p

Śmierć warta przeżycia. Jak myślenie o końcu nadaje życiu sens - Ana Claudia Quintana Arantes

Kup ebooka

47.99 zł
37.43 zł (37,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dok­tor Aranha był dla mnie naj­po­tęż­niej­szą i zara­zem naj­bar­dziej tajem­ni­czą istotą na świe­cie. Po wizy­cie u babci zawsze zosta­wał u nas tro­chę dłu­żej. Pijąc kawę, jedząc cia­steczka z tapioki i cia­sto poma­rań­czowe, wda­wał się w przy­jem­niej­sze roz­mowy, gesty­ku­lu­jąc ogrom­nymi dłońmi przed moimi małymi uważ­nymi oczami. Przed wyj­ściem cało­wał mnie w czoło, przez co we mnie rosła chęć cało­wa­nia czół innych ludzi. Zosta­wiał po sobie spo­kój. Nie­sa­mo­wite było to, że bab­cia czuła się lepiej tylko dzięki temu, że się z nim zoba­czyła. A mama znowu się uśmie­chała, pełna nadziei dzięki nowej recep­cie.

Życie toczyło się dalej, raz bywało lepiej, raz gorzej, ale roz­wój cho­roby dopro­wa­dził w końcu do ampu­ta­cji obu nóg. Nadzieja, że wtedy wresz­cie będzie pro­ściej, a ból minie, też pry­sła szybko: pozo­stał. Dla dziecka to była prze­ra­ża­jąca dia­gnoza - moja bab­cia cier­piała na bóle fan­to­mowe. Bóle fan­to­mowe? Czy można pod­dać je egzor­cy­zmom? Ode­słać na ścieżkę ewo­lu­cji? Wycią­gnąć z czyśćca i pozwo­lić odejść do prze­zna­czo­nego dla nich nieba? A może ska­zać je na pie­kło, gdzie zosta­łyby już na całą wiecz­ność i ni­gdy wię­cej nikogo nie drę­czyły?

Co mogę zro­bić, póki jesz­cze żyję, by poko­nać bóle fan­to­mowe?

Modli­twy nie pomo­gły.

Ampu­to­wa­łam wszyst­kim moim lal­kom ich cien­kie i grube nogi. Żadna nie unik­nęła okrut­nego losu. Tylko Rosinha, która wyszła z fabryki ze skrzy­żo­wa­nymi nogami jak Budda, została w jed­nym kawałku. Do dziś się zasta­na­wiam, czy decy­zja o pozo­sta­niu w pozy­cji sie­dzą­cej chroni nas przed cho­dze­niem i utratą nóg po dro­dze. Ale Rosinha i tak zyskała "poope­ra­cyjne" bli­zny, zro­bione mar­ke­rem dla przy­po­mnie­nia, że nawet jeśli chcia­ła­bym sie­dzieć całe życie, ono i tak odci­śnie na mnie swoje ślady. A więc już w wieku sied­miu lat mia­łam wła­sne ambu­la­to­rium - miej­sce, gdzie leczy­łam i łago­dzi­łam ból moich lalek. W moim szpi­talu nikt nie cier­piał. Mię­dzy poda­wa­niem jed­nego lekar­stwa a dru­giego sadza­łam lalki i uczy­łam je tego, czego sama dowie­dzia­łam się w szkole. Pod­glą­da­jąca mnie, bab­cia dosko­nale się bawiła i zawsze pytała:

- Zmie­ni­łaś zda­nie? Teraz chcesz zostać nauczy­cielką?

- Chcę zostać i lekarką, i nauczy­cielką, bab­ciu! One chcą się uczyć, kiedy ich ból mija!

Bab­cia się śmiała i mówiła, że chce się leczyć w moim szpi­talu. A ja jej obie­cy­wa­łam, że się nią zaopie­kuję i że już ni­gdy nie będzie odczu­wać bólu. Pyta­łam, czy też chcia­łaby mieć lek­cje, kiedy prze­sta­nie ją boleć. Odpo­wia­dała, że tak.

- Nauczysz mnie czy­tać?

- Pew­nie, bab­ciu!

Uśmie­chała się. Moja dzie­cięca pew­ność sie­bie musiała być dla niej czymś wyjąt­kowo pięk­nym.

W wieku osiem­na­stu lat dosta­łam się na USP (Uni­wer­sy­tet w S?o Paulo). Na początku trudno mi było uwie­rzyć, że stu­diuję medy­cynę, bo pierw­sze przed­mioty bar­dzo mnie znie­chę­ciły: bio­che­mia, bio­fi­zyka, histo­lo­gia, embrio­lo­gia. Jedy­nie zagad­nie­nia zwią­zane ze śmier­cią na zaję­ciach z ana­to­mii doty­czyły ludz­kiego życia. Dosko­nale pamię­tam pierw­sze, w któ­rych uczest­ni­czy­łam: ogromna sala i wiele sto­łów z ludz­kimi szcząt­kami. Zwło­kami. Sądzi­łam, że będę się bać, ale były tak inne i dziwne, że zigno­ro­wa­łam ciche krzyki i prze­ra­żone szepty moich kole­ża­nek i kole­gów. Rozej­rza­łam się i zna­la­złam zwłoki mło­dego czło­wieka. Jego wyraz twa­rzy wyra­żał czy­stą eks­tazę. Rzu­ci­łam do kole­żanki obok:

- Spójrz na jego twarz! Musiał umrzeć, widząc coś pięk­nego.

Dziew­czyna się wzdry­gnęła i popa­trzyła na mnie jak na kosmitkę:

- Jesteś bar­dzo dziwna.

W tam­tej sali sta­ra­łam się opo­wia­dać samej sobie moż­liwe histo­rie kry­jące się za twa­rzami "obiek­tów" badań. Coraz wię­cej osób patrzyło na mnie jak na wariatkę, a moja repu­ta­cja "tej dziw­nej" tylko moc­niej się ugrun­to­wy­wała.

Pod koniec trze­ciego roku nauczy­łam się prze­pro­wa­dzać wywiad z pacjen­tem. Sądzi­łam, że szcze­gó­łowy porad­nik, który uczył stu­den­tów roz­mowy z cho­rym czło­wie­kiem, wskaże mi bez­pieczną drogę. Już za pierw­szym razem prze­ko­na­łam się, jak bar­dzo się myli­łam. Po loso­wa­niu przy­pad­ków na oddziale cho­rób wewnętrz­nych kli­niki uni­wer­sy­tec­kiej pozna­łam pana Antônia. Pro­fe­sor prze­ka­zał mi wcze­śniej pod­sta­wowe infor­ma­cje na temat pacjenta, z któ­rym mia­łam prze­pro­wa­dzić wywiad: męż­czy­zna, żonaty, alko­ho­lik, palacz, dwójka dzieci, mar­skość i rak wątroby oraz wiru­sowe zapa­le­nie wątroby typu B; był w fazie ter­mi­nal­nej. W tam­tych cza­sach w drzwiach do pokoi znaj­do­wała się mała kwa­dra­towa szybka, przez którą mogli­śmy obser­wo­wać pacjen­tów bez koniecz­no­ści otwie­ra­nia drzwi. Pamię­tam, że sta­łam przed tym okien­kiem dłuż­szą chwilę. Serce o mało nie wysko­czyło mi z piersi - przed pierw­szą roz­mową z pacjen­tem o tak trud­nej histo­rii towa­rzy­szyły mi wyjąt­kowo silne emo­cje. Wcze­śniej nawet nie przy­pusz­cza­łam, jakie odkry­cia, lęki, poczu­cie winy i ogromną udrękę wywoła we mnie to spo­tka­nie.

Weszłam do pokoju, czu­jąc głę­boki sza­cu­nek i zara­zem strach. Pan Antônio sie­dział naprze­ciwko okna, na meta­lo­wym ema­lio­wa­nym krze­śle z odpry­sku­jącą farbą, i patrzył przed sie­bie. Wyglą­dał prze­ra­ża­jąco: był bar­dzo chudy, ale miał ogromny brzuch, niczym wielki pająk z czte­rema koń­czy­nami. Jego skóra miała ciem­no­żółty odcień, twarz poorana była głę­bokimi zmarszcz­kami, a ciało pokryte licz­nymi sinia­kami, jakby został dotkli­wie pobity. Przy­wi­tał się ski­nie­niem głowy i grzecz­nym uśmie­chem, odsła­nia­jąc braki w uzę­bie­niu. Przed­sta­wi­łam się i zapy­ta­łam, czy możemy chwilę poroz­ma­wiać.

Wró­cił na łóżko. Z wiel­kim tru­dem wspiął się na nie i powoli poło­żył. Zaczę­łam ten trudny wywiad od szcze­gó­łów z prze­szło­ści: pyta­łam o to, kiedy zaczął cho­dzić, kiedy zaczął mówić, o cho­roby okresu dzie­ciń­stwa, o histo­rię cho­rób w rodzi­nie. Histo­rię jego cho­rób. Skar­żył się głów­nie na ból brzu­cha po pra­wej stro­nie, tuż pod żebrami. Stwier­dził, że tak duży brzuch utrud­nia mu oddy­cha­nie. Mówił, że w nocy bar­dzo się boi i wtedy ból się nasila. A ponie­waż ból się nasila, to i strach nara­sta. Oba­wiał się, że zosta­nie tu sam, że będzie sam w chwili śmierci. I bał się także tego, że rano już się nie obu­dzi. Ze łzami w oczach powie­dział, że zasłu­żył sobie na to wszystko. Stwier­dził, że był bar­dzo złym czło­wie­kiem i że żona mu powta­rzała, że Bóg go karze. Uznał, że miała rację. Prze­paść mię­dzy tym, co mówił on, a tym, co ja chcia­łam powie­dzieć, tylko się zwięk­szała. Z każdą chwilą coraz bar­dziej uświa­da­mia­łam sobie, że w obli­czu tak wiel­kiego cier­pie­nia nie da się nic powie­dzieć. Nie­zręczna cisza prze­dłu­żała się i wresz­cie uzna­łam, że nad­szedł czas, by go zba­dać, lecz nie mogłam tego zro­bić. Nie byłam w sta­nie dotknąć jego ciała - teraz to ja się bałam. Przy­szło mi na myśl, że jeśli go dotknę, zdo­łam poczuć jego ból. Z dru­giej strony bałam się, że zadam mu jesz­cze więk­sze cier­pie­nie. Poszłam po pomoc.

Naj­pierw zaj­rza­łam do dyżurki pie­lę­gnia­rek. Oddzia­łowa ledwo unio­sła wzrok znad kar­tek, kiedy zapy­ta­łam, czy mogłaby dać panu Antôniemu coś na zła­go­dze­nie bólu.

- Dopiero co wziął meta­mi­zol. Musi zacze­kać, żeby zadzia­łał.

- Ale wciąż go boli! A od poda­nia leku minęła już ponad godzina - odpar­łam.

- Nic wię­cej nie można zro­bić, jedy­nie cze­kać na kolejną dawkę. Podamy ją za pięć godzin - powie­działa.

- Ale co teraz? Przez cały ten czas ma go boleć? I co to zna­czy, że nic wię­cej nie można zro­bić?

- Moja droga - odparła pie­lę­gniarka iro­nicz­nym tonem - kiedy zosta­niesz lekarką, będziesz mogła poda­wać wię­cej leków. Roz­ma­wia­łam już z leka­rzem dyżur­nym i pró­bo­wa­łam go prze­ko­nać, żeby pod­dać pacjenta seda­cji. Pan Antônio powi­nien nie­długo umrzeć.

- Umrzeć? Ale dla­czego przed śmier­cią nie można mu odro­binę ulżyć w bólu?

Pie­lę­gniarka na powrót pochy­liła się nad papie­rami. Zro­zu­mia­łam, że nie ma sensu dłu­żej nale­gać i poszłam szu­kać pro­fe­sora. Zasta­łam go w pokoju lekar­skim, gdzie pił kawę z innymi pro­fe­sorami. Powie­dzia­łam, że zanim przejdę do bada­nia, muszę podać pacjen­towi jakiś lek, ponie­waż odczuwa silny ból. Zosta­łam skar­cona - prze­cież uprze­dzono mnie, że pacjent jest w sta­nie ter­mi­nal­nym i nic już nie da się zro­bić. Wtedy dotarło do mnie, co to zna­czy umie­rać na nie­ule­czalną cho­robę w szpi­talu: cier­pie­nie całego świata spada na jedną jedyną osobę i wszy­scy tylko powta­rzają: "Nic nie można zro­bić... Nic nie można zro­bić...".

Do czasu pierw­szego seme­stru czwar­tego roku zetknę­łam się już z mnó­stwem rodza­jów śmierci: spo­dzie­wa­nych i niespo­dzie­wa­nych. Ze śmier­cią dzieci cier­pią­cych na poważne cho­roby, z nagłą śmier­cią, ze śmier­cią mło­dych osób z AIDS i nowo­two­rami, wresz­cie ze śmier­cią mnó­stwa star­szych osób, wycień­czo­nych latami cier­pień z powodu prze­wle­kłych i wynisz­cza­ją­cych scho­rzeń. Widzia­łam, jak wiele z nich umiera samot­nie na noszach przed izbą przy­jęć. Za każ­dym razem, kiedy tak się działo, utwier­dza­łam się w prze­ko­na­niu, że nie dam rady tego dalej cią­gnąć. Wresz­cie, w poło­wie czwar­tego roku, prze­rwa­łam stu­dia.

Prze­cho­dzi­łam wtedy poważny kry­zys, ponie­waż w domu też mie­rzy­łam się z wie­loma pro­ble­mami zdro­wot­nymi moich krew­nych, a ponadto z dużymi trud­no­ściami finan­so­wymi. Sytu­acja rodzinna sta­no­wiła więc dobrą wymówkę, by rzu­cić stu­dia: musia­łam iść do pracy. A jed­nak sie­dzia­łam w domu przez dwa mie­siące, ni­gdzie nie wycho­dzi­łam, nie mia­łam poję­cia, co zro­bić z wła­snym życiem. W tym cza­sie zma­ga­łam się z poważ­nym zapa­le­niem płuc, ale nie chcia­łam iść do szpi­tala. To był pierw­szy raz, kiedy naprawdę pra­gnę­łam umrzeć.

Kiedy minął naj­gor­szy okres, zaczę­łam pracę w domu towa­ro­wym. Z każ­dym kolej­nym dniem odczu­wa­łam jed­nak coraz więk­szy nie­po­kój zwią­zany z reali­za­cją życio­wych celów. Czu­łam powo­ła­nie do medy­cyny, ale nie wie­dzia­łam, jak je reali­zo­wać. Czas mijał, a ja dystan­so­wa­łam się od świata tych prze­ra­żo­nych, osa­mot­nio­nych ludzi, któ­rzy cze­kali na śmierć w szpi­talu. Lecz w głębi serca wciąż czu­łam powo­ła­nie do medy­cyny i nie mogłam go już dłu­żej igno­ro­wać. Być może bra­ko­wało mi talentu, ale wresz­cie posta­no­wi­łam, że muszę spró­bo­wać. Kto wie, może w końcu się do tego przy­zwy­czaję, tak jak przy­zwy­cza­jają się wszy­scy inni?

Zde­cy­do­wa­łam się wró­cić na stu­dia i pra­co­wać jako wolon­ta­riuszka w szpi­talu położ­ni­czym na przed­mie­ściach. Spę­dza­łam noce na maso­wa­niu ple­ców rodzą­cych, które wyły z bólu i nie miały wyboru; w tam­tych cza­sach rząd nie pozwa­lał na sto­so­wa­nie znie­czu­le­nia przy poro­dzie siłami natury, więc trzeba było cier­pieć. Zaczę­łam myśleć, że wresz­cie zna­la­złam spo­sób, żeby zostać lekarką bez koniecz­no­ści mie­rze­nia się z ogro­mem nie­po­trzeb­nego cier­pie­nia. Wie­dzia­łam, że ból kobiet minie, a radość z pozna­nia nowo naro­dzo­nych dzieci nada więk­szy sens tym trud­nym chwi­lom. Tak samo jak Nie­tz­sche uwa­ża­łam, że ten, kto wie "dla­czego", znie­sie każde "jak".

Skoń­czy­łam czwarty rok stu­diów, a moi żyjący pacjenci nie ucier­pieli zbyt­nio z tego powodu. Urze­kło mnie też coś, o czym ni­gdy wcze­śniej nie myśla­łam: oka­zało się, że uwiel­biam zaję­cia z medy­cyny sądo­wej. Bra­li­śmy wtedy udział w sek­cjach zwłok w zakła­dzie medy­cyny sądo­wej oraz w pro­sek­to­rium. Mie­li­śmy spo­tka­nia ana­to­mo­kli­niczne, na któ­rych przed­sta­wiano dany przy­pa­dek, a następ­nie kil­koro leka­rzy oma­wiało hipo­tezy dia­gno­styczne. Na końcu przy­cho­dziła pato­lożka, by podać wyniki sek­cji zwłok, które z kolei wyja­śniały przy­czynę zgonu.

Na pią­tym roku zaczę­łam dyżury, a swój pierw­szy staż odby­łam na poro­dówce. Ponie­waż odbie­ra­łam już porody w szpi­talu położ­ni­czym, radzi­łam sobie naprawdę dobrze. Mia­łam pew­ność, że to wła­śnie medy­cynę kocham naj­bar­dziej.

W trak­cie stu­diów, kiedy widzia­łam, jak ktoś umiera w wiel­kich cier­pie­niach (a w szpi­talu pra­wie zawsze tak się dzieje), i pyta­łam, co można zro­bić, wszy­scy odpo­wia­dali: "nic". Owo "nic" tkwiło jak ciężki kamień w moim brzu­chu, spra­wia­jąc mi wręcz fizyczny ból. Pra­wie zawsze pła­ka­łam. Pła­ka­łam ze zło­ści, z fru­stra­cji, ze współ­czu­cia. Ale jak to "nic"? Nie mogłam uwie­rzyć, że leka­rze nie przej­mują się taką nie­kom­pe­ten­cją. Nie cho­dziło by­naj­mniej o to, żeby nie dopu­ścić do śmierci, bo prze­cież nikt nie żyje wiecz­nie, ale dla­czego zosta­wiali pacjenta i jego rodzinę samych? Dla­czego pod­da­wali go seda­cji, unie­moż­li­wia­jąc mu komu­ni­ka­cję? Ist­niała bar­dzo duża prze­paść mię­dzy tym, czego się uczy­łam, a pyta­niami, które pozo­sta­wały bez odpo­wie­dzi i mnie drę­czyły.

Szybko zaczęto sobie ze mnie żar­to­wać, bo byłam lekarką, która nie potrafi znieść widoku cier­pią­cego pacjenta. Czy to nor­malne? Nie, to nienor­malne. Ukry­wa­łam się przed świa­tem w pra­cowni foto­gra­ficz­nej na wydziale. Za apa­ra­tem nikt nie widzi łez. Nikt nie widzi serca foto­grafa, dopóki nie pokaże swo­ich zdjęć. Z tam­tego miej­sca widzia­łam rze­czy, któ­rych inni nie dostrze­gali, ale to było za wcze­śnie, bym mogła oce­nić, co dla mnie jest prawdą. Mil­cza­łam i pra­co­wa­łam dalej.

W swo­jej książce Śmier­telni Atul Gawande, ame­ry­kań­ski chi­rurg i autor, pisze tak: "Na stu­diach medycz­nych uczono mnie wielu rze­czy, lecz nie o śmier­tel­no­ści"1. Na wydziale nie mówi się o śmierci, o tym, jak się umiera. Nie oma­wia się tego, jak opie­ko­wać się osobą w koń­co­wym sta­dium cięż­kiej, nie­ule­czal­nej cho­roby.

Wykła­dowcy ucie­kali przed moimi pyta­niami, a nie­któ­rzy nawet prze­ko­ny­wali, że powin­nam zro­bić jakąś spe­cja­li­za­cję, która wią­za­łaby się z ogra­ni­czo­nym lub wręcz zero­wym kon­tak­tem z pacjen­tami. Mówili, że jestem zbyt wraż­liwa i nie będę w sta­nie zająć się pacjen­tami, nie cier­piąc przy tym tak samo albo nawet bar­dziej niż oni. Bez wąt­pie­nia stu­dia były naj­trud­niej­szym cza­sem w moim życiu. Po tym okre­sie wybra­łam geria­trię. Pomy­śla­łam, że opie­ku­jąc się star­szymi ludźmi, zdo­łam zmie­rzyć się ze śmier­cią w bar­dziej fizjo­lo­gicz­nym i natu­ral­nym aspek­cie. Jed­nak pierw­sze odpo­wie­dzi poja­wiły się dopiero wtedy, gdy pewna pie­lę­gniarka poda­ro­wała mi książkę Roz­mowy o śmierci i umie­ra­niu2 Eli­sa­beth Kübler-Ross, ame­ry­kań­skiej psy­chiatrki szwaj­car­skiego pocho­dze­nia. Autorka opi­suje w niej doświad­cze­nia swo­ich pacjen­tów będą­cych u kresu życia, a także swoje pra­gnie­nie, by się do nich zbli­żyć i nieść im pomoc w ostat­nich chwi­lach. Pochło­nę­łam tę książkę w jeden wie­czór i następ­nego dnia ból gnież­dżący się w mojej klatce pier­sio­wej ustą­pił. Mogłam się uśmie­chać. Obie­ca­łam sobie: "Będę wie­działa, co robić".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapro­szono mnie na imprezę. Przy­cho­dzę, nie zna­jąc nikogo oprócz gospo­dyni. Wita mnie ser­decz­nie, a ja wyczu­wam, że nie­któ­rzy goście są cie­kawi, kim jestem. Pod­cho­dzą. W takich sytu­acjach robię się tro­chę nie­śmiała i trudno mi zacząć roz­mowę. Chwilę póź­niej grono roz­mów­ców się powięk­sza, swo­bodna poga­wędka trwa w naj­lep­sze. Każdy się przed­sta­wia i mówi, czym się zaj­muje. Przy­glą­dam się gestom i spoj­rze­niom. Zaczy­nam czuć silną potrzebę zbo­cze­nia z utar­tej ścieżki. Uśmie­cham się. Wresz­cie ktoś pyta:

- A ty, czym się zaj­mu­jesz?

- Jestem lekarką.

- Naprawdę? To wspa­niale! A jakiej spe­cja­li­za­cji?

Waham się przez kilka sekund. Co mam odpo­wie­dzieć? Mogę rzu­cić na przy­kład, że pra­cuję na geria­trii - wtedy roz­mowa obie­rze naj­bar­dziej oczy­wi­sty kie­ru­nek. Trzy czy cztery pyta­nia na temat pro­ble­mów z wło­sami i paznok­ciami. Co, ze swo­jego doświad­cze­nia, mogę pole­cić, żeby opóź­nić pro­ces sta­rze­nia? Być może pojawi się jakieś pyta­nie doty­czące krew­nego, który wydaje się "skle­ro­tyczny". Jed­nak tym razem chcę odpo­wie­dzieć ina­czej. Chcę powie­dzieć, co robię, nie tając, że spra­wia mi to ogromną przy­jem­ność i daje mnó­stwo satys­fak­cji. Nie chcę ucie­kać. Ta wewnętrzna decy­zja spra­wia, że ogar­nia mnie pewien nie­po­kój, ale jed­no­cze­śnie mam poczu­cie przy­jem­nego wyzwo­le­nia.

- Opie­kuję się oso­bami, które umie­rają.

Zapada głę­boka cisza. Opo­wia­da­nie o śmierci na impre­zie to rzecz nie do pomy­śle­nia. Atmos­fera staje się napięta; wyła­puję zanie­po­ko­jone spoj­rze­nia, a nawet myśli. Sły­szę odde­chy ota­cza­ją­cych mnie ludzi. Nie­któ­rzy odwra­cają wzrok i wbi­jają go w pod­łogę, szu­ka­jąc dziury, w któ­rej chcie­liby się ukryć. Inni patrzą na mnie dalej, jakby pytali: "Słu­cham?", licząc na to, że zaraz się popra­wię, prze­pra­sza­jąc, że źle się wyra­zi­łam.

Już od dłuż­szego czasu chcia­łam to zro­bić, lecz bra­ko­wało mi odwagi, by zmie­rzyć się z nie­zręczną ciszą, która - jak sobie wyobra­ża­łam - poprze­dzi roz­ma­ite komen­ta­rze. Mimo to nie żało­wa­łam. W głębi duszy pocie­sza­łam samą sie­bie, myśląc: "Któ­re­goś dnia ludzie zechcą roz­ma­wiać w ten spo­sób o życiu. Czyżby to było dziś?".

Wresz­cie, w trak­cie prze­dłu­ża­ją­cej się ciszy, ktoś nabiera odwagi, chowa się za zasłoną uśmie­chu i wyrzuca z sie­bie:

- Rany! To musi być strasz­nie trudne!

Wymu­szone uśmie­chy i znowu cisza.

W ciągu dwóch minut roz­mówcy zaczęli się roz­cho­dzić. Jeden ruszył w kie­runku przy­ja­ciela, który wła­śnie przy­szedł na imprezę, inny udał się po drinka i już nie wró­cił. Trzeci poszedł do łazienki, jesz­cze inny zwy­czaj­nie prze­pro­sił i odszedł. Pew­nie wszy­scy poczuli ulgę, kiedy po nie­spełna dwóch godzi­nach poże­gna­łam się i wyszłam z imprezy. Ja też poczu­łam ulgę, a jed­no­cze­śnie smu­tek. Czy kie­dyś ludzie będą w sta­nie roz­ma­wiać o śmierci w spo­sób natu­ralny?

Minęło ponad pięt­na­ście lat od tam­tego dnia, gdy publicz­nie powie­dzia­łam prawdę o tym, co robię. Na­dal powta­rzam, że "opie­kuję się oso­bami, które umie­rają", i wbrew nie­mal wszyst­kim ówcze­snym prze­wi­dy­wa­niom roz­mowy o śmierci zyskują coraz wię­cej miej­sca w prze­strzeni publicz­nej. Dowód? Piszę tę książkę i są tacy, któ­rzy wie­rzą, że prze­czyta ją wiele osób.