Skara, ok. 2800 p.n.e.
Wróciłem w samą porę, pomyślał, taszcząc łódź na plażę. W słoneczne dni piasek oślepiał bielą na tle błękitnego morza, ale tego dnia woda była wzburzona, ciemna i niespokojna, fale chłostały ostrzegawczo brzeg. Za wzgórzami kłębiły się czarne chmury, a pomruk burzy zapowiedział pierwsze kłujące krople deszczu. Miał szczęście, że nawałnica nie złapała go na otwartym morzu.
Później pamiętał, że tak sobie właśnie pomyślał: że miał szczęście.
Musiał szybko zabezpieczyć łódź na wydmach, zanim wiatr przybierze na sile. Kil przeszorował z mozołem o piach, kiedy mężczyzna dźwignął go w górę, ciężko dysząc z wysiłku. Jego dwie najmłodsze córki zwykle przybiegały mu pomóc. Trajkotały, żartowały i przekomarzały się przy tym wesoło. Słowa wypływały z ich ust nieprzerwanym potokiem. Zwinne dłonie odplątywały sieci lub patroszyły ryby wprawnymi pociągnięciami krzemienia. Albo pomagały mu wyciągać łódź na brzeg. Kiedy dotarł do wydm, z nieba lały się już strugi deszczu, a on w dalszym ciągu się nie zorientował.
Tłumaczył sobie, że młodsze córki schroniły się wraz z siostrami. Najstarsza była rozsądna, nawet jeśli tamte niespecjalnie. Zauważyłaby, że nadchodzi burza, i kazałaby im zostać w chacie. Jego druga córka, porywcza i wybuchowa, też by tam była. Oczyma wyobraźni widział, jak przejmuje od niego ryby i sadza go przy palenisku. Patrzyłby, jak krzątają się w ten typowy dla kobiet celowy sposób, słuchałby śpiewnej intonacji ich głosów i wybuchów śmiechu, które ogrzewały równie mocno jak płonący torf.
Inni mężczyźni współczuli mu, że nie ma synów, ale on się tym nie przejmował. Na co mu synowie, skoro miał córki, wszystkie silne i długonogie? Był dumny z tego, że chodziły wyprostowane i bez strachu patrzyły nieznajomym w oczy. Każda z nich była na swój sposób inna, ale wszystkie cztery - skore do śmiechu. Biegały z rozwianymi włosami po piasku, ich głosy niosły się wśród traw na wydmach i tańczyły nad wrzosowiskiem. Jako małe dziewczynki chichotały, kiedy je łaskotał, a teraz nadal go kochały: zarzucały mu ręce na szyję i przyciskały twarze do jego policzka.
W końcu udało mu się zabezpieczyć łódź, a kiedy zaczął wyciągać ryby, kątem oka zauważył but.
Miękka skóra zasznurowana rzemieniem, z której wysypywała się sucha trawa. Jego córki wypychały nią buty, żeby było im ciepło w stopy. But leżał na piasku, a po obu jego stronach widniały ślady wyżłobione przez wleczone ciało.
W jego żołądku uformowała się bryłka lodu. W jednej chwili zrozumiał, że wcale nie wrócił w samą porę. Wrócił o wiele za późno.
- Nie! - Mimo wszystko zaczął biec.
Wypuścił z rąk ryby i potykając się, gnał przez wydmy i nastroszone kępy nadmorskiej trawy. Imiona, którymi nawoływał córki, porywał wiatr i rzucał je wzgardliwie w morze, bez odpowiedzi.
Gdy dotarł do chaty, deszcz zacinał już bez litości, przyklejając mu włosy do głowy i zacierając ślady walki. Okręcał się bezradnie pośród burzy, nawołując córki, jego ukochane córki z ich radosnym śmiechem i wesołą paplaniną. Wiatr wył obojętnie, niebo rozdzierały błyskawice, a huk grzmotu akompaniował jego rozpaczy.
Chata była pusta. Torf nadal dymił ponuro. Na klepisku leżało potłuczone naczynie. Przewrócony dzban, z którego wysypywało się ziarno.
- Nie, nie, nie... - Cierpienie i szok tak splątały mu język, że nie zdołał wykrztusić nic więcej. - Nie, nie, nie...
Mówił im, że tu będą bezpieczni. Obiecywał, że w końcu znaleźli dom. To było ich miejsce, którego nigdy nie będą musieli opuścić.
Dlaczego, dlaczego nie zawrócił wcześniej do chaty? Czy wołały go, kiedy je zabierali? Jak mógł kontynuować połów, kiedy walił mu się cały świat? Powinien był wiedzieć.
Nie bacząc na strugi deszczu i wściekłe włócznie błyskawic, wytoczył się znów na zewnątrz. Pogroził niebu pięścią i przeklął bogów, którzy pozwolili porwać jego córki. Nękany bólem i wściekłością, padł na kolana w błoto. Gdzie teraz były jego dziewczęta? Czy kuliły się na dnie łodzi, czy może zostały zabrane lądem? Wszystko w nim krzyczało na myśl o tym, co może się z nimi dziać. Musiał je odnaleźć! Próbował pocieszać się tym, że były silne. Jeśli tylko natrafi się taka sposobność, znajdą drogę do domu, o ile on nie zdoła odnaleźć ich pierwszy.
Następnego dnia rano wieśniacy przyczłapali wstydliwie na wzgórze.
Nadmorska mgła szybko zasnuła okolicę, tak jak to czasem bywało, i sprowadziła pod swoją osłoną wilki morskie. Dopiero kiedy się rozwiała, ludzie zobaczyli łodzie prujące przez fale ku głębokiemu morzu. Słyszeli dzikie okrzyki, widzieli jego córki związane razem, ale nic nie zrobili. Nic nie mogli zrobić, zarzekali się.
- Nigdy ich nie odnajdziesz - powiedzieli. - A one nigdy nie odnajdą drogi do domu. Straciłeś je.
Nie chciał ich słuchać. Poprzysiągł sobie, że nie spocznie, póki ich nie uratuje. Obiecał im dom i muszą go mieć, bez względu na to, czy on sam nadal tu będzie.
Nim odszedł, postawił cztery wielkie głazy, po jednym dla każdej z córek. Miały zawsze tam tkwić i wskazywać jego dzieciom drogę na cypel. Wieśniacy, bojąc się obłędu wywołanego cierpieniem, pomogli mu dźwignąć w górę kamienie, wysokie i smukłe jak jego córki, upstrzone jasnymi drobinkami, które połyskiwały w słońcu. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, ustawili je na cyplu z widokiem na morze oraz wyspy i góry w oddali.
Wyobrażał sobie swoje córki na łodzi, przeczesujące wzrokiem brzeg w poszukiwaniu punktów orientacyjnych, wyobrażał sobie, że z okrzykiem pokazują sobie głazy.
- Patrzcie! - wołały. - Tam jest nasz dom. Nareszcie.
Kiedy głazy już stały, rzucił klątwę na każdego, kto spróbowałby zwalić je na ziemię. Rodzina śmiałka zostanie rozbita tak, jak stało się to z jego własną, dzieci rozpierzchną się po siedmiu morzach i nie zaznają spokoju, dopóki wszystkie jego córki nie powrócą do domu.
Rozkazał wieśniakom dbać o głazy pod swoją nieobecność, a oni się zgodzili, bo widzieli głębię jego rozpaczy i bali się gniewu bogów. Klątwa spadnie na każdego, kto pozwoli zmienić to miejsce, ostrzegł, zataczając ręką łuk, który objął ich wszystkich.
A potem zabrał znaleziony na piasku but i wyruszył na poszukiwanie córek, pozostawiając za sobą cztery wielkie głazy, które miały im wskazać drogę do domu.