Rozdział 2
Jacek stał za ladą w sklepie muzycznym, gdzie pracował, i obserwował nastolatka, który przyszedł po struny do gitary oraz po kostki. Zastanawiał się, czy on w ogóle coś widzi spod tej długiej grzywki, która opadała mu niedbale na czoło. Chłopak miał tak długie włosy, że aż prosiły się o fryzjera. Jacek nigdy nie zwracał nadmiernej uwagi na wygląd, czy to swój, czy innych ludzi, lecz tym razem miał ochotę rzucić jakąś uwagę o tych włosach.
Ostatnio coraz częściej łapał się na tym, że nie rozumie współczesnej młodzieży. Za czasów jego młodości świat wyglądał inaczej. Chłopacy nosili krótkie włosy i luźne spodnie, dziewczyny chętnie ubierały dopasowane sukienki. A teraz? Jacek odnosił wrażenie, że młodzi wyznawali zasadę: im bardziej niedbale, tym lepiej. A nie był jeszcze stary, choć jego włosy gdzieniegdzie przyprószyła siwizna - skończył w tym roku trzydzieści sześć lat.
Jacek całkowicie akceptował upływ czasu i zmiany zachodzące w wyglądzie i w ciele: drobne zmarszczki w kącikach oczu, siwiznę, gorszą niż kiedyś sprawność. Na to ostatnie akurat większy wpływ niż upływający czas miał na pewno fakt, że Jacek od pewnego czasu nie ćwiczył i nie odżywiał się zdrowo. Trochę się zaniedbał i nabrał ciała. Nosił o dwa rozmiary większe ubrania niż jeszcze pięć czy sześć lat temu. Niektóre z jego tatuaży - a miał ich sporo na rękach - przestały dobrze wyglądać w związku z tym, że rozciągnęła mu się trochę skóra.
Jacek od zawsze cenił muzykę i właśnie dlatego kilka lat temu zatrudnił się w sklepie muzycznym. Nieduży lokal o nazwie Wild Rock wydawał się odpowiednim miejscem dla kogoś takiego jak on - miłośnika instrumentów z rockową duszą. Zgodził się z tym też właściciel lokalu, który od razu podczas rozmowy rekrutacyjnej oznajmił Jackowi, że dostał tę pracę. Nieduży sklep stał się ostatnio centrum jego życia, chociaż jeszcze do niedawna ulokowane było ono zupełnie gdzie indziej.
Wild Rock był raczej ciasny. Do środka prowadziły wąskie drzwi, nad którymi wisiał szyld z nazwą lokalu i naklejkami przedstawiającymi płomienie. Większość przestrzeni zajmowały instrumenty. Pod największym oknem stała perkusja i dwa keyboardy oraz zestaw głośników. Naprzeciw znajdował się stojak z gitarami i kilka bębnów, które chętnie oglądali młodzi. Na regałach za ladą leżały płyty, a w zamkniętych szafkach części do instrumentów. Jedną gablotę przeznaczono na rzeczy dla muzykalnych dzieciaków: cymbałki, tamburyny, bębenki, organki i zabawkowe trąbki.
Jacek lubił ten sklep. Przesiadywał w nim nawet chętniej niż w domu. Wszystko było tutaj dokładnie takie, jak trzeba.
Chłopak z długą grzywą zdecydował wreszcie, które struny chce kupić, i uregulował należność. Jacek odprowadził go wzrokiem do drzwi, a potem pozanosił na miejsce rzeczy, które klient oglądał. Gdy usiadł z powrotem na krześle za ladą, wrócił do oglądania nagrania z koncertu zespołu, który uwielbiał - Nirvany. Włączył je sobie na tablecie, obok urządzenia stał kubek z kawą, która już przestygła. Teraz dopił ją, delektując się muzyką i słuchając głosu Kurta Cobaina. Jakiś czas temu połączył tablet przez Bluetooth z głośnikami stojącymi w sklepie, przez co jakość dźwięku była wspaniała. Udało mu się idealnie ustawić basy i wysokie tony. Najchętniej zamknąłby drzwi i nie wpuszczał żadnych klientów już do końca koncertu. Nie zrobił tego tylko dlatego, że wtedy pewnie wyleciałby z pracy. A to właśnie ona trzymała go przy życiu.
Jako młody chłopak nigdy nie sądził, że zatrudni się w sklepie. Nie umiał też sobie wtedy wyobrazić, że takie zajęcie może komukolwiek sprawiać przyjemność - rodzice od dziecka wpajali mu, że stanie za ladą obniża prestiż i nie jest powodem do dumy, choć gdy dorósł, przestał zgadzać się z tym stwierdzeniem.
Do niedawna był przedstawicielem handlowym. Po studiach z marketingu zatrudnił się w dużej firmie produkującej napoje gazowane i osiągał tak wysokie wyniki sprzedażowe, że w wieku dwudziestu sześciu lat był już starszym specjalistą. Bywały miesiące, że prowizji za sprzedaż udawało mu się zdobyć więcej, niż wynosiła jego stała pensja. Wieść się rozeszła i szybko dostał jeszcze lepszą pracę.
No ale potem jego świat rozleciał się na drobne kawałki i Jacek wylądował w tym sklepie. Teraz nie chciał już gonić za pieniędzmi i karierą. Potrzebował spokoju, a w Wild Rock go odnalazł. Dobrze było mu tutaj i kiedy zamykał oczy, bez trudu umiał sobie wyobrazić, że pracuje tu do emerytury.
Miłość do muzyki zaczęła kiełkować w nim już w dzieciństwie. Wtedy posyłanie dzieciaków na zajęcia dodatkowe, takie jak gra na instrumentach czy rytmika, nie było jeszcze zbyt popularne, ale trafił w przedszkolu na panią, która uwielbiała wymyślać zabawy muzyczne. Grali na cymbałkach, podskakiwali, machając marakasami, albo bawili się w rytm melodii wygrywanej na flecie przez wychowawczynię.
To właśnie ta przedszkolanka zasugerowała jego rodzicom, że mogliby zastanowić się nad zapisaniem Jacka do szkoły muzycznej. Dobrze pamiętał, jak po powrocie z rozmowy z nią matka z ojcem poszli się naradzić i zapytali go potem, na jakim instrumencie chciałby nauczyć się grać. Wybrał gitarę. Rodzice zabierali go czasem na koncerty i właśnie gitarzyści najbardziej przyciągali podczas nich jego uwagę. Matka próbowała go co prawda przekonywać przez chwilę, że może pianino byłoby lepszym pomysłem (sama kiedyś trochę grała i miała do tego instrumentu sentyment), ale ostatecznie stanęło na tym, że chłopiec nauczy się grać na gitarze.
Chodził do szkoły muzycznej przez dobrych kilka lat. Dopiero w liceum rodzice oznajmili, że pora skończyć "zabawę", jak to określili, i skupić się na nauce.
- Z muzyki nie wyżyjesz, a dobry zawód to jest podstawa - powtarzali jak mantrę.
I tak po lekcjach zamiast chodzić do szkoły muzycznej, Jacek zamykał się w swoim pokoju z książkami i uczył na pamięć treści podręczników. Muzyka jednak wciąż towarzyszyła mu w życiu. Brzdąkał na gitarze w przerwach od nauki, grał z kolegami na szkolnych akademiach. Czasami brał też instrument na plażę, siadał na piasku i wygrywał ulubione melodie, które mieszały się z szumem Bałtyku. To właśnie tak poznał Alicję. Stanęła kiedyś naprzeciw niego w letniej sukience. Grał akurat ulubioną piosenkę. Nie przerywając gry i śpiewu, spojrzał na dziewczynę. Wiatr rozwiewał jej długie blond włosy, od jej niebieskich tęczówek odbijało się słońce. Miała na sobie błękitną sukienkę, która składała się z kilku warstw tiulowych falbanek. Słuchała, jak gra, dopóki nie skończył, a wtedy zaczęła mu bić brawo. Jacek nie miał w zwyczaju zagadywać pierwszy do dziewczyn, nie był w tamtych czasach zbyt odważny, ale wtedy się ośmielił. Podniósłszy się z piasku, wyciągnął do niej rękę.
- Jacek.
- Alicja - powiedziała głosem delikatnym jak falbanki na jej ubraniu.
Potem obdarzyła go nieśmiałym uśmiechem. Pomyślał wtedy, że piegi wokół nosa dodają jej uroku. Ach, jak on pokochał te piegi!
Rozmawiali przez chwilę, w końcu Jacek zaproponował, żeby usiedli na piasku. Przez ponad godzinę pokazywał jej podstawowe chwyty na gitarze. Była tym żywo zainteresowana, choć to go raczej nie zaskoczyło: dziewczyny w szkole często pytały go, czy nauczy je grać.
Alicja od razu go oczarowała. Kiedy Jacek patrzył na ich pierwsze spotkanie z perspektywy czasu, zawsze dochodził do wniosku, że przydarzyła im się miłość od pierwszego wejrzenia. Już wtedy, na plaży, zrodziła się między nimi chemia. Kiedy patrzył w oczy Alicji, serce biło mu szybciej; kiedy zaczynała się śmiać, w jego brzuchu trzepotały motyle.
Nie wyobrażając sobie, że mógłby już nigdy jej więcej nie spotkać, zaproponował kolejną lekcję gry na gitarze. Zgodziła się ochoczo, choć po latach, gdy byli już małżeństwem, lubiła powtarzać, że gitara była wtedy tylko pretekstem - oboje tak naprawdę chcieli się spotkać z innego powodu. Jacek mimo wszystko wziął na tę drugą randkę gitarę. Instrument zawisł potem na ścianie w ich domu, stanowiąc pamiątkę pięknych początków ich miłości.
Alicja była uosobieniem marzeń Jacka. Każdy mężczyzna nosi w głowie obraz idealnej kobiety i on miał niebywałe szczęście, że swój ideał spotkał w rzeczywistości: kobietę piękną, mądrą, czułą, charyzmatyczną i delikatną. Uwielbiał wplatać palce w długie włosy Alicji, które przypominały mu kolorem wysuszone kłosy zbóż. Uwielbiał wodzić dłońmi po jej jędrnej piegowatej skórze i całować jej zgrabne ramiona, zaróżowione od słońca. Kochał melodię jej głosu, kolor jej oczu i to, jak słodko marszczyła nos, kiedy się śmiała.
Po kilku latach znajomości oświadczył jej się w pewne sierpniowe popołudnie, klęknąwszy przed nią na plaży niemal w tym samym miejscu, w którym się poznali.
Ona też go kochała, więc bez namysłu powiedziała głośno i z radością:
- Tak!
Od razu zaczęli planować ślub. Alicja opowiadała o wymarzonej sukni, bukiecie, welonie i zastanawiała się nad tym, gdzie urządzić wesele. Jacek tylko się uśmiechał i potakiwał, patrząc na podekscytowaną twarz narzeczonej - dla niego weselna oprawa nie miała aż tak dużego znaczenia. Liczyło się tylko to, że chciał być z Alicją już zawsze, oświadczyny były jednym z kroków ku temu. Podobnie jak ślub.
Jeszcze tego samego dnia powiedzieli o zaręczynach jej rodzicom. Świerczyńscy cieszyli się i tak samo jak Alicja od razu zaczęli snuć plany. Euforii i śmiechom nie było końca. Jacek wyszedł z ich domu pijany ze szczęścia.
Jego rodzicom powiedzieli o wszystkim dopiero tydzień później. Jacek wiedział, że matka z ojcem zareagują inaczej niż przyszli teściowie, a nie chciał tak szybko psuć humoru Alicji. Ona tak się tym nadchodzącym ślubem cieszyła!
Zaprosił narzeczoną i rodziców do ulubionej restauracji swojej matki, eleganckiej, drogiej i snobistycznej, w której poza głównym daniem zamawia się też desery i przystawki. Było dość sztywno, rodzice raczej zachowywali się powściągliwie, nikt nikogo nie ściskał, nie dopytywał, nie padło wiele wzniosłych słów. Rodzice chłodno i bez wyraźnych emocji przyjęli wieść o zaręczynach. Gdy po spotkaniu Jacek odprowadzał Alicję do domu, zapytał ją, czy nie jest jej przykro.
- Zwariowałeś? - odparła z tym swoim zniewalającym uśmiechem.
On w odpowiedzi wziął ją w ramiona i wyszeptał, że właśnie takiej żony pragnie.
- Niby jakiej? - zaśmiała się wtedy.
- Takiej, która nie przejmuje się pierdołami.
Potem, po ślubie, często jej to powtarzał.
- Kocham twoją beztroskę - mówił, całując żonę w czoło.
Prostolinijność, optymizm i swoboda - taka była właściwie kwintesencja Alicji. Przy spotkaniu z nią niemal wszystkie problemy blakły. Była trochę jak czarodziejka, która radosnymi kolorami malowała świat.
Ślub wzięli w parafii Alicji, jak nakazywała tradycja. Przed ołtarzem rozłożono czerwony dywan, wszędzie stało mnóstwo świec i kwiatów. Ceremonia była wzruszająca, zaprzyjaźniony z rodziną Świerczyńskich ksiądz wygłosił piękne, chwytające za serce kazanie. Jacek widział, jak w oczach Alicji zaszkliły się łzy, kiedy kapłan podkreślił rolę małych, czułych gestów w znaczeniu małżeństwa. Nawet teraz, choć od tamtego wydarzenia minęło wiele długich lat, mężczyzna doskonale to pamiętał.
Podczas wesela właściwie nie schodzili z Alicją z parkietu. Tańczyli ze sobą, z rodziną, z przyjaciółmi, nawet z ludźmi, których ledwie znali. Najpierw w butach, potem bez butów, bo nad ranem oboje przestali już zwracać uwagę na to, jak wyglądają albo co kto sobie o nich pomyśli. To było ich święto - święto ich wielkiej miłości. Beztrosko wirowali na parkiecie, wpatrzeni w siebie, szczęśliwi, roześmiani.
W podróż poślubną nie pojechali, ale w tamtych czasach takie wyjazdy nie były jeszcze zbyt modne. Pieniądze, które dostali w prezencie ślubnym, woleli przeznaczyć na urządzenie domu, który kupili na kredyt. Wicie wspólnego gniazda z Alicją było dla Jacka wspaniałym doświadczeniem. Uwielbiał jeździć z nią na zakupy do sklepów budowlanych i patrzeć, jak z poważną miną debatuje nad tym, jaki odcień farby wybrać; testować z nią w sklepach kanapy i łóżka, zastanawiać się nad wyborem lamp czy szafek kuchennych. To wszystko miało swój urok, a ponieważ Alicja odznaczała się świetnym gustem, ich dom szybko stał się piękny. Podłogi pokryły jasne parkiety, w oknach zawisły błękitne zasłony, na szafkach stanęły niezliczone dodatki wnętrzarskie nawiązujące tematyką do morza.
- Prawie jak w jakimś muzeum - naśmiewał się czasem Jacek, w odpowiedzi na co Alicja patrzyła na niego spod zmarszczonych brwi i tłumaczyła:
- Dzięki tym muszlom i wazonom nasz dom wreszcie ma pełną duszę.
- Chyba nie mogę się z tym zgodzić, kochanie - powiedział któregoś razu.
- Bo ty się nie znasz na modzie - stwierdziła żona ze śmiechem.
- Chodziło mi o to, że ty jesteś duszą tego domu, a nie jakieś tam bibeloty.
Alicja podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję.
- No, no. Jaki z pana romantyk - zamruczała.
- Mój dom zawsze będzie tam, gdzie ty - wyszeptał.
Półtora roku później na świat przyszło ich dziecko. Majka była wspaniała. Jacek pokochał ją już w chwili, kiedy Alicja przekazała mu wiadomość o ciąży, lecz bez reszty przepadł, gdy po raz pierwszy wziął córeczkę w ramiona.
- Jaka ona malutka! - powiedział wzruszony.
- Malutka? - prychnęła położna, która była akurat na sali. - Ponad trzy osiemset. To całkiem sporo.
Jacek nachylił się nad Alicją i pocałował ją w usta.
- Urodziłaś najpiękniejszą dziewczynkę na świecie. Dziękuję - wyszeptał wzruszony.
Gdy przywiózł je obie ze szpitala, uznał, że od tamtej pory ich dom miał już nie jedną duszę, lecz dwie: większą i mniejszą. I on obie kochał tak samo mocno.
Majka szybko stała się centrum życia rodziców. Jacek pomagał Alicji w obowiązkach, kiedy tylko mógł. Zmieniał pieluchy, karmił małą z butelki i uczył jeść z łyżeczki, zabierał na spacer, żeby Alicja mogła sobie odpocząć. Wstawał w nocy, żeby przygotować mleczne mieszanki, a szczery uśmiech córki wynagradzał mu zmęczenie. Majka była cudownym dzieckiem - radosnym, energicznym i rozgadanym. Jacek uwielbiał słuchać, jak próbuje komunikować się we własnym języku, i obserwować, jak dziewczynka powoli staje się coraz bardziej samodzielna. W pierwsze urodziny kupił dla niej najpiękniejszy tort, jaki był w cukierni, a potem napompował dziesiątki kolorowych balonów. Trzymał Majkę na rękach, kiedy próbowała zdmuchnąć świeczkę. Oczywiście trochę musiał jej pomóc, ale przecież właśnie od tego byli rodzice.
Przez kolejne lata starali się z Alicją, żeby Majka miała wspaniałe, szczęśliwe dzieciństwo. Spędzali z nią wszystkie wolne chwile, dbali o jej rozwój. Nie mieli zbyt dużo znajomych, którzy też byli rodzicami, ale starali się, żeby dziewczynka przynajmniej raz w tygodniu spotkała się z jakąś koleżanką albo kolegą. Jacek najbardziej uwielbiał jednak te chwile, kiedy szli całą rodziną na plażę. Alicja zabierała kosz piknikowy pełen jedzenia i zabawek, on dźwigał Majkę, która zawsze marudziła, że bolą ją nogi, choć przeszła tylko kilka metrów po piasku. Rozkładali się tuż nad wodą i potem przez kilka godzin Jacek na zmianę bawił się z córką, przytulał żonę na kocu i podjadał domowej roboty przekąski. Czuł wtedy, że jest cholernym szczęściarzem, i zastanawiał się, czym zasłużył sobie na to, że los postawił na jego drodze te dwie wyjątkowe istoty. Uwielbiał patrzeć, jak promienie słońca odbijają się od oczu Alicji i Majki, a podmuchy morskiej bryzy rozwiewają im włosy.
Jeśli mógłby zatrzymać czas, to zatrzymałby go właśnie na jednej z takich chwil.
Potem jednak wydarzył się koszmarny wypadek i Jacek stracił je obie: Alicję i Majkę, a wraz z ich śmiercią skończyło się także jego życie. Umarło w nim coś istotnego.