nie istnieją naprawdę. Przekonanie, że są
rzeczywiste, to niezwykle sugestywna ułuda, która jest przyczyną naszych
cierpień. Budda nauczał, że nie ma narodzin i nie ma śmierci; nie ma
pojawiania się i nie ma znikania; nie ma tego samego i nie ma innego;
nie ma trwałej jaźni i nie ma unicestwienia. To tylko nam się wydaje, że
to wszystko istnieje. Kiedy zrozumiemy, że nie możemy zostać zniszczeni,
uwolnimy się od lęku. To wielka ulga. Będziemy mogli cieszyć się życiem
i cenić je znacznie bardziej niż dotychczas.
ODNALEŹĆ UTRACONYCH NAJBLIŻSZYCH
To samo się dzieje, kiedy tracimy bardzo bliską osobę. Kiedy warunki nie
sprzyjają dalszemu życiu, nasi najbliżsi się wycofują. Gdy straciłem
matkę, bardzo cierpiałem. W wieku siedmiu czy ośmiu lat trudno myśleć o tym, że pewnego dnia utraci się matkę. W końcu wszyscy dorastamy i tracimy matki, ale jeśli wiesz, jak praktykować, z nadejściem czasu
rozłąki nie będziesz cierpiał tak bardzo. Bardzo szybko pojmiesz, że
twoja matka na zawsze pozostanie żywa w tobie.
W dniu śmierci matki zapisałem w dzienniku: "A więc nadeszło to wielkie
nieszczęście mojego życia". Po jej odejściu cierpiałem ponad rok. Ale
pewnej nocy, w mojej pustelni w górach Wietnamu, matka się mi przyśniła.
Siedziałem obok niej i cudownie nam się rozmawiało. Wyglądała młodo i była piękna, ze spływającą w dół kaskadą włosów. Była to wielka
przyjemność, móc tak siedzieć z nią i rozmawiać, jak gdyby nie umarła.
Kiedy się obudziłem około drugiej w nocy, odczułem bardzo mocno, że
nigdy jej nie utraciłem. Wrażenie, że ciągle jest ze mną, było niezwykle
wyraźne. Zrozumiałem wtedy, że strata matki była jedynie tworem mojego
umysłu. W owej chwili było dla mnie oczywiste, że matka zawsze żyje we
mnie.
Otwarłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz. Całe wzgórze porośnięte krzewami
herbaty było skąpane w świetle księżyca. Moja samotnia była przyczepiona
do niego w połowie stoku, powyżej świątyni. Idąc powoli wzdłuż srebrnych
krzewów, zauważyłem, że matka nadal jest ze mną. Była światłem księżyca
i pieściła mnie tak, jak robiła to niegdyś często, bardzo czule,
ujmująco... cudownie! Za każdym razem, gdy moja stopa dotykała ziemi,
czułem, że matka jest ze mną. Wiedziałem, że to ciało nie jest wyłącznie
moje, lecz jest przedłużeniem mojej matki i mojego ojca, moich dziadków
i pradziadków. Wszystkich moich przodków. Stopy, które uważałem za
"moje", były w istocie "naszymi" stopami. Ślady w wilgotnej ziemi
zostawiałem razem z matką.
Od tamtej pory już nigdy nie myślałem, że nie mam matki. Wystarczyło, że
spojrzałem na moją dłoń, że poczułem delikatny powiew wiatru na twarzy
albo ziemię pod stopami, a przypominałem sobie, że ona jest ze mną
zawsze, gdy tylko jej potrzebuję.
Kiedy tracisz ukochaną osobę, cierpisz. Ale jeśli będziesz umiał
spojrzeć wystarczająco głęboko, być może zrozumiesz, że jej prawdziwa
natura nigdy się nie rodzi i nigdy nie umiera. Coś się pojawia i przestaje się pojawiać, by potem znów się pojawić. Musisz być bardzo
uważny i czujny, by dostrzec nowe pojawienie się konkretnego człowieka.
Ale dzięki wytężonej praktyce możesz się tego nauczyć.
Zatem chwyć dłoń człowieka, który poznał tę praktykę, i udajcie się na
medytacyjny spacer. Zwracaj uwagę na wszystkie liście, kwiaty, ptaki i krople rosy. Jeśli uda ci się przystanąć i głęboko w nie wejrzeć,
dostrzeżesz, że kochany przez ciebie człowiek wciąż materializuje się w wielu formach. I wtedy znów będziesz mógł cieszyć się życiem.
NIC SIĘ NIE RODZI, NIC NIE UMIERA
Francuski uczony, Lavoisier, orzekł: Rien ne se crée, rien ne se perd.
"Nic się nie rodzi, nic nie umiera". Chociaż nie był praktykującym
buddystą, lecz naukowcem, odnalazł tę samą prawdę, którą odkrył Budda.
Nasza prawdziwa natura to w istocie coś, co nigdy się nie rodzi i nigdy
nie umiera. Dopiero gdy dotrzemy do naszej prawdziwej natury, będziemy
mogli pozbyć się lęku przed nieistnieniem, przed unicestwieniem.
Budda powiedział, że kiedy warunki są sprzyjające, coś się pojawia, my
zaś mówimy, że istnieje. Gdy jeden lub więcej tych warunków zanika i rzecz nie pojawia się już w dotychczasowy sposób, mówimy, że nie
istnieje. Budda nauczał, że określanie rzeczy w kategoriach istnienia i nieistnienia jest błędne. W rzeczywistości nie można nigdy powiedzieć,
że coś istnieje lub nie istnieje "absolutnie".
Bardzo łatwo się o tym przekonać na przykładzie telewizji czy radia.
Może się zdarzyć, że będziemy w pokoju, w którym nie ma ani odbiornika
telewizyjnego, ani radiowego. Siedząc w takim pokoju, możemy sądzić, że
programy telewizyjne lub radiowe w nim "nie istnieją". Ale przecież
wszyscy wiemy, że pokój ten przenikają najróżniejsze sygnały. Sygnały
programów telewizyjnych i radiowych docierają wszędzie. Potrzebujemy
tylko jednego warunku - odbiornika telewizyjnego lub radiowego - a w pokoju zaistnieje mnogość form, kolorów i dźwięków. Nie moglibyśmy w zgodzie z prawdą stwierdzić, że sygnały te nie istnieją, tylko dlatego,
że nie mamy radia czy telewizora, by móc je odebrać i pozwolić im się
pojawić. Wydawało nam się jedynie, że nie istnieją, ponieważ przyczyny i warunki nie pozwalały im "zmaterializować" się w naszym pokoju. Tak więc
wówczas, w tym pokoju, mówimy, że sygnały te nie istnieją. Nie można
jednak sądzić, że coś nie istnieje, tylko dlatego, że nie rejestrują
tego nasze zmysły. To właśnie nasze pojęcia "bycia" i "niebycia" mącą
nam w głowach. To właśnie one każą nam myśleć, że coś istnieje lub nie
istnieje. Pojęć istnienia i nieistnienia nie da się zastosować do
rzeczywistości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki