Doktor Aranha był dla mnie najpotężniejszą i zarazem najbardziej
tajemniczą istotą na świecie. Po wizycie u babci zawsze zostawał u nas
trochę dłużej. Pijąc kawę, jedząc ciasteczka z tapioki i ciasto
pomarańczowe, wdawał się w przyjemniejsze rozmowy, gestykulując
ogromnymi dłońmi przed moimi małymi uważnymi oczami. Przed wyjściem
całował mnie w czoło, przez co we mnie rosła chęć całowania czół innych
ludzi. Zostawiał po sobie spokój. Niesamowite było to, że babcia czuła
się lepiej tylko dzięki temu, że się z nim zobaczyła. A mama znowu się
uśmiechała, pełna nadziei dzięki nowej recepcie.
Życie toczyło się dalej, raz bywało lepiej, raz gorzej, ale rozwój
choroby doprowadził w końcu do amputacji obu nóg. Nadzieja, że wtedy
wreszcie będzie prościej, a ból minie, też prysła szybko: pozostał. Dla
dziecka to była przerażająca diagnoza - moja babcia cierpiała na bóle
fantomowe. Bóle fantomowe? Czy można poddać je egzorcyzmom? Odesłać na
ścieżkę ewolucji? Wyciągnąć z czyśćca i pozwolić odejść do
przeznaczonego dla nich nieba? A może skazać je na piekło, gdzie
zostałyby już na całą wieczność i nigdy więcej nikogo nie dręczyły?
Co mogę zrobić, póki jeszcze żyję, by pokonać bóle fantomowe?
Modlitwy nie pomogły.
Amputowałam wszystkim moim lalkom ich cienkie i grube nogi. Żadna nie
uniknęła okrutnego losu. Tylko Rosinha, która wyszła z fabryki ze
skrzyżowanymi nogami jak Budda, została w jednym kawałku. Do dziś się
zastanawiam, czy decyzja o pozostaniu w pozycji siedzącej chroni nas
przed chodzeniem i utratą nóg po drodze. Ale Rosinha i tak zyskała
"pooperacyjne" blizny, zrobione markerem dla przypomnienia, że nawet
jeśli chciałabym siedzieć całe życie, ono i tak odciśnie na mnie swoje
ślady. A więc już w wieku siedmiu lat miałam własne ambulatorium -
miejsce, gdzie leczyłam i łagodziłam ból moich lalek. W moim szpitalu
nikt nie cierpiał. Między podawaniem jednego lekarstwa a drugiego
sadzałam lalki i uczyłam je tego, czego sama dowiedziałam się w szkole.
Podglądająca mnie, babcia doskonale się bawiła i zawsze pytała:
- Zmieniłaś zdanie? Teraz chcesz zostać nauczycielką?
- Chcę zostać i lekarką, i nauczycielką, babciu! One chcą się uczyć,
kiedy ich ból mija!
Babcia się śmiała i mówiła, że chce się leczyć w moim szpitalu. A ja jej
obiecywałam, że się nią zaopiekuję i że już nigdy nie będzie odczuwać
bólu. Pytałam, czy też chciałaby mieć lekcje, kiedy przestanie ją boleć.
Odpowiadała, że tak.
- Nauczysz mnie czytać?
- Pewnie, babciu!
Uśmiechała się. Moja dziecięca pewność siebie musiała być dla niej czymś
wyjątkowo pięknym.
W wieku osiemnastu lat dostałam się na USP (Uniwersytet w S?o Paulo). Na
początku trudno mi było uwierzyć, że studiuję medycynę, bo pierwsze
przedmioty bardzo mnie zniechęciły: biochemia, biofizyka, histologia,
embriologia. Jedynie zagadnienia związane ze śmiercią na zajęciach z anatomii dotyczyły ludzkiego życia. Doskonale pamiętam pierwsze, w których uczestniczyłam: ogromna sala i wiele stołów z ludzkimi
szczątkami. Zwłokami. Sądziłam, że będę się bać, ale były tak inne i dziwne, że zignorowałam ciche krzyki i przerażone szepty moich koleżanek
i kolegów. Rozejrzałam się i znalazłam zwłoki młodego człowieka. Jego
wyraz twarzy wyrażał czystą ekstazę. Rzuciłam do koleżanki obok:
- Spójrz na jego twarz! Musiał umrzeć, widząc coś pięknego.
Dziewczyna się wzdrygnęła i popatrzyła na mnie jak na kosmitkę:
- Jesteś bardzo dziwna.
W tamtej sali starałam się opowiadać samej sobie możliwe historie
kryjące się za twarzami "obiektów" badań. Coraz więcej osób patrzyło na
mnie jak na wariatkę, a moja reputacja "tej dziwnej" tylko mocniej się
ugruntowywała.
Pod koniec trzeciego roku nauczyłam się przeprowadzać wywiad z pacjentem. Sądziłam, że szczegółowy poradnik, który uczył studentów
rozmowy z chorym człowiekiem, wskaże mi bezpieczną drogę. Już za
pierwszym razem przekonałam się, jak bardzo się myliłam. Po losowaniu
przypadków na oddziale chorób wewnętrznych kliniki uniwersyteckiej
poznałam pana Antônia. Profesor przekazał mi wcześniej podstawowe
informacje na temat pacjenta, z którym miałam przeprowadzić wywiad:
mężczyzna, żonaty, alkoholik, palacz, dwójka dzieci, marskość i rak
wątroby oraz wirusowe zapalenie wątroby typu B; był w fazie terminalnej.
W tamtych czasach w drzwiach do pokoi znajdowała się mała kwadratowa
szybka, przez którą mogliśmy obserwować pacjentów bez konieczności
otwierania drzwi. Pamiętam, że stałam przed tym okienkiem dłuższą
chwilę. Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi - przed pierwszą rozmową
z pacjentem o tak trudnej historii towarzyszyły mi wyjątkowo silne
emocje. Wcześniej nawet nie przypuszczałam, jakie odkrycia, lęki,
poczucie winy i ogromną udrękę wywoła we mnie to spotkanie.
Weszłam do pokoju, czując głęboki szacunek i zarazem strach. Pan Antônio
siedział naprzeciwko okna, na metalowym emaliowanym krześle z odpryskującą farbą, i patrzył przed siebie. Wyglądał przerażająco: był
bardzo chudy, ale miał ogromny brzuch, niczym wielki pająk z czterema
kończynami. Jego skóra miała ciemnożółty odcień, twarz poorana była
głębokimi zmarszczkami, a ciało pokryte licznymi siniakami, jakby został
dotkliwie pobity. Przywitał się skinieniem głowy i grzecznym uśmiechem,
odsłaniając braki w uzębieniu. Przedstawiłam się i zapytałam, czy możemy
chwilę porozmawiać.
Wrócił na łóżko. Z wielkim trudem wspiął się na nie i powoli położył.
Zaczęłam ten trudny wywiad od szczegółów z przeszłości: pytałam o to,
kiedy zaczął chodzić, kiedy zaczął mówić, o choroby okresu dzieciństwa,
o historię chorób w rodzinie. Historię jego chorób. Skarżył się głównie
na ból brzucha po prawej stronie, tuż pod żebrami. Stwierdził, że tak
duży brzuch utrudnia mu oddychanie. Mówił, że w nocy bardzo się boi i wtedy ból się nasila. A ponieważ ból się nasila, to i strach narasta.
Obawiał się, że zostanie tu sam, że będzie sam w chwili śmierci. I bał
się także tego, że rano już się nie obudzi. Ze łzami w oczach
powiedział, że zasłużył sobie na to wszystko. Stwierdził, że był bardzo
złym człowiekiem i że żona mu powtarzała, że Bóg go karze. Uznał, że
miała rację. Przepaść między tym, co mówił on, a tym, co ja chciałam
powiedzieć, tylko się zwiększała. Z każdą chwilą coraz bardziej
uświadamiałam sobie, że w obliczu tak wielkiego cierpienia nie da się
nic powiedzieć. Niezręczna cisza przedłużała się i wreszcie uznałam, że
nadszedł czas, by go zbadać, lecz nie mogłam tego zrobić. Nie byłam w stanie dotknąć jego ciała - teraz to ja się bałam. Przyszło mi na myśl,
że jeśli go dotknę, zdołam poczuć jego ból. Z drugiej strony bałam się,
że zadam mu jeszcze większe cierpienie. Poszłam po pomoc.
Najpierw zajrzałam do dyżurki pielęgniarek. Oddziałowa ledwo uniosła
wzrok znad kartek, kiedy zapytałam, czy mogłaby dać panu Antôniemu coś
na złagodzenie bólu.
- Dopiero co wziął metamizol. Musi zaczekać, żeby zadziałał.
- Ale wciąż go boli! A od podania leku minęła już ponad godzina -
odparłam.
- Nic więcej nie można zrobić, jedynie czekać na kolejną dawkę. Podamy
ją za pięć godzin - powiedziała.
- Ale co teraz? Przez cały ten czas ma go boleć? I co to znaczy, że nic
więcej nie można zrobić?
- Moja droga - odparła pielęgniarka ironicznym tonem - kiedy zostaniesz
lekarką, będziesz mogła podawać więcej leków. Rozmawiałam już z lekarzem
dyżurnym i próbowałam go przekonać, żeby poddać pacjenta sedacji. Pan
Antônio powinien niedługo umrzeć.
- Umrzeć? Ale dlaczego przed śmiercią nie można mu odrobinę ulżyć w bólu?
Pielęgniarka na powrót pochyliła się nad papierami. Zrozumiałam, że nie
ma sensu dłużej nalegać i poszłam szukać profesora. Zastałam go w pokoju
lekarskim, gdzie pił kawę z innymi profesorami. Powiedziałam, że zanim
przejdę do badania, muszę podać pacjentowi jakiś lek, ponieważ odczuwa
silny ból. Zostałam skarcona - przecież uprzedzono mnie, że pacjent jest
w stanie terminalnym i nic już nie da się zrobić. Wtedy dotarło do mnie,
co to znaczy umierać na nieuleczalną chorobę w szpitalu: cierpienie
całego świata spada na jedną jedyną osobę i wszyscy tylko powtarzają:
"Nic nie można zrobić... Nic nie można zrobić...".
Do czasu pierwszego semestru czwartego roku zetknęłam się już z mnóstwem
rodzajów śmierci: spodziewanych i niespodziewanych. Ze śmiercią dzieci
cierpiących na poważne choroby, z nagłą śmiercią, ze śmiercią młodych
osób z AIDS i nowotworami, wreszcie ze śmiercią mnóstwa starszych osób,
wycieńczonych latami cierpień z powodu przewlekłych i wyniszczających
schorzeń. Widziałam, jak wiele z nich umiera samotnie na noszach przed
izbą przyjęć. Za każdym razem, kiedy tak się działo, utwierdzałam się w przekonaniu, że nie dam rady tego dalej ciągnąć. Wreszcie, w połowie
czwartego roku, przerwałam studia.
Przechodziłam wtedy poważny kryzys, ponieważ w domu też mierzyłam się z wieloma problemami zdrowotnymi moich krewnych, a ponadto z dużymi
trudnościami finansowymi. Sytuacja rodzinna stanowiła więc dobrą
wymówkę, by rzucić studia: musiałam iść do pracy. A jednak siedziałam w domu przez dwa miesiące, nigdzie nie wychodziłam, nie miałam pojęcia, co
zrobić z własnym życiem. W tym czasie zmagałam się z poważnym zapaleniem
płuc, ale nie chciałam iść do szpitala. To był pierwszy raz, kiedy
naprawdę pragnęłam umrzeć.
Kiedy minął najgorszy okres, zaczęłam pracę w domu towarowym. Z każdym
kolejnym dniem odczuwałam jednak coraz większy niepokój związany z realizacją życiowych celów. Czułam powołanie do medycyny, ale nie
wiedziałam, jak je realizować. Czas mijał, a ja dystansowałam się od
świata tych przerażonych, osamotnionych ludzi, którzy czekali na śmierć
w szpitalu. Lecz w głębi serca wciąż czułam powołanie do medycyny i nie
mogłam go już dłużej ignorować. Być może brakowało mi talentu, ale
wreszcie postanowiłam, że muszę spróbować. Kto wie, może w końcu się do
tego przyzwyczaję, tak jak przyzwyczajają się wszyscy inni?
Zdecydowałam się wrócić na studia i pracować jako wolontariuszka w szpitalu położniczym na przedmieściach. Spędzałam noce na masowaniu
pleców rodzących, które wyły z bólu i nie miały wyboru; w tamtych
czasach rząd nie pozwalał na stosowanie znieczulenia przy porodzie
siłami natury, więc trzeba było cierpieć. Zaczęłam myśleć, że wreszcie
znalazłam sposób, żeby zostać lekarką bez konieczności mierzenia się z ogromem niepotrzebnego cierpienia. Wiedziałam, że ból kobiet minie, a radość z poznania nowo narodzonych dzieci nada większy sens tym trudnym
chwilom. Tak samo jak Nietzsche uważałam, że ten, kto wie "dlaczego",
zniesie każde "jak".
Skończyłam czwarty rok studiów, a moi żyjący pacjenci nie ucierpieli
zbytnio z tego powodu. Urzekło mnie też coś, o czym nigdy wcześniej nie
myślałam: okazało się, że uwielbiam zajęcia z medycyny sądowej. Braliśmy
wtedy udział w sekcjach zwłok w zakładzie medycyny sądowej oraz w prosektorium. Mieliśmy spotkania anatomokliniczne, na których
przedstawiano dany przypadek, a następnie kilkoro lekarzy omawiało
hipotezy diagnostyczne. Na końcu przychodziła patolożka, by podać wyniki
sekcji zwłok, które z kolei wyjaśniały przyczynę zgonu.
Na piątym roku zaczęłam dyżury, a swój pierwszy staż odbyłam na
porodówce. Ponieważ odbierałam już porody w szpitalu położniczym,
radziłam sobie naprawdę dobrze. Miałam pewność, że to właśnie medycynę
kocham najbardziej.
W trakcie studiów, kiedy widziałam, jak ktoś umiera w wielkich
cierpieniach (a w szpitalu prawie zawsze tak się dzieje), i pytałam, co
można zrobić, wszyscy odpowiadali: "nic". Owo "nic" tkwiło jak ciężki
kamień w moim brzuchu, sprawiając mi wręcz fizyczny ból. Prawie zawsze
płakałam. Płakałam ze złości, z frustracji, ze współczucia. Ale jak to
"nic"? Nie mogłam uwierzyć, że lekarze nie przejmują się taką
niekompetencją. Nie chodziło bynajmniej o to, żeby nie dopuścić do
śmierci, bo przecież nikt nie żyje wiecznie, ale dlaczego zostawiali
pacjenta i jego rodzinę samych? Dlaczego poddawali go sedacji,
uniemożliwiając mu komunikację? Istniała bardzo duża przepaść między
tym, czego się uczyłam, a pytaniami, które pozostawały bez odpowiedzi i mnie dręczyły.
Szybko zaczęto sobie ze mnie żartować, bo byłam lekarką, która nie
potrafi znieść widoku cierpiącego pacjenta. Czy to normalne? Nie, to
nienormalne. Ukrywałam się przed światem w pracowni fotograficznej na
wydziale. Za aparatem nikt nie widzi łez. Nikt nie widzi serca
fotografa, dopóki nie pokaże swoich zdjęć. Z tamtego miejsca widziałam
rzeczy, których inni nie dostrzegali, ale to było za wcześnie, bym mogła
ocenić, co dla mnie jest prawdą. Milczałam i pracowałam dalej.
W swojej książce Śmiertelni Atul Gawande, amerykański chirurg i autor,
pisze tak: "Na studiach medycznych uczono mnie wielu rzeczy, lecz nie o śmiertelności"1. Na wydziale nie mówi się o śmierci, o tym, jak się umiera. Nie omawia się tego, jak opiekować się osobą w końcowym stadium ciężkiej, nieuleczalnej choroby.
Wykładowcy uciekali przed moimi pytaniami, a niektórzy nawet
przekonywali, że powinnam zrobić jakąś specjalizację, która wiązałaby
się z ograniczonym lub wręcz zerowym kontaktem z pacjentami. Mówili, że
jestem zbyt wrażliwa i nie będę w stanie zająć się pacjentami, nie
cierpiąc przy tym tak samo albo nawet bardziej niż oni. Bez wątpienia
studia były najtrudniejszym czasem w moim życiu. Po tym okresie wybrałam
geriatrię. Pomyślałam, że opiekując się starszymi ludźmi, zdołam
zmierzyć się ze śmiercią w bardziej fizjologicznym i naturalnym
aspekcie. Jednak pierwsze odpowiedzi pojawiły się dopiero wtedy, gdy
pewna pielęgniarka podarowała mi książkę Rozmowy o śmierci i umieraniu2 Elisabeth Kübler-Ross, amerykańskiej psychiatrki
szwajcarskiego pochodzenia. Autorka opisuje w niej doświadczenia swoich
pacjentów będących u kresu życia, a także swoje pragnienie, by się do
nich zbliżyć i nieść im pomoc w ostatnich chwilach. Pochłonęłam tę
książkę w jeden wieczór i następnego dnia ból gnieżdżący się w mojej
klatce piersiowej ustąpił. Mogłam się uśmiechać. Obiecałam sobie: "Będę
wiedziała, co robić".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zaproszono mnie na imprezę. Przychodzę, nie znając nikogo oprócz
gospodyni. Wita mnie serdecznie, a ja wyczuwam, że niektórzy goście są
ciekawi, kim jestem. Podchodzą. W takich sytuacjach robię się trochę
nieśmiała i trudno mi zacząć rozmowę. Chwilę później grono rozmówców się
powiększa, swobodna pogawędka trwa w najlepsze. Każdy się przedstawia i mówi, czym się zajmuje. Przyglądam się gestom i spojrzeniom. Zaczynam
czuć silną potrzebę zboczenia z utartej ścieżki. Uśmiecham się. Wreszcie
ktoś pyta:
- A ty, czym się zajmujesz?
- Jestem lekarką.
- Naprawdę? To wspaniale! A jakiej specjalizacji?
Waham się przez kilka sekund. Co mam odpowiedzieć? Mogę rzucić na
przykład, że pracuję na geriatrii - wtedy rozmowa obierze najbardziej
oczywisty kierunek. Trzy czy cztery pytania na temat problemów z włosami
i paznokciami. Co, ze swojego doświadczenia, mogę polecić, żeby opóźnić
proces starzenia? Być może pojawi się jakieś pytanie dotyczące krewnego,
który wydaje się "sklerotyczny". Jednak tym razem chcę odpowiedzieć
inaczej. Chcę powiedzieć, co robię, nie tając, że sprawia mi to ogromną
przyjemność i daje mnóstwo satysfakcji. Nie chcę uciekać. Ta wewnętrzna
decyzja sprawia, że ogarnia mnie pewien niepokój, ale jednocześnie mam
poczucie przyjemnego wyzwolenia.
- Opiekuję się osobami, które umierają.
Zapada głęboka cisza. Opowiadanie o śmierci na imprezie to rzecz nie do
pomyślenia. Atmosfera staje się napięta; wyłapuję zaniepokojone
spojrzenia, a nawet myśli. Słyszę oddechy otaczających mnie ludzi.
Niektórzy odwracają wzrok i wbijają go w podłogę, szukając dziury, w której chcieliby się ukryć. Inni patrzą na mnie dalej, jakby pytali:
"Słucham?", licząc na to, że zaraz się poprawię, przepraszając, że źle
się wyraziłam.
Już od dłuższego czasu chciałam to zrobić, lecz brakowało mi odwagi, by
zmierzyć się z niezręczną ciszą, która - jak sobie wyobrażałam -
poprzedzi rozmaite komentarze. Mimo to nie żałowałam. W głębi duszy
pocieszałam samą siebie, myśląc: "Któregoś dnia ludzie zechcą rozmawiać
w ten sposób o życiu. Czyżby to było dziś?".
Wreszcie, w trakcie przedłużającej się ciszy, ktoś nabiera odwagi, chowa
się za zasłoną uśmiechu i wyrzuca z siebie:
- Rany! To musi być strasznie trudne!
Wymuszone uśmiechy i znowu cisza.
W ciągu dwóch minut rozmówcy zaczęli się rozchodzić. Jeden ruszył w kierunku przyjaciela, który właśnie przyszedł na imprezę, inny udał się
po drinka i już nie wrócił. Trzeci poszedł do łazienki, jeszcze inny
zwyczajnie przeprosił i odszedł. Pewnie wszyscy poczuli ulgę, kiedy po
niespełna dwóch godzinach pożegnałam się i wyszłam z imprezy. Ja też
poczułam ulgę, a jednocześnie smutek. Czy kiedyś ludzie będą w stanie
rozmawiać o śmierci w sposób naturalny?
Minęło ponad piętnaście lat od tamtego dnia, gdy publicznie powiedziałam
prawdę o tym, co robię. Nadal powtarzam, że "opiekuję się osobami, które
umierają", i wbrew niemal wszystkim ówczesnym przewidywaniom rozmowy o śmierci zyskują coraz więcej miejsca w przestrzeni publicznej. Dowód?
Piszę tę książkę i są tacy, którzy wierzą, że przeczyta ją wiele osób.