Rozdział szósty
Helena
Spałam przez niemal godzinę, a mówiąc "spałam", mam na myśli, że przekręcałam się z boku na bok, fantazjowałam o Maksie i w głębi duszy chciałam polizać zaślinione przez niego miejsce.
Po tym, jak wyszedł, wykąpałam się, zjadłam jakieś płatki (bo nie znalazłam nic więcej do jedzenia), a potem na próżno usiłowałam się zdrzemnąć. W mojej rodzinie sen jest niczym rytuał - śpimy, kiedy tylko możemy, wręcz ekscytujemy się tym - ale teraz nie nadchodzi.
Winię za to Maksa, a także jego seksowne ciało. I dołeczek. I poczucie humoru. I to, że jest taki słodki. Och, no serio! Założę się, że czaruje tak wszystkie kobiety. Z pewnością nie ma pojęcia o szczerości.
Parskam głośno.
- Głupi, seksowny Max.
Chwilę później otwierają się drzwi.
- Helena?
Na dźwięk znajomego głosu uśmiecham się, zakopując bardziej w pościeli. Słyszę kroki w przedpokoju, coraz bliżej sypialni. Zauważa mnie.
- Aaaggggrrr!
Nim się obejrzę, jestem atakowana. Nat rzuca się na łóżko z wrzaskiem:
- Ty mendo! - krzyczy z taką miłością, że postanawiam nie bić jej po nosie.
Podskakuje, wyduszając ze mnie powietrze, aż w końcu obejmuje w pasie. Położywszy się obok, tuli mnie długo w absolutnej ciszy. Gdy na nią patrzę, uśmiechamy się szeroko.
- Kłamczucha z ciebie. Ciągle kłamiesz.
Kiwam głową.
- Wiem.
- Chociaż mam ochotę zgolić ci włosy, i tak cię kocham.
- Dobrze wiedzieć.
- Jak minęła podróż? - pyta.
- W porządku, ale mało nie pobiłam biednej pani Crandle, zanim dała mi klucz.
Nat rechocze.
- Cholera, zapłaciłabym, by zobaczyć twoją minę, kiedy ci otworzyła.
Parskam.
- Nie żartuję, musiałam grać z nią w jakąś dziwną grę, trzykrotnie, zanim dała mi ten cholerny klucz. A potem usiłowała mnie zatrzymać cukierkami, herbatą oraz obietnicami zabaw z tysiącem kotów. Uciekłam z wrzaskiem.
Nat pęka ze śmiechu, aż łzy płyną jej po twarzy.
- A jak wreszcie dostałam się do mieszkania, znalazłam w łóżku śpiącego kolesia.
Momentalnie się prostuje.
- Co?! - krzyczy.
Prycham.
- O tak, Max spał sobie słodko, gdy przyjechałam.
- To dziwne. Zupełnie nie w jego stylu. - Przygląda mi się uważnie. - Nie brzmisz na zachwyconą.
- Bo daleko mi do tego.
Siada na łóżku.
- Wybacz, mała. Prawie wszyscy mają klucz. Prosiłam o zwrot, ale kazali mi się wypchać. - Chichocze. - Jedyną osobą, która rozważała, czy możesz liczyć na trochę prywatności, była Tina. Zmieniła jednak zdanie, kiedy zauważyła, że nikt nie podziela jej przekonań.
Kręcę głową.
- Masz dziwnych przyjaciół.
Uśmiecha się, wzdychając z radością.
- No nie?
Nagle sapie i zamiera w wyrazie szoku.
- Co?
Oczy wypełniają jej się łzami.
- Właśnie to do mnie dotarło, wiesz? Że naprawdę tu jesteś. Mieszkasz tutaj. - Pociąga nosem, szepcząc: - To cudowne.
Szczerzę się.
- Teraz musimy tylko przekonać Ninę, aby otworzyła tu salon.
Nat odpływa myślami.
- Byłoby wspaniale. - Wstaje oraz klaszcze. - No tak! Miałam zaprosić wszystkich do ciebie, lecz doszłam do wniosku, że lepiej tego nie robić. Także goście są u nas. Dzięki temu, jeśli się zmęczysz, będziesz mogła wyjść i nikt się nie obrazi, że go wykopujesz.
Wow. Zaskoczyła mnie.
- Uch, dzięki - odpowiadam prędko.
Ale ona stoi już przy drzwiach.
- Wpadaj, kiedy będziesz gotowa, nawet w piżamie! - woła.
Rozważam ten pomysł, jednak ostatecznie zrzucam flanelowe spodnie oraz koszulkę, po czym zakładam dżinsy i zwykłą białą bluzkę. Wsuwam stopy w białe klapki, chwytam klucze, a następnie idę do mieszkania obok.
Jak tylko wchodzę, rozlegają się wiwaty. Otwieram szerzej oczy, a puls mi przyspiesza. Przyszło naprawdę wiele osób, włącznie z siostrami Nika i Maksa - Leti, Marią oraz Isą - a także dwoma mopsami, które śpią w legowiskach przy kanapie. Wszyscy sprawiają wrażenie niesamowicie uszczęśliwionych moim widokiem. Siostry widziałam jedynie kilka razy, ale są zabawne, dlatego od razu je polubiłam.
Asher, który stoi najbliżej, podchodzi do mnie z lekkim uśmiechem. Nim się orientuję, obejmuje mnie w braterskim uścisku. Wdycham jego zapach.
- Hej - szepczę.
Odsuwa się, patrząc na mnie z zadowoleniem.
- Zajebiście, że jesteś.
To chyba najdłuższe zdanie, jakie od niego usłyszałam. Szczerzę się, a następnie, korzystając z przywilejów najmłodszej siostry, tarmoszę go za brodę.
- Zajebiście, że jestem - przedrzeźniam, najlepiej jak potrafię.
Zostaję przyduszona, a wówczas krztuszę się ze śmiechu. Gdy Asher mnie puszcza, popychając żartobliwie do przodu, widzę, iż zebrani obserwują nas ze skonsternowaniem. Jedynie Nat lekko się uśmiecha. Zdaje się, że jej mąż nie wygłupia się tak ze wszystkimi. Ale my nawiązaliśmy nić porozumienia, jeszcze zanim Nat z Ashem się zeszli.
- Um... cześć - witam się nerwowo.
Wszyscy spieszą z uściskami oraz całusami, a Tina niemal mnie dusi. Ujmuję jej brzuch i po chwili klękam, by pocałować dom siostrzeńców lub siostrzenic. Nik po prostu się uśmiecha, a następnie cmoka mnie w czoło, Lola zaś doskakuje, ściskając. Jesteśmy najbardziej zbliżone wiekiem i ogólnie najwięcej nas łączy. Trik trochę za mocno trąca moje ramię, natomiast Mimi przyciąga mnie z uśmieszkiem. Jej dłonie zsuwają się na pośladki, a ja chichoczę - zawsze powtarzała, że mam ładny tyłek. Leti, Maria oraz Isa obdarzają mnie uściskami i całusami, a potem nadchodzi kolej Maksa.
Szczerząc się jak idiota, którym zresztą jest, zbliża się z otwartymi ramionami, na co moje serce przyspiesza. Odsuwam się szybko.
- My się już dziś widzieliśmy - oznajmiam.
Wzrok Ashera twardnieje.
- Że co, kurwa? - syczy.
Max nawet na niego nie patrzy, ciągle się uśmiechając.
- Ale nie miałem okazji cię przytulić.
Cofam się o kolejny krok.
- Mówiąc szczerze, zostałam wyściskana za wszystkie czasy. Mam dość. Poza tym łączy nas już wystarczająco wiele, skoro zaśliniłeś mi poduszkę.
Twarz Asha przybiera jasnoczerwony kolor. Chwyta Maksa za koszulkę.
- Lepiej zacznij gadać. Inaczej ja zacznę lać - ostrzega.
- Wyluzuj, Duch. - Nagle na jego twarzy pojawia się rozmarzenie. - Jej łóżko pachnie wanilią, a ona niczym babeczki.
Czuję motylki w brzuchu. Niech go diabli. Niech szlag trafi jego i te słowa!
Ale Ash jest zbyt skupiony na poprzednim komentarzu.
- Kiedy, kurwa, znalazłeś się w jej łóżku?
Max, nie mając pojęcia, jak niewiele brakuje, by oberwał, wzrusza ramionami.
- Dziś, kiedy przyjechała.
Ash posyła mu mordercze spojrzenie. Bierze zamach, lecz szybko wchodzę między nich.
- To nie tak, jak myślisz. Spał w moim łóżku, gdy dotarłam do mieszkania.
Maria prycha.
- Mój braciszek... ze świecą szukać drugiego, który miałby tyle klasy - komentuje, unosząc kieliszek w milczącym toaście, po czym pije do dna.
Zapamiętać: nigdy nie pić z Marią.
Zerknąwszy na siostrę, Max pokazuje jej środkowy palec.
- Przecież nie mieszkała tam, zanim zasnąłem - broni się. Mruży oczy, patrząc na mnie. - Więc tak naprawdę jesteś mi winna przeprosiny za przerwanie drzemki.
On tak na poważnie?
Nie odwraca wzroku, a ja orientuję się, że nie żartuje. Śmieję się bez humoru.
- Chyba śnisz! Nie mam zamiaru cię przepraszać. Ani teraz, ani nigdy. Za nic. Poza tym to, co zrobiłeś, było w sumie nielegalne!
Choć próbuje zachować powagę, wargi mu drgają. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, iż pozostali słuchają naszej wymiany zdań.
Szczerzą się.
Wszyscy.
Nat oznajmia nagle, że musi przynieść coś z kuchni. Ciągnie mnie za sobą, zmuszając do biegu. Gdy znajdujemy się wystarczająco daleko, syczy:
- Co to, do cholery, było?
Wyciągam z szafki talerze i kładę je na blacie.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
Staje przede mną.
- Nie. Nie dam się zbyć. Dlaczego jesteś taka wkurzona na Maksa?
Wzruszam niedbale ramionami.
- Po prostu za nim nie przepadam, to wszystko.
Dostrzegam szok na jej twarzy.
- Słucham? Dlaczego?
Otwieram opakowanie serwetek.
- Straszny z niego flirciarz. Nie znoszę takich.
Przygląda mi się uważnie przez chwilę.
- To dobry facet, a jeszcze lepszy tata, ale jest singlem. Wolno mu flirtować, Lena - mówi.
- Założę się, że oszukuje mnóstwo kobiet - mruczę. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej mnie to denerwuje. Do tej pory rozkładałam serwetki na talerzach, lecz teraz zaczynam je rzucać. Nat wydaje zduszony dźwięk. Kiedy unoszę wzrok, widzę, że patrzy szeroko otwartymi oczami, z zaciśniętymi wargami. - Mylę się? - pytam ze zmarszczonymi brwiami.
Żal mi tych biednych, głupich, bezbronnych kobiet.
Z twarzy siostry znikają wszelkie emocje.
- To nie twoja sprawa, a ja nie będę o tym mówić. - Według mnie brzmiało to jak potwierdzenie. Ale Nat szybko dodaje: - Myślisz, że gdyby był takim dupkiem, mógłby wychować taką śliczną, wspaniałą dziewczynkę jak Ceecee?
Zamieram w pół kroku. Zapomniałam, że jego córka to naprawdę niezwykłe dziecko. Po części pragnę wierzyć, że jest dobrym facetem. Tak mi się wydawało, ale byłam nim wtedy wyraźnie oczarowana. Teraz mi przeszło.
Za to jesteś rozgoryczona.
Wcale nie.
Właśnie, że tak.
Nagle czuję się paskudnie.
- Nie twierdzę, że nie jest dobrym tatą...
- Tylko że nie jest dobrym człowiekiem - kończy Nat.
Cóż, jeśli ująć to w ten sposób, rzeczywiście wychodzę na wredną sukę.
Podnosi talerze wraz z serwetkami i staje przede mną.
- Słuchaj, nie mam pojęcia, co się między wami dzieje, ale Max należy do moich najlepszych przyjaciół. Jeżeli zatem masz coś do niego, to masz coś do mnie. - Robi mi się gorąco. - Wiem, że trochę z niego flirciarz, lecz jest świetnym facetem - wspaniałomyślnym, zabawnym, miłym oraz troskliwym. To jeden z tych dobrych gości. - Patrzy mi w oczy. - Cholera, oddałby potrzebującemu ostatnią koszulę.
Przewracam oczami, bo wyraźnie przesadza. Wychodząc, odwraca się do mnie. Czuję kłucie w sercu na widok rozczarowania w jej spojrzeniu.
- Miałam okazję się o tym przekonać - zapewnia ściszonym głosem.
Gardło ściska mi się ze wstydu. Czasem trudno przełknąć własne głupie słowa. Nagle mam ochotę wrócić do domu. Bez dłuższego zastanowienia zmierzam do salonu.
- Kochani, wybaczcie, ale nie czuję się najlepiej - oznajmiam.
Ku mojemu przerażeniu, Max zrywa się jako pierwszy. Staje może o krok ode mnie.
- Jesteś trochę blada - mruczy, po czym, zupełnie jakby uważał, iż nie ma innego wyjścia, kładzie mi dłoń na ramieniu, mówiąc: - Chodź, odprowadzę cię.
Wstyd, który odczuwałam jeszcze niedawno, to nic w porównaniu z tym, czego doświadczam teraz.
O Boże. Coś okropnego.
Cofam się, wlepiając wzrok w podłogę.
- Nie, zostań. Nie mam daleko. Poradzę sobie - zapewniam.
Podchodzi Nat.
- Och, kochanie, mówiłaś, że nie czujesz się zbyt dobrze, lecz nie sądziłam, iż jest aż tak źle. - Kłamie, a potem ściska mnie, szepcząc: - Nic się nie stało. Wracaj do mieszkania i odpocznij.
- Wybacz, że zachowałam się tak paskudnie. Chyba po prostu mnie to wszystko przytłoczyło.
Kiwa głową.
- Już dobrze. Znam to uczucie.
Posyła mi uśmiech. Prawdziwy uśmiech. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo go potrzebowałam. Ogarnia mnie spokój.
- Do zobaczenia. Wybaczcie - rzucam, wychodząc.
- Weź babeczkę! - woła szybko Tina.
O rany! Właśnie tego mi trzeba. Uśmiecham się do niej, a następnie idę do jasnofioletowego pudełka z babeczkami. Zwykle przygotowuje je Tina, ale dzisiaj pracowała, więc zostały kupione w pobliskiej cukierni. Według Nat są niemal tak samo smaczne.
Chyba nic nie pobije wypieków Tiny. Otworzywszy pudełko, tłumię westchnienie. Jakie śliczne! Widzę trzy rodzaje - wszystkie, na które miałam ochotę! Oj, to będzie trudna decyzja. Karmelowe są przepyszne, lecz waniliowe również. Czekoladowe z kolei to po prostu niebo w gębie. Ale może powinnam wziąć tylko jedną? Nie wiem, jak wygląda babeczkowa etykieta w Nowym Jorku. W domu działała zasada: "Kto pierwszy, ten lepszy". Miało się farta, jeśli w ogóle coś zostało, ponieważ, bądźmy szczerzy, czy ktokolwiek zadowoliłby się jedną babeczką? Niemożliwe.
Sięgam po karmelową, jednak się rozmyślam.
Okej. Waniliowa. Tak, wezmę waniliową.
Prawie ją chwytam, ale znów cofam dłoń. Boże, jakie to trudne! Czekoladowe zawsze są przepyszne. Wyciągam rękę po jedną z nich, nie przestając się jednak wahać. W końcu, zniecierpliwiona, porywam pudełko, po czym obserwuję pozostałe osoby.
- Zabieram wszystkie - informuję.
Nim ktokolwiek ma szansę mnie powstrzymać, uciekam ze swoim łupem. Na korytarzu odnajduję karmelową babeczkę, ściągam papierek i wpycham całą do buzi. Słodko-słony smak wypełnia mi usta, a na wargach czuję lukier. Poddaję się słodkiemu szaleństwu.
Uwielbiam to.
Opieram się o ścianę.
- Chryste... - mruczę. - Tak.
Przełykam, wzdycham, a kiedy wracam do mieszkania, czuję się nieco lepiej.
W każdym razie tak sobie wmawiam.
Max
Biedna Helena.
Nie wyglądała za dobrze. To znaczy, wyglądała dobrze, ale trochę niewyraźnie. Nawet ślepiec zauważyłby, jaka jest śliczna: grube, brązowe włosy sięgające prawie do pasa, jasnozielone oczy, które przez długie, czarne rzęsy wydają się ogromne, te jędrne piesi, a co najlepsze...
...ten tyłek!
Ale ze mnie dupek.
Dziewczyna źle się czuje, a ja skanuję wzrokiem jej solidny, okrągły tyłeczek. Tak, jestem okropnym człowiekiem.
Jak się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, iż słowo "śliczna" nie oddaje w pełni stanu rzeczy. "Olśniewająca" również wydaje się niewystarczające do opisania kogoś, kogo otacza tyle światła. Ona dosłownie lśni, gdy się uśmiecha, dlatego zachodzę w głowę, jakim cudem wcześniej jej nie zauważyłem.
Niedługo po wyjściu Heleny przyjeżdża dostawca pizzy, a ja czuję, że muszę się napić.
- Komu piwa? - pytam głośno.
Wszyscy faceci podnoszą ręce. Idę do kuchni, gdzie Nat przygotowuje sałatkę. Otwieram lodówkę, z której wyciągam cztery butelki.
- Pójdę do Heleny, żeby zapytać, czy nie ma ochoty na kawałek pizzy - rzucam, prostując się.
Nat sztywnieje. Po długiej chwili stwierdza:
- Lepiej nie.
Wzruszam ramionami.
- Dlaczego? To twoja siostra i nie czuje się najlepiej. - Urywam na chwilę, po czym dodaję: - Lubię ją.
Wydaje stłumiony dźwięk.
- Cóż, chodzi o to, że... eee... ona... no... - Wzdryga się, a potem wyjaśnia bardzo powoli: - Ona za tobą nie przepada, Max.
Ze świstem wypuszczam powietrze. Nie rozumiem. Nigdy wcześniej nie przytrafiło mi się nic podobnego. Mrugam.
- Słucham?
Nat nie przestaje się krzątać.
- Wiem, wiem. Dziwne, nie? Czasem nie mogę uwierzyć, że jesteśmy rodzeństwem.
Nie potrafię się otrząsnąć ze zdziwienia.
- Ale z jakiego powodu? - pytam, panikując.
- Twierdzi, że jesteś flirciarzem.
Co, do diabła?
- Jestem singlem! Wolno mi flirtować!
- Powiedziałam jej dokładnie to samo, skarbie.
Szczęka mi opada. Nie ogarniam.
- Ale dlaczego?
Nat podchodzi do mnie ze współczuciem wymalowanym na twarzy. Delikatnie ujmuje mój policzek.
- Czasem ludzie po prostu się nie lubią, ot tak, bez powodu. Zdarza się, złotko - wyjaśnia.
Robi mi się smutno.
- Ale mnie wszyscy lubią. Jestem uroczy.
Całuje mnie w czoło.
- Jak dla mnie, jesteś najlepszy.
Staram się nie obrażać, ale to bardzo trudne.
- Czemu ona mnie nie lubi? - dociekam. - Ja ją lubię.
- Daj spokój.
- Mowy nie ma! - Ogarnia mnie determinacja. - Teraz mogę zrobić wyłącznie jedno.
Nat patrzy podejrzliwie.
- Aż boję się zapytać.
Zmierzam do drzwi.
- Sprawię, że mnie polubi - informuję.
- To tak nie działa, Max! - woła. - Nie możesz jej do niczego zmusić.
- Przekonamy się!
Przyjmuję wyzwanie.