CZAS
Seks z wyższej półki
Powoli nie znaczy wolno
Jak znaleźć idealne tempo
Co zrobić, kiedy przestaje się chcieć
Jak nie kończyć przed czasem?
Gra wstępna? Jest coś lepszego
Namiętność nie musi mieć końca
HANNA RYDLEWSKA: Żyjemy w czasach, w których liczy się prędkość. Im szybciej, tym lepiej. Również w seksie. Ale szybko wcale nie musi oznaczać dobrze?
MARTA NIEDŹWIECKA: Nie musi. Dlatego powinniśmy zwolnić. I nauczyć się od nowa, jak świadomie uprawiać seks i jak się nim naprawdę cieszyć. Zresztą nie chodzi tylko o seks.
A o co?
O wszystko. Jeżeli nie zwolnimy z seksem i w seksie, to pogubimy się zupełnie.
Seksualność jest najbardziej delikatną sferą naszej psychiki. Odciska się na niej każda rzecz, jaką robimy - również nasze przepracowanie, choroby, klimat, w którym przyszło nam żyć. A my? Nawet z grypą w jesienny dzień chcemy tryskać witalnością i radością życia jak w maju. Mamy być szczęśliwi i spełnieni - najlepiej natychmiast. Więc zakochujemy się, rozchodzimy, romansujemy. A mimo to spełnienia jakoś nie widać. Gromadzimy za to coraz więcej niezaspokojonych potrzeb. W takiej sytuacji ludzie uprawiają seks coraz szybciej i coraz bardziej automatycznie, bo w ich życiu odgrywa on rolę wentyla bezpieczeństwa. Pozwala ulżyć znękanej psychice i na chwilę zająć się czymś przyjemnym.
Co w tym złego?
Wpadanie w niewiele znaczące romanse czy przygody na jedną noc nic nie daje. Te nasze eskapady są bardzo często realizowane bez kompasu, bez wiedzy o tym, co dla nas dobre, zasilające. Nawet bez znajomości podstawowych faktów - jak działa anatomia, fizjologia, nie mówiąc już o emocjach. Po prostu idziemy na żywioł, wierząc, że każdy umie "to" robić. Na poziomie instynktu prokreacji to jest nawet prawda. Ludzie wiedzą, jak się rozmnażać. Ale nie wiedzą, jak seks przenieść tam, gdzie jest on czymś więcej niż tylko popędem. A bez tej wiedzy łatwo jest się zapędzić w mroczne, nawet niebezpieczne rejony. Tam, gdzie rodzą się kompulsja lub dramaty.
Straszysz?
Trochę. Ale najważniejsze jest to, że ten pospieszny, kompulsywny seks, którego symbolem stał się dzisiaj Tinder, ma nas tylko chronić przed trudnymi emocjami. Bo choć pozornie możemy dziś wszystko, spontanicznego seksu nie zakazuje nam żadne tabu, mocniej niż kiedykolwiek tęsknimy za bliskością i autentycznymi seksualnymi spotkaniami. Chociaż jak tak pomyślę - pewnie kilka wieków temu ludzie pragnęli tego tak samo mocno. Jednak to my mamy wyjątkowy przywilej, że możemy o tym otwarcie rozmawiać i zrobić coś, żeby żyć szczęśliwie.
Twoim zdaniem pomoże nam slow sex?
Jestem o tym przekonana.
Jednak czy to nie jest popadanie ze skrajności w skrajność? Miotanie się pomiędzy kompulsywnym, mechanicznym seksem a wizją wielogodzinnego miłosnego aktu? Piękne, ale czy realne?
Dlaczego nierealne? I dlaczego sądzisz, że to miotanie się? Chodzi raczej o spokojną zmianę. O to, jak dokonując korekt w naszym stosunku do czasu i własnego ciała, nie tylko poprawić jakość naszego seksu, naszych relacji, ale też nasze życie. Nasza seksualność ma zupełnie niesamowitą właściwość: nawet niewielka zmiana na lepsze poprawia nam całe życie emocjonalne. Wie o tym każdy, kto wyszedł z łóżka po cudownym seksie, czując się naprawdę spełnionym i nasyconym.
Ale dlaczego ten lepszy seks ma być slow?
Slow sex, podobnie jak slow food, zrodził się z niezgody na bylejakość. Chodzi o to, żebyśmy zmienili nasze przekonania i naszą postawę. Żebyśmy wydajność, pośpiech i powierzchowne sensacje zamienili na jakość i przyjemność. To oczywiście oznacza również zmiany w sposobie, w jaki będziemy uprawiać seks. Nie to, żeby od razu kochać się trzy godziny. Jeżeli ktoś z czasem do tego dojdzie, to znakomicie. Przecież wszyscy chcemy się kochać długo i mocno. Slow sex oferuje zestaw metod, które pozwalają uprawiać seks przez trzy godziny, ale również trzydzieści fascynujących minut. Bo najważniejsze, żeby nasz seks był jakościowy, uważny i świadomy.
Co to znaczy jakościowy seks?
Mogłabym mówić po prostu o dobrym seksie. Tylko co to znaczy w seksie "dobrze". Często? Dużo? A może właśnie rzadko, ale za to zgodnie ze szczególnymi oczekiwaniami, jakie ktoś ma wobec seksu? Powiedzieć, że chcę mieć "dobry seks", to nic nie powiedzieć. Dlatego wolę mówić o jakości seksu. Bo gdy mówimy o jakościach, otwieramy szersze pole znaczeń, takie, w którym każdy znajdzie te właściwe dla siebie. Możemy na przykład szukać w seksie namiętności, ale to nie jest uniwersalne. Dla jednych bliskość będzie tym, o co warto się starać. Inni będą szukali bezpieczeństwa. Do seksu wnosimy przeróżne potrzeby i warto je sobie zdefiniować, wtedy pojęcie "dobry seks" nabiera sensu.
A skoro mówimy o jakości, to przyda się jeszcze jedno wyjaśnienie. Pojęcie "slow" jest przeciwieństwem "fast". Ale wcale nie w znaczeniu szybko-wolno, tylko uważnie-nieuważnie. Najważniejszy przekaz ruchu slow brzmi: robiąc różne rzeczy szybko, jesteśmy powierzchowni. Szybko jedząc, podróżując, uprawiając seks, pomijamy to, co najważniejsze. Wpadamy w rutynę i działamy na autopilocie. A rutyna jest mordercą przyjemności.
Więc nasz codzienny, rutynowy seks jest jak cheeseburger, a ty chcesz nam zaoferować wykwintną sałatę? Nie ma w tym jakiegoś poczucia wyższości wobec nas, zwykłych zjadaczy buły z kotletem?
Tak, właśnie tak jest. I biorę za to pełną odpowiedzialność. Kiepski, nieuważny seks jest jak śmieciowe jedzenie. Nie twierdzę, że cheeseburger to czyste zło, zagrożone karą piekła. Chodzi o to, że jeżeli cały czas żywisz się tylko cheeseburgerami, to kończysz jako otyły kandydat do zawału, którego przyjemności życiowe zostały zredukowane do sapania w fotelu przed telewizorem. Jeżeli w tobie jest na to zgoda, niech tak będzie. Żadne "slow" tu nie pomoże. Ale jeżeli chcesz cieszyć się różnorodnością, zjeść kawior, egzotyczną rybę czy owoce, skosztować prawdziwego curry, zrozumieć coś z picia wina, to wchodzisz w świat, w którym przydadzą ci się pewne narzędzia do wywoływania i "obsługi" tych doznań. Jak nie wiesz, jak znaleźć dobrą - co nie znaczy najdroższą - restaurację, to będziesz się żywić cheeseburgerami w Rzymie, bo tak jest bezpieczniej.
Co jest w seksie odpowiednikiem napychania się cheeseburgerami?
Seksualny przesyt połączony z brakiem satysfakcji. A także niechęć do zmian mimo odczuwania dyskomfortu. Wiesz, ile razy słyszałam w moim gabinecie opowieści o obiecujących randkach, które skończyły się beznadziejnym seksem? I głębokim niesmakiem? Słyszałam je od ludzi, którzy robili to po raz dziesiąty, trzydziesty i nadal nie chcieli przyjąć do wiadomości, że za pięćdziesiątym razem wciąż będzie beznadziejnie. Fundujemy sobie nadmiar, nie biorąc pod uwagę, że zbyt wiele bodźców prędzej czy później przynosi znużenie i znudzenie. Nic nas nie cieszy, a jednocześnie żądamy, żeby regularnie targały nami kosmiczne orgazmy.
Żeby było jasne - nie utożsamiam seksu z miłością. Tym bardziej nie uważam, że do udanego życia intymnego niezbędna jest miłość po grobową deskę. Ale zdecydowanie w seksie potrzebujemy więcej niż fizjologii i popędu.
Czego właściwie?
O tym jest ta książka. O pięciu podstawowych zagadnieniach, które powinniśmy poznać i zrozumieć, żeby później samemu sobie wręczyć świadectwo dojrzałości z seksu. Pierwsze to uświadomienie sobie znaczenia czasu w naszym życiu seksualnym. Oczywiście chodzi o to, żeby stało się ono bardziej "slow", co jednak wcale nie znaczy, że ma być powolne. Chodzi raczej o znalezienie własnego tempa.
Z czasem związane są również nawyki, jakie przylgnęły do nas w naszym nerwowym i pośpiesznym życiu. Powinniśmy sobie uświadomić, że powodują one erozję przyjemności w ogóle, zaś przyjemności seksualnej w szczególności.
A drugi "filar"?
To modyfikacja stosunku do naszego ciała. Chodzi o to, żebyśmy przestali go używać jak przedmiotu, narzędzia, za to zbudowali z nim głęboki kontakt. Trzeci i czwarty punkt to uważność oraz świadomość. To kategorie zaczerpnięte z praktyki mindfulness. Pomagają one myśleć i działać skuteczniej, żyć milej i czuć pełniej. W końcu piąty element: rytuały. To prosty sposób na podniesienie jakości seksu, który uprawiamy w "maratońskich" związkach.
A więc czas, ciało, uważność, świadomość i rytuały.
To wielka piątka nowoczesnej ars amandi. Oczywiście, moglibyśmy poznawać każde z tych pojęć osobno, studiować zawarte w nim elementy buddyzmu, tantry, mindfulness, jogi... Ale na koniec doszlibyśmy do zbliżonych konkluzji. Tylko mogłoby nam na to wszystko życia nie starczyć. Także dlatego potrzebujemy slow seksu. Bo jest efektywny, bo w prosty do zastosowania sposób pokazuje, na czym się skoncentrować, żeby się seksualnie rozwijać. I to poczynając od fundamentów naszej seksualności. Bo zdecydowanie zbyt często zadowalamy się drobnymi zmianami, które dają powierzchowne, krótkotrwałe efekty.
A czy nie uważasz, że slow sex jest jakimś wydumanym pojęciem? Kolejną modną wydmuszką? Nie bolą cię od tego zęby?
Być może tajemnica trendów na tym polega, że nazywają coś, co nagle wszyscy chcą robić. I to się nie może nazywać drętwo.
Na obronę całego ruchu slow powiem, że pomysł na spowolnienie tak dobrze odpowiada na potrzeby zagonionej ludzkości i rozwija się tak dynamicznie, że tylko w czasie pisania tej książki powstała już jego nowa odmiana.
Naprawdę? Jaka?
Mieliśmy slow travel, slow food, slow fashion, a teraz pojawił się również slow jogging. Wywodzi się z Japonii. Zakłada, że człowiek jest fizjologicznie stworzony do biegania. Świadczą o tym nasze stopy, wysklepione idealnie, by amortyzować bieg, długie ścięgno Achillesa, długie nogi oraz krótka i szeroka miednica, umożliwiające optymalne rozszerzenie nóg w czasie biegu. Ale ludzie biegają źle, zbyt szybko, co obciąża ich układ krwionośny, niszczy kolana, katuje kręgosłupy i, przede wszystkim, nie dostarcza żadnej przyjemności, tylko wychodzi naprzeciw powszechnej potrzebie rywalizacji. Tymczasem slow jogging opiera się na spokojnym bieganiu, najlepiej na łonie natury w tempie - uwaga - niko niko, co po japońsku znaczy uśmiech. To jest bieg na tyle łagodny, że możesz się uśmiechać i mówić, a nie zaciskać zęby, żeby dociągnąć do mety. Gdy biegniesz w rytmie niko niko, sam regulujesz prędkość. Jedni mogą się nadal uśmiechać, gdy biegną 10 kilometrów na godzinę, a inni muszą zwolnić do 6 kilometrów.
Zauważ: wszyscy, którzy używają pojęcia "slow coś tam", mówią w zasadzie to samo. Róbcie mniej, ale wolniej i bardziej świadomie. Jedzcie powoli i do syta, korzystając z lokalnego jedzenia i sezonowych produktów. Podróżujcie świadomie, kupujcie mniej ubrań, a jeśli już, to te robione z poszanowaniem zasobów naturalnych i osób, które je produkują. Korzystajcie z życia w pełni, ale nie eksploatujcie nadmiernie ani siebie, ani ludzi wokół, ani Ziemi, na której żyjemy.
A to nie jest jakaś łatwizna intelektualna?
Mam nadzieję, że w trakcie naszej rozmowy przekonasz się, że nie. Moim zdaniem filozofia slow, choć posługuje się prostymi hasłami i receptami, bardzo dojrzale podchodzi do problemów współczesnego człowieka. Idzie z duchem czasów, które - przyznasz - zmieniają się w tempie dotychczas nieznanym. Dla przykładu slow food jest mocną i potrzebną odpowiedzią na przemiany naszej diety i sposób jedzenia. To kontra dla śmieciowego żarcia, którym jesteśmy tuczeni przez wielkie koncerny. Jeszcze trzydzieści lat temu ten problem w ogóle nas nie dotyczył. Teraz jest jednym z najpoważniejszych wyzwań.
Pomysł na taki zrównoważony styl życia nie jest w kulturze europejskiej specjalnie nowy. Wystarczy przywołać chociażby epikureizm, starożytną filozofię, która mówiła, że najważniejsze rzeczy to nie te, które możemy zdobyć, ale te, które już mamy - przyroda, bliskie relacje z innymi ludźmi, przyjemności, wolność od lęku - i nawoływała do prowadzenia zrównoważonego życia.
Równocześnie slow movement to jednak snobizm. Ruch ludzi uprzywilejowanych społecznie i ekonomicznie.
Z pewnością w jakimś stopniu jest elitarny, bo ludzie, którzy walczą o przetrwanie, nie zajmują się sztuką życia. Nie zgodziłabym się jednak, że to jakiś szczególny snobizm tylko dla bogaczy. Bo jakość nie musi się wiązać z ceną. Można mieć najlepszy w świecie seks w schronisku w Dolinie Roztoki oraz denny na Bora-Bora.
Od czego to zależy?
W schronisku odlecimy pod paroma warunkami. Po pierwsze, potrzebujemy znaleźć nasze tempo giusto. A więc to, o czym mówimy od początku: własne tempo. To ono przenosi nas z automatycznego, rutynowego seksu w miejsce, gdzie to my dyktujemy warunki. Decydujemy, co ma się wydarzyć i w jakim momencie. Po drugie, musimy dać się ponieść chwili.
Skąd mamy wiedzieć, jakie jest nasze właściwe tempo?
Żeby się tego dowiedzieć, musimy eksperymentować.
Jak?
To proste. Musimy zmieniać tempo. Na przykład całować się znacznie wolniej. I przyglądać się temu, co się dzieje. Albo pieścić jakąś strefę wolniej, dużo wolniej, niż zazwyczaj to robimy. Świetnie działa także zatrzymanie - to proste ćwiczenie polegające na zastygnięciu w seksie. Tak, jakby ktoś wcisnął pauzę. Zastygacie razem lub każde z osobna i w tym czasie sprawdzacie, jaki jest poziom waszego podniecenia, gdzie ono aktualnie się kumuluje, jak oddychaliście. Pauza nie musi trwać długo, na początek wystarczy kilkanaście sekund. To też niezły pomysł dla mężczyzn, którzy czują, że podniecenie jest w tym momencie zbyt silne, i chcieliby zwolnić, żeby przedłużyć swoją aktywność. Fajnie działa także na kobiety, które mają problem z odczuwaniem własnego rozbudzenia, bo pozwala sprawdzić, na jakim etapie są podniecone, a na jakim nie.
W końcu przeszłyśmy do ćwiczeń!
Ale od razu dodam, że powinniśmy wykonywać je po prostu, bez oczekiwania, że za chwilę wydarzą się cuda. Próbujmy na spokojnie, sprawdzajmy, co nas cieszy, co idzie łatwo, a co trudniej. Wtedy mamy największe szanse, żeby nauczyć się siebie.
Warto chyba przy tym pamiętać, że mężczyźni i kobiety różnie postrzegają upływ czasu w trakcie uprawiania seksu.
Tak, różnimy się tym, jak go postrzegamy, a w zasadzie - jak go interpretujemy. Powodem jest zadowolenie lub jego brak, które pojawia się w czasie aktu. Jeśli osiągnęliśmy rozkosz, będziemy mieli wrażenie, że stosunek był wystarczająco długi. Jeśli jednak czegoś nam zabrakło, będziemy się skarżyć na to, że trwało to zbyt krótko.
Albo nie będziemy się skarżyć...
I tu pojawia się problem. Bo poczucie czasu w seksie pojawia się najczęściej właśnie jako rozdźwięk pomiędzy odczuciami kobiety i mężczyzny. Po raz pierwszy już na początku, gdy zaczynamy czuć podniecenie. Mężczyźni są w stanie szybko "wbić się na obroty". Ten sam punkt kobiety osiągają wolniej, potrzebują czasu. Bo nie decyduje u nich w tak dużym stopniu fizjologia. Raczej stan emocjonalny i podejście do seksu.
Innymi słowy kobieta potrzebuje więcej czasu, żeby być gotowa na seks?
Tak. Ale ile czasu? Ona sama wie najlepiej. Dlatego tak ważne jest, żeby szczerze komunikowała swoje potrzeby. I żeby jej partner był otwarty i gotowy do wspólnego budowania kobiecego podniecenia.
Solidnie brzmi.
Chodzi po prostu o to, że kobieta powinna zasygnalizować na przykład, że potrzebuje, aby gra wstępna trwała dłużej. Musi to powiedzieć głośno. Bo niektóre kobiety rozgrzewają się bardzo szybko i nie doświadczają większych trudności na pierwszym etapie, niektóre hamują przed samym orgazmem - albo go nie osiągając, albo robiąc to z trudnością. Ale jeżeli dzieje się cokolwiek, co utrudnia nam osiąganie seksualnych szczytów, powinnyśmy to zakomunikować drugiej stronie.
Czasami boimy się o tym mówić, bo zdaje się nam, że coś jest z nami nie tak.
Najczęściej jednak wszystko jest z nami w porządku. Kobiety i mężczyźni odmiennie przeżywają poszczególne etapy stosunku. William Masters i Virginia Johnson w swoich badaniach nad ludzką seksualnością wyodrębnili cztery fazy - podniecenie, plateau, orgazm i odprężenie. To, w jakim stopniu będziemy usatysfakcjonowani naszym seksem, w dużej mierze zależy od zaangażowania w te poszczególne fazy. Na przykład satysfakcja seksualna kobiety będzie ściśle związana z tym, ile czasu spędziła w fazie podniecenia, a ile trwało jej plateau. Warto mieć do dyspozycji techniki, które poprawiają nasze wrodzone możliwości, a nie oczekiwać cudów.
Kobieta, która nauczyła się osiągać orgazmy wielokrotne, będzie wiedziała, jak nie doprowadzić do spadku podniecenia. Nie pozwoli sobie na pełne odprężenie, będzie się utrzymywać w fazie plateau tak długo, aż stymulacja zaprowadzi ją na kolejny szczyt. Jeśli jej partner dysponuje techniką wydłużania czasu erekcji lub osiągania satysfakcji bez wytrysku, mogą dowolnie długo surfować od orgazmu do orgazmu.
Ale nie wszyscy mężczyźni opanowali tę technikę.
Dlatego ważny jest dla nich okres refakcji, a więc spoczynku. To kolejny moment, kiedy seksualny rytm kobiety rozjeżdża się z rytmem mężczyzny. Kobiety nie potrzebują przerw i mogą od razu po orgazmie rozbudzać się na nowo. Dlatego pomysłowe zajęcie się tym czasem, którego potrzebuje mężczyzna, przyniesie obojgu wiele przyjemności, zamiast prędkiego końca. Na przykład kobieta sama lub z pomocą partnera może zacząć ponownie wchodzić w fazę plateau.
Jak może to zrobić?
Kobieta po tym, gdy wydarzył się orgazm, potrzebuje "zostać w ciele". Nie polecam odpływania w myślach, palenia papierosa ani prysznica. Dosłownie w kilka minut po szczytowaniu może sama lub z partnerem zacząć pobudzać swoje ciało. Najpierw bez dotykania łechtaczki i warg sromowych, ponieważ strefy te są niezwykle tkliwe po orgazmie i dotykanie ich powoduje dyskomfort. Bardzo ważna jest subtelność dotyku i zwiększanie nacisku dopiero wtedy, gdy to zaczyna być przyjemne dla kobiety. Taki delikatny, pobudzający dotyk może trwać kilkanaście minut, w czasie których albo mężczyzna odzyska siły, albo kobieta doświadczy kolejnego orgazmu. Najczęściej każdy następny orgazm jest dla kobiety łatwiejszy w osiągnięciu niż ten pierwszy. I jest dużo intensywniejszym przeżyciem.
Potęgowaniu doznań w sypialni służy również inna technika - interwały. Pojęcie to większość z nas kojarzy wyłącznie ze sportem.
To technika pozwalająca wspólnie grać na czas, odwlekać orgazm. A im dłuższa jest stymulacja, im większe nagromadzimy pobudzenie, tym intensywniejszy będzie orgazm. Dlatego kiedy czujemy, że napięcie bardzo wzrosło, delikatnie zwalniamy i redukujemy stymulację. Robimy to powoli, bez nagłego zatrzymania. Rozpoznanie, kiedy napięcie spada zbyt gwałtownie, wymaga oczywiście pewnej wprawy, ale można ją osiągnąć, obserwując swoje reakcje. Ponownie ważne dla wspólnego sukcesu będzie informowanie partnera o konieczności wzmocnienia stymulacji albo pobudzanie się samemu.
Interwały są również dobrą metodą przedłużania czasu erekcji u mężczyzn. Tym skuteczniejszą i łatwiejszą w obsłudze, im większą mamy wprawę. Najważniejsze jednak, że dzięki tym "zabawom" uczymy się własnego tempa - jak tonować reakcje po to, by iść w miarę równo z partnerem, jak je przyśpieszać lub intensyfikować, gdy zaistnieje taka konieczność. Naprawdę możemy niemal dowolnie długo przebywać w dowolnym miejscu między podnieceniem a rozładowaniem, orgazmem. Ale będziemy do tego zdolni, jeśli porządnie "przebadamy" własne ciało i odnajdziemy własne tempo giusto.
Wyobrażam sobie, że istnieją pary niekompatybilne, które nie są w stanie się zestroić.
Są takie pary.
I co wtedy?
Czasami po prostu trzeba się rozejść. Ale na szczęście takich przypadków nie jest zbyt wiele. Zdarza się, że ludzie przychodzą do mnie przekonani, że więcej ich dzieli, niż łączy, a okazuje się, że tak naprawdę są jak marchewka z groszkiem. Mają tylko kłopot z nazywaniem, rozumieniem i komunikowaniem swoich potrzeb i kłopotów. Nawet z odwiecznym problemem - on szczytuje szybciej niż ona - da się coś zrobić, jeżeli dwoje ludzi tego chce. A warto chcieć, bo...
...nie ma udanego związku bez udanego seksu?
Moim zdaniem nie. Wiem też, że bardzo wiele osób to oburzy, bo będą głosić, że przecież w związku chodzi o miłość i zaufanie, o współpracę i budowanie rodziny. Zgoda. Jednak nie zapominajmy, że seks jest najgłębszym i najbardziej autentycznym wyrazem intymności między dwojgiem dorosłych ludzi. Jeden z moich klientów, na początku sceptyczny i zdystansowany, po kilku spotkaniach wykrzyknął: "Już wiem, chodzi o to, że seks jest jak klej dwuskładnikowy!". Spojrzałyśmy na niego, ja i jego partnerka. Nie bardzo rozumiałyśmy, o co chodzi. A mężczyzna niezrażony ciągnął: "Bo klej dwuskładnikowy najmocniej spaja, ale muszą zadziałać obydwa składniki. Inaczej nic z tego".
Można współdziałać, kochać się i być do siebie przywiązanym, ale bez seksualnej więzi między partnerami nie płynie między nimi ten szczególny rodzaj energii. Widzimy to na co dzień, obserwując pary wokół nas. Wiele spośród nich przypomina dobrze działające przedsiębiorstwa. Pozornie nie mają się na co skarżyć. Piękne domy, piękne auta, piękni ludzie. Często z cudownymi dziećmi. A jednak czują brak. Nie ma radości, gdy są razem, i kwitują to prostym zdaniem: chyba się od siebie oddaliliśmy. Wspólne kładzenie się do łóżka staje się dla nich coraz cięższe.
Dlaczego tak często zaniedbujemy nasze życie seksualne?
Już wiemy, że trzeba dbać o zdrowie, wychowanie dzieci. Wielu z nas chce i umie troszczyć się o karierę. Jednak umyka nam podstawowa troska - o siebie i o nasze związki. Mimo że - jak głoszą statystyki - to związki cenimy bardziej od pracy i kariery.
Zresztą jak mielibyśmy dbać o naszą seksualność, skoro nie wiemy, że należy i warto to robić. A do tego wstydzimy się dowiadywać, bo wydaje nam się, że wszyscy "normalni" ludzie sobie z tym radzą. Tymczasem przejściowe lub długofalowe trudności związane z życiem seksualnym są doświadczeniem większości z nas. Osobom, które uważają, że tylko z nimi coś jest nie tak, proponuję założyć, że każdy - dosłownie każdy - miał, ma lub będzie miał jakieś seksualne problemy. Czy to związane z obrazem własnego ciała, czy to wynikające ze wstydu lub potrzeb, których nie może zrealizować. Dotyczące tego, że dochodzi zbyt szybko lub za wolno. Wynikające z tego, że ma za mało doświadczenia i obawia się seksu lub ma go na tyle dużo, żeby się znudzić. Co człowiek, to seksualne wyzwanie. Ale gdyby udało się nam traktować seks jako element naszego zdrowia psychicznego i fizycznego, łatwiej byłoby zaakceptować fakt, że jest to sfera życia jak każda inna, w związku z tym wymaga od nas uwagi i troski. Łatwiej byśmy też znosili własne porażki. Bo przecież, kiedy przydarza nam się choroba albo kontuzja, po prostu idziemy do specjalisty i nie robimy wokół tego zamętu. A problemy z seksem zwykle nas przytłaczają.
Może jest tak, że musimy troszczyć się o tyle aspektów życia, że nie starcza nam czasu na dbanie o seks?
Zgadza się: łatwo się pogubić w tych wszystkich sugestiach, komunikatach, nakazach, które mówią, co jest w naszym życiu najważniejsze i czym w związku z tym powinniśmy się zajmować przede wszystkim. Gdyby policzyć te wyzwania, spróbować wpisać je w terminarz, nie starczyłoby doby na wszystko. Dlatego wiele zależy od decyzji, co jest naszym priorytetem. Sprawdzanie maili i odpowiadanie na nie z doskoku angażuje nas wielokrotnie w ciągu dnia i zabiera a to kwadrans, a to dziesięć minut. Wiemy o tym, a mimo to codziennie kradniemy sobie trzy-cztery godziny za pomocą takich chaotycznych ruchów. A przecież to jest czas, który możemy spożytkować w inny, sensowniejszy sposób. To samo jest z Instagramem, Facebookiem, komunikatorami, bezcelowym przeszukiwaniem sieci. A wspominam tylko wirtualne rozrywki, nie mówiąc o marnowaniu czasu w realu - na telewizję, bezcelowe działania. Niezwykle często zajmujemy się czynnościami, które są tylko pozornie ważne, ale za to wywołują w nas poczucie, że jesteśmy bardzo zajęci.
Jedna z moich klientek postanowiła wykonać listę rzeczy, które powinna zrobić, żeby rozwinąć swoje życie seksualne. No więc spisała tę listę, a po chwili stwierdziła, że nie będzie miała czasu w tygodniu, żeby się tym zająć. Zrobiłyśmy więc proste ćwiczenie, które polega na sprawdzeniu planu każdego dnia, godzina po godzinie, przez dwa tygodnie. Codziennie miała zapisywać, ile czasu zużyła na siedzenie przy komputerze czy telefonie, które nie było pracą, nauką ani nawet rozrywką. Przyklejanie rzęs zajmowało jej półtorej godziny w tygodniu. Na wizyty, a raczej wałęsanie się po sklepach, żeby między półkami zgubić napięcie, traciła dwa razy tyle czasu. Po podliczeniu wszystkiego okazało się, ku jej zaskoczeniu, że ma mnóstwo czasu do zagospodarowania. Nie chciała zrezygnować z rzęs, ale zrezygnowała z marnowania czasu w sklepach i zaczęła wdrażać swój program. Co ciekawe, dość szybko zaczęła, równolegle z rozwojem seksualności, odnosić sukcesy w pracy, zmieniła nie tylko organizację czasu. Często się zdarza, choć wcale tego nie oczekujemy, że udane życie intymne wspiera nas w nieoczekiwanych dla nas obszarach. Na przykład w życiu zawodowym, które zyskuje, gdy czujemy się bardziej pewni siebie, sprawczy i mamy odwagę prosić o więcej.
Zapytam jeszcze raz: skąd mamy brać ten czas? Obawiam się, że rezygnacja z wałęsania się po sklepach nie zawsze przyniesie spektakularny efekt.
Deficyt czasu doskwiera wszystkim. Mówimy sobie: za chwilę zacznę żyć inaczej, bo teraz nie daję rady. I często rzeczywiście nie dajemy. Z pewnością jesteśmy bardziej zabiegani i zapracowani niż nasi rodzice. Tylko że odkładanie wszystkiego na później nie pomoże nam poradzić sobie z wyzwaniami. To magiczne jutro, kiedy w końcu weźmiemy się za bary z problemem, nigdy nie nadchodzi. Nie nadchodzi dzień, kiedy mamy dość wolnego czasu, żeby móc go lepiej spożytkować. A nawet gdy przychodzi i tak ten czas marnujemy.
To coś zupełnie niesłychanego, jak często odbieramy sobie szansę na przeżycie czegoś miłego, twierdząc, że "nie mamy czasu". Przecież nie za każdym razem musimy oglądać kosmos z góry. Za to zawsze jest szansa na seks, który porusza i zostawia odczucie głębokiej satysfakcji. Gdy para jest dograna, to pół godziny zupełnie jej wystarczy, żeby się sobą nacieszyć. A jeśli kochankowie będą chcieli wystrzelić się na orbitę, poświęcą na spotkanie więcej czasu. Unikanie seksu nie prowadzi do niczego. To jest jeden aspekt tej sprawy. Drugi jest taki, że jeżeli nie zdecydujesz się poświęcać czasu i energii na seks, to on się nie wydarzy. Nie wydarzy się raz, potem drugi, potem dwudziesty. A potem już nie będzie żadnej iskry, żeby móc rozniecić ogień.
Jak tego uniknąć?
Chciałabym pokazać inną drogę do zmiany stylu życia. Nie musimy się do niej szczególnie przygotowywać, dokonywać dramatycznych wyborów. Chodzi o metodę małych kroków. Ale takich, które stawiamy nieuchronnie, codziennie, systematycznie. Właśnie na tym powinno polegać nasze przejście od kultury szybkości - której symbolem jest pośpiech, napięty terminarz i wieczny niedoczas - do powolności, w której świadomie wybieramy zarówno liczbę zadań, jak i tempo ich wykonywania. To jest zupełnie inny pomysł na sprostanie wyzwaniom, a także inne podejście do czasu. Bo jeśli się zastanowisz, to zauważysz, że nasza relacja z czasem jest naznaczona silną ambiwalencją. Chcemy kontrolować swój czas, mierzymy go, tniemy na kawałki, a tak naprawdę to on kontroluje nas.
Takie szatkowanie dnia, ujmowanie go w karby kalendarza pozornie osadza nas w rzeczywistości.
W rzeczywistości osadza nas doświadczanie, a nie kontrola. Porównaj, jak upływa ci czas, gdy dzieje się coś pasjonującego, a jak, gdy czekasz w kolejce na poczcie. Prawda, że kwadrans spędzony na wciągającej aktywności mija błyskawicznie, zupełnie inaczej niż wtedy, gdy odbierasz awizo? Właśnie dlatego zmiana stosunku do czasu jest jedną z tych magicznych operacji, które możemy wykonać, żeby mieć dobry seks. Namiętna schadzka, choćby trwała krótko, zostanie w naszej pamięci zachowana wyraźniej niż długie, apatyczne spotkanie.
Czyli "szybkie numerki" są w porządku z punktu widzenia slow seksu?
Ciągle tylko te opozycje. Jakbyśmy mieli do dyspozycji tylko sześciogodzinny seks albo dziesięciominutowy numerek i nic pośrodku. Czas jest bardzo ważny w seksie, ale nie stanowi jedynej jakości. Milan Kundera napisał, że "stopień szybkości jest wprost proporcjonalny do siły zapomnienia". Szybki seks bardzo często jest ulotny i nie pozostawia po sobie śladu. Ale dzieje się tak wtedy, gdy działając w pośpiechu, nie angażujemy się w to, co robimy. Nie wgryzamy się, nie dajemy się ponieść wydarzeniom, tylko ślizgamy się po powierzchni. Czasem jest tak, gdy akt nie był wart naszej pełnej obecności i nie chcemy się specjalnie w niego angażować. Ale bardzo często nie umiemy zrobić nic innego.
Czy w takim razie istnieje optymalna długość stosunku seksualnego, żeby można było powiedzieć, że byliśmy w niego w pełni zaangażowani?
Na pewno istnieje minimalna długość. Jest nią czas, jakiego potrzebuje kobieta, by poczuć podniecenie i się rozbudzić.
A co z mężczyzną? Czemu skupiasz się tylko na kobiecie?
Koncentruję się na kobiecej potrzebie, bo ona jest silnie związana z czasem. Ale też dlatego, że to potrzeby kobiet są częściej lekceważone. Polacy przeważnie kochają się krótko i rutynowo. W takich układach kobiety nie mają szansy się rozgrzać, bo tak jak mówiłyśmy, w większości wypadków potrzebują więcej czasu, nim zaczną być naprawdę podniecone.
Powiedziałaś to. Powiedziałaś "krótko". Czyli ile?
Dobra, masz mnie. Oceniam to na czas znacznie poniżej 20 minut od rozpoczęcia pieszczot do zakończenia penetracji.
Podejrzewam, że penetracja zajmuje większość tego czasu. Z grą wstępną bywa różnie, prawda?
Z obydwiema rzeczami bywa słabo. Penetracja w polskim seksie jest pośpieszna i przynosi orgazm głównie mężczyźnie. Także dlatego, że wielu mężczyzn ma problem z utrzymaniem erekcji. Natomiast gra wstępna szwankuje u wszystkich, nie tylko u mężczyzn. Bardzo wiele kobiet kompletnie nie wie, czego chce dla siebie, ani nie ma pomysłu, co zrobić z tym drugim ciałem w łóżku.
Syndrom "kobiety kłody"?
Raczej królewny z drewna. Za dużo jest restrykcji wokół seksu, a za mało rzeczowej wiedzy, żeby kobiety mogły czuć się na tyle swobodnie, aby odważnie eksplorować seksualne terytoria.
To daj im wiedzę, która sprawi, że odkryją seks i dotyk na nowo. Jak rozbudzić drewniane królewny?
Królewny potrzebują rozbudzić się same. Ja mogę tylko dawać wiedzę, nie zaszczepię odwagi. A tego właśnie potrzebują Polki: zacząć czytać o seksie, oglądać o nim filmy, eksperymentować, szukać własnych rozwiązań. Nikt ich w tym nie wyręczy.
Wspomniałaś, że Polakom doskwiera skrócony czas erekcji. Z czego to wynika? Czy to przede wszystkim efekt czynników fizjologicznych, czy może wpływ stresu na potencję?
Tryb życia, niepokoje, napięcia mają wielki wpływ na męską potencję. To ważny argument, żeby zacząć żyć we własnym tempie. Jednak są też inne czynniki. Na przykład nawyk wyniesiony z młodzieńczej masturbacji. Nazywam go "jak najprędzej do celu".
Czyli?
Gdy są młodzi, mężczyźni robią to bardzo szybko, intensywnie stymulując penisa dłonią - w jednostajny sposób, nie zmieniając dotyku, natężenia, tempa, najwyżej przyśpieszając. Najczęściej muszą być cicho, żeby nikt ich nie "przyłapał", więc nie wydają odgłosów. Nie śmiej się, to naprawdę istotne, bo przy okazji spłycają swój oddech. Pornografia, która teoretycznie ma pomagać w potęgowaniu podniecenia seksualnego, tylko wzmacnia ten mechanizm, ponieważ dostarcza bardzo silnie pobudzających bodźców wzrokowych, którym trudno się oprzeć. Raczej nie zwolnisz i nie zaczniesz uważnie oddychać, gdy widzisz, jak na ekranie facet wielkości szafy trzydrzwiowej figluje z pięknością w rozmiarze EE.
Dodatkowo, taki styl masturbacji odcina od czucia własnego ciała, jak i własnych emocji. Więc od samego początku mężczyzna nie ma szans sprawdzić na sobie, że orgazm i wytrysk to nie jest to samo. Jemu zawsze zdarzały się jednocześnie, więc jest to dla niego najlepszy dowód na to, że takie są prawa natury.
Nie ma tu też miejsca na drugą osobę.
I generalnie w masturbacji o to chodzi: zajmujemy się sobą. Problem w tym, że wielu mężczyzn automatycznie przenosi takie podejście do seksu na kontakty z partnerkami. Bez namysłu stosują to, czego się nauczyli jako nastolatkowie - szybko, mocno i od razu do orgazmu i ejakulacji.
Można się tego oduczyć?
Jasne, ale to znacznie trudniejsze niż nauczenie się właściwych sposobów masturbowania i uprawiania seksu od samego początku.
Co więc robić, gdy mężczyzna zauważy, że jego czas erekcji nie wystarcza do zaspokojenia partnerki? Zamiast szukać remedium w aptece, warto zająć się zmianą sposobu uprawiania seksu i tego, jak oddycha się w czasie aktu. Najczęściej mężczyźni oddychają coraz szybciej, aż do osiągnięcia orgazmu. Tymczasem głębokie, spokojne oddychanie, prowadzone świadomie przez cały czas trwania seksu, wydłuża czas erekcji.
Czy są inne techniki, prócz oddechowych, pozwalające kontrolować erekcję? Zakładam, że do twojego gabinetu zgłasza się wielu mężczyzn z takim właśnie problemem. Co im radzisz?
Namawiam ich, żeby zwiększali swój kontakt z ciałem, między innymi przez ćwiczenie mięśni dna miednicy czy też metodę "start-stop". W tej ostatniej chodzi o prowadzenie stymulacji penisa aż do momentu poprzedzającego orgazm - przed tak zwanym punktem bez powrotu - a potem przerwanie jej. Taka praktyka pozwala na lepsze poznanie reakcji własnego ciała i kontrolowanie momentu, w którym dochodzi do orgazmu i ejakulacji.
Co wcale nie musi być ze sobą tożsame. Bo jak już zasygnalizowałaś, orgazm bez ejakulacji u mężczyzny również jest możliwy.
Jak najbardziej. Za orgazm i ejakulację odpowiadają dwie różne części układu nerwowego. Orgazm kontroluje układ przywspółczulny, odpowiedzialny między innymi za relaksację, zaś ejakulację - współczulny, działający antagonistycznie wobec pierwszego. Ten drugi odpowiada za reakcje obronne i ucieczkę.
Wnioski są proste - nie dość, że do osiągnięcia orgazmu mężczyzna wcale nie potrzebuje ejakulacji, to jeszcze orgazm nie musi być związany z nieuchronnym wyczerpaniem, spadkiem sił witalnych. Można po orgazmie - zamiast zasnąć - odetchnąć i zacząć od nowa. Naturalnie, to wywraca znany nam porządek świata i trzeba się do tej myśli przyzwyczaić. Ale zobacz sama, jakie to tworzy pole do popisu dla obydwojga partnerów - nagle mają dużo więcej czasu na różne rodzaje pieszczot, ponieważ męskie szczytowanie nie kończy aktu. Zauważ, jak zmienia się cała dynamika seksualnego spotkania - ze zorientowanej na cel, jakim jest orgazm, na zorientowaną na długo trwającą przyjemność, z której cieszą się obydwie strony.
Metoda "start-stop" to technika do trenowania w samotności czy propozycja intensyfikowania doznań w parze?
Na początku warto trenować samemu, ponieważ łatwiej się wtedy skupić na tym, co się dzieje w ciele, i zajmować się tylko sobą. Po pewnym czasie, gdy już mamy rozeznanie, kiedy nadchodzi punkt bez powrotu, warto nauczyć partnerkę rozpoznawania i reagowania na zbliżające się szczytowanie.
Fizyczne sygnały zbliżającego się u mężczyzn orgazmu to między innym napięcie mięśni podbrzusza i brodawek sutkowych. Niektórzy mogą mieć rozszerzone źrenice, plamy na ciele. Oddech i rytm pracy serca bardziej zależą od kondycji niż od fazy stosunku, więc na nich bym nie polegała w obserwacji. Natomiast niezawodnym wskaźnikiem jest położenie jąder. Wraz z narastaniem podniecenia podnoszą się wyżej i są powiększone oraz napięte. Także perineum jest wyraźnie uwypuklone. Ostatnim objawem nadchodzącego szczytowania jest pulsowanie penisa - to nasienie wędruje do cewki moczowej. Ale jest to moment następujący po punkcie bez powrotu, co oznacza, że nie można już zatrzymać nadchodzącego orgazmu i ejakulacji.
Taka wspólna praktyka nie dość, że wydłuża czas stosunku, to jeszcze stwarza przestrzeń do komunikacji - informowania się nawzajem o tym, co się dzieje, mówienia o potrzebach.
"Start-stop" czy uciskanie penisa na złączeniu trzonu z żołędzią to nie są jedynie ćwiczenia, których celem jest wydłużanie erekcji. To również jedna z metod zgrania się w łóżku, doskonalenia współpracy, dzięki której obydwie strony mają z seksu więcej. Dla mężczyzn, którzy samotnie borykają się z wyzwaniami związanymi z czasem erekcji, to będzie ważny komunikat o akceptacji ze strony partnerki.
Podobne elementy można wprowadzić już do gry wstępnej?
Omijałam dotychczas pojęcie "gry wstępnej", bo bardzo nie podoba mi się ten podział - na to "coś" przed oraz główny punkt programu, czyli penetrację. Takie podejście powoduje z automatu lekceważące traktowanie czasu "przed" i skupianie się na penetracji. Bo tylko ona dostarcza przyjemności w postaci rozładowania. Od razu pojawia się nieprawdziwe założenie, że gra wstępna to jest jakiś obowiązek, przymus, zadanie do wykonania. Co gorsza, utrwaliło się myślenie, że gra wstępna jest dla kobiet, bo przecież one muszą dłużej się rozgrzewać. To prawda, która została źle zinterpretowana przez mężczyzn, którzy uważają, że mogą się obyć samą penetracją i nadal będzie wspaniale. To jest zaledwie fragment większej całości, tego całego staromodnego myślenia o seksie. Naprawdę seks to znacznie więcej niż tylko penis w waginie.
Seksem są pocałunki składane na całym ciele, w tym na genitaliach, których apogeum może być seks oralny. To bardzo dobry seks. Jak już chcemy mierzyć skuteczność orgazmami, to wiele kobiet szybciej osiągnie orgazm przez cunningulus niż za pośrednictwem penetracji.
Dlaczego?
Ponieważ w czasie seksu francuskiego pobudzana jest cała łechtaczka. A łechtaczka to rozległy, erogenny narząd, który znajduje się wokół wejścia do waginy, a nie tylko ten mały guziczek, który wystaje na górze.
Jeżeli trzymamy się podziału na seks i grę wstępną, to miłość francuska jest już seksem, ponieważ zmierza do intensyfikowania podniecenia i rozładowania go. Tymczasem gra wstępna ma na celu pobudzenie kochanków, nie zaś rozładowanie. Robimy zatem wszystko, co ludzie mogą robić ze swoimi ciałami, zasadniczo z pominięciem strefy genitalnej. Zajmujemy się więc wszystkim, łącznie z osławionymi strefami erogennymi - karkiem, płatkami uszu, powiekami, sutkami, brzuchem, wewnętrznymi stronami ud - głaszcząc je, masując, gryząc, uciskając. Zmieniamy rodzaje dotyku, wspomagamy się akcesoriami, wszystko, aby różnymi formami stymulacji maksymalnie rozgrzać partnera. Dopiero gdy jesteśmy naprawdę podnieceni, przechodzimy do pieszczenia genitaliów.
Z tego punktu widzenia także seria gorących SMS-ów wysyłanych w drodze z pracy może być uważana za grę wstępną. Namiętne pocałunki przy kolacji też mogą być uważane za grę wstępną, jeśli tylko rozszerzymy swoje rozumienie seksu. Zaleta takiego myślenia jest oczywista - zaczynamy zaprzęgać do działania techniki, których jeszcze chwilę temu nie postrzegaliśmy jako erotycznych czy seksualnych. Masaż, medytacje, jedzenie, wspólną kąpiel, "dirty talk" - wszystko, co pobudza zmysłowo i powoduje, że ludzie są bliżej siebie.
Jeśli chodzi o "dirty talk" - jakim językiem najlepiej to robić? Czy jest jakiś kod świntuszenia, który polecasz?
Najlepsza jest staropolszczyzna...
Słucham?!
Te wszystkie "chędożenia", "swawolenia"... Przecież to brzmi znakomicie, trochę sprośnie, ale nie dosadnie, często dwuznacznie i dokładnie o to chodzi. Pierwsze polskie zdanie - "Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj" - to jak zaproszenie do seksu, chociaż autorom chodziło o prace polowe. Staropolszczyzna jest niewyczerpanym źródłem inspiracji. Podobnie jak znane wszystkim teksty z popkultury.
Kultura masowa to nie tylko źródło opresji - dręczące nas nierealnymi wizerunkami ciała. To także niewyczerpany zasób inspiracji, w tym takich, które wzbogacą nasz język seksualny, wizerunki, role, którymi operujemy. Popkulturą można i warto się bawić, co także stanowi obronę przed jej chwilami toksycznym wpływem.
Pomyśl o tych zapadających w pamięć tekstach z filmów, symbolach i obrazach. O tych herosach i heroinach, mitach, którymi żywi się nasza wyobraźnia. Mogę szczerze przyznać, że największy wpływ na wybór partnera życiowego miała dla mnie postać Hana Solo z "Gwiezdnych wojen". Dla pokolenia moich dzieci będą to zapewne bohaterowie "Gry o tron". Wszystko to możemy twórczo przetworzyć i wykorzystać do zabawy.
Naprawdę wszystko?
Czasem trzeba tylko uważać na relikty pokutujące w popkulturze, które uzurpują sobie prawo do uniwersalnego objaśniania świata. Takim reliktem jest popowa psychoanaliza, strasząca nie tylko wizerunkami Freuda na koszulkach. Korzysta ona z upodobaniem z kliszy walki męskiego z żeńskim, kompleksu matki albo ojca, zazdrości o penisa lub też popędu zniszczenia. I to ma robić za wyjaśnienie naszej kondycji psychicznej. Porywa się także na tworzenie wzorców męskości i kobiecości, co jest szczególnie śliskie w kontekście tej wolności, o której tutaj rozprawiamy. Jak zdrowo kształtować swoje wewnętrzne "ja", kiedy nawet James Bond okazuje się ofiarą kompleksu Edypa i zmuszony jest do obrony swojej "matki" przed rywalizującym z nim "bratem bliźniakiem", który jest gejem?
Zygmunt Freud, którego przywołałaś, wyrządził kobietom wielką krzywdę. Wmówił im na przykład, że jest lepszy, dojrzalszy orgazm - ten pochwowy - i gorszy - łechtaczkowy. Kobiety wciąż w to wierzą, w XXI wieku.
Cytując Franza Mauera: "A kto umarł, ten nie żyje". Postawmy świeczkę na grobie ojca psychoanalizy i zauważmy, że nauka poczyniła znaczne postępy. Powoli odchodzimy od androcentrycznego modelu seksualności, w którym penis jest początkiem i końcem wszystkiego. Właśnie dlatego Freud wierzył w orgazm pochwowy, jako prawdziwy i dojrzały, bo brał w nim udział "on" - penis, prawdziwe centrum seksu. Cała reszta była tylko infantylną zabawą. Tymczasem naukowcy, tacy jak Masters i Johnson, pokazali, że zaledwie ćwierć żeńskiej populacji szczytuje poprzez stymulację waginalną. Co oznacza, że tylko co czwarta kobieta będzie coś miała z penetracji penisem. Nie mówiąc o odkryciach takich rewelacji jak żeńska strefa G - Freud się tego nie spodziewał.
To chyba niejedyny mit ciążący nad naszym życiem seksualnym?
Przez ostatnie sześćdziesiąt-siedemdziesiąt lat żeńska seksualność powoli odzyskuje należne jej miejsce. Jest jeszcze wiele do zrobienia, ale w porównaniu z naszymi babkami jesteśmy w luksusowej sytuacji - możemy się uczyć o seksie na warsztatach, z książek, oglądać filmy, uczestniczyć w publicznej dyskusji, wpływać na wybór polityków, którzy będą nasz punkt widzenia reprezentowali we właściwy sposób. Kobiece interesy w seksie są coraz lepiej zabezpieczone, choć pozostaje bardzo wiele do zrobienia w dziedzinie praw reprodukcyjnych, ochrony zdrowia, edukacji etc.
Jednocześnie mężczyźni są w defensywie. Nie radzą sobie z seksualną emancypacją kobiet, ponieważ nakłada ona na nich dużo więcej pracy i odpowiedzialności niż stary, patriarchalny model. Z pewnością są w bardzo trudnym punkcie, bo albo porzucą pychę i zaczną inaczej traktować kobiety, ale przy okazji będą musieli się więcej narobić, albo zostaną jak pterodaktyle - zmurszałymi reliktami minionych czasów.
O żeńskich orgazmach można przeczytać teraz w każdej gazecie, na każdym portalu internetowym, a wcale nie ma tak dużo mądrych materiałów na temat męskiej seksualności. Stwierdzenie, że faceci mają swoje porno, jest niepoważne, bo porno nie jest realistyczną i wystarczającą odpowiedzią na seksualne potrzeby dorosłego człowieka.
Zewsząd słyszymy o kryzysie męskości.
Mężczyznom łatwo nie jest, ale czasem myślę, że trochę zadomowili się w znanym i zdefiniowanym kryzysie i nie zamierzają opuszczać jego terytorium. Przynajmniej jest bezpiecznie - wiadomo, o co chodzi, a na zewnątrz czają się wyzwania, którym nie każdy chce rzucić rękawicę.
Bo mężczyźni, choć sobie nie radzą, to żyją dość wygodnie i raczej unikają trudnych sytuacji, w których ktoś miałby ich skonfrontować z niewygodnymi dla nich pytaniami. Kim jesteś? Czego oczekujesz? Czego potrzebujesz, żeby być szczęśliwym? Co możesz zrobić, za jaką cenę, żeby to osiągnąć?
Niektórzy płacą całkiem dużą cenę.
Zwłaszcza gdy koncentrują się na swojej karierze, stając po stronie aroganckiego, patriarchalnego wzorca męskości. Są też tacy, którzy uciekają w drugą skrajność i chcą odpracować wieki męskiej dominacji. Obydwie postawy - samiec retro nakierowany jedynie na działanie i new age'owy młodzian, który pielęgnuje w sobie kobiecą energię - wydają mi się ślepymi zaułkami. Błędem jest zarówno budowanie męskości jedynie na zasadzie zlania się z kobiecością, jak i na opozycji wobec niej.
Krytykujesz, zamiast mówić o rozwiązaniach.
Krytykuję, bo zależy mi na facetach. Nie wiem, co głęboko czują mężczyźni. Widzę natomiast, że swój wewnętrzny zamęt wnoszą do wszystkich relacji. A to często powoduje wręcz dramatyczne sytuacje. Dlatego nie chcę, żeby mężczyźni byli ludźmi bez właściwości, uciekającymi przed refleksją na własny temat i zbyt podatnymi na wpływy otoczenia.
Starasz się ich zrozumieć?
Oczywiście. Z pewnością sytuacji mężczyzn nie poprawia to, że są wychowywani bez zdrowych wzorców postępowania. Ich ojcowie byli zwykle nieobecni - kolejne pokolenia mężczyzn w tym kraju ginęły albo dezerterowały z ojcostwa, dzieci wychowywały kobiety. A jeśli ktoś już w ich życiu się pojawiał, to "zarażał" ich wzorcami wykrzywionymi alkoholem i przemocą.
To jest zrozumienie? Raczej atak.
Niedawno gościł w Polsce znany amerykański psycholog Philip Zimbardo, którego trudno byłoby wziąć za feministę. Promował swoją książkę o kryzysie męskości. Wyobraź sobie, że jako jego pierwszą przyczynę wymienił nieobecność ojcowskiego wzorca. Bo w USA 40 proc. chłopców wychowuje się bez taty. W Polsce jest to około 25 proc., ale skutki też są opłakane. Mówił również, że wzorce relacji damsko-męskich wyparło porno, więc już w ogóle nie trzeba się starać. Zaś wszechobecne gry komputerowe, dające natychmiastową nagrodę i złudzenie realności, odpinają od życia i rzeczywistego działania. Powiedział wreszcie, że facetom się zwyczajnie nie chce opuszczać tych bezpiecznych terytoriów. I ty twierdzisz, że ja atakuję męskość?
Więc skąd faceci mają czerpać wzorce? Trzymając się popkultury - kobiety mają serial "Dziewczyny" jako odtrutkę na "Seks w wielkim mieście" i landrynkowy obraz kobiecego życia. A mężczyźni?
Tak, temat męskości nam się wyjałowił. Nie chodzi tylko o popkulturę. Popatrz, nauki o płci skupiły się na dotychczas dyskryminowanych grupach - kobietach, mniejszościach seksualnych, etnicznych. To na ich temat pisane są dysertacje i analizy robione przez naprawdę bystrych ludzi. Z jednej strony to wspaniale, bo nareszcie pojawił się w publicznym dyskursie na przykład problem nierówności. Trudność w tym, że stare szkoły badawcze, które nadal mają ochotę zajmować się mężczyznami, produkują badania w stylu "Ostateczny dowód na to, że gdy mężczyzna nie sprząta w domu, to ma lepszy seks", które obrażają nie tylko nasz poziom intelektualny, ale utwierdzają szkodliwe stereotypy. Z czego tu tworzyć modele - choćby i popkulturowe - skoro brak intelektualnej pożywki?
Nieświadomy siebie facet, który żyje w emocjonalnej izolacji i ma pełny dostęp do zastępczych form przyjemności jak porno, jest Brandonem ze "Wstydu". Szuka bliskości, ale boi się jej jak ognia. Emocje uważa za przejaw słabości, która może rozsadzić jego bunkier stworzony dla ochrony przed światem. Brandon unieszczęśliwia i siebie, i swoje otoczenie nie dlatego, że jest demonicznym sadystą, tylko dlatego, że jest dramatycznie zagubiony. Niełatwo znaleźć prawdziwe portrety współczesnych mężczyzn albo - jeśli istnieją - nie są one zbyt krzepiące. Nie ma się więc do czego odnieść, gdy się jest poszukującym facetem. Świetnie mają się za to celuloidowi herosi, którzy pomagają mężczyznom poczuć się lepiej. Ale to tylko kompensacja.
Brian McNair w książce "Seks, demokratyzacja pożądania i media, czyli kultura obnażania" pisze: "Panika heteroseksualnego mężczyzny, przerażonego własną zbędnością w kulturze, przekłada się na kwestie wizerunku ciała, które przypominają do złudzenia dawne problemy kobiet".
O męskim narcyzmie napisano już całkiem sporo. To nośny medialnie temat. Niektórym wciąż się wydaje, że to jakieś odkrycie, że faceci mogą się ekscytować wyglądem własnego ciała. Ekscytowano się metroseksualnością, która była sprytną strategią marketingową. A przecież przez setki lat mężczyźni mieli niezłego fioła na punkcie stroju i prezencji. Od dworskich przebieranek do ekwipunku na pole bitwy - wszystko miało znaczenie, nakręcało przemysł i handel, było świadectwem epok. Więc ten lament, że teraz mężczyźni, niczym kobiety, zajmują się sobą, to jest intelektualna płycizna. Naprawdę nowe jest to, że wpatrywanie się w swoje lustrzane odbicie może być jedynym zajęciem mężczyzny naszych czasów. Niezdolność do zadawania sobie istotnych egzystencjalnych pytań i odpowiadania na nie, połączona z narcyzmem - to dopiero wieje pustką.
W łóżku też?
Oczywiście. Narcyz jest w łóżku sam, a może inaczej - nawet gdy jest w łóżku z tobą, to ty i tak nie masz większego znaczenia. Jesteś obiektem, który ma przynieść zaspokojenie głębokiego deficytu miłości, który jest doświadczeniem narcyza.
Co z takim narcyzem można zrobić?
Wkrótce i do tego dojdziemy.
Z tego, co mówisz, wynika, że nie da się uzdrowić seksu, jeśli będziemy go traktować w oderwaniu od naszych emocji, naszego ciała, naszych relacji ze światem.
Nawet jeżeli nie widzimy tego jasno, seks jest tak samo związany z emocjami jak miłość, równie prozaiczny jak wyrzucanie śmieci i może być także wzniosły. Nasza seksualność przypomina reaktor elektrowni atomowej. Jeśli pracuje prawidłowo, jest właściwie niewyczerpanym źródłem energii...
Jeśli pracuje prawidłowo...
W poszukiwaniu sposobów jej ulepszenia warto spoglądać na Wschód. U nas wciąż pokutuje pogląd, że tylko doskonalenie ducha i intelektu pozwala odbić się od zwierzęcia w nas i wznieść się na wyżyny. Trwamy w tym przekonaniu i nie robimy się od tego szczęśliwsi, raczej coraz bardziej sfrustrowani. Więc może warto - tak dla odmiany - spróbować nowej metody, opartej na akceptacji i uznaniu znaczenia ciała w naszym życiu. Zwłaszcza że nie musimy wymyślać jej od nowa. Wschód od paru tysięcy lat obserwuje, jak pogodzić się z ciałem i z szacunkiem korzystać z tego, co nam daje. Co wcale nie oznacza przecież odrzucenia intelektu. Jest w tych metodach po prostu więcej umiarkowania i troski o równowagę.
Bo Europa jest wielkim pięknem, wielkim żarciem.
Wielkimi dramatami i Werterem na gór szczycie.
Ja to lubię, to jest nasze dziedzictwo, z którego wyrastamy. Lubię espresso i histerię.
Espresso do intelektualnej rozmowy lubię jak najbardziej. Jednak nie mieszam życia z literaturą, bo to się zawsze źle kończy. Na europejskiej tradycji powinno być napisane ostrzeżenie "Nie bierz tego zbyt dosłownie". Kontempluj dzieła w zaciszu muzeum czy biblioteki, ucz się z nich, wyciągaj wnioski, ale własne życie buduj na realnym doświadczaniu, nie na teoriach. Bo wpadanie w europejską histerię lub melancholię na temat własnego życia seksualnego nigdzie cię nie zaprowadzi.
Ale może harmonijne życie na niskim tętnie wcale nie jest tak pociągające ani produktywne? Może lepiej pozostać szczęśliwym histerykiem?
A kto powiedział, że nasze życie ma być tylko produktywne? Ja mówię o zachwycającym, przyjemnym życiu, które nie odbiera nam możliwości czucia się spełnionym i działania. A jeśli chodzi o niskie tętno, to nie ma sensu przeciwstawiać go histerii. Ja mam tętno dopaminowe - tętno ekscytacji i intensywności. Stan, w którym czujesz, że żyjesz, krew buzuje ci w żyłach, doświadczasz pełnego skupienia na tym, co dzieje się w danej chwili. To jest stan flow. Przydarza się zarówno w seksie, twórczości artystycznej, tańcu, jak i w nurkowaniu, skakaniu ze spadochronem. We flow nie ma nic pasywnego. Termin ten spopularyzował psycholog węgierskiego pochodzenia Mihály Csikszentmihályi, mówiąc o stanie, jakiego doświadczają artyści lub dzieci: "Zanurzamy się całkowicie w naszym działaniu, przeżywając jednocześnie łatwość bytu, co pozwala nam zapomnieć o wszystkim innym, bo czas traci na znaczeniu". Czyż to nie jest najpiękniejszy opis seksu - chociaż wcale nie chodziło o seks?
Szybka jazda na nartach powoduje, że w całości skupiasz się na ciele i na tym, co się dzieje, jednocześnie zalewają cię endorfiny i dopamina. Fakt, że nie ma w tym miejsca na zajmowanie się dramatami i egzaltacjami, które wynikają - użyłaś właściwego słowa - z histerii. Histeria zaś wynika z bezradności albo z przelotnej ekscytacji. Płonie chwilę i po wybuchu znika. A wejście we flow oznacza, że żyjesz naprawdę i maksymalnie, jednocześnie w tu i teraz.
Mówiąc o filozofii slow, podkreślam, że uważne i świadome życie nie zabiera nam intensywnych wrażeń, przeciwnie - dostarcza ich coraz więcej. Ponieważ narzędzia, które zyskujemy, pomagające osiągać stan autentycznego doświadczania, są uniwersalne i działają niezależnie od kontekstu. Będą działały na tych, którzy pragną spokojnego życia na wsi, ale też na tych, którzy chcą dynamicznych aktywności, urozmaicenia i pasji. Pełne czucie życia pozwala na więcej doświadczeń. Gdy rozróżniasz smaki, jesz mniej, ale lepiej. Wtedy, gdy seks zyskuje więcej odcieni, uprawiasz go z rozkoszą, ale selektywnie. Jeśli masz świadomość, masz wybór. Możesz zostać mnichem, możesz zostać sybarytą.
Mnichem wolałabym nie zostawać...
Wiadomo, rezygnacja z seksu do łatwych nie należy...
No nie wiem. Wiele osób rezygnuje z seksu i jakoś żyje.
Żyje, ale co to za życie.
Czy to takie ważne? Przecież zawsze możemy "wrócić do seksu"?
Właśnie z tym powrotem jest najciężej. Ta droga nie wygląda tak samo w obydwu kierunkach. Nawiązanie na nowo kontaktu z ciałem, otwarcie się na doświadczenia seksualne, ludzi, z którymi można by ten seks uprawiać, emocje, jakie są w to zamieszane, wcale nie przychodzi nam z łatwością. Myślę głównie o kobietach, które częstokroć szybciej się "ususzą", niż wrócą do seksu, choć oczywiście przydarza się to także mężczyznom.
Wyobraź sobie, że dochodzisz w swoim życiu do ściany. Z jakiegoś powodu seks nie jest już źródłem spełnienia, nie jest nawet przyjemny. Może się to wiązać z psychicznym lub fizycznym bólem, samotnością - także w związku - z lękami i nieporadnością. Co prawda obiecujesz sobie, że kiedyś coś z tym zrobisz, ale na razie po prostu się tym nie zajmujesz. Wrócić do seksu po okresie wygaszenia jest dużo trudniej, niż pozbyć się kilku kilogramów nadwagi.
Po pierwsze, do tanga trzeba dwojga, po okresie wygaszenia trzeba sobie znaleźć partnera lub partnerkę. Po drugie, kobieta porzuca seks z jakiegoś osobistego powodu, nie zaś dla kaprysu, więc z pewnością doświadczała bardzo konkretnych trudności w obszarze seksu. I te trudności z czasem nie wywietrzały, a raczej narosły.
Na czym te trudności polegają?
Przede wszystkim na tym, że kobiety dają sobie mniejsze prawo do bycia aktywnymi w seksie. Polki seks traktują podejrzliwie, nawet jeśli deklarują, że są wyzwolone. Może niektóre z nas już się umawiają na randki z seksem albo na sam seks. Z pewnością jest grupa, która eksperymentuje, bawi się, ale większość naprawdę nie ma za grosz zaufania zarówno do seksu, jak i do siebie w tym seksie.
Z zewnątrz kobiety też nie dostają wsparcia, zachęty, by się seksualnie rozwijać. Społeczeństwo raczej oczekuje od nich, żeby się zachowywały przyzwoicie, oraz dysponuje różnymi karami, jeśli tej przyzwoitości zaczyna brakować. Niedziwne, że jeżeli kobiety mają dobry pretekst - pracę lub dziecko - to cała energia, która mogłaby zasilać ich seksualność, zostaje przekierowana w bezpieczne, znane rejony. Czyli zamiast pójść do terapeuty, bo po urodzeniu dziecka przestałam sypiać z partnerem, przeczytam w sieci dziesiąty artykuł o ząbkowaniu. Naprawdę to duży problem, że kobiety się tym specjalnie nie martwią.
Jak to - nie martwi ich seksualne wygaszenie?
Często mogą się z tego cieszyć w skrytości ducha, bo uzyskują przysłowiowy "święty spokój". Jeśli kobieta ma pracować nad swoimi seksualnymi wyzwaniami, to musi mieć konkretną motywację. Czasem dzieje się tak, że kryzys w związku skłania kobietę do podjęcia określonych działań. Czasem jednak zdarza się tak, że nawet to nie wystarcza.
W pewnym uogólnieniu można powiedzieć, że ludzie zmieniają coś w swoim życiu, kiedy problem naprawdę ich przyciśnie - wtedy robią to, by uniknąć dalszego cierpienia. To jest najczęstsza motywacja. Ale ona jest negatywna. Czyli - wychodząca od problemu. Pozytywna, czyli nakierowana na rozwiązania, uprzedzająca wypadki, pojawia się wtedy, gdy sami z siebie czegoś bardzo, bardzo chcemy. Wtedy dokonujemy zmian z nadzieją na przyjemność i spełnienie, jakie będą towarzyszyły osiągnięciu celu. Ludzie, niezależnie od tego, czy chcą rozwiązać problemy, czy się rozwijać, bez takiej potężnej motywacji nie ruszą z miejsca.
Wróćmy do naszej wygaszonej kobiety...
...i wyobraźmy sobie jej historię. Może mieć trzydzieści kilka lat. Od etapu dorastania była niepewna siebie, nie wiedziała, w jaki sposób ma się zajmować swoją rozkwitającą seksualnością. Trochę obawiała się zarówno impulsów, które czuła, jak i swojego zmieniającego się ciała. Mogła też czuć się mniej atrakcyjna od koleżanek. Zawstydzona swoim wzrostem i szczupłym, niekobiecym, w jej mniemaniu, ciałem. Albo przeciwnie - okrąglejsza, bardziej kobieca, cierpiała z powodu docinków na temat biustu i pupy. Późno zaczęła randkować i od początku nie miała pewności, jaki to jest ten "dobry seks". Ani ona, ani jej pierwszy partner nie dysponowali solidną wiedzą na temat anatomii i fizjologii seksu, więc długo błądzili po omacku.
Niektóre eksperymenty nasza bohaterka przypłacała dużym dyskomfortem psychicznym, ale wydawało jej się, że tak po prostu musi być. W czasie swoich pierwszych lat aktywności seksualnej nie dorobiła się zbyt wielu pozytywnych skojarzeń i wspomnień związanych z seksem. Mogła nigdy nie mieć orgazmu, mogła czuć się w seksie obco i niekomfortowo. Miała wiele przekonań i obciążeń, które na jej seks rzutowały. Wreszcie, po kilku związkach, spotkała "tego jedynego" i zakochała się w nim. Przez chwilę czuła się naprawdę szczęśliwa. Co zaskakujące, ich wspólne życie seksualne przez pewien okres układało się dobrze. Do czasu, kiedy zdecydowali się na dziecko. Po jego narodzinach kobieta całkowicie straciła zainteresowanie seksem. Incydentalne zbliżenia zdarzały się za sprawą rosnącej presji ze strony partnera. Potem pojawiło się drugie dziecko, a towarzyszące wychowaniu dwójki obowiązki całkowicie pochłonęły zarówno ją, jak i jego. Po kilku latach, gdy dzieci były już w przedszkolu, obydwoje skonstatowali, że uprawiają seks kilka razy w roku i to raczej z obowiązku.
Kobieta, która przeżywa seksualne wygaszenie, czy to związane z hormonalnym spadkiem libido po narodzinach dziecka, czy to z chorobą, przepracowaniem lub poważnym kryzysem w związku, nie widzi powodu, żeby wychodzić z siebie i pracować nad czymś, co do tej pory nie było dla niej źródłem rozkoszy. Nie ma motywacji, ponieważ seks nigdy nie był dla niej szczególnie wartościowy. Po co ma więc dodawać sobie zadań, chodzić na terapię, czytać książki i przekraczać z trudnością swoje ograniczenia, jeżeli nie widzi w seksie nic szczególnie zasilającego i pożądanego? Przecież nie będzie marnowała energii na coś, co jej właściwie nie cieszy. Będzie wolała się wyspać.
Może to robić dla związku i dla partnera.
Dla związku i dla partnera to ona raczej się poświęci, odbębni ten seks raz w miesiącu, żeby się chłop odczepił. Ludzie zmieniają się tylko dla siebie.
Czyli seks raz w miesiącu to za mało, żeby stwierdzić, że jesteśmy seksualnie aktywni, że z naszym związkiem wszystko jest w porządku?
Nie łap mnie za słowa. Nie ma normy ilościowej, która by określała, ile to jest "nie dość dużo", a ile "w sam raz". Nie wspominając już o tym, że częsty seks wcale nie oznacza dobrego seksu. Takie myślenie pokutuje wśród wielu mężczyzn i jest jednym z zarzewi konfliktów w parach. Kobiety, którym seks nie dostarcza przeżyć wystarczających, żeby chciało im się to robić kolejny raz, będą miały coraz mniejszą ochotę, żeby robić to w ogóle. Dodaj niską motywację do niskiego poczucia komfortu związanego z seksualnością, o którym już wspomniałam, i masz pejzaż jak po wojnie atomowej. Nie ma z czego budować...
Ale z seksualnym wygaszeniem można sobie poradzić?
Para, żeby się zbliżyć po okresie konfliktu, oddalenia, potrzebuje wykonać ogromną pracę. Dużo większą, niż gdyby po prostu dbali o siebie, swoją relację erotyczną i emocjonalną. Zasada, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, sprawdza się także w obszarze związkowego seksu. Co z tego, że dobrze znana, jeśli tak rzadko stosowana w praktyce? Musimy zrozumieć, że mamy bardzo różne potrzeby erotyczne, i przestać gonić za nierealnymi normami. Seks raz w miesiącu, tylko że genialny i satysfakcjonujący obydwie strony, może robić związkowi lepiej niż wymuszany, niechciany seks co dwa dni. Róbcie to rzadziej i lepiej, a nie często i beznadziejnie.
Wydaje mi się, że z takimi długoletnimi relacjami, a sama w takiej pozostaję, jest jak z cyklami przyrody. W związku następują po sobie kolejne pory roku, to nieuniknione. Początek to wiosna, wybuch. Ale przychodzi kiedyś czas jesieni i zimy. Co nie znaczy, że wiosna nigdy już nie wróci.
To jest świetna metafora. Możemy ją rozszerzyć. Wiosna to pierwsze lata związku stojące pod znakiem wzajemnej fascynacji. Dominuje potrzeba akceptacji i budowania więzi. Z czasem zauroczenie będzie słabło i wtedy nadejdzie lato. To pora roku wymagająca większych zobowiązań, często para podejmuje wspólne działania - zakłada rodzinę, kupuje mieszkanie, dom. Pojawiają się dzieci. Narastają także wymagania związane z karierą, oczekiwaniami społecznymi. Dzieje się wiele wspaniałych rzeczy, ale koszty także są wysokie, więc dominującą potrzebą staje się troska o związek. Z nastaniem jesieni związek wchodzi w fazę, w której najważniejsze jest wzajemne wsparcie, wspólne zainteresowania, tworzenie planów na przyszłość, które nie są oparte na wychowywaniu potomstwa. Relacja jest ugruntowana i w pewien sposób zbiera owoce wcześniejszych działań. Jeśli wcześniej wszystko szło dobrze, to jedynym wyzwaniem są dorastające dzieci. Jeśli zaś zdarzały się zaniedbania, to teraz one właśnie wyjdą na plan pierwszy. Albo związek przejdzie w fazę zimy - syndrom pustego gniazda - charakteryzujący się emocjonalnym chłodem i izolacją partnerów, albo para zacznie działać i wejdzie w nowy etap wiosenno-letni. Teraz już realizowany bez dzieci. W każdej z pór roku możemy mieć dobrą komunikację, dobry seks, aktywnie pracować nad relacją. W każdej oprócz zimy - bo ona oznacza, że już niewiele nam pozostało oprócz nawyku i lęku przed samotnością.
Sprawdź teraz, jak to się wpisuje w nasz niejednoznaczny stosunek do czasu. Nasze podejście do przemijania jest podszyte obawami. Boimy się zmienności, chcemy, żeby ciągle było tak samo. Ale - wybacz truizm - nie da się zatrzymać czasu. Utrzymując na siłę status quo, nie zgadzając się na nieuchronne zmiany, robimy sobie krzywdę. Blokujemy drogę do świadomego przeżywania własnej metamorfozy, także seksualnej.
W tej akceptacji zmienności naszego życia jest ukryta głęboka prawda. Uznanie zmiany za coś stałego, za pewnik, ten konkret, którego potrzebujemy, jest tylko pozornie sprzeczne. Będziemy żyć naprawdę dobrze dopiero wtedy, gdy zaakceptujemy zmienność naszego życia, i będziemy mogli w pełni się cieszyć każdą chwilą, nie wybiegając zanadto myślą w przyszłość, nie troskając się za bardzo przeszłością. Wtedy dopiero mogą zdarzyć się cuda.
Jakie cuda masz na myśli?
Cuda mogą być abstrakcyjne - przestajemy gonić za nierealnymi wizjami, albo bardzo konkretne, na przykład - orgazm. Francuzi nazywają go la petite mort (mała śmierć), bo kompletnie wyjmuje nas z czasu, z rzeczywistości linearnej. Jest jak podróż do nieskończoności.
Przy odrobinie starań orgazm może też być zupełnym zanikaniem granic "ja", doświadczeniem jedności ze światem. Wiele osób mówi o takim doświadczeniu orgazmu, które przypomina rozpuszczanie się. Orgazm nie jest jedyną wartością w seksie, bywa przeceniany, ale dla wielu osób pozostaje najważniejszym powodem uprawiania go. Dobry seks z dobrym orgazmem to dla pary prawdziwy prezent.
Ale jest wiele innych cudów, które się mogą zdarzyć w seksie. Możemy stracić poczucie czasu i kontroli, które nieustannie trzyma nas na smyczy. Możemy doświadczać głębokiej bliskości, a nawet stanów mistycznych, jeśli tego właśnie szukamy. Spontanicznie bawiąc się w seksie, jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i zabawa była najważniejszą, najbardziej absorbującą częścią naszego życia, możemy być młodzi, nawet mając dorosłe wnuki. To też zmienia nasze postrzeganie czasu, bo gdy sięgamy do spontaniczności, przestaje obowiązywać nasza metryka.
Jakie metody pracy nad związkiem poradziłabyś parze z długoletnim stażem, która unika zbliżeń?
Związkowi długodystansowcy po latach spędzonych razem potrzebują pracy w dwóch obszarach. Pierwszy to obszar emocji i nagromadzonych doświadczeń. Potrzebują przerzucić te hałdy gruzu - zranień, rozczarowań - które nazbierały się w ich relacji. Druga sfera to obszar seksu, gdzie zazwyczaj mamy do czynienia z rutyną i zupełnym brakiem komunikacji. Ta praca powinna przebiegać równolegle, żeby dać spodziewane efekty. Ale jeśli pytasz mnie o jedno ćwiczenie dla pary, która znudziła się seksem, to jest ono maksymalnie proste. Przestańcie go uprawiać.
Przed chwilą przekonywałaś mnie do tego, że nie ma życia bez seksu. A teraz nawołujesz do abstynencji?
Właśnie tak, paradoksy są nieuniknione. Jeśli coś nam się opatrzyło, to potrzebujemy się przegłodzić, żeby nabrać na to ochoty. Dla par zgoda na nieuprawianie seksu oznacza często zdjęcie z ich barków wielkiego ciężaru. Zazwyczaj partnerzy myślą, że muszą. Że coś się stanie, jeżeli raz na jakiś czas nie będą udawać sypialnianych porywów. To jest ten magiczny krok w tył, który pozwala zrozumieć, po co w ogóle uprawia się seks.
A co, jeśli partnerzy w ogóle przestaną interesować się seksem? Zaczną życie w celibacie? Bo będą woleli celibat od konfrontacji z łóżkowymi lękami.
To ćwiczenie polecam parom, które przychodzą do mnie na coaching i mam ich deklaracje, że będą pracować mimo trudności. Są wtedy pod moją opieką i wspólnie zastanawiamy się nad tym, co jest istotą problemu. To oznacza, że jeżeli po chwilowej, zaleconej abstynencji nie będą chcieli wrócić do seksu, to trzeba będzie o tym pogadać.
I?
I zmierzyć się z własnym lękiem.
W wieloletnim związku i tak chyba łatwiej to zrobić niż z kimś obcym. A może nie, a może paradoksalnie czasem łatwiej jest nam spotkać się z "ciałem obcym"?
Z moich obserwacji wynika, że w wieloletnich związkach ludzie wdziewają kostiumy, które z czasem stają się ich drugą skórą. Jedna z moich klientek powiedziała kiedyś: "Muszę udawać, bo wiem, że jeżeli mój partner zobaczy, jaka jestem zwykła, przeciętna, to odejdzie. Ale z czasem mam coraz mniej siły na to udawanie i czuję, że się zapadam w siebie. Zazwyczaj wtedy moje związki się kończą".
Autentyczne bycie z bliską osobą jest trudniejsze niż z kimś, kto jest nam niemal obcy. Z bliską osobą współistniejemy w określonych ramach i nawykach. Wielkiej odwagi wymaga zdjęcie z siebie tego wygodnego kostiumu i powiedzenie: "To nie jest tak. To nie jestem ja".
Skoro tak, to może warto znaleźć sobie kochanka, który rozbudzi nasz seks i - paradoksalnie - przysłuży się długoletniej relacji?
Absolutnie tak. Instytucja romansu jest niedoceniona. Wiele kobiet skorzystałoby na skoku w bok, bo dowiedziałyby się czegoś o sobie, a być może poczułyby się bardziej dowartościowane. Pamiętaj proszę, że większość Polek nie prowadzi szczególnie urozmaiconego życia seksualnego przed ślubem. Ich mąż jest ich trzecim czy czwartym partnerem.
O ile nie pierwszym...
Otóż to. I jak z tym mężem zaczyna być kiepsko w łóżku, to robi nam się prawdziwy dramat. Jakiś romans byłby w sam raz, chociaż oczywiście nie rozwiąże za nas problemu.
Może rozwiązać, ale w złym sensie. Na przykład - romans zostanie zdekonspirowany. Albo: wyposzczona seksualnie żona zakocha się w namiętnym kochanku. A ten wcale nie będzie się palił do wspólnego życia. Bo cudza żona jest atrakcyjna, dopóki jest niedostępna.
Dlatego mówię o romansowaniu, a nie o zakładaniu drugiej rodziny. Trudność polega na tym, że rzadko romansujemy dla seksu i namiętności. Pojawiają się oczekiwania i potrzeba kontroli zamieniające naszą przygodę w kolejny rutynowy element naszego życia.
Czy dobrze cię zrozumiałam? Zachęcasz do romansów, o ile bazują na czystym seksie?
Szokujące, prawda? A przecież o to chodzi w romansie. Ma odchodzić ze świtem i nie łamać serc. My naprawdę za mało wiemy o seksie, nim założymy sobie obrączki na palce. Czasem lepiej jest się pouczyć "na nielegalu", niż zostać w tej niewiedzy.
Chyba lepiej jest się uczyć "na legalu" i nie zakładać przedwcześnie obrączki? O ile zakładać ją w ogóle.
Oczywiście, ale to nie jest standardowe postępowanie dobrze prowadzącej się Polki.
To z kim przeżywają miłosne uniesienia młodzi polscy mężczyźni? Wyłącznie z tymi, co się źle prowadzą?
Byłabym ostrożna w uznawaniu wszystkich męskich relacji o podbojach za prawdziwe. To tak jak z ankietami, które badają, ile kobiet i ilu mężczyzn zdradza partnerów w stałych związkach. Badacze zgodnie twierdzą, że mężczyźni zawyżają te deklaratywne statystyki, zaś kobiety zaniżają. On miał dwa skoki w bok, napisze, że osiem, ona miała jedenaście, a napisze w ankiecie, że jeden i to po pijaku, więc się nie liczy.
Pamiętaj też, że większość tych młodzieńczych zbliżeń opiera się na zasadzie "ukradnij i uciekaj". Już nie mówię o emocjach, ale często w tym młodym seksie są gigantyczne deficyty świadomości, wiedzy, jakiegoś podstawowego sensu. Jest za to ciśnienie na realizację libido, presja rówieśników albo wewnętrzna. Mało się pojawia pytań: po co my to w ogóle robimy? Czy jesteśmy bezpieczni? Co ja czuję i czego chcę?
A z twojego punktu widzenia istnieje optymalny moment inicjacji seksualnej? I czy zgadzasz się z tym, że ma ona wielki wpływ na dalsze doświadczenia erotyczne?
Pierwszy raz się liczy, ale bym go nie przeceniała. Kluczowe jest to, żeby decyzję o inicjacji podejmować, gdy jest się na nią emocjonalnie gotowym. Niestety zazwyczaj młodzi są niedoinformowani i zbyt niedojrzali, by radzić sobie z konsekwencjami. Brak wiedzy i niepewność będą im towarzyszyły przez kilka następnych lat. Może nawet do trzydziestki. Właśnie wtedy, gdy podejmą decyzję o stałym związku. Taka przeciągnięta w czasie niedojrzałość seksualna jest bardzo niebezpieczna, bo utrwala się i prowadzi do licznych kryzysów około czterdziestki. Wielu mężczyzn przeżywających tzw. kryzys wieku średniego ma spojrzenie na seks dokładnie takie, jakie mieli, gdy świętowali osiemnastkę. Nic więc dziwnego, że rozdźwięk postaw i oczekiwań z realnym życiem owocuje frustracją i ekscentrycznymi zachowaniami.
Skoro inicjacja się liczy, to w jakim sensie może wpływać na nasze dalsze wybory?
Negatywne doświadczenia związane z inicjacją seksualną położą się cieniem na dalszym rozwoju psychoseksualnym, owocując blokadami bądź nawet niezdolnością do podejmowania współżycia.
Tak się dzieje wtedy, kiedy pierwsze doświadczenie seksualne obfitowało w przemoc?
Niekoniecznie. Czasem wystarczy emocjonalna pustynia obficie podlana alkoholem. Tymczasem dobre wejście w seks nie daje specjalnie oszałamiających efektów. Ale w przyszłości procentuje, dając ludziom poczucie sprawczości i bezpieczeństwa. Są bardziej swobodni i pewniejsi siebie, jeśli nikt ich wcześniej nie skrzywdził.
Skupiłyśmy się na korzyściach, które z fizycznej zdrady może czerpać kobieta. A mężczyzna?
O, od razu zdrada. Jak oddawać się flirtowaniu i romansowaniu, gdy same o sobie myślimy "niewierna żona" albo "cudzołożnica"? Mitologizowanie seksualnych przygód oddala nas od sedna sprawy. Od tego, że dla wielu kobiet małżeństwo jest jedynym źródłem poczucia bezpieczeństwa.
O, od razu małżeństwo. A ja pytałam o zdradę w związku, niekoniecznie małżeńskim, za to stałym. Chyba nie widzę subtelnej różnicy między romansem a zdradą. Bo flirt to faktycznie waga piórkowa.
Ja też, mówiąc o małżeństwie, posługuję się skrótem i myślę o każdym stałym wieloletnim związku. Zobacz, ile w myśleniu o seksie mamy założeń, które będą wpływać na to, jak widzimy i interpretujemy fakty. I oczywiście widzę zagrożenia związane ze zdradą, ranieniem ludzi i prowadzeniem podwójnego życia. To ostatnie to ciągle domena mężczyzn, którzy poczynają sobie dużo swobodniej w zakresie ekspresji seksualnej. Stosując przy okazji podwójną moralność, pozwalającą im figlować z kochankami, a żony traktować jak pożyteczne przedmioty. Tymczasem romans w swej romansowej istocie zmierza tylko do łóżka. Pomija kuchnię, pokój dziecięcy, wspólne konto i niedzielne obiady u mamy.
Dlatego jest taki atrakcyjny?
Dlatego niejednokrotnie można by go leczniczo zalecić kobiecie, której świat się wali, bo na przykład mąż ma pretensje o zbyt małą ilość seksu i zupełnie nie zastanawia się, jaki sam ma w tym udział. Albo w sytuacji, gdy druga strona prowadzi wielowątkowe życie seksualne.
A jeśli ona woli rozwiązać to w obrębie związku? Mówiłaś już, że w stałym związku z problemami doradzasz chwilową abstynencję seksualną. Co jeszcze?
Musimy odróżnić dwie sytuacje. W pierwszym modelu mamy parę, która przeżywa trudności erotyczne i emocjonalne, ale nie ma zamiaru decydować się na terapię i pracę nad związkiem. W jej przypadku romansowanie i skoki w bok bywają jedynym wyjściem z sytuacji. Drugi model, oczywiście dużo zdrowszy, zakłada, że dwójka ludzi przychodzi do terapeuty i otwarcie rozmawia o swoim problemie po to, by go wspólnie rozwiązać. Jednak nie oszukujmy się, tych będzie zdecydowana mniejszość.
Nie ma trzeciej drogi? Żadnego modelu pomiędzy desperackim romansem a kozetką?
Kozetka jako ostateczność w życiu pary - bardzo mi się to podoba. Problem narastający przez lata albo spowoduje rozpad związku, albo jego wypalenie. Rozpad oznacza, że kiedyś jakiś romans wygra z naszą główną relacją, spakujemy się i wyjdziemy. Wypalenie, że będziemy trwać razem mimo braku miłości i namiętności, bo mamy dzieci i kredyty, albo nie chcemy zostać na starość sami. Trzeciej drogi nie ma, problemy same się nie rozwiązują.
Pomyślałam po prostu, że możemy podsunąć jakieś rozwiązania tym, którzy przeżywają kryzys, ale nie zdecydują się na terapię. Tym, którzy chcą samodzielnie rozpocząć pracę nad swoim życiem erotycznym i bliskością.
Obiektywny obserwator pomaga parze wyjść z kryzysu właśnie dlatego, że jest obiektywny. Na tym polega wielka zaleta terapii. Ale gdy ktoś nie chce iść tą drogą, pozostają warsztaty rozwojowe, czytanie książek lub rozmowy z innymi ludźmi, którzy borykają się z podobnymi problemami.
Na przykład przeczytanie naszej książki?
To bardzo dobry przykład.