Prolog
Prolog
Październik 2021 roku
- Halo! Halo! Liścik mam do szanownej!
Wesoły głos listonosza oderwał Różę Krull od rozmyślań, jak straszliwą
karę wymierzy swojej asystentce za niesmaczny żart, jakim było umówienie
jej na masaż kręgosłupa na siódmą rano, i czy w ogóle powinna korzystać
z usług kliniki zatrudniającej, oceniając po godzinie otwarcia, jakichś
psychopatów. Pisarka odwróciła się i skinęła głową znanemu jej od lat,
dobrotliwemu, starszemu panu trzymającemu w rękach pękatą złotą kopertę.
- Dzień dobry - powiedziała, uśmiechając się. - Niech pan go wrzuci do
skrzynki. Wyjmę, kiedy będę wracała. Jeśli go wezmę teraz, to na pewno
gdzieś zgubię.
Na twarzy listonosza pojawiła się wyraźna konsternacja.
- Nie za bardzo mam jak go tam zmieścić - wyjaśnił z zakłopotaniem. - Ma
pani w skrzynce mnóstwo innych przesyłek. Tyle się tego nagromadziło, że
nawet pomyślałem, że jest pani na wakacjach albo w szpitalu.
Do szpitala to trafię, jeśli mnie jeszcze raz ktoś zmusi do wstania z kurami, pomyślała Róża z rozgoryczeniem. Psychiatrycznego!
- No trudno, niech pan go da - wyciągnęła rękę - może poczytam sobie w poczekalni.
- A, to jednak jest pani chora - zmartwił się listonosz, wręczając jej
przesyłkę.
- Nie, nie! - zaprotestowała Róża, chowając kopertę do swojej torebki,
którą wszyscy jej znajomi określali uprzejmym mianem kobylastej. - Po
prostu pisałam książkę i prawie nie wstawałam od komputera. A gdy już to
zrobiłam, to się okazało, że mój kręgosłup najwyraźniej jeszcze by tam
sobie posiedział, bo kiedy spróbowałam go zmusić do innej aktywności, to
się drań zbuntował i popsuł. Idę go naprawić.
- W takim razie życzę powodzenia - listonosz rzucił jej współczujące
spojrzenie. - Gdy mnie ostatnio zaczęli składać gnaty, to przez tydzień
nie wstawałem z łóżka, tak mnie wszystko bolało. Ale potem przez jakiś
czas chodziłem jak nowo narodzony.
- Jak mi by się przydał tydzień w łóżku - westchnęła pisarka i pomachała swojemu rozmówcy na pożegnanie. Następnie stoczyła w duchu
szybki bój z pokusą wezwania Ubera, w czym pomogła jej najpierw trzeźwa
myśl, że od kliniki dzieli ją niecały kwadrans spaceru, a następnie
wspomnienie, jak to kilka dni temu radosny kierowca Azjata, zamiast
dowieźć ją w ciągu kilkunastu minut na Bielany, nagle zwariował i zrobił
jej prawie półgodzinną wycieczkę turystyczną po całym mieście, a na
każdy protest Róży uśmiechał się, wzruszał ramionami i mówił: "Ja nie
panimaju polisz i inglisz". Nie chcąc ryzykować kolejnej wpadki, Krull
ruszyła piechotą. Dokładnie za dwie siódma nieco zdyszana wkroczyła do
kliniki, gdzie od równie jak ona zaspanej recepcjonistki dowiedziała
się, że jej masażysta utknął w piekle na moście Śląsko-Dąbrowskim, w związku z tym nieco się spóźni, oczywiście jeśli tylko nie zamkną go,
gdy zacznie zaraz strzelać do innych kierowców. Róża z rezygnacją
machnęła ręką, po czym klapnęła na krześle w poczekalni i sięgnęła do
torebki po telefon. Po chwili gmerania uświadomiła sobie, że jej
smartfon został na szafce pod lustrem w przedpokoju. Już miała zamknąć
torebkę, kiedy wzrok jej padł na znajdującą się w środku kopertę. Wyjęła
ją i ze zdziwieniem odczytała imię i nazwisko nadawcy. Karol Zasławski.
Ha! Karolek... Jej ukochany kumpel z ogólniaka. Ile to już lat się nie
widzieli? Dziesięć? Piętnaście? Róża zmrużyła oczy.
Poczekalnia kliniki na moment magicznie zamieniła się w korytarz
stołecznego XVIII Liceum imienia Jana Zamoyskiego. Stała tam przed
pracownią fizyki, nieco wystraszona gigantomanią tego przybytku. W porównaniu z jej podstawówką wszystko tam było ogromne. I korytarze, i okna, i drzwi do sal lekcyjnych. W dodatku zamiast "proszę pani" trzeba
było zwracać się do nauczycieli per "pani profesor". Koszmar! Róża
miała szczerą ochotę nawiać stamtąd, i to w podskokach. Już właściwie
gotowa była zrealizować ów plan ewakuacji, a potem w domu oświadczyć
rodzicom, że wzorem wielu znanych artystów postanowiła zakończyć swoją
edukację na ośmiu klasach szkoły podstawowej, kiedy usłyszała za sobą
cichy głos mówiący:
- Damy radę...
Niepewna, czy aby ze stresu nie zamieniła się w Joannę d'Arc i nie
zaczęła słyszeć szeptów nie z tego świata, ostrożnie obejrzała się za
siebie. Stojący za nią szczupły, wysoki blondynek ze starannie ulizaną
grzywką, dużymi i, jak to później opisywała Róża, "dorosłymi" oczami
niepasującymi trochę do jego niewinnej, gładkiej, bez mała jeszcze
dziecięcej twarzy, patrzył na nią z poważną miną.
- Słucham? - zapytała.
- Mówię, że damy radę - powtórzył chłopak, wyciągając do niej rękę. -
Jestem Karol. Nie wiem, skąd to wiem, ale jestem pewny, że zostaniemy
przyjaciółmi. I że wytrzymamy w tym... więzieniu.
Róża pokiwała głową, nieco zaskoczona, że jej nowy znajomy użył słowa,
które i jej samej kołatało się po głowie od chwili, kiedy przekroczyła
próg liceum. Miejsce to idealnie nadawałoby się na więzienie. Dokładnie
tak!
Jak pokazała przyszłość, przeczucie nie zawiodło Karola. Przez cztery
lata oboje siedzieli w jednej ławce, pomagali sobie wzajemnie w nauce,
ona jemu w przedmiotach humanistycznych, on jej w ścisłych. Razem
chodzili na wagary, pocieszali się, kiedy ich pierwsze miłości
zamieniały się, jak to z reguły bywa w czasach młodości, w sercowe
katastrofy. Uwielbiali się, świata poza sobą nie widzieli, choć
paradoksalnie nigdy nie było między nimi żadnej fascynacji natury
erotycznej. Byli dla siebie jak rodzeństwo, którego tak bardzo im
wcześniej brakowało. Róża przypomniała sobie jeszcze ich ostatnie
spotkanie. Poczekalnia kliniki znów uległa metamorfozie, tym razem
przeobrażając się w halę odlotów na lotnisku Okęcie. Ileż to mieli wtedy
lat? Dwadzieścia pięć? A może dwadzieścia sześć?
- Kiedy tylko dolecę do Paryża, natychmiast dam ci znać - Karol patrzył
na Różę z wyraźnym żalem - i mam nadzieję, że gdy tylko skończysz
promocję książki, od razu wsiądziesz w samolot i przylecisz do mnie.
- Trochę to potrwa, bo mam trzymiesięczną trasę autorską - przypomniała
Róża.
- Nie wiem, jak wytrzymam bez ciebie tyle czasu...
W tym momencie to Krull doznała jasnowidzenia.
- A może - rzekła powoli - poznasz kogoś w tym Paryżu. Zakochasz się i nie będziesz już chciał, żebym cię odwiedziła.
- Co ty mówisz?! - oburzył się Karol. - Zawsze będę chciał!
- Ty owszem - Róża pokiwała głową - ale twoja ukochana może mieć coś
przeciwko. Nie znam kobiety, która tolerowałaby serdeczne przyjaciółki
swoich partnerów...
- Ja się zakocham?! - Karol popatrzył na nią z wyraźnym politowaniem. -
Daj spokój. Jadę tam pracować, a nie szukać miłości.
- Ale to przecież Paryż! - zauważyła Róża. - Miłość sama cię tam
znajdzie!
I choć zdarzało się, że intuicja czasem zawodziła pisarkę, tym razem
stało się dokładnie tak, jak jej podpowiedziała. Po trzech tygodniach
Krull odebrała od swojego przyjaciela SMS-a o treści: "Miałaś rację.
Paryż to jednak magiczne miejsce! I bardzo łatwo się tu zakochać!".
Potem wiadomości od Karola przychodziły coraz rzadziej i rzadziej. Kiedy
po kolejnych sześciu miesiącach Róża znalazła w skrzynce pocztowej
zaproszenie na ślub, nie poczuła nawet odrobiny zdziwienia. Pożałowała
jedynie, że data ceremonii jej przyjaciela zbiega się z uroczystą
premierą jej kolejnej książki Zbrodnia o smaku kawioru. Zadzwoniła
nawet do swojego wydawcy z pytaniem, czy nie dałoby się przełożyć tej
uroczystości, ale kiedy w odpowiedzi usłyszała, że i owszem, ale tylko
pod warunkiem, że "sama zeżre tonę kawioru i wychleje sto litrów
szampana, które zostały już zakupione na jej cholerną imprezę", szybko
spasowała. O ile jeszcze bowiem wypicie dowolnej ilości bąbelkowego
trunku znajdowało się w zasięgu jej możliwości, o tyle kawioru nie
cierpiała. Zadzwoniła wtedy do Karola, próbując ze skruchą
usprawiedliwić swoją nieobecność na jego ślubie, ale jej przyjaciel nie
zdawał się specjalnie przejęty faktem, że nie będzie mu towarzyszyła w czasie zmiany stanu cywilnego. "Mam wrażenie, że moja narzeczona
odetchnie z ulgą, bo chyba nie za bardzo podoba jej się nasza przyjaźń"
- wyjaśnił jej z rozbrajającą szczerością. Róża nie poczuła się
zdziwiona. Od razu też w duchu pogodziła się z faktem, że oto właśnie
nastąpił finał tej znajomości. Cóż... Doskonale wiedziała, że nic nie
jest na całe życie i nawet najbardziej zażyłe przyjaźnie mają czasem
swój termin ważności. Tym bardziej jednak zaskoczyło ją, że po tylu
latach milczenia Karol przypomniał sobie o niej i postanowił się
odezwać. Właściwie nie tyle odezwać, co wysłać jej... No właśnie, co to
właściwie jest? Róża wyjęła z torebki kopertę i niecierpliwym gestem
rozerwała ją w miejscu sklejenia. W środku znajdował się spory plik
zwiniętych na pół kartek formatu A4 oraz napisany na innym,
szlachetniejszym papierze list. Krull sięgnęła najpierw po niego i z lekkim wzruszeniem potoczyła wzrokiem po zdaniach, które niewątpliwie
napisał jej szkolny kolega. Tak często podrabiała jego pismo, na
przykład na klasówkach z języka polskiego, że znała je na pamięć. Tyle
lat minęło, a on nadal robił taką zabawną pętelkę przy literce "y" i zamiast kropki stawiał znaczek "v" nad "z", aby w ten sposób zrobić "ż".
Nic się nie zmieniło! Róża przez chwilę znów poczuła się tak jak wtedy,
gdy na próbnej maturze na moment zamienili się kartkami, aby uzupełniła
za Karola kilka zdań interpretacji wiersza Wisławy Szymborskiej. Ech, to
były czasy...! Dopiero po chwili dotarła do niej treść listu. "Droga
Różo" - pisał Karol. "Przepraszam, że przez tak długi czas nie dawałem
znaku życia. Jest mi strasznie głupio, ale wiesz... Zakochany człowiek
zapomina o całym świecie. W końcu wiadomo, że miłość oślepia, ogłusza i odbiera rozum. Gorzej, kiedy odchodzi, ale to już sprawa nie na list, a rozmowę, którą, mam nadzieję, kiedyś odbędziemy. O ile zdołasz mi
wybaczyć. Mam dla Ciebie coś na przeprosiny. Wiem, że nadal piszesz, bo
śledzę bacznie Twoją karierę. Pomyślałem, że może Cię zainspiruję. Otóż
udało mi się niedawno odwiedzić pałacyk, w którym, jak się okazało,
swoją młodość spędziła moja prapraprababka. W 1682 roku, kiedy miała
osiemnaście lat, wysłano ją do Polski na dwór królewski. Nie wiem, czy
kiedykolwiek wróciła do Paryża, ale chyba tak, bo jakimś cudem w pałacowej bibliotece zachowała się historia jej życia. Nie wiadomo, kto
ją spisał i w jakim celu, ale czyta się ją jak powieść. Ponieważ
częściowo pisana była staropolszczyzną, częściowo jakimś archaicznym
francuskim, a gdzieniegdzie nawet łaciną, ostatnich kilka tygodni
spędziłem na tłumaczeniu i przekładaniu jej na współczesny język polski.
Nie wyszło mi to jednak idealnie, bo po tylu latach w Paryżu też już nie
władam naszą mową perfekcyjnie. O ile kiedykolwiek władałem. Nasz język
jest taki skomplikowany! Wydrukowałem Ci kilkanaście pierwszych stron. Z różnych przyczyn, które na razie zachowam dla siebie, nie chcę wysyłać
nic drogą internetową. Jeśli ta historia Cię zainteresuje, to wydrukuję
i wyślę Ci całość, a jeśli wyrazisz takie życzenie, to i zdjęcia
oryginału. Ten ostatni pozwolono mi tylko sfotografować, bo jest tak
stary, że nawet przegląda się go pod okiem specjalisty. Jakbyś miała
pytania, służę wszelkimi wyjaśnieniami. A na razie życzę Ci dobrej
lektury. Może uda Ci się zrobić z tego książkę? Myślę, że ani moja
prapraprababka, ani też ktoś, kto to wtedy napisał, nie mieliby żadnych
pretensji. A ode mnie, jako od jedynego i ostatniego przedstawiciela
naszego rodu, masz zielone światło i pozwolenie. Daj znać, co o tym
sądzisz. Pozdrawiam Cię serdecznie. Karol Zasławski". Na końcu listu
znajdował się jeszcze numer telefonu do jej przyjaciela.
Róża poczuła się zaintrygowana. Jeszcze raz przebiegła wzrokiem po
liście, po czym sięgnęła po pierwszą kartkę z pliku. Drobno zadrukowana
z obu stron, nie zachęcała do czytania, jednak Krull postanowiła się nie
zniechęcać. Kiedy piętnaście minut później do kliniki wpadł mocno
zdyszany i jeszcze bardziej wkurzony masażysta, pisarka miała już za
sobą prawie całość nadesłanej jej lektury.
- Zapraszam... panią... za dosłownie dwie... minuty... do mojego
gabinetu - wysapał rehabilitant. - I przepraszam... ale nie było...
miejsc... na parkingu... pod kliniką... Musiałem... zaparkować aż pod
urzędem... miasta... I stamtąd... biegnę...
Róży przemknęło co prawda przez głowę, że jak na kogoś, kto w założeniu
ma tryskać zdrowiem i porażać idealną kondycją, ów masażysta za bardzo
wydaje odgłosy godne jej osiemdziesięcioletniej babci, kiedy tej
przychodzi pokonać więcej niż trzy schodki, ale nie miała teraz głowy do
rozmyślań nad formą fizyczną jakichś młodych osiłków.
- Dwie minuty - powtórzyła z roztargnieniem. - Idealnie!
Doczytała do końca akurat w momencie, kiedy została wezwana do gabinetu.
Po blisko godzinnym masażu, w czasie którego czuła się niczym
średniowieczna czarownica poddawana torturom, Róża ostatkiem sił
dowlokła się do swojego mieszkania. Zaparzyła sobie mocną herbatę,
zasiadła w swoim ulubionym fotelu i oddała się raz jeszcze lekturze
uwspółcześnionej przez swojego przyjaciela historii sprzed prawie
trzystu pięćdziesięciu lat. A kiedy skończyła, sięgnęła po telefon i wysłała do Karola wiadomość o treści: "Chętnie przeczytam całość".
Dokładnie trzy dni później wyrażone przez nią życzenie zostało
spełnione...
Rozdział I
Rozdział I
Adieu, Paris!
Francja, Paryż, 20 lutego 1682 roku
- Panienko! Pora wstawać! Ojciec i matka czekają już na panienkę z posiłkiem!
Julia Zasławska, młodsza z dwóch córek hrabiego Gustawa Zasławskiego i jego trzeciej, młodszej o dziesięć lat żony, Francuzki, Bernadette z domu Rigaud, niechętnie otworzyła lewe oko, a ponieważ wypowiadająca te
słowa służąca dokładnie w tej samej chwili gwałtownym ruchem odchyliła
zasłonę, wpuszczając do sypialni ostre słoneczne światło, czym prędzej
je zamknęła.
- No już! Niechaj panienka wstanie, zanim się pan hrabia pogniewa!
- Papa? Nie żartuj! - rzekła lekceważąco Julia, na wszelki wpadek
odwracając się tyłem do okien, żeby nie oślepnąć przy kolejnym otwarciu
oczu. Doskonale pamiętała przerażającą opowieść matki o tym, jak to
córka jej przyjaciółki Zazie pewnego dnia w czasie spaceru po ogrodach
Wersalu przez przypadek spojrzała prosto w słońce, a potem straciła
wzrok, zaczęła się zataczać niczym niespełna rozumu i na koniec wpadła
między bawiących się nieopodal młodych arystokratów. Co prawda później
usłyszała, jak służąca Zazie mówi lekceważąco do innej: "Niby taka była
ślepa, a wymacała tych biednych chłopców, jakby była nadwornym
medykiem", no ale oczywiście służba zawsze przypisywała swoim
pracodawcom jak najbardziej niecne intencje i nie należało tego brać pod
uwagę. - W takim dniu?! Spróbowałby...
- Aaa, no tak - służąca popukała się palcem po skroni. - Głupia ja!
Byłabym zapomniała! Wszystkiego najlepszego dla panienki! Zdrowia,
szczęścia, życzliwej Fortuny...
- Dziękuję, Camille...
- No i, oczywiście, wielu, wielu przystojnych adoratorów!
- Obejdzie się - mruknęła Julia, otwierając wreszcie oczy, co pozwoliło
jej zobaczyć swoje oblicze w lustrze zawieszonym na ścianie dokładnie na
wysokości jej łóżka. Wyglądała tak, że lekko ją zatchnęło. Poszarzała
twarz, podkrążone oczy, włosy nie dość, że nie pod czepeczkiem, to
jeszcze prezentujące się tak, jakby nocą w jej sypialni szalał tajfun.
Dramat! W dodatku nie miała na sobie kaftanika, a jedynie swoją ulubioną
nocną koszulkę zwaną domieszką, uszytą ze sprowadzonego z Niderlandów
muślinu, ozdobioną kwiecistym haftem i wykończoną koronką. Owszem, od
czasu do czasu zdarzało jej się kłaść spać bez kaftanika, zwłaszcza
latem, kiedy i tak w jej sypialni panował nieznośny gorąc, ale zawsze w takiej sytuacji nakładała go o bladym świcie, zanim służąca przekroczyła
próg jej pokoju. Pokazywanie się komukolwiek z rana w stroju uznawanym
przez jej ojca za niemoralny nie wchodziło przecież w rachubę! Co
prawda, zdaniem Julii nie miało to większego sensu, bo przecież Camille
pomagała jej przy porannej toalecie i w związku z tym widywała ją w stroju Ewy prawie codziennie, ale ojciec upierał się przy swoim:
niewiasta zawsze powinna wyglądać stosownie do pory dnia, okazji i nakazów etykiety. Zaś według tej ostatniej w nocy należało spać w kaftaniku, choćby nawet miało się dostać od tego tych dziwacznych,
piekielnie swędzących krostek, które w ojczyźnie jej papy nazywano
potówkami.
- Widzę, że panienka nie jest w najlepszej kondycji... - zauważyła
Camille z niewinną miną, porządkując rzeczy na toaletce. Gdyby tylko
Julia znała swoją służącą trochę gorzej, mogłaby się dać nabrać na
pozornie współczujący ton, jakim zostało wypowiedziane to zdanie.
Camille służyła jednak u niej od siedmiu lat, w czasie których hrabianka
zdołała poznać mocno sarkastyczne poczucie humoru swojej podwładnej.
- Miałam złą noc - wyjaśniła, starając się, aby zabrzmiało to
przekonująco. - Głowa mnie bolała tak, że nie mogłam zasnąć. Potem zaś
miałam koszmary senne.
- A co? - Camille popatrzyła na nią ironicznie. - Znów śnił się panience
jej narzeczony?
Julia spróbowała przywołać na swoje lico oburzoną minę, ale nie wyszło
jej to zbyt wiarygodnie. Głównie dlatego, że w cichości ducha też
uważała, że starający się o jej względy baron Maurice de Fontena nie
jest zbyt pięknym mężczyzną. Może nie miała o jego urodzie aż tak złego
zdania jak jej najlepsza przyjaciółka, Barbara, która pewnego dnia
stwierdziła, że mama barona, będąc w ciąży, musiała o jeden raz za dużo
zapatrzyć się w gargulce straszące z murów katedry Notre Dame. Ale i tak, nawet przy największej dawce dobrej woli, trudno było Julii uznać
swego adoratora za atrakcyjnego kawalera.
- Przepraszam - poprawiła się szybko Camille. - Kandydat na
narzeczonego...
- Nie. Tym razem nie - Julia pomyślała, że powinna zrugać służącą, ale
czuła, że nie ma to siły. - Śniły mi się czarownice, barbarzyńcy na
ulicach Paryża, pożary, krzyki, awantury, bijatyki...
- Brzmi jak opis każdej sobotniej nocy w tym mieście - mruknęła Camille,
po czym rzuciła Julii kolejne ironiczne spojrzenie. - Aż cud, że nie
śniła się panience karczma.
- Czemuż to? - zdziwiła się Julia.
- Bo w oparach tego, co panienka z siebie wydycha, byłoby to w pełni
zrozumiałe - Camille otworzyła okno. - Nie wnikam w to, co się działo
tutaj poprzedniego wieczoru, ale mowy nie ma, żeby panienka zaczęła
rozmowę z rodzicami, zanim nie przepłucze gardła wodą miętową. Zaraz ją
przyniosę z kuchni...
- Aż tak to czuć?
- Ujmę to tak... - Camille szybkim, bez mała tanecznym krokiem
przemierzyła dystans między oknem a drzwiami sypialni. - Jeśli chuchnie
panienka teraz swojemu ojcu w twarz, to w ramach prezentu urodzinowego,
zamiast do teatru na przedstawienie, zostanie odesłana do posiadłości w Lille. A tam zamknięta dokładnie w tej samej komnacie, w której żywot
skończyła jej ciotka, hrabina Klotylda, która przedtem też nie
rozstawała się z butelką. Za chwilę wracam...
Julia przez chwilę wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknęła jej
służąca, a potem zaczęła sobie przypominać szczegóły poprzedniego
wieczora. Nie świadczyły one najlepiej o jej moralności. Najpierw wraz z Barbarą wykradły z pałacowej piwnicy dwie butelki najlepszego, leciwego
trunku, który jej papa trzymał na specjalne okazje. Ponieważ najbliższa
z nich, jego urodziny, wypadała dopiero we wrześniu, doszły do wniosku,
że zdołają do tego czasu zdobyć coś, czym napełnią butelki. Bazowały
przy tym na podsłuchanej niegdyś opinii hrabiowskiego kucharza, że ojcu
Julii można zamiast wina podać nawet siki, bo ma przełyk tak przepalony
pieprzem, że cud, iż jeszcze w ogóle umie odróżnić pomarańczę od cebuli.
Kiedy już zdobyły zakazane trunki, szybko przemknęły do sypialni Julii,
aby ich skosztować i przeczytać dwie książki uważane przez całe ich
starsze otoczenie za skandaliczne i absolutnie niedozwolone. Jedną z nich była Histoire amoureuse des Gaules pióra uznawanego w arystokratycznych sferach za persona non grata Rogera de Rabutin,
hrabiego de Bussy, a drugą - Les Désordres de l'amour - dzieło
Madame de Villedieu, ulubienicy miłościwie rządzącego Francją Ludwika,
Króla Słońce. Podczas lektury tej drugiej książki mama Julii dostała w swoim buduarze takiego ataku duszności z ekscytacji, że aż musiano ją
przenieść do ogrodu i to na szezlongu, od czego jeden ze służących
doznał kontuzji kręgosłupa. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na
fakt, że po drugim porodzie pani Bernadette nie wróciła do dawnej
figury, a spożywanie obiadów, którymi spokojnie najadłoby się trzech
muszkieterów, sprawiło, że ważyła o wiele więcej od szezlongu, który
swoją drogą już dwa razy trzeba było oddawać do renowacji po tym, jak
się pod nią zawalił. Tak oto z butelkami w jednej dłoni, książkami w drugiej, tudzież wypiekami na twarzy Julia i Barbara celebrowały ostatni
dzień młodości tej pierwszej. Równo bowiem o północy, którą, notabene,
powitały wypiciem ostatnich łyków trunku, hrabianka Zasławska kończyła
osiemnaście lat, od którego to wieku jej zdaniem zaczynała się starość.
Nie było co się łudzić! Zważywszy na fakt, że Król Słońce został uznany
za pełnoletniego, gdy tylko przekroczył trzynasty rok życia, a jej
starszą siostrę wydano za mąż, gdy liczyła sobie szesnaście wiosen,
Julia nie dość, że czuła się już bez mała jak staruszka, to jeszcze była
pewna, że czeka ją staropanieństwo albo spędzenie reszty życia przy
baronie de Fontena. Z dwojga złego to pierwsze wyjście wydawało jej się
o wiele atrakcyjniejsze. Oczywiście, mogłaby mieć innych adoratorów, bo
przecież nie była brzydka. Tyle że, niestety, już cały Paryż wiedział,
że jej papa jest biedny jak mysz kościelna, a swój jedyny spadek,
niewielki dworek w okolicach Angers, oddał w posagu mężowi swojej
starszej latorośli, obecnie markizy de Chasse. W tej sytuacji jego
młodsza córka mogła liczyć na zaloty jedynie kompletnych desperatów,
takich właśnie jak ów nieszczęsny baron.
Julia westchnęła i spróbowała pozycję leżącą zmienić na siedzącą, co
pozwoliło jej odkryć, że jej głowa przez noc najwyraźniej wypełniła się
marmurem albo czymś równie ciężkim. W dodatku nie dość, że nie dało jej
się używać ze zwykłą lekkością, to jeszcze przy każdej próbie ruchu
zaczynała koszmarnie boleć. Hrabianka spróbowała kilka razy nią pokręcić
i bez mała ją zemdliło. Czyżby jednak papa miał rację, kiedy twierdził,
że takowych trunków winno się kosztować, dopiero kiedy jest się
dojrzałym w latach? A tu proszę, pospieszyła się i przyjdzie jej zapewne
teraz od tego opuścić ten świat. Jakby nie mogła poczekać tych
kilkunastu godzin! Przez chwilę zastanawiała się, co właściwie chciałaby
zrobić w ostatnich minutach przed spotkaniem Świętego Piotra i doszła do
wniosku, że najlepiej byłoby użyć bielidła, żeby nie straszyć strażnika
raju swoim wyglądem, bo jeszcze z przerażenia odeśle ją do czeluści
piekielnych. Zanim jednak rozstrzygnęła kolejny dylemat, a mianowicie
jak dojść do stojącej w przeciwległym do łóżka krańcu pokoju toaletki i nie stracić przy tym przytomności, gwałtowne otwarcie drzwi zaanonsowało
powrót jej służącej. Ponieważ towarzyszące temu skrzypnięcie zawiasów
zabrzmiało w uszach hrabianki mniej więcej jak dźwięk trąb
jerychońskich, Julia już otworzyła usta, aby udzielić Camille stosownej
reprymendy i pouczyć ją, aby na przyszłość nie wchodziła do jej komnaty
w taki sposób, jakby była uczestniczką wypraw krzyżowych i szturmowała
bramę Konstantynopola, ale ostatecznie nie wypowiedziała ani słowa,
zaskoczona tym, że służąca ma zajęte obie ręce. Zrozumiałe, że w takiej
sytuacji musiała wejść do pokoju przy pomocy kopniaka, a tego ze względu
na masywność pałacowych drzwi nie dało się uczynić inaczej niż z ogromnym impetem.
- Mam wodę miętową - oznajmiła Camille, stawiając na stoliczku pod oknem
trzymaną w prawej dłoni ozdobną karafkę - ale najpierw musi panienka
skosztować czegoś innego...
- Czego? - zapytała niechętnie hrabianka. - Nie mam ochoty. Nie czuję
się najlepiej. Mam wrażenie, że moja głowa za moment pęknie...
- No właśnie! - wykrzyknęła służąca, nie wiedzieć czemu z radością,
zdaniem Julii wyjątkowo niestosowną. - Tak sobie pomyślałam, że będzie
miała panienka kaca! Proszę natychmiast to wypić!
Podała jej dzierżony w lewej ręce złoty kielich. Julia co prawda nie
znała znaczenia słowa "kac", ale posłusznie przyjęła naczynie, z nieufnością przybliżyła je do twarzy, po czym powąchała zawartość.
- Chyba zwariowałaś! - krzyknęła, odsuwając kielich z obrzydzeniem. - To
jest obrzydliwe!
- Ale skuteczne - wyjaśniła Camille. - Oczywiście, może panienka tego
nie pić, ale wtedy będzie miała przez cały dzień wrażenie, że umiera. Do
tego jeszcze może panienka zacząć zwracać to, co zjadła albo dopiero
zje. I to już niebawem...
Jak na zawołanie Julia poczuła, że zaczyna się jej robić niedobrze.
Dokładnie jak wtedy, kiedy najadły się z Barbarą niedojrzałych winogron.
- Ale co to właściwie jest?! - zapytała z rezygnacją.
- Wynalazek, który nasz kucharz podpatrzył na dworze króla angielskiego.
Jak panienka wie, Karol I Stuart lubił nadużywać trunków, ale nie
najlepiej to znosił. Po tym, gdy na audiencji zwrócił pożywienie na
delegatów z Hiszpanii, i to ponoć tak gwałtownie, że jeden z nich zaczął
wyglądać, jakby ktoś mu wylał na głowę nieczystości z całego tygodnia...
- Czy mogłabyś ograniczyć te barwne opisy? - poprosiła Julia słabym
głosem, czując, że spożywane wczoraj na kolację posiłki coraz szybciej
podchodzą jej do gardła.
- Oczywiście - zgodziła się łaskawie Camille. - Więc Karol poprosił
więziennego medyka, doktora Johnathana Goddarda, o sporządzenie
mikstury, która zaradziłaby takim wypadkom. Nasz Charles zdołał ją
zdobyć od jego potomków. Ojciec panienki korzystał z niej już kilka
razy, wiadomo więc, że działa.
- Nadal nie odpowiedziałaś mi na pytanie, co to jest...
- Naprawdę chce panienka wiedzieć?!
Julia popatrzyła na nią podejrzliwie.
- Po twoim pytaniu wnioskuję, że jakieś obrzydlistwa - westchnęła z rezygnacją. - Tym bardziej chcę wiedzieć.
- Według pierwotnej receptury powinna tam być woda źródlana, trochę
suszonej żmii, kilka kropli soku z cytryny, odrobina amoniaku oraz... -
Camilla pochyliła się, żeby zebrać rozrzucone wokół łoża części
garderoby, zniżyła głos i wypowiedziała ostatnie słowa prawie
niesłyszalnie, po czym, wracając do normalnej pozycji, zapytała głośno:
- Czy mam dla panienki przygotować kąpiel?
- Zaraz, zaraz! - widok konsternacji na twarzy służącej wzbudził w Julii
najgorsze podejrzenia. - Jaki był ten ostatni składnik? Ten, przy którym
znienacka stałaś się niemową?
- Nie powiem!
- Camille! A chcesz, żeby moja mama dowiedziała się wreszcie, która ze
służących podkrada jej maść z miodu i śmietany? Tę, która tak pięknie
wygładza jej twarz?
Przez chwilę mierzyły się spojrzeniami.
- No dobrze - poddała się wreszcie Camille. - W Anglii do tej mikstury
dodaje się proszek uzyskany ze skrobania czaszki niedawno powieszonego
skazańca.
Julia wybałuszyła oczy.
- No teraz to już na pewno tego nie wypiję! - oświadczyła stanowczo.
- Ale to przecież Francja! - rzekła szybko Camille. - Nie jesteśmy
takimi barbarzyńcami jak Anglicy. U nas zamiast tego składnika dodaje
się odrobinę mchu...
- To wszystko? - zdziwiła się Julia. - I to z tym mchem się tak
certoliłaś?!
Camille przez chwilę rozważała w duchu, czy powinna poinformować swoją
młodą pryncypałkę, że mech musi pochodzić z cmentarza, i to najlepiej z drzew rosnących jak najbliżej grobów, ale postanowiła, że zachowa tę
wiedzę dla siebie. Podobnie jak tę, w jaki sposób ich kucharz pozyskuje
amoniak.
Julia nieufnie skosztowała odrobiny płynu. Z obrzydzenia aż się
wykrzywiła, ale dzielnie wypiła całość. Diabelska mikstura okazała się
zaskakująco skuteczna, bo kiedy ledwie po kwadransie hrabianka
przekraczała próg jadalni, czuła się jak nowo narodzona.
- No proszę, oto i jest nasz śpioszek - na widok córki hrabia Gustaw
Zasławski próbował podźwignąć się z krzesła. Ponieważ od kilku dni
męczył go ból kolana, Julia podbiegła do niego i ucałowała go w czoło,
odgarnąwszy uprzednio równie gęsty, co niesforny lok jego peruki.
- Niechaj się papa nie trudzi - rzekła radośnie, po czym podeszła do
siedzącej z boku stołu mamy, która nawet nie próbowała wstać na
powitanie. Hrabina Zasławska słynęła z ograniczania wszelkiej aktywności
ruchowej i mogłaby w tej kategorii spokojnie wyrównać rekord Świętego
Symeona Słupnika Starszego, który wybudował sobie słup z małą platformą
i jak na niego wlazł, tak nie zlazł przez czterdzieści lat. Tyle że w przypadku pani Bernadette słup zastąpił balkon jej pokoju, na którym
przesiedziała, jak dotąd, mniej więcej pół dorosłego życia. - Witaj,
mamo!
- Siadaj już! Zmówmyż modlitwę i zabierajmy się za jedzenie - rozkazała
niecierpliwie hrabina. - Za moment omdleję z głodu.
Nie z twoimi zapasami, pomyślała złośliwie Julia, ale posłusznie
zasiadła za stołem. Choć z reguły jej mama miała zwyczaj celebrowania
każdego posiłku modłami dłuższymi niż cały Psałterz Dawidów, to tego
ranka ograniczyła się tylko do kilkunastu zdawkowych zdań, a potem
dosłownie rzuciła się na jedzenie. Konkretnie zaś na perliczkę z truflami, którym to daniem poczęstowano ją niedawno na dworze
królewskim. Julia, która towarzyszyła wtedy rodzicom i pierwszy raz
miała okazję spotkać się z Królem Słońce, zmartwiała już w czasie,
kiedy władca uraczył ją komplementem, że przypomina mu jego metresę,
markizę de Montespan, o tyle wątpliwym, że ta była od niej prawie dwa
razy starsza. Nie to jednak odebrało jej dech w piersiach, ale fakt, że
szczerzący się do niej w uśmiechu władca nie miał większości zębów.
Chwilę później hrabianka Zasławska przeżyła kolejny szok, kiedy to dwóch
posapujących z wysiłku służących wniosło do królewskiej jadalni potężne
naczynie wyglądające niczym obcięta od góry gigantyczna amfora,
skrywające w sobie, jak się niebawem okazało, dziesiątki gotowanych we
własnym sosie kaczek, bażantów, zajęcy, kuropatw i właśnie perliczek.
Jedna z tych ostatnich skończyła, podlana sosem truflowym, na talerzu
jej matki, która spałaszowała ją w całości i to szybciej od króla, co
zresztą wzbudziło jego ogromny podziw. Do tej pory bowiem w szybszym od
niego tempie pochłonął swoje jedzenie tylko jeden raz markiz de
Pompadour, a i to jedynie dlatego, że tuż przed ucztą otrzymał
wiadomość, że jego żona właśnie go zdradza, w dodatku z wiejskim
parobkiem. Pragnął więc czym prędzej wrócić do domu, załapać ich in
flagranti, a potem obciąć jurnemu młodzianowi jego narzędzie grzechu,
którego to planu ostatecznie nie wcielił w życie, bo chłopak tak mu się
spodobał, że uczynił go swoim osobistym sługą i w wolnych chwilach
zabawiał się z nim jeszcze bardziej rozpustnie niż jego żona, acz
zdecydowanie z większą dyskrecją.
- Chcieliśmy ci coś wraz z twoją matką oznajmić - głos Gustawa oderwał
hrabiankę od wspominania królewskiej uczty, w czasie której Król Słońce
najpierw zjadł tak na oko z pięć kilo rozmaitego mięsiwa i wypił z pół
galonu wina, a potem dziesięć razy odwiedził ubikację. Nie mówiąc już o tym, że zdecydowanie zbyt wiele razy zdarzyło mu się wydawać rozmaite, a przy okazji donośnie brzmiące odgłosy będące naturalnym efektem
nadmiernej konsumpcji.
- Tak, ojcze - Julia popatrzyła na hrabiego z nadzieją. Najwyższa pora,
abyś wreszcie złożył jej życzenia urodzinowe, tudzież zdradził, jaki
prezent, poza wieczorną wizytą w teatrze, dla niej naszykowałeś.
- Otóż... - Gustaw wydawał się wyjątkowo zmieszany, co nie zdarzało mu
się zbyt często. - Jak wiesz, nasza rodzina ostatnimi czasy ma pewne
kłopoty natury, nazwijmy to, ekonomicznej...
Czyli jesteśmy spłukani, przetłumaczyła sobie w duchu Julia.
- Zdążyłam to zauważyć - potwierdziła, kiwając głową. - Ostatni raz
pozwoliliście krawcowej odwiedzić mnie przed Bożym Narodzeniem. Pół roku
temu! Niebawem już nie wpuszczą mnie na żaden salon, żebym nie gorszyła
golizną widoczną w dziurach, z jakich będą się składały moje stroje.
- No właśnie, no właśnie, doskonale... - Gustaw zdawał się w ogóle nie
słyszeć jej słów. - Więc musisz mi ufać, kiedy powiem, że długo
zastanawialiśmy się wraz z twoją matką, co powinniśmy zrobić. Bardzo
długo... Bardzo... I wymyśliliśmy... Tylko nie wiemy, jak na to
zareagujesz. No cóż... Początkowo możesz nie być specjalnie zachwycona,
ale zapewne, kiedy sama to przemyślisz, to zrozumiesz... Tak. Jestem
pewny, że sama przyznasz nam rację...
- Papo! - Julia poczuła nagły niepokój. - Czy mógłbyś wyrażać się nieco
bardziej zrozumiale?
- Otóż... - Gustaw zaczął nerwowo kręcić lok swojej peruki, co zdarzało
mu się tylko w chwilach wyjątkowego zażenowania, takich jak choćby
moment, kiedy w czasie pantomimy wystawianej podczas organizowanego
przez niego przyjęcia główny aktor, grający zmarłego już wówczas
Juliusza Cezara, dostał ataku czkawki, a towarzysząca mu aktorka
wcielająca się w jego żonę Kalpurnię dostała takiego przypływu
wesołości, jakby śmierć ukochanego była najzabawniejszym wydarzeniem w jej życiu. Po tym wieczorze peruka Zasławskiego skończyła w śmieciach,
bo jej twórca, monsieur Jacques, zawyrokował, że łatwiej będzie mu
zrobić nową niż, jak to się wyraził, "ratować coś, co wygląda, jakby na
głowie pana hrabiego ucztę urządziło sobie stado szczurów". - Jak się
domyślasz, wiadomość o naszej sytuacji nie jest dla nikogo tutaj
tajemnicą. Wszyscy też wiedzą, że nie stać nas na zapewnienie ci nawet
najmniejszego posagu. Dlatego nie masz żadnych adoratorów...
- Owszem, zdaję sobie z tego sprawę - przyznała Julia - ale nie spędza
mi to snu z powiek...
- A nam tak - westchnął hrabia. - Mamy jednak sposób, aby temu zaradzić
i sprawić, abyś znalazła męża, a nasza rodzina się wzbogaciła. Już w zeszłym roku latem wysłałem list do mojej siostry Mileny. Pamiętasz ją?
Odwiedziła nas bodajże pięć lat temu. Bardzo jej wtedy przypadłaś do
gustu.
Julia pokiwała głową, choć w gruncie rzeczy nie za bardzo pamiętała samą
ciotkę. O wiele lepiej zapadła jej w pamięć przepiękna alamoda,
oliwkowozielona, zdobiona złotymi motywami roślinnymi, fałdowana suknia
ze stanikiem o kroju a la męski kaftan w typie pourpoint, z absolutnie zachwycającym miękkim, koronkowym, utrzymanym w tej samej
kolorystyce kołnierzem. Do tego siostra hrabiego miała czarne skórzane
rękawiczki z szerokimi mankietami oraz zapierający dech w piersiach
zielony kapelusz z ogromnym rondem i w dodatku ozdobiony lisią kitą.
Wyglądała tak ślicznie, że aż Julia złożyła sobie w duchu przysięgę, że
kiedy już sama zacznie decydować o doborze swojej garderoby, to będzie
się ubierała dokładnie w tym samym stylu.
- Opisałem jej naszą sytuację i poprosiłem o radę - kontynuował hrabia.
- Milena, jak wiesz, ma spory majątek, który miał po niej odziedziczyć
jej syn. Odpowiedziała mi, że jej Ludwiczek niedomaga bardzo od
długiego czasu i szans na poprawę jego zdrowia nie ma. Medycy uprzedzili
ją, że jeśli chłopiec dożyje do następnego lata, to tylko cudem.
Napisała, że jeśli Pan zabierze go do siebie, to ona z chęcią przekaże
swoją ogromną fortunę odziedziczoną po mężu, hrabim Baworowskim, tobie,
moje dziecko, a ze skromnych dochodów z naszego rodzinnego majątku,
który jeszcze ocalał, będzie wypłacała nam rentę.
- Och, to znakomite nowiny! - ucieszyła się Julia, nadal dziwiąc się w duchu smętnemu tonowi, jakim ojciec przekazał te wiadomości, po czym
uświadomiwszy sobie nagle, czym może to być spowodowane i jakim
nietaktem się właśnie wykazała, spuściła wzrok. - To znaczy szkoda,
oczywiście, mojego brata ciotecznego, ale skoro wolą Pańską jest, aby
dołączył do naszych przodków w raju, to musimy się z tym pogodzić.
- Tak, oczywiście - przytaknął Gustaw. - A teraz... Nasi znajomi
wrócili właśnie z Warszawy i wieści przywieźli, że Ludwiczek, na kurację
wysłany przez medyków nad morze, nabawił się tam choroby płuc i bez mała
na łożu śmierci leży. Od tygodnia gorliwie się za niego wraz z matką
twoją modlimy.
Rzut oka na twarz Bernadette upewnił Julię, że jej ojciec wygłosił
właśnie gigantyczne łgarstwo.
- Niezależnie jednak od tego, czy nasze modlitwy zostaną wysłuchane, czy
też nie - dodał szybko Gustaw - przed nami czas próby. Niełatwej.
- Jakiej próby?! - zdziwiła się Julia.
- Otóż, moje dziecko - hrabia popatrzył na córkę ze współczuciem - aby
oddać ci część swojego majątku, moja siostra już w zeszłym roku
poprosiła, a właściwie to nawet żądała, abyś przyjechała do Polski.
- Słucham?! - Julia wytrzeszczyła oczy i z wrażenia przewróciła stojący
przed nią kubek z wodą pomarańczową.
- To jeszcze nie wszystko - pospieszył z wyjaśnieniami Gustaw. - Milena
nie chce, aby jej dobra dostały się w ręce kogoś z zagranicy. Dlatego
postawiła warunek, że kawaler, który otrzyma twoją rękę, musi być
Polakiem. Twierdzi, że jest tam dużo atrakcyjnych mężczyzn i na pewno
nie będziesz mogła się opędzić od absztyfikantów.
Camille, która właśnie podawała Julii jedwabną chusteczkę, korzystając z tego, że nikt poza hrabianką nie widzi jej twarzy, wykrzywiła się
złośliwie i mrugnęła do niej okiem.
- Choćby dlatego, że będzie panienka jedyną niewiastą w swoim kraju,
która nie ma wąsa - szepnęła. - Trzeba korzystać, bo druga taka okazja
może się nie trafić.
- I co ty na to, moje dziecię?
Julia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ma porzucić Paryż? Europejską
stolicę sztuki, poezji, muzyki, mody?! Wyjechać w ogóle z Francji?!
Kraju eleganckich niewiast i szarmanckich mężczyzn? I w dodatku udać się
do jakiegoś zacofanego państwa, w którym podobno nawet w największych
miastach po ulicach biegają dzikie bestie, ludzie zamiast używać
sztućców jedzą rękami, a w dodatku zimą można zmarznąć na śmierć?! Czy
tego właśnie oczekują od niej rodzice? Swoją drogą, co za fantastyczny
prezent na urodziny! Zamiast diamentowej kolii - wygnanie na jakąś
niecywilizowaną prowincję Europy. Dramat!
- Co się stanie, jeśli odmówię? - zapytała cicho.
- No cóż... - westchnął hrabia. - Obawiam się, że wtedy wszyscy będziemy
musieli opuścić Paryż i przenieść się do domu twojej siostry oraz liczyć
na szczodrość jej męża...
Julia w ostatnim momencie ugryzła się w język, żeby wypowiedzieć niezbyt
kulturalną opinię o swoim szwagrze. Jeśli było cokolwiek bardziej
przerażającego od perspektywy zamieszkania w Polsce, to tylko bycie
zdanym na łaskę markiza de Chasse, skąpca, który podobno nawet własnej
matce wypłacał tak małą pensję, że biedaczce starczało na zatrudnienie
ledwie czterech służących. Prawdziwa tragedia!
- Nie przeżyłabym tego! - krzyknęła z egzaltacją Bernadette, wypluwając
przy okazji niezbyt dokładnie przeżute kawałki perliczki, co na
wszystkich sprawiło takie wrażenie, jakby nagle wyleciało jej naraz
kilka zębów. - U mojego zięcia podobno nawet kury dostają tak mało
pożywienia, że znoszą tylko po jednym jajku dziennie! Na samą myśl o zamieszkaniu z tym... z tym...
- Smażywiechciem - podpowiedział uczynnie hrabia. Ponieważ jednak
uczynił to w swojej ojczystej mowie, jego żona, uważająca, że język
polski jest najtrudniejszym, jakiego przyszło jej się uczyć, popatrzyła
na niego ze zdumieniem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki