p

Skradziony klejnot - Alek Rogoziński

Kup ebooka

39.99 zł
33.55 zł (33,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Posta­cie

Posta­cie

Julia Zasław­ska - wycho­wana w Paryżu pol­ska hra­bianka wysłana do ojczy­zny, by rato­wać swoją rodzinę przed ban­kruc­twem.

Camille Darutte - słu­żąca Julii i, zde­cy­do­wa­nie wbrew swo­jej woli, cicha wspól­niczka jej sza­leństw.

Pierre Car­let - zabój­czo przy­stojny kuzyn i ulu­biony kom­pan Julii, syn naj­bo­gat­szego pary­skiego ban­kiera, pra­gnący doko­nać w Pol­sce rewo­lu­cji modo­wej, a przy oka­zji odro­binę pota­plać się w grze­chu.

Milena Bawo­row­ska - hra­bina, ciotka Julii obsta­jąca przy tym, że jej bra­ta­nica musi poślu­bić swego rodaka, a nie jakie­goś tam "znie­wie­ścia­łego żabo­jada".

Bar­tosz Małecki - zausz­nik hra­biny, któ­rego Julia nijak nie potra­fiła polu­bić.

Maciejko - kró­lew­ski tref­niś mający po dziurki w nosie swo­jego zaję­cia.

Jan Gniew­kow­ski - szlach­cic tyleż boha­ter­ski w czy­nach co nie­roz­tropny.

Prze­my­sław Gniew­kow­ski - młod­szy brat Jana, prze­ko­nany, że nie­wia­sty są tylko po to, aby spra­wiać mu przy­jem­ność.

Rafał Domo­sław­ski - het­man mający wiel­kie serce i słabą głowę.

Izy­dor Affa­ita star­szy - sekre­tarz kró­lew­ski, mimo wieku szu­ka­jący nowej, mło­dej żonki.

Jan Andrzej Morsz­tyn - nadworny poeta kró­lew­ski.

Kon­rad Kobryń­ski - książę pra­wie z bajki, przed­miot wes­tchnień co dru­giej szlach­cianki w Rze­czy­po­spo­li­tej.

Alojzy Kor­packi - biskup uwa­ża­jący, że każdy zbożny cel uświęca wszel­kie środki.

Maria Kazi­miera zwana Mary­sieńką - kró­lowa Pol­ski, przez nie­któ­rych swo­ich pod­da­nych uwa­żana za cza­row­nicę i nie­wia­stę z pie­kła rodem.

Jakub Ludwik Sobie­ski - kró­le­wicz, syn Mary­sieńki i Jana, nieco cho­ro­wity pięt­na­sto­la­tek zako­chany w swo­ich dole­gli­wo­ściach.

Marzanna - wiedźma para­jąca się okul­ty­zmem, chi­ro­man­cją i kabałą oraz, dla nie­po­znaki, zio­ło­lecz­nic­twem.

Jagna Różyń­ska - dwórka kró­lo­wej sły­nąca ze swo­jej pro­sto­li­nij­no­ści i lek­kiej naiw­no­ści.

Ber­na­dette i Gustaw Zasławcy - rodzice Julii nie­wa­ha­jący się ani sekundy przed posła­niem swo­jej córki do kraju, od któ­rego sami sta­now­czo woleli się trzy­mać z daleka.

A także kilka postaci dru­go­pla­no­wych, które warto zacho­wać w zaka­mar­kach pamięci, bo mogą wró­cić w kolej­nych tomach (o ile oczy­wi­ście los pozwoli je napi­sać!).

Pro­log

Pro­log

Paź­dzier­nik 2021 roku

- Halo! Halo! Liścik mam do sza­now­nej!

Wesoły głos listo­no­sza ode­rwał Różę Krull od roz­my­ślań, jak strasz­liwą karę wymie­rzy swo­jej asy­stentce za nie­smaczny żart, jakim było umó­wie­nie jej na masaż krę­go­słupa na siódmą rano, i czy w ogóle powinna korzy­stać z usług kli­niki zatrud­nia­ją­cej, oce­nia­jąc po godzi­nie otwar­cia, jakichś psy­cho­pa­tów. Pisarka odwró­ciła się i ski­nęła głową zna­nemu jej od lat, dobro­tli­wemu, star­szemu panu trzy­ma­ją­cemu w rękach pękatą złotą kopertę.

- Dzień dobry - powie­działa, uśmie­cha­jąc się. - Niech pan go wrzuci do skrzynki. Wyjmę, kiedy będę wra­cała. Jeśli go wezmę teraz, to na pewno gdzieś zgu­bię.

Na twa­rzy listo­no­sza poja­wiła się wyraźna kon­ster­na­cja.

- Nie za bar­dzo mam jak go tam zmie­ścić - wyja­śnił z zakło­po­ta­niem. - Ma pani w skrzynce mnó­stwo innych prze­sy­łek. Tyle się tego nagro­ma­dziło, że nawet pomy­śla­łem, że jest pani na waka­cjach albo w szpi­talu.

Do szpi­tala to tra­fię, jeśli mnie jesz­cze raz ktoś zmusi do wsta­nia z kurami, pomy­ślała Róża z roz­go­ry­cze­niem. Psy­chia­trycz­nego!

- No trudno, niech pan go da - wycią­gnęła rękę - może poczy­tam sobie w pocze­kalni.

- A, to jed­nak jest pani chora - zmar­twił się listo­nosz, wrę­cza­jąc jej prze­syłkę.

- Nie, nie! - zapro­te­sto­wała Róża, cho­wa­jąc kopertę do swo­jej torebki, którą wszy­scy jej zna­jomi okre­ślali uprzej­mym mia­nem koby­la­stej. - Po pro­stu pisa­łam książkę i pra­wie nie wsta­wa­łam od kom­pu­tera. A gdy już to zro­bi­łam, to się oka­zało, że mój krę­go­słup naj­wy­raź­niej jesz­cze by tam sobie posie­dział, bo kiedy spró­bo­wa­łam go zmu­sić do innej aktyw­no­ści, to się drań zbun­to­wał i popsuł. Idę go napra­wić.

- W takim razie życzę powo­dze­nia - listo­nosz rzu­cił jej współ­czu­jące spoj­rze­nie. - Gdy mnie ostat­nio zaczęli skła­dać gnaty, to przez tydzień nie wsta­wa­łem z łóżka, tak mnie wszystko bolało. Ale potem przez jakiś czas cho­dzi­łem jak nowo naro­dzony.

- Jak mi by się przy­dał tydzień w łóżku - wes­tchnęła pisarka i poma­chała swo­jemu roz­mówcy na poże­gna­nie. Następ­nie sto­czyła w duchu szybki bój z pokusą wezwa­nia Ubera, w czym pomo­gła jej naj­pierw trzeźwa myśl, że od kli­niki dzieli ją nie­cały kwa­drans spa­ceru, a następ­nie wspo­mnie­nie, jak to kilka dni temu rado­sny kie­rowca Azjata, zamiast dowieźć ją w ciągu kil­ku­na­stu minut na Bie­lany, nagle zwa­rio­wał i zro­bił jej pra­wie pół­go­dzinną wycieczkę tury­styczną po całym mie­ście, a na każdy pro­test Róży uśmie­chał się, wzru­szał ramio­nami i mówił: "Ja nie pani­maju polisz i inglisz". Nie chcąc ryzy­ko­wać kolej­nej wpadki, Krull ruszyła pie­chotą. Dokład­nie za dwie siódma nieco zdy­szana wkro­czyła do kli­niki, gdzie od rów­nie jak ona zaspa­nej recep­cjo­nistki dowie­działa się, że jej masa­ży­sta utknął w pie­kle na moście Ślą­sko-Dąbrow­skim, w związku z tym nieco się spóźni, oczy­wi­ście jeśli tylko nie zamkną go, gdy zacznie zaraz strze­lać do innych kie­row­ców. Róża z rezy­gna­cją mach­nęła ręką, po czym klap­nęła na krze­śle w pocze­kalni i się­gnęła do torebki po tele­fon. Po chwili gme­ra­nia uświa­do­miła sobie, że jej smart­fon został na szafce pod lustrem w przed­po­koju. Już miała zamknąć torebkę, kiedy wzrok jej padł na znaj­du­jącą się w środku kopertę. Wyjęła ją i ze zdzi­wie­niem odczy­tała imię i nazwi­sko nadawcy. Karol Zasław­ski. Ha! Karo­lek... Jej uko­chany kum­pel z ogól­niaka. Ile to już lat się nie widzieli? Dzie­sięć? Pięt­na­ście? Róża zmru­żyła oczy.

Pocze­kal­nia kli­niki na moment magicz­nie zamie­niła się w kory­tarz sto­łecz­nego XVIII Liceum imie­nia Jana Zamoy­skiego. Stała tam przed pra­cow­nią fizyki, nieco wystra­szona gigan­to­ma­nią tego przy­bytku. W porów­na­niu z jej pod­sta­wówką wszystko tam było ogromne. I kory­tarze, i okna, i drzwi do sal lek­cyj­nych. W dodatku zamiast "pro­szę pani" trzeba było zwra­cać się do nauczy­cieli per "pani pro­fe­sor". Kosz­mar! Róża miała szczerą ochotę nawiać stam­tąd, i to w pod­sko­kach. Już wła­ści­wie gotowa była zre­ali­zo­wać ów plan ewa­ku­acji, a potem w domu oświad­czyć rodzi­com, że wzo­rem wielu zna­nych arty­stów posta­no­wiła zakoń­czyć swoją edu­ka­cję na ośmiu kla­sach szkoły pod­sta­wo­wej, kiedy usły­szała za sobą cichy głos mówiący:

- Damy radę...

Nie­pewna, czy aby ze stresu nie zamie­niła się w Joannę d'Arc i nie zaczęła sły­szeć szep­tów nie z tego świata, ostroż­nie obej­rzała się za sie­bie. Sto­jący za nią szczu­pły, wysoki blon­dy­nek ze sta­ran­nie uli­zaną grzywką, dużymi i, jak to póź­niej opi­sy­wała Róża, "doro­słymi" oczami nie­pa­su­ją­cymi tro­chę do jego nie­win­nej, gład­kiej, bez mała jesz­cze dzie­cię­cej twa­rzy, patrzył na nią z poważną miną.

- Słu­cham? - zapy­tała.

- Mówię, że damy radę - powtó­rzył chło­pak, wycią­ga­jąc do niej rękę. - Jestem Karol. Nie wiem, skąd to wiem, ale jestem pewny, że zosta­niemy przy­ja­ciółmi. I że wytrzy­mamy w tym... wię­zie­niu.

Róża poki­wała głową, nieco zasko­czona, że jej nowy zna­jomy użył słowa, które i jej samej koła­tało się po gło­wie od chwili, kiedy prze­kro­czyła próg liceum. Miej­sce to ide­al­nie nada­wa­łoby się na wię­zie­nie. Dokład­nie tak!

Jak poka­zała przy­szłość, prze­czu­cie nie zawio­dło Karola. Przez cztery lata oboje sie­dzieli w jed­nej ławce, poma­gali sobie wza­jem­nie w nauce, ona jemu w przed­mio­tach huma­ni­stycz­nych, on jej w ści­słych. Razem cho­dzili na wagary, pocie­szali się, kiedy ich pierw­sze miło­ści zamie­niały się, jak to z reguły bywa w cza­sach mło­do­ści, w ser­cowe kata­strofy. Uwiel­biali się, świata poza sobą nie widzieli, choć para­dok­sal­nie ni­gdy nie było mię­dzy nimi żad­nej fascy­na­cji natury ero­tycz­nej. Byli dla sie­bie jak rodzeń­stwo, któ­rego tak bar­dzo im wcze­śniej bra­ko­wało. Róża przy­po­mniała sobie jesz­cze ich ostat­nie spo­tka­nie. Pocze­kal­nia kli­niki znów ule­gła meta­mor­fo­zie, tym razem prze­obra­ża­jąc się w halę odlo­tów na lot­ni­sku Okę­cie. Ileż to mieli wtedy lat? Dwa­dzie­ścia pięć? A może dwa­dzie­ścia sześć?

- Kiedy tylko dolecę do Paryża, natych­miast dam ci znać - Karol patrzył na Różę z wyraź­nym żalem - i mam nadzieję, że gdy tylko skoń­czysz pro­mo­cję książki, od razu wsią­dziesz w samo­lot i przy­le­cisz do mnie.

- Tro­chę to potrwa, bo mam trzy­mie­sięczną trasę autor­ską - przy­po­mniała Róża.

- Nie wiem, jak wytrzy­mam bez cie­bie tyle czasu...

W tym momen­cie to Krull doznała jasno­wi­dze­nia.

- A może - rze­kła powoli - poznasz kogoś w tym Paryżu. Zako­chasz się i nie będziesz już chciał, żebym cię odwie­dziła.

- Co ty mówisz?! - obu­rzył się Karol. - Zawsze będę chciał!

- Ty ow­szem - Róża poki­wała głową - ale twoja uko­chana może mieć coś prze­ciwko. Nie znam kobiety, która tole­ro­wa­łaby ser­deczne przy­ja­ciółki swo­ich part­ne­rów...

- Ja się zako­cham?! - Karol popa­trzył na nią z wyraź­nym poli­to­wa­niem. - Daj spo­kój. Jadę tam pra­co­wać, a nie szu­kać miło­ści.

- Ale to prze­cież Paryż! - zauwa­żyła Róża. - Miłość sama cię tam znaj­dzie!

I choć zda­rzało się, że intu­icja cza­sem zawo­dziła pisarkę, tym razem stało się dokład­nie tak, jak jej pod­po­wie­działa. Po trzech tygo­dniach Krull ode­brała od swo­jego przy­ja­ciela SMS-a o tre­ści: "Mia­łaś rację. Paryż to jed­nak magiczne miej­sce! I bar­dzo łatwo się tu zako­chać!". Potem wia­do­mo­ści od Karola przy­cho­dziły coraz rza­dziej i rza­dziej. Kiedy po kolej­nych sze­ściu mie­sią­cach Róża zna­la­zła w skrzynce pocz­to­wej zapro­sze­nie na ślub, nie poczuła nawet odro­biny zdzi­wie­nia. Poża­ło­wała jedy­nie, że data cere­mo­nii jej przy­ja­ciela zbiega się z uro­czy­stą pre­mierą jej kolej­nej książki Zbrod­nia o smaku kawioru. Zadzwo­niła nawet do swo­jego wydawcy z pyta­niem, czy nie dałoby się prze­ło­żyć tej uro­czy­sto­ści, ale kiedy w odpo­wie­dzi usły­szała, że i ow­szem, ale tylko pod warun­kiem, że "sama zeżre tonę kawioru i wychleje sto litrów szam­pana, które zostały już zaku­pione na jej cho­lerną imprezę", szybko spa­so­wała. O ile jesz­cze bowiem wypi­cie dowol­nej ilo­ści bąbel­ko­wego trunku znaj­do­wało się w zasięgu jej moż­li­wo­ści, o tyle kawioru nie cier­piała. Zadzwo­niła wtedy do Karola, pró­bu­jąc ze skru­chą uspra­wie­dli­wić swoją nie­obec­ność na jego ślu­bie, ale jej przy­ja­ciel nie zda­wał się spe­cjal­nie prze­jęty fak­tem, że nie będzie mu towa­rzy­szyła w cza­sie zmiany stanu cywil­nego. "Mam wra­że­nie, że moja narze­czona ode­tchnie z ulgą, bo chyba nie za bar­dzo podoba jej się nasza przy­jaźń" - wyja­śnił jej z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią. Róża nie poczuła się zdzi­wiona. Od razu też w duchu pogo­dziła się z fak­tem, że oto wła­śnie nastą­pił finał tej zna­jo­mo­ści. Cóż... Dosko­nale wie­działa, że nic nie jest na całe życie i nawet naj­bar­dziej zażyłe przy­jaź­nie mają cza­sem swój ter­min waż­no­ści. Tym bar­dziej jed­nak zasko­czyło ją, że po tylu latach mil­cze­nia Karol przy­po­mniał sobie o niej i posta­no­wił się ode­zwać. Wła­ści­wie nie tyle ode­zwać, co wysłać jej... No wła­śnie, co to wła­ści­wie jest? Róża wyjęła z torebki kopertę i nie­cier­pli­wym gestem roze­rwała ją w miej­scu skle­je­nia. W środku znaj­do­wał się spory plik zwi­nię­tych na pół kar­tek for­matu A4 oraz napi­sany na innym, szla­chet­niej­szym papie­rze list. Krull się­gnęła naj­pierw po niego i z lek­kim wzru­sze­niem poto­czyła wzro­kiem po zda­niach, które nie­wąt­pli­wie napi­sał jej szkolny kolega. Tak czę­sto pod­ra­biała jego pismo, na przy­kład na kla­sów­kach z języka pol­skiego, że znała je na pamięć. Tyle lat minęło, a on na­dal robił taką zabawną pętelkę przy literce "y" i zamiast kropki sta­wiał zna­czek "v" nad "z", aby w ten spo­sób zro­bić "ż". Nic się nie zmie­niło! Róża przez chwilę znów poczuła się tak jak wtedy, gdy na prób­nej matu­rze na moment zamie­nili się kart­kami, aby uzu­peł­niła za Karola kilka zdań inter­pre­ta­cji wier­sza Wisławy Szym­bor­skiej. Ech, to były czasy...! Dopiero po chwili dotarła do niej treść listu. "Droga Różo" - pisał Karol. "Prze­pra­szam, że przez tak długi czas nie dawa­łem znaku życia. Jest mi strasz­nie głu­pio, ale wiesz... Zako­chany czło­wiek zapo­mina o całym świe­cie. W końcu wia­domo, że miłość ośle­pia, ogłu­sza i odbiera rozum. Gorzej, kiedy odcho­dzi, ale to już sprawa nie na list, a roz­mowę, którą, mam nadzieję, kie­dyś odbę­dziemy. O ile zdo­łasz mi wyba­czyć. Mam dla Cie­bie coś na prze­pro­siny. Wiem, że na­dal piszesz, bo śle­dzę bacz­nie Twoją karierę. Pomy­śla­łem, że może Cię zain­spi­ruję. Otóż udało mi się nie­dawno odwie­dzić pała­cyk, w któ­rym, jak się oka­zało, swoją mło­dość spę­dziła moja pra­pra­pra­babka. W 1682 roku, kiedy miała osiem­na­ście lat, wysłano ją do Pol­ski na dwór kró­lew­ski. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek wró­ciła do Paryża, ale chyba tak, bo jakimś cudem w pała­co­wej biblio­tece zacho­wała się histo­ria jej życia. Nie wia­domo, kto ją spi­sał i w jakim celu, ale czyta się ją jak powieść. Ponie­waż czę­ściowo pisana była sta­ro­polsz­czy­zną, czę­ściowo jakimś archa­icz­nym fran­cu­skim, a gdzie­nie­gdzie nawet łaciną, ostat­nich kilka tygo­dni spę­dzi­łem na tłu­ma­cze­niu i prze­kła­da­niu jej na współ­cze­sny język pol­ski. Nie wyszło mi to jed­nak ide­al­nie, bo po tylu latach w Paryżu też już nie wła­dam naszą mową per­fek­cyj­nie. O ile kie­dy­kol­wiek wła­da­łem. Nasz język jest taki skom­pli­ko­wany! Wydru­ko­wa­łem Ci kil­ka­na­ście pierw­szych stron. Z róż­nych przy­czyn, które na razie zacho­wam dla sie­bie, nie chcę wysy­łać nic drogą inter­ne­tową. Jeśli ta histo­ria Cię zain­te­re­suje, to wydru­kuję i wyślę Ci całość, a jeśli wyra­zisz takie życze­nie, to i zdję­cia ory­gi­nału. Ten ostatni pozwo­lono mi tylko sfo­to­gra­fo­wać, bo jest tak stary, że nawet prze­gląda się go pod okiem spe­cja­li­sty. Jak­byś miała pyta­nia, służę wszel­kimi wyja­śnie­niami. A na razie życzę Ci dobrej lek­tury. Może uda Ci się zro­bić z tego książkę? Myślę, że ani moja pra­pra­pra­babka, ani też ktoś, kto to wtedy napi­sał, nie mie­liby żad­nych pre­ten­sji. A ode mnie, jako od jedy­nego i ostat­niego przed­sta­wi­ciela naszego rodu, masz zie­lone świa­tło i pozwo­le­nie. Daj znać, co o tym sądzisz. Pozdra­wiam Cię ser­decz­nie. Karol Zasław­ski". Na końcu listu znaj­do­wał się jesz­cze numer tele­fonu do jej przy­ja­ciela.

Róża poczuła się zain­try­go­wana. Jesz­cze raz prze­bie­gła wzro­kiem po liście, po czym się­gnęła po pierw­szą kartkę z pliku. Drobno zadru­ko­wana z obu stron, nie zachę­cała do czy­ta­nia, jed­nak Krull posta­no­wiła się nie znie­chę­cać. Kiedy pięt­na­ście minut póź­niej do kli­niki wpadł mocno zdy­szany i jesz­cze bar­dziej wku­rzony masa­ży­sta, pisarka miała już za sobą pra­wie całość nade­sła­nej jej lek­tury.

- Zapra­szam... panią... za dosłow­nie dwie... minuty... do mojego gabi­netu - wysa­pał reha­bi­li­tant. - I prze­pra­szam... ale nie było... miejsc... na par­kingu... pod kli­niką... Musia­łem... zapar­ko­wać aż pod urzę­dem... mia­sta... I stam­tąd... bie­gnę...

Róży prze­mknęło co prawda przez głowę, że jak na kogoś, kto w zało­że­niu ma try­skać zdro­wiem i pora­żać ide­alną kon­dy­cją, ów masa­ży­sta za bar­dzo wydaje odgłosy godne jej osiem­dzie­się­cio­let­niej babci, kiedy tej przy­cho­dzi poko­nać wię­cej niż trzy schodki, ale nie miała teraz głowy do roz­my­ślań nad formą fizyczną jakichś mło­dych osił­ków.

- Dwie minuty - powtó­rzyła z roz­tar­gnie­niem. - Ide­al­nie!

Doczy­tała do końca aku­rat w momen­cie, kiedy została wezwana do gabi­netu. Po bli­sko godzin­nym masażu, w cza­sie któ­rego czuła się niczym śre­dnio­wieczna cza­row­nica pod­da­wana tor­tu­rom, Róża ostat­kiem sił dowlo­kła się do swo­jego miesz­ka­nia. Zapa­rzyła sobie mocną her­batę, zasia­dła w swoim ulu­bio­nym fotelu i oddała się raz jesz­cze lek­tu­rze uwspół­cze­śnio­nej przez swo­jego przy­ja­ciela histo­rii sprzed pra­wie trzy­stu pięć­dzie­się­ciu lat. A kiedy skoń­czyła, się­gnęła po tele­fon i wysłała do Karola wia­do­mość o tre­ści: "Chęt­nie prze­czy­tam całość". Dokład­nie trzy dni póź­niej wyra­żone przez nią życze­nie zostało speł­nione...

Roz­dział I

Roz­dział I

Adieu, Paris!

Fran­cja, Paryż, 20 lutego 1682 roku

- Panienko! Pora wsta­wać! Ojciec i matka cze­kają już na panienkę z posił­kiem!

Julia Zasław­ska, młod­sza z dwóch córek hra­biego Gustawa Zasław­skiego i jego trze­ciej, młod­szej o dzie­sięć lat żony, Fran­cuzki, Ber­na­dette z domu Rigaud, nie­chęt­nie otwo­rzyła lewe oko, a ponie­waż wypo­wia­da­jąca te słowa słu­żąca dokład­nie w tej samej chwili gwał­tow­nym ruchem odchy­liła zasłonę, wpusz­cza­jąc do sypialni ostre sło­neczne świa­tło, czym prę­dzej je zamknęła.

- No już! Nie­chaj panienka wsta­nie, zanim się pan hra­bia pogniewa!

- Papa? Nie żar­tuj! - rze­kła lek­ce­wa­żąco Julia, na wszelki wpa­dek odwra­ca­jąc się tyłem do okien, żeby nie oślep­nąć przy kolej­nym otwar­ciu oczu. Dosko­nale pamię­tała prze­ra­ża­jącą opo­wieść matki o tym, jak to córka jej przy­ja­ciółki Zazie pew­nego dnia w cza­sie spa­ceru po ogro­dach Wer­salu przez przy­pa­dek spoj­rzała pro­sto w słońce, a potem stra­ciła wzrok, zaczęła się zata­czać niczym nie­spełna rozumu i na koniec wpa­dła mię­dzy bawią­cych się nie­opo­dal mło­dych ary­sto­kra­tów. Co prawda póź­niej usły­szała, jak słu­żąca Zazie mówi lek­ce­wa­żąco do innej: "Niby taka była ślepa, a wyma­cała tych bied­nych chłop­ców, jakby była nadwor­nym medy­kiem", no ale oczy­wi­ście służba zawsze przy­pi­sy­wała swoim pra­co­daw­com jak naj­bar­dziej nie­cne inten­cje i nie nale­żało tego brać pod uwagę. - W takim dniu?! Spró­bo­wałby...

- Aaa, no tak - słu­żąca popu­kała się pal­cem po skroni. - Głu­pia ja! Była­bym zapo­mniała! Wszyst­kiego naj­lep­szego dla panienki! Zdro­wia, szczę­ścia, życz­li­wej For­tuny...

- Dzię­kuję, Camille...

- No i, oczy­wi­ście, wielu, wielu przy­stoj­nych ado­ra­to­rów!

- Obej­dzie się - mruk­nęła Julia, otwie­ra­jąc wresz­cie oczy, co pozwo­liło jej zoba­czyć swoje obli­cze w lustrze zawie­szo­nym na ścia­nie dokład­nie na wyso­ko­ści jej łóżka. Wyglą­dała tak, że lekko ją zatch­nęło. Posza­rzała twarz, pod­krą­żone oczy, włosy nie dość, że nie pod cze­pecz­kiem, to jesz­cze pre­zen­tu­jące się tak, jakby nocą w jej sypialni sza­lał taj­fun. Dra­mat! W dodatku nie miała na sobie kafta­nika, a jedy­nie swoją ulu­bioną nocną koszulkę zwaną domieszką, uszytą ze spro­wa­dzo­nego z Nider­lan­dów muślinu, ozdo­bioną kwie­ci­stym haftem i wykoń­czoną koronką. Ow­szem, od czasu do czasu zda­rzało jej się kłaść spać bez kafta­nika, zwłasz­cza latem, kiedy i tak w jej sypialni pano­wał nie­zno­śny gorąc, ale zawsze w takiej sytu­acji nakła­dała go o bla­dym świ­cie, zanim słu­żąca prze­kro­czyła próg jej pokoju. Poka­zy­wa­nie się komu­kol­wiek z rana w stroju uzna­wa­nym przez jej ojca za nie­mo­ralny nie wcho­dziło prze­cież w rachubę! Co prawda, zda­niem Julii nie miało to więk­szego sensu, bo prze­cież Camille poma­gała jej przy poran­nej toa­le­cie i w związku z tym widy­wała ją w stroju Ewy pra­wie codzien­nie, ale ojciec upie­rał się przy swoim: nie­wia­sta zawsze powinna wyglą­dać sto­sow­nie do pory dnia, oka­zji i naka­zów ety­kiety. Zaś według tej ostat­niej w nocy nale­żało spać w kafta­niku, choćby nawet miało się dostać od tego tych dzi­wacz­nych, pie­kiel­nie swę­dzą­cych kro­stek, które w ojczyź­nie jej papy nazy­wano potów­kami.

- Widzę, że panienka nie jest w naj­lep­szej kon­dy­cji... - zauwa­żyła Camille z nie­winną miną, porząd­ku­jąc rze­czy na toa­letce. Gdyby tylko Julia znała swoją słu­żącą tro­chę gorzej, mogłaby się dać nabrać na pozor­nie współ­czu­jący ton, jakim zostało wypo­wie­dziane to zda­nie. Camille słu­żyła jed­nak u niej od sied­miu lat, w cza­sie któ­rych hra­bianka zdo­łała poznać mocno sar­ka­styczne poczu­cie humoru swo­jej pod­wład­nej.

- Mia­łam złą noc - wyja­śniła, sta­ra­jąc się, aby zabrzmiało to prze­ko­nu­jąco. - Głowa mnie bolała tak, że nie mogłam zasnąć. Potem zaś mia­łam kosz­mary senne.

- A co? - Camille popa­trzyła na nią iro­nicz­nie. - Znów śnił się panience jej narze­czony?

Julia spró­bo­wała przy­wo­łać na swoje lico obu­rzoną minę, ale nie wyszło jej to zbyt wia­ry­god­nie. Głów­nie dla­tego, że w cicho­ści ducha też uwa­żała, że sta­ra­jący się o jej względy baron Mau­rice de Fon­tena nie jest zbyt pięk­nym męż­czy­zną. Może nie miała o jego uro­dzie aż tak złego zda­nia jak jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Bar­bara, która pew­nego dnia stwier­dziła, że mama barona, będąc w ciąży, musiała o jeden raz za dużo zapa­trzyć się w gar­gulce stra­szące z murów kate­dry Notre Dame. Ale i tak, nawet przy naj­więk­szej dawce dobrej woli, trudno było Julii uznać swego ado­ra­tora za atrak­cyj­nego kawa­lera.

- Prze­pra­szam - popra­wiła się szybko Camille. - Kan­dy­dat na narze­czo­nego...

- Nie. Tym razem nie - Julia pomy­ślała, że powinna zru­gać słu­żącą, ale czuła, że nie ma to siły. - Śniły mi się cza­row­nice, bar­ba­rzyńcy na uli­cach Paryża, pożary, krzyki, awan­tury, bija­tyki...

- Brzmi jak opis każ­dej sobot­niej nocy w tym mie­ście - mruk­nęła Camille, po czym rzu­ciła Julii kolejne iro­niczne spoj­rze­nie. - Aż cud, że nie śniła się panience karczma.

- Cze­muż to? - zdzi­wiła się Julia.

- Bo w opa­rach tego, co panienka z sie­bie wydy­cha, byłoby to w pełni zro­zu­miałe - Camille otwo­rzyła okno. - Nie wni­kam w to, co się działo tutaj poprzed­niego wie­czoru, ale mowy nie ma, żeby panienka zaczęła roz­mowę z rodzi­cami, zanim nie prze­płu­cze gar­dła wodą mię­tową. Zaraz ją przy­niosę z kuchni...

- Aż tak to czuć?

- Ujmę to tak... - Camille szyb­kim, bez mała tanecz­nym kro­kiem prze­mie­rzyła dystans mię­dzy oknem a drzwiami sypialni. - Jeśli chuch­nie panienka teraz swo­jemu ojcu w twarz, to w ramach pre­zentu uro­dzi­no­wego, zamiast do teatru na przed­sta­wie­nie, zosta­nie ode­słana do posia­dło­ści w Lille. A tam zamknięta dokład­nie w tej samej kom­na­cie, w któ­rej żywot skoń­czyła jej ciotka, hra­bina Klo­tylda, która przed­tem też nie roz­sta­wała się z butelką. Za chwilę wra­cam...

Julia przez chwilę wpa­try­wała się w drzwi, za któ­rymi znik­nęła jej słu­żąca, a potem zaczęła sobie przy­po­mi­nać szcze­góły poprzed­niego wie­czora. Nie świad­czyły one naj­le­piej o jej moral­no­ści. Naj­pierw wraz z Bar­barą wykra­dły z pała­co­wej piw­nicy dwie butelki naj­lep­szego, leci­wego trunku, który jej papa trzy­mał na spe­cjalne oka­zje. Ponie­waż naj­bliż­sza z nich, jego uro­dziny, wypa­dała dopiero we wrze­śniu, doszły do wnio­sku, że zdo­łają do tego czasu zdo­być coś, czym napeł­nią butelki. Bazo­wały przy tym na pod­słu­cha­nej nie­gdyś opi­nii hra­biow­skiego kucha­rza, że ojcu Julii można zamiast wina podać nawet siki, bo ma prze­łyk tak prze­pa­lony pie­przem, że cud, iż jesz­cze w ogóle umie odróż­nić poma­rań­czę od cebuli. Kiedy już zdo­były zaka­zane trunki, szybko prze­mknęły do sypialni Julii, aby ich skosz­to­wać i prze­czy­tać dwie książki uwa­żane przez całe ich star­sze oto­cze­nie za skan­da­liczne i abso­lut­nie nie­do­zwo­lone. Jedną z nich była Histo­ire amo­ureuse des Gau­les pióra uzna­wa­nego w ary­sto­kra­tycz­nych sfe­rach za per­sona non grata Rogera de Rabu­tin, hra­biego de Bussy, a drugą - Les Désordres de l'amour - dzieło Madame de Vil­le­dieu, ulu­bie­nicy miło­ści­wie rzą­dzą­cego Fran­cją Ludwika, Króla Słońce. Pod­czas lek­tury tej dru­giej książki mama Julii dostała w swoim budu­arze takiego ataku dusz­no­ści z eks­cy­ta­cji, że aż musiano ją prze­nieść do ogrodu i to na szez­longu, od czego jeden ze słu­żą­cych doznał kon­tu­zji krę­go­słupa. Nie było w tym nic dziw­nego, zwa­żyw­szy na fakt, że po dru­gim poro­dzie pani Ber­na­dette nie wró­ciła do daw­nej figury, a spo­ży­wa­nie obia­dów, któ­rymi spo­koj­nie naja­dłoby się trzech musz­kie­te­rów, spra­wiło, że ważyła o wiele wię­cej od szez­longu, który swoją drogą już dwa razy trzeba było odda­wać do reno­wa­cji po tym, jak się pod nią zawa­lił. Tak oto z butel­kami w jed­nej dłoni, książ­kami w dru­giej, tudzież wypie­kami na twa­rzy Julia i Bar­bara cele­bro­wały ostatni dzień mło­do­ści tej pierw­szej. Równo bowiem o pół­nocy, którą, nota­bene, powi­tały wypi­ciem ostat­nich łyków trunku, hra­bianka Zasław­ska koń­czyła osiem­na­ście lat, od któ­rego to wieku jej zda­niem zaczy­nała się sta­rość. Nie było co się łudzić! Zwa­żyw­szy na fakt, że Król Słońce został uznany za peł­no­let­niego, gdy tylko prze­kro­czył trzy­na­sty rok życia, a jej star­szą sio­strę wydano za mąż, gdy liczyła sobie szes­na­ście wio­sen, Julia nie dość, że czuła się już bez mała jak sta­ruszka, to jesz­cze była pewna, że czeka ją sta­ro­pa­nień­stwo albo spę­dze­nie reszty życia przy baro­nie de Fon­tena. Z dwojga złego to pierw­sze wyj­ście wyda­wało jej się o wiele atrak­cyj­niej­sze. Oczy­wi­ście, mogłaby mieć innych ado­ra­to­rów, bo prze­cież nie była brzydka. Tyle że, nie­stety, już cały Paryż wie­dział, że jej papa jest biedny jak mysz kościelna, a swój jedyny spa­dek, nie­wielki dwo­rek w oko­li­cach Angers, oddał w posagu mężowi swo­jej star­szej lato­ro­śli, obec­nie mar­kizy de Chasse. W tej sytu­acji jego młod­sza córka mogła liczyć na zaloty jedy­nie kom­plet­nych despe­ra­tów, takich wła­śnie jak ów nie­szczę­sny baron.

Julia wes­tchnęła i spró­bo­wała pozy­cję leżącą zmie­nić na sie­dzącą, co pozwo­liło jej odkryć, że jej głowa przez noc naj­wy­raź­niej wypeł­niła się mar­mu­rem albo czymś rów­nie cięż­kim. W dodatku nie dość, że nie dało jej się uży­wać ze zwy­kłą lek­ko­ścią, to jesz­cze przy każ­dej pró­bie ruchu zaczy­nała kosz­mar­nie boleć. Hra­bianka spró­bo­wała kilka razy nią pokrę­cić i bez mała ją zemdliło. Czyżby jed­nak papa miał rację, kiedy twier­dził, że tako­wych trun­ków winno się kosz­to­wać, dopiero kiedy jest się doj­rza­łym w latach? A tu pro­szę, pospie­szyła się i przyj­dzie jej zapewne teraz od tego opu­ścić ten świat. Jakby nie mogła pocze­kać tych kil­ku­na­stu godzin! Przez chwilę zasta­na­wiała się, co wła­ści­wie chcia­łaby zro­bić w ostat­nich minu­tach przed spo­tka­niem Świę­tego Pio­tra i doszła do wnio­sku, że naj­le­piej byłoby użyć bie­li­dła, żeby nie stra­szyć straż­nika raju swoim wyglą­dem, bo jesz­cze z prze­ra­że­nia ode­śle ją do cze­lu­ści pie­kiel­nych. Zanim jed­nak roz­strzy­gnęła kolejny dyle­mat, a mia­no­wi­cie jak dojść do sto­ją­cej w prze­ciw­le­głym do łóżka krańcu pokoju toa­letki i nie stra­cić przy tym przy­tom­no­ści, gwał­towne otwar­cie drzwi zaanon­so­wało powrót jej słu­żą­cej. Ponie­waż towa­rzy­szące temu skrzyp­nię­cie zawia­sów zabrzmiało w uszach hra­bianki mniej wię­cej jak dźwięk trąb jery­choń­skich, Julia już otwo­rzyła usta, aby udzie­lić Camille sto­sow­nej repry­mendy i pouczyć ją, aby na przy­szłość nie wcho­dziła do jej kom­naty w taki spo­sób, jakby była uczest­niczką wypraw krzy­żo­wych i sztur­mo­wała bramę Kon­stan­ty­no­pola, ale osta­tecz­nie nie wypo­wie­działa ani słowa, zasko­czona tym, że słu­żąca ma zajęte obie ręce. Zro­zu­miałe, że w takiej sytu­acji musiała wejść do pokoju przy pomocy kop­niaka, a tego ze względu na masyw­ność pała­co­wych drzwi nie dało się uczy­nić ina­czej niż z ogrom­nym impe­tem.

- Mam wodę mię­tową - oznaj­miła Camille, sta­wia­jąc na sto­liczku pod oknem trzy­maną w pra­wej dłoni ozdobną karafkę - ale naj­pierw musi panienka skosz­to­wać cze­goś innego...

- Czego? - zapy­tała nie­chęt­nie hra­bianka. - Nie mam ochoty. Nie czuję się naj­le­piej. Mam wra­że­nie, że moja głowa za moment pęk­nie...

- No wła­śnie! - wykrzyk­nęła słu­żąca, nie wie­dzieć czemu z rado­ścią, zda­niem Julii wyjąt­kowo nie­sto­sowną. - Tak sobie pomy­śla­łam, że będzie miała panienka kaca! Pro­szę natych­miast to wypić!

Podała jej dzier­żony w lewej ręce złoty kie­lich. Julia co prawda nie znała zna­cze­nia słowa "kac", ale posłusz­nie przy­jęła naczy­nie, z nie­uf­no­ścią przy­bli­żyła je do twa­rzy, po czym pową­chała zawar­tość.

- Chyba zwa­rio­wa­łaś! - krzyk­nęła, odsu­wa­jąc kie­lich z obrzy­dze­niem. - To jest obrzy­dliwe!

- Ale sku­teczne - wyja­śniła Camille. - Oczy­wi­ście, może panienka tego nie pić, ale wtedy będzie miała przez cały dzień wra­że­nie, że umiera. Do tego jesz­cze może panienka zacząć zwra­cać to, co zja­dła albo dopiero zje. I to już nie­ba­wem...

Jak na zawo­ła­nie Julia poczuła, że zaczyna się jej robić nie­do­brze. Dokład­nie jak wtedy, kiedy naja­dły się z Bar­barą nie­doj­rza­łych wino­gron.

- Ale co to wła­ści­wie jest?! - zapy­tała z rezy­gna­cją.

- Wyna­la­zek, który nasz kucharz pod­pa­trzył na dwo­rze króla angiel­skiego. Jak panienka wie, Karol I Stu­art lubił nad­uży­wać trun­ków, ale nie naj­le­piej to zno­sił. Po tym, gdy na audien­cji zwró­cił poży­wie­nie na dele­ga­tów z Hisz­pa­nii, i to ponoć tak gwał­tow­nie, że jeden z nich zaczął wyglą­dać, jakby ktoś mu wylał na głowę nie­czy­sto­ści z całego tygo­dnia...

- Czy mogła­byś ogra­ni­czyć te barwne opisy? - popro­siła Julia sła­bym gło­sem, czu­jąc, że spo­ży­wane wczo­raj na kola­cję posiłki coraz szyb­ciej pod­cho­dzą jej do gar­dła.

- Oczy­wi­ście - zgo­dziła się łaska­wie Camille. - Więc Karol popro­sił wię­zien­nego medyka, dok­tora Joh­na­thana God­darda, o spo­rzą­dze­nie mik­stury, która zara­dzi­łaby takim wypad­kom. Nasz Char­les zdo­łał ją zdo­być od jego potom­ków. Ojciec panienki korzy­stał z niej już kilka razy, wia­domo więc, że działa.

- Na­dal nie odpo­wie­dzia­łaś mi na pyta­nie, co to jest...

- Naprawdę chce panienka wie­dzieć?!

Julia popa­trzyła na nią podejrz­li­wie.

- Po twoim pyta­niu wnio­skuję, że jakieś obrzy­dli­stwa - wes­tchnęła z rezy­gna­cją. - Tym bar­dziej chcę wie­dzieć.

- Według pier­wot­nej recep­tury powinna tam być woda źró­dlana, tro­chę suszo­nej żmii, kilka kro­pli soku z cytryny, odro­bina amo­niaku oraz... - Camilla pochy­liła się, żeby zebrać roz­rzu­cone wokół łoża czę­ści gar­de­roby, zni­żyła głos i wypo­wie­działa ostat­nie słowa pra­wie nie­sły­szal­nie, po czym, wra­ca­jąc do nor­mal­nej pozy­cji, zapy­tała gło­śno: - Czy mam dla panienki przy­go­to­wać kąpiel?

- Zaraz, zaraz! - widok kon­ster­na­cji na twa­rzy słu­żą­cej wzbu­dził w Julii naj­gor­sze podej­rze­nia. - Jaki był ten ostatni skład­nik? Ten, przy któ­rym znie­nacka sta­łaś się nie­mową?

- Nie powiem!

- Camille! A chcesz, żeby moja mama dowie­działa się wresz­cie, która ze słu­żą­cych pod­krada jej maść z miodu i śmie­tany? Tę, która tak pięk­nie wygła­dza jej twarz?

Przez chwilę mie­rzyły się spoj­rze­niami.

- No dobrze - pod­dała się wresz­cie Camille. - W Anglii do tej mik­stury dodaje się pro­szek uzy­skany ze skro­ba­nia czaszki nie­dawno powie­szo­nego ska­zańca.

Julia wyba­łu­szyła oczy.

- No teraz to już na pewno tego nie wypiję! - oświad­czyła sta­now­czo.

- Ale to prze­cież Fran­cja! - rze­kła szybko Camille. - Nie jeste­śmy takimi bar­ba­rzyń­cami jak Anglicy. U nas zamiast tego skład­nika dodaje się odro­binę mchu...

- To wszystko? - zdzi­wiła się Julia. - I to z tym mchem się tak cer­to­li­łaś?!

Camille przez chwilę roz­wa­żała w duchu, czy powinna poin­for­mo­wać swoją młodą pryn­cy­pałkę, że mech musi pocho­dzić z cmen­ta­rza, i to naj­le­piej z drzew rosną­cych jak naj­bli­żej gro­bów, ale posta­no­wiła, że zachowa tę wie­dzę dla sie­bie. Podob­nie jak tę, w jaki spo­sób ich kucharz pozy­skuje amo­niak.

Julia nie­uf­nie skosz­to­wała odro­biny płynu. Z obrzy­dze­nia aż się wykrzy­wiła, ale dziel­nie wypiła całość. Dia­bel­ska mik­stura oka­zała się zaska­ku­jąco sku­teczna, bo kiedy led­wie po kwa­dran­sie hra­bianka prze­kra­czała próg jadalni, czuła się jak nowo naro­dzona.

- No pro­szę, oto i jest nasz śpio­szek - na widok córki hra­bia Gustaw Zasław­ski pró­bo­wał podźwi­gnąć się z krze­sła. Ponie­waż od kilku dni męczył go ból kolana, Julia pod­bie­gła do niego i uca­ło­wała go w czoło, odgar­nąw­szy uprzed­nio rów­nie gęsty, co nie­sforny lok jego peruki.

- Nie­chaj się papa nie tru­dzi - rze­kła rado­śnie, po czym pode­szła do sie­dzą­cej z boku stołu mamy, która nawet nie pró­bo­wała wstać na powi­ta­nie. Hra­bina Zasław­ska sły­nęła z ogra­ni­cza­nia wszel­kiej aktyw­no­ści rucho­wej i mogłaby w tej kate­go­rii spo­koj­nie wyrów­nać rekord Świę­tego Syme­ona Słup­nika Star­szego, który wybu­do­wał sobie słup z małą plat­formą i jak na niego wlazł, tak nie zlazł przez czter­dzie­ści lat. Tyle że w przy­padku pani Ber­na­dette słup zastą­pił bal­kon jej pokoju, na któ­rym prze­sie­działa, jak dotąd, mniej wię­cej pół doro­słego życia. - Witaj, mamo!

- Sia­daj już! Zmów­myż modli­twę i zabie­rajmy się za jedze­nie - roz­ka­zała nie­cier­pli­wie hra­bina. - Za moment omdleję z głodu.

Nie z two­imi zapa­sami, pomy­ślała zło­śli­wie Julia, ale posłusz­nie zasia­dła za sto­łem. Choć z reguły jej mama miała zwy­czaj cele­bro­wa­nia każ­dego posiłku modłami dłuż­szymi niż cały Psał­terz Dawi­dów, to tego ranka ogra­ni­czyła się tylko do kil­ku­na­stu zdaw­ko­wych zdań, a potem dosłow­nie rzu­ciła się na jedze­nie. Kon­kret­nie zaś na per­liczkę z tru­flami, któ­rym to daniem poczę­sto­wano ją nie­dawno na dwo­rze kró­lew­skim. Julia, która towa­rzy­szyła wtedy rodzi­com i pierw­szy raz miała oka­zję spo­tkać się z Kró­lem Słońce, zmar­twiała już w cza­sie, kiedy władca ura­czył ją kom­ple­men­tem, że przy­po­mina mu jego metresę, mar­kizę de Mon­te­span, o tyle wąt­pli­wym, że ta była od niej pra­wie dwa razy star­sza. Nie to jed­nak ode­brało jej dech w pier­siach, ale fakt, że szcze­rzący się do niej w uśmie­chu władca nie miał więk­szo­ści zębów. Chwilę póź­niej hra­bianka Zasław­ska prze­żyła kolejny szok, kiedy to dwóch posa­pu­ją­cych z wysiłku słu­żą­cych wnio­sło do kró­lew­skiej jadalni potężne naczy­nie wyglą­da­jące niczym obcięta od góry gigan­tyczna amfora, skry­wa­jące w sobie, jak się nie­ba­wem oka­zało, dzie­siątki goto­wa­nych we wła­snym sosie kaczek, bażan­tów, zajęcy, kuro­patw i wła­śnie per­li­czek. Jedna z tych ostat­nich skoń­czyła, pod­lana sosem tru­flo­wym, na tale­rzu jej matki, która spa­ła­szo­wała ją w cało­ści i to szyb­ciej od króla, co zresztą wzbu­dziło jego ogromny podziw. Do tej pory bowiem w szyb­szym od niego tem­pie pochło­nął swoje jedze­nie tylko jeden raz mar­kiz de Pom­pa­dour, a i to jedy­nie dla­tego, że tuż przed ucztą otrzy­mał wia­do­mość, że jego żona wła­śnie go zdra­dza, w dodatku z wiej­skim parob­kiem. Pra­gnął więc czym prę­dzej wró­cić do domu, zała­pać ich in fla­granti, a potem obciąć jur­nemu mło­dzia­nowi jego narzę­dzie grze­chu, któ­rego to planu osta­tecz­nie nie wcie­lił w życie, bo chło­pak tak mu się spodo­bał, że uczy­nił go swoim oso­bi­stym sługą i w wol­nych chwi­lach zaba­wiał się z nim jesz­cze bar­dziej roz­pust­nie niż jego żona, acz zde­cy­do­wa­nie z więk­szą dys­kre­cją.

- Chcie­li­śmy ci coś wraz z twoją matką oznaj­mić - głos Gustawa ode­rwał hra­biankę od wspo­mi­na­nia kró­lew­skiej uczty, w cza­sie któ­rej Król Słońce naj­pierw zjadł tak na oko z pięć kilo roz­ma­itego mię­siwa i wypił z pół galonu wina, a potem dzie­sięć razy odwie­dził ubi­ka­cję. Nie mówiąc już o tym, że zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele razy zda­rzyło mu się wyda­wać roz­ma­ite, a przy oka­zji dono­śnie brzmiące odgłosy będące natu­ral­nym efek­tem nad­mier­nej kon­sump­cji.

- Tak, ojcze - Julia popa­trzyła na hra­biego z nadzieją. Naj­wyż­sza pora, abyś wresz­cie zło­żył jej życze­nia uro­dzi­nowe, tudzież zdra­dził, jaki pre­zent, poza wie­czorną wizytą w teatrze, dla niej naszy­ko­wa­łeś.

- Otóż... - Gustaw wyda­wał się wyjąt­kowo zmie­szany, co nie zda­rzało mu się zbyt czę­sto. - Jak wiesz, nasza rodzina ostat­nimi czasy ma pewne kło­poty natury, nazwijmy to, eko­no­micz­nej...

Czyli jeste­śmy spłu­kani, prze­tłu­ma­czyła sobie w duchu Julia.

- Zdą­ży­łam to zauwa­żyć - potwier­dziła, kiwa­jąc głową. - Ostatni raz pozwo­li­li­ście kraw­co­wej odwie­dzić mnie przed Bożym Naro­dze­niem. Pół roku temu! Nie­ba­wem już nie wpusz­czą mnie na żaden salon, żebym nie gor­szyła goli­zną widoczną w dziu­rach, z jakich będą się skła­dały moje stroje.

- No wła­śnie, no wła­śnie, dosko­nale... - Gustaw zda­wał się w ogóle nie sły­szeć jej słów. - Więc musisz mi ufać, kiedy powiem, że długo zasta­na­wia­li­śmy się wraz z twoją matką, co powin­ni­śmy zro­bić. Bar­dzo długo... Bar­dzo... I wymy­śli­li­śmy... Tylko nie wiemy, jak na to zare­agu­jesz. No cóż... Począt­kowo możesz nie być spe­cjal­nie zachwy­cona, ale zapewne, kiedy sama to prze­my­ślisz, to zro­zu­miesz... Tak. Jestem pewny, że sama przy­znasz nam rację...

- Papo! - Julia poczuła nagły nie­po­kój. - Czy mógł­byś wyra­żać się nieco bar­dziej zro­zu­miale?

- Otóż... - Gustaw zaczął ner­wowo krę­cić lok swo­jej peruki, co zda­rzało mu się tylko w chwi­lach wyjąt­ko­wego zaże­no­wa­nia, takich jak choćby moment, kiedy w cza­sie pan­to­mimy wysta­wia­nej pod­czas orga­ni­zo­wa­nego przez niego przy­ję­cia główny aktor, gra­jący zmar­łego już wów­czas Juliu­sza Cezara, dostał ataku czkawki, a towa­rzy­sząca mu aktorka wcie­la­jąca się w jego żonę Kal­pur­nię dostała takiego przy­pływu weso­ło­ści, jakby śmierć uko­cha­nego była naj­za­baw­niej­szym wyda­rze­niem w jej życiu. Po tym wie­czo­rze peruka Zasław­skiego skoń­czyła w śmie­ciach, bo jej twórca, mon­sieur Jacques, zawy­ro­ko­wał, że łatwiej będzie mu zro­bić nową niż, jak to się wyra­ził, "rato­wać coś, co wygląda, jakby na gło­wie pana hra­biego ucztę urzą­dziło sobie stado szczu­rów". - Jak się domy­ślasz, wia­do­mość o naszej sytu­acji nie jest dla nikogo tutaj tajem­nicą. Wszy­scy też wie­dzą, że nie stać nas na zapew­nie­nie ci nawet naj­mniej­szego posagu. Dla­tego nie masz żad­nych ado­ra­to­rów...

- Ow­szem, zdaję sobie z tego sprawę - przy­znała Julia - ale nie spę­dza mi to snu z powiek...

- A nam tak - wes­tchnął hra­bia. - Mamy jed­nak spo­sób, aby temu zara­dzić i spra­wić, abyś zna­la­zła męża, a nasza rodzina się wzbo­ga­ciła. Już w zeszłym roku latem wysła­łem list do mojej sio­stry Mileny. Pamię­tasz ją? Odwie­dziła nas bodajże pięć lat temu. Bar­dzo jej wtedy przy­pa­dłaś do gustu.

Julia poki­wała głową, choć w grun­cie rze­czy nie za bar­dzo pamię­tała samą ciotkę. O wiele lepiej zapa­dła jej w pamięć prze­piękna ala­moda, oliw­ko­wo­zie­lona, zdo­biona zło­tymi moty­wami roślin­nymi, fał­do­wana suk­nia ze sta­ni­kiem o kroju a la męski kaftan w typie pour­po­int, z abso­lut­nie zachwy­ca­ją­cym mięk­kim, koron­ko­wym, utrzy­ma­nym w tej samej kolo­ry­styce koł­nie­rzem. Do tego sio­stra hra­biego miała czarne skó­rzane ręka­wiczki z sze­ro­kimi man­kie­tami oraz zapie­ra­jący dech w pier­siach zie­lony kape­lusz z ogrom­nym ron­dem i w dodatku ozdo­biony lisią kitą. Wyglą­dała tak ślicz­nie, że aż Julia zło­żyła sobie w duchu przy­sięgę, że kiedy już sama zacznie decy­do­wać o dobo­rze swo­jej gar­de­roby, to będzie się ubie­rała dokład­nie w tym samym stylu.

- Opi­sa­łem jej naszą sytu­ację i popro­si­łem o radę - kon­ty­nu­ował hra­bia. - Milena, jak wiesz, ma spory mają­tek, który miał po niej odzie­dzi­czyć jej syn. Odpo­wie­działa mi, że jej Ludwi­czek nie­do­maga bar­dzo od dłu­giego czasu i szans na poprawę jego zdro­wia nie ma. Medycy uprze­dzili ją, że jeśli chło­piec dożyje do następ­nego lata, to tylko cudem. Napi­sała, że jeśli Pan zabie­rze go do sie­bie, to ona z chę­cią prze­każe swoją ogromną for­tunę odzie­dzi­czoną po mężu, hra­bim Bawo­row­skim, tobie, moje dziecko, a ze skrom­nych docho­dów z naszego rodzin­nego majątku, który jesz­cze oca­lał, będzie wypła­cała nam rentę.

- Och, to zna­ko­mite nowiny! - ucie­szyła się Julia, na­dal dzi­wiąc się w duchu smęt­nemu tonowi, jakim ojciec prze­ka­zał te wia­do­mo­ści, po czym uświa­do­miw­szy sobie nagle, czym może to być spo­wo­do­wane i jakim nie­tak­tem się wła­śnie wyka­zała, spu­ściła wzrok. - To zna­czy szkoda, oczy­wi­ście, mojego brata cio­tecz­nego, ale skoro wolą Pań­ską jest, aby dołą­czył do naszych przod­ków w raju, to musimy się z tym pogo­dzić.

- Tak, oczy­wi­ście - przy­tak­nął Gustaw. - A teraz... Nasi zna­jomi wró­cili wła­śnie z War­szawy i wie­ści przy­wieźli, że Ludwi­czek, na kura­cję wysłany przez medy­ków nad morze, naba­wił się tam cho­roby płuc i bez mała na łożu śmierci leży. Od tygo­dnia gor­li­wie się za niego wraz z matką twoją modlimy.

Rzut oka na twarz Ber­na­dette upew­nił Julię, że jej ojciec wygło­sił wła­śnie gigan­tyczne łgar­stwo.

- Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, czy nasze modli­twy zostaną wysłu­chane, czy też nie - dodał szybko Gustaw - przed nami czas próby. Nie­ła­twej.

- Jakiej próby?! - zdzi­wiła się Julia.

- Otóż, moje dziecko - hra­bia popa­trzył na córkę ze współ­czu­ciem - aby oddać ci część swo­jego majątku, moja sio­stra już w zeszłym roku popro­siła, a wła­ści­wie to nawet żądała, abyś przy­je­chała do Pol­ski.

- Słu­cham?! - Julia wytrzesz­czyła oczy i z wra­że­nia prze­wró­ciła sto­jący przed nią kubek z wodą poma­rań­czową.

- To jesz­cze nie wszystko - pospie­szył z wyja­śnie­niami Gustaw. - Milena nie chce, aby jej dobra dostały się w ręce kogoś z zagra­nicy. Dla­tego posta­wiła waru­nek, że kawa­ler, który otrzyma twoją rękę, musi być Pola­kiem. Twier­dzi, że jest tam dużo atrak­cyj­nych męż­czyzn i na pewno nie będziesz mogła się opę­dzić od absz­ty­fi­kan­tów.

Camille, która wła­śnie poda­wała Julii jedwabną chu­s­teczkę, korzy­sta­jąc z tego, że nikt poza hra­bianką nie widzi jej twa­rzy, wykrzy­wiła się zło­śli­wie i mru­gnęła do niej okiem.

- Choćby dla­tego, że będzie panienka jedyną nie­wia­stą w swoim kraju, która nie ma wąsa - szep­nęła. - Trzeba korzy­stać, bo druga taka oka­zja może się nie tra­fić.

- I co ty na to, moje dzie­cię?

Julia nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Ma porzu­cić Paryż? Euro­pej­ską sto­licę sztuki, poezji, muzyki, mody?! Wyje­chać w ogóle z Fran­cji?! Kraju ele­ganc­kich nie­wiast i szar­manc­kich męż­czyzn? I w dodatku udać się do jakie­goś zaco­fa­nego pań­stwa, w któ­rym podobno nawet w naj­więk­szych mia­stach po uli­cach bie­gają dzi­kie bestie, ludzie zamiast uży­wać sztuć­ców jedzą rękami, a w dodatku zimą można zmar­z­nąć na śmierć?! Czy tego wła­śnie ocze­kują od niej rodzice? Swoją drogą, co za fan­ta­styczny pre­zent na uro­dziny! Zamiast dia­men­to­wej kolii - wygna­nie na jakąś nie­cy­wi­li­zo­waną pro­win­cję Europy. Dra­mat!

- Co się sta­nie, jeśli odmó­wię? - zapy­tała cicho.

- No cóż... - wes­tchnął hra­bia. - Oba­wiam się, że wtedy wszy­scy będziemy musieli opu­ścić Paryż i prze­nieść się do domu two­jej sio­stry oraz liczyć na szczo­drość jej męża...

Julia w ostat­nim momen­cie ugry­zła się w język, żeby wypo­wie­dzieć nie­zbyt kul­tu­ralną opi­nię o swoim szwa­grze. Jeśli było cokol­wiek bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego od per­spek­tywy zamiesz­ka­nia w Pol­sce, to tylko bycie zda­nym na łaskę mar­kiza de Chasse, skąpca, który podobno nawet wła­snej matce wypła­cał tak małą pen­sję, że bie­daczce star­czało na zatrud­nie­nie led­wie czte­rech słu­żą­cych. Praw­dziwa tra­ge­dia!

- Nie prze­ży­ła­bym tego! - krzyk­nęła z egzal­ta­cją Ber­na­dette, wyplu­wa­jąc przy oka­zji nie­zbyt dokład­nie prze­żute kawałki per­liczki, co na wszyst­kich spra­wiło takie wra­że­nie, jakby nagle wyle­ciało jej naraz kilka zębów. - U mojego zię­cia podobno nawet kury dostają tak mało poży­wie­nia, że zno­szą tylko po jed­nym jajku dzien­nie! Na samą myśl o zamiesz­ka­niu z tym... z tym...

- Sma­ży­wiech­ciem - pod­po­wie­dział uczyn­nie hra­bia. Ponie­waż jed­nak uczy­nił to w swo­jej ojczy­stej mowie, jego żona, uwa­ża­jąca, że język pol­ski jest naj­trud­niej­szym, jakiego przy­szło jej się uczyć, popa­trzyła na niego ze zdu­mie­niem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki