Wstęp
Wstęp
Tim Ferriss zna Oprah Winfrey.
Ja nie.
Podstawowym celem tej książki jest odpowiedź na pytanie: "Dlaczego?".
Zrozumienie, w jaki sposób Tim wprowadził swoją karierę na orbitę Oprah
- i dlaczego mnie się to nie udało - pomoże nabrać rozpędu TWOIM
pomysłom, interesom i karierze.
Dodam, że będzie to ogromna pomoc.
Nie wiesz, kim jest Tim Ferriss? To jeden z najbardziej uznanych na
świecie autorów książek i guru w dziedzinie samopomocy.
Jego pierwsza publikacja, pt. 4-godzinny tydzień pracy1,
wywołała sensację i przez cztery lata utrzymywała się na liście
bestsellerów "New York Timesa". Na całym świecie sprzedała się w przeszło 2 milionach egzemplarzy.
Sukces tej książki sprawił, że Tim zabłysnął w panteonie gwiazd i dziś
wszystko, czego się dotknie, zamienia się w złoto.
- Jego podcast ma 500 milionów pobrań i 9 tysięcy pięciogwiazdkowych
recenzji.
- Tim został jednym z najlepiej opłacanych mówców na świecie - jego
zarobki sięgają 75 tysięcy dolarów za wystąpienie.
- CNN okrzyknęła go "jednym z czołowych aniołów biznesu na świecie".
- Napisał cztery kolejne książki, które natychmiast stały się
bestsellerami.
Tim Ferriss to człowiek sukcesu, bohater pokolenia poszukującego
lifehacków, dzięki którym będzie można mniej pracować i więcej czerpać z życia.
Tak... dobrze być Timem Ferrissem.
Byłem ciekaw, co dało mu kopa do tego, żeby zostać gwiazdą, dlatego
trochę poszperałem. Tim opowiada o sobie szczerze - transparentność to
część jego uroku. Prywatne śledztwo doprowadziło mnie do kilku
najistotniejszych faktów:
- Ferriss urodził się w Long Island w stanie Nowy Jork i był
wcześniakiem. Miał drobną budowę jak na swój wiek, co stało się powodem
nękania go przez rówieśników.
- W jednym z wywiadów przyznał, że jako dziecko był nadpobudliwym nerdem
i zmagał się z poważnymi problemami zdrowotnymi2.
- Jego rodzice należeli do klasy średniej, ale kupowali mu tyle książek,
ile tylko zechciał, chcąc pielęgnować jego zamiłowanie do czytania.
- Ukończył college na kierunku studia wschodnioazjatyckie. Jego praca
dyplomowa nosiła tytuł Przyswajanie japońskich znaków kanji - nauka
konwencjonalna a suplementacja mnemoniczna (nie mam pojęcia, co to
znaczy).
- Po studiach pracował w dziale sprzedaży firmy zajmującej się
gromadzeniem danych.
- W słynnym wykładzie dla TED talk (8 milionów wyświetleń) szczerze
opowiedział o próbie samobójczej, którą podjął w czasie studiów, a także
o zmaganiach z chorobą dwubiegunową i doświadczeniu paraliżu, który
hamował wszelkie jego działania.
- W 2004 roku zaliczył kolejny dołek. Wraz ze śmiercią przyjaciela
zakończyła się ich wieloletnia relacja, a startup Tima nie ruszał z miejsca mimo wielu godzin, które mu on poświęcał. Tim wziął roczny
urlop, w ciągu którego zwiedził Europę i zgromadził pomysły na książkę.
- Szkic książki 4-godzinny tydzień pracy (pierwotny tytuł brzmiał
Handel narkotykami dla przyjemności i pieniędzy) został odrzucony
przez 26 wydawców.
Dowiedziawszy się tego wszystkiego, byłem rozczarowany. Nie ma tu zbyt
wielu informacji, które wyjaśniałyby, skąd się wziął jego astronomiczny
sukces.
Nawet po tym, jak książka Ferrissa rozświetliła niebo niczym kometa,
pojawiało się wiele uszczypliwych recenzji. Niektórzy wytykali mu, że
odgrzebuje od dawna znane techniki samopomocowe, wykorzystując je w sposób nieetyczny i haniebny (trzeba przyznać, że nie brzydzi się
oszustwem), a jego sukces to w dużej mierze kwestia dobrze prowadzonej
autopromocji.
Fakt, że Tim Ferriss jest osobistością wybitną, wydaje się tak bardzo
niebywały... i właśnie dlatego jego przypadek wzbudza niekłamane
zainteresowanie. Na podstawie tego, jak wyglądało jego życie, zanim
skończył 29 lat (wtedy napisał książkę), nikt by się nie spodziewał, że
wkrótce będzie się obracał w kręgu takich gwiazd, jak Hugh Jackman czy
LeBron James. Nawet najbardziej agresywni gracze w Las Vegas poczuliby
się zdezorientowani.
Najwyraźniej coś tu stanęło na głowie.
- Nikt nie sądził, że książka odniesie sukces - mówił w wywiadzie Tim. -
Początkowo wydrukowano tylko 10 tysięcy egzemplarzy, co nawet nie
zbliżało się do dystrybucji krajowej. Myślę jednak, że trafiłem na dobry
moment, i ku zdziwieniu wszystkich, w tym mojemu, książka wskoczyła na
pierwsze miejsce listy bestsellerów "New York Timesa".
I wtedy machina ruszyła.
- Sukces książki umożliwił mu nawiązanie kontaktów z czołowymi
inwestorami, którzy wprowadzili go w arkana sztuki zarabiania.
- Idąc za ich radą, zbudował multimilionowe portfolio inwestycyjne, w którym znalazły się udziały przeszło 50 firm, takich jak Shopify,
Evernote czy Uber.
- Bogactwo i sława wystrzeliły go na orbitę sukcesu, gdzie dołączył do
liderów biznesu, sportu i rozrywki.
- Wykorzystał nowe, imponujące znajomości, by wraz z zapalonymi
sponsorami stworzyć podcast z iście gwiazdorską obsadą.
- Zebrał wywiady udzielone w podcaście i wydał je w formie książki pt.
Plemię mentorów3, która stała się kolejnym bestsellerem.
Zawarł w niej historie takich gwiazd, jak Arianna Huffington, Madeleine
Albright czy Neil deGrasse Tyson.
Muszę na chwilkę przystopować z opisywaniem festiwalu sukcesów Tima
Ferrissa, aby porównać i skontrastować jego ścieżkę kariery z moją.
Zapewniam, że ma to sens. Właściwie o tym jest ta książka.
Tim i ja opublikowaliśmy swoje pierwsze książki mniej więcej w tym samym
czasie. "Na starcie" miałem przeszło dwa razy dłuższe doświadczenie w biznesie, lepsze wykształcenie (w tym trzy lata nauki pod auspicjami
słynnego konsultanta ds. zarządzania Petera Druckera) i większą publikę
(o 500% więcej obserwatorów na Twitterze). Nie jestem tego pewien, ale
prawdopodobnie miałem też więcej pieniędzy na koncie.
A jednak nasze kariery w krótkim czasie nabrały zupełnie innego tempa.
Moja książka również wprowadzała coś zupełnie nowego - Return On
Influence jako pierwsza rozwinęła temat influencer marketingu (reklamy
za pośrednictwem osób wpływowych w sieci). Jej publikacją i promocją
zajęło się potężne nowojorskie wydawnictwo McGraw-Hill.
ROI wprawdzie nie podbiła listy bestsellerów "New York Timesa", ale
odniosła sukces wśród literatury biznesowej i przez kilka tygodni
plasowała się na pierwszym miejscu w kilku kategoriach na Amazonie. Po
jej publikacji udzielałem wywiadów i wypowiadałem się m.in. w CBS News,
a także na łamach Bloomberga i "The Wall Street Journal".
Przez lata odnosiłem też niebywałe sukcesy jako mówca i konsultant. W tej chwili wraz z Timem znajduję się w ścisłej czołówce autorów na
Amazonie.
Ale na tym kończą się porównania.
Nie jestem Timem Ferrissem.
Nie rozmawiam z Oprah przez telefon. Nawet hydraulik do mnie nie
oddzwania.
Ta książka odpowiada na pytanie: "Dlaczego nie?".
Na czym polega różnica? Co sprawiło, że kariera Tima Ferrissa nabrała
takiego rozpędu wbrew wszelkim przeciwnościom, a on sam stał się
światowym fenomenem? Czy to tylko kwestia szczęścia? A może da się z tego wyciągnąć jakąś lekcję i dostosować tę wiedzę do swoich pomysłów i interesów?
Uwaga, spoiler: Oczywiście, że to może być dla nas lekcja. Odpowiedzi
na nasze pytania kryją się w nieco mętnej koncepcji skumulowanej
przewagi.
Zasada ta głosi, że jeśli w danej dziedzinie zdobędziemy niewielką
przewagę nad innymi, z czasem będzie ona rosnąć i przynosić coraz
większe korzyści.
Ale nie zawsze tak się dzieje.
W tej książce odkrywam, co zasila machinę sukcesu. Na czym polega ta
różnica, która nadaje niepohamowany rozpęd ideom, osobom i biznesom.
Nawet jeśli nie dostrzegacie tego, byście mieli nad kimkolwiek przewagę,
jestem przekonany, że zrozumiawszy, jak inni przekuwają drobne idee w wielkie sukcesy, będziecie w stanie odmienić swoje życie.
Istota współczesnego marketingu tkwi w odpowiedzi na jedno pytanie: "Co
zrobić, żeby nas usłyszeli?". W jaki sposób przekrzyczeć tłum
niekończących się opcji i nawiązać niegasnącą relację z publiką lub
grupą klientów?
Według mnie przestrzeganie starych zasad zaangażowania cyfrowego z pewnością nie wystarczy. Strategia treści to też za mało. Podobnie jak
social media i SEO. Bycie dobrym w tym, co się robi, prawdopodobnie
również nie okaże się wystarczające.
Ta książka pokazuje, jakie większe i mniejsze przeszkody stawia przed
nami świat i w jaki sposób nowe idee mogą nam pomóc je przezwyciężyć.
Nie obiecuję, że zostaniecie supergwiazdami - prawdopodobnie nawet nie o to wam chodzi - ale pokażę wam, jak nadać swoim pomysłom, interesom i karierze niepohamowany rozpęd wbrew wszelkim przeciwnościom.
Naszą podróż zaczniemy od nieco mętnej, ale fascynującej koncepcji
skumulowanej przewagi... a w niektórych przypadkach skumulowanej
niekorzyści.
Rozdział 1. The Porcellian Club
Rozdział 1
The Porcellian Club
Oglądaliście The Social Network?
Uważam, że najbardziej fascynującymi bohaterami tego filmu są bliźniacy
Winklevossowie - piękni i bogaci wysocy blondyni i wioślarze olimpijscy,
których Mark Zuckerberg wysiudał z Facebooka.
Spodobali mi się nie ze względu na to, co przedstawiono w filmie.
Szczerze mówiąc, wyszli w nim na upierdliwych bubków. Zaintrygowały mnie
prawdziwe wydarzenia z ich życia, które nastąpiły przed filmem i po
nim.
Tyler i Cameron Winklevossowie pochodzą z Southampton w stanie Nowy
Jork. Tamtejsze okolice, zwane "The Hamptons", to jedna z najbardziej
zamożnych i ekskluzywnych enklaw w Ameryce. Ich ojciec, nauczyciel
akademicki i przedsiębiorca, wychowywał się w rodzinie niemieckich
imigrantów, którzy pracowali w kopalni. Udało mu się jednak wybić.
Założył dwie firmy: konsultingową, a także jedną z pierwszych
zajmujących się nowymi technologiami - dzięki którym został milionerem.
Pieniądze i wysoki status pomogły braciom dostać się do Brunswick School
w Greenwich w stanie Connecticut - elitarnej szkoły przygotowującej do
studiów wyższych. Tam też rozpoczęli pełną sukcesów karierę w wioślarstwie.
Siłą rozpędu zdali na Harvard i zawarli brzemienną w skutkach znajomość
z Markiem Zuckerbergiem. Ta część historii pojawiła się w filmie. Mniej
znany jest natomiast fakt, że pochodzenie utorowało braciom drogę do
jednego z najbardziej tajemniczych i elitarnych bractw na Harvardzie -
The Porcellian Club4.
Być może z nostalgią wspominacie stowarzyszenie lub klub, do którego
należeliście w college'u. Podejrzewam jednak, że nikt z was nie działał
w organizacji tego typu.
The Porcellian Club powstał w 1791 roku i przyjmuje wyłącznie mężczyzn.
To najstarszy nieustannie działający klub towarzyski w Ameryce. Jego
członkami zostają przeważnie osoby, w których żyłach płynie błękitna
krew (choć w ostatnich latach to się zmienia). Wiarygodne źródła podają,
że prezydent Franklin D. Roosevelt przeżył największe rozczarowanie w swoim życiu, kiedy nie został do niego przyjęty5.
Członek Porc, podobnie jak kapłan czy mafioso, podejmuje zobowiązania,
które w znacznym stopniu wykraczają poza sprawy doczesne. Jeden z nich
przyznał kiedyś, że jego więź ze stowarzyszeniem była zbyt wzniosła, by
się nad nią zastanawiać - to się po prostu czuło. Bratem jest się do
końca życia... albo nawet dłużej. Niejeden z nich po śmierci spoczął na
terenach należących do klubu.
Podczas gdy inne stowarzyszenia Ligi Bluszczowej przyjmują kandydatów na
podstawie ich osiągnięć, Porcellian Club poszukuje osób o bardziej
nieuchwytnych cechach - szlachetnych, męskich, czarujących. To nie tyle
miejsce, w którym młodzi prymusi po prostu razem piją. To krąg
wpływowych i wiernych przyjaciół na całe życie.
Przynależność do bractwa przynosi całkiem wymierne korzyści. Jego byli
członkowie to na przykład prezydent Theodore Roosevelt, kilku sędziów
Sądu Najwyższego USA, wielu dowódców wojskowych, wybitni giganci
przemysłu i paru harwardzkich rektorów.
Innymi słowy: to "grono przyjaciół" zapewnia dożywotni, natychmiastowy
dostęp do wyższych sfer biznesowych, politycznych i towarzyskich.
Osobliwości, tajemnice, pieśni i zaprzysiężenia w Porcellian Club mają
swoje cele: cementowanie dożywotnich więzi między wpływowymi ludźmi i przekazywanie ich z pokolenia na pokolenie. Motto bractwa brzmi: "Ci
sami wczoraj, dziś i zawsze". To właściwie mówi wszystko.
Dlaczego poświęcam tej organizacji tyle uwagi?
Oto słowa historyka bostońskiego kościoła Świętej Trójcy - arcydzieła
architekta H.H. Richardsona: "Można snuć domysły, że 34-letni Richardson
został architektem świątyni, ponieważ miał jedną istotną przewagę nad
innymi kandydatami - był popularnym studentem Harvardu i członkiem
prestiżowego The Porcellian Club, w związku z czym nie trzeba go było
przedstawiać rektorowi ani pięciu członkom jedenastoosobowej komisji
budowlanej - wszyscy bowiem należeli do tego samego bractwa"6.
Winklevossowie zyskali zatem dożywotnią przewagę nad innymi... która była
wisienką na torcie już i tak imponujących przywilejów.
Życie po Facebooku
W 2004 roku bracia pozwali Marka Zuckerberga, twierdząc, że podkradł im
pomysł na sieć społecznościową i wykorzystał pierwsze fragmenty kodu, na
którym później oparł się Facebook. Proces sądowy ciągnął się przez
cztery lata.
W tym czasie bliźniacy nie pracowali i skupili się na wioślarstwie.
Podróżowali po świecie, trenowali i startowali w zawodach
kwalifikacyjnych do Letnich Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku
(zajęli szóste miejsce). Nawet jako sportowcy amatorzy mieli skądś
pieniądze na czteroletni proces przeciwko Facebookowi - obecnie jednej z najpotężniejszych firm w Ameryce.
Ostatecznie Zuckerberg zgodził się wypłacić im 65 milionów dolarów
odszkodowania. Bracia nie poszli za radą prawników i wybrali 45 milionów
w formie udziałów. Okazało się, że to była najlepsza decyzja w ich
życiu. Sześć lat po wejściu spółki na giełdę wartość akcji wzrosła
czterokrotnie, w związku z czym wartość udziałów Winklevossów szacuje
się na pół miliarda dolarów.
Po zakończeniu kariery sportowej bliźniacy zamierzali wślizgnąć się z powrotem do świata technologii i zainwestować wynegocjowaną kwotę w startupy w Dolinie Krzemowej. Szybko jednak odkryli, że przeszłość
ciągnie się za nimi jak cień. Wszyscy kończyli rozgrywkę tak samo -
sprzedawali swoje firmy Facebookowi. Nikt nie chciał, żeby w jego
papierach figurowało nazwisko braci, których Zuckerberg nienawidził
najbardziej na świecie.
Przygnębieni Winklevossowie postanowili wyleczyć swoje rany na Ibizie.
Ibiza to tropikalna wyspa należąca do hiszpańskiego archipelagu
położonego na Morzu Śródziemnym, która słynie z dziewiczych plaż i modnej sceny muzyki klubowej.
Kiedy mam doła, wybieram się na rower. Winklevossowie jadą na Ibizę.
Odnotować.
Właśnie tam, na Blue Marlin - sławetnej imprezie - pośród plażowiczów o pięknych, opalonych ciałach doszło do przypadkowego spotkania, które
zmieniło wszystko. Bliźniacy poznali Davida Azara, który opowiedział im
o kryptowalucie zwanej Bitcoin.
Początkowo myśleli, że to jakiś szwindel. Ale im bardziej zagłębiali się
w teorię, tym mocniej się przekonywali, że nie tylko coś w tym jest,
lecz także jest to coś wielkiego.
Zrozumiawszy, że Bitcoin naprawdę działa, podjęli niesamowite ryzyko. Za
część pieniędzy z odszkodowania wykupili 120 tysięcy monet, czyli jeden
procent ówczesnej podaży waluty.
W kolejnej odsłonie tej historii Tyler i Cameron Winklevossowie
niespodziewanie zostali bitcoinowymi miliarderami.
Wówczas dokonała się chyba najsłodsza zemsta w świecie biznesu. Mark
Zuckerberg poprosił swoich śmiertelnych wrogów o radę, kiedy Facebook
uruchamiał własną platformę wymiany kryptowalut7.
Jak widzicie, fortuna Winklevossów wzięła się z przewagi budowanej na
przewadze. Szkoła przygotowawcza. Harvard. Porcellian Club.
Odszkodowanie. Ibiza. Bitcoin. Miliard dolarów. To była niemal naturalna
kolej rzeczy.
Ten przykład skumulowanej przewagi jest wprawdzie skrajny, ale
użyteczny, ponieważ istnieje świat, w którym tak właśnie wygląda
codzienność. Ja w takim świecie nie dorastałem, wy pewnie też nie.
Trzeba więc wypracować inny system.
Skromne początki
Badania nad mechanizmami skumulowanej przewagi zainicjował w 1968 roku
profesor Uniwersytetu Columbia Meyer Robert Schkolnick.
Meyer urodził się w biednej rodzinie rosyjskich Żydów, którzy w 1904
roku wyemigrowali do USA i zamieszkali w slumsach w południowej
Filadelfii. "Żyliśmy w czymś, co można by było nazwać zasłużonym
ubóstwem - napisał później. - Sił dodawało nam niekwestionowane
przekonanie, że wszystko się jakoś ułoży, a na pewno dzieci będą miały
lepiej".
Już w ojczyźnie ledwo wiązali koniec z końcem, a trudna sytuacja
przerodziła się w katastrofę, gdy nieubezpieczony sklepik spożywczy ojca
doszczętnie spłonął. Meyer w młodym wieku musiał pracować dorywczo, by
pomóc zmagającej się z problemami rodzinie.
Mimo przerw w edukacji Schkolnick został wybitnym uczonym. Już jako
pięciolatek sam chadzał do pobliskiej biblioteki Carnegiego i zatapiał
się w książkach naukowych, historycznych, a zwłaszcza biograficznych.
Bywał tam tak często, że pracownicy uważali go za członka rodziny.
Już jako dorosły wspominał, że dzięki bibliotece "pozornie ubogie slumsy
w południowej Filadelfii zaopatrywały młodych w każdy rodzaj kapitału -
społeczny, kulturowy, ludzki [...], każdy poza finansowym".
Pod wpływem chłopaka z sąsiedztwa młody Meyer wymarzył sobie karierę
magika i początkowo przybrał pseudonim artystyczny "Merlin". Później
zmienił go na mniej oczywistego "Mertona", chcąc w ten sposób
"zamerykanizować" swoje obco brzmiące nazwisko. Ostatecznie zaczął się
przedstawiać jako Robert King Merton. Nowe imię i nazwisko zatwierdził w urzędzie po otrzymaniu stypendium na Temple University, a później na
Harvardzie.
Robert K. Merton jest uważany za ojca współczesnej socjologii. Ukuł
takie pojęcia, jak "wzorzec osobowy", "samospełniająca się
przepowiednia" czy "niezamierzone konsekwencje". Należy do
najznamienitszych socjologów wszech czasów, ale prawdopodobnie nigdy o nim nie słyszeliście, ponieważ - powiedzmy sobie szczerze - mało kto
potrafi wymienić choćby jednego słynnego socjologa.
Merton nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach i wieloletniej walce o akceptację, co doprowadziło go do rozwinięcia koncepcji zwanej efektem
św. Mateusza.
Bogaci się bogacą
Jako badacz i profesor uniwersytecki Merton był żywo zainteresowany
fascynującymi koncepcjami, które docierały do niego ze wszystkich stron.
Już w latach 40. opublikował artykuł o "stratyfikacji społecznej w nauce"8. Niektórzy spośród jego studentów prowadzili bowiem swoje
badania i narzekali, że starszym, bardziej uznanym naukowcom
przypisywano nieproporcjonalne zasługi za ich ciężką pracę.
Merton był dociekliwy. Przez całe życie spotykał się z podobnymi
zjawiskami. Ludzie o najwyższej pozycji społecznej wydawali się mieć
taką wrodzoną przewagę, że przedstawiciele klasy robotniczej nie byli w stanie za nimi nadążyć. Bogaci po prostu się bogacili. Przewaga rodziła
przewagę.
Profesor doszedł do wniosku, że w świecie akademickim panują chroniczne
i niesprawiedliwe nierówności.
Ale czy są na to dowody?
Efekt św. Mateusza
Profesor zabrał się za pogłębioną analizę zasług naukowców, którzy
zdobyli najwyższe uznanie - otrzymali Nagrodę Nobla.
Jego asystentka Harriet Zuckerman (z którą później się ożenił)
prowadziła długie rozmowy z laureatami9.
Nagroda Nobla powinna być wyróżnieniem dla najwybitniejszych umysłów,
ale badania Harriet Zuckerman wykazały, że to nie do końca prawda.
Większość laureatów wniosła jedynie przeciętny wkład w swoją dziedzinę,
podczas gdy cała rzesza uczonych, którzy nigdy nie otrzymają nagrody, o wiele bardziej przyczyniła się do postępu w nauce10.
Każdy laureat Nagrody Nobla zyskuje dożywotni dostęp do najlepszego
sprzętu, najzdolniejszych asystentów i każdą możliwą przewagę, która
pozwala mu umacniać swoją wartość na jeszcze większą skalę. Naukowy
establishment niezamierzenie buduje strukturę klasową, oferując
najsławniejszym "gwiazdom" większe szanse na sukces i dalsze podnoszenie
ich statusu.
Merton udokumentował odkrycia swojej asystentki w słynnym artykule pt.
The Matthew Effect in Science: The Reward and Communication Systems of
Science are Considered11.
Nazwa zjawiska nawiązuje do znanego fragmentu Ewangelii św. Mateusza (Mt
13,12): "Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś
nie ma, temu zabiorą również to, co ma"12.
Mówiąc mniej podniośle: bogaci się bogacą, a biedni biednieją.
I nie jest to jedynie czczy lament rodem z zamierzchłych czasów. Merton
i Zuckerman wykazali, że św. Mateusz miał słuszność.
Przez lata specjaliści z dziedziny nauk społecznych dowiedli, że efekt
św. Mateusza nie ogranicza się do świata akademickiego. Pogłębianie się
nierówności dotyczy też ekonomii, polityki, edukacji, kultury czy
statusu społecznego13.
Artykuł Mertona ukazał się przeszło pół wieku temu. Dziś efekt św.
Mateusza częściej funkcjonuje pod nazwą skumulowana
przewaga14.
Według najbardziej uznanej definicji koncepcja ta głosi, że przewaga
jednostki lub grupy nad inną z czasem rośnie, co oznacza, że rosną
również nierówności.
Skumulowana przewaga polega na tym, że z czasem niewielkie różnice się
potęgują, przez co tym, którzy zostali w tyle, trudniej jest nadążyć za
resztą.
- Badania wykazują, że osoby, które miały przewagę już na starcie,
zyskują lepsze stanowiska, większe pieniądze, wyższy status
społeczny15, mają lepszy dostęp do edukacji, a nawet są
zdrowsze16.
- Efekt św. Mateusza zachodzi w przypadku osób nominowanych do
Oscara17.
- Badania przeprowadzone na 20 tysiącach sportowców czterech lig
wykazały, że ci, którzy mieli początkową przewagę, ponieważ trenowali
już w dzieciństwie, później kończą karierę i więcej
zarabiają18.
Prosty przykład
Oto często przywoływany przykład skumulowanej przewagi: przypuśćmy,
że dwie osoby mają takie same atuty, ale jedna z nich ma na koncie
tysiąc dolarów, a druga dziesięć razy więcej. Przy założeniu, że
oprocentowanie wynosi 5% z roczną kapitalizacją odsetek, jedna osoba po
pierwszym roku zarobi 50 dolarów, a druga 500.
Po pierwszym roku różnica wynosi 9450 dolarów, ale po dziesięciu sięgnie
prawie 15 tysięcy. Po 20 latach luka zwiększy się do prawie 24 tysięcy...
i tak dalej, bez końca. Przerywana linia na wykresie dotyczy niższej
kwoty. Nawet trudno zauważyć tendencję rosnącą!
Teraz wyobraźmy sobie, że bardziej majętna osoba wpłaciła 100 tysięcy
albo nawet milion dolarów. Nierówności będą się pogłębiać jeszcze
bardziej gwałtownie.
Osoba o przewadze finansowej raczej może sobie pozwolić na prywatną
szkołę w Connecticut, studia na Harvardzie, wpłaty na rzecz sekretnego
stowarzyszenia, najlepszych prawników i wycieczki na Ibizę, podczas
których nawiąże kontakty z wpływowymi inwestorami.
Jak widać, osoba, która tej przewagi nie ma, zawsze pozostanie na szarym
końcu, chyba że gdzieś po drodze dostanie mocnego kopa.
Przewagą początkową, która zasili turbinę, nie muszą być pieniądze. Mogą
to być ponadprzeciętny dostęp do zasobów, wsparcie wpływowych znajomych
czy też dostanie się na zaawansowany kurs akademicki w szkole.
Założyciel Microsoftu Bill Gates zyskał skumulowaną przewagę tylko
dlatego, że jako jeden z niewielu nastolatków w kraju miał dostęp do
pierwszych prototypów komputerów. Dzięki temu opanował programowanie
wcześniej niż inni przedstawiciele jego pokolenia.
Dr Ben Carson, uznany neurochirurg i były kandydat na prezydenta USA,
dorastał pośród straszliwej przestępczości i biedy. Jego matka była
analfabetką, dlatego kazała Benowi i jego bratu zdawać cotygodniowy
raport z przeczytanych książek. Ten nawyk rozbudził w nim nienasycony
głód czytania. Badania wykazują, że osoby, które wcześnie nauczyły się
czytać, mają znaczącą i długofalową przewagę na polu akademickim.
Nieopanowanie tej umiejętności przed pójściem do trzeciej/czwartej klasy
skutkuje dalszymi problemami w nauce, które mogą się utrzymywać nawet
przez całe życie19.
Gdyby przedstawić "przewagę komputerową" Gatesa i "przewagę czytelniczą"
Carsona na wykresie, podobnie jak w przykładzie z kontem bankowym można
by zauważyć tę samą powiększającą się lukę między liderami a ich
rówieśnikami.
Socjologowie wielokrotnie dokonywali wiarygodnych pomiarów podobnych
nierówności - do tego stopnia, że opracowali modele matematyczne, za
pomocą których można obliczyć, w jaki sposób niewielka przewaga z czasem
rośnie. Jedno z równań wygląda następująco:
Zapewne ucieszy was informacja, że zamieściłem ten model tylko po to,
żeby dodać sobie geekowego sznytu. Niestety, nie znalazłem dowodów na
to, bym w ten sposób osiągał jakąkolwiek przewagę.
Malcolm Gladwell spopularyzował koncepcję efektu św. Mateusza w swojej
książce Poza schematem20, którą gorąco polecam. Gladwell
rozprawia się w niej z bałamutnymi historyjkami w rodzaju "od zera do
milionera": "Sukces nie bierze się z niczego. Z pewnością zawdzięczamy
go po części rodzicom i protektorom. Ludzie rozmawiający z monarchami
jak równy z równym rzeczywiście mogą sprawiać wrażenie, że do
wszystkiego doszli samodzielnie. W rzeczywistości posiadają jednak
atuty, wykorzystują nadzwyczajne okazje i kulturowe dziedzictwo, które
pozwalają im uczyć się, ciężko pracować i postrzegać świat w sposób
niedostępny dla innych. Miejsce i czas, w którym przyszliśmy na świat,
wywierają ogromny wpływ na nasze życie. Nie uświadamiamy sobie, jak
dalece kultura, z jakiej się wywodzimy, oraz dziedzictwo przekazane nam
przez przodków kształtują nasz model życiowych osiągnięć. Nie wystarczy
więc pytać, jacy są ludzie sukcesu. Dopiero gdy zapytamy, skąd pochodzą,
możemy wyjaśnić przyczyny, które złożyły się na ten sukces".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki