p
Rozdział 1
Król
Otchłań.
Miejsce, do którego trafiają najwięksi przestępcy mojego świata.
Jedni mówią, że po drugiej stronie nie ma niczego, dlatego ci, których wrzuca się w magiczne wrota, nie mają już odwrotu. Ja jednak wiedziałem, że to nie prawda.
Ponieważ byłem Królem i wiedza na temat prawdy Otchłani została mi przekazana wraz z przyjęciem tytułu.
W rzeczywistości... Otchłań była niczym innym jak innym wymiarem, w którym człowiek otrzymywał to, na co zasługiwał. Miejsce te miało tak naprawdę jedno zadanie - wyciągnąć prawdę leżącą w ludzkiej naturze. Dlatego większość osób, które tam trafiało, traciło zmysły, pogrążając w poczuciu winy za swoje czyny i w większości przypadków umierało pod jej ciężarem w przeciągu godzin, góra kilku dni.
Jak sięgają zapiski, w całej historii ludzkości udowodniono niewinność tylko dwóm osobom, które zostały "wrzucone" do Otchłani. Pierwszą "uratowano" dosłownie kilka godzin po tym, jak wtrącono ją do środka - niestety, kiedy ją z niej "wyciągnięto", okazało się, że oszalała, a jej umysł zapadł się, pogrążony w jakimś horrorze. Przypuszczano, że to, co wyciągnęła z tej osoby Otchłań, to strach przed życiem, gdyż - sądząc po wywiadzie na temat tej osoby - to była ona wycofana i zlękniona, jeszcze zanim osądzono ją i skazano w przepaść Otchłani.
Przyznaję, że - samo wspomnienie opisu tego przypadku - nawet mi stawiało włosy na rękach z trwogi. Jednak działo się to na wieki przede mną - przed tym, jak zostałem Królem.
Co do drugiego przypadku... cóż, osobą, która została uwolniona... była wtrącona piętnaście lat temu dziewczyna.
Tak - Dziewczyna.
Dziecko miało wtedy piętnaście lat - niewiele mniej niż wówczas ja. Co więcej, znałem ją - często siedziała samotnie, pogrążona w lekturze lub patrząc smutno na bawiące się dzieci. Pamiętałem jednak, że miała koleżanki i co więcej - dwie z nich należały teraz do mojej osobistej Gwardii, mojego osobistego oddziału najlepszych i najbardziej zaufanych.
Do dziś pamiętałem ten dzień. Dziewczyna była magiem - przejawiała słabe odmiany różnych mocy, a jednak, pomimo tego, została protegowaną najsilniejszego z naszych Magów. Nie pozostała nią jednak długo, albowiem chwilę po tym odkryto zwłoki kilku dziewczyn, które - jak sam dobrze wiedziałem - bardzo "umilały" jej życie. Jak łatwo było połączyć z nią te zabójstwa - jak łatwo było obarczyć ją winą.
Pamiętam, że wtedy nie wiedziałem, co o tym myśleć. Niby wiedziałem, co jej robiły - nawet kilka razy je pogoniłem, ponieważ dziewczyna niczego nie robiła, za każdym razem przyjmując na siebie ich ataki. Dlatego właśnie i we mnie jawiły się wątpliwości - myśl, że w końcu wybuchła i się ich pozbyła.
Lecz sposób, w jaki dokonano mordu... Mag Blackrose od początku do końca walczył, by udowodnić jej niewinność. Lecz wydawało się, że nie ma on żadnych mocnych dowodów jej niewinności, patrząc na to, jak wiele było przeciw niej.
Piętnaście lat... tyle czasu minęło od dnia, kiedy wtrącono ją do Otchłani.
Piętnaście lat...
W dniu, kiedy nałożono na moją głowę Królewską Koronę, wypadała dziesiąta rocznica jej zamknięcia. Nie chciałem, by odbywało się to tamtego dnia - pomimo tego, że minęło tak wiele lat, ten dzień pozostawił na moim języku niesmak - jakieś uczucie niesprawiedliwości dla dziewczyny, która została skazana jak zwykły pomiot szatana, wtrącona do miejsca, skąd nie ma odwrotu.
Tamtego dnia - dnia dziesiątej rocznicy, dnia mojej koronacji, miałem pierwszy sen.
Stałem na suchej ziemi pełnej skał - wiał wiatr, poruszając połami czarnych płaszczy, spod których wyzierały kości martwych. Poznawałem to odzienie - były to rytualne szaty Skazanych, których wtrącono w Otchłań.
Mój sen wyglądał z początku tak samo - szedłem między martwymi ciała, kierując w stronę skalistej góry. Kiedy do niej dochodziłem, zawsze ukazywało się przede mną przejście i w pierwszym roku - jedyny moment, do jakiego potrafiłem dojść - to to przejście. Kiedy w nie wchodziłem, zwyczajnie się budziłem, zarówno zlany potem, jak i czując w środku frustrację na myśl, że nie mogę niczego dostrzec - dowiedzieć się, po co właściwie tam idę.
Moja frustracja zniknęła jednak drugiego roku panowania, gdyż właśnie w nim udało mi się wejść do groty i ujrzeć jej wnętrze.
Widziałem niewielkie jezioro, oświetlone z boku przez dziurę w skale. Podchodziłem do niego spokojnym krokiem, po czym - gdy już stałem obok - te rozjaśniało się od środka błękitnym blaskiem.
Wtedy pojawił się kolejny powód mojej frustracji, gdyż - w chwili, kiedy patrzyłem ponad taflę, na drugi brzeg - dostrzegałem tylko, jak coś się tam rozjaśnia... i ponownie się budziłem.
Tak było jeszcze przez kolejne dwa lata. Pierwszego roku dochodziłem do przejścia groty. Drugiego dochodziłem do jeziora. Trzeciego udało mi się dostrzec drugi brzeg, na którym - niczym na ścianie - rozjaśniały się bajecznie kwiaty, pozostawiając jednak dość spory odstęp w samym ich centrum. Czwartego udało mi się przebyć jezioro i podejść do tego miejsca.
A tam... ujrzałem Ją.
Rozdział 2
Król
Była młoda, lecz przede wszystkim piękna. Niczym oplatające ją kwiaty, jej włosy były długie, nieskazitelnie białe, choć wyraźnie widziałem, że ma na sobie czarne szaty Skazańca. Nie wiedziałem, kim była - w żadnym ze snów nie udało mi się jej obudzić, jednak nie byłem głupcem. Przeczucie towarzyszyło mi już od dnia koronacji, lecz lekceważyłem je do czasu, jak z kolejnym mijanym rokiem sen nie znikał, lecz potęgował swoje znaczenie, ciągnąc mnie coraz dalej.
Wiedziałem, że sprawa tamtej nastoletniej Skazanej nie może mieć takiego zakończenia. Szczerze nie wierzyłem, by nadal żyła - minęło całe piętnaście lat. Co do snu, to bardziej podejrzewałem, że to jej duch docierał do mnie zza zamkniętych wrót Otchłani, prosząc, bym zabrał stamtąd jej ciało.
Dlatego podjąłem własne śledztwo - nie mogłem dłużej tego ignorować. Rozmawiałem ze swoimi ludźmi - tymi, którzy ją znali. I szybko się przekonałem, jak bardzo ta wycofana i z pozoru zlękniona dziewczyna, była ceniona przez najbliższych. Do mojego dochodzenia szybko przyłączyli się inni, gotowi zrobić wszystko, by oczyścić jej imię i dać jej godny pogrzeb.
Szukaliśmy punktu zaczepienia tak naprawdę tylko jeden dzień. Bardzo szybko zrozumiałem, że przeprowadzone niegdyś śledztwo nie było rzetelnie wykonane - ktoś Chciał, by tam trafiła, by odebrano jej wszystko i skazano na śmierć.
Odszukanie pionków tej intrygi okazało się proste - problem jednak polegał na tym, że nadal nie wiedzieliśmy "dlaczego". Nie wiedzieliśmy, kto to zrobił i z jakiego powodu.
A powód musiał być naprawdę ogromny, skoro posunięto się aż tak daleko.
Piętnaście lat... miała piętnaście lat, kiedy skazano ją na wrzucenie do Otchłani. I minęło dokładnie drugie tyle - jakby coś czekało na to, abym ruszył tę sprawę.
Jednak nie spodobał mi się jej finał, rozdrapujący niegdyś zamkniętą - jak myślałem - dziurę w moim sercu, którą byłem pewny, że już nic nigdy nie otworzy. Ta dziewczyna... okazała się całkowicie niewinna - wystarczyło pociągnąć kilka sznurków, znaleźć odpowiednie osoby... tymczasem ktoś przekupił praktycznie wszystkich w tamtych czasach, by skazać ją na śmierć w Otchłani.
Kim tak naprawdę była? Dlaczego skazano ją na taki los? Jaki był powód, dla którego ktoś zszargał jej imię, podczas gdy ona nigdy nikomu nic złego nie zrobiła?
Rozdział 3
Król
Uniewinniłem ją. Zebrałem wszystkich mieszkańców zamku, jednocześnie za pomocą magii roznosząc głos po całych swoich ziemiach.
Komunikat był krótki: wszczęto ponowne dochodzenie i odkryto, iż jest niewinna. Wezwałem ludzi również do tego, by - jeśli chcą - przybyli do Mauzoleum Otchłani i uczestniczyli w nabożeństwie pochowania jej z całym szacunkiem i honorami, na jakiego zasługiwała.
Kiedy wieczorem przybyłem na miejsce, okazało się, że nie ma zbyt wiele osób. Cóż, była bardzo młoda - nie miała nawet okazji poznać więcej ludzi.
Jednak tych, których ujrzałem... byli to prawie wszyscy moi sojusznicy. Co więcej, ujrzałem Maga Blackrosa, a nawet Księcia rodu Wilków, który powiedział tylko jedno na widok mojego zaskoczenia:
- Akurat byłem w drodze do ciebie, kiedy nastał komunikat. Nigdy nie wierzyłem w jej winę - zawdzięczam jej życie i pożegnam ją tak, jak na to zasługuje.
Kiwnąłem poważnie głową - miał do tego święte prawo. Wtedy jednak odezwał się Blackrose:
- Panie... pragnę przywołać ją osobiście.
- Rozumiem twoją lojalność Black, ale... - zacząłem od razu, lecz mi przerwał, kręcąc głową:
- Panie... nie rozumiesz - i spojrzał na pozostałych. - Żadne z was nie rozumie.
- Ale czego? - zapytała Hika, która należała kiedyś do przyjaciółek Skazanej.
- Ponieważ uważam - co więcej, jestem pewny - iż ona żyje.
Wszyscy zamilkliśmy w szoku, lecz otrząsnąłem się jako pierwszy, starając trzymać emocje na wodzy.
- Black... wiem, że była twoją uczennicą, ale...
- Królu, nigdy nie powiedziałem, dlaczego to akurat ją wybrałem na ucznia... ale widzę, że nadszedł w końcu czas, by to powiedzieć. Ona miała w sobie światło - światło zmieszane z najgłębszą czernią. Posiadała w sobie równowagę, zdolną utrzymać ją w Otchłani.
- Ale... przecież Zakuro była taka niepewna siebie... - zaczęła Hika, lecz Black zauważył:
- Jednak czy kiedykolwiek zrobiła coś wbrew sobie? Czy pozwoliła na nacisk otoczenia?
- ... - Hika wymieniła spojrzenie z Ebisu, która niegdyś również była przyjaciółką Zakuro. - Nie - przyznała w końcu. - Zawsze zaskakiwało mnie to, że potrafi być taka wycofana, ale i twarda jednocześnie...
Blackrose pokiwał głową.
- Kiedyś zadałem jej pytanie. Spytałem, jak się widzi - jak określiłaby swoją duszę.
- Co odpowiedziała? - zapytałem, gdyż wbrew pozorom, w naszym świecie, to pytanie było bardzo ważne, a odpowiedź na nie bardzo często pozwalała określić ukryty charakter i moc danej osoby.
- "Jestem na równi biała, co czarna" - usłyszałem i mój zszokowany wzrok padł na Mauzoleum. - Tego rodzaju wyznanie usłyszałem pierwszy raz z ust nastoletniego dziecka.
- Ale, nawet jeśli ona żyje... - zaczął wtedy Książę. - To na pewno nie będzie taka, jak kiedyś. Minęło piętnaście lat na Boga - przeczesał nerwowo włosy. - Co jeśli stała się cieniem siebie? Albo stała się po prostu zła, bo ciemność w jej duszy zwyciężyła?
- ...na to nie znam odpowiedzi - przyznał w końcu, widać pokonany tym argumentem. - Dlatego tym bardziej to ja powinienem otworzyć przejście. Niewielu o tym wiedziało, lecz Zakuro miała w sobie ogromne pokłady magii, nad którymi nie potrafiła panować.
- To dlatego... - zacząłem od razu, lecz w tym samym momencie wyrwała się Ebisu:
- To dlatego się nie broniła? To dlatego na to wszystko pozwalała? Bo bała się, że jak uwolni moc... - kiedy pokiwał głową, wszyscy wręcz wbiliśmy wzrok w ziemię.
Tyle słów... tyle rewelacji, które tak długo przed nami skrywał...
- Black... Dlaczego nic nikomu nie powiedziałeś? Nawet po tym, gdy ją Skazano? - zapytałem, lecz on spojrzał na mnie poważnie.
- Z jednego powodu: by ją chronić. Gdyby wtedy się dowiedziano, że jej moc jest aż tak niestabilna, jeszcze trudniej byłoby ją bronić. A gdyby wyszło to po Skazaniu, oczerniono by ją jeszcze bardziej.
Miał rację. A mimo to... to nawet nie była ona.
- ...dobrze - zgodziłem się w końcu, nie wiedząc tak naprawdę, czy to, co mówi, może być realne. - Otworzysz Otchłań. Jednak, jeśli ona faktycznie żyje i zaatakuje... - spojrzałem na pozostałych. - Wtedy zainterweniujemy i ją schwytamy.
Nawet przedstawienie tego planu było dla mnie dziwne... lecz jeśli istniała jakakolwiek szansa...
- Dobrze.
I tak to się zaczęło - tak doszliśmy do prawdy jednej Skazanej.
Tej, którą wtrącono do Otchłani jako dziecko... by wyciągnąć ją, będącą w pełni kobietą.
W ten sposób nastał początek... zarówno dla niej, jak i dla mnie.
Jednak to, co z nią przeszedłem, to już dalsza historia. Najpierw musiałem przecież ją uwolnić.
A jej uwolnienie było największym zaskoczeniem mojego życia...
Rozdział 2
Zakuro
To dla ciebie - usłyszałam niecałą godzinę później, kiedy tamci zabrali mnie z Mauzoleum.
Posadzili mnie przed stołem, na którym ujrzałam kilka potraw... lecz sam ich zapach drażnił mój nos.
Poznawałam te zapachy. Były to niegdyś dania, które lubiłam.
Minęło tyle lat... tymczasem oni nadal pamiętali o czymś tak mało ważnym.
Myślałam, że Rhis mnie okłamuje - a jednak dawałam się karmić jego kłamstwami. Mówił mi, zwykle w tych najgorszych momentach, że ktoś nas zabierze z tego miejsca - że są ludzie, którzy o mnie pamiętają i nadal we mnie wierzą, choć ja, tak prawdę mówiąc, będąc w Otchłani zapomniałam więcej, niż byłam w stanie przyznać.
Dlatego nie wierzyłam. Tymczasem patrzyłam teraz na swoje ulubione potrawy, czując, że zaczynam drżeć z potrzeby.
- I co ty na to? - zapytała radośnie Hika, siadając obok mnie.
Widząc to od razu sobie przypomniałam, że robiła tak również w czasie, jak byłyśmy dziećmi... Widać pod tym względem nic się nie zmieniła.
- Powiedziałyśmy kucharzom o wszystkim, co lubiłaś. Tak to byśmy same to przygotowały - podrapała się nieporadnie po głowie. - Ale nie jesteśmy dobre w te klocki...
- Mów za siebie - Ebisu postawiła przede mną coś, co przypominało mi sok z lodem. - Ja umiem przygotować chociaż jajecznicę - ty masz problem z zagotowaniem wody.
Hika wydęła policzki z irytacji, lecz zrozumiałam, że już nie daję rady.
- Zostawcie mnie samą - powiedziałam, aż wymieniły bez słowa spojrzenia.
Na szczęście jednak wyszły, zanim wybuchłam... i rzuciłam na to całe jedzenie jak zwykłe zwierzę.
Tak dawno... tak dawno nie jadłam ciepłego, po prostu smacznego jedzenia. Jadłam rękoma, pożerając wszystko jak leci - i nim pojęłam byłam cała brudna, a moje zęby zamarły w połowie wgryzania się w mięso.
Moje oczy wypełniły łzy, które po chwili spłynęły po moich policzkach. Połknęłam ostatni kawałek mięsa, po czym rozpłakałam się żałośnie, kuląc na ławie.
Zachowałam się jak bestia, a nie człowiek. I tak naprawdę od dawna się jak taki nie czułam.
Przez piętnaście lat walczyłam o siebie - walczyłam z Otchłanią, która chciała zabrać mnie ze sobą. Gdyby nie Rhis, gdyby nie jego wsparcie, umarłabym już tego pierwszego dnia...
Nie - pokręciłam gwałtownie głową i otarłam łzy. Otchłań mnie nie pochłonęła - to prawda, zmieniła mnie, lecz nie zabiła.
Byłam taka, jaka od zawsze miałam być - Otchłań wydobyła mój prawdziwy charakter, moją stalową wolę, moją siłę, dzięki której wytrwałam pierwsze piętnaście lat swojego życia. Te piętnaście lat w Otchłani wyciągnęło to jednak ze mnie na zewnątrz, przez co byłam na tyle silna, by trwać.
Jednak teraz widziałam, że oszukiwałam samą siebie - samo to, jak się teraz zachowałam, dało mi odpowiedź na pytanie, którego bałam się do tej pory zadać.
Pytanie... czy ja wciąż byłam człowiekiem?
Rozdział 3
Król
Zamknąłem na moment oczy, po czym ruszyłem korytarzem w stronę swoich komnat - zatrzymałem się jednak dopiero w chwili, kiedy wszedłem do swojej części zamku, po czym - niesiony gniewem - przebiłem pięścią ścianę.
Nie potrafiłem tego opanować - to, co zobaczyłem, odebrało mi resztki nadziei, że ona Naprawdę ledwo odczuła działanie Otchłani.
Kiedy dziewczyny zabrały ją, by dać jej jeść, zwołałem zabranie Rady - dyskutowaliśmy o jej przeżyciu - o tym, że jest w pełni świadoma i racjonalna. Większość Rady uważała to za cud - zauważyłem, że wszelkie wątpliwości - co do stanu jej umysłu - odsunęli w kąt, jakby tylko jej przeżycie i świadomość były ważne.
Kiedy wyszedłem ze spotkania, zdałem sobie sprawę, że czuję w sobie coś osobliwego - jakby nie wszystko, co zostało powiedziane, mi odpowiadało. Czułem, że coś mi umknęło - że coś ważnego zostało zignorowane.
I dowiedziałem się "co" kiedy, po spotkaniu czekających na Zakuro Hiki i Ebisu, poszedłem zobaczyć się z tą pierwszą.
Zobaczyłem wtedy, jak je - była jak w amoku, nie widziała niczego poza jedzeniem. Wydawała się wręcz oszalała z głodu... lecz to jej łzy mną wstrząsnęły.
W pewnej chwili jakby dotarło do niej, co robi - już nie ukrywała twarzy, choć nadal miała na głowie kaptur. Rozpłakała się, patrząc na resztki jedzenia - na pobojowisko, które zrobiła... a potem spojrzała na siebie i popłakała się jeszcze bardziej, kuląc ze strachu.
Nie mogłem tego znieść - odszedłem, nie chcąc, by wiedziała, że to widziałem.
Że widziałem, jak się rozsypuje, patrząc na swoje ręce, jakby nie należały do niej.
Lecz do zwykłego potwora.
Rozdział 1
Król
Od czasu, gdy uniewinniłem Zakuro i wydobyliśmy ją z Otchłani, minął dokładnie tydzień. Jednak, tak szczerze mówiąc, nie spędziłem z nią zbyt wiele czasu - właściwie, poza dniem przywołania, widziałem ją tylko raz i to z daleka. Jeśli chodziło jednak o jej poczynania przez ten czas... cóż, słyszałem wieści na jej temat każdego dnia, i to przynajmniej pięć razy.
Na dodatek, w większości przypadków, były to niezbyt przychylne słowa, głównie dlatego, że okazało się, iż Zakuro nie słucha nikogo. I to Dosłownie Nikogo.
Co chwilę dochodziło mnie słuchy, że komuś napyskowała, zlekceważyła lub zwyczajnie olała. Szczególnie psioczyli na nią członkowie mojej Rady - każdy z nich udał się do niej osobiście, by ją powitać, lecz dostawał w odpowiedzi zimny prysznic.
Jedynie Blackrose próbował jakoś ją usprawiedliwiać - ale prawda była taka, że traktowała go wcale nie lepiej od pozostałych. Z tego, co mówił Black, to jedynym ustępstwem dla niego były słowa, brzmiące mniej więcej tak: "Z dawnego szacunku do pana proszę o jedno: niech pan nie wtyka nosa w nie swoje sprawy". I to było wszystko - ostrzeżenie, by tak naprawdę nie prowokował jej do tego, by i jemu nawtykała.
Z drugiej strony, nadzieję na to, że goszczące w niej kiedyś dobro nadal istniało, dawały mi relacje, jakie otrzymywałem od ludzi ze swojej Gwardii - a przynajmniej od tych, którzy niegdyś ją znali i lubili.
Podobno Zakuro stosowała wobec nich metodę "olewaj, lecz słuchaj". Kilka razy przyuważyli że, mimo iż ich ignorowała, to w ostatnim momencie, kiedy już tracili rezon, ona wzdychała ciężko, mówiła kilka słów i odchodziła, z czego te kilka słów było bezpośrednią odpowiedzią na cały ich wywód.
To oznaczało, że tak naprawdę wcale nie była tak obojętna, jak przedstawiała ją Rada. Nie wiem - może nie tolerowała już żadnych autorytetów? Ponieważ to właśnie oni wsadzili ją do tego piekła?
- Panie? - otrząsnąłem się i spojrzałem na zebranych wokół stołu członków Rady.
- Przepraszam, zamyśliłem się. O czym była mowa?
- O Uniewinnionej Zakuro! - Radny Markiz aż walnął pięściami w stół.
Cóż... z tego, co wiedziałem, to jemu najbardziej dała się we znaki.
- Zdajemy sobie sprawę, że ta kobieta musiała przejść piekło będąc tyle czasu zamknięta w Otchłani, lecz jej zachowanie staje się niedopuszczalne! Ona nie uznaje żadnych autorytetów, jest pyskata, wnerwiająca... nie ma w sobie za grosz szacunku czy ogłady!
Pozostali kiwali głowami, lecz ja westchnąłem cicho, zabierając głos:
- Panowanie, niby to wszystko wiecie, lecz nawet nie dajecie jej czasu, by zdołała się ogarnąć. Minął dopiero tydzień - przypomniałem, lecz wtedy ponownie odezwał się Markiz, zwracając uwagę na pewien mały, acz musiałem przyznać ważny szczegół:
- Jest na tyle ogarnięta, by pyszczyć, a nie na tyle, by okazywać szacunek? To absurd!
Musiałem w ciszy przyznać, że w normalnych okolicznościach zgodziłbym się z nim... lecz zawsze w takich chwilach stawał mi przed oczami obraz, który ujrzałem tego pierwszego dnia, przy stole.
Nie mogłam im o tym powiedzieć. Nie mogłem powiedzieć, że ona Naprawdę nie jest w stanie tego robić. Sądzili, że z jej umysłem jest wszystko dobrze - lecz tak nie było, a ja nie chciałem, by się dowiedzieli i uznali przez to za słabeusza.
Zachowując się w ten sposób, Zakuro pokazywała, że jest silna, twarda i nieugięta. Gdyby poznali prawdę, uznano by ją za męczennicę i traktowano jak zepsute jajko... a wiedziałem, że była to ostatnia rzecz, jakiej chciała.
Do tego... było jeszcze coś. Coś, o czym tak naprawdę nie wiedział nikt... a ja sam miałem o tym zapomnieć lata temu, w chwili, kiedy zostałem Królem.
Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, czy pojawienie się Zakuro cokolwiek zmieni...
"Nie" - obiecałem sobie zdecydowanie i wstałem, robiąc jedyną rzecz, jaką mogłem:
- Porozmawiam z nią - oświadczyłem, po czym dodałem: - Od tej pory... biorę ją na siebie.
Rozdział 2
Zakuro
Leżałam na trawie, trzymając między zębami źdźbło trawy. Nade mną rozciągało się piękne, błękitne niebo, okraszone tylko kawałkami białych, lekkich chmur.
Bardzo brakowało mi tego nieba. Niebo w Otchłani niemal zawsze było szare, a pełni słońca nie można było tam uświadczyć. Wiatr również nie potrafił być ciepły - był neutralny, podczas gdy tutaj owiewał mnie ciepły, letni wiatr.
Miałam ochotę zasnąć, dlatego zamknęłam oczy... wyczułam jednak wtedy czyjąś obecność i to, jak ten ktoś do mnie podchodzi. Już zaczęłam napinać mięśnie, by w razie czego się obronić, lecz poczułam w sobie obecność Rhisa, dającego mi znać, bym wyluzowała. Pozostałam więc na miejscu, konstatując po chwili, jak ktoś obok mnie siada.
Zaciekawiona uchyliłam lekko powiekę... by ujrzeć zaskoczona samego Króla.
- ...a co to za zaszczyt mnie kopnął? - zapytałam, na co ten spojrzał na mnie tymi swoimi jasno-złotymi oczami i zapytał:
- Przeszkadzam ci w zbijaniu bąków?
Mimowolnie uniosłam w pochwale brwi.
- Punkt - przyznałam, na co ujrzałam lekki uśmiech.
Król był... cóż, kiedyś określiłabym go jako pięknego. Mówiłam tak na każdego faceta, który mi się podobał, lecz uważałam, że nie mam u niego szans.
Teraz jednak już tak nie myślałam - uważałam, że jestem warta każdego, lecz nie każdy jest wart mnie. Miły bonus uzyskania pełni siebie po przekroczeniu Otchłani.
Musiałam jednak przyznać, że spośród wszystkich spotkanych po powrocie z Otchłani facetów... to właśnie Król wywierał na mnie najsilniejsze wrażenie.
Miał naprawdę cudowne, jasnozłote oczy i czarne, krótko obcięte włosy, okraszone dość gęstym, lecz bardzo zadbanym zarostem. Do tego był wysoki i barczysty - przypominał mi - zarówno budową, jak i tym zarostem - wielkiego niedźwiedzia, jednak jego ruchy i sprężysty krok, bardziej pasowały mi do wielkiego kota. Co więcej, jego włosy były okraszone złotymi niczym jego oczy pasemkami, co, tak naprawdę, wywoływało we mnie dość osobliwe wspomnienie pewnego chłopca, jeszcze z czasów zanim mnie Skazano.
Wspomnienia były nadal bardzo niewyraźne w mojej głowie - wiele osób do tej pory nie potrafiłam skojarzyć, choć wyraźnie, kiedy mi coś opowiadali, pamiętałam sytuację, lecz nie do końca ich. Właściwie nadal miałam problemy z przypomnieniem sobie wielu szczegółów na temat Hiki i Ebisu, choć one były mi najbliższe...
"Chwila" - zamrugałam nagle, patrząc, jak Król mi się przygląda. - Czy ja faktycznie go przedtem znałam? Nie miałam pewności, ponieważ, tak szczerze mówiąc, ani razu nie usłyszałam od nikogo imienia Króla. Gdybym je poznała... może wtedy bym coś sobie o nim przypomniała?
Nagle Król poruszył się i zsunął trochę w dół - po chwili leżał obok mnie, patrząc w niebo.
- ...nie wiem, kiedy ostatnio patrzyłem w niebo - wyznał nagle, aż sama spojrzałam do góry. - Człowiekowi zawsze się wydaje, że ono tam będzie, nie zmienione... zapomina, że to właśnie ono trzyma go przy żuciu.
Przyznaję, że zaintrygowały mnie jego spostrzeżenia. Na tyle, że uznałam, że sama coś powiem:
- Tyle że niebo zmienia się cały czas. - Poczułam, że na mnie spojrzał, dlatego kontynuowałam, zdając sobie po chwili sprawę, że on nie tylko na mnie patrzy, ale i mnie słucha: - Mówię jednak o tym niebie. W Otchłani... niebo jest jednym pasmem szarości. Nie widać nawet skrawka błękitu, a światło słoneczne niemal w ogóle tam nie dociera. Właściwie... przez cały czas, jak tam byłam, ujrzałam jego promienie wychylające się zza chmur może ze trzy razy, lecz były za daleko, by cokolwiek mi to dało.
- ...innymi słowy... - zaintrygowana tym razem to ja spojrzałam na niego, by ujrzeć, że patrzy poruszony na czyste, błękitne niebo. - Tak naprawdę przestajemy doceniać to, co mamy.
- ...właściwie to przestajecie to doceniać lub zwyczajnie to niszczycie - skorygowałam go i znów spojrzałam w niebo. - Ludzie chcą coraz więcej - zapominają, by przede wszystkim pielęgnować to, co mają w sobie.
- ...czy to tego nauczyła cię Otchłań?
- Tak - przyznałam. - Przetrwałam tylko dzięki sobie i Rhisowi. On był moją przystanią, lecz przez większość czasu polegałam wyłącznie na sobie.
- ...przepraszam.
Zamrugałam i spojrzałam na niego - nasze oczy w końcu się spotkały.
- Za co?
- Za to, że tak późno podjąłem się śledztwa.
Zamrugałam... po czym parsknęłam niekontrolowanym śmiechem.
- Cud, że w ogóle to zrobiłeś - zauważyłam, śmiejąc sucho. - Te ważniaki z twojej Rady nawet nie kiwnęły palcem, by mnie stamtąd zabrać - a teraz pewnie wpakowaliby mnie tam z powrotem.
- ...a więc miałem rację - powiedział wtedy i uniósł się do siadu, patrząc na moją twarz w skupieniu. - To dlatego dajesz im się we znaki, prawda? Bo poprzednia Rada ci nie pomogła?
Wytrzymałam jego domagający się odpowiedzi wzrok dwie sekundy, po czym sama również usiadłam, niemal zetknęłam nasze nosy i rzuciłam mu w twarz, wbijając wzrok w jego zdumione teraz spojrzenie:
- Daję im się we znaki, ponieważ to stado pieprzonych dupków, którym powywracało się w tyłkach przez nadmiar władzy w rękach.
Wtedy to mnie zaskoczył, bo błyskawicznie oparł rękę po mojej lewej stronie na trawie, tym samym wiążąc mnie częściowo w swoim uścisku.
Nachylił się do mnie jeszcze bliżej, mrużąc groźnie oczy, po czym rzekł cichym, śmiercionośnym głosem:
- To ja dałem im tę władzę, ponieważ mimo gadki to dobrzy i ogarnięci ludzie. Całą Radę wybrałem osobiście, wymieniając każdego, kto mógł przeszkodzić mi w panowaniu. Obrażając ich w ten sposób, obrażasz przede wszystkim mnie, a ja nie mam zamiaru tego tolerować.
Moja dłoń, opierająca się na trawie przy jego prawym boku, zaczęła lekko drżeć. Miałam ochotę mu przyłożyć... lecz, ledwo o tym pomyślałam, i mój wzrok nie chcący zsunął się na jego usta.
Moje serce zabiło gwałtownie, kiedy pojęłam, jak blisko jesteśmy - nagle zdałam sobie sprawę z nacisku jego klatki piersiowej na moje ciało, z bliskości jego warg... Gwałtownie zagryzłam usta, unosząc spojrzenie z powrotem do jego oczu.
Co okazało się błędem, ponieważ zrozumiałam, że nie tylko ja przed chwilą pojęłam, jak blisko siebie jesteśmy. Jego wzrok... zaskoczenie nagle zaczęło mijać i ujrzałam, jak jego oczy ciemnieją - jak złoto staje się roztopionym miodem... a ja już wiedziałam, że znam ten wzrok. Znam te oczy...
Jednak kim ty dla mnie byłeś?
- ...powinienem cię ukarać za te wszystkie zniewagi - powiedział, wyrywając mnie z zadumy, lecz jego groźba brzmiała w moich uszach bardziej jak gorąca pieszczota. - Powinienem...
- Więc zrób to - ukaż mnie - zażądałam, chcąc, by się pozbierał, by przestał tak na mnie patrzeć, przywołując wspomnienia, których nie potrafiłam w pełni uchwycić. - Wtrąć mnie do lochu, wychłostaj mnie, czy co tam chcesz, tylko...
Wtedy rozwarł lekko usta, przełknął ciężko ślinę - czym chyba rozstroiłby nawet najbardziej zimnokrwista kobietę - i nagle, bez żadnego ostrzeżenia, złapał za ostatnią rzecz, o jakiej bym pomyślała... będącą jednocześnie jedyną, jakiej się panicznie bałam.
Złapał mój kaptur!
- Nie! - krzyknęłam, lecz nie zdążyłam go powstrzymać.
Zerwał mi go z głowy... tym samym ukazując Prawdziwą spuściznę, jaką otrzymałam, będąc zamkniętą w Otchłani.
Moje niegdyś mysio brązowe włosy zniknęły... zastąpione czystą bielą świata Otchłani.
Wyrwałam się, chcąc nałożyć go z powrotem, lecz wtedy padł rozkaz:
- Ani się waż!
Spojrzałam na niego wręcz ze strachem, lecz on wtedy wstał, patrząc na mnie z dziwną mieszaniną ciepła i nagany i oznajmił:
- To twoja "kara" - usłyszałam. - Od tego dnia, tej chwili, nie wolno ci ukrywać włosów.
- Co... - nie wierzyłam w to, co mówił. - Nie możesz mi tego zakazać!
- Mogę - i podszedł do mnie, złapał pod brodę, po czym oświadczył, patrząc prosto w moje oczy: - Jestem tu Królem i za chwilę wszyscy w Królestwie otrzymają rozkaz, by przypilnować cię, kiedy będziesz w zasięgu ich wzroku.
- Nie... Dlaczego do diabła?!
- Nie zmuszę cię, byś szanowała Radę, lecz mogę zmusić cię, byś nabrała do mnie respektu.
- W ten sposób?!
- Nie akceptujesz niczego... niczego oprócz siły - zauważył dobitnie i puścił mnie, by odejść. - A więc użyję jej, byś zrozumiała, że świat już nie koncentruje się tylko na tobie.
- Dupek! - krzyknęłam, na co ten obejrzał się na mnie, ku mojemu zaskoczeniu błyskając na mnie groźnie złotym okiem...
Jakim cudem ten błysk mógł być się dla mnie naturalny? Zupełnie jakbym widziała go takiego setki razy...
- Dla ciebie Król dupek. Uważaj na język - jeśli powiesz na mnie w ten sposób w czyjejś obecności, to przysięgam, że pokazywanie włosów będzie najmniejszym z twoich zmartwień.
I odszedł.
Tak po prostu.
Rozdział 3
Król
Kiedy nadszedł wieczór i w końcu mogłem trochę odsapnąć, ściągnąłem z siebie Królewską czerń i ubrałem w wygodne spodnie oraz białą koszulę. Mój wzrok padł na już nocne niebo i podszedłem do okna, by usiąść na parapecie.
Przez cały dzień wypierałem z głowy świadomość prawdy, lecz teraz już nie było od tego ucieczki - zasłoniłem usta, po czym schowałem wyraz swoich oczu w dłoni.
To była Ona. Naprawdę to ona była kobietą z moich snów - tą, do której docierałem przez ostatnie pięć lat. Nie byłem tego pewny, ponieważ za każdym razem, kiedy chciałem się jej przyjrzeć, moją uwagę przyciągały jej oczy - piękne, soczyście zielone, inteligentne i ostre jak nóź. Jednak, kiedy ujrzałem jej włosy... zrozumiałem, że to faktycznie jej obraz widziałem w swoich snach.
Rozkaz pokazywania włosów... jak nisko upadłem, by karać kogoś w taki sposób. Jednak jej reakcja - jej przerażenie okazało się autentyczne - po raz pierwszy coś wybiło ją z tego lekceważącego tonu.
Dlatego pociągnąłem to i faktycznie rozkazałem wszystkim pilnować, by nie zakrywała przy nikim głowy - lecz nie posunąłem się aż tak daleko, jak zapewne się bała. Ludzie mogli ją napominać - jednak, przy silnym uporze z jej strony - miałem być natychmiast informowany. Co jednak będę wtedy robił... cóż, nadal nie wiedziałem.
Ona była sto razy piękniejsza, kiedy się nie ukrywała. A ja... Boże, wstyd się przyznać, ale ja - najbardziej niedostępny spośród wszystkich facetów w Królestwie - niemal straciłem panowanie nad sobą, bo zapragnąłem ją pocałować i zwyczajnie wziąć jak staliśmy... do tego w momencie, kiedy się ze mną kłóciła.
Czy ja postradałem rozum? Aż tak ogłupiły mnie jej oczy i cięty język, że niemal zapomniałem, kim jestem - kim jest Ona? A była w tej chwili na czarnej liście każdego członka Rady - albo prawie, bo nie wiedziałem, czy Black doszedł już do tego punktu.
Ona... kiedy obok niej usiadłem, kiedy się odezwałem, byłem zadziwiony jej spokojną odpowiedzią - zaintrygowany tym, że normalnie ze mną rozmawia, choć członkowie Rady twierdzili, że ledwo otwierali usta, a już była wobec nich wręcz okropna.
Dlaczego? Dlaczego była przy mnie normalna? Dlaczego - choć była tak inna od dawnej siebie - złapałem się dziś na tym, iż myślę o niej jak o dawnej Zakuro?
I dlaczego...
- Dlaczego tak na mnie patrzyłaś? - szepnąłem, po czym spojrzałem w gwieździste niebo, szukając na nim odpowiedzi. - I dlaczego się nie ugięłaś, kiedy wszyscy inni w twojej sytuacji uciekali ode mnie, błagając o wybeczenie?
To była dla mnie największa niewiadoma. Nie cofnęła się przede mną - nie uciekała. Wręcz stanęła mi naprzeciw, walcząc o to, bym to ja odpuścił. Tymczasem ja się podnieciłem, walcząc między chęcią dania jej nauczki, a zamknięciem jej ust swoimi wargami w namiętnym pocałunku.
Zrozumiałbym jeszcze jej zachowanie, gdyby mnie pamiętała... a raczej osobę, którą kiedyś byłem. Osobę... dla której była po prostu ważna.
Jednak nie zauważyłem u niej nawet pojedynczego znaku, by pamiętała kogoś podobnego do mnie... a tym bardziej samego mnie, co powinno dać mi ulgę.
Powinno... lecz, w rzeczywistości, czułem teraz w piersi ciężar, o którego obecności zapomniałem, a którego przyjąłem na siebie w chwili zdobycia Miecza Królów.
Zamknąłem oczy, i przykryłem swoje serce, chcąc je znów zamknąć... lecz nie potrafiłem, dlatego zadałem sobie pytanie.
Kim była obecna Zakuro, tak podobna i tak różna od dawnej siebie? I co najważniejsze...
Czy mogło to mieć dla mnie jakieś znaczenie?
Rozdział 1
Król
Od czasu, kiedy wydałem rozkaz, by Zakuro nie zasłaniania włosów, minął prawie tydzień, a ja byłem zmuszony interweniować w jej sprawie przynajmniej dziesięć razy. Z jednej strony "interwencja" była za mocnym słowem, bo ledwo pojawiałem się na horyzoncie, a ta milkła, robiła minę, jakbym wyrządził jej ogromną krzywdę, po czym odsłaniała włosy i zwyczajnie odchodziła, tupiąc sfrustrowana nogami. Z drugiej zaś...
Cóż, z drugiej strony - jej stawanie okoniem wobec innych - wzrosło do rozmiarów "wieży do nieba", jak określali to już członkowie Rady i coraz częściej wysłuchiwałem opinii na temat tego, "jak taka piękna kobieta może być taka nienawistna?".
Mówiąc szczerze, to nie wiedziałem już, co z nią robić - była cholernie uparta, do tego teraz omijała mnie na kilometr, puszczając spojrzenie, po którym czułem się jak ostatni gnojek, choć ten rozkaz był tylko efektem jej własnych działań. Do tego teraz stawiała się jeszcze bardziej, przez co byłem w coraz gorszej sytuacji.
Gorszej... ponieważ miałem coraz mniej sił, by ją bronić.
Minęły kolejne dwa tygodnie - Zakuro była w Królestwie prawie miesiąc i jej wojowniczy charakterek dawał się we znaki wszystkim. Jedynie Hika jeszcze ją broniła, bo Ebisu też miała powoli dość.
Najgorsze jednak było to, że tego dnia miały przybyć do Królestwa grupki dzieci z okolicznych sierocińców. Zapraszałem te maluchy do zamku co miesiąc i tak było i tym razem, choć Rada namawiała mnie, bym tym razem sobie darował. Od pewnego czasu zaczęto przypuszczać, że Zakuro może być większym zagrożeniem, niż wszyscy myśleli, bo była ostra i niebywale cięta. Fakt, jeszcze z nikim się nie biła - o tyle - lecz jej zachowanie prowokowało do bitki nawet najbardziej cierpliwych. Coraz częściej padały słowa, że Otchłań zabiła w niej "biel" - że została tylko "czerń", ukazując w postaci nie znikającego gniewu i frustracji. Że nie było w niej już niczego pozytywnego, o co warto byłoby walczyć.
Te słowa... za każdym razem odbijały się we mnie echem, przywołując przed oczy jedną scenę.
Scenę z tego pierwszego dnia - scenę z jadalni, kiedy płakała, patrząc na siebie jak na potwora. Do tego tamten wyraz jej oczu, kiedy się kłóciliśmy... to, jak patrzyła na mnie oczami skrzywdzonego dziecka... Wiedziałem, że coś w niej nadal posiadało "biel" - jednak, czy było jej na tyle, by mogła nadal mieszkać w zamku? W końcu zaczną na mnie naciskać, bym ją wygnał, bo na Dworze mogą mieszkać tylko ci, którym można ufać.
Kiedyś... nigdy bym w nią nie zwątpił - co więcej, ufałem jej całym sercem. Jednak teraz...
Czy faktycznie mogłem jej ufać, samemu przecież widząc, jak się zachowuje?
Rozdział 2
Zakuro
Spałam smacznie na drzewie, kiedy moich uszu dobiegł dziecięcy śmiech.
Zamrugałam zaspana, po czym ziewnęłam rozdzierająco i spojrzałam w dół.
Faktycznie, pod moim drzewem były dzieci - od mojego powrotu z Otchłani nie widziałam w sumie żadnego malucha, dlatego obserwowałam je przez chwilę w ciszy.
Bawiły się chyba w ganianego - ich radosny śmiech rozbrzmiewał w moich uszach, zupełnie jakby był czymś nowym, lecz równocześnie dobrze mi znanym...
Ledwo o tym pomyślałam i przymknęłam powieki, ponieważ obserwując je nagle ujrzałam w głowie obraz - zobaczyłam samą siebie, bawiąca się z jakimiś dziećmi... rozpoznając po chwili pośród nich Hikę i jakiegoś chłopca, którego obraz zaraz niknął.
"No proszę - czyli miałam jakieś miłe wspomnienia" - pomyślałam, nadal patrząc na dzieciaki.
Od czasu wyjścia z Otchłani powróciło do mnie trochę wspomnień - właściwie co kilka dni uświadamiałam sobie, że pamiętam coraz więcej - lecz nadal nie było tego zbyt wiele. A już na pewno nie było zbyt wiele tych pozytywnych wspomnień, które wpłynęłyby dobrze na moje uczucia i zachowanie.
Jednak to jedno... cóż, na pewno rozpoznawałam rudowłosą Hikę. To ona po raz pierwszy wciągnęła mnie do zabawy, bo zwykle siedziałam z boku, bojąc podejść i spytać, czy mogę się z nimi bawić. Hika była pierwszą dziewczyną, która mnie zauważyła... pierwszą, która obdarzyła mnie szczerym uśmiechem.
Zamknęłam oczy, po czym znów przyjrzałam maluchom.
Te dzieci cały czas się śmiały - uśmiechy nie schodziły z ich radosnych twarzy.
Kiedy... Kiedy ostatnio widziałam prawdziwą radość?
- Ooo, patrzcie! Tam jest jakaś pani!
I nim pojęłam te otoczyły drzewo, na którym siedziałam, patrząc do góry wielkimi, okrągłymi z zaskoczenia oczami.
- Czy pani tam utknęła?! - krzyknęło jakieś dziecko, a drugie zawtórowało:
- Poprosić kogoś o pomoc?!
Cóż... w sumie byłam dobre siedem metrów nad nimi...
- Nie trzeba - zawołałam spokojnie, po czym zaskoczyłam z gałęzi, lądując gładko na trawie. - Jak widzicie wszystko jest... - kontynuowałam, prostując się, lecz wtedy usłyszałam pełne ekscytacji:
- Łooo, ale super! - i dzieci otoczyły mnie, patrząc na mnie błyszczącymi podziwem oczami. - Jak pani to zrobiła? To było tak wysoko!
- Jest pani Gwardzistką?
Dopytywały, lecz usłyszawszy to ostatnie rzekłam zmieszana:
- Nie, nie jestem.
Jezu, kiedy ostatnio czułam się tak niepewnie?!
- Ale mieszka tu pani, prawda? - zapytała jakaś dziewczynka, lecz zanim odpowiedziałam kontynuowała: - Ale super! Musi być pani wspaniała, skoro może tu być - w zamku żyją tylko ci najlepsi i najbardziej zaufani Królowi!
Moja odpowiedź zniknęła i zamknęłam usta.
"Najlepsi"? "Najbardziej zaufani"? Do tego "wspaniała"? Ja?
- ...sorki dzieciaki, ale muszę was rozczarować - i nachyliłam się do nich, by wyznać: - Jestem najgorszą mendą, jaka chodzi po tych ziemiach. Wszyscy mnie tu nienawidzą.
- N... Naprawdę? - dzieci zamrugały wielkimi ślepiami, zaskoczone moimi słowami.
A ja... poczułam w sobie coś dziwnego, dlatego wyprostowałam się i odwróciłam, mówiąc:
- Nara maluchy.
- A... Ale... - usłyszałam odchodząc, lecz nagle coś mnie zaalarmowało.
Dziwny trzepot, ryk przypominający wołanie wielkiego ptaka... obróciłam się - w oddali ujrzałam Króla, który chyba szedł do dzieci. Jednak zamarł w tym samym momencie co ja - w chwili, kiedy nad dziećmi pojawiło się ogromne ptaszysko. Sądząc po dziobie i rozmiarach był z gatunku predatorów - zwierząt żywiącym się mięsem, na dodatek nie tylko innych zwierząt. Widziałam, jak Król się zrywa, wydobywając miecz, chcąc ochronić dzieci. Jednak był za daleko - wiedziałam to. Nie da rady im pomóc.
Jedno z dzieci zaraz umrze...
Rozdział 3
Król
Byłem za daleko. Zerwałem się w tym samym momencie, gdy ujrzałem ptaka predatora, lecz wiedziałem, że w ten sposób nie dam rady działać. Jedyne, co mogło mi dopomóc, to moja magia, lecz ten gatunek predatorów zabijał tylko ogień. Istniało jednak bardzo duże ryzyko że, jeśli faktycznie bym go użył, to ucierpiałby na tym nie tylko ptak - żywioł mógł zranić również dzieci, gdyż wszystkie były niemagiczne.
Do tego... kiedy się zerwałem, od razu dostrzegłem obok dzieci Zakuro - obróciła się w stronę predatora w tym samym momencie, co ja go zauważyłem.
Byłem załamany - czułem, że nie wykona żadnego ruchu, by pomóc. Jej zachowanie od czasu przybycia z Otchłani... tak naprawdę dawało jasno do zrozumienia, że inni ludzie niewiele ją obchodzą.
Czerń w jej sercu... w końcu wygrała.
- Ty latający sukinsynu nawet się nie waż! - ledwo o tym pomyślałem, a Zakuro zerwała się z miejsca, dobyła miecz i skoczyła prosto na predatora.
Patrzyłem w szoku, jak jednym ruchem miecza sprowadza go do parteru - na dodatek zorientowałem się, że wszystkie dzieci są otoczone magiczną, wietrzną barierą, dzięki czemu nic im nie mogło się stać... Z bijącym sercem przypomniałem sobie to zaklęcie - była to magia dawnej Zakuro, która czuła największą więź właśnie z żywiołem wiatru.
Nagle zauważyłem, że predator próbuje ją z siebie zrzucić, lecz ta nie ustępuje. Usłyszałem za to jej krzyk:
- Masz zamiar tak sterczeć?! Zabieraj je stąd!
W tym momencie zamarli wszyscy moi Gwardziści, którzy przybyli, by zapanować nad sytuacją.
Czując w sercu bezbrzeżną akceptację, wydałem krótki rozkaz:
- Zabierzcie dzieci w bezpieczne miejsce!
Wszyscy bez słowa rzucili się, by wziąć je na ręce i zabrać jak najdalej od szalejącego mięsożercy - ja jednak zostałem i podbiegłem do potwora, gotując się do ataku.
- Nawet go nie tykaj! - rozkazała wtedy Zakuro, a ja dostrzegłem, że jej białe włosy wręcz lśnią blaskiem w otaczającym ją słońcu. - Zabrali wszystkie?!
- Tak!
Wtedy zrozumiałem, skąd ta "batalia"... Zakuro nie chciała, by któreś z dzieci zobaczyło, jak zabija potwora.
A zrobiła to jednym ruchem, zwyczajnie odrąbując mu głowę.
Kiedy zwierzę upadło, w końcu martwe, Zakuro zaskoczyła z niego - była cała we krwi, miała zdyszany oddech... lecz jej wzrok wciąż był ostry i w pełni świadomy.
Nagle ujrzałem, że chce otrzeć twarz rękawem - widząc jednak, iż ten jest cały w krwi potwora, dziwnie zamarła, a jej ręka po chwili opadła bezwładnie, jakby z rezygnacji.
Podszedłem do niej, wyciągając ku niej czystą chusteczkę.
- Odsuń się - powiedziała wtedy, lecz jej głos nie miał w sobie ani trochę gniewu czy zaczepki.
Dlatego zauważyłem spokojnie, ciągle czując w sobie to samo uczucie, które poczułem widząc, jak rzuca się, by chronić dzieci:
- Chciałaś się otrzeć. Aż tak mnie nie znosisz, że nie przyjmiesz nawet chusteczki?
- To nie o to chodzi - powiedziała spokojnie, na dodatek od razu i zrozumiałem, że mówi prawdę. - Po prostu nie chcę, by trucizna przeszła i na ciebie.
- Co takiego? - od razu zawył we mnie alarm.
Wtedy ujrzałem jej uśmiech... pierwszy uśmiech, jaki zagościł na jej ustach od czasu, kiedy wróciła z Otchłani.
- Jego krew... - nagle się zachwiała i rzuciłem się, chcąc jej pomóc, lecz nawet w tym stanie zdołała się ode mnie odsunąć. - Krew jest zatruta - rzekła i zaczęła dyszeć jeszcze bardziej. - Do cholery... - rzekła nagle i padła na kolana, a ja w tym czasie zacząłem wzywać medyków. - Nie umarłam w czasie piętnastu lat życia w Otchłani... a załatwiła mnie podpucha w postaci zatrutego ptaszyska?
- Zakuro... - klęknąłem przed nią. - Nie mów tak, uratujemy cię... - zamilkłem, ponieważ w tym momencie padła na ziemię i spojrzała na mnie zmęczonymi oczami. - Cholera, trzymaj się.
Ujrzałem, że jej ciało zaczyna drżeć.
- Zak...
- Dałam się wam we znaki, co? - wyszeptała. - Nie ratuj mnie - poprosiła wtedy, a ja krzyknąłem, czując autentyczne przerażenie:
- O czym ty, do diabła, pieprzysz?!
Nagle zakaszlała, a ja znalazłem fragment szaty, na którym nie ma krwi i przewróciłem ją na plecy.
Spojrzała na mnie słabo... i nagle zamrugała, znów obdarzając uśmiechem.
- Nie wydawało mi się - wyznała szeptem. - Zawsze, kiedy na ciebie patrzyłam... myślałam, że cię znam, że coś musiało nas łączyć... - nagle poza uśmiechem w jej oczach ujrzałem łzy. - Patrzysz na mnie teraz tak, jak kiedyś... pamiętam to spojrzenie - wyjawiła, a ja z przerażeniem patrzyłem, jak jej łzy barwią się na czerwono. - Nawet po tym wszystkim... po tym, jaka byłam, nadal się o mnie boisz. Prawda... Sannan?
- Zakuro... - wyszeptałem patrząc, jak jej oczy trącą ostrość. - Zak... - nagle łzy poleciały i po moich policzkach. - Pospieszcie się do cholery!
Rozdział 1
Zakuro
Masz zamiar się poddać? - usłyszałam i ujrzałam obok siebie Rhisa.
Staliśmy teraz w dobrze znanym mi miejscu - na granicy między życiem, a śmiercią.
To tutaj Rhis odezwał się do mnie po raz pierwszy, kiedy umierałam w Otchłani.
- ...to dziwne, prawda? - zapytałam go. - Kiedy trafiłam do Otchłani obie części mnie walczyły między sobą, aż spadłam z urwiska i cię ujrzałam. Jaśniałeś takim mocnym, ciepłym blaskiem - tuż obok mnie... wydawałeś się dla mnie kotwicą, która utrzyma mnie przy życiu.
- A jednak teraz chcesz to życie oddać.
- ... - milczałam przez chwilkę, aż w końcu wyznałam: - Rhis... ja nie potrafię żyć między ludźmi. Nie potrafię z nimi rozmawiać - nie potrafię być tak miła i ułożona, jakby tego chcieli. Sam widziałeś - czasem zachowuję się jak zwykła bestia zerwana ze smyczy.
- Nie mów tak o sobie - potarł wielkim pyskiem o moją dłoń i uniosłam ją, by go pogłaskać. - Ze mną potrafisz rozmawiać.
- Ale ty byłeś przy mnie przez ostatnie piętnaście lat - zauważyłam. - Znam cię... a ich nie.
- ...tyle że nawet nie dałaś im za bardzo szansy - przypomniał, a ja usiadłam na ziemi, oplatając nogi ramionami.
- A czy to miało sens? - zapytałam cicho. - Kiedy po raz pierwszy wyszliśmy z Mauzoleum, byłam przerażona tym, co mnie otaczało. Jakby ktoś wyrwał mnie z piekielnego snu i wtrącił do innego świata, którego zarazem znałam, jak i nie znałam. Do tego... wszyscy traktowali mnie tak, jakby prawie nic się nie stało - jakby tych piętnastu lat nie było, a jedyne co się zmieniło to mój wygląd... do tego każdy chciał ustawiać mnie po swojemu, jakby miał do tego prawo.
- I dlatego postanowiłaś ich do siebie zniechęcić?