p

Shattered Dreams. Chłopcy z Bellerose. Tom 3 - Jaymin Eve, Tate James

Kup ebooka

29.99 zł
21.59 zł (21,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

6: Billie

Zasnęłam w ciepłych objęciach Graysona, ale zbudziły mnie pocałunki Rhetta, które składał na mojej szyi. Jego delikatne pieszczoty sprawiały, że miałam ciarki na całym ciele, więc na znak wdzięczności wydałam z siebie jęk.

- Dzień dobry, Zep - wymamrotałam, przewróciłam się na bok i pomrugałam zaspanymi oczami. - Gdzie Gray?

Uśmiech Rhetta był iście szelmowski.

- Wykopałem go. Skurwiel chrapał, gdy wróciłem do łóżka, a żadnemu z nas nie potrzeba takiego odgłosu.

Roześmiałam się beztrosko. Nie mylił się co do chrapania Graya, ten wielkolud był niczym niedźwiedź w stanie hibernacji.

- Która godzina?

- Pora wstawać, Śpiąca Królewno - odparł i przekornie pocałował mnie w szyję. - Chciałbym wiedzieć, czy byłaś grzeczna w tym roku.

Chyba się jeszcze nie rozbudziłam, ponieważ nie zrozumiałam tego komentarza.

- Że co? Oczywiście, że nie byłam grzeczna. - O to mu chodziło, prawda? Chciał się pieprzyć?

Jego śmiech naprowadził mnie na to, co zupełnie mi umknęło.

- Niegrzeczna Billie jest moją ulubienicą, ale w tym wypadku chodziło mi o to, że mamy Boże Narodzenie. Wesołych świąt, piękna Thorn.

Zastygłam z zaskoczenia, a Rhett pocałował mnie w usta. Wiedziałam, że są święta, ale założyłam, że dajemy sobie z nimi spokój. Po tym wszystkim, co przeszliśmy, świętowanie wydawało się nie na miejscu. Zwłaszcza że Angelo nadal przebywał w szpitalu.

- Daj spokój - nalegał Rhett, nieświadomy poczucia winy, które mną targało. - Grayson robi śniadanie. - Pociągnął mnie za rękę, by wyrwać mnie z łóżka, ale go powstrzymałam.

- Hmm, po prostu muszę wziąć prysznic i się rozbudzić - powiedziałam i się wzdrygnęłam. - I umyć zęby. Nie chcę, żebyś czuł mój nieświeży oddech w trakcie pocałunków.

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, gdy wstałam. Miałam na sobie jedynie majtki i jego koszulkę.

- Thorn, w życiu bym na to nie narzekał. - Przechylił głowę, a jego wzrok stał się drapieżny. - Może pomóc ci wziąć prysznic?

Kuszące. O mój Boże, kuszące.

- To słodkie. Ale jeżeli to zrobisz, śniadanie wyląduje w koszu na śmieci.

Poza tym potrzebowałam chwili, żeby poukładać sobie wszystko w głowie. Żeby przełknąć przytłaczające poczucie winy z powodu sytuacji, w jakiej znalazł się Angelo, i z powodu mojego własnego udziału w obrażeniach, jakie odniósł. A co, jeżeli z tego nie wyjdzie?

Jeśli nigdy się nie wybudzi?

- Masz rację - zgodził się Rhett. - Ale się pospiesz. Bardzo chcę ci coś pokazać.

Z jego chytrego spojrzenia wywnioskowałam, że na dole czeka na mnie niespodzianka, co nieco uśmierzyło poczucie winy, jakie odczuwałam.

Zapewniłam go, że się pospieszę, po czym szybko przeszłam korytarzem do głównej łazienki. Po koszmarach moje ciało wydzielało stęchły odór potu, którego w żadnym wypadku nie można nazwać seksownym i, dobry Boże, oddechem mogłabym powalić krowę.

Gdy brałam prysznic, w głowie powoli analizowałam swoją sytuację, wkładałam wszystkie nieprzyjemne, negatywne uczucia do odpowiednich szufladek, gdzie ich miejsce. Odrobina logicznego myślenia potrafi zdziałać cuda, a doktor Candace już mnie pochwaliła, że jestem do tego zdolna.

Z tego logicznego punktu widzenia właśnie wiedziałam, że dziś Boże Narodzenie i moje poczucie winy z powodu sytuacji Angela tego nie zmieni. Przecież nie ozdrowieje w cudowny sposób tylko dlatego, że będę się bić w pierś. Poza tym to nie tak, że wybieraliśmy się na jakąś szykowną imprezę, żeby się napić i przetańczyć całą noc. Rhett jedynie chciał zjeść śniadanie z Grayem i z Vee, a przecież wszyscy musimy jeść. Więc co to za różnica?

Przyjęłam zatem taki tok rozumowania, po czym się ubrałam i zeszłam na dół.

- Co...? - Wzięłam gwałtowny oddech, gdy znalazłam się w pomieszczeniu, które przypomniało wnętrze kuli śnieżnej. Cała strefa dzienna domu Graysona w jakiś magiczny sposób przeistoczyła się w świąteczną Krainę Czarów, tak jak to się działo za sprawą mojego taty, kiedy byłam dzieckiem.

- Wesołych Świąt, Billie Bellerose! - powiedziała Vee śpiewnym głosem, gdy wynurzyła się z kuchni w fartuszku, który przypominał kostium elfa. Podeszła do schodów, gdzie stałam jak wryta, i serdecznie mnie wyściskała.

Mój uścisk z kolei był nieco wątły, ponieważ starałam się ogarnąć wzrokiem całą tę przemianę. Następnie spojrzałam na Rhetta i Graysona, którzy tkwili w pobliżu kuchni, w spodniach i czapkach Świętego Mikołaja. I w niczym prócz tego. W spodniach i czapkach, i w niczym innym z wyjątkiem mięśni i tatuaży, które aż się prosiły o to, by zbadać je językiem...

- O rany, czy nie mówiłam wam, żebyście włożyli koszule? - zbeształa ich Vee, po czym puściła do mnie oczko. - Przyniosę ci kawę, Billie. Wydaje mi się, że ci się przyda.

Ponownie zniknęła, a ja podeszłam kilka kroków bliżej do moich uśmiechających się znacząco mikołajów.

- Okej. Żądam wyjaśnień - powiedziałam rozkazującym tonem. - Co, kiedy, jak, kto, dlaczego? - Wymachiwałam rękoma i wskazywałam na miriady ozdób wypełniających dom Graysona, którego wnętrza zazwyczaj były dość chłodne, a mój wzrok zatrzymał się na ponad dwumetrowej choince, udekorowanej na czerwono i zielono, a jakby tego było mało, z migającymi światełkami.

- Boże Narodzenie - odparł Gray i wzruszył ramieniem. - W nocy, ciężką pracą, Rhett i Vee, i dlatego, że na to zasługujesz.

No cóż. Zadałam głupie pytanie, więc otrzymałam równie głupią odpowiedź. Nie żeby jego odpowiedź była głupia, ale zdecydowanie brakowało w niej sedna.

Rhett szturchnął Graysona, po czym ponownie się do mnie zwrócił.

- Kochanie, wiemy, że w twojej rodzinie święta były ważne. Po prostu chcieliśmy, żeby twoje pierwsze Boże Narodzenie spędzone z naszą rodziną stało się czymś naprawdę wyjątkowym.

O kurwa, zaraz się rozryczę.

Zmarszczyłam nos i przełknęłam ślinę, by powstrzymać łzy. To niesamowicie słodkie z ich strony, ale...

- To mój tato dekorował dom na święta, uwielbiał ich magię - powiedziałam zachrypniętym głosem. - I bez wątpienia był to mój ulubiony czas w roku. Wszystko się błyszczało, każdy się uśmiechał. Zawsze w święta rodzice sprawiali wrażenie, jakby jeszcze bardziej się kochali... ale odkąd zmarli, nie...

Chwila.

- Skąd wiedzieliście, że to moje ulubione... - Zanim skończyłam zadawać to pytanie, już uzyskałam odpowiedź, ponieważ otworzyły się drzwi wejściowe, a w nich stanął chłopak z sąsiedztwa. Moja pierwsza miłość, mój najstarszy przyjaciel, a teraz mój największy wróg. Jace.

Wciągnęłam głęboko powietrze i spiorunowałam go wzrokiem.

- To ty.

Podniósł głowę, ale w jego spojrzeniu nie dostrzegłam skruchy.

- To ja. Wesołych świąt, Bellerose.

Poczułam pulsujący we mnie gniew i zacisnęłam palce w pięść. Pragnienie, by go walnąć prosto w tę jego pełną zadowolenia z siebie gębę, było tak silne, że prawie się nim zakrztusiłam. Ale zanim zdążyło się zmaterializować, zorientowałam się, że nie jest sam.

Jace podszedł bliżej, a za nim do domu wszedł jego towarzysz, kulejący i wspierający się na lasce.

- Angel? - zapiszczałam z niedowierzaniem.

Gdy nasze spojrzenia się spotkały, jego seksowny, przekrzywiony uśmieszek był wręcz doskonały.

- Wesołych świąt, Bella.

Krzyknęłam i rzuciłam się na niego, oplotłam go ramionami tak ostrożnie, jak tylko się dało. Był w kiepskiej formie, pokryty siniakami, z zabandażowaną głową, więc nie chciałam, by przeze mnie jego stan się pogorszył.

- No co jest, Bella? Nie płacz - wyszeptał i objął moją talię, by mocniej mnie przytulić. - Skarbie, proszę, nie płacz. Przysięgam, że nic mi nie jest.

Szlochałam mu w klatę, a był to taki płacz, który wydobywał się prosto z mojej duszy i wylewał się niczym woda podczas powodzi. Angelo po prostu mnie tulił i szeptał słowa otuchy z ustami przy moich włosach, a ja zapomniałam, gdzie jesteśmy, do czasu kiedy Vee z głośnym westchnieniem wymówiła imię Angela. Odskoczyłam od niego, jakby poraził mnie prądem.

- Cholera jasna, A! - krzyknęła Vee i podbiegła do niego, a ja szybko się wycofałam.

Jednak Angelo ledwo co spojrzał na swoją żonę, ponieważ całą uwagę skupił na mnie, a ja czułam, jak z powodu zawstydzenia i poczucia winy płoną mi policzki, a po plecach spływa strużka potu. Co to, do kurwy nędzy, ma być? Właśnie rzuciłam się mu na szyję, jakbyśmy byli kochankami, a sposób, w jaki mnie tulił, to coś więcej niż tylko stara przyjaźń. Mam rację?

- Hmm, przyniosę kawę - wymamrotałam, po czym szybko przeszłam do kuchni.

Vee już nastawiła kawę, więc niewiele zostało mi do roboty, ale potrzebowałam sekundy, żeby ochłonąć.

- Hej, wszystko gra? - spytał łagodnym tonem Rhett, który wszedł za mną do kuchni. Pogładził mnie po plecach, a ja poddałam się temu dotykowi, napawałam się jego siłą. - To znaczy, najwidoczniej nie, lecz czy mogę coś zrobić? Nie trafiliśmy z niespodzianką? Jace powiedział nam...

Przerwał mu mój gorzki śmiech. Odwróciłam się, by na niego spojrzeć. Mój obrońca.

- No jasne, że Jace powiedział wam, jak dawniej spędzaliśmy razem magiczne święta, ponieważ potem już nigdy go nie było. Nie widział tych, gdy leżałam skulona na posadzce w kościele, bo w moim mieszkaniu zabrakło ogrzewania, a woda w kranie zamarzła. Nie widział, jak byłam pogrążona w żałobie i myślałam tylko o tym, że to pierwsze święta naszej córeczki. Jakie to typowe dla pieprzonego Jace'a, który dostrzega tylko czubek swojego nosa.

Twarz Rhetta zmarszczyła się pod wpływem bólu i żalu, a ja od razu poczułam się jak idiotka. Skąd on czy Gray mieliby o czymś takim wiedzieć. Chcieli zrobić dla mnie coś słodkiego, sprawić, by nasze pierwsze wspólne święta były wyjątkowe. A ja stoję tu i taplam się w przeszłości.

- Kurwa, przepraszam - wyszeptałam i westchnęłam. - Zachowuję się jak suka, a wy zadaliście sobie tyle trudu. Ja po prostu...

- Przestań - przerwał mi. - Nie masz za co przepraszać. Absolutnie za nic. Powinniśmy byli spytać, zamiast założyć, że ci się to spodoba.

Pogładziłam dłonią twarz i jęknęłam.

- Czy możemy zacząć od nowa? To wszystko... To dla mnie dużo. Czy możemy to przewinąć i udawać, że właśnie zeszłam po schodach?

Rhett się uśmiechnął.

- Oczywiście. Wesołych świąt, Tho...

Tym razem to ja mu przerwałam, rzuciłam się w jego ramiona i przywarłam ustami do jego warg. Nie miał nic przeciwko, ujął w dłonie mój tyłek, by mnie unieść, i odwzajemnił mój pocałunek, po czym wydał z siebie głęboki jęk wdzięczności.

Mój tyłek zetknął się z powierzchnią blatu, a gdy się całowaliśmy, rozłożyłam szeroko kolana i przyciągnęłam Rhetta do siebie. Nasze języki się splątały, drażniły i lizały, a dłonie chłopaka wędrowały w górę po moich udach. Miałam na sobie luźne spodenki, więc jego palce nie natrafiły na żadną przeszkodę w drodze do moich majtek.

- Kurwa, w tej chwili nie pragnę niczego bardziej, niż zedrzeć te majtki i wpakować w ciebie kutasa - wyszeptał chrapliwym, seksownym głosem. - Ale chyba mielibyśmy widownię.

- Zgadłeś - rzucił Grayson zza placów Rhetta. Odsunęłam się na tyle, by zobaczyć, jak wyciąga z piekarnika tackę pełną ciastek. Sielski, domowy obrazek. - Rhett, schowaj kutasa i zanieś kawę do salonu.

Rhett coś tam burknął, ale zrobił to, co mu kazano, lecz wcześniej poprawił w spodniach mikołaja swój wzwód. Cholera, to takie seksowne. Oblizałam wargi, a on puścił do mnie pełne obietnicy oczko.

Grayson odchrząknął, a ja oderwałam wzrok od oddalającego się Rhetta.

- No co? - spytałam z miną niewiniątka. - Ostatniej nocy ktoś tu mnie podniecił, ale nie zaspokoił, więc teraz tylko seks mi w głowie.

Gdy odłożył tackę ze świeżo upieczonymi smakołykami, uśmiechnął się w szatański sposób i podszedł bliżej.

- Jaki idiota zrobił coś takiego? - zadumał się i przesunął palcami wzdłuż linii mojej szczęki, po czym zajął miejsce Rhetta między moimi nogami.

Odchyliłam się, czekałam cierpliwie na pocałunek i się nie zawiodłam. Westchnęłam, gdy poczułam jego dotyk. Wielką dłonią chwycił tył mojej głowy, a ten gest jego dominacji jeszcze bardziej mnie podniecił.

- Gray... - wyszeptałam mu prosto w usta, kiedy wyczułam jego świątecznego, twardniejącego kutasa. - Tak bardzo pragnę, żebyś mnie przeleciał.

Uśmiechnął się i mnie pocałował.

- Dobrze się składa, bo ja też.

- O cholera! - zapiszczała Vee, która najwyraźniej nakryła nas na naszej świątecznej schadzce. - Boże, mam dziś koszmarne wyczucie czasu. Udawajcie, że mnie tu nie było. Hmm, nie przeszkadzajcie sobie.

Wyszła w pośpiechu, ale czar już prysnął. Grayson zwiększył dystans między nami, nawet wtedy, gdy włożył dłoń w spodnie, by doprowadzić się do porządku. Dogłębnie.

- Złośliwiec - rzuciłam mu oskarżycielsko, popatrzyłam na niego spode łba i zsunęłam się z blatu.

Jego śmiech towarzyszył mi, gdy wychodziłam z kuchni, a ja uśmiechałam się sama do siebie. Może te święta przywrócą jednak utraconą magię.

7: Billie

Rhett i Grayson uspokoili mnie po mistrzowsku, ale parę minut po tym, gdy weszłam do salonu, znów byłam gotowa kogoś zamordować.

- Czekaj, wybudzili cię ze śpiączki trzy dni temu, a nikt nam o tym nie powiedział? - wypaliłam, kiedy Angelo opowiedział nam o swoim powrocie do zdrowia.

Moje oskarżycielskie spojrzenie powędrowało ku Jace'owi, a on tylko wpatrywał we mnie spokojnym, chłodnym spojrzeniem. Ta głupia pielęgniarka ze szpitala też o niczym nie wspomniała. W obecnych czasach nie można nikomu ufać.

Angelo spojrzał na mnie, potem na Jace'a, i westchnął.

- Poprosiłem, żeby Jace nic nie mówił, zanim lekarze nie potwierdzą, że nic mi nie jest. Gdy po raz pierwszy się ocknąłem, byłem... zdezorientowany.

Wahanie, które nastąpiło, zanim wypowiedział to słowo, sprawiło, że stałam się podejrzliwa jak diabli, i nie tylko ja.

- Co to znaczy? - spytała Vee. - W jakim sensie zdezorientowany? Nie pamiętałeś wybuchu?

Angelo zwilżył usta, przeniósł wzrok na mnie, po czym spojrzał na Vee.

- Nie, nie pamiętałem wielu rzeczy. Szczerze mówiąc, bałem się jak cholera. Myślałem... - Kolejne spojrzenie w moją stronę, po czym wysilił się na wątły uśmiech, który miał przykryć ból w jego oczach. - Ale najwidoczniej to normalne, a poza tym szybko odzyskałem pamięć. Po prostu chciałem mieć pewność, że zdrowieję, zanim Jace cokolwiek powie. Przepraszam, że musiałaś się o mnie martwić, Vee.

Przełknęłam głośno ślinę. To jasne, że Vee się martwiła, byli małżeństwem i najwidoczniej darzyli się uczuciem, nawet jeśli nie łączył ich seks.

- Dziwię się, że Jace pozwolił ci opuścić szpital - wymamrotałam, nie byłam w stanie ukryć rozgoryczenia. - Przecież ostatnio wszystko musi kontrolować, prawda, Adams?

Ten wkurzający idiota jedynie uniósł brew.

- Jeżeli mamy coś do omówienia, Billie, jestem pewien, że to może zaczekać do jutra. Dziś mamy...

- Jeżeli? - wybełkotałam, aż krztusiłam się z oburzenia. - Jeżeli? Jeżeli mamy coś do omówienia? - Tak, brzmiałam jak papuga, ale czy ten dupek mówił teraz poważnie? - Bardzo dobrze o tym wiesz, Jasie Adamsie, nawet nie próbuj mną teraz manipulować. Nawet nie próbuj...

Byłam tak wściekła, że aż się trzęsłam. Dosłownie. Grayson usiadł przy mnie, splótł swoje palce z moimi, by mnie przytrzymać, ale ja i Jace wciąż zabijaliśmy się pełnymi wściekłości spojrzeniami.

- Billie ... - zaczął i westchnął, zrezygnowany.

Praktycznie już czułam gówno, jakim mnie zaraz obrzuci, więc potrząsnęłam głową.

- Daruj sobie - syknęłam. - Nikogo nie nabierzesz. - Z ogromnym wysiłkiem ponownie przeniosłam spojrzenie na Angela. - Miałeś w ogóle jakieś wieści od Giovanniego?

Skrzywił się.

- Tak. Dobrze zapłacił komuś w szpitalu. Ten jego informator doniósł mu, gdy tylko się wybudziłem. Przyjechał godzinę później i maglował, żeby wyciągnąć ze mnie jakieś informacje.

Vee pobladła, kiedy usłyszała jego słowa, a ja poczułam współczucie.

- A co z Vee? Czy rodzina nadal jej szuka? Czy powiedziałeś ojcu, że to właśnie Altissimowie próbowali nas zabić?

Angelo potrząsnął lekko głową, ale wtrącił się Jace.

- Billie, czy możemy porozmawiać na osobności?

- Nie. Pieprz się.

Jace przewrócił oczami, co sprawiło, że miałam ochotę kopnąć go w jaja. Wystarczająco mocno, żeby go wykastrować.

- To naprawdę dojrzała postawa, Billie. - Wstał i ręką wskazał na drzwi. - Proszę. Widzisz? Ładnie zapytałem.

Sarkastyczny dupek.

- Jeśli odmówię, to mnie zmusisz? Wydaje mi się, że tak właśnie wygląda twój sposób działania, gdy coś nie idzie po twojej myśli.

Na jego twarzy zagościł gniew, ale udało mu się go opanować, a ja poczułam satysfakcję na myśl, że zalazłam mu za skórę.

- Billie. Nie zachowuj się jak jakaś pieprzona smarkula. Proszę tylko o dwie minuty na osobności.

- Jace, zostaw ją w spokoju - jęknął Rhett, który stanął w mojej obronie.

Grayson mocniej ścisnął mnie za rękę, jakby chciał bez słów zapytać, czy chcę, by zainterweniował. Z jakiegoś powodu ich wsparcie zachęciło mnie, by wysłuchać Jace'a. Utwierdziło w przekonaniu, że nie są wtajemniczeni w temat, o którym chciał ze mną porozmawiać Adams. Co oznaczało, że teraz zaczęła zżerać mnie ciekawość.

- Dwie minuty. - Wreszcie ustąpiłam, puściłam dłoń Graya i wstałam. - Ale później nie wiń mnie, jeśli zadźgam cię widelcem.

Jace nie załapał żartu, jedynie zmiażdżył mnie spojrzeniem i wskazał na korytarz prowadzący do siłowni i biura Graya. Przewróciłam oczami, ale i tak weszłam do siłowni i zapaliłam światło.

- Więc? - zapytałam i odwróciłam się, by spojrzeć w oczy mojemu wrogowi, gdy ten również znalazł się w pomieszczeniu. - Co takiego ważnego skłoniło cię do zażądania prywatnej rozmowy?

Zatrzasnął za sobą drzwi, ale nie pozostał tam, gdzie stał. Zamiast tego podszedł bliżej, nie dał mi nawet czasu na reakcję, zanim chwycił mnie za szyję i przywarł ustami do moich warg.

Czas jakby się zatrzymał, a ja z trudem łapałam oddech, gdy mnie całował. Później głupio zareagowałam i przez ułamek sekundy odwzajemniłam pocałunek. W tamtej chwili zapomniałam, jak bardzo jestem wściekła, jak głęboko mnie zranił, jak okrutni byliśmy dla siebie nawzajem. Po prostu pamiętałam chłopca, którego kiedyś kochałam całym swoim popieprzonym sercem.

W końcu jednak odzyskałam rozum i ugryzłam go w wargę tak mocno, że aż poczułam krew.

Syknął, ale nie ruszył się z miejsca nawet wtedy, gdy przycisnął palce do swoich ust.

- Należało mi się. Nie powinienem był tego robić, i to nie z tego powodu chciałem z tobą porozmawiać. Po prostu zadziałałem pod wpływem impulsu.

- Więc tego nie rób - warknęłam. - Nic pomiędzy nami nie ma, Jace, dowiodłeś tego twoim epickim pokazem w szpitalu.

- To! - ryknął Jace, gdy odepchnęłam go na tyle mocno, że się zachwiał. - Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać, Billie. O tej pieprzonej, upartej urazie, którą do mnie żywisz. Twojej pieprzonej postawie ofiary. O tej pogardzie i odmowie spojrzenia na sytuację z szerszej perspektywy. To wkurwiające.

Szczęka mi opadła, gdy usłyszałam, że oskarżał mnie o to, czemu sam jest winien.

- Że co? - spytałam drwiącym tonem. - Chyba sobie teraz żartujesz.

Jace cofnął się o kilka kroków i potarł twarz z frustracją, podczas gdy ja po prostu przyglądałam mu się zszokowana. Czy znalazłam się w jakimś alternatywnym świecie?

- Posłuchaj. Mamy swoje problemy, oboje o tym wiemy. Ale moi najlepsi przyjaciele, moi bracia, poruszyli niebo i ziemię, by sprawić, żeby to Boże Narodzenie było dla ciebie magiczne, Billie. Jeżeli jesteś zbyt wielką suką, żeby to uszanować i odłożyć nasze problemy na jeden cholerny dzień, to nie jesteś kobietą, za jaką cię uważałem.

Szok i niedowierzanie sprawiły, że przez moment nie mogłam się odezwać.

- Mówisz poważnie? Myślisz, że możesz tu sobie po prostu wejść i zachowywać się, jakbym przez ciebie nie znalazła się na oddziale psychiatrycznym wbrew własnej woli, tylko dlatego, że nie upadłam na kolana i nie ssałam kutasa wspaniałego Jace'a Adamsa? Tego gówna nie przykryją światełka i świąteczne ozdoby!

Zmniejszył odległość między nami i chwycił mnie za koszulkę. Szybkim ruchem obrócił nas i oparł mnie o drzwi, ale tym razem nie próbował mnie pocałować. Zamiast tego po prostu mnie trzymał i wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że aż ugięły się pode mną kolana.

- Jeżeli naprawdę myślisz, że tak właśnie było, to mamy większy problem. Ale to może zaczekać jeszcze jeden pieprzony dzień. Prawda? Użyj tego ostatniego kawałka przyzwoitości, który został w twoim czarnym sercu, i pomyśl o Rhetcie i Graysonie. Pomyśl o Angelu. Jutro możemy wrócić do naszej wojny, ale dziś proszę cię, błagam cię, o zawieszenie broni.

Poczucie winy i żal mnie zalały, musiałam przygryźć wewnętrzną stronę policzka, żeby powstrzymać gorące łzy, które kłuły w oczy.

- Chcesz rozejmu? - wychrypiałam, by się upewnić, że dobrze go zrozumiałam.

- Tak - wyszeptał, wyglądał przy tym na zupełnie wyczerpanego. Z jego soczystych ust sączyła się krew, co nie powinno być aż tak seksowne. - Proszę, Billie. Przeszli przez to wszystko razem z nami. Dziś chodzi o kogoś poza tobą. Chodzi o nich. O każdego z nas. Oni, my, rozpaczliwie pragniemy znów poczuć się jak rodzina. Choćby przez jeden dzień. Nie widzisz tego?

Zadrżałam, gdy pogładził mnie kciukiem po policzku. Kiedy ostatnio dotykał mojej twarzy?

- Billie... Rose... tylko jeden dzień spokoju. Dla nich. To wszystko, o co proszę.

Nazwanie mnie Rose, jakby odwoływał się do tamtej mnie z przeszłości, nie było czystą zagrywką. Tamtej mnie, która kochała go bezwarunkowo. Tamtej mnie, gotowej wszystko mu wybaczyć. Już dawno jej nie ma.

- Nie wiem, czy dam radę - wyszeptałam. - Nie potrafię tak dobrze udawać, a teraz wolałabym raczej pływać wśród piranii, niż odgrywać z tobą szczęśliwą rodzinkę, Jace.

Ból, który malował się na jego twarzy, sprawił, że o mało co głośno nie westchnęłam. Ale Jace sobie z tym poradził, uderzył pięścią w ścianę i odwrócił się ode mnie. Ponownie przełknęłam ślinę, szukałam w sobie siły, by odejść, ale nie potrafiłam. Nie byłam w stanie się ruszyć. Już mnie nie dotykał, ale sama jego obecność więziła mnie w tym miejscu.

- W porządku - wycedził. - W takim razie tego nie rób. Możesz sobie być tak zimna i wredna wobec mnie, jak tylko chcesz, ale zmień swój język i ton na dokładne przeciwieństwo tego, co masz na myśli. Dzięki temu wyrzucisz z siebie całe to gówno, ja będę wiedział, o co ci chodzi, ale pozostali będą myśleć, że po prostu jesteśmy dla siebie mili. Czy potrafisz to zrobić?

Zmarszczyłam brwi.

- Chodzi ci o to, że na przykład, gdy będę chciała powiedzieć: Jace, dupku, weź się, kurwa, zamknij...

- To powiesz: Jace, kochanie, uwielbiam cię słuchać - rzucił to przesłodzonym tonem, jakby naśladował damski głos.

Moje usta drgnęły z rozbawienia, ale ugryzłam wnętrze policzka, żeby powstrzymać uśmiech. Czy potrafiłabym tak zrobić? Nie mogłam się zgodzić na rozejm, to wszystko było zbyt świeże. Ale chyba dam radę się z nim sprzeczać za pomocą kodu?

- Dobrze - zgodziłam się. - W takim razie, Jace, kochanie, ta koszulka świetnie na tobie wygląda - powiedziałam z uśmiechem i zatrzepotałam rzęsami, a później odwróciłam się i bez czekania na jego odpowiedź otworzyłam drzwi.

- Hej! - warknął za mną. - Z moimi ubraniami wszystko w porządku!

Zachichotałam i wróciłam do salonu. Może ten jego pomysł miał sens. Może będzie fajnie, gdy zacznę rozrywać go na strzępy, a nikt się nawet nie zorientuje, co naprawdę miałam na myśli. I miał rację co do tego, że powinnam uszanować to, co zrobili dla mnie Rhett i Grayson. No i Vee.

Teraz wiedziałam, dlaczego Rhetta nie było przy mnie, gdy obudziłam się w nocy, ale wciąż nie mogłam zrozumieć, jak to się stało, że ja i Vee się zaprzyjaźniłyśmy. Może po prostu była znudzona i spragniona babskich pogaduszek. Nie żeby stanowiło to dla mnie jakiś problem, lubiłam ją. Ale miałam również poczucie winy, gdy przypominałam sobie, czyją jest żoną. I o wszystkim, co wydarzyło się między mną a Angelem, nieważne, jak dawno temu... To, co do niego czułam, było prawdziwe i zaczynałam myśleć, że tak naprawdę nigdy nie pozwolę mu odejść.

- Wszystko w porządku? - spytał ostrożnie Rhett, gdy dołączyłam do nich w salonie. - Gray poszedł po apteczkę.

Uśmiechnęłam się i usiadłam obok niego na sofie.

- Niepotrzebnie. Tylko rozmawialiśmy. Prawda, Jace? - Zerknęłam na mojego wroga, a on odpowiedział mi sztucznym uśmiechem.

Na jego ustach nadal widniała krew, ale zdawał się tym nie przejmować.

- W rzeczy samej - zgodził się. - Jesteś taką świetną rozmówczynią, Billie. Uwielbiam sposób, w jaki używasz słów.

Och, już wiem, jak to będzie wyglądało.

Zmrużyłam oczy, wytrzymałam jego zadowolone spojrzenie, gdy siadał na sofie. Gra rozpoczęta.

8: Angelo

Wymiana obelg pomiędzy Billie i Jace'em była tak znajoma, że przywołało to jeszcze więcej poplątanych wspomnień, które dręczyły mnie od chwili, gdy obudziłem się w szpitalu. Nawet jeśli maskowali te obelgi pod przykrywką komplementów. Znałem ich równie dobrze co samego siebie, a tej wściekłości, jaką mieli w oczach, nie mogli ukryć równie łatwo co jadu na językach.

- Jace jest takim uzdolnionym twórcą, że z całą pewnością w mgnieniu oka sam przygotuje kilka kolejnych utworów. Nie martwcie się - zaświergotała Billie, brzmiąca jak jedna z jego groupie, podczas gdy wszyscy znaliśmy prawdę.

Pozostali omawiali zobowiązania, które wynikały z kontraktu i które nadal musieli spełnić, a ja wypoczywałem na sofie, obserwowałem ich i zastanawiałem się, jak wyglądałoby moje pieprzone życie, gdybym wybrał ścieżkę gwiazdy rocka zamiast członka mafii.

Nie żebym miał jakiś wybór, lecz pobudka w szpitalnym łóżku, z myślami zawieszonymi gdzieś między przeszłością a teraźniejszością, uświadomiła mi, że nigdy tak naprawdę nie uporałem się z bólem z powodu straty Billie i dziecka tych kilka lat temu. Kiedy się budziłem, sądziłem, że nadal jest w ciąży, że robiliśmy zakupy dla dziecka i że nam się uda, nawet bez trzeciego członka naszego trio.

Jace cholernie szybko wszystko mi wyjaśnił, a ja ponownie musiałem to przeżyć.

Odłamek szkła, który wyjęli mi z kolana, bolał mniej niż pobudka wśród tych wspomnień.

- Angel - powiedziała Vee, siadająca obok mnie. Zobaczenie jej całej i zdrowej, choć pokrytej blednącymi siniakami, odrobinę poprawiło mi nastrój. - Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. To naprawdę najlepszy prezent świąteczny, jaki mogłabym sobie wymarzyć.

Odnalazłem wzrokiem Billie, która odrzuciła głowę w tył i śmiała się z czegoś, co powiedział Rhett. To był prawdziwy śmiech. Taki, który rozświetlał całą jej twarz, sprawiający i sprawiał, że była tak cholernie piękna, że patrzenie na nią niemal bolało. Miałem okazję podziwiać najsłynniejsze dzieła sztuki, ale żadne z nich nie mogło się równać z Billie, kiedy wyglądała właśnie tak.

Mój prezent gwiazdkowy.

- Martwiłem się o ciebie - powiedziałem do Vee po oderwaniu wzroku od Billie. To było cholernie trudne, gdy przeszłość nadal mieszała mi się z teraźniejszością, przez co z trudem pamiętałem, że Billie nie należy do mnie. Pozwoliłem jej odejść.

Musiałem to zrobić, by ją ocalić jej życie. Pomimo naszego udawanego związku, nic się nie zmieniło. Bez potomka Riccich moja rodzina ponownie stanowiła dla niej zagrożenie. I z pewnością zagrażały jej zamachy ze strony rodziny Vee.

- Martwiła się o ciebie - powiedziała cicho Vee. - Musicie sobie wszystko wyjaśnić, bo życie jest zbyt krótkie, żeby je przeżyć bez ukochanej osoby. - Spuściła wzrok, a ja wiedziałem, że myślała o Gianie, swojej ukochanej, która ukrywała się gdzieś w Europie. Kolejna osoba, którą poświęciliśmy w naszym życiu.

- Wiesz, co myślę o miłości - warknąłem, bo poczułem rosnący gniew.

Miłość to słowo, którego tak cholernie nienawidziłem. Broń, wykorzystywana przez mojego ojca. Poczucie winy, po które sięgał, by postawić na swoim. I wymówka, usprawiedliwiająca wybory, jakich dokonał w moim życiu. Wszystko z miłości do syna i rodziny. Nie mogłem jednak zaprzeczyć słowom Vee. Naprawdę kochałem Billie, choć czasami przerażało mnie to uczucie oraz to, że pewnego dnia stanę się Giovannim, wykorzystującym tę miłość, by kontrolować Billie.

- Potrafisz kochać bardziej niż jakikolwiek mężczyzna, którego znam - westchnęła Vee. - Gdybym miała wpływ na swoją orientację seksualną, wybrałabym ciebie. Za każdym razem. Nawet nie myśl, że jesteś taki jak on. W niczym nie przypominasz mężczyzn z naszych rodzin. Jesteś honorowy. I Billie doskonale o tym wie.

Trafiła w czuły punkt i musiałem ją powstrzymać.

- Billie nie jest teraz naszym problemem - powiedziałem krótko i wyprostowałam nogę, która mrowiła od zbyt długiego siedzenia w jednej pozycji. - Powinniśmy się martwić cholerną wojną mafijną i tym, jak sobie, kurwa, z nią poradzimy, by nie stać się jej przypadkowymi ofiarami.

Vee położyła rękę na moim prawym bicepsie i lekko go ścisnęła, po czym powiedziała:

- Jest Boże Narodzenie. Rodzina może poczekać. Doskonale wiemy, że nigdzie się nie wybierają.

I to był nasz problem. Rodziny, w których się urodziliśmy, to nasze życie. A to życie na zawsze zostało związane z rodziną i nie było, kurwa, mowy żadnej o ucieczce.

- Masz rację. Opowiedz mi, co się wydarzyło od chwili, gdy wylądowaliśmy w szpitalu.

Vee szybko wszystko mi streściła, zaczęła od swojej ucieczki i propozycji Graysona, by ukryła się w jego domu, między innymi za to byłem jego dłużnikiem, aż do zamknięcia Billie w szpitalu wbrew jej woli, żeby pomóc jej uporać się ze wspomnieniami.

- Wypisali ją wczoraj, po ostatniej sesji z terapeutką - kontynuowała. - Miło jest widzieć tu wszystkich, całych i żywych.

To miło zdawało się wątpliwe. Wolałbym mniej Bellerose, a więcej Billie, ale to pewnie przez ten cholerny uraz głowy, ten sam, który dał mi powtórkę w pierwszym rzędzie z nastoletniej dramy. Jace nie wspomniał o tym, że to przez niego Billie została przyjęta do szpitala, a ja się zastanawiałem, czy zataił tę informację, ponieważ czuł się winny, czy nie chciał, żebyśmy od razu wrócili do kłótni. Tak czy inaczej, wkrótce będziemy musieli o tym porozmawiać.

- Albo mi się wydaje, albo między tobą a Jace'em wszystko w porządku - powiedziała nagle Vee, tak cicho, że nikt inny jej nie usłyszał. - Coś się stało?

Nie coś. Wszystko.

- Ryzykował życie, by mnie uratować - powiedziałem. - Gdy obudziłem się w szpitalu i zobaczyłem, że siedzi przy moim łóżku, byłem cholernie zdezorientowany. Mentalnie wróciłem do okresu, kiedy mieliśmy osiemnaście lat, do moich czasów z Billie, bez Jace'a, a nagle widzę go, siedzącego przy mnie...

Nie wiedziałem, co myśleć, a to tylko zwiększyło moją dezorientację.

- Później wszystko mi wyjaśnił, rozmawialiśmy o całym tym gównie, które wydarzyło się między nami osiem, cholera, teraz to już będzie prawie dziewięć lat temu, i sądzę, że chyba jesteśmy gotowi, by zostawić przeszłość za sobą.

Przynajmniej jej większość, bo żaden z nas nie był gotów pozwolić Billie odejść. Nawet gdybyśmy tego chcieli. Obydwaj bezskutecznie próbowaliśmy, więc pora się czegoś nauczyć. Była częścią nas i nawet te dziewięć lat rozłąki tego nie zmieniły.

- Teraz powinniśmy napisać piosenkę - powiedział głośno Rhett i uniósł butelkę whisky w powietrze w geście toastu. - No dalej, jest Boże Narodzenie, a już zdarzyło się kilka cudów. Jace i Billie się nie pozabijali, Angelo wybudził się ze śpiączki, nie było też zamachu na życie żadnego z nas. Świętujmy. To idealny moment, żeby napisać kolejny hit.

Grayson, Jace i Billie krzyknęli głośno, że się z nim zgadzają, i stało się jasne, że zdążyli wypić więcej niż Vee i ja. Może alkohol wesprze mnie w radzeniu sobie z tym psychicznym cierpieniem, które nie odpuszczało. Pieprzyć zasadę o niemieszaniu alkoholu i środków przeciwbólowych.

Sięgnąłem po laskę i zacząłem wstawać, ale zanim zdążyłem to zrobić, Billie poderwała się z sofy i podbiegła, by zająć miejsce przy moim prawym boku.

- Pomóż z lewej strony, Vee - powiedziała słodko. - Będzie mu wygodniej.

Wygodniej. To przywołało myśli, które lepiej odłożyć na później. Wygodnie z Billie kiedyś oznaczało popołudnia spędzone nago w łóżku na jedzeniu, pieprzeniu się i oglądaniu filmów. Te stłumione wspomnienia wybrały najmniej odpowiedni moment, żeby się wedrzeć do mojej głowy i nie chcieć odejść.

Kurwa. Już raz zdołałem je zablokować, więc umiem zrobić to ponownie.

- Poradzę sobie - powiedziałem, po czym odsunąłem od siebie obie kobiety. - Chciałem się napić.

- Wystarczyło poprosić - powiedział Jace, pojawiający się przede mną ze szklanką whisky w dłoni.

Wiedziałem, że to Yamazaki 21 jeszcze nim na nią spojrzałem, moja ulubiona whisky. Picie alkoholu podczas przyjmowania leków z pewnością było wbrew zaleceniom lekarza, ale od kiedy to przestrzegam zasad?

- Dzięki - powiedziałem cicho. - To dzień, kiedy trzeba wypić drinka.

- Albo pięć - zgodził się Grayson i również się do mnie przysunął.

Rhett wydał z siebie kolejny okrzyk radości.

- Musimy świętować. Wiem, że nie ma z nami Flo i że jeszcze jej nie opłakaliśmy. Ale Boże Narodzenie to czas świętowania, a ja zamierzam dziś dziękować i być wdzięcznym za to, co mam.

Na chwilę zapanowała cisza i, cholera, zżyliśmy się jak nastolatki podczas pieprzonego piżama party. Przechyliłem szklaneczkę, wypiłem całą zawartość, a Jace już trzymał butelkę, gotowy, żeby nalać mi kolejną porcję.

- Nie przestawaj mi polewać - powiedziałem, po czym ponownie usiadłem na sofie, z której ledwie co wstałem.

Billie już nie próbowała mnie dotknąć, ale czułem na sobie jej palące spojrzenie. Pragnienie, by na nią popatrzeć, było tak silne, że prawie poddałem się temu przyciąganiu.

Udało mi się zachować obojętność, dopóki się nie odezwała.

- Zagrasz z nimi na basie, gdy będą składać nowy kawałek? - Jej głos był niepewny. Pełen nadziei. - To mogłoby pomóc... skoro nie ma już Flo.

Pieprzyć moje życie i cholerną mafijną koronę, która się z nim wiązała. Spojrzałem na nią i wiedziałem, że to bitwa, której nie mogłem wygrać. Nie, kiedy te piwne oczy błagały mnie, żebym był miły. Żebym tworzył dziś muzykę, której najwyraźniej każdy potrzebował.

- Jasne - rzuciłem swobodnie, chociaż byłem od tego daleki.

Twarz Billie ponownie się rozpromieniła, a cierpienie, które czaiło się w jej oczach, na chwilę zniknęło. Jeśli muzyka jest kluczem do ukojenia duszy tej dziewczyny, to będę grał cały cholerny dzień.

Ktoś wytrzasnął skądś gitarę, pewnie z powietrza, ponieważ wylądowała na moich kolanach szybciej, niż wydawało się to możliwe. Grayson już trzymał w dłoniach pałeczki, gotów ich użyć, uderzał nimi o mały stolik, Rhett przyniósł gitarę z sypialni, a Jace korzystał z niewielkiego, ale wyglądającego na drogi keyboardu. Był mistrzem kilku instrumentów, podczas gdy ja potrafiłem grać jedynie na gitarze prowadzącej i na basie, ale nie słyszałem, żeby używał keyboardu na ich ostatnich albumach.

Tak, byłem na bieżąco z Bellerose. Nie to, żebym miał się do tego przyznać przed kimś innym oprócz Brendy, która była moją informatorką.

- Keyboard - powiedział Rhett i pokiwał głową, na znak, że mu to pasuje. - Podoba mi się to. To takie oldskulowe.

Jace wzruszył ramionami, z pochyloną głową szukał właściwego dźwięku.

- Zrozumiałem, że to pora na powrót do początku, gdy tworzyliśmy muzykę z miłości do niej, a nie dlatego, że jakaś pieprzona wytwórnia pstryka palcami i oczekuje kolejnego hitu od Bellerose.

Billie prychnęła, a gdy Jace podniósł wzrok, by przyszpilić ją tym swoim sławnym spojrzeniem, wymusiła uśmiech.

- To cudowny pomysł. Powrót do czasów, gdy tworzyliście dobrą muzykę ma sens.

Była słodka i uśmiechnięta, ale tym razem nie udało jej się ukryć przytyku. Usta Jace'a zadrżały. Ten cholerny drań czuł się rozbawiony, ale nie dał tego po sobie poznać.

- Zawsze byłem dobry, kochanie. To po prostu inny rodzaj dobra.

- Racja - zaświergotała Billie. - Nie mogłabym się z tym nie zgodzić, kochanie.

Przeszła przez pokój i usiadła między Rhettem a Graysonem, a ja z trudem się powstrzymałem, by nie wstać i nie posadzić jej przy swoim boku. Nie. Kurwa. Ich.

Tylko że ona była ich.

I to się nigdy nie zmieni.

- Okej, zacznijmy od czegoś starszego, żeby się rozgrzać - powiedział szybko Jace i wystukał rytm Existential Crisis, jednego z ich najwcześniejszych kawałków.

Znałem go na tyle dobrze, że od razu się włączyłem, i znów było tak, jakbym nigdy nie przestał grać.

Bas nie był moim standardowym instrumentem, kiedy grałem z Jace'em zawsze byłem gitarą prowadzącą, ale dość łatwo się odnalazłem. Grayson dołączył z perkusją, a chwilę później Rhett z gitarą. Miał talent, a na dodatek okazał się przyzwoitym gościem. Jeżeli ktoś musiał zająć moje miejsce w zespole, to cieszę się, że padło na kolesia takiego jak on.

Chociaż jednocześnie miałem ochotę go zabić.

Gdy piosenka zbliżała się do refrenu, Billie przymknęła oczy, a śpiew Jace'a, nawet bez mikrofonu, wypełnił cały pokój. Miałem przeczucie, że wybrał właśnie tę piosenkę, ponieważ była jedną z niewielu, w których nie rozrywał Billie na kawałki.

To dość spory gest wobec osoby, której, jak twierdzi, nienawidzi.

Kiedy skończyliśmy, Rhett wydał z siebie kolejny okrzyk radości, a ja dopiłem ostatniego drinka i rozkoszowałem się ciepłem, rozlewającym się po całym moim ciele.

Tydzień temu o mało co nie umarłem. Wszystko, co się teraz działo, traktowałem jako premię od życia, o którym sądziłem, że dobiegło końca.

- Okej, spróbujmy czegoś innego - powiedział Grayson, a tempo, które narzucał, przyspieszyło. - Dajmy więcej czadu.

Rhett opróżnił szklankę i ponownie chwycił gitarę.

- To jest cholernie dobre. Angel powinien zostać naszym nowym basistą. Czy nie byłoby idealnie? Moglibyśmy stać się chłopcami z Bellerose.

Billie otworzyła szeroko oczy, a nasze spojrzenia się spotkały.

Po raz kolejny przeszłość i przyszłość przeleciały mi przed oczami. Przeszłość, gdy byłem częścią innego rodzaju rodziny. Przepełnionej muzyką i miłością.

Dopóki nie zacząłem nienawidzić obu.

Kurwa.

Odłożyłem gitarę, podniosłem się i chwyciłem laskę.

- Muszę odpocząć - rzuciłem krótko i odszedłem tak szybko, jak pozwalało mi na to moje obolałe ciało.

Jeśli miałem pozwolić przeszłości odejść, musiałem to zrobić dziś. Dziś, dopóki to wciąż możliwe, bo jeśli Billie jeszcze raz na mnie spojrzy, stanę się cholernie zgubiony.

9: Billie

Następnego dnia obudził mnie wywracający się na drugą stronę żołądek. Jęknęłam i uchyliłam oczy, ale cholerne światło próbowało wwiercić się w mój mózg. Przymknęłam, by przezwyciężyć pulsowanie w głowie, i jednocześnie próbowałam sobie przypomnieć, co się wczoraj wydarzyło.

Boże Narodzenie.

Prawdopodobnie najlepsze Boże Narodzenie w całym moim życiu, ale zdecydowanie przesadziłam z alkoholem. A tego poranka miałam za to zapłacić.

Ale chciałam świętować, Angelo wrócił do domu i coś między nami się zmieniło. Przyciąganie, które próbowaliśmy zniszczyć już lata temu, wróciło.

Wraz z Jace'em tworzyli muzykę, co było niczym pięść próbująca wyrwać mi serce z piersi. Angel na pewno czuł to samo. Zrozumiałam to, gdy wyszedł z pokoju, by "odpocząć". Kiedy wrócił kilka godzin później, wydawało się, że opuścił go już ten zły nastrój, bo wziął się na poważnie do picia i komponowania muzyki z zespołem.

Jako że męczył mnie, nie miałam pojęcia, czy te trzy "hity", które pomogłam im napisać, okażą się faktycznie tak dobre, jak to zapamiętałam, ale dzień był na pewno dobry, taki, którego nigdy nie zapomnę.

Chwila spokoju w życiu zdominowanym przez cierpienie.

- Wszystko w porządku, Thorn? - wymamrotał Rhett i przewrócił się, by objąć mnie ramieniem. - Miałaś koszmary?

Dla odmiany, nie.

Objął mnie mocniej, a ja ponownie zajęczałam.

- Nie, nie koszmary. To tylko poranny kac.

Śmiech Rhetta zdawał się kojący, a ja byłam mu wdzięczna za to, że w całym tym chaosie jest moją oazą spokoju.

- Prysznic, coś na ból głowy i woda - rozkazał mi. - Te dwie rzeczy zostawiłem na szafce nocnej.

Uchyliłam oczy, stoczyłam walkę z cholernym światłem i zobaczyłam szklankę wody oraz dwie tabletki, które leżały dokładnie tam, gdzie powiedział Rhett.

- Cholera, kocham cię - oznajmiłam i sięgnęłam do stolika. - Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam, ale jestem ci cholernie wdzięczna.

Tym razem śmiech Rhetta był nieco głośniejszy.

- Nie mam pojęcia, czy mówisz do mnie, czy do tabletek.

Od razu je połknęłam, popiłam wodą i odwróciłam się do tego boskiego faceta w moim łóżku.

- Do ciebie - powiedziałam, a w piersi ścisnęło mnie równie mocno, co w żołądku. - Zdecydowanie do ciebie.

Zamarł na chwilę i przestał się śmiać, a gdy się podniósł, pościel opadła i odsłoniła jego nagie ciało, ledwie wstrzymałam westchnienie. Jego usta przylgnęły do moich, przypominały mi o tym, jak wczoraj wylądowaliśmy w łóżku, a ja zupełnym przypadkiem wpadłam na jego kutasa i pieprzyliśmy się, dopóki nie jęczałam jego imienia.

Poczułam, jak moja cipka się zaciska, zdecydowanie byłam gotowa na druga rundę. Taką, którą lepiej zapamiętam.

- Też cię kocham, Thorn. Od chwili gdy wpadłaś na mnie w tamtej alejce.

Rhett, mój rycerz w lśniącej zbroi. Nigdy mnie nie zawiódł, nawet raz, i był zdecydowanie kimś, na kogo nie zasługiwałam.

Nie padły już żadne słowa, zamiast tego nasze usta ponownie się spotkały. Rhett delikatnie ujął moją twarz i pogłębił pocałunek, aż zajęczałam cicho, bo poczułam, że moje zawroty głowy ustępują pod jego dotykiem. Nadal przewracało mi się w żołądku, ale nie miałam zamiaru pozwolić, by to nam przeszkodziło. Pragnęłam się zatracić w orgazmach zafundowanych przez Rhetta

- Kurwa, Thorn. Przysięgam na bogów rocka, zostałaś wysłana, żeby uratować moją psychikę.

- Też mnie ocaliłeś - wyszeptałam bez tchu. - Pod każdym pieprzonym względem.

Oczy Rhetta pociemniały, stały się niemal szmaragdowe, gdy wsunął dłonie pod mój tyłek, przyciągnął mnie bliżej siebie, nim ponownie rzucił nas na łóżko. Czułam na sobie ciężar jego ciała w ten najlepszy ze sposobów.

Rozsunęłam nogi, by poczuć go jeszcze bliżej, poruszałam biodrami, ocierając się o jego twardego kutasa, a on właśnie miał we mnie wejść, kiedy rozległo się głośne pukanie. I kolejne. Ten dźwięk sprawiał mi ból, a gdybym posiadała magiczną moc, zmieniłabym tego, kto stał za drzwiami, w pieprzony pył.

- Spierdalaj - warknął Rhett, wsuwający już we mnie zakolczykowaną główkę swojego penisa. Ustami zaczął ssać moje sutki, jeden po drugim, pieścił je zębami i językiem, aż stały się twarde i pulsujące.

Tym razem pukanie było głośniejsze i bardziej natarczywe.

- Wstawaj, kurwa! - krzyknął zza drzwi Jace. - Mamy piosenkę do skończenia i gówno do obgadania, a to nie może czekać, aż skończysz swoje pięć minut.

- Co za skurwiel - warknął Rhett z ustami przy moich piersiach, po czym ponownie uniósł głowę. - Jeżeli do ciebie wyjdę, Jace, skopię ci ten pieprzony tyłek. A potem pozwolę Billie zrobić to samo.

Jace zaśmiał się mrocznie.

- Miałem więcej niż pięć minut z Bellerose. To zawsze się dobrze zaczyna, ale na końcu jesteś wyruchany w sposób, na który się nie pisałeś. - Ponownie walnął w drzwi. - A teraz wyłaź, kurwa.

Dźwięk kroków ucichł, a Rhett oparł swoją głowę obok mojej, na poduszce.

- Zamorduję go - warknął nietypowym dla siebie tonem. - Uduszę go kablem od mikrofonu i nazwę to wypadkiem przy pracy.

Z moich ust wyrwał się cichy śmiech, mimo iż mocno je zaciskałam. Rhett uniósł głowę i napotkał mój wzrok, a za chwilę śmialiśmy się już oboje.

- Nastrój trochę się zepsuł - powiedziałam, gdy już się uspokoiłam. - Ale musimy to przełożyć.

Jego pocałunek był błyskawiczny, gorący i dominujący.

- Umowa stoi, kochanie. No dalej, wstawajmy.

Momentalnie znalazł się na nogach, a ja starałam się mu nie zazdrościć, że jest tak sprawny mimo wypicia sporej ilości alkoholu, podczas gdy sama czułam się tak zwinna jak słoń. Rhett pomógł mi wstać, po czym zaprowadził mnie do łazienki.

- Pierwsza weź prysznic, nie musisz się spieszyć - mówił, zaborczo dotykając moich bioder, po czym przyciągnął mnie do pocałunku. Gdy się odsunął, nogi mi drżały, i sądząc po jego uśmieszku, doskonale wiedział, jaki miał na mnie wpływ. - Idę skopać tyłek Jace'owi i się dowiedzieć, co to za pilna sprawa.

Potrząsnął głową i odwrócił się w stronę drzwi, a mi zniknął z oczu ten twardy członek, który tego ranka był już prawie mój.

- Nie zapomnij spodni! - zawołałam za nim.

Kiedy się odwrócił, w jego boskim uśmiechu dostrzegłam błysk kolczyka.

- Jace będzie musiał to jakoś znieść, Thorn. Przecież to jego cholerna wina, że jestem twardy jak pieprzony kij bejsbolowy.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, już go nie było, a ja dziękowałam gwiazdom, że Vee nie interesują faceci, ponieważ nie miałam złudzeń co do tego, że nie potrafiłabym się nimi dzielić. To nie w porządku, skoro oni musieli się dzielić mną, ale hej, takie jest życie. Pod tym względem byłam zachłanna, ale skoro nikomu nie przeszkadzał taki układ, nie miałam zamiaru narzekać.

Zamknęłam drzwi do łazienki i odkręciłam wodę na maksa, żeby była tak gorąca, jak tylko dam radę wytrzymać, w nadziei, że uśmierzy mój ból głowy. Tabletki powinny wkrótce zadziałać, ale na razie pulsowanie przybierało na sile.

Opadłam na posadzkę, przyciągnęłam kolana do piersi, objęłam je mocno ramionami i pozwoliłam, by woda spływała po mnie, podczas gdy ja rozmyślałam o wczorajszym dniu. Był idealny, ale zachowanie Jace'a dzisiejszego ranka potwierdziło, że nasz rozejm dobiegł końca. Przestał być miły, więc ja też przestanę, bo jest dupkiem, któremu należy nieustannie przypominać, że tak naprawdę to nie jest bogiem.

Gdy już nacieszyłam się gorącą wodą, obniżyłam jej temperaturę, umyłam włosy i ogoliłam każdą część ciała, która tego wymagała. Owinęłam się ręcznikiem i wyszczotkowałam zęby, a następnie szybko wysuszyłam włosy. Od kiedy byłam z chłopakami, wszystko miałam na wyciągnięcie ręki, ale nie zapomniałam tej części swojego życia, gdy ledwie mogłam sobie pozwolić na mycie włosów raz w tygodniu. Ale te wspomnienia powoli zanikały.

Teraz chciałam, żeby odpieprzyły się ode mnie koszmary, a sesje z terapeutką dobiegły końca. Wtedy moje życie byłoby cudowne. No dobra, zostały jeszcze mafijne rodziny, które nadal próbowały mnie zabić, ale cos mi mówiło, że to nie jest moje największe zmartwienie.

Tutaj byłam bezpieczna i miałam zamiar cieszyć się tym tak długo, jak to tylko możliwe.

Ubrana w jeansy i sweter, z minimalną ilością makijażu i z rozpuszczonymi włosami, wyszłam z pokoju i zobaczyłam, że chłopcy wrócili do wczorajszego komponowania. Gdy weszłam, powitały mnie ciemnogranatowe oczy, a Jace posłał mi gniewne spojrzenie.

- Musimy się trzymać terminów, Bellerose. Następnym razem może racz się pospieszyć z tym, cokolwiek tam robisz pod prysznicem.

Uśmiech, którym obdarzyłam go w odpowiedzi, był tak słodki, że aż powinny go zaboleć zęby.

- Och, Jace, kochanie, kiedy przebywasz w domu, osiągnięcie orgazmu zajmuje naprawdę dużo czasu. Jest coś w twojej obecności, co zabija nastrój. Stąd taki długi prysznic.

Błękit w jego oczach jeszcze bardziej pociemniał, a ja z trudem się powstrzymywałam, żeby nie parsknąć śmiechem. Zanim Jace zdążył się odgryźć, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do kuchni. Jeżeli miałam znosić tego toksycznego dupka, to tylko przy wsparciu hektolitrów kawy. Na szczęście ból głowy zelżał, ale wiedziałam, że jeśli się nie nawodnię i nie nafaszeruję kofeiną, wkrótce powróci.

Jakaś dobra dusza zostawiła w połowie pełny dzbanek, więc nalałam sobie naparu do filiżanki, dodałam odrobinę śmietanki i cukru, żeby zapewnić sobie dodatkowy zastrzyk energii, po czym usiadłam, by delektować się napojem w samotności. Nadal otaczały mnie świąteczne ozdoby, nikt jeszcze nie uprzątnął tych oznak świętowania. A skoro oni nadal pracowali nad piosenką, zastanawiałam się, czy dzisiejszy dzień będzie równie przyjemny jak wczoraj.

Płonne nadzieje. Gdy się obróciłam, by dolać sobie kawy, poczułam, jak z obu stron obejmują mnie silne ramiona i więżą mnie przy kuchennym blacie. Od razu wiedziałam, że to Jace. Kurwa, znałam każdą krzywiznę muskułów ukrytych pod brązową skóry, chociaż teraz jego ciało było większe i twardsze niż kiedyś.

- Czego, do cholery, chcesz? - huknęłam, z twarzą nadal zwróconą w stronę blatu, po czym wzięłam kolejny łyk kawy. - Może byś wrócił do tej swojej kiepskiej muzyki i zostawił mnie w spokoju.

Pozostał irytująco cichy, ciągle trzymał mnie w miejscu. Gdy nie byłam już w stanie znieść tego napięcia, odwróciłam się w tej niewielkiej przestrzeni, którą mi zostawił, i od razu tego pożałowałam. Miał zbyt piękną twarz, której używał jako broni zdecydowanie za często. Świdrował mnie oczami, w których ponownie zagościł ten głęboki, niebieski kolor. Pochylił się nade mną jeszcze niżej, tak, że nasze twarze dzieliły jedynie centymetry.

- Czy naprawdę miałaś orgazm? - mruknął, a jego głos był bardziej zachrypnięty, odkąd śpiewał. - Pod prysznicem. Myśląc o mnie.

Przełknęłam głośno ślinę i o mało co nie upuściłam filiżanki, ale w ostatniej chwili udało mi się ją złapać.

- Ja... - odchrząknęłam. - Chyba źle mnie zrozumiałeś.

Brzmiałam, jakby brakowało mi powietrza, ale zdołałam wyartykułować pełne zdanie, co musiało wystarczyć.

Wygiął usta i błysnął białymi zębami, ale to nie był przyjazny uśmiech. Raczej uśmiech drapieżnika, który czuje zapach swojej ofiary, i wie, że zaraz ją dopadnie.

- Obydwoje znamy prawdę, Rose. Żaden inny facet nigdy nie był w stanie doprowadzić cię do takiego orgazmu jak ja.

Pod pewnymi względami miał rację, ale z drugiej strony jego kumple z zespołu każdego cholernego dnia udowadniali, że wcale tak nie jest.

- Angelowi to się udawało - przypomniałam mu.

Jace nie odgryzł się w sposób, do jakiego był zdolny. Fakt, że ci dwaj skurwiele znów byli dla siebie jak bracia, stanie się dla mnie ogromnym problemem.

- Ale nie tak, jak mnie. A przynajmniej nie tak, jak mnie i jemu razem.

Kurwa. Nie mogłam się z tym kłócić. Najwyraźniej zostałam stworzona, by cieszyć się wieloma facetami w sypialni jednocześnie.

- Czego chcesz, Jace? - warknęłam, by zmienić temat. - O co ci, do cholery, chodzi?

Na jego twarzy dostrzegłam przez chwilę coś na kształt niepokoju lub niepewności, lecz zamaskował je pyszałkowatym uśmieszkiem.

- Chciałem ci tylko przypomnieć, że nieważne, jak bardzo próbujesz uciec od przeszłości, ona tu jest i nigdzie się nie wybiera.

Cisnęłam kubkiem o blat, rozlałam przy tym resztki drogocennej kawy, ale to niewielka cena, jaką zapłaciłam za możliwość odepchnięcia go obiema rękami.

Albo przynajmniej za próbę takiego manewru.

W zasadzie doprowadziło to tylko do tego, że znalazłam się bliżej niego, a on jeszcze bardziej pochylił się ku mnie, tak, że nasze ciała przywarły do siebie od piersi w dół. Piersi, które falowały, gdy walczyliśmy o oddech, a ta bliskość spowodowała, że zaczęłam drżeć.

- Jace - wydusiłam z siebie, a on warknął, po czym rozłożył szerzej ramiona i naparł na mnie całym ciałem, aż znalazłam się w potrzasku między gwiazdą rocka a kuchennym blatem. Nachylił się jeszcze bardziej, rozchylił usta, a ja poczułam zapach wody po goleniu, której używał, odkąd był nastolatkiem.

To przywołało wspomnienia, aż miałam ochotę się rozpłakać, nawet wtedy, kiedy próbowałam się podciągnąć, by zbliżyć twarz do jego twarzy. W chwili gdy nasze usta miały się dotknąć, zatrzymał się i powiedział:

- Nigdy nie zapominaj, do kogo należysz, Rose. Nieważne, kto cię dotykał, jesteś moja.

Odepchnął się od blatu, a ja musiałam się go złapać, by nie upaść na podłogę. Czułam, że płonie każda cząstka mnie, i rozpaczliwie pragnęłam, żeby moje wcześniejsze kłamstwo o tym, że pod prysznicem przeżyłam orgazm, okazało się prawdą.

Nie byłam w stanie radzić sobie z takiego rodzaju podnieceniem bez doprowadzenia spraw do końca.

Moja pieprzona cipka zamierzała się wyrwać na znak protestu i uciec przed swoim oprawcą.

Zanim z powodu frustracji zdążyłam się rozpłakać, w drzwiach ukazał się wysoki, ciemny i zabójczy cień. Graysonowi wystarczyło tylko jedno spojrzenie i już wiedział, bez zbędnych pytań, że zaraz postradam zmysły.

- No dalej, Prickles - powiedział i wziął z wieszaka dwa płaszcze. - Wychodzimy na kilka godzin.

Dzięki Bogu za Graysona. Wyrwanie mnie z tego domu i od tego napięcia było dokładnie tym, co zaleciła terapeutka.

10: Billie

W chwili gdy oddaliliśmy się od domu, unikając ochroniarzy, ponieważ ten dzień miał należeć tylko do nas, zniknął ucisk, jaki czułam w piersiach, więc nagle byłam w stanie oddychać. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo stresowało mnie otoczenie wszystkich tych facetów i tych wszystkich sekretów, dopóki się od nich nie oderwałam.

- Dziękuję - powiedziałam cicho i posłałam Graysonowi uśmiech.

Wygiął brew.

- Tak czułem, że przyda ci się zmiana otoczenia.

- I słusznie. Ale czy nie powinieneś pracować z chłopakami nad muzyką? Teraz, gdy jesteście razem? - Nie miałam wątpliwości, że wczoraj brzmieli świetnie, i byłam na dziewięćdziesiąt procent pewna, że alkohol nie wpływał na mój osąd.

Gray wzruszył ramionami.

- Jace i Rhett kłócą się o akordy w przejściach w trzeciej zwrotce i wygląda na to, że w tej kwestii Angelo też ma coś do zaoferowania. A mnie to nie obchodzi, bo obie wersje brzmią dobrze.

- Tak więc wolisz, żeby pozabijali się z tego powodu, ale bez twojego udziału? - Zaśmiałam się. - Co za akt odwagi. Chyba przyda się nam ekipa sprzątająca, gdy wrócimy. A skoro o tym mowa, to dokąd mnie zabierasz?

Uśmiechnął się przebiegle.

- Przekonasz się, Prickles. Dojedziemy tam w jakieś pół godziny, więc się odpręż i zdrzemnij. Wyglądasz koszmarnie.

Prychnęłam oburzona.

- To było wredne. Wyglądam ... - Zerknęłam w lusterko w osłonie przeciwsłonecznej i skrzywiłam się na widok własnego odbicia. - Okej. Masz rację. Ale to wina Rhetta.

Grayson jęknął.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Jesteś bardzo głośna, Prickles. Nigdy wcześniej we własnym łóżku nie byłem jednocześnie tak podniecony i sfrustrowany.

Twarz mi płonęła, podobnie jak inne części ciała, ale nie mogłam z siebie wydobyć ani słowa. Łatwo stwierdzić, że zupełnie nie zastanawiałam się nad tym, kto mógł nas słyszeć zeszłej nocy, a teraz czułam się cholernie zawstydzona.

Ale też byłam z siebie zadowolona, ponieważ uświadomiłam sobie, dlaczego rano Jace zdawał się taki wkurwiony. Pieprz się, dupku.

Posłuchałam rady Graya i zwinęłam się na siedzeniu na małą drzemkę, zamiast dłużej zatracać się w swoim zażenowaniu. Zasnęłam błyskawicznie i obudziłam się dopiero, gdy Gray otworzył mi drzwi, kiedy dojechaliśmy na miejsce.

- Co? - wymamrotałam, zamrugałam zaspanymi oczami i wtuliłam się mocniej w skórzaną kurtkę, która służyła mi za koc. - Gdzie jesteśmy?

Gray błysnął zębami w uśmiechu i odgarnął mi włosy z twarzy.

- Jeśli wysiądziesz z samochodu, to ci pokażę.

Ciekawość jednak wygrała i niezgrabnie wydostałam się z samochodu. Byliśmy... na jakimś pustkowiu.

- Hmm... Gray? Zgubiliśmy się? Czy wolno nam być tu bez ochrony? - Zauważyłam, że zaparkował na poboczu drogi, w przyprószonym śniegiem lesie, a nigdzie nie było widać innych samochodów ani domów.

Rzucił mi spojrzenie z ukosa, czym bez słów przypomniał, że on sam wystarczy nam za ochronę, po czym owinął mnie ciepłym płaszczem, chwyconym, kiedy wychodziliśmy z domu. Później podał mi jeszcze miękki, kaszmirowy szalik, który dobył z tylnego siedzenia. Pachniał jak Gray i aż pociekła mi ślinika, gdy wdychałam ten zapach.

- Ciepło ci? - spytał, by sprawdzić, jak się czuję.

Potwierdziłam skinieniem głowy, a on odwrócił się w stronę bagażnika. Podniósł panel podłogowy i wyjął czarny, sztywny futerał.

- Co do... - wypaliłam, gdy go otworzył i wyjął pistolet, który wsunął za pasek spodni. - Hmm...

- Tak? - zagadnął i posłał mi fałszywie niewinny uśmieszek. Zamknął samochód przyciskiem na pilocie.

Rozglądnęłam się po okolicy, zmarszczyłam brwi i ze zmrużeniem spojrzałam na Graya.

- Zamierzasz mnie zastrzelić i porzucić ciało w lesie? Bo jeżeli tak, to mam jedno ostatnie życzenie.

Grayson chwycił mnie za rękę i wsunął ją razem ze swoją do kieszeni, gdy zaczęliśmy iść.

- Ach tak? A jakie? Może będę mógł je spełnić.

Już chciałam mu powiedzieć, ale byłam ciekawa, dokąd mnie prowadził i po co była mu broń. Więc tylko posłałam mu flirciarski uśmiech.

- Powiem ci, gdy zobaczę, gdzie wylądujemy. Może.

Gray się zaśmiał.

- To niedaleko. Mam nadzieję, że pomoże ci to uporać się z całym tym napięciem, które odczuwasz.

Zaskoczona, uniosłam brwi, a moje usta przybrały kształt litery O. Czyżby prowadził mnie w ustronne miejsce, w którym mógłby wstrząsnąć moim światem, bez obawy, że ktoś nam przeszkodzi? Bo jeśli tak, to wchodzę w to. Nie miałam jednak pojęcia, jaką rolę w tym wszystkim miałby odgrywać pistolet. Ale Gray miał swoje perwersje. Może to tylko zabawka, którą zamierzał mnie pieprz...

- To tutaj - powiedział, czym wyrywał mnie z erotycznych myśli.

Zatrzymaliśmy się przy dużej polanie otoczonej drzewami i niczym więcej. Gdzie ten domek do pieprzenia?

- Hmmm... - Rozejrzałam się dookoła, zmrużyłam oczy i przeniosłam spojrzenia na Graya. - Mam mętlik w głowie.

Gray należał do osób, które raczej więcej mówią, niż robią, więc puścił moją dłoń i wyjął pistolet zza paska. Część mnie była pewna, że mój wcześniejszy żart o postrzeleniu był właśnie tylko żartem, ale mimo to przez moment poczułam strach. Niepokój jednak zniknął w chwili, gdy Gray wycelował i oddał strzał w kierunku polany, a nie we mnie, a w miejscu, gdzie wbiła się kula, dostrzegłam obłoczek kolorowego prochu.

Dotarło do mnie, co się działo, i wybuchłam śmiechem.

- Masz tu strzelnicę? Przywiozłeś mnie tutaj, żebym sobie postrzelała do celu i odreagowała. No jasne.

Gray wygiął brew i poprowadził mnie w głąb polany.

- Tak, a myślałaś, że co miałem na myśli?

Policzki mi zapłonęły, gdy Gray wsunął mi w dłoń pistolet, odpowiednio ustawił mój uchwyt i otoczył mnie ramionami.

- Uch... Na pewno nie to. - Postanowiłam nie wchodzić w szczegóły.

Gray mruknął coś za moimi plecami, delikatnie zmienił naszą pozycję, jakbym była lalką, i poczułam jego oddech na policzku. Byłam pewna, że na tym koniec, że nie będzie naciskał, bym powiedziała to na głos, ale wtedy mocniej objął mnie za biodro i przycisnął do swojego ciała. Jego twardy kutas wbijał się teraz w moje plecy.

- Myślałaś, że cię tu przywiozłem, żeby się z tobą pieprzyć? Tutaj, gdzie nikt nie usłyszy twoich krzyków, a Rhett nie będzie odwracał twojej uwagi? - warknął przy moim uchu, a ja nie powstrzymałam jęku, który nagle wyrwał się z mojego gardła.

Kurwa, zalała mnie fala podniecenia, choć trzymałam broń Graya, jakby była jakimś klejnotem koronnym.

Przełknęłam głośno ślinę, starałam się odnaleźć głos.

- Może - pisnęłam, a chichot Graya sprawił, nie niemal doszłam.

- Może? - odparł, pieścił przy tym skórę powyżej pasa, gdzie jego dłoń wsunęła się pod moją koszulkę. - Hmm, nie miałem takiego zamiaru, ale nie mógłbym zostawić cię w potrzebie, Prickles.

Och, cholernie podobał mi się kierunek, w którym to wszystko zmierzało.

- Słuchaj. Oddaj trzy celne strzały, a zajmę się twoją cipką, nim wrócimy do domu. - Zaakcentował swoją propozycję lekkim ugryzieniem mnie w szyję, przez co ześlizgnął mi się palec.

Usłyszałam dźwięk wystrzału i krzyknęłam wystraszona. Nie musiałam dodawać, że w nic nie trafiłam.

- Ostrożnie, dziecinko - ostrzegł mnie z rozbawieniem Grayson. - Żadne z nas nie potrzebuje wycieczki do szpitala.

Wydałam z siebie jęk i zaczęły mi się trząść dłonie.

- Może jakaś łatwiejsza propozycja? Jeden celny strzał?

Znów pocałował mnie w kark, tym razem delikatniej, po czym uniósł ręce, by przytrzymać moją dłoń, w której ściskałam pistolet.

- Nie lekceważ moich umiejętności jako nauczyciela, Prickles. Albo mojej motywacji, by pomóc ci wygrać. - Kolejny raz otarłam się tyłkiem o jego kutasa. - Teraz skup się na celu. Poprowadzę cię i zrobimy to razem.

Razem. To mi odpowiadało. Z Graysonem nigdy nie czułam się samotna, zawsze mnie wspierał, nieważne, co by się działo. I udowodniał to przez kolejną godzinę, gdy cierpliwie uczył mnie, jak poprawnie strzelać. Albo przynajmniej celniej, niż umiałam, zanim zaczęliśmy. Zdecydowanie nie byłam strzelcem wyborowym. Ale Gray wydawał się zdeterminowany, by sprawić, żebym z bronią w ręku poczuła się komfortowo. To znaczy, z jego pistoletem. W ciągu tej godziny jego druga broń wcale nie opadła, a mnie zadziwiała jego samokontrola, by nie zrobić tego, na co oboje mieliśmy ochotę.

- Popatrz no. Trzy razy z rzędu. - Usłyszałam komentarz Graysona, gdy na dalekim końcu polany uniosły się w powietrze obłoczki kolorowego prochu.

Pomimo piankowych zatyczek, które dostałam od Graya, dzwoniło mi w uszkach, ale byłam z siebie cholernie dumna.

Tak szybko, jak to możliwe, ale równocześnie zachowując środki ostrożności, oddałam mu broń i odwróciłam się z szerokim uśmiechem, by na niego spojrzeć.

- No więc... czekam na nagrodę.

Gdy rozładował pistolet i schował go do kabury na plecach, w jego wzroku dostrzegłam sprośność w czystej postaci. Uff. Już mi pokazał, jak bardzo może się rozgrzać broń, więc nie chciałam, by sparzył sobie tyłek tylko po to, żeby wyglądać na twardziela.

- Widzę, że jest ci tak zimno, że zaraz odpadnie ci ten twój rozkoszny nosek - poinformował mnie i zachichotał. - Ale dobrze się spisałaś. Chodź.

Kiedy jednak zaczął prowadzić nas do samochodu, prychnęłam z rozdrażnienia. Cholera, nawet lekko tupnęłam zmarzniętą nogą.

- Gray, mieliśmy umowę!

Wśród drzew rozległ się jego gardłowy śmiech.

- I zamierzam się z niej wywiązać. Chodź, Prickles. Przez ostatnią godzinę sześć razy niemal doszedłem w spodnie, eksploduję, jeżeli w ciągu pięciu kolejnych minut nie opleciesz mojej głowy nogami.

No cóż, kiedy tak to ujmował... Prawie pobiegłam z powrotem do SUV-a, a po drodze towarzyszył mi kolejny gromki śmiech Graya. Zamiast otworzyć mi drzwi od strony pasażera, uchylił bagażnik i nacisnął przycisk, by złożyć tylne siedzenia.

- Yyy, co...? - Zdezorientowana i napalona patrzyłam, jak Grayson wyciąga skądś koc.

W ciągu minuty na tyłach samochodu udało mu się stworzyć idealne, przytulne podwójne łóżko.

- Wskakuj - powiedział i puścił do mnie oczko. Zrobiłam to, co kazał, po czym on również wsiadł i zamknął bagażnik. - A teraz połóż się i spójrz w górę - wyszeptał.

Posłuchałam go i głęboko westchnęłam. Przez panoramiczny szyberdach mieliśmy doskonały widok na szare chmury, z których w każdej chwili mógł spaść śnieg.

- Gray... - Westchnęłam i podziwiałam niespokojne piękno tych mroźnych chmur, kłębiących się na niebie. - To jest idealne.

Położył się na boku, wsparł na łokciu i badawczo mi się przyglądał.

- Oryginalny plan zakładał nocny wypad, żebyśmy mogli podziwiać gwiazdy.

Potrząsnęłam głową.

- Nie, tak jest lepiej. - Wyciągnęłam dłoń i przeczesałam nią jego włosy, po czym przyciągnęłam go bliżej siebie, żeby pocałować. - Dziękuję. Jesteś dla mnie zbyt dobry.

Odwzajemnił mój pocałunek, po czym zamruczał w zamyśleniu:

- A co do naszej umowy...

Krzyknęłam, zaskoczona tym, jak szybko się poruszył, by zmienić naszą pozycję, po czym zwinnym ruchem ściągnął mi jeansy.

- Gray! - Gdy palcami chwycił za gumkę moich majtek, wzięłam gwałtowny oddech.

- Za szybko? - spytał, przerwał, by spojrzeć na mnie z wygłodzonym wyrazem twarzy.

Potrząsnęłam głową.

- Boże, nie. Właśnie miałam powiedzieć, że nie da się zerwać tych majtek ot tak, jak to się dzieje na filmach. Prawdziwe majtki nie...

Szarpnął mocno, a materiał na ułamek sekundy brutalnie wbił mi się w ciało, zanim Gray zdarł go ze mnie całkowicie.

- Jesteś pewna? - Szczerzył się, unosząc w górę postrzępiony fragment mojej garderoby. - Chyba jednak się da.

- Auć - jęknęłam z uśmiechem.

Skrzywił się, po czym zszedł niżej, by pocałować miejsca na moim ciele, które najbardziej ucierpiały na skutek jego obcesowego zachowania.

- Przepraszam, moja piękna, tak cholernie długo marzyłem, żeby to zrobić. Wynagrodzę ci to.

Jego usta zeszły niżej, a gdy językiem odnalazł moją łechtaczkę, wzięłam gwałtowny oddech.

- O... okej - zgodziłam się drżącym głosem. - Pozwalam ci spróbować.

W odpowiedzi zaczął ssać łechtaczkę, jednocześnie włożył dwa palce prosto w moją pulsującą cipkę. Cholera jasna, to sprawiło, że o mało co nie doszłam. Przygryzłam wnętrze policzka aż do krwi, żeby powstrzymać orgazm.

- Jesteś mokra, Prickles - mruknął, a jego głos rozpalał moje ciało.

Jęknęłam w odpowiedzi i wsunęłam palce między jego włosy, by przyciągnąć go jeszcze bliżej.

Język Graya bez wątpienia czynił cuda, ale gdy strzelaliśmy, potężnym wzwodem ocierał się o moje plecy, drażnił się ze mną, więc teraz już nie wystarczały mi jego palce i usta. Pragnęłam czegoś więcej.

- Gray - wysapałam, wiłam się pod jego dotykiem. - Pragnę... - Boże, już raz odrzucił moją propozycję seksu, co, jeżeli znów to zrobi? Nie byłam pewna, czy moje ego pozbiera się po drugim odrzuceniu.

- Czego pragniesz? - naciskał. - Czego ci potrzeba, moja piękna?

Oblizałam usta i starałam się wydobyć z siebie głos.

Grayson usiadł, cierpliwy niczym pieprzony mnich, i po prostu mnie obserwował, gdy ja zbierałam się na odwagę, by poprosić o to, czego naprawdę pragnęłam.

Zacisnęłam zęby i chwyciłam za jego pasek, by przyciągnąć go do siebie.

- Tego - powiedziałam i pogładziłam przez spodnie jego twardą długość. - Pragnę tego. Całego. W sobie. Teraz.

Po twarzy Graysona przemknęły zdziwienie i rozbawienie, które szybko zastąpiła czysta, podniecająca żądza.

- Ale masz wymagania. Sądziłem, że nasza umowa obejmowała lizanie ci cipki tak długo, aż twój krzyk wypłoszy ptaki z drzew.

- Gray... - zaskomlałam i już rozpinałam mu pasek, majstrując przy guziku u jego spodni. Napięty przez jego wzwód materiał wcale mi tego nie ułatwiał. - Nie każ mi błagać.

- No nie wiem. Może chcę, żebyś błagała. - Wygiął usta w szelmowskim uśmieszku.

Cholera, Billie. Po co to powiedziałaś?

Byłam jednak tak podjarana, że zrobiłabym niemalże wszystko.

- Błagam, Gray - zajęczałam, kiedy wreszcie udało mi się rozpiąć ten nieznośny guzik i uwolnić jego kutasa z dżinsowego więzienia. - Proszę, pieprz mnie. Nie mogę przestać myśleć o tym, jakie to będzie uczucie, gdy wsuniesz swojego wielkiego kutasa w moją ciasną cipkę i sprawisz, że będę krzyczeć z rozkoszy. Pragnę poczuć cię całego, a potem chcę, żebyś mnie obrócił i pieprzył od tyłu, klepiąc po tyłku, jakbyś uderzał w bębny.

Po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy, Gray autentycznie nie wiedział, co powiedzieć, nie tylko dlatego, że zdecydował się milczeć, co mu się często zdarzało, ale tym razem naprawdę wprawiłam go w osłupienie.

Potem powtórzyłam w myślach to, co przed chwilą powiedziałam, a opóźnione poczucie wstydu o mało co nie zabiło mnie na miejscu.

- Cholera jasna - wyszeptał Gray. - Oznajmiam wszem wobec, że sprośna gadka Billie Bellerose oficjalnie stała się moją ulubioną rzeczą na świecie. Powtórz to.

Zasłoniłam twarz dłońmi i wydałam z siebie żałosny jęk udręki.

- Nie! Nawet nie wiem, skąd to się wzięło!

Gray zachichotał, a był to niezwykle seksowny dźwięk. On sam całował już mój brzuch i podnosił mi koszulkę, by uwolnić spod niej cycki, przyodziane w cienki koronkowy biustonosz.

- A ja tak. I bardzo mi się to podoba.

- Serio? - zapiszczałam, po czym rozwarłam lekko palce, żeby na niego spojrzeć. Byłam pewna, że żartował, ale gdy rozpiął mi biustonosz, z wyrazu jego twarzy odczytałam jedynie pełne entuzjazmu podniecenie.

- Naprawdę, naprawdę mi się to podoba - potwierdził i wziął w usta mój sutek, zassał go tak mocno, że aż wygięłam plecy w łuk i zaczęłam szybciej oddychać. - Spójrz na mnie Billie. Chcę, żebyś na mnie patrzyła.

Tym razem nie zrobiłam od razu tego, co mi kazał. Ale też nie musiał dwa razy powtarzać. Chwilę później wielką dłonią już przytrzymywał moje nadgarstki, po czym przygwoździł je do obicia nad moją głową.

- Prickles - powiedział cicho. - Powiedziałem ci, co masz zrobić. Rób, co każę, i mów: tak, proszę pana. - Puścił do mnie oczko na znak, że żartuje, niemniej jednak wstrząsnęła mną odurzająca fizyczna reakcja ciała.

Najwidoczniej lubię być dominowana w łóżku. W każdym razie lubię, gdy robi to Grayson. Gdyby Jace czegoś takiego spróbował, to udławiłby się własnymi jajami.

Być może.

Wydaje mi się, że tak.

- Tak, proszę pana - wysapałam, posłuszna jak nigdy wcześniej w całym swoim cholernym życiu.

W jego oczach dostrzegłam żar, gdy wolną ręką rozsunął mi nogi.

- Grzeczna dziewczynka - powiedział, a ja o mało co nie eksplodowałam. Długimi palcami głaskał moją wilgotną cipkę i zajęczał, kiedy szarpnęło mną pod dotykiem jego dłoni. - Powoli, dziecinko. Nie spiesz się.

Nadal przytrzymywał mnie za nadgarstki, ale zmienił pozycję tak, by szeroki czubek jego penisa znalazł się tuż przy mojej cipce. A później we mnie wszedł, a ja westchnęłam głośno. Wiedziałam, że jest duży, przecież przed chwilą trzymałam go w dłoni, ale słodki Jezu, był na tyle gruby, że mógłby rozpłatać mnie na pół. Prawda?

- Billie - jęknął, po czym zacisnął mocno szczęki i było jasne, że się powstrzymywał. - Kurwa, to takie cudowne. - Kolejne pchnięcie, mój kolejny zasapany krzyk. Nie potrafiłam się opanować. - Kurwa - przeklął. - Nie chcę zrobić ci krzywdy...

- Proszę - wydyszałam, żeby mnie dobrze zrozumiał. - Proszę, Gray, przestań się ze mną drażnić. Weź mnie mocno, nie zrobisz mi krzywdy. - Byłam już tak mokra i gotowa, by mnie pieprzył.

Jęknął i pokręcił głową.

- Billie, nie kuś mnie. Próbuję...

- Sprawić, żebym z frustracji wydrapała ci oczy? No to jesteś na dobrej drodze. Jeśli nie przestaniesz mnie wkurzać tą niby penetracją w ciągu najbliższych trzech sekund, będę zmuszona...

- Do czego? - przekomarzał się ze złośliwym uśmieszkiem. Ten skurczybyk miał czelność powoli się ze mnie wysuwać. - Co wtedy zrobisz, świntuszko?

Porzuciłam wszystkie zahamowania i zaczęłam szeptać mu do ucha najbardziej sprośne i mroczne słowa, które tylko wpadły mi do głowy, a które mogłyby mu się spodobać. Czy byłabym w stanie zrobić to, o czym mówiłam? Pewnie nie. Okej, może dałabym się przekonać. Ale te sprośne słowa chyba na niego działały, ponieważ wydał najbardziej seksowny jęk, jaki kiedykolwiek usłyszałam od Graysona Taylora, po czym wszedł we mnie tak mocno, że naprawdę krzyknęłam.

- Nie przestawaj - zajęczałam, zanim zdążyłby wpaść w panikę. - Proszę, Gray, proszę, nie przestawaj. Kurwa... tak!

- Cholera jasna - jęknął, mocniej chwycił mnie za nadgarstki i zrobił dokładnie to, o co prosiłam.

Nie kochał się ze mną tak, jak to zasugerował kilka nocy wcześniej. Nie, pieprzył mnie mocno, co było po prostu doskonałe. Objęłam go nogami, dzięki czemu jeszcze mocniej się we mnie wbijał i wywoływał mój głośny krzyk. W normalnych okolicznościach zdusiłabym w sobie ten odgłos, ale znajdowaliśmy się dosłownie pośrodku lasu. Nie było tu nikogo poza Grayem, kto by mnie usłyszał, a on zdecydowanie udowadniał, jak mu się to podobało.

- Gray - wysapałam w pewnym momencie. - Jestem tak blisko. Już tak cholernie blisko. Proszę... nie przestawaj. Proszę, pozwól mi dojść... - Tak jakbym w ogóle dała radę to powstrzymać, nawet gdybym chciała. Dobry żart.

Eksplodowałam. Moja cipka się zacisnęła, a wszystkie zmysły w tym samym czasie się zresetowały. Pociemniało mi przed oczami, nic nie słyszałam, na skórze poczułam dreszcze. A później to wszystko powróciło, kiedy moim ciałem wstrząsnęła kolejna fala przyjemności.

Gray był nadal głęboko we mnie, podczas gdy ja jechałam na tej fali przyjemności, ciągle obejmując go nogami. Wnioskując po jego chrapliwym oddechu, z trudem nad sobą panował, więc teraz nadeszła pora na moją misję, by doprowadzić go do orgazmu.

- Tak kurewsko dobrze - zajęczałam i polizałam jego szyję w miejscu, do którego zdołałam sięgnąć. Moje nadgarstki ciągle były unieruchomione, ale nie miałam nic przeciwko. Może Gray nie okazał się jedyną perwersyjną osobą w tym samochodzie.

Uniósł głowę na tyle, by móc na mnie spojrzeć, jego włosy opadały wokół nas niczym zasłona.

- O co wcześniej prosiłaś?

Otworzyłam szeroko oczy, bo doskonale pamiętałam moje wcześniejsze błagania.

- Hmm... już nie kojarzę...

- Dobrze, że ja kojarzę. - Jego uśmiech był złem w czystej postaci.

Szybko się ze mnie wysunął i obrócił mnie na brzuch. Miałam tylko sekundę, by wydusić szybkie: "O kurwa", zanim uniósł mi biodra i wszedł we mnie od tyłu. Ten nowy kąt, pod którym jego duży kutas się we mnie wbijał, sprawiał, że doznałam jakiegoś totalnie zaskakującego mikroorgazmu.

- Tego się nie spodziewałem - skomentował Gray, gdy doszłam. - I ani trochę nie jestem na to zły. Ale chyba prosiłaś o coś innego.

Oczywiście, że prosiłam. Cholera... Czy mi się to spodoba? Pewnie tak. W końcu to Gray. Wątpiłam, czy było coś, czego bym nie polubiła z nim w sypialni. Albo w samochodzie, jakby co.

Ponownie uniósł mi biodra i próbował postawić mnie na kolanach, ale w takiej pozycji zabrakło miejsca dla jego głowy. To było zabawne, w frustrująco seksowny sposób, aż wreszcie wymamrotał jakieś przekleństwo i przyciskiem otworzył szyberdach. Chwilę później szyba się rozsunęła i wpuściła do środka powiew mroźnego powietrza.

- Tak lepiej - mruknął Gray, z głową wystającą ponad szyberdach.

Ustawił mnie dokładnie w takiej pozycji, w jakiej chciał: z tyłkiem w górę, twarzą w dół, cipką wypełnioną jego kutasem. W pewnym sensie miałam ochotę zobaczyć, jak to wygląda z jego perspektywy, ale zanotowałam to sobie w głowie na inny dzień.

- Dojdziesz dla mnie jeszcze raz, Prickles? - Wielką dłonią pieścił mój pośladek. Jakby chciał go zagruntować.

- N... nie? - jęknęłam. Gówno prawda. Oczywiście, że dojdę.

Klaps. Poczułam, jak z powodu ostrego ukłucia bólu napina się całe moje ciało, a Gray syknął przez zęby.

- Tak, dojdziesz.

Klaps. Tym razem w drugi pośladek. Ciepło krwi, które natychmiast rozlało się po mojej skórze, wygrało z mroźnym powietrzem wirującym w dusznym samochodzie, a moje napięte ciało zadrżało.

Tak. Dojdę.

Szybko odnalazł rytm i pieprzył mnie głębokimi, szybkimi pchnięciami, dorzucając klapsy w moje wrażliwe pośladki, przez co szybko znalazłam się na granicy. I jeszcze raz. A potem...

- Gray - jęknęłam. - Nie dam rady...

- Dasz radę. Tak pięknie rozpadasz się na kawałki, Billie. Jak cholerna bogini. Jeszcze raz, dla mnie, dziecinko. Jeszcze raz, a ja się do ciebie przyłączę. Mogę dojść w tobie?

O rany, nie tylko jemu służyła sprośna gadka. Wystarczyło, by spytał, a ja po raz czwarty... lub piąty znalazłam się na krawędzi. A może szósty? Kurwa. Nie miałam pojęcia.

- Tak! - krzyknęłam w chwili, gdy moją cipką wstrząsnął spazm, i zacisnęłam się wokół niego. - Tak, Gray, kurwa, zrób to!

Ponownie we mnie wszedł, nadal się ze mną droczył.

- Co mam zrobić, Billie? Wyrzuć to z siebie.

Jęknęłam, czułam drżenie całego ciała.

- Dojdź we mnie, Gray. Wypełnij mnie swoją spermą. Chcę poczuć, jak eksplodujesz.

Tyle mu wystarczyło, a gdy kolejny raz wszedł we mnie ostro, chrząknął i przeklął w najbardziej seksowny sposób, i szczytował we mnie od tyłu. Potem osunął się na bok, by mnie nie zmiażdżyć, ale nawet nie zadał sobie trudu, by wyjąć ze mnie swojego kutasa. To było... seksowne. Podobało mi się to, że cały czas czułam go w sobie, gdy jego penis powoli wiotczał, a ja mimowolnie ścisnęłam go od środka.

- Prickles - warknął ostrzegawczo. - Nie zaczynaj czegoś, czego nie dokończysz.

- A kto mówi, że nie dam rady? - odparłam w wyuzdany sposób, pomimo tego że moje ciało w większości przypominało już rozgotowaną kluseczkę. Gray uchylił jedno oko i bacznie mi się przyglądał, a ja się wyszczerzyłam. - Okej. W porządku. Celna uwaga. Ale w takim razie naprawdę powinieneś schować swoją broń. Jesteś zbyt kuszący Graysonie Taylor.

- I wzajemnie, Billie Bellerose. - Z jękiem wyszedł ze mnie i naciągnął spodnie.

Szyberdach nadal był otwarty, bez ciepła jego ciała zadrżałam. Ubrania. Potrzebowałam ubrań. Nawet nie mogłam przypomnieć sobie chwili, w której ściągnął ze mnie koszulkę.

Gramoląc się, wciągałam na siebie ciuchy, oprócz majtek, po czym Grayson ponownie otulił mnie skórzanym płaszczem.

- Wyglądasz w nim kurewsko dobrze - powiedział cicho i uniósł mój podbródek, by mnie pocałować.

Był to taki pocałunek, który na zawsze zapamiętam. Absolutnie doskonały, totalnie słodki i towarzyszyły mu miękkie płatki śniegu, które opadały nam na twarze, gdy pogłębiliśmy pieszczotę.

- Powinniśmy wracać, nim przyjdą mi do głowy kolejne wyuzdane pomysły - mruknął niechętnie Gray. - Rhett już pewnie wyrwał sobie wszystkie włosy z głowy. Odstawienie Billie tak działa.

Uśmiechnęłam się, ale prawdopodobnie miał rację. Otworzył mi drzwi i pomógł usiąść na siedzeniu dla pasażera, a gdy puściłam do niego oczko, zachichotał chrypliwie. Tak, z pewnością paliły mnie pośladki, a on był zbyt z siebie zadowolony.

- Dziś chcę cię widzieć w moim łóżku - oznajmił i włączył silnik, po czym zamknął szyberdach. - Pieprzyć koszmary Rhetta, może zostać z Jace'em i spróbować tego, co mi zafundował.

To nie powinno mnie aż tak bardzo podniecić, a jednak...

Najlepsze święta w całym moim życiu. Bez dwóch zdań. Traciłam głowę dla chłopców z Bellerose. I niech tak zostanie.

11: Billie

Wróciliśmy do domu pogrążonego w ciszy. Pierwszą osobą, jaką zobaczyliśmy po wejściu do środka, był Jace. Siedział na sofie, z gitarą na kolanach, i choć nie robiliśmy hałasu, otworzył oczy.

Przyszpilił mnie swoim pokazowym spojrzeniem.

- Gdzie byliście? Ochroniarze wpadli w szał, kiedy zrozumieli, że się wymknęliście bez informowania nikogo.

Nie powstrzymałam uśmieszku, bo wyglądało na to, że Jace też się martwił.

- Gray zabrał mnie na... strzelnicę. To było kurewsko idealne.

Patrzył to na mnie, to na Graya, zrozumiał, że nie mówiłam jedynie o strzelaniu. Weszłam w głąb pokoju, gotowa, by rozsiąść się na sofie. Oczywiście tej naprzeciw Jace'a.

- Utykasz - odezwał się nagle. - Zrobiłaś sobie krzywdę?

Parsknęłam stłumionym śmiechem.

- To przez mocne klapsy w tyłek. Nic poważnego. Nie martw się.

- Poważne w sam raz - powiedział Gray, skrzyżował ramiona i oparł się o framugę. - Nigdy nie mówiłeś, że Billie lubi zajęcia na zewnątrz.

Poczułam, że moje ciało płonie, począwszy od policzków, a kończąc na rzekomo zaspokojonej cipce. Ta najwyraźniej była zachłanną dziewczynką.

- Sama o tym nie wiedziałam.

Jace odłożył gitarę na bok i wyszedł tak szybko, jakby ktoś podpalił mu tyłek. Po jednym popołudniu z Graysonem doskonale znałam to uczucie.

- Uwielbiam ten moment, gdy wychodzi z pokoju - westchnęłam i wtuliłam się w pluszową sofę.

Chyba za szybko to powiedziałam, bo wrócił zaledwie chwilę później. Bez koszulki, w luźnych spodenkach, a ja nie miałam pojęcia, co tu się, kurwa, działo.

- Idę poćwiczyć - powiedział.

Jego frustracja cieszyła mnie bardziej, niż byłam gotowa przyznać.

- Ale dlaczego jeszcze tu jesteś? - spytałam i się wyprostowałam. - W swoim luksusowym mieszkaniu z pewnością masz równie luksusową siłownię.

Nie odpowiedział, jedynie posłał mi to swoje mroczne spojrzenie, po czym ruszył do supernowoczesnej siłowni Graysona.

- Myślę, że wszyscy wiemy, czemu tu jest - powiedział wielkolud, który usiadł na sofie obok mnie. - Jace'a opętały demony przeszłości i teraźniejszości, a on nie ma pojęcia, jak sobie z nimi radzić.

- Jace to kupa gówna - powiedziałam.

- Słyszałem to, kurwa! - krzyknął z głębi korytarza.

Wstałam i mu odkrzyknęłam:

- I dobrze, nie obchodzi mnie to. Próbowałeś zamknąć mnie w szpitalu, nigdy ci tego nie zapomnę.

W domu rozległ się odgłos zatrzaskiwanych drzwi, a później znowu była nastała cisza. Cisza i Gray, który czekał, aż ponownie do niego dołączę.

Nie odzywał się przez kilka minut, jedynie otulił mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Wtuliłam się w ciepło jego ciała, zmęczona, rozkoszowałam się ostatnimi chwilami spokoju i wygody.

- Jace nie próbował zamknąć cię w szpitalu - powiedział cicho Gray.

Poczułam się zdradzona tym, że zaczął bronić Jace'a, i moim pierwszym odruchem było wyjście z pokoju. Ale część mnie nie potrafiła odejść od Graya w taki sposób.

- Jakbyś to nazwał? - zapytałam krótko.

- Jace nie zawsze wybiera dobre rozwiązania, ale chciał ci pomóc uporać się z przeszłością. Ma ogromne wyrzuty sumienia, że nie było go przy tobie wtedy, kiedy wszystko straciłaś. Zmuszenie cię do podjęcia terapii nie było jego najlepszym posunięciem, ale miał dobre zamiary.

Gorycz w gardle sprawiła, że musiałam przełknąć ślinę kilka razy, zanim znów byłam w stanie się odezwać.

- Jace po raz kolejny zrzucił swój problem na kogoś innego. Powinien ze mną porozmawiać. Koniec historii.

- To prawda. - Grayson skinął głową, nadal mocno obejmował mnie ramieniem, jakby czuł, że wystarczy chwila, żebym uciekła. - Ale nie jest też psychiatrą. Nie potrafiłby pomóc ci poradzić sobie z traumą, a nie był pewny, czy bez tej odrobiny nacisku się na to zgodzisz. Lekarze już wtedy rozważali przymusowy pobyt w innym ośrodku, żeby ci pomóc. To Jace zmusił ich, by zgodzili się na terapię u jednej z najlepszych specjalistek w mieście. Pociągnął za wiele sznurków, żeby to się udało. Zrobił to dla ciebie, a nie tobie.

Fuknęłam. I chociaż nadal bardzo pragnęłam żywić do niego urazę z tego powodu, nie było to konieczne. Między nami wydarzyło się tak wiele złych rzeczy, że prawdopodobnie mogłabym mu odpuścić kwestię terapii. Przynajmniej na razie.

- Terapeutka to naprawdę świetna specjalistka - przyznałam niechętnie. - Nie jestem zła, że muszę się jutro z nią zobaczyć.

- To dobrze, Prickles - powiedział Gray, po czym pochylił się i pocałował mnie w czoło. - Niczego nie pragnę bardziej, niż zgładzić twoje demony, ale niektóre z nich są poza moim zasięgiem. Jeśli jednak potrzebujesz dodatkowego wsparcia, zawsze będę przy tobie.

Nie zasługiwałam na niego. Ani na Rhetta. Na któregokolwiek z nich. Ale byłam pewna, że zrobię wszystko, by stać się lepszą osobą dla nich. Jak powiedziała doktor Candace: "Powrót do zdrowia musi się odbywać małymi kroczkami".

Do pokoju wszedł Angelo, jedną rękę opierał na lasce, drugą ściskał dłoń Vee. Czy przeszkadzało mi to, że mój były kochanek trzymał się za ręce ze swoją żoną?

Nie. Zupełnie.

Ani troszkę.

Pieprzyć moje życie.

- Wróciliście - powiedziała Vee z ekscytacją w głosie. - Czekałam na was.

Dlaczego?

- Naprawdę? - Moja odpowiedź była grzeczniejsza niż to, co krążyło mi po głowie.

Usiadła razem z Angelem na sofie obok naszej, a ja znowu musiałam walczyć z potworem we mnie, który krzyczał, że on należy do mnie.

Nie był mój. Nawet w cholernym najmniejszym kawałku.

- Teraz, gdy już tu razem jesteśmy, dochodzimy do siebie i niedługo znów wyjdziemy do ludzi... - zaczęła Vee. - Muszę wam opowiedzieć, czego się dowiedziałam, a co niemal zabiło nas wszystkich.

Atmosfera stała się napięta. Sekundę później pojawił się Rhett, jakby był na tyle blisko, by usłyszeć, o czym rozmawiamy. Usiadł obok mnie i teraz we trójkę cisnęliśmy się na jednej sofie.

- Ktoś powinien zadzwonić po Jace'a - powiedział Gray. - Jest w siłowni.

Chciałam zaprotestować, ale niestety to zdawało się na tyle ważne, że powinien tu być. Rhett sięgnął do stolika i chwycił leżący tam telefon. Ten najwidoczniej działał na zasadzie domofonu, ponieważ połączył się z siłownią, a chwilę później wkroczył Jace, z ręcznikiem zarzuconym na szyję i doskonale widoczną nagą klatą piersiową. Cholerne spodenki wisiały mu nisko na biodrach, dzięki czemu mogłam dostrzec kontury każdego z mięśni brzucha, także tych prowadzących do...

Potrząsnęłam głową i zmusiłam się do skupienia na twarzy Jace'a, nim pokażę mu, jak bardzo na mnie działał.

Nie żeby i tak już o tym nie wiedział.

- Co jest? - spytał, najwyraźniej spokojniejszy niż wcześniej. - Rhett mówił, że to coś pilnego.

Vee się wyprostowała i nerwowym gestem potarła spodnie.

- Pomyślałam, że pora, by powiedzieć wam, co się wydarzyło z moją rodziną i dlaczego niemal wylecieliśmy w powietrze.

Angelo sięgnął po jej dłoń i ścisnął ją delikatnie, a ona od razu się rozluźniła.

- Najpierw chciałam was przeprosić. Urodziłam się w mafii. To jedyne życie, jakie znam, i choć uwielbiam jego pewne aspekty, to ostatnio przepychanki rodzin próbujących dostać się na szczyt zostawiły po sobie pewien niesmak. - Przez krótką chwilę patrzyła na Angela, a później westchnęła ciężko. - Zgaduję, że to wszystko się zaczęło, gdy zostałam zmuszona do ślubu z A. Dzięki Bogu, nie jest taki jak reszta rodziny i zaakceptował fakt, że nasze małżeństwo będzie jedynie na papierze. Nigdy prawdziwe. Problem polega na tym, że jedyną rolą kobiet w tym świecie jest urodzenie potomka. Najpierw syna, a potem wszystko jedno. Nikogo tak naprawdę to nie obchodzi.

- Im więcej chłopców, tym lepiej - potwierdził Angelo.

- Zgadza się - skinęła Vee. - Ale dość trudno jest spłodzić potomka, jeśli nie uprawiasz seksu z kimś hetero, więc skłamaliśmy. Powiedzieliśmy, że jestem bezpłodna, co doprowadziło do tego, że mój ociec zmusił mnie do wizyt u każdego specjalisty na świecie. Z upływem czasu presja rosła, a my nawet rozmawialiśmy o tym, bym zaszła w ciążę choć raz, z nadzieją, że urodzi się chłopiec, ale A...

- Nie byłem gotów na taką decyzję. - Angelo potrząsnął głową.

Nasze spojrzenia się spotkały i cholera, w jego wzroku widziałam żar. Wiele bym dała, żeby się dowiedzieć, o czym teraz myślał, ale inna część mnie nie była pewna, czy bym sobie z tym poradziła.

- A potem pojawiła się Billie - powiedziała Vee, w jej głosie nie było złości. - Angelo rzekomo ją zapłodnił, a ja pomyślałam, że wreszcie dadzą mi spokój. Giovanniemu urodziłby się potomek, a my bylibyśmy wolni od podejrzeń, ale najwidoczniej mój ojciec ma inne plany. Pragnie, żeby Altissimowie kontynuowali ród i inne tego typu brednie.

Przełknęła ciężko ślinę, oczy miała szkliste.

- Podsłuchałam rozmowę, podczas której przyznał, że połączył siły z Wilsonami, żeby wyeliminować Riccich. Chce, żeby Altissimowie przejęli syndykat, którym obecnie rządzi Giovanni, i nie pozwoli, by zrobił to ktoś inny. Nawet jeśli miałoby to być dziecko mojego męża, to bez znaczenia. Musiało być moje. Powiedział też wtedy, że od lekarzy wie, że jestem w stu procentach płodna, więc zaplanował gwałt na mnie, dokonany przez jednego ze swoich ludzi, żebym tylko zaszła w ciążę. Potem wspomniał coś o bombach, zasadzce i swoim obsesyjnym pragnieniu, by zetrzeć ród Riccich z powierzchni ziemi. W chwili gdy to usłyszałam, wysłałam Angelowi wiadomość, napisałam, że muszę uciekać i żeby zabrał mnie od moich rodziców. Nie wzięłam z sobą niczego, po prostu popędziłam w kierunku bramy, ale nie miałam pojęcia, że mój ojciec już wcześniej poinformował strażników, że mają mnie zatrzymać... każdym możliwym sposobem.

Usta Vee zadrżały, a później wyrwał jej się szloch. Szybko jednak wzięła się w garść, a my siedzieliśmy w milczeniu. Nie potrafiłam zrozumieć okrucieństwa, które jej ojciec okazywał własnemu dziecku, ale miałam przeczucie, że pozostali nie byli aż tak naiwni jak ja. Ich milczenie nie wynikało z szoku. Po prostu czekali na dalsze informacje.

- Strażnicy kompletnie mnie zaskoczyli, zbili bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To czysty przypadek, że gdy ciągnęli mnie z powrotem do domu, jednego z nich udało mi się porazić paralizatorem, a drugiego uszkodzić breloczkiem do samoobrony. Chwilę później pojawił się Angelo, zabił obu strażników, nim zemdlałam z powodu obrażeń. Uratował moje pieprzone życie.

Sama się uratowała, chociaż on na pewno pomógł. Gdy Angelo przywiózł ją do Graysona, była pół żywa i tylko szybka pomoc medyczna utrzymała ją przy życiu.

Vee zwróciła się do mnie.

- Bomby stanowiły drugą część ich planu - dodała, by doprecyzować informację, której nam wcześniej udzieliła. - To Wilsonowie zorganizowali miejsce, gdzie mieli się pojawić Angelo i Billie. Gdyby bomby zadziałały, jak należy, nie byłoby już potomków rodu Riccich i nic nie stałoby na przeszkodzie, by Altissimo zabił Giovanniego i zdobył koronę. Wilsonowie mieli być kozłami ofiarnymi, by inne rodziny mafijne nie martwiły się wewnętrznym przejęciem władzy.

Gray pochylił się do przodu, rozstawił lekko nogi, dotknął nimi moich.

- Moja rodzina też ma powiązania z Wilsonami - huknął. - Tkają dość złożoną sieć.

- Twoja rodzina? - powiedziała Vee, uniosła jedną ze swoich idealnych brwi.

Grayson skinął.

- Osiem lat temu wyrwałem się z ich szponów, ale rodzina mojej mamy należy do kartelu Kahulu.

Gdyby sprawa nie była tak poważna, zdziwiony wyraz twarzy Vee na pewno by mnie rozbawił. Mnie rewelacje Graysona nie zaskoczyły, nie miałam wątpliwości, że był kimś więcej niż perkusistą Bellerose.

- Jak udało ci się wyrwać? - spytał Angelo.

Gray zaśmiał się smutno.

- Przez spore poświęcenie i rozlew krwi. Tak naprawdę jednak nigdy się nie wydostałem, jestem na bocznym torze. Moja sława utrudnia im ponowne wciągnięcie mnie w to gówno, ale nigdy nie popełniłem błędu, by uwierzyć, że jestem całkowicie wolny.

Jego słowa sprawiły, że aż zabolało mnie serce. Gray był zbyt dobrym człowiekiem, by tkwić w tym mafijnym światku. Tak samo jak Angel.

Nie miałam żadnych umiejętności, dzięki którym mogłabym im pomóc, ale musiałam mieć nadzieję, że w końcu wpadniemy na jakiś plan dający im szansę na prawdziwą wolność.

- A co z Tomem? - spytał Rhett. - Jaką on odgrywa w tym wszystkim rolę? Dlaczego bomba w biurze Big Noise, z nami wszystkimi w środku? Tu musi chodzić o coś więcej niż tylko o próbę zabicia Angela i Billie.

Angelo skinął, jak gdyby myślał o tym samym.

- Nie mam pojęcia - przyznała Vee i bezradnie wzruszyła ramionami. - Nawet nie słyszałam o gościu imieniem Tom, dopóki Gray nie powiedział mi, co się stało na spotkaniu i o majątku Florence.

- Cholera, to kolejne, czym musimy się zająć - wymamrotał Jace i przeczesał dłonią włosy. - Wiem, że przy zamachach i bombach to wydaje się nieistotne, ale dla Flo...

- Zajmę się tym - mruknął Gray. - Dla Flo. Nic nie uszczęśliwi mnie bardziej niż skręcenie temu obślizgłemu Tomowi jego małego karku.

Z tym wszyscy mogliśmy się zgodzić. Ale pytanie Rhetta poruszyło we mnie jeszcze inną strunę. Miał rację... Musiało chodzić o coś więcej. Ani przez chwilę nie wierzyłam, że biuro było jedynie łatwym celem, jeżeli ktoś chciałby się pozbyć Angela i mnie. Z jakiegoś powodu Altissimowie albo Wilsonowie chcieli śmierci Bellerose.

Ale dlaczego?

12: Rhett

Nastroje opadły po tym, jak Vee przedstawiła nam swoją wersję wydarzeń i wtajemniczyła nas w szczegóły krwawych mafijnych porachunków. Każdy z nas musiał to sobie przemyśleć, a ja miałem stuprocentową pewność, że najlepiej mi się będzie snuło rozważania z Billie w łóżku.

Niestety Gray poszedł na całość z moją dziewczyną i zaklepał ją sobie na noc. Jakby był dzieckiem. Kurwa, kto zaklepuje sobie inną osobę? Nie była ostatnim pączkiem, do kurwy nędzy, ale człowiekiem.

Okej, wkurzyłem się, ponieważ udało mu się pierwszemu ją dopaść, a moje narzekania, że nie zdołam bez niej zasnąć, były jak rzucanie grochem o ścianę.

Gray po prostu pokazał mi środkowy palec i zamknął drzwi na klucz. A później dał mi przedsmak tego, co sam mu zafundowałem.

- Przypomnisz mi, po co nam w Bellerose perkusista? - spytałem Jace'a pełnym żalu głosem, znad kawy, którą piliśmy dużo wcześniej, niż lubiliśmy wstawać.

Warunki noclegowe dla sześciu osób w czterosypialnianym domu nie były idealne i Jace musiał spać na sofie przez ostatnich kilka nocy.

Teraz ziewnął i przetarł oczy.

- Potrzebujemy go? Myślę, że dalibyśmy radę bez niego. Jak chcesz to załatwić? Udusić go poduszką czy...?

- Dzień dobry! - powiedziała radosnym głosem Billie, która wpadła do kuchni z rumieńcem na twarzy i włosami po seksie. - Och, mniam, pięknie pachnie. - Jęk, który z siebie wydała, gdy wąchała świeżo zaparzoną kawę, był czysto erotyczny i Jace aż się zakrztusił właśnie popijanym naparem.

Uśmiechnąłem się, bo doskonale wiedziałem, dlaczego wiercił się na krześle i unikał kontaktu wzrokowego. Jace, pomimo tych jego durnych zaprzeczeń, cholernie pragnął Billie. Ich nienawistny seks tylko pogarszał dla niego tę sytuację.

I dobrze tak temu egocentrycznemu dupkowi.

- Proszę - zaoferowałem Billie. - Weź moją, dopiero co ją zaparzyłem.

Jej pełen wdzięczności uśmiech był tak jasny, że rozświetliłby najciemniejszy zakamarek piekła, a ja się pochyliłem, żeby przyjąć jej słodki pocałunek.

- Dzięki, Zep. Jesteś moim bohaterem.

Jace prychnął, ale nie zwracałem na niego uwagi.

- Polecam się na przyszłość, Thorn. - Następnie wsunąłem palce w jej potargane włosy i przyciągnąłem bliżej, by jeszcze mocniej ją pocałować. Wiedziałem, że to rozwali Jace'a. Frajer.

Wydała z siebie kolejny seksowny jęk, który sprawił, że mój kutas stwardniał, ale za chwilę niechętnie się od niej odkleiłem.

- Nie kuś - pokręciła nosem i zrobiła kwaśną minę. - Muszę wziąć prysznic i się przebrać, bo inaczej spóźnię się na sesję z doktor Candace. Na pewno możesz mnie zawieźć?

A tak. Wizyta u psychiatry. Rzuciłem Jace'owi przelotne spojrzenie i odczułem satysfakcję, gdy zobaczyłem poczucie winy wypisane na jego twarzy, po czym skinąłem.

- Oczywiście. Jeżeli chcesz, to przyłączę się do ciebie pod prysznicem, żeby oszczędzić na czasie.

W odpowiedzi uraczyła mnie śmiechem, w którym wybrzmiała nutka szyderstwa.

- Niezła próba, Zep. Ale oboje wiemy, że spóźniłabym się na sesję. Będę gotowa za dwadzieścia minut, okej?

- Raczej za trzydzieści - zripostował Grayson, wchodzący do kuchni, i podniósł Billie, przez co jej kawa znalazła się w powietrzu.

Kubek roztrzaskał się o podłogę, ale Gray nawet nie mrugnął okiem, tylko przerzucił sobie naszą dziewczynę przez ramię i zniknął na piętrze. Skurwiel.

Spojrzałem gniewnym wzrokiem na bałagan, jaki po sobie zostawił, i westchnąłem.

- Nie przejmuj się! - krzyknąłem za nim. - Posprzątam.

Jedyną odpowiedzią, jaką uzyskałem, było trzaśnięcie drzwi jego sypialni i pisk Billie. Pieprzony szczęściarz.

- Wiesz - zaczął Jace, który popijał kawę z jego niezniszczonego kubka - małe morderstwo między przyjaciółmi to nic złego. Przytrzymam go, jeżeli będziesz chciał poderżnąć mu gardło.

Kuszące. Kurwa, cholernie kuszące. Tylko obaj wiedzieliśmy, że pomimo odpowiedniej motywacji żadnemu z nas nie udałoby się przytrzymać Graysona. Pieprzony przypakowany dupek.

- Czyje to gardło chcemy poderżnąć? - spytał Angelo i ziewnął, po czym zajął jedno z miejsc przy stole, obok Jace'a. Porzucił gdzieś laskę, chyba wolał utykać. - Jeżeli Graysona, to jestem z wami. Co tu się stało? - zapytał i wskazał głową na bałagan na podłodze, a ja jęknąłem. Samo się nie posprząta.

Czterdzieści minut później kuchnia lśniła czystością, a Billie była spóźniona na wizytę.

- Przepraszam, przepraszam, przepraszam - Z jej ust wylewały się słowa przeprosin, gdy zbiegała ze schodów, zapinając bluzkę. - Już jestem! Jedźmy!

Poświęciłem chwilę, by pokazać dwa środkowe palce w stronę Graysona, który stał na schodach z szerokim uśmiechem, po czym poszedłem za Billie do garażu, gdzie już czekał na nas SUV Graya. W innym aucie siedziało dwóch ochroniarzy, gotowych, by za nami pojechać.

- Zadzwoniłem do gabinetu - powiedziałem, kiedy minęliśmy nowo wzmocnioną bramę Graya. - Wiedzą, że się trochę spóźnisz, powiedzieli, że to żaden problem.

Odetchnęła z ulgą.

- Dziękuję, Rhett. Jesteś moim wybawieniem. Naprawdę nie wiem, kiedy uciekł ten czas. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle... - Zarumieniła się.

Przewróciłem oczami.

- Gdy nagle Grayson wykoleił twój pociąg. Rozumiem. O mało co nie wyważyłem drzwi, żeby go udusić, ale nie mogę być na niego zły, skoro sam robiłem z tobą to samo... Ile razy? Przypuszczam, że to zrozumiałe. - Nie żeby mi się to podobało, ale obrażanie się nie byłoby fair.

Przygryzła wargę, jej ciało aż promieniało niepewnością.

- Czy to nie dziwne? - spytała cicho. - Dziwne, prawda? Nie powinnam...

- Nie powinnaś kwestionować własnych uczuć, Thorn. Jesteśmy dużymi chłopcami; potrafimy radzić sobie z zazdrością. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że tobą warto się dzielić. W tym momencie żaden z nas nie chciałby odejść. - Ścisnąłem jej dłoń dla dodania odrobiny otuchy. - Zaufaj mi, kochanie, wszystko się ułoży. W końcu. Kiedy Gray przestanie być samolubny.

Uśmiechnęła się figlarnie.

- Czyżbyśmy zeszłej nocy nie pozwolili ci spać?

Parsknąłem zbolałym śmiechem.

- Dobrze wiesz, że tak. I to nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu. W pewnej chwili usłyszałem nawet, jak mówisz: "Przestań doprowadzać mnie do orgazmu, obudzimy Rhetta", na co Gray odparł: "I dobrze mu tak".

Jej twarz oblała się rumieńcem.

- O rany. Cienkie ściany, prawda?

- Jak bibuła.

Przez resztę drogi nie puściła mojej ręki, a ja snułem w głowie plan, by zanim wrócimy do domu, przypomnieć jej, jak to Rhett Silver potrafi doprowadzać ją do orgazmu. Gdy wjeżdżaliśmy na parking przed gabinetem doktor Candace, Billie wstrzymała oddech i odwróciła się do mnie z lekkim grymasem na twarzy.

- Co miałeś na myśli, kiedy powiedziałeś, że wszyscy się zgadzają? Chodziło ci o Graysona i o ciebie, prawda?

Była tak cholernie urocza.

- Tak, kochanie. Właśnie to miałem na myśli. - Jeżeli taka odpowiedź miała ją uspokoić. - No dalej, wejdźmy do środka.

Na strzeżonym parkingu wyskoczyliśmy z samochodu, a ochroniarze szli kilka kroków przed nami. Zanim weszliśmy, naciągnąłem czapkę na świeżo ufarbowane włosy. Gdy daliśmy znać na recepcji, że jesteśmy, poinformowano nas, że doktor Candace już czeka, tak więc od razu zaprowadziłem Billie do gabinetu.

Wcześniej powiedziałem Billie, że poczekam na korytarzu, bo nie chcieliśmy, żeby sama wracała do samochodu. Nie teraz, kiedy Vee ujawniła współpracę między Altissimami a Wilsonami. Chociaż Billie nie była już "w ciąży", nadal stanowiła dla nich zagrożenie. Albo niedokończoną sprawę. Ochroniarze stali przy głównym wejściu, w pogotowiu, a ja z całych sił starałem się nie zwracać na nich uwagi.

Chwilę później pojawiła się recepcjonistka, z kawą w ręku, za którą byłem jej wdzięczny. Przez Billie zmieniałem się w trzeźwego, prowadzącego dzienny tryb życia człowieka. I było to dziwne.

Usiadłem na jednej z wygodnych sof przed gabinetem doktor Candace i wyjąłem telefon. Sesje Billie trwały godzinę, więc miałem czas, żeby popracować nad piosenkami, które wrzuciliśmy do naszego wspólnego pliku w chmurze. Bez gitary w ręce nie było to łatwe, ale w głowie wystarczająco dobrze słyszałem naszą muzykę.

Po około pół godzinie dostałem wiadomość od Jace'a. Chwilę później od Graysona, potem od Brendy i jeszcze jedną od Brendy.

- Co to znowu za afera? - wymamrotałem i otworzyłem powiadomienie od Jace'a.

Jace: Brachu, sprawdź Dirty Truths. WTF?!

Jęknąłem i postanowiłem zignorować pozostałe wiadomości, po czym wszedłem na ten szukający sensacji blog. Spodziewałem się wyśmiewania terapii Billie, może fotki zrobionej przez paparazzich, gdy wchodzę do budynku, i towarzyszącej temu szalonej historii o moim odwyku po narkotykowej balandze w zeszłym miesiącu.

To byłoby lepsze.

Nagłówek najnowszego artykułu brzmiał: Bellerose wracają w trasę.

- Że co, kurwa? - wyrzuciłem z siebie i zacząłem czytać.

Pomimo ostatnich spekulacji wokół owianego złą sławą zespołu Bellerose ich wytwórnia, Big Noise Records, wydała oświadczenie zawiadamiające, że zespół wznawia przerwaną wcześniej trasę, a dziś po południu na TicketWizard mają się ukazać daty i miejsca koncertów. Według naszego informatora zespół cieszy się na powrót w trasę, by uczcić pamięć zmarłej Florence Foster, a dochód pochodzący ze wznowionej trasy ma zostać przekazany spadkobiercom pani Foster.

Żółć podeszła mi do gardła, więc szybko wróciłem do wiadomości Jace'a i postanowiłem do niego zadzwonić.

- Co, do kurwy? - syknąłem, gdy odebrał. - Powiedz mi, że to ściema.

- Chciałbym - odpowiedział, głos drżał mu od furii. - Brenda wpadła w panikę, ale nie zaprzecza. Więc...

- Kurwa! - krzyknąłem, po czym od razu się skrzywiłem i bezgłośnie przeprosiłem recepcjonistkę.

Na szczęście w poczekalni poza ochroniarzami, którzy przywykli do mojego słownictwa, nie było innych świadków tego wybuchu.

- Jace, nie możemy teraz wrócić w trasę.

- Zgadzam się - warknął w odpowiedzi. - Przecież nawet nie mamy pełnego zespołu, a ja nie pozwolę, żeby Big Noise w miejsce Flo przydzielili nam jakiegoś przypadkowego basistę.

Sama sugestia wystarczyła, żeby zagotowała się we mnie krew.

- Czemu mieliby to zrobić? - spytałem szorstkim szeptem i pochyliłem nisko głowę, bo recepcjonistka przyglądała mi się z ciekawością. - To nie ma sensu. Po zamachu bombowym?

- Nie wiem, brachu. Nie mam, kurwa, pojęcia. Brenda już tu jedzie, naprawdę liczę, że ma jakieś sensowne wytłumaczenie, bo ja jestem w kropce. - Westchnął z wyczerpania i cicho przeklął.

Zerknąłem na zegarek. Do końca sesji Billie zostało pół godziny, ale mógłbym ją przerwać.

- Zaraz wracamy.

- Nie - warknął Jace. - Niech Billie dokończy sesję. Potrzebuje tego. A to może zaczekać. Po prostu... najpierw zajmij się nią, reszta się sama jakoś ułoży.

Zwilżyłem usta, poczułem ochotę na skomentowanie tego przejawu sentymentu, ale postanowiłem tego nie robić.

- Okej - zgodziłem się. - W takim razie za godzinę jesteśmy z powrotem. W międzyczasie wyduś z Brendy jakieś informacje. A tak między nami? Nie wybieram się w żadną trasę.

- Wobec tego mamy takie samo zdanie, bracie. Gray i ja się tym zajmiemy.

Rozłączył się, a ja ponownie przeczytałem ten głupi, pieprzony blog. Potem jeszcze raz. Kim jest ten dupek i skąd czerpie informacje?

Pozostało mi mieć nadzieję, że ten artykuł, w przeciwieństwie do pozostałych, to ściema. Przeczucie mówiło mi jednak, że się mylę.

13: Billie

Terapia szła znacznie lepiej, gdy przestałam zachowywać się jak wredna, zbuntowana suka. Kto by pomyślał.

- Jestem dumna z twoich postępów w tym tygodniu, Billie - powiedziała doktor Candace, odprowadzająca mnie do drzwi. - Twoja chęć otwarcia się przede mną robi olbrzymią różnicę. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.

- Do zobaczenia - zgodziłam się, bo w pewnym sensie nie mogłam się już doczekać kolejnej wizyty.

Gdy znalazłam się w poczekalni, Rhett stał przy drzwiach, gotowy do wyjścia. Czy to miejsce wzbudzało w nim niepokój? Miałam nadzieję, że nie, ponieważ nadal zastanawiałam się, jak w delikatny sposób zaproponować, żeby również poddał się terapii. Nawet jeśli nie chciałby jej z doktor Candace.

- Gotowa to wyjścia, Thorn? - spytał, widocznie spięty.

- Tak, zdecydowanie. - Skinęłam. - Czy wszystko gra? - W naszym świecie takie pytanie było w pełni uzasadnione. Nawet jeśli w większości przypadków odpowiedź nie bardzo mi pasowała.

- Nie - powiedział szybko. - Opowiem ci w samochodzie.

Natychmiast ścisnęło mnie w piersi i zacisnął mi się żołądek. Nie ma nic gorszego, jak czekanie na złe wieści.

- Wszyscy żyją, tak? - wyszeptałam pośpiesznie i złapałam go pod rękę.

Recepcjonistka powiedziała coś na pożegnanie, ale my już byliśmy za drzwiami. Wyprzedzili nas ochroniarze, a ja przypomniałam sobie o ich istnieniu dopiero wtedy, gdy zajęli swoje zwykłe pozycje, delikatnie przed nami.

- Żyją i mają się dobrze. - Rhett skrócił moje cierpienie. - To tylko gówno związane z zespołem.

To mnie nieco uspokoiło. Oczywiście nie całkowicie, ponieważ Bellerose stanowił ogromną część ich życia, a przez to i mojego.

Tym razem to ja przyspieszyłam kroku i skierowałam nas w stronę parkingu, a gdy Rhett otworzył dla mnie drzwi, prawie wskoczyłam na siedzenie pasażera. Uśmiechnął się, z twarzy zniknął mu ten mroczny wyraz. To był piękny uśmiech. Ale nie miałam czasu, żeby się w nim zatracić, choć bardzo tego pragnęłam. Nie. Potrzebowałam odpowiedzi.

Kiedy już zapięliśmy pasy, ochrona zapakowała się do samochodu za nami, Rhett wyjechał z parkingu. Odwróciłam się do niego.

- Opowiadaj.

Zachichotał, co w pewnym sensie złagodziło napięcie. Przecież nikt by się nie śmiał, gdyby chodziło o coś poważnego, prawda?

- Na blogu Dirty Truths pojawił się nowy post. Oznajmiający, że znów ruszamy w trasę. Co jest totalnie pojebanym pomysłem, biorąc pod uwagę to, co spotkało Flo. Od jej śmierci nie minęły nawet trzy tygodnie.

- Czy nie dokończyliście ostatniej trasy? - spytałam zdezorientowana.

- Tylko jej północnoamerykańską część - powiedział Rhett. - Ale mieliśmy zaplanowane mnóstwo koncertów w Wielkiej Brytanii i Europie, które odwołaliśmy, gdy zostałaś porwana. A po śmierci Flo podjęliśmy decyzję, że nie będziemy kontynuować trasy. Ludziom oddano kasę za bilety, wszystko zostało załatwione. Przynajmniej tak nam powiedziano.

Gdy już wygodnie się rozsiadłam, zaczęłam obserwować zimowy krajobraz za oknem.

- Kto, do cholery, prowadzi tego bloga? Wydaje mi się, że wiedzą o naszym życiu więcej niż my sami. I jak to jest, że zawsze są o krok przed nami lub na równi z nami?

Rhett zacisnął mocno dłonie na kierownicy, po czym głęboko westchnął.

- Ostatnio byliśmy zajęci czymś innym, ale chyba musimy się przyjrzeć Dirty Truths. Zwiększyć nacisk, żeby się wreszcie dowiedzieć, kto za tym stoi.

- Najlepiej nadałby się do tego Grayson - rzuciłam bez zastanowienia. - W zasadzie to on ma już co robić, więc może jednak ktoś inny.

- Poradzimy sobie z tym - powiedział Rhett i wszedł w kolejny ostry zakręt, znaleźliśmy się na drodze prowadzącej do domu Graysona. - W międzyczasie musimy wyjaśnić kwestię trasy z Brendą i Big Noise. Nie ma mowy, żebyśmy wyruszyli za granicę przy tym całym zamieszaniu. I z przyjemnością to powtórzę, głośno i wyraźnie podczas spotkania z nimi.

Gdy wjechaliśmy na podjazd, przyciskiem otworzył bramę i wyłączył alarm. Przez chwilę siedzieliśmy bezczynnie, zanim dostaliśmy zielone światło. Ochroniarze nie wjechali za nami. Mieszkali w okolicy, w pogotowiu, byli na każde zawołanie zespołu. Przywileje bogatych i sławnych.

Przywileje i potrzeby.

Rhett zaparkował i otworzył mi drzwi, zanim zdążyłam odpiąć pas, po czym podniósł mnie i mocno przytulił.

- Jak twoja terapia, Thorn? Powinienem był spytać o to w pierwszej kolejności.

Delektowałam się ciepłem i otuchą płynącą z jego bliskości, na chwilę zamknęłam oczy.

- Dzisiejsza sesja poszła bardzo dobrze. Jeszcze bardziej zagłębiłyśmy się w moją przeszłość, terapeutka ostrzegła jedynie, że przez jakiś czas koszmary mogą być silniejsze, ale w końcu doprowadzą do zdrowienia. To maraton, a nie sprint, i nie ma drogi na skróty, aby miejmy nadzieję, w końcu zapomnieć o przeszłości.

- Ma to sens - powiedział cicho Rhett. - To właśnie przeszłość nie pozwala mi zasnąć i zaczynam myśleć, że mnie też mogłaby się przydać taka terapia.

Podniosłam głowę z jego piersi i spojrzałam w jego jasne, zielone oczy. Chociaż raz w jego organizmie nie było śladu narkotyków czy alkoholu.

- Naprawdę uważam, że to mogłoby ci to pomóc, nawet jeżeli sam robisz ogromne postępy.

- Miewam lepsze i gorsze dni, więc niech tak zostanie. - Przez krótką chwilę wyraz jego twarzy pociemniał. - Ty możesz być moją terapeutką, ćwiczeniem terapeutycznym i procesem gojenia. To by mi pasowało.

Pieprzeni muzycy. Wiedzą, jak dobierać słowa. Oczywiście nie trzeba dodawać, że nie posiadałam absolutnie żadnych kwalifikacji ani przygotowania, by być czyjąś terapeutką, ale wiedziałam, o czym mówił. Na tę chwilę nie był gotów zrobić tego kroku. Może pewnego dnia.

Pocałowaliśmy się szybko, po czym postawił mnie na nogi, a gdy wchodziliśmy do domu, trzymał za rękę. W przeciwieństwie do wczoraj, kiedy wróciliśmy z Grayem, dziś panował tu większy hałas.

- ...pieprzonego sposobu, żeby nas do tego zmusić - rozległy się podniesione głosy.

- Wygląda na to, że Jace jest w wybornym nastroju - powiedział cicho Rhett. - Co do jego rozmówców, to typuję dwóch kandydatów.

Wyprostowałam się i starałam przygotować na cokolwiek tam zastaniemy.

- Czy Jace w ogóle potrafi zachowywać się inaczej niż krzykliwy dupek emo? Zgaduję, że to... Angelo lub Brenda.

Angelo i Jace może i znów byli przyjaciółmi, ale zawsze kłócili się niczym furiaci, jak napędzane testosteronem dupki. Chciałabym powiedzieć, że jestem ich spokojnym rozjemcą, ale byłam niemal pewna, że to ja podsycałam w nich ogień.

Kiedy weszliśmy do salonu, mój drugi typ okazał się strzałem w dziesiątkę. Brenda stała pośrodku pokoju, potrząsała głową i ściskała grzbiet nosa.

- Nie mam na to wpływu, Jace. Dyskutowałam z nimi i przejrzałam kontrakt bardzo drobiazgowo. Nie możemy się z tego wykręcić, chyba że masz ochotę zostać pozwany na miliony dolarów.

Jace chodził tam i z powrotem, Grayson siedział w fotelu, Angelo i Vee na sofie. Wszyscy w milczeniu obserwowali tę rozgrywkę. Wydawało się, że tylko Gray zauważył nasze wejście, ponieważ pozostali byli za bardzo skupieni na Brendzie i Jasie.

- Jest klauzula dotycząca urlopu z powodów emocjonalnych - odgryzł się Jace. - A śmierć jednego z członków zespołu powinna stanowić podstawę do skorzystania z takiego zapisu.

Brenda puściła nos i wzięła głęboki oddech.

- Próbowałam wykorzystać ten argument, ale już go wykorzystaliście, gdy poprosiliście o przełożenie trasy na inny termin. - Zauważyła nas i gestem ręki zaprosiła do środka, wskazała, byśmy zajęli miejsca. - Cieszę się, że jesteście tu wszyscy - mówiła dalej, gdy już usiedliśmy. - Wiem, że to nie coś, co chcielibyśmy usłyszeć, a ja nigdy nie widziałam, żeby wytwórnia była aż tak uparta jak w tych okolicznościach. Nic, co powiedziałam lub zrobiłam, nie było w stanie odwieść Big Noise od tej decyzji.

- Big Noise należy teraz do Riccich. - Odwróciłam się do Angela. - Rozmawiałeś ze swoim ojcem? Czemu aż tak bardzo zależy mu na tym, żeby zespół wyruszył w tę międzynarodową trasę?

Przez chwilę Angelo się nie odzywał, ale w końcu wziął długi oddech.

- Nie rozmawiałem z nim, ale domyślam się, że liczy na zwrot inwestycji. Jestem przekonany, że fuzja sporo go kosztowała, a Bellerose zarabia mnóstwo kasy. Tu chodzi o forsę i zapewniam was, że w dupie ma waszą żałobę.

- Tak jak byśmy o tym nie wiedzieli. - Zaśmiałam się gorzko. - Ten człowiek nigdy nie miał serca, i to się na pewno nie zmieni.

Rhett pochylił się na krześle, a ja z nim, ponieważ cały czas mnie obejmował.

- Jakie mamy więc możliwości?

Brenda rozejrzała się wokół i jeśli miałabym zgadywać, chciała znaleźć jakiś alkohol. I ani trochę jej za to nie winiłam.

- Pierwsza opcja jest taka, że jedziecie w tę trasę, by mieć to z głowy, i kończycie ten cholerny album, po czym zrywamy umowę z Big Noise tak szybko, jak to możliwe. Druga opcja to odmowa wyruszenia w trasę, wtedy zobaczymy, jak daleko możemy się posunąć, nim nas pozwą. W trzeciej opcji rozpocznę postępowanie prawne, z nadzieją, że dzięki temu wszystko się wyjaśni, nim będziecie musieli wyjechać. Możemy spróbować się wtedy powołać na wyjątkowe okoliczności, które unieważniają niektóre warunki waszego kontraktu, a później liczyć na życzliwego sędziego, który jeszcze nie siedzi w kieszeni Riccich.

Jace wydawał się spokojniejszy, gdy Brenda przedstawiła te opcje. Cholera wie czemu, skoro każda z nich brzmiała do dupy.

- Jakie są szanse, że wygramy w sądzie? - spytałam ją.

- Szczerze? - Brenda zachowała ponurą minę. - Niewielkie. Wiecie, że wynegocjowałam dla was najlepszy możliwy kontrakt, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. A jeśli pchniemy to na drogę sądową, to znowu zostaniecie przedstawieni opinii publicznej w negatywnym świetle, co mogłoby wpłynąć na potencjalne oferty z innych wytwórni. I to jest coś, o czym musimy pomyśleć, skoro chcecie zerwać z Big Noise.

Jak już mówiłam, wszystkie opcje były do dupy.

- Ile będzie trwała trasa? - spytałam cicho. - Jeśli zdecydują się w nią ruszyć?

- Dwa miesiące - odpowiedziała szybko Brenda. - To kilkanaście koncertów i już nie ma na nie biletów. Trafiły do sprzedaży wczoraj i do rana wszystkie się wyprzedały.

Te dupki postawiły zespół w sytuacji, w której nie mogli odmówić, bo wtedy zawiedliby swoich fanów.

- A co z basistą? - odezwał się Grayson, po raz pierwszy, od kiedy wróciłam z Rhettem do domu. - Wnioskuję, że musielibyśmy wyjechać w przyszłym tygodniu, żeby załatwić wszystko, co związane z międzynarodową trasą. A nie mamy basisty. Już nie mówiąc o kimś, kto miałby czas, żeby ogarnąć listę utworów.

W przyszłym tygodniu! Cholera jasna. Czy będę mogła z nimi pojechać? Sama myśl o dwóch miesiącach bez któregokolwiek z nich sprawiała, że miałam ochotę zwinąć się w kłębek i płakać. Żaden z nich jednak czegoś takiego nie potrzebował, więc wzięłam się w garść. Na tak długo, jak tylko dam radę.

- Big Noise zorganizowało przesłuchania i macie trzech basistów do wybo...

- Nie - przerwał jej Jace. - Od razu mówię "nie" dla każdego z tej trójki. Jedyną osobą, którą mógłbym rozważyć, jest Angelo. - Wskazał swojego dawnego przyjaciela i skrzyżował ramiona, jakby wszystko zostało już ustalone.

Twarz Angela była pozbawiona emocji, a on sam siedział nieruchomo.

Brenda zamrugała i pokręciła głową.

- Giovanni nigdy nie pozwoli, by pojechał z wami wszystkimi w trasę jako członek zespołu. Od zawsze nienawidził muzycznych zainteresowań swojego syna.

- To prawda. - Angelo powoli skinął. - Gdyby mógł to ze mnie usunąć za pomocą noża, miałbym dużo więcej blizn. Ale w tym przypadku mogę go przekonać, bo chodzi o nowy nabytek rodziny Riccich. Pomimo naszego dystansu ojciec jest przede wszystkim biznesmenem.

- Naprawdę to rozważasz? - Mina Brendy wyrażała czyste zaskoczenie. - Dołączysz do zespołu w tej trasie?

Znałam Angela dość dobrze, więc wiedziałam, że nie do końca mu to odpowiadało. Niemal westchnęłam, gdy przeniósł spojrzenie z Brendy na mnie. Tylko na mnie. Całkowita uwaga tego intensywnego mężczyzny była skupiona wyłącznie na mnie. Wbijał we mnie spojrzenie, dopóki cokolwiek to było, zmieniło się między nami.

- Tak - powiedział cicho. - To może być moja jedyna okazja w życiu, żeby stać się gwiazdą rocka. Wchodzę w to.

Brenda poczuła tak cholerną ulgę, że wyglądała, jakby miała się zaraz popłakać.

- Okej. Nie spodziewałam się tego. - Potarła twarz dłonią. - Ale to dobrze. Kurwa mać. Muszę wszystko zorganizować. Prywatny samolot ze sprzętem odlatuje jutro, kolejny będzie czekał w środę i zabierze was prosto do Dublina, w sam raz na pierwszy koncert. Big Noise planowało to o wiele dłużej, niż możemy się spodziewać, i naprawdę wrzucają was na głęboką wodę. - Zespół nie zareagował na te słowa, ale czułam ich napięcie, gdy Brenda mówiła dalej: - Będziecie musieli uporać się z jet lagiem, ale dacie radę. - Głośno klasnęła w dłonie. - Okej, musicie się spakować, to, czego nie weźmiecie, dokupi się na miejscu. Dopilnujcie, żeby Billie miała paszport, nawet jeśli będziecie musieli komuś zapłacić, żeby koczował w biurze paszportowym.

Moje serce aż głupio podskoczyło na samą myśl, że Brenda zakładała, że pojadę. Ale kwestia paszportu nieco ostudziła mój entuzjazm.

- Są święta - powiedziałam cicho. - Czy biuro paszportowe jest czynne?

- Billie ma paszport - powiedział krótko Angelo. - Załatwiłem go, gdy zaczęliśmy tę całą farsę. Tak na wypadek... - urwał, ale wszyscy wiedzieliśmy, co miał na myśli.

Na wypadek, gdybyśmy musieli uciekać.

I marzenie gwiazdy rocka rozsypało się przez naszą rzeczywistość. W innych okolicznościach dwa miesiące w Europie mogłyby być dokładnie takim wytchnieniem od rzeczywistości i naszego życia, jakiego potrzebowaliśmy. Ale ktoś lub nawet kilka osób chciało naszej śmierci, a bez ochrony, jaką mieliśmy tutaj, mogło im się to udać.

14: Billie

Zespół miał sporo do załatwienia z Brendą i swoim sztabem prawników, jedną z najważniejszych była tymczasowa funkcja Angela jako basisty w Bellerose. Nie mogłam zrozumieć, z jaką łatwością przyjął tę rolę, ale domyślałam się, że chciał rzucić to Giovanniemu w twarz. Jego ojciec zrujnował marzenia osiemnastoletniego Angela o karierze gwiazdy rocka, więc może to była jego szansa na ich spełnienie. Chociażby przez dwa miesiące.

Zostawiłam ich z tymi biznesowymi rozmowami i pośpiesznymi próbami, wolałam pójść na górę i obejrzeć film z Vee. Przez cały czas była cicha i zamyślona, a w chwili, gdy księżniczka pocałowała księcia w finałowej scenie, odwróciła się do mnie i tak po prostu oznajmiła, że jedzie z nami w trasę.

Jakimś cudem jej decyzja złagodziła moje napięcie. Zaskoczyłam samą siebie tym, że ją przytuliłam, siostry w bólu i tak dalej. Nie czułabym się dobrze, gdybym zostawiła ją tu samą.

Po filmie wsunęłam się do łóżka Rhetta i zasnęłam, słuchając stłumionych dźwiękach największych hitów Bellerose. Jace nie tracił czasu i sprawdzał, czy Angelo poradzi sobie z zadaniem, i nie mogłam go za to winić. Ale Angelo był szalenie utalentowany. Spuścizna Flo znalazła się w dobrych rękach.

Później w nocy mój niespokojny sen się rozwiał, gdy Rhett wsunął się do łóżka, a jego zimne dłonie powędrowały pod moją koszulkę i sprawiły, że zadrżałam.

- Jesteś zmarznięty - wymamrotałam, ale zamiast się od niego odsunąć, wtuliłam się w niego jeszcze mocniej. - Połóż dłonie na moich cyckach, one są zawsze ciepłe.

To szczera prawda.

Zachichotał, ale zrobił to. Przy okazji zaczął się bawić moimi sutkami, co zupełnie mnie rozbudziło.

- Nie jesteś zmęczony? - spytałam, ziewnęłam i wygięłam ciało pod jego dotykiem.

- Byłem. - Odnalazł ustami moją szyję. - A teraz już nie jestem. Śpisz w mojej koszulce, Thorn?

- Oczywiście - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się w półmroku, w którym ledwie mogłam dostrzec jego twarz. - Uwielbiam je.

- Mmm ... - Pocałował mnie w podbródek i podwinął moją koszulkę. - Na podłodze wygląda ładniej. - Ściągnął mi ją przez głowę, po czym rzucił w kąt. - Od razu lepiej. - Położył ponownie dłonie na moich piersiach i pocałował mnie w szyję.

Gdy ktoś otworzył drzwi, sypialnię przecięła wiązka światła, która po ich zamknięciu, szybko zniknęła.

- Upss - powiedział Gray sarkastycznie. - To nie moja sypialnia. Ale wtopa. - A później wpakował się nam do łóżka.

- Gray - jęknął z frustracją Rhett. - Rozmawialiśmy o tym. Musisz...

- Się dzielić. Wiem. Przyjąłem do wiadomości. - Zrzucił jedną dłoń Rhetta z mojej piersi i zastąpił ją swoimi ustami. - Widzisz? Dzielę się. - Puścił do mnie oczko, a później krążył po moim sutku czubkiem swojego języka.

Westchnęłam, oblizałam usta w oczekiwaniu. Jednego byłam pewna, ta noc nagle przybrała ciekawy obrót.

Rhett wydał z siebie odgłos rozdrażnienia.

- To nie... - urwał i westchnął. - Słuchaj, nie zaprzeczam, że mnie to kręci. Billie? Twój wybór, kochanie.

- Poważnie? - Szczęka mi opadła, patrzyłam na nich ze zdziwieniem.

- Oczywiście. - Rhett zmrużył oczy, widocznie zmieszany. - To zawsze twoja decyzja. Czy jesteś gotowa, żeby przetestować zdolność dzielenia się tego wielkiego samolubnego dzieciaka?

Rozbawiona, przeniosłam spojrzenie na Graya, który zerkał na Rhetta kątem oka.

- Nie jestem samolubny, po prostu nadrabiam stracony czas.

- To dobry argument - zgodziłam się. - Myślę, że powinniśmy dać mu szansę.

- O rany, dzięki! - powiedział powoli Gray, a ja przyciągnęłam go za włosy i pocałowałam tak mocno, że aż nie mogłam złapać tchu.

W odpowiedzi mruknął seksownie prosto w moje usta, a ja wsunęłam dłoń w turkusowe włosy Rhetta. Kiedy Gray uwolnił moje usta, by ponownie pieścić sutek, ochoczo przyjęłam wargi Rhetta na swoich.

Tak. Od zawsze kręciło mnie takie dzielenie się. Jace i Angelo byli tego żywym przykładem.

- Niech będzie, ten jeden raz - drażnił się Rhett, który całował moją szyję, podczas gdy Gray bawił się gumką od moich majtek. - Ale nie świruj, Gray, jeżeli nasze miecze się skrzyżują. W trójkątach takie rzeczy się zdarzają, nie myśl jednak, że na ciebie lecę. Rozumiesz?

Grayson zaśmiał się cicho, jego oddech łaskotał skórę na moich żebrach, ale jego "Odpierdol się" skierowane w odpowiedzi do Rhetta było zupełnie poważne, jakby naprawdę był zirytowany zachowaniem kumpla.

- Ciii - szepnęłam i popchnęłam Rhetta w dół łóżka. - Mniej pieprzenia głupot, a więcej lizania cipki, Silver.

- Co ty właśnie powiedziałaś, Thorn? - Rhett sapnął, zaskoczony, wpatrywał się we mnie w przygaszonym świetle.

- O tak, Billie ma bardzo niegrzeczny język w łóżku - zamruczał Gray i jednocześnie pieścił swoimi długimi palcami moją cipkę przez majtki. - Nie miałeś pojęcia? Sporo cię ominęło.

- Rhett... - Zmarszczyłam nos, kolejny raz walczyłam z zażenowaniem.

- Tak, nie, pasuje mi to. Podoba mi się to. Sprośna Billie... miło. - A później zrobił dokładnie to, co zasugerowałam, przesunął się w dół łóżka i ułożył między moimi nogami. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, zdjął ze mnie majtki, uniósł moje nogi nad swoją głowę i rozchylił je szeroko.

Jęknęłam, gdy zaczął się ze mną drażnić, bardzo powoli przesuwając czubkiem języka po mojej cipce, ale Grayson zagłuszył moje dźwięki swoimi głębokimi pocałunkami. Rhett pieścił mnie coraz bardziej zdecydowanie, aż naparłam na jego twarz.

- Cierpliwości, Thorn - zaśmiał się i unieruchomił mi biodra swoimi szorstkimi dłońmi.

Pieprzeni gitarzyści i ich silne palce. Jego usta zamknęły się wokół mojej łechtaczki, pieścił ją językiem w równym rytmie, jakby w myślach słuchał muzyki, podczas gdy mnie prowadził na skraj przytomności i z powrotem, a przez pocałunki Graya stawałam się słaba i pozbawiona tchu.

Dyszałam, przygryzłam wargę Graya.

- Gray - wyjęczałam. - Chcę cię spróbować.

- Tak? - zamyślił się, kciukiem gładził moje nabrzmiałe już usta.

Skinęłam ochoczo, gdy Rhett wsadził swoje długie palce muzyka w moją cipkę, aż zaczęłam się wić.

-Tak. Proszę. Mogę ci obciągnąć, Gray?

- Kurwa mać - wymamrotał Rhett prosto w moją cipkę, a Gray posłał mi szelmowski uśmiech.

- Możesz - zgodził się. - Ale nie tak, nie chciałbym cię udusić.

- Nie pochlebiaj sobie - parsknął Rhett.

Gray go zlekceważył, przesunął się, oparł o zagłówek i zdjął spodnie. Odsłonił swojego ogromnego kutasa, którego czubek lśnił już od spermy.

- O cholera - wykaszlał Rhett. - Długi i gruby. Punkt dla ciebie, stary.

Nie powstrzymywałam śmiechu, kiedy przekręcałam się na brzuch między nogami Graysona. Podniecona, ujęłam w dłoń nasadę jego penisa, zaskoczona, że opuszki moich palców się nie stykają.

- Przestań oglądać mojego kutasa, a ty, Silver, spraw, by doszła - rozkazał Gray, po czym klepnął mnie w pośladek mocniej, niż to konieczne.

Zaskomlałam, ale podniosłam się na kolana i uniosłam tyłek, domyśliłam się, że właśnie tego oczekiwał.

Rhett przesunął się i drażnił palcami moją cipkę.

- Tak, panie - wymamrotał. - Ktoś tu jest apodyktyczny.

Gray jęknął, gdy zamknęłam usta wokół główki jego kutasa, a Rhett potraktował to jak sygnał, by wracać do pracy. Nie zawahał się, pieprzył mnie od tyłu językiem, a ja z trudem powstrzymywałam jęki z ustami wypełnionymi kutasem Graya. Naprawdę wypełnionymi. Nie dałam rady wziąć nawet jego połowy, a to i tak było poważnym testowaniem limitów mojego gardła.

- Silver, chyba kazałem ci coś zrobić - mruknął chwilę później Gray. - I nie zrobiłeś tego. Potrzebujesz pomocy?

- Pieprz się, Taylor - wymamrotał Rhett, łapiący łapczywie oddech. - Po prostu się nie spieszę.

- To się pospiesz - warknął. - Ona to zniesie.

O, Boże, poczułam, jak drżę od środka. Rhett najwidoczniej zgodził się ze swoim kumplem, bo przyspieszył pieszczoty. Z twarzą między moimi nogami, ssał i drażnił łechtaczkę, palcami posuwał moją cipkę tak mocno, że o mało co nie straciłam równowagi. Drugą ręką chwycił mnie za biodro, więc gdy doszłam kilka chwil później, utrzymał mnie w miejscu - naprawdę mnie trzymał i przedłużał orgazm, jaki nie sądziłam, że jest w ogóle możliwy.

Jęczałam i drżałam, ale Gray złapał mnie mocno za włosy i zmusił do opuszczenia twarzy, niemal dusił mnie swoim kutasem. Nie żebym się skarżyła, ale byłam pewna, że zahaczyłam go zębami więcej razy, niżby tego chciał.

- Cholera jasna, to było gorące - zachichotał Rhett, gdy wreszcie mnie puścił.

Gray zrobił to samo i pozwolił mi nabrać powietrza, a ja drżałam jak galaretka.

Gray odgarnął mi włosy z twarzy i z uśmieszkiem wytarł moje usta.

- Jak nam idzie, Prickles? Ładnie się dzielimy?

Oblizałam wargi, po czułam jego smak i się uśmiechnęłam.

- Jak dotąd jest dobrze.

- W porządku, więc lepiej kontynuujmy. Chodź tutaj. - Przyciągnął mnie bliżej siebie i pomógł mi unieść się na kolanach, po jego obu stronach, a sam umieścił czubek swojego penisa przy wejściu do mojej cipki. - Dokładnie tak, dziecinko, pomalutku. Teraz możesz wziąć go całego. - Powoli obniżał mnie na swoim potężnym kutasie, zatrzymał się dopiero wtedy, gdy nasze uda się spotkały.

A ja jęknęłam, zaskoczona jak bardzo pełna się czułam.

Gdy Gray zaczął się we mnie poruszać, Rhett był już przy mnie, uniósł moją twarz ku sobie i mocno mnie całował. Nasze języki splotły się razem, kolczyk na jego wardze wzmagał intensywność doznań, podczas gdy Gray znów powoli we mnie wchodził, jak gdyby w ogóle się nie spieszył. Jakbym nie miała za chwilę eksplodować, tak czułam się pełna. Również kąt, pod jakim się we mnie wbijał, robił niesamowite rzeczy. Jakby główka jego penisa nieprzerwanie masowała mój punkt G.

- Gray! - zajęczałam na znak protestu, bo czułam zbliżający się orgazm, ale on tylko mocno przytrzymywał mnie rękami.

- Dojdź dla mnie, Prickles. Później pozwolę Rhettowi się zabawić.

Cholera jasna, jak mogłabym odmówić takiemu rozkazowi? Coś w tych słowach, że pozwoli Rhettowi się zabawić, powinno było mnie wystraszyć. Albo przynajmmniej obudzić feministyczne instynkty, prawda? Ale nie. Po prostu poddałam się uderzającemu do głowy, drażniącemu skórę orgazmowi, który sprawił, że krzyknęłam prosto w spragnione pocałunków usta Rhetta.

- Grzeczna dziewczynka - pochwalił mnie Grayson, gdy wiłam się na jego kolanach. - Jesteś taka piękna, gdy dochodzisz, Billie, jak cholerne marzenie.

- Moja kolej - mruknął Rhett i złapał od tyłu za moje biodra. Podniósł mnie prosto z kolan Graya, z jego kutasa, i położył na plecach. Chwycił moje uda w dłonie, rozsunął mi szeroko nogi i od razu wszedł swoim zakolczykowanym kutasem prosto w moją pulsującą cipkę.

Krzyknęłam z rozkoszy, a Gray uśmiechnął się do mnie. Byłam tak cholernie podniecona, że już nie wiedziałam, gdzie jest góra, a gdzie dół, ale kto by się tym przejmował. Świetnie się bawiłam, a przy okazji uczyłam chłopców, jak się dzielić.

- Cholera, Thorn - jęknął Rhett, wsadzający we mnie swojego kutasa. - Jesteś niesamowita. Masz nieziemskie ciało. Myślisz, że miałabyś ochotę na coś więcej?

- Więcej? - sapnęłam i spojrzałam na niego szeroko otwartymi, podnieconymi, oczami.

Rhett wygiął usta w diabelskim uśmieszku.

- Nie zgrywaj niewiniątka, Billie Bellerose, wiesz, o czym mówię. - Żeby pokazać, o co mu chodzi, wysunął się ze mnie i obrócił na brzuch, po czym ponownie zanurkował w mojej cipce, tym razem jednak jednocześnie palcem wskazującym krążył wokół odbytu.

Z zaskoczenia aż zapiszczałam, mimo iż doskonale wiedziałam, co miał wcześniej na myśli.

- Okej? - zapytał Rhett, czekał na moje pozwolenie, zanim posunąłby się dalej.

- Tak! - westchnęłam i znów zaczęłam kołysać biodrami.

Jęknął cicho i wepchnął palec głębiej, podczas gdy jego kutas wchodził we mnie coraz szybciej.

- Kurwa - westchnął, a ja wydawałam z siebie różne odgłosy, przez które będę się później rumienić. - Podoba ci się to?

Moja odpowiedź została stłumiona, bo przygryzłam kołdrę i przewróciłam oczami. Do jasnej cholery, nadchodził kolejny orgazm.

- Jest blisko - powiedział Gray, a ja podniosłam głowę i zobaczyłam, że siedzi obok mnie, z kutasem w dłoni. Nasze spojrzenia się spotkały, a on powoli i przekornie gładził swój śliski trzonek. - Spraw, żeby doszła, Silver, a potem daj mi ją z powrotem.

Nie mogłam się z tym kłócić. Palec Rhetta poruszał się wraz z jego kutasem i chwilę później eksplodowałam. Tym razem zobaczyłam gwiazdy, a nogi miałam tak miękkie jak spaghetti. Nie to, żeby komuś to przeszkadzało. Chłopcy szeptali czułe pochwały i całowali mnie słodko, gdy przewracali mnie na plecy, po czym Gray ponownie zajął miejsce między moimi nogami.

- Wykończycie mnie - jęknęłam, gdy jego członek znów znalazł się w mojej cipce. - Śmierć przez orgazm.

- Są gorsze rodzaje śmierci - zachichotał Rhett, który usadowił się tuż przy mojej głowie, podczas gdy Gray uniósł moje biodra tak, że owinęłam go nimi w talii.

Posłałam mu figlarny, oszołomiony uśmiech.

- Prawda. - Następnie się pochyliłam i wzięłam w usta penisa Rhetta, a Gray postanowił udowodnić, że miał rację, gdy twierdził, że jeszcze raz uda mu się doprowadzić mnie do orgazmu. Czy to w ogóle możliwe? Na pewno nie.

Jakimś cudem udowodnili, że nie tylko jest to możliwe, ale że jestem także zdolna do czegoś więcej, zanim ci dwaj stracą panowanie nad sobą. Moja sprośna gadka wróciła ze zdwojoną siłą, więc zaczęłam ich błagać, żeby spuścili się jednocześnie na moje cycki, na co obaj z radością się zgodzili.

W końcu wszyscy opadliśmy na łóżko, niczym lepka, spocona, bezwładna masa. Nasze ciężkie oddechy odbijały się echem od ścian sypialni, a ja nie mogłam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek w życiu czułam się tak kurewsko zaspokojona. Dzielenie się było z pewnością moją największą perwersją.

- Cholera - wyszeptałam, gdy już udało mi się odzyskać oddech.

- Co? - wymamrotał zdezorientowany Rhett, otworzył jedno oko i zmarszczył czoło.

W odpowiedzi posłałam mu diabelski uśmieszek.

- Nie pieprzyłeś mnie w tyłek.

Gray wydał z siebie taki odgłos, jakby właśnie się zakrztusił, a Rhett aż trząsł się ze śmiechu.

- Następnym razem, kochanie - obiecał Rhett i się pochylił, by słodko mnie pocałować. - Z lubrykantem. Obiecuję. Ja, a nie Gray. On wyrządziłby w tobie szkody, które zrujnowałyby nam resztę życia.

Gray tylko mruknął na zgodę.

- Prawda. Możesz ją dla mnie przygotować tym swoim cienkim jak ołówek kutasem, Silver.

Skrzywiłam się, bo był daleki od prawdy, a Rhett przechylił się przeze mnie i klepnął Graya w jego goły tyłek. Cholera... czy mnie to podniecało? Tak.

Łóżko aż się trzęsło od cichego śmiechu Graya, ale Rhett go zignorował, przyciągnął mnie w swoje ramiona i nawet się nie wzdrygnął na widok mazi, która nadal powlekała moje piersi. Zatopił twarz w moich włosach i westchnął, jakby był cholernie szczęśliwy. Tak jak ja.

- Jesteś niesamowita, Billie Bellerose - wyszeptał.

Zamruczałam z zadowoleniem.

- Uwielbiam sposób, w jaki wymawiacie moje nazwisko - przyznałam. - Jakby było czymś więcej. Modlitwą... - urwałam i zastanowiłam się nad tym, po czym zachichotałam. - Dobrze, że noszę nazwisko mojego ojca. To nie brzmiałoby tak samo, gdybym nazywała się Billie Pionka.

- Co? - spytał Grayson i aż uniósł głowę, by na mnie spojrzeć.

- Mmm... - Ziewnęłam, wyczerpana zbyt wieloma orgazmami. - Takie nazwisko nosiła moja mama. Pionka. Mareika Pionka. Ale Bellerose brzmi bardziej rockowo.

- Nie obchodzi mnie twoje nazwisko, jeśli tylko zawsze będziesz moja. - Rhett zanucił pod nosem kojącą melodię i delikatnie pocałował mnie w szyję.

Łzy szczęścia napłynęły mi do oczu, więc je zamknęłam, by się nie rozpłakać. Nie przychodziło mi do głowy żadne inne miejsce, w którym wolałabym być, niż ciepło ramion Rhetta i miłość Graysona. Szybko zasnęłam i ten jeden raz moje sny nie zmieniły się w koszmary.

15: Billie

Balansując między snem a jawą, myślałam, jakie to będzie cudowne uczucie, być przytuloną przez dwie gwiazdy rocka. Moje gwiazdy rocka.

Rhett i Gray minionej nocy dosłownie zniszczyli moje ciało, a spokojny sen, który nadszedł później, był dokładnie tym, czego potrzebowałam, żeby obudzić się wypoczęta i gotowa stawić czoła wszelkiemu cholerstwu, które miało się dziś nam przydarzyć. Ponieważ wszyscy wiedzieliśmy, że to nieuniknione.

Ale gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że Graysona nie ma, a część łóżka, na której wczoraj leżał, jest zimna, jakby była pusta przez większość nocy. Rhett nadal mnie obejmował, a ja starałam się nie czuć dziwnie z powodu wymknięcia się Graysona. Faktycznie mogło być mu tu odrobinę za ciasno.

Chłopcy mieli ogromne łóżka, ale być może będziemy musieli zainwestować w coś bardziej... odpowiedniego dla naszej trójki.

- Dzień dobry, kochanie - powiedział zaspanym głosem Rhett, przyciągnął mnie do siebie i pocałował w szyję.

Na moment przymknęłam oczy, delektowałam się jego bliskością, ale chwilę po tym rozległo się głośne pukanie do drzwi i ku naszemu zaskoczeniu usłyszeliśmy głos Angela:

- Mamy poranną próbę, Silver. Musisz się zbierać.

Rhett jęknął w odpowiedzi, ale nie odkrzyknął, jak zrobiłby w przypadku Jace'a.

- Zaraz będę - powiedział chrapliwym głosem i ponownie pocałował mnie w szyję, po czym przesunął usta w dół, ku mojemu obojczykowi i piersiom. Angelo musiał sobie pójść, ponieważ nie usłyszeliśmy kolejnego pukania, a ja właśnie wyciągnęłam rękę, by dotknąć torsu Rhetta, ale ten wstał i spojrzał na mnie zaspanym wzrokiem. - Obawiam się, że mają rację. Skoro ruszamy w trasę z nowym basistą, musimy wykorzystać każdą chwilę na próby. Ale wrócę do ciebie później, Billie Bellerose.

Zaśmiałam się i przeciągnęłam na łóżku, moje sutki sterczały kokietująco.

- Będę na ciebie czekać, Rhetcie Silver.

Jego stłumiony jęk sprawił, że poczułam dreszcze, ale jakimś cudem udało nam się zadowolić jedynie przelotnym pocałunkiem, po którym Rhett zniknął pod prysznicem. Postanowiłam mu nie przeszkadzać, wiedziałam, że nie powinnam zabierać im czasu przeznaczonego na próby. To ważne, by ta międzynarodowa trasa poszła dobrze. A na samą myśl, że razem z nimi na scenie pojawi się Angelo, a ja będę mogła to oglądać, zaczynało brakować mi tchu.

Przeszłość i teraźniejszość zderzą się ze sobą w taki sposób, jakiego nigdy się nie spodziewałam.

Gdy Rhett wyszedł spod prysznica, niestety miał na sobie ubranie, które zakrywało jego wspaniałe tatuaże i kolczyki. Dzięki temu było mi jednak dużo łatwiej oprzeć się jego urokowi, a poza tym, cholera jasna, po ostatniej nocy powinnam być zaspokojona. Ale cały ten seks i przeżyte orgazmy sprawiły, że miałam ochotę na więcej. To, czego razem doświadczyliśmy, w pewnym sensie zniszczyło dawną mnie i czułam się jak nowo narodzona. Z Jace'em i Angelem... byliśmy jedynie nastolatkami eksperymentującymi z naszą seksualnością. Rhett i Gray już dawno przerobili ten etap, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości.

- Idziesz pod prysznic? - spytał Rhett, gdy usadowił się na brzegu łóżka. - Czy będziesz się wylegiwać?

Wiedziałam już, że moje ciało jest zbyt podekscytowane, żebym mogła zasnąć, więc usiadłam.

- Zdecydowanie prysznic. - Posłałam mu leniwy uśmiech. - I już wiesz, gdzie mnie szukać, gdybyś poczuł się samotny.

Rhett potrząsnął głową i wyglądał tak, jakby miał ochotę wyskoczyć z ubrań.

- Kusisz jak nikt inny. Może przyjdę cię szukać, Thorn, więc bądź cholernie gotowa.

Opuściłam nogi na podłogę i się wyprostowałam, po czym kołysząc biodrami, ruszyłam w stronę łazienki.

- Zawsze jestem gotowa, Zep - rzuciłam przez ramię. - O każdej porze dnia i nocy.

Ciepło, które czułam po wewnętrznej stronie ud, jasno o tym świadczyło, a skoro zeszłej nocy chłopcy spuścili mi się na cycki, istniało tylko jedno wytłumaczenie, dlaczego nadal jestem tak mokra. Byłam gotowa na drugą rundę.

A może na trzecią? Biorąc pod uwagę liczbę orgazmów, to była runda numer siedem...

Nieważne.

Stłumiony śmiech Rhetta towarzyszył mi w drodze do łazienki, słyszałam go jeszcze chwilę po tym, gdy zamknęłam drzwi, później dźwięk ucichł. Wyglądało na to, że dziś zamierza być grzecznym chłopczykiem i wziąć udział w próbach. Prawdopodobnie tak było najlepiej. Ostatnie, czego potrzebowałam, to wparowujący tu Angelo, wyciągający go za irokeza.

Ustawiłam temperaturę na taką bliską wrzeniu, moją ulubioną na poranny prysznic, weszłam do kabiny i z zamkniętymi oczami rozkoszowałam się uczuciem spływającej po mnie wody. Za chwilę się umyję, ale ta część rytuału pod prysznicem, gdy mogłam się cieszyć samym faktem istnienia, była moją ulubioną.

Zatraciłam się w tej chwili, ale kiedy poczułam na tyłku powiew zimnego powietrza, uświadomiłam sobie, że nie jestem sama.

No, może Rhett jednak nie miał zamiaru być grzecznym chłopczykiem.

- Myślałam, że musisz ćwiczyć - wymamrotałam i już miałam się odwrócić, ale uścisk, jaki poczułam na swoich udach, nie pozwolił mi się ruszyć. Rhett pchnął mnie na ścianę, na której chwilę później się rozpłaszczyłam. - Cholera - jęknęłam, zakołysałam się w tył i otarłam o twardą długość, która naciskała na mój tyłek.

- Całą pieprzoną noc - warknął niski głos. Niski, znajomy głos, który z pewnością nie należał do Rhetta.

Co, do kurwy? Ten sukinsyn.

Tym razem szarpnęłam się mocniej, ale z innych powodów niż wcześniej. Jace przygniatał mnie swoim ciężarem, a gorąca woda spływała po naszych ciałach.

- Całą pieprzoną noc dla nich jęczałaś - warknął prosto w moje ucho. - Tak jak kiedyś dla mnie i Angela. To była nasza rola w twoim życiu, nie Rhetta czy Graysona.

Wodził palcami po moim tyłku, a ja byłam bliska płaczu, nie ze strachu czy zmartwienia, ale dlatego, że znów czułam jego dotyk. Gdy dotarł do załomu pod moimi pośladkami, zgiął palce, wsadził je w moją cipkę i zaczął mnie posuwać gwałtownymi ruchami.

- Pamiętasz, jak cię ostrzegałem, by nikt nie dotykał tego, co należy do mnie?

- Kurwa - wykrztusiłam, zaślepiona wodą, która napływała mi do ust i oczu - Nie jestem twoja, dupku.

Jego palce powędrowały głębiej, a moje całe ciało zadrżało.

- Jedna część ciebie kłamie - powiedział Jace z ponurym śmiechem. - Usta czy cipka?

Drżenie przybrało na sile, a ja, wbrew własnej woli, czułam nadchodzący orgazm. Zdradzało mnie własne ciało, ale wtedy Jace zwolnił tempo.

- O nie, kochanie. Jeszcze nie pozwolę ci dojść. Będziesz cierpieć, tak jak ja cierpiałem przez ostatnie dwanaście godzin.

- To nie było dwanaście godzin - wybełkotałam. - Chyba maksymalnie jedna.

Zaśmiał się.

- Jedna zeszłej nocy i poprzedniej, gdy zniknęłaś z Graysonem. Tych cholernych pojedynczych godzin było tak dużo, że nie wiem, czy jesteś w stanie je odkupić tym cierpieniem pod prysznicem. Myślę, że należą ci się całe noce cierpienia.

- Miałam na to całe pieprzone lata - odgryzłam się i zaszlochałam. - Lata.

Jace przerwał, a jego nacisk na moje plecy nieco zelżał. Odwróciłam się, by spojrzeć mu prosto w twarz, chociaż wiedziałam, że to cholernie kiepski pomysł w chwili, w której musiałam oprzeć się jego urokowi.

- Straciliśmy te wszystkie lata przez ciebie, Bellerose - rzucił. - Straciliśmy i czas, i dziecko, i pieprzoną prawdziwą miłość. Wszystko dlatego, że byłaś tchórzem.

W pewnym sensie miał rację, a ja nie miałam już siły, żeby się z nim kłócić.

- Przepraszam, Jace - powiedziałam cicho. Choć wiedziałam, że to zły pomysł, położyłam dłoń na jego piersi. - Dokonałam złego wyboru, za który płacę i którego żałuję od ośmiu pierdolonych lat. Czy możemy odpuścić, przynajmniej na chwilę? Nigdzie się nie wybieram.

- Uwierzę, gdy to zobaczę. - Tym razem w jego śmiechu nie było już tyle jadu.

Każda cząstka mnie była zdeterminowana, by mu udowodnić, że się myli.

- Co tak naprawdę tu robisz? - spytałam i zabrałam rękę z jego piersi. - Czego chcesz?

W ułamku sekundy wsadził dłonie pod moje pośladki, po czym uniósł mnie i ponownie przycisnął do ściany.

- Muszę cię przelecieć - powiedział i ukrył głowę w zagłębieniu mojej szyi, muskał ustami moją skórę, po czym mocno mnie przygryzł. - Muszę to z siebie wyrzucić, żebym mógł grać.

Wszedł we mnie, a ja, pomimo braku gry wstępnej, byłam na tyle mokra, że nie sprawił mi przy tym bólu. Nasze jęki stłumił szum lejącej się wody, a gdy Jace mnie podniósł, by we wbić się we mnie ponownie, tym razem z dużo większą siłą, jęknęłam, ledwo powstrzymałam krzyk. Powiedział, że musi mnie przelecieć, żeby wyrzucić sobie z głowy, a mi za każdym razem, gdy byliśmy razem, było coraz trudniej się od niego odizolować.

Od uczuć, które nigdy nie odejdą.

Granica między nienawiścią a miłością robiła się tak cienka, że dla nas czasami było to jedno i to samo.

Silne ręce Jace'a trzymały mnie w miejscu, więc mogłam jedynie wbić paznokcie w jego ramiona i trzymać się go, gdy on we mnie wchodził, czułam twarde płytki na moich plecach i jeszcze twardszego faceta pomiędzy moimi nogami.

Starałam się powstrzymać orgazm. Starałam się temu przeciwstawić każdą cząstką ciała, ale było to niemożliwe, już czułam zaciskające się mięśnie. Krzyknęłam głośniej, niż zamierzałam, przez co z pewnością wszyscy się dowiedzieli, gdzie jest ich zaginiony wokalista.

Bo przecież teraz miała się odbywać próba.

- Moja - powiedział szorstko Jace i mnie puściał, teraz jedynie ściana za plecami i nogi wokół jego pasa powstrzymywały mnie przed upadkiem na podłogę. Położył obie dłonie na ścianie ponad moją głową i poruszał biodrami tak szybko, pieprzył mnie tak mocno, że nie byłam w stanie złapać oddechu między kolejnymi pchnięciami.

Z moich ust popłynęły delikatne, błagalne słowa zachęty, co tylko sprawiło, że Jace przyspieszył.

- Dojdziesz dla mnie jeszcze raz - zażądał.

- I tyle z mojego cierpienia - udało mi się wykrztusić.

Jace potrząsnął głową.

- Doszedłem do wniosku, że sprawienie ci przyjemności, a potem ponowne jej odebranie, będzie twoim cierpieniem. A teraz, kurwa, dojdź.

Zrobiłam to, czego zażądał, moim ciałem wstrząsnął orgazm, a ciche pojękiwania przeszły w krzyki. Jace wydał z siebie niski jęk i, kurwa, przysięgam, że wyszeptał moje imię, gdy doszedł we mnie po wykonaniu kilku ostatnich brutalnych pchnięć.

Nim rozkosz, która ogarnęła moje ciało opadła, Jace wyślizgnął się ze mnie i posadził na podłodze. Gdy to robił, jego dotyk był delikatny, ale kiedy się odwrócił i wyszedł bez słowa, żałowałam, że mną po prostu nie rzucił. To zabolałoby o wiele mniej niż to, gdy potraktował mnie, jakbym była zwykłym przypadkowym numerkiem.

Rozumiałam, dlaczego Jace dosłownie próbował mnie wypieprzyć ze swojej głowy, oczyścić ze mnie swoją duszę i wypędzić demony naszej przeszłości. Rozumiałam to i nawet nie byłam o to zła.

Nie, kiedy mieliśmy tyle historii do przepracowania.

Prawdziwym pytaniem było, czy przeżyję tę jego formę terapii.

Z nietkniętymi chociaż kawałkami duszy i serca.

16: Grayson

Zostawienie Billie w łóżku, gdy tak słodko spała pomiędzy mną a Rhettem, było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie od dawna musiałem zrobić. Nawet trudniejszą, niż się spodziewałem, a ta wywołana żalem pustka rosła z każdym kilometrem.

To była słuszna decyzja. Nie mogłem, nie potrafiłem leżeć wtulony w nią jednocześnie przepełniony strachem i podejrzliwością.

Zasługiwała na coś lepszego. Cholera, zasługiwała na kogoś lepszego ode mnie, ale byłem tak bardzo zadłużony w Billie Bellerose, że przejechałem pół kraju, żeby spróbować oczyścić swoje sumienie. Wszystko, żeby tylko z nią być.

Gdy wychodziłem z domu, zobaczyłem Angela, siedzącego przy kuchennym stole, wyglądał okropnie. Powiedziałem mu cicho, że wyjeżdżam na kilka dni. Posłał mi pełne ciekawości spojrzenie, ale pytania zostawił dla siebie. Nigdy nie przypuszczałem, że dogadam się z mafijnym księciem, ale dni, które wspólnie spędziliśmy na torturowaniu tamtych bandziorów, zacieśniły więzi między nami. Rozumieliśmy się. Skinął w odpowiedzi i obiecał, że zapewni Billie bezpieczeństwo, gdy mnie nie będzie.

Mieliśmy ochronę - ochroniarzy i wszystko inne. Oczywiście, że mieliśmy. Jace i Rhett to kompletni pieprzeni kretyni w kwestiach umiejętności oceny zagrożenia, a biorąc pod uwagę to, jak sławny jest zespół, okazalibyśmy się idiotami, gdybyśmy ochrony nie mieli. Jednak Angelo był lepszy. Wiedziałem, że zadba o moją dziewczynę, i tylko dzięki temu mogłem ją zostawić tego poranka. I również dzięki temu teraz, niemal dwadzieścia godzin później, parkowałem pod barem dla motocyklistów.

Mój telefon zawibrował, na ekranie pojawiła się wiadomość od Angela. Otworzyłem ją, te otrzymane od Jace'a i Rhetta zignorowałem.

Ricci: Pyta, gdzie jesteś. Co chcesz, żebym jej powiedział?

Nie musiał pisać, o kogo mu chodzi. Nie o Brendę ani Vee. Była tylko jedna dziewczyna, którą pieprzyłem do nieprzytomności całą noc i którą dzieliłem się z jednym z moich najlepszych przyjaciół. Kurwa, Rhett nie był tylko przyjacielem, był moim bratem. Cholera, kim teraz się dla siebie staliśmy? Braćmi chłopakami? Brr, kilka nocy obezwładniającego seksu i zaczynałem myśleć jak dziewczyna.

Westchnąłem ciężko, zerknąłem na bar przez szybę. Było tam kilku motocyklistów z naszywkami klubowymi, palili i pieprzyli o głupotach. Po tym, gdy odszedłem z kartelu wujka, to miejsce było ostatnim, jakie sądziłem, że odwiedzę.

Taylor: Po prostu... że musiałem się zająć jakimś gównem.

Odpowiedź była natychmiastowa i dokładnie taka, jakiej się spodziewałem.

Ricci: Dwadzieścia godzin i tylko tyle wymyśliłeś? Typowy pierdolony perkusista. Załatwię to, ty dupku bez wyobraźni.

Parsknąłem śmiechem i wyłączyłem telefon, rzuciłem go na deskę rozdzielczą, żeby nie zgubić podczas nieuniknionej barowej bójki. Wszystko wskazywało, że tym się skończy, a nie chciałem, żeby sprawy Bellerose trafiły w niepowołane ręce.

Wyrzuciłem Billie z głowy i załadowałem do glocka nowy magazynek, a kilka dodatkowych schowałem do kieszeni. Potem zerknąłem w lusterko, by sprawdzić, czy pozbyłem się każdego kawałka łagodności, którą wywoływała we mnie moja dziewczyna. To miejsce nie było dla słabych, bo ci ludzie tutaj nie zawahają się przed wykorzystaniem każdej możliwej słabości, którą zwęszą.

Zadowolony, że wciąż wyglądam jak zabójca, wysiadłem z samochodu i zamknąłem go pilotem. Później pewnym krokiem ruszyłem do baru przez wysypany żwirem parking.

Tak jak się spodziewałem, motocykliści z zasadniczym wyrazem twarzy zablokowali mi drogę.

- Ja do Bonesa - powiedziałem i zmierzyłem ich beznamiętnym wzrokiem. - Będzie się chciał ze mną spotkać.

Niższy z dwóch gości obrzucił mnie niewzruszonym spojrzeniem.

- Och, tak myślisz? Coś ty, kurwa, za jeden?

- Nieważne - warknąłem. - Może pozwolicie, żeby Bones sam zdecydował?

Kolesie spojrzeli po sobie, po czym ten większy wzruszył ramionami.

- Wpuść go. Może być zabawnie.

Ledwie się powstrzymałem przed przewróceniem oczami. Chyba myśleli, że wyjadę stąd w worku na zwłoki tylko dlatego, że poprosiłem o spotkanie z ich prezydentem. Ale nie było mi to dziś przeznaczone. Nie, gdy czekały na mnie słodkie pocałunki Billie. Zdobędę informacje, których potrzebuję, a potem wydostanę się stąd... za wszelką cenę.

Ten niższy niechętnie odsunął się na bok, a ja przecisnąłem się koło nich i wszedłem do baru. Potrzebowałem chwili, by mój wzrok przyzwyczaił się do panującego tu półmroku, i z trudem powstrzymałem odruch wymiotny, gdy poczułem ten smród. Dwa tuziny podejrzliwych oczu popatrzyło na mnie, ale ten większy facet spod drzwi wszedł za mną i klepnął mnie w ramię.

- Szef jest w piwnicy - powiedział i błysnął złotymi zębami. - Tędy. - Wskazał na drzwi oświetlone neonowym znakiem, który głosił "Pierdol się", ze strzałką skierowaną w dół.

Trzymałem gębę na kłódkę, zignorowałem gapiących się na mnie kolesi i podszedłem do drzwi. Bez wahania otworzyłem je szarpnięciem i ruszyłem wąskimi schodami.

Światła migotały, gdy wszedłem do pomieszczenia, więc szybko się rozejrzałem w poszukiwaniu ewentualnych zagrożeń. Dostrzegłem tam kilku kolesi, którzy wyglądali na twardzieli, ale było ich zdecydowanie mniej niż tych na górze. Na środku piwnicy znajdował się ring, a w nim zobaczyłem Bonesa, szefa klubu motocyklowego The Grave Robbers, który spuszczał łomot jakiemuś frajerowi.

Jego przeciwnik ledwie wyglądał na człowieka, tak bardzo był zmasakrowany. Gdy podszedłem bliżej, upadł na ziemię, powalony brutalnym prawym sierpowym, a krew zbryzgała matę. Bones zaczął kopać na wpół żywego gościa, bez wątpienia złamał mu kilka żeber butami motocyklowymi ze stalowymi noskami.

Milczałem, czekając, aż Bones uzna, że zadał mu wystarczający ból. Nawet się nie wzdrygnąłem, gdy agresywnie nadepnął na czaszkę tego kolesia. Niepokojące było to, z jaką łatwością mi to wszystko przychodziło, ale to zmartwienie zostawiłem sobie na inny dzień.

- Kurwa, kto przeszkadza mi podczas... - Jego pełna wkurwienia wypowiedź urwała się nagle, bo mnie rozpoznał. Szybko zamaskował szok leniwym uśmiechem i zarechotał. - Jasna cholera. Czyżby pojawił się sam Duch Minionych Świąt, by przypomnieć mi o moich grzechach? - Zeskoczył z ringu, a gdy się zbliżył, zobaczyłem, że z jego umięśnionego ciała kapie krew.

- Coś w tym stylu - wymamrotałem.

Bones ponownie się roześmiał i uściskał mnie po męsku, pobrudził mnie przy tym krwią, na co aż zazgrzytałem zębami. Ten czuły dupek zawsze testował moje granice.

- Nie wiem, co zrobiłem, by sobie zasłużyć na wizytę, Stwórco, ale, kurwa, dobrze cię widzieć! Jim-Bom! Przynieście nam butelkę whisky.

Poprowadził mnie do miejsca przy ringu, skąd oglądał walki. Wyjął z kieszeni paczkę zwiniętych jointów i zaproponował mi jednego. Przyjąłem go, bo cholernie potrzebowałem wyluzować.

- Porządny towar - powiedziałem, gdy zaciągnąłem się po raz pierwszy, i pozwoliłem, by piżmowy dym wypełnił mi głowę.

- Najlepszy. - Bones się wyszczerzył. - Powinieneś spróbować mojej koki, to gówno jest nieziemskie. Pewnie teraz lubisz takie rzeczy? Teraz, gdy jesteś sławną gwiazdą rocka - powiedział szyderczym, sarkastycznym tonem, ale wyczuwałem w nim zdrady.

To właśnie dlatego przyjechałem do niego, a nie do jakiegoś bliższego kontaktu. Nie wszystkim pasowało to, że teraz znalazłem się w świetle reflektorów, a spora część moich dawnych wspólników potraktowała to jako wymówkę, by mnie oskubać. Albo przynajmniej spróbować to zrobić.

Wymamrotałem jakąś wymijającą odpowiedź i ponownie się zaciągnąłem. Towar był naprawdę dobrej jakości, ale chyba nie powinienem się za bardzo upalić. Wciąż czekała mnie droga powrotna do Naples, żeby zdążyć na środowy lot do Dublina.

- Zakładam, że nie jesteś tu z przyjacielską wizytą. - Bones przeszedł od razu do sedna, gdy jeden z sługusów przyniósł whisky, której zapewne żaden z nas nie wypije. Ruchem ręki odprawił swoich ludzi, by zapewnić nam dyskrecję.

- Nie. - Potrząsnąłem głową. - Ostatnio usłyszałem nazwisko, które utkwiło mi w pamięci, ale nie mogę sobie przypomnieć, skąd je znam. Liczyłem na to, że może ty je skojarzysz... - W końcu razem zaczynaliśmy w kartelu Kahulu. Jako dzieci wspólnie trenowaliśmy, wspólnie znosiliśmy bicie przez mojego wujka, wykonaliśmy też dla kartelu sporo przysług. Bones mógł się również pochwalić pamięcią ejdetyczną, dzięki której potrafił przywołać zdarzenia i rozmowy z całego swojego życia tak, jakby te działy się w jego głowie w czasie rzeczywistym.

To był sekret, który zdradzał nielicznym, a który był ważnym elementem jego sukcesu jak mafioza na własny rachunek. Chociaż wciąż utrzymywał relacje biznesowe z moim wujkiem.

- Co to za nazwisko? - Bones uniósł brwi z nieukrywaną ciekawością.

Przez chwilę obracałem te słowa w ustach, chore uczucie strachu i rozpoznania wciąż im towarzyszyło. Musiałem się dowiedzieć.

- Mareika Pionka.

- Kojarzę. - Bones skinął.

Czekałem, ale nie rozwinął wypowiedzi. Frustracja i złość niemal płonęły mi w piersi, zacisnąłem zęby, by powstrzymać się przed uderzeniem starego kumpla prosto w jego zadowoloną gębę.

- Jak rozumiem, więcej informacji będzie mnie coś kosztować.

Bones ponownie się wyszczerzył.

- Byłbym kiepskim biznesmanem, gdybym odpuścił taką okazję, prawda?

- Czego chcesz? - Wypuściłem powietrze przez zęby.

- To zależy, czego ty chcesz, Grayson. - Wzruszył ramionami. - Ile tych informacji szukasz?

Im więcej pytań bym zadał, tym więcej zażądałby w zamian. Potrzebowałem odpowiedzi tylko na jedno niedające mi spokoju pytanie.

- Chcę tylko wiedzieć, jaki ona ma związek ze mną. Z tysiąc razy próbowałem sobie przypomnieć, ale wiem tylko tyle, że brzmi niepokojąco znajomo.

- To ma sens. - Skinął ze zrozumieniem. - W porządku, powiem ci to, ale dziś zarobisz dla mnie trochę forsy. - Wskazał jointem na ring, gdzie na zakrwawionej macie wciąż leżał martwy gość. - Powalczysz z moim mistrzem, pokonasz go, a ja uznam to jako zapłatę za ten mały kawałek twojej przeszłości. Umowa stoi?

- Tylko tyle? - Z niedowierzaniem wygiąłem brew.

Uśmiechnął się, jakby był wygłodzonym rekinem.

- Tylko tyle. Kocham cię jak brata, Grayson, ale już niejednokrotnie widziałem, jak tracisz nad sobą kontrolę. Nie jestem na tyle głupi, żeby kusić los.

Co do tego miał rację. Skinąłem.

- Umowa stoi.

- W porządku. - Kolejny uśmiech. - Mareika Pionka była jedną z twoich ostatnich ofiar, zanim Ailani pozwolił ci odejść. O ile pamiętam, to był chyba pożar domu. - Wzruszył ramionami, jakby wspomnienia się zacierały, chociaż obaj wiedzieliśmy, że cholernie dobrze wszystko pamiętał. - Jestem pewny, że słyszałem, już po fakcie, gdy zacząłem wokół tego węszyć, wiesz, że lubię wszystko wiedzieć, że jej córka była wtedy w domu, w czasie tego pożaru. Niemal się zaczadziła i straciła przez to dziecko. Paskudna sprawa, ale ty ruszyłeś ze swoim życiem i pewnie nigdy nie zobaczyłeś następstw swojej roboty, mam rację?

Nie. Nie. Nie takiej odpowiedzi chciałem. Ani trochę. Szczegóły z krzykiem wdarły się w moją pamięć, a ja wyszeptałem przekleństwo i ukryłem głowę w dłoniach. Poczucie winy i rozpacz wyssały ze mnie życie, byłem pewien, że zaraz zwinę się w kłębek i umrę tu na podłodze.

- Walka zaczyna się o dziesiątej - powiedział Bones i poklepał mnie po ramieniu. - Do zobaczenia. - Wstał i zaczął odchodzić, po czym rzucił przez ramię: -To była przyjemność, bracie! Nie czekajmy tak długo z następnym spotkaniem.

Kurwa. Miałem przejebane. Billie nigdy mi tego nie wybaczy, a ja nie mogłem jej za to winić. Jace też nie, jeśli miałbym być szczery. Ta wiedza nie powstrzymała jednak mojego serca przed rozpadem na krwawe kawałeczki. To był koniec, a ja, w całym swoim przeklętym życiu, nie żałowałem niczego bardziej.

17: Billie

Graysona nie było już od kilku dni. Nie było też po nim ani słowa, żadnego liściku, ani nawet rozmowy telefonicznej, w której powiedziałby: "Hej, Billie, dzięki za niesamowity trójkącik i za to, że pozwoliłaś mi się spuścić na cycki. A tak przy okazji, żyję". Nie, nic z tych rzeczy. Tylko cisza.

Jedyne pocieszenie stanowił fakt, że ignorował też Rhetta i Jace'a. Byłam pewna, że Angelo miał z nim kontakt, ten podstępny typ nie potrafiłby mnie okłamać nawet, gdyby próbował. Kiedy obudziłam się tamtego dnia, a Graya przy mnie nie było, zbyt dużo się nad tym nie zastanawiałam. Ale potem nie pojawił się na próbie i wtedy zaczęłam się martwić.

Angelo w końcu przyznał, że rozmawiał z Grayem, nim ten wyszedł nad ranem z domu, i że wszystko jest w porządku. Tylko tyle. W porządku.

Do czasu gdy musieliśmy ruszyć na lotnisko, oficjalnie zaczęłam odchodzić od pieprzonych zmysłów, a po głowie tłukły mi się czarne scenariusze. Szybko odrzuciłam myśl, że może wystraszył go nasz trójkącik, i oficjalnie zaczęłam snuć teorie spiskowe: od tej, że już go nie pociągam i zamierza wyruchać mnóstwo groupies Bellerose, aż do podejrzeń, że został uprowadzony i zabity przez Wilsonów, Altissimosów albo Riccich. Do tej pory jego ciało mogło leżeć na dnie portu w Naples i stanowić pokarm dla ryb, a my nie mieliśmy o tym pojęcia.

Jedyne, co mnie uspokajało, to zapewnienia Angela, że dramatyzuję i Gray wkrótce wróci. Cokolwiek to, kurwa, znaczyło.

Na szczęście Rhett i Jace mieli podobne podejście do mnie, przez co czułam, że nie zwariowałam. Żadne z nas się nie odzywało, gdy szliśmy do samolotu wynajętego przez Big Noise. Wszyscy byliśmy rozdrażnieni i spięci, więc próba rozmowy kończyła się kłótnią.

Vee próbowała nawiązać pogawędkę w samochodzie, ale szybko się poddała, syczała przy tym z frustracji.

- Kto to, kurwa, jest? - warknął Jace, gdy podeszliśmy do samolotu, i wskazał na ubranych na czarno facetów, którzy stali wokół maszyny z latarkami w rękach. Na pewno nie byli to pracownicy lotniska.

- To moi ludzie. - Angelo uniósł brew.

- Twoi? Czy twojego ojca? - rzucił prowokująco Rhett.

- Moi - odpowiedział Angelo lodowatym tonem. - Myślisz, że ryzykowałbym po akcji w siedzibie Big Noise przed świętami? Nie jestem aż tak głupi, Silver. Sprawdzają samolot w poszukiwaniu podsłuchów i bomb. Nie odlecimy, zanim nie będzie czysto.

To było uspokajające. Dopóki się tym nie zajął, nie byłam świadoma zagrożenia.

- Dziękuję, Angel - powiedziałam cicho, gdy mijałam go przy wejściu na pokład.

- Nie ma za co, Bella - odszeptał.

Jace wsiadł do samolotu przede mną, więc gdy ja też znalazłam się wewnątrz, usłyszałam jego wściekły krzyk, który ostrzegł mnie, że nie jesteśmy pierwszymi pasażerami. Serce podeszło mi do gardła, gdy przecisnęłam się koło Jace'a, by rzucić się Graysonowi na szyję.

- Wróciłeś! - krzyknęłam i zawisłam na nim jak małpka.

On jednak mnie nie przytulił. Po prostu stał i pozwalał mi się objąć, więc w końcu się od niego odkleiłam i cofnęłam.

- Gdzie ty, kurwa, byłeś?

Unikał mojego wzroku, wędrował nim gdzieś poza mną, spoglądał na resztę zespołu.

- Miałem sprawy do załatwienia. Przepraszam.

Szczęka mi opadła. Twarz miał pokrytą siniakami, a linię włosów zdobiły plastry zamykające rany, ale wymyślił tylko takie wytłumaczenie? Że musiał załatwić jakieś sprawy?

- Czy ty sobie z nas, kurwa, żartujesz? - zapytałam zduszonym głosem. - Masz pojęcie, jak...

- Czysto! - zawołał Angelo, który wszedł do kabiny i nie zdawał sobie sprawy, że przeszkadza. - Możemy startować.

- Okej, wspaniale! - Brenda wychyliła się z kokpitu i oparła dłonie o biodra, po czym rzuciła wszystkim gniewne spojrzenie. - Posadźcie swoje tyłki, przekazuję wieży kontrolnej zgodę na start. Nie mogę lecieć z wami do Europy, moje maleństwo potrzebuje mamusi, więc osobiście wybrałam dla was nową managerkę trasy. Poznajcie Hannah. - Wskazała na kobietę, której nawet wcześniej nie zauważyłam.

Była drobną blondynką, otoczoną segregatorami, tabletami i innymi potrzebnymi w pracy przedmiotami. Wstała i pomachała, ale nikt w samolocie nie zwracał na nią uwagi.

- Nie potrzebny nam kolejny pieprzony manager - warknął Jace. - Ten ostatni o mało co nie rozwalił nam zespołu.

Brenda posłała mu wkurzone spojrzenie mamy-managerki.

- Ten ostatni był tylko tymczasowym managerem trasy i został wybrany przez mizoginów z Big Noise. Hannah nie jest taka jak Tom i pomoże wam przebrnąć przez tę międzynarodową trasę. Ukończyła trzy kierunki studiów, ma szesnaście lat doświadczenia i włada ośmioma pieprzonymi językami, więc macie ją traktować z szacunkiem.

Jace również gniewnie spojrzał na Brendę i mimo że nie zgadzał się na jej warunki, nie protestował. Kilka kolejnych minut wypełnił chaos: ładowaniem bagaży, zajmowaniem miejsc, ostatnia przedstartowa kontrola, której dokonywał personel tego prywatnego odrzutowca. Hannah przedstawiła się każdemu z nas. Jej urokliwy południowy akcent kłócił się z tym, jak wyobrażałam sobie doświadczoną managerkę trasy, która zna tyle języków obcych.

To mnie nauczyło, żeby nie oceniać książki po uroczej okładce. Za tymi jasnoniebieskimi oczami krył się rekin, a ja miałam nadzieję, że jest tu po to, żeby zniszczyć tych, którzy stanowią zagrożenie dla Bellerose. A nie sam zespół.

Z pewnością Branda była niezwykle ostrożna w wyborze swojej zastępczyni, wiedziała, przez co przeszedł zespół.

- Widzimy się za dwa miesiące, spróbuję was odwiedzić raz lub dwa! - zawołała Brenda, stojąca już w drzwiach, po czym wysiadła z samolotu i pozwoliła na ostatnie skontrolowanie kabiny.

Kiedy nadeszła pora startu, siedziałam obok Rhetta. Vee i Angelo zajęli miejsca po drugiej stronie przejścia, za nimi, poza zasięgiem mojego wzroku, ulokowali się Jace i Grayson. Żeby zobaczyć perkusistę musiałbym całkiem odwrócić głowę, a jakkolwiek bardzo miałam na to ochotę, nie było sensu wymieniać lodowatych spojrzeń przez cały samolot. Postanowiłam, że poczekam, aż będziemy mogli wstać z siedzeń, i dopiero wtedy wykombinuję, w jaki sposób skopać mu tyłek, bez ryzyka jego zemsty i chęci zamordowania mnie w odwecie.

Nigdy nie martwiłam się o zdradę Graysona, ale w tej chwili miałam złe przeczucia. Jego zachowanie nie trzymało się kupy, a ja czułam, że jeżeli nie dowiem się prawdy, umrze kolejna cząstka mnie.

Pilot ogłosił start i udzielił nam aktualnych informacji na temat czasu podróży i warunków pogodowych, jakich możemy się spodziewać. Lot miał przebiegać bez zakłóceń, z wyjątkiem małych turbulencji w jego początkowej fazie, gdy opuścimy amerykańską przestrzeń powietrzną. Gdyby tylko wiedział, że turbulencje są bardziej prawdopodobne na pokładzie tego pieprzonego samolotu niż w powietrzu.

Jako dziecko kilka razy leciałam samolotem, ale nie mogłam sobie przypomnieć, jak to wygląda po starcie. Przez sytuację związaną z Grayem zapomniałam o stresie wywołanym tym nowym doświadczeniem. Jednak gdy samolot przesunął się na coś, co wyglądało jak długa asfaltowa droga, ponownie ścisnęło mnie w żołądku, tym razem jednak odczucie wywołał strach przed lotem, a nie niepokój związany z Graysonem.

- Wszystko w porządku? - zagadnął Rhett i wziął mnie za rękę. - Leciałaś już kiedyś?

Nikt wcześniej mnie o to nie zapytał, pewnie tym sławnym, bogatym gwiazdom rocka nie przyszło nawet do głowy, że istnieją biedacy, których ledwo stać na bilet autobusowy, a co dopiero lotniczy.

- Parę razy, gdy byłam dzieckiem, ale szczerze mówiąc, niewiele z tego pamiętam. Czy czekamy na odlot?

- Tak. - Mocno ścisnął moją dłoń. - Czekamy na naszą kolej, głównie po to, żeby nie zderzyć się z innym samolotem przy starcie. Początkowo wbije cię trochę w fotel, ale szybko znajdziemy się w powietrzu. Jestem przy tobie, Thorn. Bez paniki.

- Racja - odetchnęłam. - Łatwizna. Jak myślisz, o co naprawdę chodzi z Graysonem?

Rhett ponownie mocno ścisnął moją dłoń, co było jedyną reakcją na zmianę tematu. Po prostu potrzebowałam czegoś, co odwróci moją uwagę od niepokoju związanego z lataniem, a czy jest coś, co byłoby lepszym rozproszeniem niż kochanek, który zachowuje się jak nieznajomy.

- Naprawdę nie mam pojęcia - powiedział cicho Rhett i przechylił głowę, a ja wiedziałam, że patrzy na perkusistę. - To nie w jego stylu, by tak zareagować z powodu seksu czy dzielenia się tobą. Nie pieprzyliście się też po raz pierwszy, więc na pewno nie o to chodzi, nie wydaje mi się również, żeby mu odwaliło po tym, jak zrozumiał, że jest w tobie kompletnie zakochany. A ten kretyn jest totalnie w tobie zakochany.

Nasz związek w tym momencie nie mógł być już chyba bardziej daleki od miłości, nawet gdyby, kurwa, próbował.

- Czy może chodzić o coś z jego życia przed Bellerose? - zastanawiałam się. - W końcu was też ignorował. Może moment, w którym coś mu się przydarzyło, zbiegł się w czasie z tym, że wylądowaliśmy razem w łóżku.

Chwytałam się jakiejkolwiek wymówki, ale dopóki Grayson sam nam tego nie wyjaśni, możemy jedynie snuć domysły.

- Jest za stary na ignorowanie nas z powodu jakiegoś gówna, które mu się przydarzyło - powiedział Rhett. - Wystarczyłaby krótka rozmowa lub wiadomość, żebyśmy się nie martwili, i dalibyśmy mu spokój. Nieważne, jaki miał powód, i tak musimy skopać mu tyłek.

- Skurwysyn - wymamrotałam, ale moją wściekłość przerwał coraz głośniejszy ryk silnika.

Niemal czułam, jak samolot przygotowuje się do odlotu. Wcześniejsze ostrzeżenie Rhetta pozwoliło mi zachować spokój, kiedy wbiło mnie w fotel, a gdy ziemia zaczęła znikać z pola widzenia, po prostu na kilka sekund zamknęłam oczy.

Moje martwienie się Grayem zmalało, gdy obserwowałam, jak się wzbijamy, chmury stanowiły naprawdę niesamowity widok. Wzniesienie się na odpowiednią wysokość i wyrównanie lotu zajęło o wiele więcej czasu, niż sądziłam, a kiedy to już się stało, kontrolka oznaczająca konieczność zapięcia pasów zgasła, więc ludzie mogli się przemieszczać. Hannah poszła do łazienki na przodzie samolotu, w aneksie kuchennym słychać było krzątającą się obsługę, a ja odprężyłam się w swoim fotelu. Aż do teraz nie zdałam sobie sprawy, jak bardzo jestem spięta.

- Jak było? - spytał Rhett.

Nasze dłonie nadal były splecione, a ja nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego towarzysza podczas mojego pierwszego lotu już jako dorosła.

- Lepiej i straszniej, niż sądziłam, że będzie - zaśmiałam się. - To niesamowite, gdy domy i pola zmieniają się w krajobraz jak z klocków Lego, a potem ten bezmiar oceanu... sprawia, że czujesz się malutki i nieistotny.

- Ty nigdy nie będziesz nieistotna, Billie. - Rhett pogłaskał kciukiem wnętrze mojej dłoni. - Nieważne, jak mała się czujesz. Najcenniejsze rzeczy na świecie często znajdowane są w małych opakowaniach.

Co za skurwiel. Ta jego poetycka życzliwość mnie kiedyś zabije.

- Dziękuję - wyszeptałam. - Kurwa. Nie doprowadzaj mnie do płaczu, nim nawrzeszczę na Graysona. Jeszcze pomyśli, że jestem smutna, a tak naprawdę jestem wkurwiona jak diabli.

Śmiech Rhetta był niski i kojący.

- Kochanie, każdy facet wie, że gdy kobieta płacze, kiedy na ciebie krzyczy, to osiągnęła najwyższy poziom wkurwienia, a wtedy trzeba uciekać albo się zamknąć. Najlepiej i to, i to.

- Najlepiej i to, i to - przyznałam, po czym parsknęłam śmiechem. Miło było znowu żartować po tych ostatnich dniach wypełnionych stresem i smutkiem.

Dwa czynniki, które mogła załatwić jedna rozmowa.

Rozmowa, jaką miałam zamiar odbyć.

18: Billie

Zanim ruszyłam, Rhett powiedział:

- Powodzenia i krzycz, gdybyś mnie potrzebowała.

Miałam nadzieję, że obejdzie się bez tego, bo to by oznaczało, że rozmowa przybrała paskudny obrót.

Gdy szłam wzdłuż przejścia, napotkałam wzrok Angela.

- Wszystko w porządku? - spytał.

- Tak. - Skinęłam. - Po prostu muszę odbyć pewną rozmowę. Wiesz, jak to jest.

Nie powiedział nic więcej, ale jego twarz miała ponury wyraz, gdy odprowadzał mnie spojrzeniem. Kiedy się odwróciłam w poszukiwaniu Graysona, który nie siedział już na swoim miejscu, wciąż czułam na sobie wzrok mafijnego księcia.

Jace głowę miał niemal schowaną w telefonie, gdy go mijałam, ale fakt, że mnie ignorował, nie martwił mnie tak jak Grayson. Wiedziałam, dlaczego Jace jest dupkiem. Takie zachowanie zupełnie jednak nie pasowało do Graya, i to przerażało najbardziej.

Tylna część samolotu była dla mnie zagadką, więc widok drzwi, które raczej nie prowadziły do łazienki, przyjęłam z zaskoczeniem. Drzwi z łatwością się otworzyły, gdy tylko przekręciłam klamkę, a w środku zobaczyłam Graysona, siedzącego na krawędzi łóżka. Oczywiście, prywatny samolot Bellerose miał pieprzoną sypialnię.

Dlaczego w ogóle mnie to dziwiło?

- Domyśliłem się, że potrzebujesz prywatności - powiedział krótko. - Żeby pogadać.

Był oziębły. W sposób, którego wcześniej nie odczułam. Może z wyjątkiem tej nocy, kiedy po raz pierwszy weszłam do ich hotelowego apartamentu. Jego twarz zdawała się wtedy niewzruszona i choć mówił niewiele, czułam na sobie ciężar jego spojrzenia. Tamten Grayson wydawał się niemal snem w porównaniu do człowieka z krwi i kości, którego teraz znałam.

Złym snem wracającym do życia.

- Dlaczego potrzebna nam prywatność? - zapytałam, zaskoczona spokojnym tonem głosu, bo byłam cholernie pewna, że w środku nie jestem spokojna.

- Zniknąłem jak pieprzony złodziej w środku nocy, nie skontaktowałem się z tobą, a teraz zachowuję się jak bezduszny dupek.

- Och. - Zamrugałam. - Tak, całkiem nieźle to ująłeś.

A po tym zapanowała cisza i stało się jasne, że nie zamierza tego rozwinąć, chociaż dokładnie rozumiał problem. Wybuchłam.

- Co jest, kurwa, Gray? - warknęłam, a każde słowo wypowiadałam coraz głośniej. - Co się, kurwa, wydarzyło w ciągu tych kilku godzin między tym, gdy skończyliśmy się pieprzyć, a twoim zniknięciem? Dlaczego po prostu nie wysłałeś wiadomości, żeby dać mi znać, że nic ci nie jest? Musiałam to usłyszeć od Angela. Pieprzonego Angela. Kiedy staliście się takimi dobrymi przyjaciółmi? Co, do kurwy? To wszystko nie ma sensu.

Pozwolił mi ciskać gromy, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił, co tylko jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło. W pewnym momencie zacisnęłam pięści i byłam tak bliska ich użycia, że musiałam się cofnąć, żeby się uspokoić.

Część mnie wiedziała, że ta wściekłość brała się z czegoś więcej niż kilkudniowe zniknięcie Graysona. To był problem głęboko we mnie, problem związany z odrzuceniem i uczuciem rozczarowania osobami, które kocham, ale to był problem do omówienia z doktor Candace. Problem, którego ta nie zdoła naprawić, zanim Grayson na własnej skórze odczuje moje traumy.

W końcu zabrakło mi energii, a on ciągle tylko siedział i wpatrywał się we mnie. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Moja wściekłość nie zmieniła jego chłodniej postawy, więc postanowiłam wypróbować inny sposób.

- Po prostu mi powiedz - powiedziałam zachrypniętym głosem, znalazłam inne ujście dla bólu. - Zniosę to. Cokolwiek się stało, dam sobie z tym radę. Wróciła twoja dawna dziewczyna, a ty nadal ją kochasz? Masz dziecko, o którym nie wiedziałeś? Dotarło do ciebie, że nienawidzisz się mną dzielić, i wolałeś zniknąć? Tak naprawdę gówno wiem o twoim życiu, więc może to być każdy z tych powodów. I to jest... - Chciałam powiedzieć "w porządku", ale nie potrafiłam kłamać, dobrałam więc inne słowa. - Poradzę sobie. Po prostu powiedz mi prawdę, a dam ci spokój.

Pierwsze pęknięcie w jego zbroi pojawiło się, gdy się wyprostował, a mięsień na jego szczęce drgał, jakby Gray walczył z tym, co miało zaraz paść.

- To ostatnia rzecz, jakiej chcę, Prickles - szepnął, ale nawet mimo huku silników wyraźnie słyszałam jego słowa. - Jesteś... - potrząsnął głową i odchrząknął - najlepszą osobą, jaka kiedykolwiek znalazła się w moim popieprzonym świecie. Nie ma żadnej dawnej miłości ani nic takiego. Jesteś tylko ty i tylko ty mnie obchodzisz. - Przeczesał palcami włosy, a ja z zaskoczeniem zauważyłam, że dłoń mu drżała. - Zawsze wiedziałem, że przeszłość zniszczy moją przyszłość. Wiedziałem o tym, nawet gdy z tym walczyłem, ale nigdy nie sądziłem, że to będzie tak wyglądać. Nie spodziewałem się ciebie i jest mi cholernie przykro.

Podeszłam bliżej, niepokój, który mnie nękał od momentu zniknięcia Graysona, teraz przybrał na sile.

- Co się stało, Gray? - wyszeptałam. - Powiedz i wspólnie sobie z tym poradzimy.

Wstał, pochylił głowę, by nie uderzyć w sufit. Dynamika pomiędzy nami od razu się zmieniła, a gdy się przysunął, pojawił się we mnie niewielki strach, który w obecności Graysona nigdy zupełnie nie znikał.

- Billie, chcę, żebyś wiedziała, że gdybym mógł cofnąć się w czasie, to wszystko bym zmienił - wychrypiał, mój strach przybrał na sile. - Nie jestem dobrym człowiekiem, ale dla ciebie spróbowałbym się zmienić. Spróbowałbym żyć inaczej.

On mnie zniszczy. W zasadzie już zniszczył.

- Gray, przerażasz mnie - wyszeptałam. - Po prostu powiedz...

Przerwał mi głos pilota płynący z głośnika:

- Włączyliśmy sygnalizację zapięcia pasów, ponieważ wlatujemy w kolejną strefę burz. Proszę o zajęcie miejsc i zapięcie pasów.

Byłam tak pochłonięta kłótnią, że nie zauważyłam nawet, że lot stał się niespokojny. Gdy tylko to sobie uświadomiłam, samolot lekko opadł w powietrzu, a ja o mało co nie wpadłam na ścianę sypialni. Grayson od razu zareagował, wyciągnął do mnie rękę i mnie podtrzymał.

Wtedy w drzwiach pojawiła się jedna ze stewardess, ciemnowłosa kobieta mniej więcej w moim wieku. Trzymała kurczowo kilka kieliszków do wina, które pewnie zebrała po drodze.

- Proszę o zajęcie miejsc - powiedziała ponaglającym tonem. - Pilot uprzedza, że będzie trzęsło.

Samolot opadł kolejny raz, a następnie wpadliśmy w turbulencje, przez co wszyscy się zachwialiśmy. Gayson utrzymał mnie w pionie, ale ciemnowłosa laska nie miała swojej własnej gwiazdy rocka, której mogłaby się przytrzymać, więc uderzyła we framugę drzwi, niestety, próbowała się podeprzeć ręką, w której trzymała kieliszki.

Dźwięk tłukącego się szkła był głośny, a turbulencje, które nadal wściekle kołysały samolotem, sprawiły, że spanikowałam. Poczułam metaliczny zapach krwi i już wiedziałam, że za chwilę doświadczę kolejnego ataku. Ogarnęła mnie ciemność, nim miałam szansę się skoncentrować na technikach zapobiegania retrospekcjom. Opadłam na Graya, a zapach dymu wypełnił moje zmysły.

Trzymałam się za brzuch, zaszlochałam, ale zaraz zakrztusiłam się dymem. Kiedy w końcu udało mi się dotrzeć na półpiętro, skierowałam się ku schodom, szłam blisko ściany korytarza. Tu dym był gęstszy, więc przycisnęłam zwilżoną szmatkę do twarzy i pochyliłam głowę, po czym ruszyłam w stronę, gdzie leżeli rodzice. Czułam miedziany zapach, który przypominał woń starej krwi, ale wciąż miałam nadzieję, że nic im nie jest i że nie są ranni. Gdy o tym pomyślałam, zwiększyłam tempo. Wtedy dostrzegłam cień.

Cień postaci.

Próbowałam wołać o pomoc, jednak z mojego gardła wydobyło się tylko chrypnięcie. Dźwięk, którego nie da się usłyszeć wśród szalejących płomieni. Cień nie mógł mnie też zauważyć, przez otaczający dym. Spróbowałam zawołać ponownie, ale miałam zbyt sucho w gardle. Cień poruszał się bardzo szybko, gdzieś nieopodal, ale nie na tyle blisko, bym mogła wyciągnąć rękę i go chwycić. Chciałam się rozpłakać, ale w moim ciele zabrakło już wilgoci.

Cień ponownie przeszedł obok mnie, a gdy znalazł się na schodach, tam gdzie płomienie były największe, dostrzegłam mężczyznę o szerokich ramionach, który był cały ubrany na czarno.

To nie był strażak.

Kiedy zaczął schodzić po schodach, odwrócił się i rozejrzał wokół, ciemność skrywała niemal całą jego sylwetkę z wyjątkiem... włosów. Były dłuższe. Znajome.

Mój własny krzyk wyrwał mnie z tego wspomnienia, poczułam, że leżę na łóżku, a Grayson trzyma mnie, żebym nie spadła i nie zrobiła sobie krzywdy. W chwili, w której otworzyłam oczy i zobaczyłam jego twarz, w chwili, kiedy spojrzałam na głęboki wyraz zranienia na jego twarzy, znałam prawdę. Znałam te cholerne włosy.

Grayson był tam tamtej nocy. Tej nocy, kiedy zginęli moi rodzice. Kiedy wybuchł pożar.

Tamtej nocy, kiedy zmarło moje dziecko.

Grayson był w moim domu i to wszystko wydarzyło się przez niego.

- Prickles? - zapytał cicho i mnie puścił. - Wszystko w porządku?

Szok nie pozwalał mi się ruszyć, gdy próbowałam to przetrawić. Kiedy starałam się oddychać.

- Ze stewardessą wszystko dobrze - mówił dalej. - Ma jedynie niewielkie skaleczenie na ręce. A turbulencje powoli ustają.

Uniosłam dłonie, drżały tak mocno, aż miałam wrażenie, że cała dosłownie się trzęsę. Jakimś cudem wyciągnęłam je przed siebie. Jakimś cudem uderzyła nimi w jego pierś.

- Odejdź ode mnie, morderco - wydusiłam ochrypłym od krzyku głosem. Gdy wciągnęłam powietrze, by wydobyć z siebie kolejne słowa, klatka piersiowa drżała mi tak mocno jak całe ciało. - Ty. Pieprzony. Morderco.

Straciłam nad sobą kontrolę, krzyczałam i próbowałam się wyrwać z jego uścisku. Dopiero gdy do pokoju wpadł Jace, Grayson mnie puścił i się odsunął.

- Co tu, do kurwy nędzy, zaszło?! - krzyknął Jace, patrzący to na mnie, to na Graysona, uklęknął obok łóżka i objął mnie ramieniem. - Co się stało z Rose?

Usiadłam, nie panowałam nad płaczem, nie mogłam go powstrzymać. Jakimś cudem pomiędzy tymi rozdzierającymi dźwiękami udało mi się powiedzieć:

- Grayson zabił moich rodziców.

Jakby w zwolnionym tempie Jace się odwrócił i spojrzał na mnie, i to było za dużo. Przeszłość i teraźniejszość były bliżej, niż się spodziewałam, moje wspomnienia po raz kolejny zostały roztrzaskane, a ja poddałam się tej ciemności, która naciskała już na kąciki moich oczu.

Pozwoliłam, żeby trauma mnie przygniotła, i część mnie, niewielka część, miała nadzieję, że tym razem się nie obudzę.

19: Jace

Billie zemdlała, ułożyłem ją więc na łóżku i dopiero wtedy pozwoliłem, by czysta wściekłość przejęła kontrolę. Skoczyłem na równe nogi i uderzyłem Graysona w tę jego cholernie twardą gębę.

- Ty pierdolony sukinsynu. Zabiłeś jej rodziców? Jak, kurwa, mogłeś ją tak skrzywdzić? Akurat Billie, ze wszystkich ludzi? - Nie myślałem racjonalnie. Ta racjonalna część mnie wiedziała, że rodzice Billie zginęli lata przed tym, gdy spotkała Graysona, ale moja wściekłość miała to głęboko gdzieś.

Grayson mnie odepchnął. Normalnie wziąłbym to za ostrzeżenie, ale przekroczyłem już granicę rozsądku. Widok Billie w takim stanie mnie załamał. Ponownie uderzyłem pięścią w jego twarz, a krew prysnęła z nowego rozcięcia na policzku. Gdy raz się zamachnął, pozwoliłem uderzyć się w tors, wiedziałem, że dam radę przyjąć cios. Był wielkim facetem. Ale, kurwa, ja też, a teraz czułem jeszcze zabójczą wściekłość.

- Hej, co, do diabła?! - krzyknął Rhett, próbujący nas rozdzielić, po czym wypchnął Graysona za drzwi. - Jesteśmy w pieprzonym samolocie. Nie możecie się tak bić.

- Zabiję go - warknąłem i zrobiłem krok w przód, ale Angelo, wścibski skurwiel, zagrodził mi drogę.

- Stary, cholera - powiedział, gdy próbowałem uwolnić się z jego uścisku. - Co się, do diabła, dzieje? Obydwaj musicie się uspokoić.

- Pierdol się - wypaliłem. - Grayson zrobił coś Billie. Powiedziała, że zabił jej rodziców, a ja muszę skopać mu tyłek.

Grayson coś odkrzyknął, ale przez głośne pulsowanie w uszach nawet go nie usłyszałem. Rhett wyrzucił perkusistę z pokoju, później pchnął go do łazienki.

- Doprowadź się do porządku - powiedział Graysonowi. - Nie wyłaź, dopóki się nie uspokoisz.

- Dlaczego Billie zemdlała? - Te słowa padły z ust Vee, która czaiła się gdzieś za drzwiami i była na tyle bystra, żeby wiedzieć, że nie powinna wchodzić. - Czy wszystko z nią w porządku?

Jakby na sam dźwięk swojego imienia Billie usiadła gwałtownie na łóżku i szeroko otworzyła oczy. Rozejrzała się dookoła, jak gdyby zobaczyła ducha, a z jej ust dobywały się ciche pojękiwania.

- Billie - szepnąłem i podszedłem do niej, starłem krew, która kapała mi z wargi i spływała po podbródku.

Gray musiał zafundować mi jeszcze jeden cios, którego nie zarejestrowałem w całej tej wściekłości. Przez to, że buzowała we mnie adrenalina, nie czułem bólu, ale nie na długo. Ten skurwiel porządnie mi przyłożył.

Billie utkwiła we mnie wzrok, a jej usta drżały tak mocno, że trudno było zrozumieć, co mówi.

- Zabił moich rodziców - powiedziała zawodzącym głosem. - Był tam, widziałam go podczas pożaru.

To sprawiło, że znów poczułem wściekłość.

- Podłożył ogień? - spytałem. - Pamiętasz, że to on podłożył ogień, Rose?

Cały czas tylko potrząsała głową i szlochała. Jej usta się poruszały, a gdy się nad nią pochyliłem, usłyszałem, że próbuje coś powiedzieć:

- Nasze dziecko. Nasze dziecko. Nasze dziecko. Nasze dziecko.

Kiedy przepełniony wściekłością wparowałem do pokoju, zapomniałem o pewnym bardzo istotnym szczególe. Pożar, który zabił jej rodziców. Pożar, w którym Billie niemal zginęła.

To ten sam pieprzony pożar, w którym zginęło nasze dziecko.

Widziałem czerwień przed oczami, gdy zacząłem szukać Graysona, tym razem z mocnym postanowieniem, że go zamorduję. Wiedziałem, że jego przeszłość była mroczna, ale jakoś miałem to gdzieś, dopóki nie stanowił zagrożenia dla osób, na których mi zależało. Przez te wszystkie lata udowodnił, że jest przeciwieństwem tego, co niebezpieczne. Był obrońcą, a ja szanowałem jego umiejętności.

Kurwa, ale koniec z tym.

- Jace, nie! - warknął Angelo i próbował mnie przytrzymać, ale mu się nie udało, więc włączył się Rhett.

Wspólnymi siłami wepchnęli mnie z powrotem do sypialni i zatrzasnęli drzwi. Vee została po drugiej stronie, ale nie zapukała ani nie próbowała wejść do środka.

- Musisz się, kurwa, uspokoić - powiedział Angelo, próbujący przytrzymać mi ręce za plecami.

Powodzenia, dupku.

Przez lata się z nim siłowałem i znałem jego ruchy na tyle dobrze, by bez większego zastanowienia dać sobie z nimi radę.

- Bella potrzebuje, żebyś się uspokoił.

Niewiele rzeczy mogło powstrzymać tę napędzającą mnie białą furię. Najwidoczniej jedną z nich była wzmianka o Billie. Przestałem się opierać. Po prostu przestałem i skupiłem uwagę na łóżku.

Nadal się trzęsła, kołysała się w przód i tył, poruszała ustami.

Odepchnąłem od siebie moich pełnych dobrych chęci, ale dupkowatych kumpli i szybko znalazłem się przy łóżku, wsunąłem dłonie pod tyłek Rose, podniosłem ją delikatnie i przytuliłem. Z nią w ramionach usiadłem na łóżku i oparłem się o ścianę.

- Wy dwaj, spieprzajcie - warknąłem. - To nasza trauma, nie wasza.

- Moja również i dobrze o tym wiesz. - Angelo stanął przed łóżkiem.

Kurwa. Miał rację. Nasze dziecko. Rose może i wierzyła, że to tylko moje dziecko, ale ten związek tworzyliśmy we troje, więc dziecko było również Angela.

Gdy Rhett podniósł ręce i wzruszył ramionami, napięcie nieco zelżało.

- Jeśli skupicie się na Billie, nie na tym gównie, które zawsze was zajmuje, to wyjdę. I upewnię się, że Grayson nie rozwali samolotu.

- Tak zrobimy - powiedział Angelo, wzrok wbijał w kobietę w moich ramionach, której stan był bliski katatonii.

Naszą kobietę. Od tego pierwszego dnia, gdy ją poznaliśmy.

Nawet jeśli wtedy była to jedynie niewinny związek najlepszych przyjaciół.

Rhett po cichu wyszedł z pokoju, a Angelo zrzucił buty, wszedł na łóżko i zajął miejsce przy drugim boku Billie. Położyłem się na boku, więc była między nami. Otoczyliśmy ją ramionami, chroniliśmy ją jak wtedy, gdy byliśmy młodsi.

- Bella, kochanie. Wszystko się ułoży - powiedział cicho Angelo, po czym zaczął szeptać do niej po włosku słowa miłości i pocieszenia.

Słowa, których słuchanie tak cholernie bolało. Minęło tyle czasu, a teraz wydawało się, jakbyśmy powracali do tych szczęśliwych dni.

Dni, które zostały wypalone w moim umyśle. Mojej duszy.

Nie ruszyłem się mimo chęci, by znowu stąd spierdolić. Wiedziałem, że ta chwila zburzy kruche bariery, które wzniosłem wokół siebie, żeby się chronić. Żeby już nigdy nie czuć się tak jak dziewięć lat temu.

Billie płakała coraz mocniej, ale gdy trzymaliśmy ją w objęciach, kolor wrócił na jej policzki.

- Nasza córeczka. Nasza mała dziewczynka zginęła - załkała.

Serce mnie bolało, niemal pękało od bólu i napięcia.

- Wiem, kochanie - wyszeptałem i przytuliłem ją mocniej, teraz leżeliśmy we trójkę tak blisko, jakbyśmy byli jedną osobą. - Wiem i serce mi pęka, że nigdy nie mogliśmy jej poznać. Nigdy nie mogliśmy jej przytulić. Ale obiecuję ci, że była i zawsze będzie kochana.

- Kochaliśmy ją i ciebie też kochamy - wyszeptał Angelo. - Nasza piccolo.

Billie nie drżała już tak bardzo, płacz też ustał, gdy wtulała się w nas. Po prostu pozwoliła się obejmować.

- Naprawdę cię kochamy - wyszeptałem jej do ucha. - Miłość nigdy nie była problemem.

- Nasza miłość pomogła mi przetrwać tak wiele - wyszeptała, a ja poczułem cholerną ulgę, że była w stanie z nami rozmawiać. - Ale nie wiem, jak przetrwać to. Szczerze nie wiem, czy dam radę.

Kochała Graysona, a ja żałowałem, że nie skręciłem mu tego jego pieprzonego karku. Cały czas się bałem, że Billie złamie serca moim przyjaciołom, nigdy nie przypuszczałem, że może być odwrotnie.

- Grayson dorastał podobnie do mnie - powiedział Angelo, nie poluzował uścisku. - Wychował się w złej rodzinie. Takiej, która zmuszała go do wchodzenia w sytuacje, w których nigdy nie chciałby się znaleźć. Nie próbuję usprawiedliwiać tego, co się wydarzyło, ale może poczujesz się lepiej, gdy usłyszysz jego wersję zdarzeń. Wtedy cię nie znał, Bella. Oczywiście to go nie tłumaczy, ale on po prostu wykonywał swoje zadanie.

Jej zdławiony szloch rozniósł się echem po pokoju, a łzy spadły na moje ramię.

- Wiem, że masz rację, ale czuję jedynie ból i wściekłość. Nigdy nie uporałam się ze śmiercią Penelope, wiesz o tym. Kurwa, dlatego potrzebuję terapii. A to wszystko przywołuje ten nieznośny ból, nie wspominając nawet o samotności i poczuciu zdrady, które czułam, gdy musiałam ją sama opłakiwać.

Byłem na siebie wściekły.

- Nie możemy się cofnąć w czasie - powiedziałem szorstko. - Ale, kurwa, chciałbym. Przepraszam, Billie. Jest mi tak cholernie przykro.

Obróciła się do mnie, ucisk, który czułem w piersi, się nasilił, zwłaszcza gdy mnie objęła i jeszcze mocniej się we mnie wtuliła, twarz schowała w mojej szyi, tak jak robiła, gdy byliśmy młodsi, tak jak ją wtedy pocieszałem. Z Angelem za jej plecami, miałem wrażenie, że otworzyliśmy kapsułę czasu.

- Tęsknię za nami - zaszlochała ponownie. - Tęsknię za nami i za naszym dzieckiem. Było wiele nocy, gdy rozważałam odebranie sobie życia, byleby uciec od tego bólu i cierpienia.

Sama myśl, że mogłoby jej nie być, zdawała się nie do zniesienia. Nie przeżyłbym czegoś takiego, byłem o tym przekonany.

- Cieszę się, że tego nie zrobiłam - wyszeptała zaspanym głosem. - Nie chciałabym, żeby ominęła mnie ta chwila.

Jej ręka się poruszyła, a ja zobaczyłem, że ujmuje w nią dłoń Angela, który przytulił się do niej na łyżeczkę.

- Będziemy cię chronić, amina mia. Zamknij oczy i postaraj się odpocząć. Te flashbacki i traumy są wyczerpujące, ale nie musisz się z nimi mierzyć w pojedynkę.

Zaszlochała jeszcze kilka razy, ale była już spokojniejsza.

- Chrońcie mnie - wyszeptała, po czym nie upłynęła nawet minuta, zanim jej oddech stał się równomierny.

Wiedziałem, że zasnęła. Kiedyś byłem ekspertem od najmniejszych zmian w sposobie, w jaki oddycha, i wyglądało na to, że nadal nim jestem.

Ani ja, ani Angelo się nie ruszaliśmy, tkwiliśmy w niekrępującej ciszy.

- Nigdy wcześniej nie nazwałeś jej amina mia - powiedziałem cicho. - Mówiłeś zawsze amore mio. Co to znaczy?

Jego kolejne słowa były jeszcze cichsze niż moje.

- Nazwałem ją tak, jak to, co do niej należy.

- Twoje serce? - próbowałem zgadnąć, ale byłem niemalże pewien, że chodziło o coś innego.

Angelo odczekał chwilę, nim odpowiedział.

- Oczywiście, że moje serce należy do niej, ale jest coś więcej... jest moją la mia anima. Moją duszą.

Cholerna prawda. Serce i dusza. Życie i śmierć.

Należeliśmy do Billie, zawsze do niej należeliśmy.

20: Billie

Większą część lotu spędziłam na wielkim łóżku, wtulona w Jace'a i Angela, pogrążonych w głębokim śnie. Mój sen, przepełniony bólem i cierpieniem, nie trwał długo, a gdy się obudziłam, po prostu leżałam, wsłuchana w oddechy moich pierwszych miłości. W tamtej chwili odczuwałam radość i spokój, nawet jeżeli były one tylko przejściowe.

Tak naprawdę nie pamiętałam wszystkiego, co się wydarzyło, nim zasnęłam, jedynie urywki rozmowy i ciepło, które łagodziło gorycz zdrady i krzywdy.

Drzwi sypialni otworzyły się po cichu, a ja uniosłam głowę na tyle, by spojrzeć w oczy Graysona. Mężczyzny, który zabił moich rodziców, zabił moje dziecko, i nie pisnął o tym ani słówka, gdy podstępnie torował sobie drogę do moich majtek.

- Wynoś się - rozkazałam zimnym, cichym tonem. Nie chciałam budzić Jace'a i Angela, wiedziałam, że potrzebowali odpoczynku bardziej niż ja.

Gray jedynie zmarszczył brwi, jakby był zawiedziony moim nastawieniem.

- Billie, musimy porozmawiać.

- Nie. - Wydęłam wargi. - Tę rozmowę powinniśmy byli odbyć wiele miesięcy temu. Ta możliwość już przepadła. Wynoś. Się.

Mięśnie jego szczek się napięły, ale Gray nie stracił panowania nad sobą. Jemu to się nie zdarza, prawda? Zawsze opanowany, spokojny i skupiony. Zawsze ma kontrolę.

- Cokolwiek wydaje ci się, że pamiętasz, Billie, szczerze wątpię, że to pełny obraz zdarzeń z tamtej nocy. Nie interesuje cię moja wersja? - Próbował się odwołać do mojego zdrowego rozsądku, ale na to było już o wiele za późno. Pieprzyć logikę. Pieprzyć zdrowy rozsądek. Ufałam swoim przeczuciom, a one mówiły mi, że niczego nie zmyśliłam.

- Wszystko, czego chcę, to usłyszeć od ciebie odpowiedź na jedno pytanie - syknęłam i posłałam mu jadowite spojrzenie. - Czy byłeś w moim domu tamtej nocy?

- Tak. - Nie wzdrygnął się.

Potwierdzenie uderzyło jak nóż z lodu wbity prosto w moje serce.

- To jedyna część twojej wersji, która się liczy. Wynoś się, Gray. Udawaj, że nigdy się nie spotkaliśmy, że nigdy się nie pieprzyliśmy, nigdy się w sobie nie zako... - urwałam ze szlochem. - Po prostu wyjdź. Nie mogę nawet patrzeć na twoją kłamliwą, morderczą gębę.

Patrzył na mnie jeszcze chwilę, z zagadkowym wyrazem twarzy. Następnie skinął lekko i przełknął ślinę.

- Jeśli to pomoże ci to przepracować, uszanuję twoją decyzję. Na razie. Ale kiedy będziesz gotowa poznać resztę historii, będę czekać.

- Nie wstrzymuj oddechu - prychnęłam. - Będziesz musiał cholernie długo czekać.

- Jeśli będzie trzeba. Nigdzie się nie wybieram. - Patrzył na mnie z jeszcze większą intensywnością, jakby naprawdę chciał, żebym mu uwierzyła. Jakbym mogła to zrobić. - Nie mam zamiaru zmuszać cię do wysłuchania mojej opowieści, ale chcę, żebyś wiedziała, że w całej tej historii chodzi o coś więcej, niż sam zdawałem sobie z tego sprawę aż do tego tygodnia. Ale z powodu mojego udziału w twoim bólu, Prickles, już zawsze będzie mi przykro.

Wyszedł z tej malutkiej sypialni i zamknął za sobą drzwi, a ja opadłam na łóżko, czułam spływające mi po twarzy łzy. Ani Jace, ani Angelo nawet nie drgnęli podczas mojej cichej sprzeczki z Graysonem, a ja nie chciałam ich teraz budzić.

Co sprawiło, że znaleźli się obaj przy mnie? Miałam jedynie niewyraźne wspomnienie jakichś deklaracji żalu i miłości, a w głowie pulsującą plątaninę. Być może potrzebowałam nadzwyczajnej sesji z doktor Candace. Rozmawiałam z nią o kontynuowaniu naszych spotkań na Zoomie, gdy będziemy w trasie, a ona się zgodziła. Kurwa, całe szczęście.

Gdy tylko znajdziemy się w hotelu w Dublinie, skontaktuję się z jej recepcjonistką.

Może pomoże mi się uporać ze zdradą Graysona. Ponieważ pomimo tego, że czułam się zraniona, przerażona, wściekła i załamana, miałam wrażenie, że nie wiem wszystkiego. Byłam w szoku i wystraszona pod wpływem wspomnień duszącego dymu. Ale byłam też na tyle mądra, przynajmniej gdzieś w podświadomości, żeby wiedzieć, że moje wspomnienia mogą nie być wiarygodne. Albo przynajmniej nie aż tak, jak mi się zdawało.

Właśnie dlatego rzuciłam Graysonowi koło ratunkowe. Byłeś tam? Tak. Potwierdził, że był, więc... Czy istniało jeszcze jakieś inne wytłumaczenie? Już przyznał, że w przeszłości zabijał ludzi na zlecenie swojej rodziny. A co, jeżeli moi rodzice stanowili po prostu kolejny cel?

Żołądek zacisnął mi się z niepokoju, a gdy samolotem delikatnie zakołysało, z moich ust wydobył się cichy jęk. Ostatnią rzeczą, której potrzebowałam, jakbym nie miała dość retrospekcji i ataków paniki, była choroba lokomocyjna.

Usłyszałam ciche pukanie do drzwi, więc ponownie usiadłam. Tym razem powitała mnie urocza twarz Vee.

- Hej - wyszeptała, a w jej oczach dostrzegłam współczucie. Zazwyczaj nie znosiłam, gdy ktoś się nade mną litował, ale teraz czułam, że było to usprawiedliwione, że nie przesadzałam. - Za chwilę lądujemy, prosili, żeby zająć miejsca i zapiąć pasy.

Spojrzałam na królewiczów śpiących po moich bokach i skinęłam Vee.

- Już ich budzę, daj nam chwilę.

Uśmiechnęła się ze zrozumieniem i zamknęła drzwi. Ostatnią rzeczą, jaką planowałam zrobić, było obudzenie Jace'a i Angela, ale nie chciałam, żeby ktokolwiek z nas zginął podczas lądowania. Więc... to było mniejsze zło.

Najpierw obudziłam Angela, delikatnie dotknęłam jego ramienia, a on otworzył oczy i od razu usiadł, choć był wyraźnie zdezorientowany. Spojrzał na mnie, a napięcie zniknęło.

- Bella - wymruczał sennym głosem.

- Lądujemy - powiedziałam szybko, by nie przeciągać skrępowania naszym małym pojednaniem. - Musimy wracać na miejsca, zapiąć pasy i takie tam kwestie bezpieczeństwa - bredziłam, co najwidoczniej stało się moim mechanizmem obronnym.

Angelo wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem, po czym spojrzał na Jace'a wciąż śpiącego obok mnie. Uśmiechnął się delikatnie, a później jęknął, gdy zaczął wstawać. Noga zdecydowanie wciąż go bolała, a ja zanotowałam w myślach, by spytać go o rehabilitację. Może nie potrzebował już wsparcia przy poruszaniu się, ale to nie oznaczało, że był zupełnie zdrowy.

- Jace - wyszeptałam i potrząsnęłam jego ramieniem.

Nie poruszył się, więc zrobiłam to jeszcze raz, a on wyciągnął rękę i objął mnie w talii. Zapiszczałam z zaskoczenia, gdy przytulił się na łyżeczkę.

Pozostanie w jego objęciach było tak kuszące, że naprawdę to rozważałam. Ale wówczas jakiś członek załogi pewnie wkroczyłby tu i siłą zawlókł nas na miejsca, co zrujnowałoby nastrój.

- Zaraz lądujemy - powiedziałam, a on nadal mocno mnie obejmował. - Musimy wracać na miejsca, Jace. Musisz się obudzić.

- Mmm - wymruczał. - Okej. Za sekundę.

- Nie, w tej chwili. No dalej, Śpiąca Królewno, pora wstawać. - Zaśmiałam się cicho.

Nie spieszył się, ziewnął i jeszcze mocniej się we mnie wtulił, zanim znalazłam w sobie na tyle silnej woli, żeby go odepchnąć.

- W porządku - jęknął. - Wstaję.

Równie niechętnie wygrzebałam się z łóżka.

- Hmm... dzięki, chyba. Za... - Machnęłam ręką w stronę kabiny, gdzie był Grayson. - Kompletnie nie pamiętam, co się stało po tym flashbaku, ale wiem, że byliście przy mnie. Tak więc dzięki.

Jace wstał godnym pozazdroszczenia płynnym ruchem i podszedł do mnie, stojącej obok łóżka i przepełnionej skrępowaniem.

- Billie - powiedział cicho, pogładził moje ramiona w geście pocieszenia. - Przepraszam. Odkąd Rhett przyprowadził cię do klubu w Sienie, zachowywałem się wobec ciebie jak kutas.

- Tak. To prawda. - Posłałam mu półuśmiech.

Objął mnie i pozwolił, żeby ten gest wyraził to, co wiedziałam, że tak naprawdę chciał mi powiedzieć. Chciał, żebyśmy zostawili przeszłość za sobą i zaczęli od nowa. Pragnęłam tego samego.

- Rozpoczynamy podchodzenie do lądowania w Dublinie, proszę zapiąć pasy i złożyć stoliki. Posadźmy tego ptaszka na ziemi bez dalszych incydentów. - Pilot brzmiał na poirytowanego, za co go nie winiłam.

Miałam nadzieję, że stewardessa, która skaleczyła się w dłoń, czuje się dobrze.

Jace uwolnił mnie ze swoich objęć, w milczeniu wróciliśmy do kabiny. Celowo starałam się nie patrzeć na Graysona, ale czułam jego spojrzenie na plecach. Szkoda. W chwili gdy opuścimy tę puszkę, chirurgicznym cięciem usunę go ze swojego życia. Jakoś to zrobię.

- Wszystko dobrze? - spytał łagodnym tonem Rhett, kiedy usiadłam obok niego. Patrzył na mnie badawczo i zachowywał się powściągliwie, jakbym była tykającą bombą, która lada chwila wybuchnie.

- Tak - skłamałam. Daleko mi do tego, ale była to jedyna sensowna odpowiedź, by zapobiec kolejnej awanturze. Wyciągnęłam dłoń, a nasze palce ponownie się splotły. - Czy nie żałujesz czasami, że nie możesz sobie tak po prostu zrobić wakacji od własnych myśli? - To pytanie wymsknęło mi się, zanim zdążyłam je powstrzymać, ale akurat Rhett dobrze wiedział, o co mi chodzi.

Westchnął, zgarbił się w fotelu i oparł moją głowę o swoje rami.

- Częściej, niż mógłbym zliczyć - przyznał. - Ale nigdy, kiedy jestem z tobą, Thorn.

Cholera. Znów się rozpłakałam.

Rhett pocałował mnie w głowę i trzymał za rękę, pozwolił mi cicho płakać, gdy samolot się obniżał. W końcu po dość burzliwym lądowaniu znaleźliśmy się na pasie dublińskiego lotniska. Rhett zawsze był obrońcą mojego serca.

21: Billie

Ku mojej uldze doktor Candance zgodziła się na pilną wideowizytę, gdy tylko zgrałyśmy się w odmiennych strefach czasowych. Sprawiła, że pod koniec rozmowy mój morderczy gniew przybrał nieco mniej żądną krwi, załamaną i zranioną postać. Choć dobrze jej szło ukrywanie opinii o moich kryzysach, miałam nieodparte wrażenie, że według niej dużo bardziej skorzystałabym na rozmowie z Graysonem, zamiast polegać jedynie na zamglonych, wypartych wspomnieniach z tej głęboko traumatycznej nocy.

Dobra, to było coś więcej niż tylko wrażenie. Powiedziała to niemal słowo w słowo, na co odparowałam, że bycie dojrzałbym jest przereklamowane.

Na pocieszenie potwierdziła jednak, że wcale nie muszę go wysłuchać. Że moje zranione uczucia są w pełni uzasadnione i że nikt nie powinien namawiać mnie do konfrontacji z nim, dopóki sama nie poczuję, że jestem już na nią gotowa. To mi przypomniało, jak cierpliwy i opanowany był Grayson w chwili, gdy powiedziałam mu, żeby nigdy się już do mnie nie odzywał. Gdyby taka rozmowa toczyła się z Jace'em, ten by mnie związał, rąbnął w głowę i zmusił do wysłuchania jego wersji, nieważne, czy bym tego chciała, czy nie.

Grayson nie był tak narwany i niepewny siebie. Ta jego pewność sprawiła, że ja czułam się niepewnie... Winny by się tak nie zachowywał. Prawda?

Po sesji wolałam zostać w hotelu i oglądać filmy, zamiast pójść z zespołem na próbę organizowaną w miejscu koncertu. Vee została ze mną, dałyśmy reszcie jasno do zrozumienia, że nie wyjdziemy z pokoju, a co dopiero z hotelu. Tym razem pilnowało nas znacznie więcej ochroniarzy niż podczas poprzedniej trasy, a ja domyślałam się, że to sprawka Brendy. Nie miała zamiaru ryzykować naszego bezpieczeństwa, a skoro nie udało jej się zablokować tej trasy, chociaż tyle mogła zrobić. I byłam jej za to wdzięczna.

Tej nocy zamiast dzielić pokój z Rhettem, postanowiłam zostać z Vee. Potrzebowałam przestrzeni na oddech i przemyślenia. Ani Vee, ani ja nie chciałyśmy być zupełnie same, Rhett załatwił nam więc pokój z dwoma łóżkami małżeńskimi, a gdy zespół miał próbę, obsługa dostarczyła nam popcorn i coś słodkiego oraz napoje gazowane.

- To idealny kandydat na męża - rzuciła komentarz Vee, która czytała liścik dołączony do naszych przekąsek. - "Miłego oglądania, Thorn. Wiesz, gdzie śpię, gdybyś w nocy zatęskniła za pieszczotami". Puszczająca oczko buźka. - Uśmiechnęła się. - Czy to jakieś zaszyfrowane zaproszenie na seks?

Zachichotałam i wzruszyłam ramionami.

- Z Rhettem nigdy nic nie wiadomo - zażartowałam. Wiedziałam, co miał na myśli. - Rhetta również dręczą koszmary - powiedziałam już bardziej poważnie. - A raczej po prostu trudno mu zasnąć.

- Do bani. Reakcja na traumę? - Vee wykrzywiła usta w wyrazie współczucia.

- Tak myślę - potwierdziłam. - Nie mówi zbyt wiele o swojej przeszłości, ale z urywków, które słyszałam od chłopaków, wnioskuję, że zmusza się do płytkiego snu, jakby cały czas czekał, aż stanie się coś złego.

Moja nowa przyjaciółka westchnęła ze smutkiem, po czym wślizgnęła się na swoje łóżko.

- To okropne. Sprawia wrażenie wyluzowanego gościa, który ma wszystko w dupie. Niczym seksowny golden retriever w ludzkiej postaci.

Zmarszczyłam lekko brwi. Ja nigdy nie odbierałam go w taki sposób. Od zawsze widziałam w jego oczach ból i cienie przyczepione do jego pleców. Od pierwszego spotkania dostrzegłam w nim bratnią duszę, a on żartował, że już kiedyś, w innym życiu, musieliśmy się na siebie natknąć. Naprawdę tak to wyglądało, ale to raczej krzywdy, ktorych doświadczyliśmy, sprawiały, że nadawaliśmy na tych samych falach.

- Dobra. - Postanowiłam rozluźnić atmosferę. - Skoro Rhett to golden retriever, z czym tak przy okazji się nie zgadzam, to jakie zwierzęta pasują do pozostałych?

Vee udawała, że bardzo intensywnie się nad tym zastanawia, po czym pstryknęła palcami.

- Okej. Jace to pantera albo jakiś egzotyczny gatunek dzikiego kota. Piękny i elegancki, ale z pazurami i kłami, którymi by cię rozszarpał, gdybyś próbowała dać mu pstryczka w nos.

Mój własny śmiech tak bardzo mnie zaskoczył, że aż się zakrztusiłam. Ten opis Jace'a nadspodziewanie idealnie do niego pasował.

- Dobre - wychrypiałam między kaszlnięciami. - A Angel?

- Szop - powiedziała bez zastanowienia.

- Serio? - Wytrzeszczyłam oczy.

Skinęła z przekonaniem.

- Ten facet ma duszę szopa pracza: jest rozkoszny jak diabli, ale waleczny i wredny, gotów wydrapać ci oczy, jeżeli spróbujesz coś mu odebrać. Nawet jeżeli to coś nigdy do niego nie należało. - Rzuciła mi znaczące spojrzenie, a ja poczułam, że płoną mi policzki.

Mój niepewny związek z Angelem był tematem, którego na razie wolałam nie poruszać, a już na pewno nie w rozmowie z jego olśniewającą, życzliwą żoną. Tak więc, żeby nasza rozmowa w dalszym ciągu miała beztroski charakter, automatycznie zapytałam o kolejną rzecz, która przyszła mi do głowy.

- A Gray? - Skrzywiłam się. Sam dźwięk jego imienia pogorszył mi nastrój.

- King Kong - odparła Vee, nieświadoma lub celowo unikająca zauważenia zmiany w moim humorze. - Stworzony do przemocy i destrukcji, zbudowany, by zabijać, ale o złotym sercu. Zrobiłby wszystko, by obronić swoją Ann Darrow, nawet jeśli jego zdolności do tworzenia związków są na poziomie przerośniętej małpy.

Wow. Spojrzałam na narzutę.

- Kurwa - wyszeptałam. - No i znowu płaczę. - Łzy płynęły mi po twarzy pomimo tego, że bardzo starałam się je powstrzymać.

Vee rzuciła się, by mnie przytulić.

- Przepraszam, Billie! Nie płacz. Chciałam cię tylko rozweselić. Kiepsko mi to wychodzi - szeptała, gładząc mnie po włosach, a to sprawiło, że znów się uśmiechnęłam.

- W porządku, nic mi nie jest. Porozmawiajmy przez chwilę o czymś innym niż Bellerose. Kontaktowałaś się w ogóle z Gianą? - Nie zapomniałam o jej dziewczynie, którą wysłano do jakiejś kryjówki po tym, jak Vee ledwo uszła z życiem.

Ze smutkiem potrząsnęła głową, po czym wróciła na swoje łóżko.

- Nie. Chciałam to zrobić. Gdy zobaczyłam plan trasy, pomyślałam, że być może... Ale ona jest teraz bezpieczna i chcę, żeby tak pozostało, przynajmniej do czasu, aż sprawy między Riccimi a moim ojcem nieco się uspokoją. Bardzo w jego stylu byłoby porwać ją i zgwałcić, byleby mnie skrzywdzić. Nie mogę ryzykować.

Zdegustowana, zmarszczyłam nos.

- Czy wszystkie mafijne rodziny są takie...

- Okrutne? Żądne władzy? Mizoginistyczne? - Wymieniła wszystkie epitety, o których sama pomyślałam. - Tak. Mniej więcej. Na ich czele stoją mężczyźni, których wychowano w przekonaniu, że są najlepsi, że nikt nie jest nawet w stanie im dorównać. Władza jest wszystkim, a strach najlepszym motywatorem. Czy istnieje lepszy sposób, żeby kontrolować swoją córkę lesbijkę, niż zagrozić jej gwałtem?

- To ohydne. - W gardle paliła mnie żółć. - Jesteś jego dzieckiem.

- Nie. - Vee potrząsnęła głową. - Jestem jego porażką. Miałam starszego brata, który był dumą naszego ojca. Męski następca. Ale kiedy skończyłam cztery lata, a Matt dwanaście, zastrzelił go rywalizujący z nami gang, który próbował przejąć interesy ojca.

Wciągnęłam powietrze, wizja świata, w jakim wychowała się Vee, złamała mi serce.

- Pomimo starań mojego ojca, a wierz mi, że robił, co mógł, nie spłodził syna. Zostałam mu tylko ja. Więc jego jedyną szansą było zaaranżowanie korzystnego małżeństwa, które mogłoby wzmocnić rodzinę w inny sposób. - Jej uśmiech zdawał się ciepły i wcale nie było w nim żalu, który ja bym odczuwała na jej miejscu. - Wygrałam los na mafijnej małżeńskiej loterii, gdy trafiłam na A.

Miała rację.

- Co zamierzasz zrobić, gdy już będzie po wszystkim? Zaczniesz gdzieś nowe życie z Gianą?

Zastanawiała się nad odpowiedzią, po czym lekko potrząsnęła głową.

- Nie. Mafię mam we krwi. Moja przyszłość jest w Sienie, na dobre i na złe. Muszę postawić na A i liczyć na to, że uda mu się wprowadzić jakieś pozytywne zmiany.

Tego się nie spodziewałam, ale nawet jeśli ja bym tak nie zrobiła, nie oznaczało, że była w błędzie. Okazała się po prostu odważniejsza i silniejsza, niż wygląda.

Zabrałyśmy się do oglądania filmów i zasnęłyśmy wśród rozrzuconego popcornu. Gdy obudziłyśmy się późnym rankiem następnego dnia, rozgnieciony popcorn wbijał mi się w policzek, więc zaczęłam jęczeć, jaki to straszny ból, a Vee się ze mnie naśmiewała.

Nie wybierała się na koncert, bała się, że zobaczą ją bandziory Riccich i doniosą do przywódcy Altissimosów, ale pomogła mi się wyszykować. Część mnie miała ochotę ponownie wczołgać się do łóżka i dalej zacieśniać babskie więzi, ale nie chciałam przegapić koncertu. To miał być pierwszy występ Angela jako członka Bellerose, a ja nie mogłam się tego doczekać.

Nie miałam zamiaru przegapić koncertu, ale nie planowałam być na nim dłużej, niż to konieczne. Nie, kiedy popękane fragmenty wspomnień wciąż głośno przypominały mi o tym, że to Grayson zabił moich rodziców, próbował zabić mnie i w rezultacie zabił moje dziecko. Dałam więc sobie spokój z próbą dźwięku i ochroniarz zawiózł mnie na miejsce, gdy chłopcy wchodzili na scenę po zespole, który był ich supportem.

Rhett zajął już swoje miejsce, gdy dostrzegł mnie za kulisami. Bez zastanowienia podbiegł do mnie.

- Czy nie powinniście właśnie zaczynać? - wybełkotałam i wskazałam na Jace'a, który sięgał już po mikrofon i skandującemu tłumowi zadawał pytanie: "Jak się masz, Dublin?"

Rhett jedynie uśmiechnął się znacząco i ujął w dłonie moją twarz, gitara zwisała luźno u jego boku.

- Hej, kochanie - powiedział niskim głosem. - Tęskniłem za tobą.

Sposób, w jaki mnie pocałował, sprawił, że prawie zapomniałam, gdzie jesteśmy, a moje ciało w jego ramionach na chwilę zrobiło się wiotkie. Ale głośny łomot bębnów Graysona sprowadził nas na ziemię, a ja lekko odepchnęłam Rhetta.

- Idź - rozkazałam ze śmiechem. - Rób muzę, Zep. Jesteś gwiazdą rocka, już zapomniałeś?

Przygryzł zębami kolczyk w wardze, patrzył na mnie wygłodzonym wzrokiem, po czym poprawił kutasa w spodniach, żeby ułożyć go na właściwym miejscu.

- Ciąg dalszy nastąpi, Thorn!

- Ma się rozumieć - zgodziłam się, ale on już wbiegł na scenę z gitarą w ręku.

- Ach, oto i on. Panie i panowie, Rhett Silver... - Jace przeciągał samogłoski, gdy przedstawiał muzyków, a tłum wył i ryczał. - Modnie spóźniony, ale lepiej późno niż wcale, brachu.

Rhett uśmiechnął się szeroko i pokazał Jace'owi środkowy palec. Pieprzone gwiazdy rocka.

Wśród ogłuszających wrzasków Jace przedstawił Angela, po czym poprosił o chwilę ciszy, żeby uczcić pamięć Flo. Można było usłyszeć sporo płaczących fanów, a mnie żal ścisnął w piersi. Zasługiwała na lepszy koniec. W pamięci nadal miałam obraz chwili, w której została zamordowana. To, z jaką łatwością tamten nóż przejechał po jej gardle. Krew. Mnóstwo krwi.

Objęłam się ramionami, usiadłam na jednej ze skrzyń ze sprzętem, a Bellerose zaczęli pierwszy kawałek. Był to jeden ze starszych numerów, który słyszałam podczas prób w domu Graysona, ale tym razem coś z nim było nie tak.

- Co to, kurwa, ma być? - zapytał ktoś obok mnie. Popatrzyłam na Hannah, nową managerkę trasy, wpatrującą się w scenę. Rzuciła mi szybkie spojrzenie, po czym westchnęła: - Cholera jasna.

- Co się dzieje? - Zmarszczyłam brwi.

- Kompletnie się pogubili. Grayson zaczął wcześniej niż zwykle, a Angelo nie nadąża. Rhett i Jace są zdezorientowani i próbują jakoś to wyprostować. To pieprzony chaos, ale jakoś mnie to nie dziwi po takim locie. - Spojrzała na mnie tak znacząco, że nie miałam wątpliwości, że za taki stan Bellerose po części wini mnie. Nie była zła ani mnie nie oskarżała, ale fakty to fakty.

Nie byłam pewna, jak mogłabym pomóc, więc po prostu podciągnęłam kolana i próbowałam się cieszyć muzyką. Ale teraz, gdy Hanna wypunktowała ich błędy, nie potrafiłam nie zwracać na nie uwagi.

Wydawało mi się, że się zgrali po kilku piosenkach i odnaleźli rytm, a atmosfera panująca na koncercie wyraźnie się poprawiła. Ale podczas Sweet Destruction znów się pogubili. Grayson uderzający w perkusję był obrazem frustracji, a Angelo sprawiał wrażenie, jakby rywalizował z Rhettem o względy fanów. To było żenujące i nie tylko ja zwróciłam na to uwagę.

Jace stracił cierpliwość i gdy utwór się skończył, ogłosił krótką przerwę. Nie było jej w planach, ale on po prostu odłożył mikrofon i zszedł ze sceny, a ekipa w popłochu gasiła reflektory i wyciszała dźwięk.

Zeszli ze sceny po przeciwnej stronie, więc nie słyszałam, jak wkurwiony ciskał się do reszty zespołu. Jednak bazując na jego wkurzonych gestach, miałam jakiś obraz. Rozejrzał się po scenie i napotkał mój wzrok, a jego słowa ucichły.

Wzruszyłam ramionami i posłałam mu pełne współczucia spojrzenie. Coś w stylu... Przykro mi, że twój zespół daje gówniany występ, to wina Graysona. Ale... zbierz się do kupy, Jace! To twój zespół, skop im tyłki i zrób coś, żeby się zgrali!

Patrzył na mnie w napięciu przez krótką chwilę, po czym się uśmiechnął i skinął. Dziękuję, powiedział bezgłośnie, a ja poczułam, jak ogarnia mnie fala dezorientacji. Za co mi dziękował? Jace już odwrócił się do zespołu i z widoczną ekscytacją wydawał im polecenia. Wszyscy spojrzeli w moją stronę, a ja poczułam, że po plecach spływa mi strużka niepokoju. Co się, kurwa, właśnie wydarzyło?

- Jace! - zawołałam, gdy już wrócili na scenę. Miałam złe przeczucia.

Posłał mi szeroki uśmiech.

- Panuję nad tym, Rose! - krzyknął w odpowiedzi.

Następnie zasygnalizował ekipie, żeby włączyli reflektory, a Grayson zaczął wystukiwać rytm, którego nie znałam. Czy to jakaś nowa piosenka? Może coś, nad czym pracował z Rhettem, gdy byłam w szpitalu?

Ale gdy Rhett wszedł ze swoją gitarą, świadomość, że rozpoznaję tę melodię, uderzyła mnie niczym fala przypływu. Opadła mi szczęka, a niedowierzanie wyssało całe powietrze z płuc.

- To coś nowego - powiedziała zdezorientowana Hannah, zmarszczyła brwi. - Podoba mi się, ale Brenda nie mówiła, że zamierzają pokazać coś z nowego albumu.

Przeczesałam palcami włosy, ze złością pociągałam za kosmyki.

- Nie! - zaprotestowałam przerażonym głosem. - To nie jest ich pieprzona piosenka! - Ale moja. Ta, którą zaczęłam w tamtej przyczepie w lesie. Ta, o której wyraźnie powiedziałam Jace'owi, że jej nie dostanie.

Co za skurwiel!

Zamorduję go. Jace Adams, już spoczywa w pokoju. Zabity przez Billie.

22: Angelo

Jace miał szczęście, że wykazywałem się świetnym słuchem muzycznym. Zaledwie kilka sekund zajęło mi odnalezienie się w piosence, której, kurwa, nigdy wcześniej nie słyszałem. Po raz pierwszy tego wieczoru byłem wdzięczny, że nie jestem wiodącym gitarzystą. To by była katastrofa. Jeszcze większa niż te kilka innych utworów, które już zagraliśmy.

Jednak pomimo tych wtop, dziś zaliczonych, był to jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu. Intensywność wejścia na scenę i stanięcia przed tysiącami skandujących moje imię ludzi, ponieważ najwyraźniej na jakimś blogu już krążyły plotki o moim udziale, była czymś więcej, niż to, co kiedykolwiek potrafiłem sobie wyobrazić.

Spędziłem wiele czasu na rozważaniach, jak potoczyłoby mi się życie, gdybym razem z Jace'em podążył za swoimi marzeniami. Moje wizje w znacznym stopniu przypominały to, co działo się teraz, muzyka, koncerty, okrzyki fanów... i Billie, która czeka na nas za kulisami.

Ta część o Billie zawsze wiązała się ze słodko-gorzkimi wspomnieniami i marzeniami. Billie, Jace i ja stanowiliśmy trio, razem byliśmy silniejsi, a to, że przez niedostrzeganie prawdy zmarnowaliśmy całe lata, mieszało mi w głowie. Żyjąc osobno, żyliśmy tylko w połowie, co teraz było tak oczywiste jak nigdy wcześniej. Teraz, gdy znów byliśmy razem.

Gdy skończyliśmy tę piosenkę, stało się jasne, że Jace właśnie upublicznił kolejny hit Bellerose. Tłum oszalał, domagał się powtórki, a nawet błagał, gdyż prawie wszyscy zebrani na stadionie zostali rzuceni na kolana. Pod wpływem czystej energii płynącej z tej chwili przeszedł mnie dreszcz, włosy zjeżyły mi się na ramionach.

- Dziękujemy, Dublin! - krzyknął Jace, showman jak zawsze. - To nasz nowy numer, Desperate to Save, i będzie to pierwszy singiel na naszym nowym albumie. Jeżeli chcecie go znów usłyszeć, wiecie, gdzie go znaleźć.

Krzyki były ogłuszające, a moje palce wędrowały po strunach, tworzyły muzyczny podkład. Chwilę później przyłączyli się do mnie pozostali, nadali melodii osobisty wydźwięk i kurwa... razem potrafiliśmy tworzyć piękną muzykę, pod warunkiem że nie skakaliśmy sobie do gardeł. Nawet Grayson sprawiał wrażenie bardziej odprężonego i wreszcie poluzował śmiertelny uścisk, którym trzymał pałeczki.

Rhett nadał kierunek i płynnie wprowadził nas w inny przebój Bellerose, jeden z ich starszych numerów, ale z pewnością uwielbiany przez tłum. Tym razem żaden z nas nie stracił cholernego rytmu. Odnaleźliśmy go i teraz nasza muzyka brzmiała tak, jakbyśmy grali ze sobą całe życie.

Jace spojrzał na mnie i przysięgam, że gdy toczył wewnętrzną walkę o zachowanie spokoju, głos tego wielkiego drania stał się jeszcze bardziej aksamitny.

Był wzruszony. Ja również.

To spełnienie marzeń dwóch chłopców, a my byliśmy już mężczyznami.

Kiedy koncert dobiegł końca, nigdy wcześniej nie czułem takiej adrenaliny. Po wykonaniu bisu, gdy zeszliśmy ze sceny, a okrzyki nie ustawały, jakby nie było widać końca, ja jako pierwszy znalazłem się przy Billie. Po tym, jak przekazałem gitarę pracownikowi obsługi, w ciągu kilku sekund już trzymałem Billie w uścisku, owinąłem się wokół niej i wydałem z siebie okrzyk:

- Cholera! Cholera jasna!

Obracałem się z nią w ramionach, dzięki buzującej we mnie adrenalinie nie czułem bólu w kolanie. Billie zaśmiała się gardłowo i trzepnęła mnie w ramię.

- Przestań, Angel! Jeżeli nie przestaniesz, to zwymiotuję. Nie mówiąc już o tym, że nadal jesteś kontuzjowany.

Zwolniłem, choć moje tętno wariowało, i odsunąłem się, żeby spojrzeć na jej piękną twarz. Piękną, zmęczoną i przepełnioną całym smutkiem tego świata.

- Byliście niesamowici - powiedziała, zanim zdążyłem spytać, czy dobrze się czuje, jakkolwiek głupio by to zabrzmiało. - Czekałam całe życie, żeby zobaczyć was obu na scenie, i szczerze, było to o wiele lepsze, niż marzyłam.

- Dla mnie też, Bella - powiedziałem, trzymałem ją w taki sposób, że mogłem zetrzeć łzę, która popłynęła z kącika jej oka. Pochyliłem się, pocałowałem ją w policzek i spytałem szeptem: "Chcesz, żebym go zabił? Znam odpowiednich ludzi".

Parsknęła śmiechem przez łzy.

- Idiota. To ty jesteś tymi ludźmi.

Mojej uwadze nie umknął fakt, że nie odrzuciła mojej oferty pozbycia się Graysona, ale znałem ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że pomimo złości, jaką do niego czuła, tak naprawdę kochała tego dupka i gdyby zniknął z powierzchni ziemi, jakaś cząstka jej umarłaby razem z nim. Z tego powodu i z powodu szacunku, jakim go darzyłem, nie miałem zamiaru ingerować. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Billie wierciła się w moim uścisku, więc niechętnie, ale ją puściłem. Od chwili gdy ocknąłem się w szpitalu, nie potrafiłem już się od niej odsunąć, a czas spędzony z nią w samolocie dodatkowo pogorszył sprawę. Miałem wrażenie, że znów jest moja, i kurwa, wypuszczenie jej, zwłaszcza że rzuciła się prosto w objęcia Rhetta, rozrywało mnie od środka.

Na ramieniu poczułem czyjąś dłoń.

- W porządku, bracie. Znam to uczucie. - Jace uśmiechnął się jeszcze szerzej. - I chociaż twoje cierpienie sprawia mi radość, ja też cierpię, więc nie będę cię dołował.

- Dziś w nocy to ty będziesz walił konia - warknąłem, bo czułem wzbierającą we mnie złość.

- Myślisz, kurwa, że tego nie wiem - jęknął Jace, po czym potrząsnął głową i odwrócił wzrok od Billie. - Ale tak serio, to dzięki za dziś. Nigdy nie dopuszczałem do siebie myśli, że moglibyśmy wystąpić razem na scenie, bo i tak już zbyt wiele moich marzeń legło w gruzach. Ale, kurwa... to było lepsze, niż się spodziewałem.

Jego słowa sprawiły, że znów poczułem ekscytację, potarłem dłonią twarz i próbowałem wziąć się w garść.

- Dla mnie to spełnienie marzeń. Ojciec prawdopodobnie spróbuje mnie za to zabić, ale drugi raz zrobiłbym dokładnie tak samo, bez względu na konsekwencje.

- Coś wymyślimy, jeżeli chodzi o Giovanniego - powiedział Jace, już z bardziej markotnym wyrazem twarzy.

Nigdy nie przepadał za moim ojcem i wzajemnie. Ale Jace nie był już naiwnym dzieciakiem. Teraz stał się bogaty i sławny i miał również sporo możliwości. To nie będzie wyrównana walka, ale ze mną u boku szanse zdawały się dużo większe niż kiedykolwiek.

Gdy skończymy trasę, warto się nad tym zastanowić.

Świętowanie za kulisami zrobiło się wręcz ogłuszające. Billie była w samym jego centrum, a gdy ogarniała ją coraz większa ekscytacja, ciemne chmury, które zebrały się w jej oczach, zanikały, do czego częściowo przyczynił się też Grayson, który ulotnił się zaraz po tym, jak zszedł ze sceny.

- Dziś impreza! - krzyknął Jace z butelką szampana w dłoni, usunął korek, trunek wystrzelił w powietrze. - W klubie Lovin' mamy przygotowany sektor dla VIP-ów. Za dwie godziny limuzyny odbiorą nas z hotelu i tam zawiozą.

Napił się z butelki, po czym podał ją mnie, a ja pomimo wstrętu do tego pseudoalkoholu, wziąłem łyk. Dziś byłem gwiazdą rocka, a przecież ci dranie są niechlujni i wolni.

Po raz pierwszy w życiu miałem zamiar zachowywać się tak samo.

Gdy opuszczaliśmy stadion, z każdej strony oblegli nas fani, a gdy nasze SUV-y oddalały się z dużą prędkością, ludzie wrzeszczeli i próbowali przeskoczyć przez barierki.

- Cholera jasna - powiedziałem, zaskoczony. Jace, Rhett i Billie, z którymi jechałem, zareagowali śmiechem. - Czy to zawsze tak wygląda?

- Za każdym pieprzonym razem. To jak zastrzyk prosto w moje serce i cholernego kutasa. - Jace odrzucił do tyłu głowę i się wyszczerzył, wziął kolejny łyk z butelki.

- No cóż - prychnęła Billie. - To chyba wyjaśnia scenę, której byłam świadkiem, gdy tamtego wieczoru po raz pierwszy znalazłam się w waszym hotelowym apartamencie. Laska miała taki głos, że trudno go zapomnieć. - Zaśmiała się gardłowo, po czym tonem o bardziej zmysłowej barwie dodała: - "Jace, och Jace. Pieprz mnie, pieprz mnie, ty cholerna gwiazdo rocka".

Ostatnie słowa Billie zagłuszył głośny śmiech Rhetta, a Jace jedynie potrząsnął głową.

- Cóż mogę powiedzieć, groupies uwielbiają kutasy. A mówiąc ściślej, kutasa Jace'a.

- Fakt, że mówisz o sobie w trzeciej osobie - wtrąciłem oschle - świadczy o tym, że zbyt długo jesteś sławny. Ktoś musi spuścić ci łomot.

- Tylko spróbuj, dupku - odgryzł się, a ja, zamiast go stłuc, walczyłem ze sobą, żeby go nie objąć. To, że znów miałem przy sobie najlepszego przyjaciela, choć jego ego było wielkości stadionu, na którym właśnie zagraliśmy, trochę mnie rozwaliło.

Jace dokończył butelkę i rzucił ją na podłogę, po czym otworzył niewielki panel pośrodku samochodu, z którego wyjął karafkę i cztery kryształowe szklanki.

- Musimy wznieść dzisiaj toast - powiedział i polewał whisky. - Od dawna na to czekałem, a dziś naprawdę wymiataliśmy.

- A ja powinnam cię zabić - powiedziała krótko Billie, gdy wzięła do ręki swoją szklankę. - Wykorzystałeś moją pieprzoną piosenkę bez mojego pozwolenia. Wyraźnie ci powiedziałam, że nie możesz jej sobie wziąć.

Jace się obrócił, żeby zmierzyć się z jej gniewnym spojrzeniem.

- Co? A co z tamtą chwilą podczas koncertu? Wtedy dałaś mi pozwolenie.

Billie zakrztusiła się pierwszym łykiem drogiej whisky. Ja już się napiłem i wiedziałem, że wchodzi gładko, więc to słowa Jace'a musiały wywołać w niej taką reakcję.

- O jakiej chwili mówisz? Spojrzałeś na mnie, a ja tylko chciałam wyrazić swoje współczucie i zmotywować cię, żebyś jakoś ogarnął swój pieprzony zespół.

- Właśnie! - krzyknął Jace. - Ogarnął. I tak zrobiłem, więc dzięki za pomoc. Gratulacje, stworzyłaś kolejny hit.

- Dostaniesz wyłączne prawa autorskie do tego numeru - dodał Rhett i się pochylił, by wziąć szklankę. - Nasza dziewczyna jest zdolną jak cholera kompozytorką.

- Naprawdę kocham tę część muzyki. - Billie uśmiechnęła się do niego, jej złość nieco zelżała. - Nie wyobrażam sobie jednak, żebym miała wejść na scenę tak jak wy. Trema prawdopodobnie by mnie zabiła.

Rhett uniósł szklankę, a my zrobiliśmy to samo i stuknęliśmy się z nim.

- Nie, to jest w tym wszystkim najlepsze. To jak odlot bez dragów. Niczego nie da się z tym porównać. - Na chwilę umilkł, po czym puścił do Billie oczko. - No może oprócz bycia wewn...

Jace warknął i przywalił z pięści swojemu kumplowi z zespołu. Whisky rozlała się po samochodzie, ale nikt nie zwracał uwagi na tę ich szamotaninę. Billie jedynie potrząsnęła głową i się odsunęła, żeby im nie przeszkadzać. Obydwoje sączyliśmy swoje drinki, a ja poczułem ulgę, że szampan poszedł w odstawkę. Przynajmniej na razie.

- Nuda nam nie grozi - zauważyłem, a Billie uśmiechnęła się sentymentalnie i wyglądała na rozbawioną.

- I mnie to mówisz?. Nie masz pojęcia, w co się wpakowałeś.

Nie miałem, ale część mnie liczyła na to, że to się wkrótce zmieni.

Wjechaliśmy na strzeżony parking podziemny, otoczeni samochodami ochroniarzy. Fani nie mieli tu dostępu, ale mimo to nikt nie chciał ryzykować.

Zdążyłem się już rozejrzeć, z mojej perspektywy wyglądało, że jest bezpiecznie, ale to nie znaczyło, że nie miałem broni, w razie, gdybym musiał jej użyć. W kwestii własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa osób, które kocham, nie ufałem nikomu innemu, ale wiedziałem, że o ile dobrze znam Graysona, już wcześniej sprawdził parking.

Jak nigdy dotąd teraz nie groziło nam żadne niebezpieczeństwo.

- Spotkamy się tutaj za godzinę - powiedział Jace, gdy dotarliśmy do części wspólnej jego apartamentu. - W klubie Lovin' już na nas czekają.

Rhett wziął Billie na ręce i zaniósł ją do swojego pokoju, po drodze krzyknął: "Na nas nie czekajcie!".

- Wywlokę cię stamtąd za twoje pieprzone jaja, stary. Nie spóźnij się! - krzyknął za nim Jace.

- Jak zawsze ciągnie cię do moich jaj - zaśmiał się Rhett i zatrzasnął za sobą drzwi.

Mamroczący coś pod nosem Jace udał się do swojego pokoju, a ja wyruszyłem na poszukiwania Vee. Byłem odpowiedzialny za jej bezpieczeństwo.

Gdy podszedłem pod jej pokój, ochroniarze zrobili mi przejście, więc wszedłem bez pukania. Vee leżała na łóżku, ale kiedy zamknąłem za sobą drzwi, aż podskoczyła.

- A! - krzyknęła i rzuciła się na mnie. Z łatwością ją złapałem, pozwoliłem jej się uścisnąć, po czym postawiłem ją na podłodze. - Billie dzwoniła do mnie na wideochacie podczas niektórych waszych piosenek i, cholera, to było niesamowite. Jestem z ciebie tak ogromnie dumna.

Kurwa. Zaczynałem rozumieć, co miał na myśli Rhett, kiedy mówił, że to jak odlot bez dragów.

- Dzięki, Vee. Tak, to było niesamowite. Nie będę kłamać, praca dla mojego ojca nigdy nie dała mi takiego haju.

Vee poprowadziła mnie w stronę łóżka i zmusiła, bym usiadł obok niej.

- Dużo dziś o tym myślałam - powiedziała cicho. - O tym, na jak bardzo szczęśliwego wyglądałeś przez te kilka ostatnich tygodni. Tu jest twoje miejsce, Angelo. To jest życie, jakie zawsze powinieneś był wieść. - Zamilkła na chwilę, po czym spojrzała na mnie spod swoich długich rzęs. - Z Jace'em i Billie.

Nie mogłem z nią polemizować.

- Tak, ale czasami marzenia o tym, co powinno się wydarzyć, to wszystko, co nam zostało, w kontrze do rzeczywistości, w której przyszło nam żyć.

Vee potrząsnęła głową, jej twarz przybrała znajomy uparty wyraz.

- Nie przyjmuję tego do wiadomości. Mnie osobiście odpowiada świat mafii. I uważam, że byłabym świetna jako głowa rodziny, bo mam dużo więcej rozsądku niż reszta razem wzięta. Ale ty z kolei nie masz do tego jaj. Robisz, co trzeba, ale to cię nie kręci. Ciebie kręci bycie członkiem Bellerose. Wymyślę, jak to ze sobą pogodzić. Obiecuję ci to, A.

Przytuliłem ją i głęboko westchnąłem.

- Może i jest jakiś sposób. Jeżeli mądrze to rozegramy, może uda nam się przeorganizować najwyższe szczeble naszych rodzin, oczywiście na naszą korzyść.

Vee klasnęła w dłonie, po czym pocałowała mnie w policzek.

- Czytasz mi w myślach. Teraz mamy chwilę wytchnienia, ukryci tu, w Europie. A skoro oni myślą, że wygrali, proponuję, żebyśmy wykorzystali ten czas na opracowanie jakiegoś planu.

Słowa mojej żony, gdy mówiła, że ma odpowiednie umiejętności, by stać się głową rodu, nie wynikały tylko z jej zarozumialstwa. Nigdy nie pozwoliliby na to kobiecie, ale nie znałem nikogo, kto by się lepiej do tego nadawał. Pod maską piękna i dobroci, którą potrafiła założyć, kryła się zimna, wyrachowana i inteligentna istota. Nie bała się pobrudzić sobie rąk, a w strzelaniu biła mnie na głowę. Ci starzy skurwiele, kontrolujący nasze życia, nie mieli pojęcia, z kim zadarli, gdy próbowali ją zabić i zniszczyć resztki jej lojalności.

Nie mieli bladego pojęcia.

23: Billie

Dzisiejszy wieczór był jak spełnienie marzeń. Marzeń sprzed miliona lat, gdy była pewna, że moja przyszłość będzie się wiązać z Jace'em i Angelem. Że będę ich najlepszą przyjaciółką, kochanką, żoną... że będę ich na zawsze.

Oczywiście to "na zawsze" okazało się znacznie krótsze, niż się spodziewałam, ale dziś miałam wrażenie, że lata naszej rozłąki nigdy nie miały miejsca. Gdyby nie ta gówniana sprawa z Graysonem, który zniknął gdzieś po koncercie, a pomimo złości, jaką do niego czułam, nie podobało mi się to, że nie wiem, gdzie jest, wówczas byłabym dziś najszczęśliwszą laską w Dublinie.

- Jesteś gotowa, kochanie?! - zawołał zza drzwi Rhett, a ja nałożyłam na usta ostatnią warstwę czerwieni i jeszcze raz zerknęłam na swoje odbicie.

Na wieczór wybrałam krótką, obcisłą, czerwoną sukienkę, która podkreślała moje kształty. Jej intensywny kolor, kojarzący mi się z Bożym Narodzeniem, miał mnie wyróżniać z tłumu. W Dublinie było mroźnie, więc włożyłam też czarne kozaki za kolano i długą, czarną kurtkę, którą zamierzałam zrzucić, gdy przyjedziemy do klubu.

Zakręcone włosy swobodnie opadały mi na plecy, nałożyłam mocniejszy niż zwykle makijaż, począwszy od ciemnego cienia do powiek, a skończywszy na jaskrawej czerwieni ust, która współgrała z moją sukienką. Wyglądałam zabójczo i na dodatek byłam na tyle obeznana z tajnikami terapii, żeby wiedzieć, że istniało całe mnóstwo powodów, dla których potrzebowałam tej ekstra zbroi. Powodów, których nie miałam ochoty dziś roztrząsać, ponieważ zamierzałam się wyluzować i dobrze bawić.

- Gotowa - oznajmiłam i otworzyłam drzwi.

Obok umywalki zostawiłam kosmetyki do makijażu i do włosów, których nie uprzątnęłam, ale wiedziałam, że Rhett nie będzie miał nic przeciwko, bo sam posiadał ich więcej niż ja. Głównie tych do swojego irokeza.

Gdy w drzwiach stanął Rhett, o mało co nie parsknęłam śmiechem na widok komicznej pozy, w której zastygł, z otwartymi szeroko ustami.

- Jezu - jęknął. - Billie, chyba chcesz mnie zabić.

Mój śmiech był szczery, ale dziwnie było czuć się szczęśliwą po tylu dniach smutku. To mi przypomniało, że od czasu do czasu wskazane jest, by odsunąć troski na bok i cieszyć się chwilą. Życie jest za krótkie, by tego nie robić.

- Sam wyglądasz całkiem apetycznie - zamruczałam i przyjrzałam się jego butom, czarnym, podartym jeansom i czarnej koszulce z logo zespołu, która była na tyle obcisła, że uwydatniała jego mięśnie.

Ruszyłam w jego stronę, obcasami stukałam o wyłożoną kafelkami podłogę, lecz ten dźwięk ucichł, gdy znalazłam się na dywanie. Rhett znacznie przewyższał mnie wzrostem, więc pochylił głowę, by mnie pocałować. Kiedy się odsunął, przez chwilę nie mogłam złapać tchu. Ucieszyłam się, że moja supertrwała pomadka spełniła swoje zadanie.

- Wszyscy już gotowi? - spytałam.

Rhett zwlekał z odpowiedzią, pożerał wzrokiem moją dopasowaną sukienkę, po czym westchnął głęboko i przeczesał dłonią irokeza, zmierzwił go przy tym nieco.

- Gotowi - powiedział wreszcie. - Ale chyba bardziej kusi mnie, by poimprezować tu z tobą.

Cholera. Ten gość wie, jak połechtać ego dziewczyny.

- Później będzie na to mnóstwo czasu - przypomniałam mu i mocniej się o niego otarłam. - Dzisiaj chcę się upić, tańczyć i zapomnieć o tych kilku ostatnich dniach. - I latach.

- Załatwione, kochanie - powiedział i objął ramieniem tak, że prawie zaniósł mnie w stronę drzwi. - Taniec jest drugą najlepszą rzeczą po seksie. Zamierzam cieszyć się i tym, i tym.

Cholera, ja też.

Gdy znaleźliśmy się w głównym holu, zdziwiłam się na widok stojącej tam samotnie Vee. Oczywiście na tyle samotnie, na ile można się czuć w towarzystwie około tuzina ochroniarzy.

Ubrana w sukienkę do kolan, równie dopasowaną jak moja, ale jej czarny kolor nie przyciągał wzroku. Ciemne włosy układały się w idealne loki, miała również mocny makijaż.

Przytuliłam ją i powiedziałam:

- Wyglądasz zabójczo, ale nie obawiasz się, że ktoś cię rozpozna?

Odwzajemniła mój uścisk.

- Ostatnio uznałam, że życie jest za krótkie, by cały czas się ukrywać - powiedziała szybko, po czym się odsunęła i spojrzała na mój strój. - To ty wyglądasz obłędnie! Chłopcy będą mieć dziś pełne ręce roboty, by utrzymać innych z daleka od ciebie.

Jace, który wyłonił się ze swojego pokoju w samą porę, żeby to usłyszeć, zaśmiał się chrypliwie.

- Robimy to, odkąd Billie skończyła czternaście lat i urosły jej cycki.

Dupek.

- Jeżeli mnie pamięć nie myli, to moje cycki interesowały tylko ciebie i Angela.

- Chcieliśmy, żebyś tak myślała - wymamrotał i podszedł bliżej.

Vee usunęła mu się z drogi, tak więc miałam przed sobą tylko Jace'a. Rhett też odsunął się na bok, jakby nie chciał zakłócać intymności tej chwili.

Na myśl o obecności Jace'a, jak zwykle zakręciło mi się w głowie, wręcz zmuszałam się, żeby odwrócić wzrok od tego apetycznie wyglądającego faceta. Próbowałam, ale poległam. Był ubrany na czarno, tak jak Rhett, włożył nawet czarne wysokie buty, dzięki którym wydawał się wyższy. Miał na sobie ciemne, wytarte jeansy, koszulę z długimi rękawami, które podwinął na przedramionach, więc wszyscy mogliśmy podziwiać jego idealnie umięśnioną i opaloną skórę. Jasne, zmierzwione włosy kontrastowały z jego ciemnym strojem.

Drań, używał swojego seksapilu jako broni.

Samo stanie przy nim było zarówno bolesnym, jak i pięknym doświadczeniem.

Gdy się pochylił i pocałował mnie w policzek, wstrzymałam oddech niczym nastolatka.

- Trochę mi zejdzie, zanim się do tego przyzwyczaję - wyszeptałam, gdy się odsunął, na moim policzku zostawił uczucie mrowienia.

- Mamy czas - przypomniał mi.

Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, a między nami przepłynęło całe morze emocji. Cokolwiek zaszło w samolocie po moim załamaniu, całkowicie zmieniło nastawienie Jace'a wobec mnie. Wobec nas. Znów był moim Jace'em.

Przerażało mnie jednak, że miałabym znów ulec jego urokowi. Nie przeżyłabym przecież ponownego rozstania. Wszystko, tylko nie to.

Gdy napięcie sprawiło, że miałam nogi jak z waty, on wreszcie dał mi trochę przestrzeni i odwrócił się do pozostałych.

- No dalej, musimy ruszać. Grayson dołączy do nas na miejscu.

Rhett ponownie zajął miejsce przy moim prawym boku, a Angelo wyłonił się z pokoju Vee, świeżo ogolony, w białej koszuli i czarnych spodniach, których nogawki swobodnie opadały na jego eleganckie buty. Da się wyrwać człowieka ze szponów mafii, ale najwidoczniej nie da się zmienić jego przyzwyczajeń. Tak jak Jace miał podwinięte rękawy, a ja zaczynałam się ślinić. Winni temu byli ci wszyscy seksowni faceci, którzy mnie otaczali.

Dziś Angelo nie prezentował się jak gwiazda rocka, raczej jak seksowny, niebezpieczny biznesman, co również mnie kręciło.

- Bella - przywitał mnie. - Wyglądasz oszałamiająco. Zawsze ci było do twarzy w czerwonym. - Pochylił się, żeby mnie pocałować, wybrał drugi policzek, nie ten, w który wcześniej pocałował mnie Jace, i zostawił tam kolejne palące piętno.

Dzisiejszy wieczór będzie albo najlepszym w moim życiu, albo kompletnie mnie zniszczy.

Instynkt mówił mi, że kompromisów nie będzie.

Gdy szliśmy w stronę parkingu, otoczeni ochroniarzami, złapałam się na tym, że myślę o Graysonie. Jace powiedział, że spotka się z nami w klucie, a ja nie byłam pewna, co o tym sądzić. Z jednej strony chciałam wiedzieć, gdzie jest i czy nic mu nie grozi, z drugiej chciałam się cieszyć tym wieczorem, a jego obecność sprawi, że będzie to cholernie trudne.

Rhett wziął mnie za rękę, a ja ścisnęłam jego dłoń.

- Moją misją na dziś, Thorn, jest wyłączyć ci myślenie - powiedział cicho, gdy dotarliśmy do drzwi prywatnej windy. - Uwielbiam sposób, w jaki działa twój umysł, ale czasami przeszkadza ci cieszyć się chwilą. Przeszłość i ból do jutra nigdzie nie uciekną, obiecuję, że nie. Dziś świętujemy.

Miał rację, a ja postanowiłam dać z siebie wszystko.

- O ile będziesz przy mnie - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego szeroko, ponieważ tak cholernie mnie uszczęśliwiał. - To będzie niezapomniana noc.

Wydał z siebie cichy jęk, ponownie się pochylił i zacałował mnie na śmierć. Zanim weszliśmy do windy, zimny dotyk jego kolczyka i ciepło języka sprawiły, że zaczęłam się roztapiać.

Gdy już byłam w stanie się znów skupić, Vee posłała mi leniwy uśmiech, a ja zauważyłam, że przyciągałam uwagę nie tylko Rhetta. Angel i Jace również mi się przypatrywali i nagle ta niewielka przestrzeń wnętrza windy jeszcze bardziej się skurczyła.

Dzięki Bogu, że ochroniarze stali zwróceni twarzą w stronę drzwi i nie byli świadomi całego tego testosteronu, który unosił się w powietrzu za ich plecami. Vee przysunęła się i mnie objęła, lekko szturchnęła przy tym Rhetta. Odwróciła się i wyszeptała:

- Nie pociągają mnie mężczyźni, ale to napięcie robi ze mną rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić. To tak, jakby... Zazdroszczę ci tej uwagi i intryguje mnie sposób, w jaki radzisz sobie z całą tą czwórką.

- Trójką - poprawiłam ją. Nie miałam pojęcia, jak kiedykolwiek ponownie mogłabym dojść do takiego etapu z Grayem. Potem wzdrygnęłam się na myśl o tym, jak szybko odzyskałam Angela.

- Skoro tak mówisz, ślicznotko. Skoro tak mówisz. - Vee zachichotała. - Nie bez powodu nazywają się Bellerose. Należą do ciebie.

Należą do ciebie.

Cholera, te słowa jeszcze długo będą mi się tłuc po głowie.

Jazda do klubu Lovin' przebiegła bez zakłóceń, wszyscy skupili się na muzyce, alkoholu i niewielkim skręcie, który Rhett skądś wyczarował i puścił w obieg. Zanim wysiedliśmy i skierowaliśmy się ku bocznemu prywatnemu wejściu, otoczeni chmarą ochroniarzy, czułam się odprężona i jednocześnie nabuzowana.

Zmartwienia zostały w tyle głowy, mocno tam zakotwiczone, a moim celem na dziś było ich stamtąd nie wypuszczać.

Weszliśmy do zatłoczonego klubu. Ochrona i pracownicy zaprowadzili nas na prywatny balkon, który wydzielili tylko dla zespołu. Dostrzegłam tam już wielu pracowników technicznych, ale nigdzie nie widziałam Hannah. Nie byłam pewna, czy tego typu imprezy interesowały tymczasową managerkę trasy. W każdym razie jej nieobecność, a co za tym idzie, brak kontroli nad zespołem, była odważnym krokiem z jej strony.

Być może Brenda uprzedziła ją, że Bellerose źle znieśliby jej ingerencję w ich prywatne życia i że powinna się skupić na tym, żeby trasa przebiegała bez zakłóceń.

Nasz stolik znajdował się zaraz przy krawędzi balkonu, skąd mieliśmy widok na zatłoczony parkiet. W ciemności migały światła, a rytm był ciężki i pulsujący. Poruszałam się w jego rytm, i nie tylko ja, ponieważ Rhett i Jace robili to samo.

Na stoliku, który został skonstruowany jak wielki pojemnik lód, czekała na nas ogromna taca z drinkami, więc chwyciłam butelkę z gotowym drinkiem z wódką, z ulgą, że nadal była szczelnie zamknięta. Ostatnią rzeczą, o jaką miałam ochotę się martwić, były nieobliczalne fanki, próbujące dosypać nam środków odurzających, żeby dobrać się do moich chłopców.

Chłopców Bellerose.

To już kolejne pieprzone sformułowanie, które zadomowiło się w mojej głowie przez ten pieprzony blog.

Rhett usiadł po jednej stronie, Vee po drugiej, a gdy Jace i Angelo zajęli miejsca naprzeciwko mnie, pociągnęłam długi łyk ze szklanej butelki, którą trzymałam w dłoni. Wódka od razu mnie rozgrzała, a cukier, który znajduje się w tego typu napojach, rozpuścił się w mojej krwi tak szybko, że prawie od razu dał mi kopa.

Pierwszy drink wszedł gładko, a ja czułam się zadowolona, gdy wtulałam się w Rhetta, a jednocześnie pieprzyłam wzrokiem Jace'a i Angela, pochłoniętych rozmową. To było nierealne widzieć ich razem jeszcze raz, tak różnych z wyglądu, lecz podobnych pod wieloma względami, począwszy od wzrostu i szerokich barów, a skończywszy na tym szatańskim błysku w oczach, gdy mnie dotykali.

Nie wiedziałam już, co jest prawdą o moich rodzicach. W tej ich kłótni, którą zapamiętałam, było zbyt wiele luk, ale czułam się im wdzięczna za dom, który wybrali. Ten dom i sąsiedzi nadali kształt mojemu losowi i choć jedne doświadczenia były wstrząsająco niszczycielskie, to inne z kolei okazały się wręcz doskonałe.

- Masz ochotę zatańczyć? - spytała nagle Vee, po czym wzięła mnie pod rękę i podciągnęła, zanim zdążyłam odpowiedzieć. - To moja ulubiona piosenka.

Parkiet w sektorze dla VIP-ów był nieco mniejszy i już tańczyło na nim kilka osób, bardziej lub mniej znajomych. Vee prowadziła mnie w jego stronę, a gdy się zbliżyłyśmy, dostrzegłam gigantycznych rozmiarów cień, wsparty o jeden z filarów obok wejścia.

Grayson.

Minęłam go, stojącego z beznamiętnym wyrazem twarzy. Jakiekolwiek uczucie szczęścia, wywołane alkoholem, zniknęło, bo do mojej pamięci wdarły się rozmyte wspomnienia pożaru.

Oderwałam wzrok od Graya i wzięłam kilka głębokich wdechów, podążałam za Vee, choć już praktycznie zapomniałam o tańcu.

- Nie pokazuj mu, że cię to rusza - powiedziała stanowczym tonem, ciągnęła mnie ze sobą i poruszała się w takt muzyki. - Zapomnij dziś o Graysonie i wczuj się w tę pieprzoną piosenkę.

Uniosła ręce, a ja próbowałam się pozbyć napięcia ze sztywnych ramion. Wciąż trzymałam w dłoni drugiego drinka, którego chwyciłam ze stolika, więc jednym haustem wypiłam go do połowy, żeby znów poczuć ekscytację, i w końcu udało mi się ponownie zrelaksować.

- Kurwa, tak! - wrzasnęła Vee, z rękami w górze, zamknęła oczy i kołysała biodrami. - Nie wierzę, że mogłabym umrzeć i przegapić coś takiego.

Mnie też trudno było w to uwierzyć.

Poszłam za jej przykładem, zamknęłam oczy i wzięłam kolejny łyk wódki, gdy opróżniłam butelkę, w końcu złapałam rytm. Na biodrach poczułam czyjeś silne dłonie, a kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że to Angelo przyłączył się do nas w tańcu.

Tak, to było tak samo cholernie dziwne, jak brzmiało.

Z tym, że nawet nie spojrzał na Vee, jego mroczny, ponętny wzrok był zarezerwowany wyłącznie dla mnie.

Zanim się zorientowałam, co, do diabła, wyprawiam, zrobiłam krok w przód i rzuciłam mu się w ramiona.

Tak jak wtedy u Graysona, gdy Angelo wyszedł ze szpitala, obejmowałam go całą sobą, a jęk, który wydał, gdy mnie podniósł, rozpalił we mnie żar.

Żaden alkohol nie byłby w stanie bardziej mnie rozgrzać.

- Bella - powiedział głośno, jego usta wylądowały na moich.

Naszemu ostatniemu pocałunkowi towarzyszył gniew, ale w tym znalazło się tak wiele skrajnych emocji.

Ból, nadzieja pożądanie i... miłość.

Tak jak w przypadku Jace'a, może i żyliśmy osobno, ale miłość nigdy nie zniknęła.

To taki rodzaj miłości na wieki, a przez tych wszystkich facetów wylądowałam w bardzo poważnych tarapatach.

Czy można przeżyć bez serca?

Miałam teraz o wiele więcej do stracenia.

24: Billie

Pocałunek z Angelem trwał jedynie kilka gorących, skradzionych chwil, ale to wystarczyło, by wstrząsnąć mną od środka. Gdy melodia się zmieniła, odsunęliśmy się od siebie, nasze ciała zaczęły kołysać w takt kolejnej piosenki. Wkrótce się zorientowałam, że w tańcu ocieram się o Rhetta, podczas gdy kelnerka serwuje nam shoty. Kiedy ponownie się obróciłam, nigdzie nie dostrzegłam Angela. Ani Vee.

Poczułam, jak nieprzyjemne odczucie niepokoju oplata mi pierś, ale szybko wytłumaczyłam sobie, że po prostu poszli po drinki. Albo do toalety. Albo coś w tym stylu. Poza tym byłam wystarczająco nabuzowana, żeby szybko odpuścić i zatracić się w chwili. Muzyka, światła, alkohol, dłonie Rhetta. Byłam tak uzależniona od jego dotyku, że zapomniałam, gdzie jesteśmy, dopóki lampa błyskowa aparatu nie oświetliła parkietu niedaleko mojej twarzy.

- Cholera - powiedział Rhett. - Powinniśmy spadać. Wzbudzamy zbyt duże zainteresowanie.

Jace siedział sam przy stoliku, z drinkiem w ręce i grymasem na twarzy. Gdy Rhett spytał, dokąd wszyscy poszli, Jace jedynie wzruszył ramionami i dokończył drinka jednym łykiem.

- Koniec na dziś? - spytał i wstał, ciągle z tym gównianym wyrazem twarzy.

Byłam wystarczająco wstawiona, by zacząć kłótnię, ale zwyciężył zdrowy rozsądek, bo przypomniałam sobie te wszystkie aparaty zwrócone w naszą stronę. Ugryzłam się więc w język i pozwoliłam, by wyprowadzili mnie z klubu. Rhett zaborczo zarzucił rękę na moje ramiona.

Gdy podjechał samochód z ochroną, wydawało mi się, że błysnęło jeszcze więcej fleszy, ale może po prostu popadałam w paranoję. Może to tylko zwykłe oświetlenie klubu? Jace pisał coś w telefonie, jego palce fruwały nad ekranem, i czekał, że usiądziemy z Rhettem na tylnym siedzeniu, po czym sam zajął miejsce po mojej drugiej stronie.

- Daj znać pozostałym, że wracamy do hotelu - oznajmił, gdy kierowca ruszał sprzed klubu.

Siedzieliśmy już nie w tej przestronnej limuzynie, która nas tu przywiozła, tylko w zwykłym SUV-ie z przyciemnionymi szybami, co oznaczało, że byłam ściśnięta na malutkiej przestrzeni pomiędzy dwiema ogromnymi, wytatuowanymi, spoconymi gwiazdami rocka.

Czy naprawdę można mnie winić za to, że powróciły wspomnienia tego naszego jedynego w swoim rodzaju trójkącika? Byłam tylko człowiekiem, i to na dodatek wstawionym.

- No i już jesteśmy w Dirty Truths - jęknął Rhett, czym wyrwał mnie z moich sprośnych rozważań. Najwidoczniej sam był myślami gdzie indziej, wpatrywał się gniewnym wzrokiem w telefon. - Tym razem pod wpisem podpisali kogoś, kto podesłał im zdjęcia, więc nadal nie mamy żadnych wskazówek, kto stoi za tym blogiem.

- O czym napisali? - zapytał Jace i włączył swój telefon. - Bellerose dają gówniany występ, a potem imprezują? Nic cieka... - urwał, gdy strona się załadowała. - Och, teraz rozumiem.

- Co? - spytałam i zerknęłam na jego telefon, po czym ciężko westchnęłam. - Ach. To.

Ktoś zrobił zdjęcie mnie i Angelowi w namiętnym uścisku pośrodku parkietu, a tuż obok było kolejne, na którym całowałam się z Rhettem. Zważywszy na moją charakterystyczną sukienkę, było dość oczywiste, że obydwa zdjęcia zrobiono tego samego wieczoru.

- Kurwa mać - wymamrotał Rhett.

Jace nic nie powiedział, po prostu przeniósł swoje ponure spojrzenie na okno. Przez chwilę wydawało mi się, że Rhett jest na mnie zły, ale jednym ściśnięciem mojego kolana, zapewnił, że to post na blogu, a nie mój pocałunek z Angelem, sprawił, że aż trząsł się ze złości.

W drodze do hotelu już żadne z nas się nie odzywało, a gdy kierowca zaparkował samochód przed wejściem, mój świetny alkoholowy nastrój prysnął. Jace wysiadł jako pierwszy, po czym podał mi rękę, żeby pomóc wysiąść. Przyjęłam ją, wdzięczna, że nie będę musiała świecić majtkami przed ewentualnymi ciekawskimi. Moja postać pojawiła się w tylu plotkarskich artykułach, że wystarczy mi do końca życia, bez sięgania po ten klasyczny motyw.

Przynajmniej miałam na sobie majtki.

Gdy weszliśmy do lobby pięciogwiazdkowego hotelu, jakiś rudowłosy gość skinął głową w stronę Rhetta, jakby go znał. Rhett wydał z siebie cichy odgłos zaskoczenia, a następnie pocałował mnie w głowę i powiedział, żebym pojechała na górę z Jace'em. Lekko pchnął nas w kierunku wind, a Jace położył mi dłoń na krzyżu, żebym się nie zatrzymywała.

- Kto to był? - spytałam, gdy weszliśmy do windy, którą otworzył nam boy hotelowy.

- Nie mam pojęcia. Pewnie jakiś diler - powiedział Jace, gdy drzwi się zamknęły.

Rzucił to surowym i zimnym tonem, jakby był na mnie zły. Zmarszczyłam nos i założyłam ręce pod biustem.

- Jaki masz problem, Adams? Przedtem rozpływałeś się we wdzięczności i podziękowaniach za tę piosenkę, a teraz się zachowujesz, jakbym właśnie kopnęła twojego szczeniaka.

Obrócił głowę, powieka aż mu zadrżała z wściekłości. Następnie z całych sił walnął w przycisk awaryjnego zatrzymania, a winda zatrzęsła się i stanęła.

- Ja mam problem?! - krzyknął z niedowierzaniem. - Żartujesz sobie?

Zamrugałam.

- Hmm. Nie? - Coś mi umykało, z pewnością. Może nadal byłam trochę bardziej wstawiona, niż mi się wydawało, ponieważ mój mózg miał problem z poskładaniem puzzli w całość.

- Jesteś nieprawdopodobna! - ryknął i wyrzucił w górę ręce, po czym się odwrócił, by na mnie spojrzeć. Zrobił dwa kroki w przód i znalazł się tuż przy mnie, przez co zmusił mnie bym stanęła w rogu windy. - Naprawdę jesteś tak ślepa, Billie? Naprawdę nie masz pojęcia, dlaczego tak potwornie się wkurwiłem? Żadnego? Nie jesteś przecież głupia, Rose. Wysil się.

Przełknęłam głośno ślinę, nie byłam w stanie oderwać od niego wzroku, którym wpatrywał się niemal prosto w moją duszę. Oblizałam usta i starłam się myśleć racjonalnie. Kiedy to z wyluzowanego i zrelaksowanego gościa stał się ponurym i spiętym facetem? Przez ten blog? Nie, już był marudny, zanim wsiedliśmy do samochodu. Więc coś musiało się wydarzyć w klubie...

- Jesteś wściekły, bo pocałowałam Angela - powiedziałam cichym, niepewnym głosem. Nie mogło chodzić o Rhetta, skoro ten całował mnie cały czas i miał w nosie, kto na nas patrzy. Ale Angel... to było coś nowego. Niespodziewanego, ale nie w złym tego słowa znaczeniu.

- Bingo! - Jace wydał z siebie dziki okrzyk.

- Dlaczego? Co to, kurwa, dla ciebie za różnica? - Zmarszczyłam brew i wybuchłam złością. - A może jesteś taki wkurwiony o to, że zrobiliśmy to publicznie i teraz blog skupia się na moim życiu miłosnym, a nie na twoim numerze niespodziance z nowego albumu? Który, tak przy okazji, kurwa, mi ukradłeś.

- Jezu, Rose! - Jace z wściekłości wykrzywił twarz i walnął pięścią w lustro za moimi plecami. - Nie jesteś przecież tak cholernie naiwna, więc nie pogrywaj ze mną. Robi różnicę, bo... - urwał, westchnął z frustracją, po czym spuścił głowę, wreszcie oderwał palący wzrok od mojej twarzy.

- Jace - wyszeptałam, wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego policzka, czym sprawiłam, że znów na mnie spojrzał. - Nawet nie wiem, na czym stoimy. Od... - Odkąd w samolocie ty i Angelo pocieszaliście mnie tak, jak tylko wy potraficie. Gdy we trójkę przeżywaliśmy ból naszej wspólnej straty i puściliśmy w niepamięć część dawnej urazy...

- Naprawdę nie wiesz, na czym stoimy, Rose? - Jego głos był szorstki i przepełniony bólem. - Tęsknię za tobą. Zawsze tak było. I, kurwa, kiedy patrzyłem, jak całujesz się z Angelem, jakby wszystko zostało wybaczone, jakby te osiem lat nie miało znaczenia, poczułem taką zazdrość, że mógłbym przebić pięścią ścianę. Za każdym razem, gdy muszę patrzeć, jak Rhett cię dotyka, całuje, kocha cię, mam ochotę popełnić morderstwo. Za każdym. Pierdolonym. Razem. A jest moim najlepszym przyjacielem. Wiesz, jak to na mnie działa, Rose? Jestem rozdarty. Wobec tych facetów, których uważam za braci, zaczynam odczuwać mordercze zapędy, bo ty nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego. Pieprzymy się od czasu do czasu, gdy mamy już dość sprzeczek, a potem ty się zachowujesz, jakby nic się nie stało. W międzyczasie ja powoli tracę rozum i serce, a ty... - Zaśmiał się z goryczą. - Nagle zjawiasz się i wyglądasz jak z bajki, a potem całujesz Angela zamiast mnie.

Serce waliło mi tak mocno, jakbym właśnie przebiegła maraton, a gdy słuchałam, co mówił Jace, odruchowa reakcja "uciekaj albo walcz" wypełniała mnie adrenaliną. Moja dłoń nadal spoczywała na jego policzku, a ja nie byłam w stanie jej od niego oderwać, nawet gdybym chciała. A nie chciałam. Wolałam się poddać temu napięciu między nami, by pokazać Jace'owi, że zależało mi bardziej, niż mu się wydawało.

Jednak ta myśl mnie przerażała. Trójkąciki i niezobowiązujący seks to jedno. Ale zakochanie się w tych czterech facetach jednocześnie? To zupełnie inna liga. Cholera, to zupełnie inna dyscyplina sportu. Nie mówiąc o tym, jak bardzo byłabym zdruzgotana, gdyby tym razem to Jace złamał mi serce.

Zbyt długo milczałam, bo Jace westchnął, sfrustrowany, i potrząsnął głową.

- Nieważne. Po mieszance zioła i alkoholu mi odwala. Jutro pewnie nie będę o niczym pamiętał.

Takie nonszalanckie zakończenie sprawy zraniło mnie niczym kuchenny nóż, więc zanim się odwrócił, chwyciłam go za szyję.

- Jace, nie... - Ta próba protestu została przerwana, gdy jego usta trafiły na moje.

Nie o to mi chodziło, kiedy go przytrzymałam, ale nie miałam zamiaru go odtrącić. Wygięłam plecy w łuk, gdy jego język zanurzył się w moich ustach. Całe moje ciało próbowało się w niego wtopić, ale Jace trzymał dłonie na poręczy po obu stronach mnie, jakby bał się tego, co mogłoby się stać, gdyby dotknął mnie nie tylko ustami.

To mnie doprowadzało do szału.

- Jace... - wyjęczałam tym razem, a on stracił nad sobą kontrolę.

Chwycił mnie w talii i podniósł, po czym posadził w rogu poręczy, dzięki czemu nasze usta znalazły się na tej samej wysokości, co ułatwiało pocałunek.

Objęłam go nogą, przyciągnęłam bliżej siebie, po czym głęboko westchnęłam, gdy jego twardość otarła się o moją cipkę. Był już bardzo podniecony, a po tym wszystkim, co powiedział, po tej bezbronności, jaką zdemaskował, mój rozsądek wyfrunął przez okno.

- Cholera, Rose - zajęczał prosto w moje usta, ocierał się o mnie płynnymi ruchami, jakby chciał doprowadzić mnie do orgazmu choćby przez ubrania. - Nie możemy ciągle tego robić. Tak bardzo chcę się z tobą pieprzyć. Tu i teraz.

Polizałam jego usta, po czym pocałowałam go, żeby go zachęcić.

- Zróbmy to - wyszeptałam, gdy odsunęliśmy się od siebie, żeby zaczerpnąć powietrza. - Pieprz mnie, Jace. Chcę cię znów w sobie poczuć. - By go przekonać, prędko rozpięłam mu pasek i guzik od jeansów. Miałam gdzieś rozsądek, chciałam mojego Jace'a z powrotem.

- Cholera - westchnął. - Nigdy nie potrafiłbym ci odmówić.

Wsunął dłonie pod moją sukienkę, podciągnął mi ją powyżej bioder, a ja zaczęłam pieścić jego kutasa. Nerwowym ruchem Jace odsunął moje majtki na bok i zatopił we mnie palce, pieprzył mnie nimi przez chwilę, podczas gdy jego usta ciągle były na moich. Całował mnie głęboko, poruszał językiem w takim samym tempie jak dłonią, następnie przygryzł zębami moją dolną wargę, a ja zajęczałam w ramach kolejnej zachęty.

Chwilę później zastąpił palce kutasem, nie zawracał sobie głowy zdjęciem ze mnie bielizny. Gdy wchodził we mnie, jedynie odsunął na bok skrawek koronkowego materiału, całe moje ciało drżało z rozkoszy.

- O kurwa - wydyszałam, gdy mnie wypełnił. - Jace, tak mi dobrze.

Nieznacznie się ze mnie wysunął, po czym wszedł mocniejszym ruchem, czym sprawił, że krzyknęłam.

- To dlatego, że twoja cipka została stworzona dla mnie, Rose. Pamiętasz nasz pierwszy raz?

Chryste. Jak mogłabym zapomnieć? Byliśmy naiwnymi dzieciakami bawiącymi się w coś, czego nie rozumieliśmy - miłość i na wieki. Ale Jace jakoś czynił z tego magię. To coś, czego nigdy nie wyrzuciłabym z pamięci, nieważne, ile się między nami spieprzyło.

Z jękiem podniosłam jego koszulę i odsłoniłam kaloryfer, który znalazł się na zbyt wielu billboardach. Miałam ochotę na więcej. Chciałam go nagiego, w moim łóżku, żeby był tylko mój. Ale teraz zadowoliłabym się czymkolwiek. Nie żeby to stanowiło jakiś problem.

- Może to powinien być mój nowy plan - mruknął, gdy pieprzył mnie z całych sił, aż wciskał w róg windy. Drażnił zębami wrażliwą skórę na mojej szyi, jakby rozważał, czy nie rozerwać mi gardła. - Pieprzyć cię tak szaleńczo, że zapomnisz o wszystkich okrutnych słowach, które padły z moich ust. Sprawić, żebyś dochodziła tak mocno i tak często, że na dźwięk mojego imienia będziesz myśleć tylko o tym, jaką rozkosz ci daję.

To brzmiało jak naprawdę dobry plan. Niezawodny. Podobał mi się ten nowy plan.

- Rose, cholera... - Jace chwycił mój tyłek swoimi potężnymi rękoma, przyciągnął mnie mocniej i pieprzył głębiej.

Rozkosz, jaka rozlewała się po moim ciele od chwili, gdy zaczęliśmy się całować, stała się tak intensywna, że aż kręciło mi się w głowie.

- Jace, zaraz dojdę - wysapałam. - Jeżeli zamierzasz mnie ukarać, teraz jest czas, żeby przestać.

Proszę, nie. Proszę, proszę, przestań się ode mnie odwracać. Po prostu pozwól naszym ranom zacząć się goić. Po jednym orgazmie naraz.

Jakby czytał mi w myślach, złożył delikatny pocałunek na moich ustach, a jedną ręką dotknął mojej szyi i chwycił mnie za szczękę.

- Skończyłem z tym, Billie. Nie zasługujesz na karę. Nie z moich rąk. Nigdy więcej. Jedyne, co teraz mogę zrobić, to przeprosić.

Jeżeli według niego przeprosiny oznaczały odurzający seks i wstrząsający całym ciałem orgazm, to szło mu znakomicie. Chwilę później rozsypałam się na kawałki, krzyczałam wśród pocałunków i miotałam się w jego ramionach. Mój orgazm sprawił, że chwilę później, rzucając pełne frustracji przekleństwa, Jace również doszedł, a jego kutas drżał we mnie, gdy wypełniał mnie spermą.

Przez chwilę staliśmy tak, walcząc o oddech, on głęboko we mnie, a ja z nogami wokół jego pasa i czołem na jego ramieniu. W windzie rozległy się jakieś trzaski, po czym w głośniku usłyszeliśmy dzwonek.

- Hmm, mówi Jordan z ochrony hotelowej. Zauważyliśmy, że winda nie poruszyła się od dłuższego czasu. Czy wszystko w porządku?

Rumieniec oblał mi twarz i w panice odepchnęłam Jace'a. Osunęłam się na podłogę i najdyskretniej, jak to tylko możliwe, poprawiłam majtki i sukienkę.

Jace spojrzał na mnie, zmarszczył brwi i beztrosko zapiął spodnie.

- Tak, wszystko w porządku - powiedział i próbował uchwycić mój wzrok.

Ja jednak czułam się zażenowana. Było dość jasne, że Jordan z ochrony hotelu dokładnie wiedział, co tu się właśnie wydarzyło. Moje podejrzenie się potwierdziło, gdy w przeciwnym rogu windy dostrzegłam kamerę, której dioda świeciła się na zielono.

Najpierw w zatłoczonym nocnym klubie całowałam Angela i Rhetta, a teraz zostałam przyłapana na pieprzeniu się z Jace'em w windzie? Oni nie są chłopcami Bellerose, ja jestem dziwką Bellerose. Kurwa mać, co ja sobie myślałam?

Nie myślałam. W tym cały problem.

Spięta i zażenowana, bez słowa nacisnęłam odpowiedni przycisk i ponownie wprawiłam windę w ruch.

Jace westchnął, sfrustrowany, potarł dłonią twarz. Gdy chwilę później otworzyły się drzwi, zamiast wyjść, on dalej stał w windzie.

- Jace - wymamrotałam. - Co ty wyprawiasz?

Podniósł głowę i spiorunował mnie udręczonym wzrokiem.

- Wychodzę. Może jeśli wyrwę jakąś groupie, będę mógł przelecieć kogoś, kto po wszystkim nie wygląda, jakby nienawidził samego siebie.

Nie czekał na moją odpowiedź, nacisnął przycisk zamykający drzwi windy. Stałam zszokowana, gdy on zniknął mi z oczu.

Spieprzyłam. Znowu. Historia mojego cholernego życia.

25: Rhett

Lot do Edynburga minął w napięciu. Grayson, który zjawił się parę minut przed startem, siedział z tyłu, niczym cichy obserwator, niewtrącający się w dramaty pozostałych pasażerów.

Nie wiedziałem, jakie miał plany wobec Billie, nie rozmawiał z żadnym z nas, ale mój brat nie byłby w stanie aż tak długo stać z boku. Teraz dawał jej czas, lecz wkrótce zmusi ją do wysłuchania jego tłumaczeń. Wszyscy byliśmy gotowi je usłyszeć.

Jace zjawił się kompletnie pijany, ochroniarze niemal wnieśli go na pokład, a ja miałem ochotę rozpieprzyć tę jego cholerną twarz, ale on i tak wyglądał na rozpieprzonego. Powrót do pokoju hotelowego po zdobyciu dobrej jakości zioła i zastanie Billie płaczącej w poduszkę mnie wkurwiło. Gdyby Jace był gdzieś w pobliżu, Dirty Truths miałby nową pieprzoną sensację.

- Poszedł wyrwać jakieś groupies, bo ja nawaliłam - wypłakała moja mała Thorn.

I chociaż wątpiłem, żeby Jace robił coś innego niż topienie smutków, bo ten drań był po uszy zakochany w mojej dziewczynie, nadal czułem się wkurzony w jej imieniu, zwłaszcza że znów winiła siebie za coś, co bez wątpienia w równym stopniu obciążało ich oboje.

Teraz siedziała skulona obok mnie, więc przykryłem ją kocem, by zasnęła. Dziś czekał nas krótki lot, lekko ponad godzinę, ale Billie była wykończona. Zanotowałem sobie w myślach, żeby skontaktować się z Brendą i upewnić, że doktor Candace umówiła Billie na kolejną wideosesję.

Sporo miejsca wśród demonów przeszłości Billie zajmował Jace i skoro właśnie zaczęła się uczyć, jak sobie z nimi radzić, nie mogłem dopuścić, by zrobiła dziesięć kroków w tył.

Kurwa, naprawdę sam powinienem się umówić na wizytę do doktorki. Może mógłbym poprosić o to Brendę.

Szybko napisałem wiadomość do naszej managerki, choć wiedziałem, że nie dostanie jej, dopóki nie wylądujemy, po czym umościłem się wygodnie w fotelu i delikatnie głaskałem Billie po włosach. Angelo, który siedział po drugiej stronie razem z Vee, spojrzał na mnie i spytał bezgłośnie:

- Czy z nią wszystko w porządku?

Wzruszyłem ramionami, bo, kurwa, co miałem mu powiedzieć? Nie było z nią za dobrze. Nie było dobrze z żadnym z nas, ale wszyscy znaliśmy funkcjonowanie po tej bardziej mrocznej stronie życia i wcześniej jakoś zawsze udawało nam się przez to przebrnąć.

Teraz też damy radę.

Nie było innej możliwości.

Billie spała, obudziła się dopiero wtedy, gdy wylądowaliśmy.

- Cholera - powiedziała chrypliwym głosem, usiadła i potarła dłonią twarz. - Kompletnie odpłynęłam.

Odgarnąłem zmierzwione włosy z jej twarzy, wysiliłem się na uśmiech. W najciemniejszych chwilach życia trzeba się szeroko uśmiechać. Czasami dzięki temu udaje się przekonać umysł, że szczęście jest tuż obok.

- Wkrótce będziemy w hotelu, kochanie. Tam będziesz mogła dalej spać.

- Cholera, nie, nie będę spać. - Potrząsnęła głową i ziewnęła. - Też chcę zobaczyć Edynburg. To mój pierwszy raz poza Stanami, być może ostatni. Nie chcę niczego przegapić podczas tej błyskawicznej trasy.

Kurwa, to z pewnością nie był jej ostatni wyjazd za granicę. Wezmę ją w podróż dookoła świata tyle razy, ile będzie miała na to ochotę. Byliśmy winni wytwórni jeszcze jeden album, a potem będziemy mogli zrobić sobie wolne i na nowo ustalić nasze priorytety. Big Noise przestało być jednym z moich. Jeżeli Jace nie znajdzie nam lepszej wytwórni, uderzę gdzie indziej.

Gdy wylądowaliśmy, na płycie lotniska czekały na nas samochody, więc szybko wyruszyliśmy w drogę do hotelu. Zaletą takiego życia było to, że nie musieliśmy się przejmować bagażem ani przechodzić przez żadne kontrole z wyjątkiem celnej. Billie jechała ze mną, Angelem i Vee. Siedziała z twarzą przyklejoną do szyby, obserwowała uroki Edynburga.

Nie trudno było wyobrazić sobie, że setki lat temu to miasto wyglądało tak samo. Było tu tak dużo historii i tak wiele zabytkowych budynków, nawet zamek na szczycie wzgórza. Nasz hotel był jednym z najładniejszych w okolicy, z oszałamiającym widokiem na ten zamek właśnie z każdego okna.

Przynajmniej tak powiedziała nam Brenda, gdy omawiała z nami szczegóły trasy, zanim w nią wyruszyliśmy.

Kiedy znaleźliśmy się na parkingu, Billie wreszcie się do mnie odwróciła, na jej twarzy malował się zachwyt.

- Powiedz, proszę, że uda nam się wymyślić jakiś sposób, żeby się urwać i zwiedzić miasto. Koniecznie muszę poznać historię każdego wydarzenia, jakie miało miejsce na tych brukowanych uliczkach.

Angelo zachichotał cicho.

- Nigdy bym nie pomyślał, że moja Bella będzie taka ciekawa historii. Czy nie zasypiałaś na lekcjach historii przynajmniej cztery razy w tygodniu?

Posłała mu gniewne spojrzenie po czym się zaśmiała, zrezygnowana.

- Cóż mogę powiedzieć. Szesnastoletnią Billie interesowały inne rzeczy. Historia nie była jedną z nich.

Rozpoznałem ten wyraz twarzy Angela, miał szczęście, że nauczyłem się, jak zachowywać spokój w tym naszym układzie, ponieważ był facetem, który najwyraźniej wiedział, jakie to inne rzeczy ją wtedy interesowały. Ale ich wspólna historia wywoływała moją zazdrość. Chociaż szesnastoletnia Billie nie miałaby żadnego pożytku z osiemnastoletniego mnie. Wtedy byłem pogubionym dzieciakiem i pewnie wniósłbym w jej życie sporo swoich problemów. Teraz nauczyłem się trzymać przeszłość pod kluczem, żeby nie niszczyła mi przyszłości.

Lecz jeśli naprawdę pragnąłem, żeby moja przyszłość była dobra, musiałem się uporać z przeszłością w jakiś konstruktywny sposób. A nie destrukcyjny.

Stąd moja wiadomość dotycząca doktor Candace.

Gdy dotarliśmy do naszych pokoi, otrzymałem odpowiedź Brendy.

Mamadżerka: Wszystko załatwione, Silver. Masz wizytę po Billie, jestem z ciebie dumna.

Słowa, że jest ze mnie dumna, rozwaliły mnie bardziej, niż powinny. Moja trauma potrzebowała doktor Candance, nie miałem co do tego wątpliwości.

Silver: Dzięki, mamusiu!

Nie znosiła, gdy nazywałem ją mamusią, więc oczywiście robiłem to w przynajmniej co drugim esemesie.

Mamadżerka: Pieprz się, smarkaczu.

Z pewnością pełniła funkcję matki nie tylko dla nowego owocu swojego łona. Nawet jeśli była tylko o kilka lat starsza od Graya.

- Wszystko w porządku? - zapytała Billie, zerkająca na telefon w mojej ręce.

Uśmiechnąłem się uspokajająco i pocałowałem ją w usta.

- Jak najbardziej. Brenda potwierdziła twoją popołudniową sesję z doktor Candace.

- Kolejną? - Uniosła brwi. - Faktycznie jej potrzebuję?

Ścisnąłem jej palce i westchnąłem.

- Wydaje się, że ci to pomaga, Thorn. Nie rzuciłaś się na Graya, jakbyś chciała go zabić, a ja na twoim miejscu bym to zrobił. I szczerze mówiąc, jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak radzisz sobie z emocjami. - Zawahałem się, ale potem przypomniałem sobie, z kim rozmawiam. Gdybym nie mógł powiedzieć tego Thorn, na pewno nie dałbym rady porozmawiać z jakąś przypadkową terapeutką. - Poprosiłem Brendę, żeby mnie też umówiła na wizytę.

Otworzyła usta z zaskoczenia, po czym mnie objęła i mocno przytuliła. Ten gest powiedział mi wszystko, czyli to, że również jest dumna, że zrobiłem ten krok naprzód ku lepszemu zdrowiu psychicznemu. A to wiele dla mnie znaczyło.

Ochroniarze i nasza tymczasowa Brenda jak na razie pilnowali, żeby wszystko chodziło jak w zegarku, więc nie mieliśmy poważniejszych opóźnień w dotarciu do hotelu. Zarezerwowano dla nas luksusowy apartament, ale były w nim tylko trzy sypialnie, więc Grayson i Vee woleli spać piętro niżej.

Angelo lekko spanikował na myśl, żeby spuścić żonę z oczu, w końcu wyznaczono za nią nagrodę, ale po rozmowie z Grayem na osobności, odpuścił ten temat.

- Gdzie będzie spała Billie? - zapytał Jace, opadł na ogromną sofę, jakby był jakimś starożytnym bóstwem.

- Nie twój pieprzony interes, Adams - warknęła w odpowiedzi Billie. - Nie martw się, gdyby naszła cię ochota, to świeża dostawa groupies będzie dziś mieć nieograniczony dostęp do twojego łóżka.

Twarz Jace przybrała gniewny wyraz, poczerwieniały mu policzki, a Angelo patrzył z zaciekawieniem to na niego, to na nią. Billie nie miała jednak zamiaru czekać na jego zjadliwą ripostę, pokazała mu środkowy palec i weszła do pokoju, do którego dostarczono nasze bagaże.

- Stary - westchnąłem i potrząsnąłem głową. - Czemu to robisz?

- Co robię? - Jace zmarszczył brwi.

Przewróciłem oczami i poszedłem do sypialni, zamknąłem za sobą drzwi. Angelo wiedział, jak sobie radzić z idiotycznym pieprzeniem Jace'a. Tak naprawdę w moim najlepszym interesie było, żeby sprawy między Jace'em a Billie się spieprzyły, dzięki temu mógłbym mieć ją na wyłączność. Przynajmniej na razie.

Ale do bani było patrzeć, jak cierpi, i to z powodu mojego najlepszego kumpla.

Jace to straszny kretyn.

- Myślisz, że przed sesją z doktor Candace będziemy mieć czas na spacer? - spytała Billie z pełnym nadziei wyrazem twarzy. - Wydaje mi się, że z samochodu nie da się poczuć atmosfery miasta, w każdym razie nie tak, jak podczas przechadzki jego ulicami.

Uśmiechnąłem się i opadłem na łóżko.

- Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałbym się zgodzić, kochanie. Ale bez kilkunastu ochroniarzy byłoby to niebezpieczne, a oni z kolei przyciągnęliby uwagę. Po prostu nie chcę narażać cię na niebezpieczeństwo.

Jej twarz posmutniała pod wpływem rozczarowania, a ja natychmiast zapragnąłem ją rozweselić i niemal zmieniłem zdanie. Ale po artykule w Dirty Truths na temat jej pocałunku z Angelem to byłoby zbyt ryzykowne. Brenda ostrzegła nas wszystkich, że Billie już zbiera hejt od zagorzałych fanów Bellerose.

- Przykro mi - powiedziałem ze szczerością w głosie, wyciągnąłem rękę i przytuliłem Thorn do siebie. - Sława naprawdę ma swoje wady. Może po zakończeniu trasy przywiozę cię tutaj na wakacje. Możemy się wtedy przebrać i udawać, że jesteśmy zwykłymi ludźmi, bez tego medialnego szumu, który towarzyszy nam na każdym kroku.

- Brzmi doskonale. - Uśmiechnęła się ciepło.

Przez kilka godzin po prostu relaksowaliśmy się w pokoju, oglądaliśmy filmy i zamawialiśmy przekąski. Następnie uruchomiłem laptopa i kamerkę na jej sesję z doktor Candace.

- Chcesz zostać? - zapytała cicho, gdy wkładałem buty, żeby wyjść i jej nie przeszkadzać. Zaskoczony uniosłem brwi, a ona zmarszczyła nos. - Nie musisz wychodzić. Przecież nie rozmawiam z nią o niczym, o czym bez skrępowania nie mogłabym rozmawiać z tobą.

Zawahałem się przez chwilę, bo kusiło mnie, żeby zostać. Ale ostatecznie potrząsnąłem głową.

- Nie, nie potrzeba ci kogoś, kto będzie cię podsłuchiwał i sprawiał, że będziesz się czuć niezręcznie. Moja sesja jest zaraz po twojej, więc wrócę, zanim skończysz. Pójdę skopać Grayowi tyłek za jego gówniany występ w Dublinie.

To jeden powód... I musiałem się psychicznie przygotować do rozmowy z terapeutką. Nadal nie byłem do końca pewny, czym mam jaja, żeby to zrobić, ale postanowiłem spróbować. Dla Billie i dla siebie. Zamierzałem czerpać garściami z nadarzających się okazji. Byłem to sobie winien i dopiero teraz to zrozumiałem. Bycie szczęśliwym jest najlepszą formą zemsty.

Cóż, to mógłby być całkiem przyzwoity tekst piosenki.

26: Billie

Sesja z doktor Candace pomogła mi się uporać z trzema poważnymi kwestiami.

Po pierwsze: czułam coś do Angela i nie mogłam tego wiecznie ignorować. Całowaliśmy się, tego nie da się już odkręcić. Jedynym sposobem, żeby ruszyć z miejsca bez pogarszania sytuacji, było się nią zająć. Może to jedynie zauroczenie, wywołane wspomnieniami, które nie chciały odjeść w niepamięć. Może on wcale nie czuł tego samego w stosunku do mnie. Ale by się tego dowiedzieć, musiałam go po prostu zapytać.

Po drugie: Jace to naburmuszony, rozpieszczony bachor. I z pewnością kłamał, że wczoraj przeleciał jakąś groupie, tylko po to, żebym była zazdrosna. Czy to dojrzała postawa? Boże, nie. Ale o niebo lepsza, niż gdyby faktycznie pieprzył się z jakąś laską po naszym szybkim numerku w windzie.

Niezależnie od dużo bardziej dojrzałej rady doktor Candace, stwierdziłam, że mam jeszcze kilka innych opcji, jak uporać się z tym problemem. I znałam się na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że raczej nie postąpię zgodnie z kompasem moralnym. Mniej honorowa droga przynosiła większą satysfakcję.

Po trzecie: musiałam oczyścić atmosferę między mną a Graysonem. Teraz byliśmy jakby zawieszeni, nieustannie spięci i wzajemnie się unikaliśmy, ale nie mogliśmy robić tego w nieskończoność. To już odbijało się na ich muzyce, a tak naprawdę, jak zauważyła doktor Candace, cząstka mnie wiedziała, że nie był aż tak bardzo winny, jak na początku zakładałam. Gdybym naprawdę wierzyła, że zabił moich rodziców i próbował zabić również mnie, toby mnie tu nie było. Nie podróżowałabym z nim, nie przebywałabym w tych samych hotelach, nie chodziłabym na ich koncerty. Siedziałabym na posterunku policji, składała zeznania i domagała się sprawiedliwości.

No i już zdążyłam się zakochać w tym wielkim, marudnym popaprańcu. Dlatego to tak mocno we mnie uderzyło. Dlatego zmagałam się z poczuciem winy z powodu dzielenia swojego serca na tyle kawałeczków.

Rhett wrócił w chwili, gdy akurat skończyłam sesję, ale kiedy już zbierałam się do wyjścia, żeby dać mu trochę prywatności, chwycił mnie za rękę.

- Zostaniesz? - zapytał ze ściśniętym gardłem. Na jego czole dostrzegłam kropelki potu, czułam też, że drżą mu palce. Oczy miał wielkie i błagające. - Proszę, Thorn? Chcę, żebyś usłyszała o wszystkich krzywdach, jakich doznałem, ale nie chcę musieć dwukrotnie opowiadać tej historii.

Zszokowana, skinęłam, i ponownie opadłam na łóżko. Postanowiłam zostać, by go wesprzeć, ale chciałam się wtopić w tło, żeby nie odrywać go od porad doktor Candace. Rhett posłał mi uśmiech, pełen ulgi i wdzięczności, po czym zajął moje miejsce przed komputerem i kamerką.

Po tym, jak już się sobie przedstawili, Rhett zaczął się powoli rozluźniać. Nawet podczas wideorozmowy doktor Candace miała dar uspokajania, a Rhett odpowiadał na jej pytania sto razy szybciej niż ja. W końcu nikt go do tego nie zmuszał; robił to z własnej woli, ponieważ potrzebował pomocy.

Podziwiałam to.

Jakiś czas później, po tym, jak doktor Candace delikatnie nakłoniła go do mówienia o sobie, tak pokierowała rozmową, by zadać pytanie, które mnie samej chodziło po głowie.

- Powiesz mi, dlaczego umówiłeś się na tę sesję, Rhett? Jakkolwiek miło jest poznać jednego z mężczyzn, którzy leczą serce Billie, domyślam się, że chodzi o coś jeszcze.

Rhett zerknął na mnie, a ja się uśmiechnęłam, by dodać mu otuchy.

- Tak. Odkąd Billie zaczęła sesje z tobą, coraz częściej się zastanawiałem, że może też powinienem się zająć pewnymi bolesnymi przeżyciami. - Wziął głęboki oddech, po czym wypuścił powietrze z ciężkim westchnieniem. - Obecnie chyba moim głównym zmartwieniem jest to, że stałem się zbyt nachalny i zaborczy w stosunku do niej, mimo iż wiem, że to nie w porządku wobec pozostałych facetów.

Szczęka mi opadła, ale zanim wyraziłam swój protest, ugryzłam się w język. To była jego sesja, moją rolą było jedynie go wspierać. I tylko tyle. Musiałam więc zachować własne opinie dla siebie, do chwili, aż skończy rozmowę z doktor Candace. A wtedy pokażę mu, co dokładnie sądzę na temat jego zmartwień.

- Billie, kochanie, wiem, że tam jesteś, i doceniam twoje milczenie - powiedziała, a mi zapłonęły policzki. Wiedziała, jak trudno jest mi trzymać język za zębami.

Za pomocą taktownych, otwartych pytań udało się jej nakłonić Rhetta do opowiedzenia swojej historii. Już po pierwszym zdaniu wiedziałam, że samo słuchanie jej będzie bolesnym przeżyciem. A potem, gdy wyobraziłam sobie Rhetta jako niewinne dziecko, które musiało żyć takim właśnie życiem, byłam załamana.

- Moim dziadkiem jest Jeremiah Townsend.

Ciarki przeszły mi po plecach. Znałam to przeklęte nazwisko. Tak jak większość Amerykanów. Dziadek Rhetta był przywódcą sekty, okrytym złą sławą z powodu mrożących krew w żyłach zbrodni, za które zawsze, raz za razem, w jakiś magiczny sposób udawało mu się uniknąć kary. Nigdy go nie poznałam, dzięki Bogu, ale sam jego widok w wiadomościach nie budził we mnie żadnych wątpliwości: Jeremiah Townsend był złem wcielonym. Coś, co Rhett jedynie potwierdził, gdy kontynuował swoją opowieść.

- Nie wiem, na ile jest pani zaznajomiona ze Wspólnotą Townsend - wymamrotał, skupiony raczej na ekranie laptopa niż na mnie. - To sekta działająca pod cienką przykrywką zmyślonej religii, zbudowanej na kanwie dystopijnej powieści, którą napisał ojciec Jeremiah.

- Wiem o jej istnieniu - odparła doktor Candace ostrożnie i opanowanym głosem, za co ją podziwiałam. - Dorastałeś tam?

- Tak. W jego domu. - Rhett skinął energicznie głową. - Moja matka była jedną z jego wybranych, traktowana jak ulubione zwierzątko i tak samo karana. Jak pies - przerwał i skierował wzrok na mnie. - Tak cholernie starała się mnie chronić, ale to tak, jakby mrówka próbowała się postawić wielkiemu butowi. To przez niego... to przez niego mam problemy ze snem.

- Skrzywdził cię - stwierdziła doktor Candace. To było spostrzeżenie, a nie pytanie.

Kolejne gwałtowne skinienie.

- Na początku skupiał się na niej. Budziłem się w nocy, a on leżał obok nas w łóżku - przerwał, wydał z siebie zdławiony dźwięk i potrząsnął głową na to wspomnienie. - Gdy trochę podrosłem, próbowałem ją chronić. Próbowałem z nim walczyć. Później jego misją stało się złamanie mnie. Chłopcy tacy jak ja, tacy, którzy opierali się praniu mózgu, w jego kościele nie stanowili żadnej wartości. Nie, jeśli nie mógł nas kontrolować, byśmy spełniali każdą zachciankę, nieważne, jak chorą i pokręconą, bez żadnych pytań.

Przerwał, sięgnął po butelkę z wodą, którą wcześniej zostawiłam obok komputera. Gdy pił, ani ja, ani doktor Candace się nie odezwałyśmy.

- Wreszcie, po wielu cierpieniach, wymyśliłem, jak nie spać. Nie głębokim snem. Budzą mnie najcichsze odgłosy, a gdy żyje się w domu z osiemnastoma innymi ludźmi, nie można narzekać na brak dźwięków. Tak więc spałem po pięć czy dziesięć minut, to tu, to tam, na tyle, żeby nie zwariować. W pewnym sensie. Ale to oznaczało, że kiedy po mnie przychodził, byłem przygotowany na bicie.

- Ciężko zapomnieć taką lekcję - powiedziała doktor Candace, gdy milczenie Rhetta się przedłużało. - Wyobrażam sobie, że w autokarze, gdy ruszacie w trasę, również nie można narzekać na brak dźwięków, więc ciągle żyjesz w napięciu. Jak to się stało, że znalazłeś się w Bellerose?

Rhett znów na mnie spojrzał, a ja przysunęłam się bliżej, żeby wziąć go za rękę. Przyjął ją bez wahania, nasze palce się splotły.

- Postanowiłem za wszelką cenę wydostać się ze wspólnoty. Czekałem cierpliwie, układałem plany, doprowadzałem je do perfekcji. Zamierzaliśmy uciec, nie brać niczego oprócz ubrań, które mieliśmy na sobie. I tak nie było niczego, co chcieliśmy zabrać. Życie na ulicy jako bezdomni zdawało się lepsze niż okropieństwa, których doświadczyliśmy we wspólnocie Townsend. - Zmarszczył brwi na wspomnienie tego okresu, a ja mocniej ścisnęłam jego dłoń, by dodać mu otuchy.

- Kogo miałeś na myśli, kiedy powiedziałeś "my"? - spytała doktor Candace.

Skupił się znów na ekranie laptopa.

- Mnie i moją matkę. Chciała się stamtąd wyrwać. Chciała uciec razem ze mną i zacząć nowe życie poza zasięgiem Jeremiah.

- Co poszło nie tak? - spytała, tak jak ja zwróciwszy uwagę na użyty przez niego czas przeszły.

Rhett przełknął głośno ślinę, twarz mu pobladła.

- Złapano nas. Ktoś, komu ufała, wydał nas Jeremiah, zostaliśmy złapani na obrzeżach kompleksu wspólnoty.

Starałam się opanować oddech, chociaż w środku miałam ochotę się rozpłakać. Biedny Rhett, tak wiele przeszedł... Czy można się dziwić, że miał problemy ze snem? Albo że czuł tę palącą potrzebę chronienia mnie od chwili naszego pierwszego spotkania, gdy na niego wpadłam, przerażona i zakrwawiona, w tamtej uliczce w Sienie? Cholera jasna, był o wiele silniejszy, niż zdawałam sobie z tego sprawę, bo mimo tych wszystkich złych doświadczeń nie stał się kimś wstrętnym i okrutnym.

- Pierwszy raz, odkąd pamiętałem, nie sięgnął po pas - kontynuował Rhett, pogrążony we wspomnieniach. - Po prostu śmiał się z nas. Byłem tak bardzo zdezorientowany, spodziewałem się, że natychmiast nas zabije. Ale on po prostu stał tam, z kciukami wsadzonymi za sprzączkę, i powiedział, żebyśmy odeszli... jeżeli naprawdę tego chcemy.

Poczułam, jak rośnie we mnie gula lodu. Nareszcie zrozumiałam jego reakcję, gdy wydawało się, że zamiast niego wybrałam Angela, faceta, który sprawiał wrażenie oprawcy.

- Zmieniła zdanie? - spytałam chrypliwym szeptem, tak jak on zatracona w jego opowieści. - Zdecydowała się zostać?

Rhett skinął głową, a gest ten był przepełniony cierpieniem.

- Sądzę, że tak naprawdę nigdy nie zamierzała odejść. Jego ideologia zbyt mocno namieszała jej w głowie. Wytresował ją tak dobrze, że nie była w stanie go zdradzić - zaśmiał się gorzko. - Okazało się, że pozwolił mi odejść tylko dlatego, że zabicie dziecka, w którym płynie jego własna krew, byłoby sprzeczne z Księgą Townsend. Z tego też powodu nie uśmiercił mnie przez te wszystkie lata. Bo on nie jest biologicznym ojcem mojej matki, jej matka poślubiła Jeremiah, gdy moja matka była niemowlęciem. On jest moim ojcem.

Gdy przetrawiłam to, co powiedział, ścisnęło mnie w żołądku, a w gardle urosła mi gula. Spłodził go ojciec jego matki, nieważne czy biologiczny, czy nie. Również szczerze wątpiłam, że stało się to za obopólną zgodą. Cholera jasna... Rhett. Czułam, że serce mi się kraje.

- Wow - wymsknęło się doktor Candace, zanim zdążyła się zorientować, a Rhett uśmiechnął się smutno.

- Nie spodziewałaś się tego, co? Tak. Ja też nie. Powiedział mi to i dodał, że mogę odejść, jeśli tego chcę, ale zaznaczył, że wtedy będę martwy dla Wspólnoty Townsend. Nie będę mógł niczego ze sobą zabrać. Ani ubrań, ani butów, ani własnego nazwiska. Ale ja nawet się nie zawahałem, od razu zdjąłem ubrania i splunąłem mu pod nogi, powiedziałem, że z przyjemnością zostawię tam też swoje nazwisko. Ale wtedy spojrzałem na mamę, która unikała mojego wzroku. Po prostu stała tam, kuliła się przed nim ze strachu. Zaoferował jej to samo, powiedział, że pozwala jej odejść, ale ona zaczęła płakać, gdy usłyszała, że będzie martwa dla wspólnoty. Martwa dla niego. - Zgarbił się w fotelu, potarł brew długimi, wytatuowanymi palcami. - Została. Ja odszedłem. Koniec.

Wiedziałam, że doktor Candace nie zakończy tak tej sesji, wydłuży czas i porozmawia z nim jeszcze o tym, jak to wpłynęło na jego życie. Ale teraz miałam ochotę w coś walnąć, bardziej niż kiedykolwiek w całym moim pieprzonym życiu.

Zsunęłam się z łóżka, pochyliłam i dałam Rhettowi całusa.

- Muszę biec do łazienki - powiedziałam cicho. - Nie przerywaj, zaraz wrócę. I wiesz co, Rhett? Cieszę się, że stamtąd odszedłeś. Jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam, i kocham cię.

Spojrzał na mnie rozbieganym wzrokiem, jak się domyślałam, szukał w mojej twarzy oznak, że mnie wystraszył. Znów go więc pocałowałam, nie zwracając uwagi na terapeutkę.

- Nigdy cię nie zostawię, Rhetcie Silver. Nigdy więcej. Masz moje serce i duszę.

Z tą obietnicą wymknęłam się z sypialni, ale udało mi się dotrzeć jedynie do sofy, zanim pękłam i wybuchnęłam płaczem.

27: Billie

To nie tak, że kiedykolwiek uważałam swój związek z Rhettem za płytki. Szybko się między nami potoczyło, ale to jeden z tych przypadków, gdy spotykasz kogoś i natychmiast czujesz, że znacie się od zawsze. Nie pojawiło się nic z tego dziwnego skrępowania, które zwykle towarzyszy nowym relacjom, a my w niewytłumaczalny sposób od razu przeszliśmy do kolejnej fazy.

Nasz związek nie był powierzchowny, ale miałam też świadomość, że nie wiedzieliśmy o sobie dużo. W dodatku od początku wylądowaliśmy w dość nerwowej sytuacji, więc wszelkie dyskusje na bardziej osobiste tematy nie sięgnęły jeszcze takiego poziomu, jak to jest w przypadku ludzi, którzy znają się dłużej.

Poznanie historii jego rodziny i przeszłości otworzyło nowy wymiar więzi między nami, między naszą wspólną traumą. Kiedy sesja Rhetta z doktor Cadamce dobiegła końca, a ja ogarnęłam się na tyle, by wrócić do pokoju, objęłam go i trzymałam.

Trzymałam go, żeby się nie rozsypał, tak jak on wielokrotnie trzymał mnie.

Mój rycerz. Mój idealny pieprzony rycerz.

- Czy teraz myślisz o mnie inaczej?

To pierwsze pytanie, jakie zadał od wieków, a aż się wzdrygnęłam, gdy usłyszałam jego głos w tym cichym pokoju.

- Nie! - powiedziałam zbyt głośno jak na taką rozmowę, ale nagle poczułam, że nie potrafię panować już nad emocjami. - Jesteś jednym z najbardziej niesamowitych, silnych i niewiarygodnych ludzi, jakich kiedykolwiek poznałam. Każdego cholernego dnia dziękuję niebiosom za to, że wpadłam na ciebie w tamtej uliczce. - Objęliśmy się jeszcze mocniej, a on wtulał głowę w moje ramię, jakbym to naprawdę ja nie pozwalała mu się rozsypać. - Wyrwałeś się z sytuacji, z której niewiele osób dałoby radę uciec, a potem stałeś się jednym z najsławniejszych i najbardziej pożądanych mężczyzn na świecie. Jestem taka dumna, że otworzyłeś się przed doktor Candace. To wymaga odwagi, na jaką w tych samych okolicznościach mnie nie byłoby stać.

Skóra na moim ramieniu zrobiła się wilgotna i chociaż Rhett nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, odczułam na sobie jego oczyszczające łzy. A przynajmniej modliłam się, żeby te łzy były właśnie tego rodzaju.

- Teraz pora na gojenie się ran - wyszeptałam i kołysałam nim w przód i w tył.

Wreszcie jego oddech stał się równomierny, a ja wiedziałam, że zasnął. Siedziałam przy nim dłuższy czas, cicho płakałam, gapiłam się w sufit i żałowałam, że ten świat krzywdzi ukochane przeze mnie osoby.

Przynajmniej teraz byliśmy wszyscy razem. Wspólnie, jako drużyna, a nie każdy z osobna, pokonamy ciemność. To na pewno zrobi wielką różnicę.

Kurwa, wiedziałam już, że to zrobiło wielką różnicę.

Mając to na uwadze, postanowiłam się rozmówić z Graysonem.

Zaczekałam jednak, aż Rhett się obudził, żeby nie był wtedy sam.

- Weźmiesz prysznic przed dzisiejszą próbą dźwięku? - zapytałam.

Uśmiechnął się łagodnie i potarł dłonią twarz. Twarz niezmąconą smutkiem, tak doskonałą i przystojną jak zawsze.

- Tak, muszę wziąć się w garść - Podniósł się i pocałował mnie w usta. - Dziękuję, że ze mną zostałaś. Naprawdę... Cholera, serio czuję się nieco lepiej, a tego się nigdy nie spodziewałem.

Terapia, to właśnie ona tak na niego wpłynęła. Zwłaszcza z tak troskliwą, wnikliwą terapeutką, jaką okazała się doktor Candace.

- Będę przy tobie zawsze, gdy będziesz mnie potrzebował - odparłam. - Będę zawsze przy tobie. Razem przejdziemy przez każdą dolinę cienia, mój ty rycerzu.

- Rycerzu? - Uniósł brew.

- Tak. - Skinęłam. - Jesteś moim rycerzem w lśniącej zbroi. Jesteś uosobieniem tego określenia i właśnie w taki sposób zawsze o tobie myślałam.

Jego kolejny pocałunek był intensywny, pochłaniający, zajęczałam w jego usta, wciśnięta w materac pod nim.

- Jesteś chodzącą doskonałością, Thorn - powiedział chrypliwym głosem. - Żałuję, że nie mam czasu pieprzyć cię przez kolejne trzy godziny. Zatem do następnego razu?

Z moich ust wyrwał się kolejny jęk, a gdy otarłam się o niego dolną częścią ciała, poczułam wzbierające pożądanie. Uspokój swoje cycki, nie mamy cholernego czasu.

- Kiedy tylko zechcesz - wyszeptałam. - A teraz idź wziąć ten cholerny prysznic, zanim przywiążę cię do łóżka.

Miał na to ochotę. I to wielką, jeśli sądzić po wyrazie jego twarzy. Ale niestety, przy tak ogromnych koncertach rockowych nie można olać prób, więc kilka minut później zawlókł się pod natrysk.

- Spróbuję porozmawiać z Grayem! - zawołałam za nim, a on się odwrócił i uśmiechnął łagodnie.

- Daj mi znać, jeżeli trzeba będzie skopać mu tyłek, maleńka. Powiedz tylko słowo.

Zrobiłby i to. Wyzwałby tego olbrzyma na pojedynek, żeby pomścić mój honor. Określenie rycerz pasowało do niego na tak wiele sposobów.

- Kocham cię! - zawołałam ponownie.

- Ja ciebie bardziej! - odkrzyknął, po czym zanurkował w łazience i zatrzasnął za sobą drzwi, więc nie udało mi się mu odpowiedzieć.

Drań.

Naciągnęłam jeansy na majtki i upewniłam się, że moja koszulka jest na swoim miejscu, a następnie wyszłam z pokoju, z mocnym postanowieniem odszukania Graya. Właśnie zamierzałam do niego napisać z propozycją spotkania, ale nie było to potrzebne. Siedział w salonie, wpatrzony w drzwi, przez które wyszłam, jakby na mnie czekał.

- Z Rhettem wszystko w porządku? - spytał i zerwał się na równe nogi. Jak na takiego wielkoluda miał szybkie ruchy.

- Nie bardzo, ale myślę, że będzie lepiej - odpowiedziałam, po czym przełknęłam z trudem ślinę. Chciałam, żebyśmy porozmawiali ze sobą otwarcie i bez złości. Przynajmniej do czasu, aż nie wysłucham jego wersji zdarzeń. - Chwila, skąd wiedziałeś, że z Rhettem coś może być nie tak?

- Wspomniał coś o terapii, a ja wiem, jak coś takiego może człowieka rozwalić po latach wypierania traumy. Martwiłem się o niego. - Jego wzrok szybko powędrował w moją stronę. - I o ciebie też.

Cholera. No dobrze.

- Właśnie cię szukałam - powiedziałam łagodnym tonem. - Chyba czas na rozmowę.

Ulga, jaką dostrzegłam na jego twarzy, poruszyła mnie bardziej, niż się spodziewałam. Kilka ostatnich dni było piekłem nie tylko dla mnie, lecz najwidoczniej również dla Graysona. To złagodziło nieco złość, jaką do niego żywiłam, i czując, że przemawia przeze mnie doktor Candace, otworzyłam się na to, co miałam od niego usłyszeć. Cały czas z nadzieją, że istnieje jakieś naprawdę dobre wytłumaczenie tego, co zapamiętałam z tamtej nocy.

- Może usiądziemy? - zaproponował i wskazał na krzesło, z którego wcześniej wstał.

Skinęłam, ale nie usiadłam obok niego. Po pierwsze, jego bliska obecność zazwyczaj sprawiała, że zaczynałam mieć problemy z koncentracją, a po drugie, ponieważ jeszcze nie byliśmy na to gotowi. Może nigdy nie będziemy, zależy, co zaraz usłyszę.

- Przepraszam za swoje zniknięcie po nocy, którą spędziliśmy razem, Billie - zaczął, a ja zamrugałam, zaskoczona takim wprowadzeniem. Nie chodziło jedynie o seks i obydwoje o tym wiedzieliśmy. - Mogę sobie tylko wyobrazić, jak się czułaś i co pomyślałaś, gdy na kilka dni wyparowałem po tym, co się między nami wydarzyło. Zanim zajmiemy się przeszłością, chcę, żebyś wiedziała, że chwile spędzone z tobą należą do najlepszych w całym moim życiu. Tamta noc również.

Z jakiegoś powalonego powodu poczułam się nieco lepiej. Uspokoiło to tę część mnie, która stresowała się naszym poligamicznym związkiem oraz tym, czy nie okaże się on zbyt przytłaczający dla obecnych w moim życiu facetów.

Najwidoczniej dzielenie się nie przeszkadzało Grayowi, tak więc teraz pozostało nam tylko się przekonać, czy ja poradzę sobie z tym drugim problemem.

- Twoja terapeutka pewnie by osiwiała, gdybym opowiedział jej o swojej przeszłości - mówił dalej. - Ale w najbliższym czasie nie planuję tego robić. Dziś muszę jednak zdradzić ci coś z mojej przeszłości. Wyjaśnić ci, kim byłem i jak teraz daleko mi do tamtej osoby.

Nerwy, które mną targały, sprawiły, że o mało co nie zwymiotowałam, ale udało mi się uspokoić. Do cholery, nie przerwę tego, nieważne, co będę musiała zrobić.

- Jak wiesz, moja rodzina jest członkiem potężnego kartelu, który rządzi terytorium Hawajów, a przez ostatnie dwadzieścia lat również częścią kontynentu. Urodziłem się w nim i przez większość życia byłem ich żniwiarzem. Stwórcą. Tym, który krył się w ciemności, realizował ich zlecenia i zajmował się każdym, kto próbował namieszać w rodzinnym interesie.

Realizował ich zlecenia. To stwierdzenie zdawało się niedwuznaczne.

- Byłem tam tamtej nocy, Billie - powiedział chrypliwym głosem i spuścił wzrok, oddychał głęboko. - Nie miałem pojęcia, że to twój dom ani że miałaś jakiś związek z tą robotą, dopóki nie wspomniałaś imienia swojej mamy. Powiedziałem ci, że nigdy nie grzebałem w twojej przeszłości, i tak było. Ale gdy usłyszałem to dość niezwykłe nazwisko, coś mi się przypomniało. Brzmiało znajomo. Pojechałem do starego znajomego, który był w stanie mi przypomnieć dlaczego.

- Po co tam wtedy byłeś? - Żółć podeszła mi do gardła.

To znaczy, powód był jasny, ale chciałam usłyszeć to od niego. Żadnych niedomówień. Musiałam wiedzieć dokładnie, dlaczego Gray był tam tamtej nocy i co zrobił.

- Dostałem zlecenie na twoją mamę. - Krótkie, szczere, wstrząsające oświadczenie.

Na moją mamę, pieprzoną, nudną księgową, zostało wydane zlecenie? Spraw, żeby to miało sens.

- Dlaczego? - wyszeptałam. - Dlaczego? Była zwykłą kurą domową i księgową, chociaż matką nieco neurotyczną. - Tylko ta rozmową między nią a tatą. Ta, podczas której mama nie sprawiała wrażenia całkiem normalnej.

- Nie pytam dlaczego. - Grayson potrząsnął głową. - Albo przynajmniej tak było kiedyś. Dostawałem zlecenia i je wykonywałem. Myśl o mnie jak o kartelowej maszynce do zabijania.

Po plecach przeszły mi ciarki. Zawsze wiedziałam, że Grayson jest niebezpieczny, ale obraz siebie z przeszłości, jaki mi zaprezentował, ani trochę nie pasował do wizerunku mężczyzny, którego teraz znałam.

- Przecież nigdy nie pozwoliłbyś, żeby ktoś tobą sterował jak jakąś pieprzoną kukiełką - wypaliłam. - Nie mogę w to uwierzyć.

Gdy ponownie podniósł głowę, by na mnie spojrzeć, skóra wokół jego oczu była napięta.

- Nie to, żebym był kompletnie bezmyślny, ale od najmłodszych lat wiedziałem, jaka czeka mnie kara za nieposłuszeństwo. W ostatecznym rozrachunku łatwiej było przestać się buntować.

Ale w końcu chyba się zbuntował, skoro udało mu się uciec. Tak jak Rhett wymyślił, jak zmienić swoją sytuację w tym chyba najtrudniejszym do wyobrażenia życiu.

- Jest zatem zlecenie na moją mamę, a wtedy zjawiasz się ty... I co dalej?

- Drzwi były zamknięte, więc wyłamałem zamek i wszedłem do środka.

- Były też zamknięte, gdy próbowałam się wydostać - wyszeptałam.

- Tak. - Skinął. - Zawsze, kiedy opuszczam miejsce...

Nie udało mu się dokończyć zdania, ponieważ do pokoju wbiegł Rhett, który z hukiem otworzył drzwi. Chwilę później z przeciwległego pokoju wynurzył się Jace, a z piętra pod nami przyszli Vee i Angelo.

- Dostaliście wiadomość od Hannah? - powiedział w pośpiechu Jace. - Jesteśmy spóźnieni i jeżeli nie ruszymy tyłków natychmiast, czeka nas potężna grzywna.

Cholera jasna. Pomimo paniki, w jaką wpadli pozostali, Grayson ani drgnął.

- Jedźcie beze mnie - powiedział sztywno. - Muszę porozmawiać z Billie.

- Nie ma, kurwa, mowy - powiedział Jace i posłał mi mroczne spojrzenie. - Wasze gówniane sprawy mogą zaczekać. Wychodzi na to, że mamy być na miejscu do siedemnastej albo zostaniemy odcięci przez blokady. To dosłownie nasza ostatnia szansa, żeby się tam dostać.

Skurwiel. Nadal nie uzyskałam żadnych konkretnych odpowiedzi, jaką rolę w śmierci rodziców i pożarze odegrał Gray. Moje wspomnienia nie były prawdą, już to wyczułam. Doktor Candace ostrzegła mnie, że wyparte z pamięci zapisy nie zawsze powracają w dokładnej formie i że prawdopodobnie mam zaburzony obraz wydarzeń i czasu, w którym te miały miejsce.

Ale nie uda się tego wyjaśnić, dopóki nie znajdę kolejnej chwili na osobności z Graysonem.

- Ubieraj się, Billie - warknął Jace. - Dziś jedziesz z nami na koncert, żebyśmy mogli cię przypilnować i zapewnić ci odpowiednią ochronę.

- A co ze mną? - spytała Vee. Była wczoraj w klubie, więc to oczywiste, że już jej nie ukrywamy.

- Też możesz jechać. Ale macie dosłownie pięć minut, żeby się przebrać i cokolwiek tam jeszcze musicie zrobić.

Jace odprawił nas machnięciem ręki, a ja w mgnieniu oka poderwałam się z sofy i popędziłam do pokoju, w którym były moje kosmetyki do makijażu i ubrania. Trzy minuty później miałam na sobie czarne jeansy i koszulkę Rhetta z logo zespołu. Zdążyłam też uczesać włosy, które falami opadały mi na plecy. Całości dopełniał nałożony w pośpiechu makijaż.

W tak krótkim czasie tylko na tyle było mnie stać.

Gdy ponownie znalazłam się w salonie, zastałam tam jedynie Angela i kilku ochroniarzy.

- Mam zadbać, żebyś bezpiecznie dotarła do samochodu - powiedział Angelo i wyciągnął do mnie rękę.

Złapałam ją bez wahania, delektowałam się siłą, z jaką chwycił moją dłoń.

- Dziękuję - powiedziałam i uśmiechnęłam się na wspomnienie naszego pocałunku na parkiecie poprzedniego wieczoru. Zaprzątał moje myśli bardziej, niż chciałam przyznać, nawet mimo tych wszystkich dramatów i traum, które rozgrywały się wokół mnie.

- Jestem w tobie zakochany, Bella.

Właśnie weszliśmy do windy, w otoczeniu ochroniarzy, a ja westchnęłam w komiczny sposób, zanim zdążył dokończyć zdanie.

- Nigdy nie przestałem - kontynuował. - Nigdy. Jesteś częścią mojej duszy i choć zostałem zmuszony do poślubienia Vee, zawsze pragnąłem, żebyś to ty była na jej miejscu. Nikt inny.

- Porzuciłeś mnie - wyszeptałam.

Potrząsnął głową, po czym pochylił się, tak, że szeptał tuż przy moim uchu. Wszyscy nasi ochroniarze podpisali umowę o zachowaniu poufności, i to taką, której złamanie skutkowałoby bankructwem i ich, i ich dzieci, ale rozumiałam jego potrzebę utrzymania tego w tajemnicy.

- Musiałem chronić cię przed moją rodziną. Kazaliby cię zabić bez chwili wahania, a ja byłem zbyt młody, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo w inny sposób.

W duszy czułam ból na myśl o tym, jakie piekło zgotowały moim chłopcom ich własne popierdolone rodziny.

- Vee była darem, rozumiesz - mówił dalej szeptem. - Kobieta, która potrzebowała takiego samego związku jak ja. Udawanego. Ponieważ obydwoje byliśmy zakochani w kimś innym.

Ściskałam jego dłoń tak mocno, że pewnie go to bolało, ale nie dał tego po sobie poznać.

- Wiesz, że teraz jest inaczej, prawda? - wyszeptałam w odpowiedzi.

Przechylił głowę, więc na jego pełnych ustach mogłam dostrzec leniwy uśmiech. Na ustach, które pragnęłam znów pocałować, żeby przestały nawiedzać mnie w snach.

- Zawsze dobrze mi szło dzielenie się, Bella. Do pewnego stopnia. Jeżeli wybrałaś już facetów do swojego haremu, mam nadzieję, że także dla mnie znajdzie się w nim miejsce.

Kurwa. Harem.

To słowo zmroziło mi krew w żyłach, ale postanowiłam się na nim nie fiksować.

- W moim świecie jest miejsce dla ciebie - powiedziałam. - Zawsze było.

Gdy nasze usta się spotkały, dostałam dokładnie to, czego pragnęłam. Jego język leniwie wślizgnął się w moje usta, a ja z trudem powstrzymywałam się od jęku.

Chwilę później rozległ się dzwonek oznaczający, że dotarliśmy na miejsce, więc odsunęliśmy się od siebie i ruszyliśmy w stronę samochodów. Pozostali byli już w środku i najwyraźniej na nas czekali.

- Wybierzesz się ze mną na randkę, Bella? - spytał Angelo, gdy zbliżaliśmy się do SUV-ów. - Tym razem zróbmy to tak, jak należy.

Randka? Czy kiedykolwiek byłam na prawdziwej randce?

- Z przyjemnością - odpowiedziałam, czułam, jak pnącza radości przebijają się przez ciężkie chmury, które wisiały nade mną od kilku dni.

Chmury, które się nie rozwieją, dopóki w taki czy inny sposób nie zniknie niepewność związana z Graysonem. Ale przynajmniej zdarzały mi się przebłyski słońca.

Czasami to właśnie te jaśniejsze chwile pozwalały przetrwać.

28: Grayson

Tak blisko. Byłem tak cholernie blisko opowiedzenia Billie o wszystkim, co się wydarzyło tamtej nocy. Nocy pożaru, podczas której straciła rodziców i dziecko. Kurwa, poczucie winy ciążyło mi niczym ołowiana zbroja, ale nie potrafiłem cofnąć czasu.

Wyrzucałem swoją frustrację przez pałeczki, gdy zaczęliśmy pierwszy kawałek tego wieczora. Nie walczyłem już ze swoimi emocjami, nie uciekałem przed nimi. Już nic mnie nie powstrzymywało i było to słychać w muzyce. Każdy wie, że perkusista jest sercem i duszą zespołu, więc jeżeli ja nawalałem, odbijało się to na całej kapeli. Jednak gdy byłem w formie...

- Cholera jasna, ale dajemy dziś czadu! - krzyknął do mnie Rhett w przerwie między numerami.

Wyłączył mikrofon, a Jace zagadywał publikę tak, jak tylko on to potrafi. Gorączkowe podniecenie na twarzy Rhetta było nowością. Po sesji z terapeutką w jego kroku można było dostrzec pewną lekkość, jak gdyby wreszcie mógł swobodnie oddychać. Zazdrościłem mu, ale wiedziałem również, że jedna dokończona rozmowa z Billie przyniesie i mnie ogromną różnicę.

Nie załagodzi mojego poczucia winy, nie zmieni mojego udziału w tej traumie, ale nie mogłem się doczekać, aż spróbuję uśmierzyć jej cierpienie. Jeżeli moja wersja zdarzeń mogłaby w jakiś sposób przynieść jej spokój, nawet gdyby miała mnie za to znienawidzić, to musiałem to zrobić. Gdy będzie gotowa. Będę cierpliwie czekał na powrót do naszej rozmowy.

Muzyka z nas wypływała, nowe brzmienie Bellerose, wyniesione na wyższy poziom dzięki cierpieniu, stracie i miłości, które teraz wspólnie przeżywaliśmy. Pomogła nam w tym szalona edynburska publiczność, która w stu procentach towarzyszyła nam w tej podróży.

Gdy zagraliśmy mniej więcej jedną trzecią piosenek, nastąpiła krótka przerwa, podczas której pracownicy techniczni zmieniali ustawienie sceny, a ja z wdzięcznością przyjąłem ręcznik i butelkę wody, którą podał mi ktoś z ekipy.

- Gray, to było świetne - skomentował Angelo i skinął głową. - Szacun.

Skinąłem w odpowiedzi, przełknąłem łyk wody.

- Tobie też nieźle poszło. Szybko się uczysz, co nie?

- Najwidoczniej. - Uśmiechnął się tajemniczo. - To, że niektóre z hitów Bellerose były kawałkami Snake Soups pomaga.

- Cholera. - Uniosłem brwi. - No tak, zapomniałem, że Jace dostarczył sporo materiału na ten pierwszy album... Dzięki?

Angelo jedynie wzruszył ramionami i chwycił swój ręcznik, by przetrzeć twarz, po czym poszedł porozmawiać z Jace'em. Rhett skinął do mnie, ale obejmował ramieniem uśmiechniętą Billie, więc nie mogłem winić go za to, że nie chciał jej puścić.

Westchnąłem, dokończyłem wodę i szybko poszedłem za róg, żeby się odlać. W słuchawce usłyszałem głos kierownika sceny, który informował, że do występu zostały dwie minuty, więc miałem wystarczająco dużo czasu. W toalecie była tylko jedna i to zajęta kabina, więc walnąłem pięścią w drzwi.

- Pospiesz się! - warknąłem.

Sekundę później drzwi się otworzyły i wytoczyła się z nich z chichotem wyglądająca na naćpaną groupie. A tuż za nią jeden z członków ekipy technicznej z uśmiechem poprawiał jeansy.

- Co tam, stary? - powiedział na mój widok. - Odjazdowy występ.

Nie zwracałem na niego dłużej uwagi, wszedłem do kabiny i zamknąłem drzwi. Nie interesowało mnie, z kim pieprzyli się nasi pracownicy, ale powinni pamiętać, że nie mogą korzystać z toalety najbliżej sceny.

Do ponownego wyjścia została minuta, więc pospiesznie dokończyłem, po czym opłukałem ręce. Zatrzymałem się, bo na umywalce zobaczyłem pusty woreczek po kokainie. Wydrukowane na nim logo było dziwnie znajome, ale nie wiedziałem, skąd je kojarzę. Miałem złe przeczucia, a ostatni raz, gdy coś podobnego się stało, wydarzył się wtedy, gdy Billie wymieniła nazwisko swojej matki.

Nie wiedziałem zbyt wiele o europejskim rynku dragów, ale może Rhett się lepiej orientuje. Wsadziłem woreczek do kieszeni jeansów i pospiesznie wróciłem na scenę akurat w chwili, gdy ponownie rozbłysły światła.

- Wszystko gra? - spytał Jace, odsunął od siebie mikrofon.

W jego spojrzeniu widziałem troskę, więc skinąłem w odpowiedzi. Pomimo całego zamieszania za kulisami z powodu Billie na scenie mówiliśmy jednym głosem. Byliśmy braćmi. Z półuśmiechem zakręciłem pałeczkami i zacząłem wystukiwać rytm naszej następnej piosenki.

Jace się wyszczerzył i chwycił za mikrofon, żeby przy akompaniamencie mojej solówki na perkusji ponownie rozentuzjazmować publiczność. Dawałem z siebie wszystko, improwizowałem, podczas gdy Jace flirtował z dziesięciotysięcznym tłumem, a następnie weszli Rhett i Angelo i zaczęliśmy On the Edge, jeden z hitów z ostatniego albumu.

Mój wzrok powędrował za kulisy, gdzie z szerokim uśmiechem na twarzy w rytm muzyki podrygiwała Billie. Ten widok kontrastował z tym, jak wyglądała podczas tamtego pierwszego koncertu, gdy dałem jej słuchawki, żeby nie musiała słuchać Jace'a, wyśpiewującego tekst o swoim złamanym przez nią sercu.

Teraz, gdy wiedziałem, jak to jest być w niej zakochanym, rozumiałem go.

Skończyliśmy koncert w stanie euforii. Zeszliśmy ze sceny ociekający potem i nabuzowani od nadmiaru endorfin. Billie i Vee czekały na nas z gratulacjami, ale to Rhett porwał Billie w ramiona i zakręcił nią w kółko. Oczywiście, że to musiał być on. Billie i Jace wymienili między sobą mroczne spojrzenie, a ja zacząłem się zastanawiać nad powodem ich ostatniej sprzeczki.

Angelo poklepał mnie po ramieniu, po czym podszedł do Rhetta z szelmowskim uśmiechem.

- Przykro mi, Silver. Porywam Bellę.

Rhett nienawidził się dzielić. Mimo iż twierdził, że nie ma z tym problemu, z dzieciństwa pozostał mu uraz, przez który zaciekle bronił rzeczy, które były jego własnością. Ciuchy, gitary... dziewczyny. Był za trójkącikami, ale współczułem każdemu, kto chciałby ukraść coś, co do niego należało. Skrycie czekałem, aż ta poliamoryczna sprawa z Billie eksploduje, a Rhett będzie zarówno iskrą, jak i lontem.

- Odpieprz się, Ricci - odpowiedział, co nikogo nie zdziwiło.

- Nie zachowuj się jak dziecko, Silver. Bella obiecała mi randkę. - Angelo skrzyżował wytatuowane ramiona na swojej przepoconej koszulce z logo Bellerose. Koncertowy Angelo musiał sporo zmienić w garderobie, żeby nie przypominać mafijnego Angela, więc teraz wyglądał jak zupełnie inny facet. Bardziej modny, a mniej niebezpieczny.

- Teraz? - zapiszczała Billie, która uwolniła się z zaborczych objęć Rhetta.

- Chwytaj dzień, Bella. Nie daj się prosić. - Wyciągnął do niej rękę, a ona wzięła ją bez wahania.

Wczorajszy pocałunek w klubie sporo między nimi zmienił. W piersi poczułem płonącą zazdrość, ale ziejąca przepaść, która nas dzieliła, powstała wyłącznie z mojej winy.

Gdy zaczęli się oddalać, moją uwagę przykuł tatuaż na tylnej części ramienia Angela. Zmarszczyłem brwi i dla porównania wyjąłem z kieszeni pusty woreczek po kokainie, który zabrałem z łazienki.

Faktycznie był na nim ten sam skorpion w pajęczej sieci.

- Co jest, kurwa? - wymamrotałem sam do siebie.

- Widzę, że teraz faszerujesz się jakimś mocniejszym gównem? - spytał Jace, patrzący znacząco na woreczek.

Wzruszyłem ramionami, ponieważ w gruncie rzeczy żaden z nas nie traktował już kokainy jak mocne gówno.

- Hej, czy to logo nie wydaje ci się znajome? - Pokazałem mu woreczek.

- Może? - Jace się zastanowił, zmarszczył nos. - Nie wiem, gdy wciągam kreskę, nie zwracam na to uwagi. Ale Rhett może wiedzieć.

Nasz gitarzysta imprezowicz podniósł głowę znad telefonu, który trzymał w ręce, po czym spojrzał na woreczek.

- Nie wiem. Faktycznie przypomina to, co dostałem w Dublinie. Niech no sprawdzę. - Przeszukał kieszenie i wymamrotał jakieś przekleństwo. - Nic nie zostało. Czekajcie. Kristie! Chodź tutaj! - Przywołał jedną z dziewczyn z ekipy, która była z nami na poprzedniej niedokończonej trasie.

Przybiegła z wyrazem chęci do pomocy na twarzy. Gdy Rhett spytał, czy została jej jeszcze jakaś kokaina z Dublina, z biustonosza wydobyła prawie pusty woreczek.

- Ha! Wiedziałem. - Rzucił mi go. - Taki sam.

- Jest coś, o czym powinniśmy wiedzieć, Gray? - Zaciekawiony Jace uniósł brew.

Patrzyłem na dwa identyczne logotypy w mojej dłoni, zmarszczyłem czoło.

- Może. Prawdopodobnie. Ale dam wam znać, gdy będę mieć coś więcej niż tylko przeczucie. - Schowałem obydwa woreczki do kieszeni. - Balujecie dzisiaj? - Skinąłem w stronę Vee, która stała nieopodal i gawędziła z jakąś groupie. - Jeżeli uderzycie do klubu, ktoś powinien mieć na nią oko.

Jace i Rhett wymienili między sobą spojrzenia, po czym Rhett potrząsnął głową.

- Wracam do hotelu, zabiorę Vee ze sobą.

- Domyślam się, że w takim razie dzisiejszego wieczoru to będzie jednoosobowy występ Jace'a - powiedział nasz wokalista z wymuszonym uśmiechem. - Chyba że masz ochotę się przyłączyć, Gray?

- Nie dziś - odpowiedziałem, po czym się oddaliłem. Chciałem wziąć prysznic i się przebrać, miałem dręczące przeczucie, że będę musiał zbadać związek między woreczkami po kokainie i tatuażem Angela.

Nie spieszyłem się z prysznicem w garderobie, gra na perkusji to praca, przy której człowiek się zgrzeje, nawet w zimie i przy światłach reflektorów, które niemal parzyły. Później przebrałem się w czyste ubrania. Gdy wyszedłem z garderoby, większość ekipy była zajęta pakowaniem sprzętu. Harmonogram trasy, jaki nam narzucono, był szaleńczo napięty, więc wszyscy działali na najwyższych obrotach, by dopilnować, żeby cały sprzęt został spakowany, przewieziony i dostarczony do kolejnego kraju i miasta na czas.

Ubrany jak zwykle na czarno, wyślizgnąłem się w cień, by trochę się rozejrzeć. To, że takie same narkotyki sprzedawano na naszych koncertach w Dublinie i Edynburgu, nie mogło być przypadkiem. Ani to, że Angelo miał ten sam wzór wytatuowany na swoim ciele. To z pewnością nie był symbol rodziny Riccich. Ale musiał być powiązany z jakąś gałęzią ich działalności. Gałęzią, która przyjechała za nami do Europy... Przeczucie nakazywało mi nieco powęszyć, więc tak właśnie zrobiłem.

Godzinę później budynek był niemal pusty, a ja zaczynałem myśleć, że popadam w paranoję, że potrzebuję jakiegoś projektu, który odciągnie mnie od Billie i ciążącego mi poczucia winy. Westchnąłem i pchnięciem otworzyłem drzwi wyjścia ewakuacyjnego, po czym ruszyłem w stronę ramp towarowych. Wcześniej wysłałem wiadomość do kierowcy, żeby czekał na mnie na tyłach, a on odpisał, że będzie tam za pięć minut.

Gdy tam dotarłem, panowała cisza, ale przy rampie stała z podniesioną naczepą jedna z ciężarówek przewożących nasz sprzęt. Obok leżały skrzynie, czekające na załadunek, ale nie dostrzegłem żadnych członków naszej ekipy. Co zdawało się dziwne. Nasza ochrona była na tyle szczelna, że nic, nawet sprzęt, nie mógł być pozostawiony bez nadzoru. Nigdy.

Rozejrzałem się i podszedłem bliżej. Z pewnością ktoś tu był.

Nikt się nie pojawił, co spowodowało, że poczułem wzbierający w mojej piersi niepokój. Musiałem zaspokoić ciekawość, więc otworzyłem najbliższą skrzynię i uchyliłem wieko.

- Kurwa - wymamrotałem, bo patrzyłem na ogromną ilość kokainy, spakowanej na moje oko w jednogramowe woreczki. Wszystkie z tym samym logo.

Teraz to zaczynało mieć sens. Z westchnieniem pełnym frustracji wdrapałem się do ciężarówki, żeby sprawdzić, jak źle sprawy faktycznie się mają. W środku było jeszcze więcej narkotyków, nie tylko kokainy, a w innych skrzyniach mnóstwo gotówki. Ale nie zostały spakowane w równe, starannie ułożone stosy. Nie, pieniądze były ubrudzone, pomięte, zwinięte... To gotówka pochodząca ze sprzedaży narkotyków.

- Kurwa mać - powiedziałem na głos i schowałem telefon do kieszeni, gdy już zrobiłem całą masę zdjęć na dowód. Byłem teraz pewny, że ktoś na chwilę się stąd oddalił, ale lada moment wróci. Nie miałem ochoty być zamieszany w cały ten bałagan, więc wyskoczyłem z ciężarówki i opuszczałem teren, udając, że pilnuję własnego nosa.

W ciemności zdołałem przejść zaledwie dziesięć kroków, zanim natknąłem się na dwóch gości, wyglądających na twardzieli, których zadaniem było prawdopodobnie pilnowanie ciężarówki. Zamiast tego palili za rogiem skręta, a gdy im przeszkodziłem, spanikowali.

Rozległy się strzały. Szybko ich rozbroiłem, głową jednego trzasnąłem o głowę drugiego, żeby ich znokautować, a następnie zawlokłem w boczną uliczkę, żeby nie rzucali się w oczy. Nie mogłem pozwolić im przeżyć, w przeciwnym razie donieśliby Giovanniemu Ricciemu, że wiem o jego narkotykowych interesach. Nie miałem innego wyboru, jak tylko skręcić im karki. Szybko, bez brudzenia sobie rąk, uciszyłem ich na wieki. Ciała ukryłem za śmietnikami, wiedziałem, że nie mam teraz czasu na zajmowanie się nimi. Później zamierzałem tu wrócić i dopilnować, żeby zniknęły.

Usłyszałem odgłos klaksonu i wytarłem dłonie o spodnie, po czym zawlokłem tyłek w stronę, z której nadjeżdżał mój kierowca. Dopiero gdy znalazłem się na tylnym siedzeniu sedana oddalającego się z miejsca koncertu, zauważyłem, że zostałem postrzelony.

Jasna cholera.

29: Billie

Nie miałam zielonego pojęcia, jakim cudem Angelo dał radę zaplanować randkę, gdy jednocześnie grał koncert. Ale to zrobił, porywał mnie spod sceny do restauracji położonej w piwnicy kamiennego budynku, który na pewno miał setki lat. Zaprowadził do prywatnej sali, gdzie przygotowano stolik dla dwóch osób, po czym przepadł gdzieś na dziesięć minut, żeby wziąć prysznic i się przebrać.

Gdy wrócił, Angel, nowy basista Bellerose, zniknął, a pojawił się Angelo Ricci. Nie chciałam tego komentować, ponieważ wkładał w to wszystko tak dużo wysiłku, ale Angel podobał mi się bardziej. Angel był nieokrzesany, autentyczny i pełen emocji, a Angelo Ricci był zimny i opanowany.

Ugryzłam się w język i posłałam mu sztuczny uśmiech, a gdy podszedł kelner, by napełnić szklaneczkę Angela, pozwoliłam nalać sobie kieliszek wina.

- Elegancko tutaj - stwierdziłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Tuziny świec oświetlały przestrzeń i emanowały ciepłym blaskiem, a świeże kwiaty sprawiały, że w powietrzu unosił się delikatny zapach. Scena jakby żywcem wycięta z reality show Kawaler do wzięcia, a do tego ten markowy garnitur Angela. - Czuję się trochę nieodpowiednio ubrana.

Rozsiadł się, zeskanował wzrokiem moje jeansy i koszulkę z logo Bellerose.

- Wyglądasz idealnie, Bella. Zawsze wyglądasz idealnie.

Z jakiegoś powodu poczułam, że płoną mi policzki, popiłam nerwowo wino. W takim tempie upiję się i zacznę rozmawiać z wyimaginowanym krokodylem, nim skończy się ta noc.

- Więc - zagaiłam przy użyciu najbardziej oryginalnego słowa dekady. - To trochę dziwne. Prawda?

Angelo posłał mi uśmiech, który świadczył o tym, że czuł się odprężony i najwidoczniej nie miał potrzeby spieszyć się ze swoim winem, jakby to były zawody w piciu. Dobrze dla niego.

- Czy to naprawdę takie dziwne? - spytał i wzruszył ramionami. - Dla mnie to naturalny etap w związku, który powinniśmy przejść. Życie nam to trochę spieprzyło na jakiś czas, ale wróciliśmy na właściwe tory. Tam, gdzie nasze miejsce.

- Nie da się ot tak wrócić - wyszeptałam ze ściśniętym gardłem.

Nazwijcie mnie Billie Sabotażystką, ponieważ najwidoczniej nie potrafiłam zostawić pieprzonej przeszłości za sobą, a zamiast tego nieustannie wplatałam ją w teraźniejszość. Ale na swoją obronę mogłam powiedzieć, że to wina doktor Candace. Ciągle tylko powtarzała: "Żeby móc wkroczyć w przyszłość, musisz się uporać z przeszłością", oraz wiele innych bardzo wnikliwych, choć bolesnych, porad.

Angelo pochylił się nad stołem i chwycił moją dłoń, zdecydowanym i mocnym gestem, jakby wcale nie przejmował się tym, że mogę go odrzucić. Zawsze podziwiałam jego pewność siebie, a w tych nielicznych chwilach, gdy mu jej brakowało, uwielbiałam być przy nim, żeby dodać mu otuchy i pomóc mu się podnieść.

- Bella, nie w tym sensie wracamy. Idziemy naprzód, bo to jedyny kierunek, który można obrać. Ale nigdy nie zapomnę przeszłości. Chwile spędzone z tobą to nadal jedne z moich najlepszych wspomnień, które pomogły mi przetrwać najgorsze gówno.

Poczułam, jak gula cierpienia ściska mi gardło.

- Ale mnie zostawiłeś - wydusiłam szeptem. - Po prostu... odszedłeś.

Zacisnął szczęki, dopasował się do uścisku w mojej piersi.

- Nie miałem wyboru, Bella. Mój ojciec chciał cię zabić, by zyskać pewność, że przystanę na wszystkie jego życzenia, włącznie z tym, kogo poślubię i jaką rolę odegram w rodzinie Riccich. Wówczas nie miałem ani władzy, ani środków, żeby mu się przeciwstawić. I byłoby to zbyt ryzykowne, zwłaszcza po... - urwał, ale dobrze wiedziałam, jakie miało być to ostatnie słowo: pożarze.

- Czy wiedziałeś już wtedy, że ogień został podłożony celowo?

Angelo mocniej ścisnął moją dłoń, przez chwilę szybko mrugał. Najwidoczniej zakładał, że się zdenerwuję i rozkleję podczas rozmowy o moich rodzicach i dziecku. Miałam na to cholerną ochotę, ale bardziej chciałam usłyszeć jego odpowiedź. Przez prawie dziesięć ostatnich lat wypłakiwałam sobie oczy z powodu tragedii, która ukształtowała resztę mojego życia. Wiedziałam już, że to było podpalenie, ale chciałam usłyszeć to od Angela.

Chciałam usłyszeć, kto był, kurwa, za to odpowiedzialny.

Nawet jeśli to Grayson podłożył ogień, rozkazy przyszły z góry.

- Tak.

Milczałam, czekałam na szczegóły.

- Moment wydał mi się zbyt podejrzany, bym mógł sądzić inaczej. Chociaż nigdy nie udało mi się znaleźć zlecenia od Riccich albo powiązanych rodzin.

- Rodzina Graysona jest powiązana z twoją? - zapytałam cicho.

- Nie. - Angelo potrząsnął głową. - Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ricci i Kahulu to dwie organizacje przestępcze, więc nasze ścieżki na pewno się skrzyżowały, ale na tym koniec.

Więc musiał być jakiś inny gracz.

- Może Wilsonowie? - rzuciłam pierwsze, co przyszło mi do głowy. - Ale dlaczego mieliby chcieć śmierci moich rodziców? Mama pracowała dla twojego ojca, zgadza się?

Angelo skinął wolno głową, a ja byłam wdzięczna, że nadal trzymał moją dłoń. To trudna rozmowa, którą powinniśmy byli odbyć dawno temu.

- Nigdy nie naciskałem zbyt mocno - przyznał. - Żyłaś, a ja chciałem, żeby tak zostało, ale przysięgam, że nigdy nie przestałem szukać informacji. Teraz, gdy wiemy, że Grayson otrzymał zlecenie zabójstwa, być może będzie mógł wskazać nam właściwy trop, żeby wyjaśnić, co tak naprawdę się stało tamtej nocy.

Prawdopodobnie nadeszła pora, abym opowiedziała komuś dokładnie o tym, co powracało w moich wspomnieniach. Od chwili wybuchu w wytwórni w moich snach na powierzchnię wypływały powoli coraz to nowsze szczegóły. Wreszcie dotarłam do punktu, w którym wydawało mi się, że mam jaśniejszy obraz tamtych wydarzeń.

- W dzień pożaru wróciłam właśnie z USG - powiedziałam szybko, bo chciałam mieć to już za sobą. - Usłyszałam kłótnię rodziców. Tato mówił mamie, że posunęła się za daleko i że oni zabiją nas wszystkich. Że nie miała do czynienia ze zwykłymi przestępcami, lecz z mafią. Mama się upierała, że wszystko jest pod kontrolą i że zrobiła to dla nas i przeklętego dziecka.

Oczy Angela stały się tak ciemne, że nie byłam w stanie odróżnić źrenicy od tęczówki. Wyglądał pięknie, ale jednocześnie przerażająco i niebezpiecznie, a wzrokiem sięgał w głąb mojej duszy.

- Nazwała je przeklętym dzieckiem?

Skinęłam i przez chwilę nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa.

- I właśnie tej nocy był pożar - dokończyłam.

To nie mógł być przypadek.

- Muszę porozmawiać z ojcem - powiedział chrypliwym głosem Angelo, a na jego twarzy nadal malował się gniew. - Po raz pierwszy czuję, że jestem gotowy pociągnąć ten temat. Przysięgam, Bella, jeżeli się dowiem, że to on zlecił zabójstwo twoich rodziców i przy okazji dziecka, to dopilnuję, żeby głowa rodziny Riccich skończyła dwa metry pod ziemią.

Teraz nadeszła moja kolej, by ścisnąć jego dłoń.

- Nie ryzykuj, Angel. To nie zwróci życia Penelope ani mojemu tacie. A jeżeli to moja mama była powodem pożaru, dostała dokładnie to, na co sobie zasłużyła. W tej niedorzecznej pieprzonej wojnie nie mam zamiaru stracić także i ciebie.

Angelo i Jace byli stałymi osobami w moim życiu. Stałymi, które zmieniły się z przyjaciół w kochanków, a potem we wrogów. Ale nadal byli stałymi. Gdybym straciła ich, oznaczałoby to moją śmierć, a w moim życiu było tyle śmierci, że wystarczyłoby na kilka żyć.

- Zostaw to mnie, Bella - powiedział, ale w ogóle mnie tym nie uspokoił.

Zanim zdążyłam choćby spróbować przeciągnąć jego uparty tyłek przez stół i zażądać, by naprawdę nie ryzykował, powrócił kelner, który przyniósł nam chleb i oliwę. Angelo puścił moją dłoń, żeby zrobić miejsce na środku stołu, a ja w pewnym sensie żałowałam, że nie jesteśmy gdzieś indziej. Każdego dnia mogłabym tak trzymać jego dłoń ponad chlebem. A może obie. Tak, byłoby miło trzymać obie.

- Czy jest pan gotowy złożyć zamówienie? - spytał kelner, mnie zupełnie zignorował.

W normalnych okolicznościach wkurzyłoby mnie takie zachowanie, ale i tak miałam się już czym stresować. Nieważne, ile razy doktor Cadence powtarzała, że aby iść naprzód, muszę się uporać z przeszłością, ta jednak nie dawała za wygraną, a uporanie się z nią nie było ani prostym, ani łatwym zadaniem.

Trzeba ją będzie odciąć, w bolesny sposób, po którym pozostaną mi blizny i zniekształcenia.

- Bella? - powiedział cicho Angelo, a ja odchrząknęłam, uświadomiwszy sobie, że i on, i kelner się na mnie gapią. Najwidoczniej coś mnie ominęło. - Jesteś gotowa, aby złożyć zamówienie?

No tak. Pieprzone jedzenie. Miałam ściśnięty żołądek, przez co wątpiłam, że zdołam cokolwiek wcisnąć, ale zamierzałam spróbować. Dla Angela.

- Wezmę gnocchi - powiedziałam szybko, ponieważ gdy Angel brał prysznic, zdążyłam się zapoznać z menu. - I małą sałatkę jako przystawkę.

- A dla mnie jagnięcina z sezonowymi warzywami i sosem miętowym.

Cholera. Od razu mu pozazdrościłam. To byłby mój kolejny wybór... Może da mi spróbować.

Kelner się oddalił, a my mogliśmy wrócić do naszej rozmowy. Ale nie chciałam niepotrzebnie tracić czasu i energii. Byliśmy na randce, a nie na sesji terapeutycznej, czyż nie?

- Jak to jest być na scenie z Bellerose? - spytałam, by zmienić temat. - Czy to dziwne uczucie?

Sączył wino i zastanawiał się nad moim pytaniem, po czym potrząsnął głową.

- Nie bardzo. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale było to czymś naturalnym. Jakby zawsze tak to miało wyglądać. A czy dla ciebie jest to dziwne?

- I tak, i nie. - Zmarszczyłam nos. - Trochę jakby nakładały się na siebie wspomnienia waszych prób jako Snake Soup w garażu Jace'a i splendor koncertów Bellerose. Dziwne, ale w pozytywnym sensie. Ale jak to jest grać z Rhettem i Grayem?

- Czy mogę zdradzić ci sekret? - Wargi Angela wygięły się w bardziej rozluźnionym uśmiechu.

- Hmm, oczywiście.

Zakrył dłonią usta, westchnął, zawstydzony.

- Znam ich muzykę. Po tym wszystkim, gdy Brenda załatwiła Jace'owi kontrakt z Big Noise, a ja musiałem porzucić granie i was, tak jakby pozostałem ze wszystkim na bieżąco.

- Czy to znaczy, że jest tajemniczym fanem Bellerose? - Wyobraziłam sobie Angela, zamkniętego w łazience, udającego, że śpiewa do szczotki do włosów zamiast mikrofonu, a taka wizja była wspaniała.

Zachichotał.

- W pewnym sensie. - Oblizał wargi, a ja nie mogłam przestać mu się przyglądać. Czy byłam podniecona? Tak. Przecież jestem tylko człowiekiem. - Jace by mnie zabił, gdyby wiedział, ale Brenda i ja pozostaliśmy w kontakcie, chociaż nie podpisałem kontraktu.

- Spotykałeś się z nią? - Uniosłam brwi.

Wzruszył ramionami, w jego śmiechu nie było nerwowości.

- To znaczy, był taki jeden moment, ale nie. Płaciłem jej za wszelkie informacje dotyczące Bellerose. - Wykrzywił twarz. - Na głos nie brzmi to zbyt dobrze.

W pewnym sensie to prawda. Ale ja miałam przede wszystkim mętlik w głowie.

- Nie rozumiem. Ty...

- Płaciłeś Brendzie za złamanie zasad poufności? Tak, i to sowicie. - Był na tyle świadomy tego, co zrobił, by chociaż udawać zawstydzonego.

- Ale czemu? To trochę masochistyczne, nie uważasz? Podglądać życie, które cię ominęło?

- Chyba tak. - Wzruszył ramionami. - Ale byłem przekonany, że Jace nie będzie chciał albo potrafił zadbać o swój interes. Po tym, jak z nim zerwałaś, jak pozwoliliśmy mu myśleć, że jesteśmy w związku, w którym nie ma dla niego miejsca, był tak potwornie zraniony. Autodestrukcyjny. Bałem się, że ktoś z przemysłu muzycznego mógłby wykorzystać ten jego kiepski stan psychiczny. Więc miałem dostęp do wszystkich umów i propozycji biznesowych, sprawdzali je moi prawnicy i dopiero po tym trafiały do zespołu. Brenda podsyłała mi również pierwsze nagrania ich utworów, więc... znam je.

- Mam mętlik w głowie - przyznałam, zmarszczyłam brwi. - Brenda nie sprawia wrażenia osoby, która lubi, jak się ją wyręcza tylko po to, żeby zarobić szybką kasę. Jest na to zbyt ambitna i wygląda, jakby autentycznie obchodziła ją przyszłość Bellerose.

- Okej, tak... - Angelo się skrzywił. - Formalnie nie robiła tego jedynie dla pieniędzy. Na początku wywierałem na nią, hmm, sporą presję, żeby się zgodziła na podpisanie kontraktu. Ale potem w ciągu kolejnych lat nabrała zaufania do moich zamiarów i wspólnie działaliśmy dla dobra Bellerose.

- Presję? W sensie... - Zmrużyłam oczy.

- Zagroziłem, że jeśli się nie zgodzi, zabiję jej starzejących się rodziców. Potem użyłem papierowych zapisów naszych transakcji, żeby mieć na nią haka, gdy ci umrą. Nigdy bym ich nie skrzywdził, ale, yyy, ona w to uwierzyła.

Kilka razy zamrugałam, po czym skinęłam głową.

- Tak, okej. Jace naprawdę by cię zabił i prawdopodobnie zwolniłby Brendę, co byłoby niemądrym posunięciem, ponieważ mimo tego waszego szemranego układu wydaje się wspaniałym managerem. To wyjaśnia, dlaczego sprawialiście wrażenie, jakbyście byli dobrymi przyjaciółmi.

- Chyba chcesz zapytać o coś jeszcze - wymamrotał i wziął łyk wina.

Przełknęłam swoje, opróżniłam kieliszek do dna.

- Tak, to prawda. - No dalej, alkoholowa odwago, wyratuj mnie. - Dlaczego... Kurwa. Okej. Dlaczego śledziłeś życie Jace'a, a mojego nie? Po tych wszystkich latach ciszy, w mojej głowie urosłeś do rangi przerażającego nieznajomego. Po tych wszystkich plotkach i pogłoskach na temat Riccich... Tamtej nocy, gdy zobaczyłam, jak w uliczce zabiłeś tego gościa, byłam autentycznie przerażona. Myślałam, że mnie też zabijesz.

- Wiem - przyznał i westchnął. - Nawaliłem. Przez te pierwsze miesiące po pożarze i po śmierci Penelope wynająłem prywatnego detektywa, żeby mieć pewność, że nic ci nie jest. Ojciec się jednak o tym dowiedział i zagroził, że cię zabije, jeśli nie zerwę wszystkich więzi z tobą. Wszystkich. Nigdy w całym swoim przeklętym życiu niczego bardziej nie żałowałem, Bella.

Przez nadmiar emocji nie mogłam złapać tchu, więc sięgnęłam po kieliszek. Ale że był pusty, pozostało mi jedynie zszokowane "Wow".

W tej chwili przyniesiono nam jedzenie, a rozmowa po raz kolejny zeszła na inny tor, na szczęście łagodziła napięcie i dawała nam obojgu możliwość zrelaksowania się i poflirtowania. Była to nasza pierwsza randka, ale jednocześnie kontynuacja nastoletniego romansu. Miałam nieśmiałą nadzieję, że ja i Angelo wreszcie znaleźliśmy się na dobrej wspólnej drodze.

30: Billie

Gdy trudniejsze tematy i liczne kieliszki wina mieliśmy już za sobą, atmosfera stała się bardziej gorąca. Nasz flirt przerodził się w delikatne dotknięcia i zanim się zorientowałam, obściskiwaliśmy się na tylnym siedzeniu limuzyny niczym napaleni nastolatkowie... Co wydawało się nam właściwe, więc bezdyskusyjnie nie miałam na co narzekać.

Jakimś cudem znalazłam się na jego kolanach, siedziałam na nim okrakiem na tylnym siedzeniu pędzącego samochodu, a nasze języki się splatały, jakbyśmy byli dla siebie stworzeni. Pojękiwałam wśród pocałunków, ocierałam się o jego twardość i snułam plany, jak się pozbyć ubrań, które dzieliły nas od siebie. Rozpaczliwie pragnęłam się pieprzyć z Angelem, a hotel był za daleko.

- Bella - wymruczał w moje usta, jego palce były boleśnie blisko mojej cipki, ale nie w środku. - Powinniśmy przerwać.

Co on właśnie, kurwa, powiedział?

- Czemu? - Napalonej i wstawionej mnie brakowało finezji.

- Bo tym razem zrobimy to we właściwy sposób. - Angelo uśmiechnął się leniwie. - Będziemy randkować i ponownie się w sobie zakochiwać, dowiadując się przy tym więcej o tym, kim teraz jesteśmy.

Na zakochiwanie się już trochę za późno, ale resztę zrozumiałam. Nawet jeżeli nie do końca podobała mi się ta jego seksualna wstrzemięźliwość.

Na mojej twarzy malowało się wyraźne rozczarowanie, na co zachichotał i pogłaskał mnie wielką dłonią po policzku.

- Mamy czas, Bella. Mamy mnóstwo czasu. Nie musimy się spieszyć.

- Moja cipka jest innego zdania - powiedziałam rzeczowo, a to wywołało u Angela kolejny leniwy uśmiech.

Znowu mnie pocałował, w pewny, wstrząsający światem sposób, a później posadził mnie obok siebie. Jedną rękę trzymał zaborczo na moim udzie, a drugą kreślił wzory na moim ciele, więc gdy limuzyna wróciła do hotelu, a on pocałował mnie na dobranoc w progu mojego pokoju, czułam się rozpaczliwie obolała i niezaspokojona.

- Do zobaczenia jutro, amore mio - powiedział Angelo prosto w moje usta i przynajmniej wydawało się, że nasze rozstanie jest bolesne też dla niego, sądząc po napięciu mięśni pod moim dotykiem. - Słodkich snów.

Oddalił się szybko, a ja jęknęłam.

- Łajdak - wymamrotałam, a zanim zniknął w windzie, miałam wątpliwą przyjemność usłyszeć jego cholerny śmiech.

Z impetem otworzyłam drzwi i prędko weszłam do środka, z nadzieją, że w łóżku znajdę czekającego na mnie Rhetta. Mój wzmożony popęd seksualny został idealnie zaprojektowany z myślą o wielu partnerach, a miałam farta, bo akurat spotykałam się z więcej niż jedną zabójczą i seksowną gwiazdą rocka.

Jakżeby inaczej, w pokoju nie było nikogo, a gdy spojrzałam na telefon, który przez większość randki miałam wyciszony, zobaczyłam wiadomość z informacją, że Rhett idzie coś zjeść do jednej z restauracji wynajętych dla zespołu i ekipy. Zapraszał, żebym do niego dołączyła, ale w mojej obecnej sytuacji byłby to raczej kiepski pomysł.

Wyszłam z pokoju i pod wpływem impulsu nacisnęłam klamkę pokoju Jace'a. Nie miałam wątpliwości, że również udał się do restauracji, ale ciekawość wzięła nade mną górę. Nie miał problemu z wykorzystywaniem mnie, gdy naszła go ochota na przygodny seks, więc dlaczego ja nie miałabym postąpić z nim podobnie?

Ku mojemu zaskoczeniu drzwi nie były zamknięte, a Jace stał w środku jedynie w miękkich spodenkach do koszykówki, bez cholernej koszuli, z mięśniami i tatuażami na widoku. Trzymał gitarę. Zrozumiałam, że przeszkodziłam mu w komponowaniu.

Wydawało się, że w pokoju nie było nikogo innego, nie miałam jednak zamiaru analizować, dlaczego poczułam tak wielką ulgę, że zastałam go samego.

- Rose? - powiedział i uniósł brew. - Nie spodziewałem się zobaczyć cię ubraną i nieowiniętą wokół małego kutasa Angela.

W jego tonie wyczułam jedynie odrobinę złośliwości, a w naszym przypadku był to całkiem przyjemny początek rozmowy.

- Postanowił się zachowywać jak dżentelmen - powiedziałam chłodno. - Wspominał coś o robieniu tego we właściwy sposób, randkowaniu i poznawaniu się na nowo jako dorośli.

Usta Jace'a zadrżały, ale udało mu się nie roześmiać.

- Czy on w ogóle cię pamięta? Nasza dziewczyna lubi być regularnie pieprzona, a ty nigdy nie radziłaś sobie dobrze z odmową. Balansowanie na krawędzi orgazmu było w zasadzie torturą.

Tak, takie są fakty.

- Po pierwsze, nie rób ze mnie seksoholiczki, mam po prostu zdrowy apetyt. A po drugie, nie przypominam sobie, żebyś mi kiedykolwiek odmówił. - Ton mojego głosu był oschły. - To znaczy, twój kutas sztywniał, gdy tylko wiatr zawiał we właściwym kierunku. Tak samo jak i Angela. To ja musiałam nadążać za dwoma napalonymi nastolatkami.

- Co szło ci całkiem dobrze - powiedział Jace i wzruszył ramionami.

Skurwiel.

- Prawda, ale od tamtego czasu musiałam się obejść bez regularnego seksu. Więc odwlekaniem tego Angelo mnie nie złamie. Wytrzymam i to.

- Wobec tego po co tu przyszłaś? - odgryzł się Jace. - Z tymi rozszerzonym źrenicami i zaczerwienionymi policzkami? Znam tę minę, kochanie, ale pozwól, że powiem... nie.

Nie będę kłamać, zostałam znokautowana. Chociaż pałaliśmy do siebie nienawiścią, Jace zawsze pisał się na seks. Ale on też mi odmówił, i to nawet bez tych romantycznych gestów i tłumaczeń, na jakie silił się Angelo.

- Nie? - powtórzyłam za nim. - Z tego, co słyszałam, pieprzyłeś chodzące silikonowe lalki, a teraz odmawiasz mnie?

To znaczy, w zasadzie nie powinnam zadawać mu tego pytania, ale... Nieważne.

Jace wkroczył w moją przestrzeń osobistą. Dzieliła nas gitara, ale mimo to czułam tą elektryzującą energię jego ciała.

- Mamy sporo do przepracowania, Rose. Nie możemy w nieskończoność pieprzyć się z nienawiści, zyskiwać chwilę spokoju, a potem znów się nienawidzić. Ten cykl musi się skończyć. A ja postanowiłem zakończyć go właśnie teraz.

O mało co nie zatoczyłam się do tyłu, ale on wyciągnął rękę i mnie złapał, zanim zdążyłam upaść.

- Zakończyć? - wyszeptałam. - Skończyłeś z nami?

Przez chwilę mocniej ściskał moją dłoń, a intensywność jego błękitnego spojrzenia trzymała mnie w miejscu, gdy ze złością poruszał szczęką.

- Nigdy, Rose! Nigdy, kurwa. Ale od teraz my też będziemy postępować inaczej.

Wtedy mnie puścił, a zanim zdążyłam się pozbierać i powiedzieć coś jeszcze, wycofał się w głąb pokoju i stanowczym ruchem zamknął drzwi. Nie trzasnął, ale dał mi do zrozumienia, że na dziś już faktycznie skończył.

A konkretnie, że skończył ze mną. Jednak nie na zawsze, co pozwoliło mi znów głęboko oddychać.

Ale tak na serio, kim są ci skurwiele, żeby sądzić, że mogą mnie podniecić, a potem odmówić mi spełnienia z powodu jakiejś głupiej potrzeby, żeby postępować inaczej?

Zanim zaczęłam ciskać gromy w drodze do pustego pokoju hotelowego, zdążyłam nieco odreagować. Czułam, że wzywa mnie długi, gorący prysznic. Po tym, jak wysłałam Rhettowi wiadomość, że nie dam rady dotrzeć do restauracji, wślizgnęłam się do luksusowej kabiny prysznicowej i pozwoliłam, by woda uderzała w moje ciało. Po jakimś czasie dłoń sama zsunęła mi się w dół brzucha, a potem niżej, aż do mojej cierpiącej łechtaczki.

Prysznic rozluźnił pewne części ciała, ale w przypadku innych nie obyło się bez pomocy.

Wystarczyło jedynie kilka minut, żebym doszła, oczami duszy widziałam wtedy twarze Jace'a i Angela, a wolną dłonią tłumiłam pojękiwania. Od momentu gdy dzielili się moim ciałem, upłynęło sporo czasu, ale pamiętałam to, jakby było wczoraj, i pragnęłam świeższych wspomnień. Jeżeli odtąd mieliśmy postępować inaczej, a teraz, gdy moje podniecenie osłabło, potrafiłam docenić ich gesty, może tym razem udałoby się nam odnaleźć prawdziwe szczęście.

Albo przynajmniej zakończenie, które byłoby mniej popieprzone niż ostatnim razem.

Wtedy byliśmy tylko dziećmi, które się wydurniają i nie bardzo wiedzą, co robią. Trójkąciki, które już zaliczyłam z chłopcami z Bellerose, miały zupełnie inny wymiar niesamowitości. Trójkąciki dorosłych. Umierałam z niecierpliwości, by wypróbować jakieś jeszcze bardziej pikantne kombinacje.

Gdy wycierałam włosy ręcznikiem, moją uwagę przykuło delikatne pukanie do drzwi, więc postanowiłam sprawdzić przez wizjer, kto to. Ostrożności nigdy nie za wiele.

Za drzwiami stała Vee, z grymasem na swoje ślicznej twarzyczce. Otworzyłam i zaprosiłam ją do środka, po czym ponownie zamknęłam drzwi na klucz.

- Wszystko w porządku? - zapytałam i zachęciłam ją, by usiadła na łóżku, a sama zdjęłam z głowy ręcznik i zaczęłam się rozglądać za szczotką.

W odpowiedzi uraczyła mnie wymuszonym uśmiechem.

- Aha. Czemu pytasz?

- Wydajesz się spięta, Vee. - Uniosłam brew. - Czy chodzi o moją randkę z Angelem? - Co byłoby logiczne ze względu na to, że przecież są małżeństwem.

- W pewnym sensie. - Zmarszczyła nos. - Ale nie chcę dokładać ci więcej stresu, Billie. Nie chcę też niczego przed tobą zatajać, bo jesteśmy przyjaciółkami. Mam rację?

- Tak, tak sądzę. O cokolwiek chodzi, wolę to usłyszeć teraz, niż dowiedzieć się o tym później. - Ale jednak w moim brzuchu kłębił się tak silny niepokój, że aż czułam skurcze. Oczami szalejącej wyobraźni już widziałam to, co tak niechętnie miała mi wyjawić.

Vee westchnęła ciężko, przeczesała palcami swoje idealne czerwone fale.

- Okej, trochę mi się nudziło, więc szperałam w internecie i znalazłam ten blog. Chyba. Jest cały o...

- Ach, niech zgadnę. Dirty Truths? - Poczułam ulgę.

- Właśnie. - Skinęła, nadal marszczyła czoło. - W każdym razie ktoś strzelił fotkę, gdy ty i Angelo wchodziliście dziś do restauracji, i te komentarze... - Wykrzywiła twarz.

- Aż tak źle? - spytałam, czułam się obrzydliwie. - Specjalnie starałam się tam nie zaglądać, bo jak nietrudno się domyślić, w internecie fanki Bellerose rozrywają mnie na strzępy. Chłopcy chyba sądzą, że jeżeli o niczym mi nie powiedzą, to wówczas ja jak idiotka uznam, że to wcale nie ma miejsca.

- Okej.- Vee opuściła ramiona, wypuściła powietrze. - Kurwa. To ja tu wariuję, bo myślę, że nie wiesz. Komentarze są naprawdę wredne. Dobrze robisz, że je ignorujesz.

- Nic, co powie jakiś internetowy troll, nie jest w stanie zmienić tego, jak żyję. - Wzruszyłam ramionami. - Czemu miałabym pozwolić, żeby coś takiego mnie przytłaczało? Znam siebie i siebie lubię. W każdym razie przez większość czasu. Niezależnie od tego, co fanki Bellerose myślą o naszej sytuacji, tak naprawdę to nie ich sprawa. I nie mają pojęcia, przez co razem przeszliśmy. Więc jeśli tak na to spojrzeć, to czy nie jest trochę żenujące, że wyrabiają sobie takie stanowcze zdanie na podstawie szczątkowych i wyrwanych z kontekstu informacji?

Vee skinęła głową w zamyśleniu, pocierała palcami lewe przedramię w miejscu, gdzie po tym nikczemnym pobiciu pozostała jej świeża, różowa blizna.

- To bardzo dobre podejście, Billie. Jesteś mądrzejsza, niż na to wyglądasz.

- Auć. Dzięki? - Parsknęłam śmiechem.

- O mój Boże, nie! - Szeroko otworzyła oczy. - Nie to miałam na myśli. Przepraszam! - Jej przeprosiny szybko przerodziły się w śmiech, gdy się zorientowała, że tak naprawdę nie jestem urażona. - Czuję się lepiej, gdy już ci to powiedziałam, zwłaszcza że już wiedziałaś, a ja niepotrzebnie się stresowałam.

- Cieszę się, że tylko to cię martwiło. Przez chwilę myślałam, że masz coś przeciwko temu, że odnowiłam relację z Angelem. - Spojrzałam na nią spod rzęs, nadal nie miałam co do tego pewności.

Jednak uśmiech Vee był autentyczny.

- Billie, złotko. Zawsze wiedziałam, że on znajdzie drogę powrotną do ciebie, i nie mogę być szczęśliwsza. Z waszego powodu. Taka miłość... Zazdroszczę wam. Choć bardzo zależy mi na Gianie, nie zrezygnuję dla niej ze swojego świata. Nie tak jak A dla ciebie. Teraz, gdy znów ma cię w zasięgu ręki, nikt i nic nie będzie w stanie was rozdzielić, tego jestem pewna. Kiedy przyjdzie co do czego, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo, poderżnie gardło własnemu ojcu. Romanse drugiej szansy przeżywa się inaczej, mam rację? O wiele bardziej intensywnie, gdy już wiesz, jak to jest stracić tę osobę.

Patrzyłam na nią, oniemiała, przyznawałam jej całkowitą rację.

- Dobra. Pójdę już, żebyś mogła się wyspać. - Wstała i mnie przytuliła, a ja odwzajemniłam ten gest. Minęło sporo czasu, odkąd miałam jakąś bliższą przyjaciółkę, ale Vee była kimś więcej. Stawała się członkiem rodziny.

- Dzięki, Vee - powiedziałam chrypliwym głosem, gdy już uwolniłam się z jej uścisku. - To, że ci zależy, dużo dla mnie znaczy.

- Oczywiście. - Wzruszyła ramionami, w jej uśmiechu była szczerość. - Dobry z ciebie człowiek, Billie. Zasługujesz na to, co najlepsze. I na wspaniały seks, którego, jak mniemam, masz teraz pod dostatkiem. - Puściła do mnie oczko, po czym wyszła z mojej sypialni, pozwoliła mi rozkoszować się naszą małą chwilą przyjaźni.

Ostatnie dziesięć lat przyniosło wiele złych doświadczeń, ale nie zabrakło też tych dobrych. Ta samotna, pozbawiona przyjaciół Billie, którą byłam, gdy w tamtej uliczce wpadłam na Rhetta, wydawała się snem. Albo koszmarem.

Teraz z trudem rozpoznawałam tamtą Billie; to nowe życie przepełniało tak dużo miłości i ciepła, które przepędziły ciemność. To znaczy, nadal nie brakowało dramatów, takich jak ten z Graysonem, ale w przeważającym stopniu to właśnie chłopcy z Bellerose sprawili, że zaznałam szczęścia i zadowolenia.

Teraz pozostawało mi jedynie dopilnować, żeby nikt mi tego nie odebrał. Już nigdy więcej.

31: Jace

Kurwa mać. Odmówienie Billie i zamknięcie jej drzwi przed nosem było najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Nie, czekaj, wróć. Stanął mi i z tego powodu trzymałem między nami gitarę, żeby nie zmusiła mnie do odkrycia kart. Ponieważ blefowałem. Gdyby przycisnęła mnie mocniej, wciągnąłbym ją do pokoju i pieprzył do nieprzytomności, opartą o te cholerne drzwi.

Miałem nadzieję, że mnie przyciśnie.

Gdy zamknąłem jej drzwi przed nosem, stałem tam zdecydowanie za długo, czekałem, aż podejmie jeszcze jedną próbę. Następnie, niczym zadurzona nastolatka, odtwarzałem w głowie całą rozmowę, zamartwiając się, co mogłem powiedzieć inaczej, i zastanawiając, czy zrozumiała, o co mi chodziło.

W końcu rzuciłem gitarę z powrotem na łóżko i jęknąłem. Miałem rację, czy się z tym zgadzała, czy nie. Nie mogliśmy potajemnie pieprzyć się z nienawiści, a potem publicznie się ignorować. Chciałem od niej czegoś więcej, a ona na pewno chciała tego samego.

Cholera jasna. Jeżeli kiedykolwiek mielibyśmy ruszyć do przodu, to czekała nas długa droga, a ja nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że moje ciągłe pragnienie, by jej dotykać, jedynie pogłębiało przepaść między nami. To, że się pojawiła w moim pokoju, tylko udowodniło mi, że mam rację. Nie widziała we mnie tamtego chłopaka, który kiedyś trzymał w dłoniach jej serce. Patrzyła na mnie jak na szybki numerek. Szybki numerek, żeby pozbyć się nadmiaru energii. I tylko tyle.

To bolało o wiele bardziej, niż się spodziewałem. Nawet jeżeli to była całkowicie moja wina. Wszak w ciągu tych ostatnich kilku miesięcy, które razem spędziliśmy, czy ona sama kiedykolwiek zainicjowała seks? Nie, zawsze to ja spuszczałem parę i odchodziłem, gdy było już po wszystkim.

- Do cholery, Jace - jęknąłem, potarłem twarz i rzuciłem się na łóżko. - Jesteś kretynem.

Kretynem z kutasem tak twardym, że można by nim ciąć szkło. Billie była tak nakręcona, że prawie czułem zapach jej podniecenia. Moja wyobraźnia chciała myśleć, że nadal go czuję. Co ona teraz zrobi? Rhetta na pewno nie ma, bo inaczej nigdy nie zapukałaby do moich drzwi.

Cholerny Angel, co on sobie myślał, gdy zostawiał ją w takim stanie? To kurewsko nieuprzejme. Ale wracając do tematu, jak udało mu się powstrzymać, gdy ona była bardziej niż chętna i podniecona? Billie to syrena, która z wiekiem staje się coraz lepsza w łóżku.

Ułożyłem się wygodnie, opuściłem spodenki i chwyciłem kutasa. Czy nadal będzie chciała się pieprzyć, gdy Rhett wróci? Czy może raczej weźmie sprawy w swoje ręce?

Poruszałem dłonią w górę i w dół, zamknąłem oczy i pozwoliłem myślom wędrować. Znając moją Rose, mógłbym się założyć, że postawi raczej na to drugie. Może leży teraz na łóżku, z rozłożonymi nogami, a palce znikają między jej słodkimi udami... A może jest pod prysznicem, cała śliska i mokra, i udaje, że to nie jej ręka? Pewnie Angela. A co, gdyby wyobrażała sobie, że to moja, wkładając dwa delikatne palce do swojej słodkiej cipki?

- Rose - zajęczałem i zacząłem szybciej poruszać dłonią. W myślach to ona z jękiem pod prysznicem wypowiadała moje imię, palcami desperacko stymulując łechtaczkę, z sutkami twardymi z podniecenia. - Kurwa.

Poczułem ucisk w jądrach, orgazm nadszedł ostro i szybko, kiedy wyobraziłem sobie, jak Billie drży i jęczy, dochodząc. Ostatnio wystarczająco często czułem jej orgazm na swoim kutasie, więc wyobrażenie sobie dokładnych doznań i dźwięków, jakie mu towarzyszą, nie wymagało wielkiej kreatywności, przez co gorący ładunek wylądował na moim brzuchu i dłoni. Co za bałagan.

- Cholera - powiedziałem cicho, dyszałem i leżałem tak przez jakiś czas.

Wreszcie wstałem i zawlokłem się pod prysznic, a potem wziąłem gitarę, by wykorzystać wenę, jakiej doznałem po orgazmie. I kurwa. To była prawdziwa wena.

You stand before me, shattered flower, but life blooms below. I see your heart, I feel your heat, I crave your scent. It calls me from the dark and tattered life I've built.

Muzyka wypływała ze mnie, długopis nie nadążał zapisywać myśli w notesie, a pomysły potykały się jeden o drugi. Potem musiałem wszystko rzucić i ponownie zwalić konia, ponieważ za żadne skarby nie mogłem przestać myśleć o Billie. Powinienem szybko wyprostować sprawy między nami, tak bardzo pragnąłem wedrzeć się do jej pokoju i zatopić kutasa w jej idealnej cipce. Nieważne, czy była zajęta Rhettem, czy nie. Równie dobrze mógłby się podzielić.

Z tych rozważań wyrwało mnie energiczne, głośne pukanie do drzwi rozlegające się dokładnie w chwili, gdy się spuszczałem. Na widok spermy rozbryzganej na notatniku do zapisywania tekstów jęknąłem z frustracji. Cholera jasna.

- Co jest? - warknąłem bardziej niż wkurzony. To na pewno nie Billie, nie pukałaby tak mocno.

- Wpuść mnie - odburknął Gray głosem cichszym, niż można by sądzić po słowach. Nie chciał obudzić reszty apartamentu? - Szybko, Jace. Musimy pogadać.

W pierwszej chwili miałem ochotę mu odwarknąć, żeby się odpieprzył, choć w przypadku kogoś takiego jak Grayson mogłoby to być ryzykowne. Ale ton, jakim to powiedział, sprawił, że się zawahałem. Słyszałem go u niego tylko kilka razy, a wtedy zawsze chodziło o jakieś poważniejsze gówno.

- Chwila! - krzyknąłem, chwyciłem ręcznik i szybko usunąłem dowody mojej obsesji na punkcie Billie.

Koszulka, którą wcześniej zrzuciłem, nadal leżała na podłodze, więc podniosłem ją i wciągnąłem przez głowę. Gdy otworzyłem drzwi, za nimi dostrzegłem opartego o ścianę i bladego jak ona Graysona.

- Gray, kurwa!

Uchyliłem szerzej i rzuciłem się, by pomóc mu wejść do środka. Na początku się opierał, ale gdy się potknął, przyjął moją pomoc. Za nami zatrzasnęły się drzwi.

- Co się, kurwa, stało? - warknąłem, kiedy dotarliśmy do sofy, a on jęknął i rozwalił się na siedzeniu.

- Zostałem postrzelony - powiedział krótko, udało mu się opanować ból i wyprostować, wtedy nasze spojrzenia się spotkały. - Musimy pogadać, Jace.

No kurwa.

- Oberwałeś? - Przyglądałem się jego klatce piersiowej, ale na ciemnym materiale koszulki trudno było dostrzec ranę postrzałową. - Gdzie? Chcesz jechać do szpitala?

- Podczas naszych dwóch ostatnich koncertów były w obrocie takie specyficzne woreczki z kokainą - powiedział, zignorował moje pytania. - Trochę dziś powęszyłem, bo symbol na tych woreczkach wydawał mi się znajomy, a gdy zobaczyłem, że Angel ma tatuaż z takim samym wzorem, zrozumiałem dlaczego. To część biznesu Riccich i jestem niemal pewny, że to właśnie z tego powodu przepchnięto naszą międzynarodową trasę.

- Gdzie. Kurwa. Zostałeś. Postrzelony? - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, gotów rozerwać mu tę przeklętą koszulkę i ponieść konsekwencje dotykania go bez pozwolenia. Jeżeli szybko czegoś nie zrobię, ten głupi kutas wykrwawi się na hotelowej sofie.

Wstał, w tej chwili mogłem jedynie zakładać, że oberwał w głowę, gdyby sądzić po jego zachowaniu, zrzucił kurtkę, a później ściągnął też koszulkę z logo Bellerose. Poświęcił chwilę, by przestudiować te kilka obszarów na ciele, w których wyraźnie odczuwał ból.

- Dostałem w bok brzucha - powiedział zwięźle, gdy zakończył oględziny. - Nie ma się czym przejmować.

Już miał włożyć koszulkę, ale chwyciłem go za ramię.

- Czy kula nadal tkwi w twoim brzuchu? Potrzebujesz lekarza?

- To tylko draśnięcie, przeszła przez mięsień. Będzie boleć jak diabli, gdy będę grał, ale poza tym nie ma powodów do zmartwień.

Była cała masa powodów do zmartwień, ale spoko, stary.

- Okej, w takim razie opowiedz mi o tym, co dziś widziałeś.

Nie włożył koszulki, zamiast tego pochylił się i uciskał nią ranę wylotową w boku. Miejsce, w które oberwał, na szczęście nie wyglądało źle, sączyło się z niego jedynie trochę krwi.

- Natknąłem się na ciężarówkę Bellerose, w której było około tuzina skrzyń ze sprzętem, a gdy otworzyłem kilka pierwszych, w środku znalazłem narkotyki i forsę. Najwyraźniej Giovanni wykorzystuje nasze koncerty do masowej sprzedaży dragów dla międzynarodowej publiczności.

Wcale mnie to nie dziwiło, ojciec Angela to prawdziwy skurwiel.

- To by tłumaczyło, dlaczego nie urządził sceny, gdy Angelo zaczął grać u nas na basie. Najwidoczniej chciał, żeby ten etap trasy doszedł do skutku, bez względu na wszystko.

Grayson skinął, na czoło wstąpił mu pot. Z minibarku wyjąłem parę butelek wody, otworzyłem jedną i mu rzuciłem.

- Wypij to, wyglądasz jak gówno.

Skrzywił się, ale wziął butelkę.

- I tak też się czuję. Już dawno nie oberwałem. Wychodzę z wprawy.

Cholera jasna.

- Jeżeli chodzi o bycie postrzelonym, to nie powinno się mieć w tym w ogóle żadnej wprawy, stary. Tak to działa.

Chyba że ma się dziewięć żyć, tak jak najwidoczniej Grayson.

- Co z tym teraz zrobimy? - zapytałem, sfrustrowany faktem, że znów straciłem kontrolę nad własnym życiem, a moja przyszłość leżała w rękach innego zdeprawowanego dupka, którego interesowało jedynie wykorzystywanie mojego zespołu. - Giovanni nie zawaha się nas zabić, jeżeli zrobimy wokół tego szum - przypomniałem Graysonowi. - Nie zależy mu na opinii i nie przejmie się złą prasą. Big Noise jest dla niego tylko odskocznią. Nie prawdziwym biznesem.

Grayson znów skinął, a ja przypomniałem sobie, że przecież był częścią takiego życia, podobnie jak Angelo.

- Po pierwsze musimy powiedzieć o tym reszcie zespołu. Billie i Rhettowi.

- A co z Angelem? - spytałem. - Chyba najlepiej wie, jak postępować z biznesami Riccich.

Grayson przytaknął, gdy zmienił pozycję, na jego twarzy pojawił się przelotny grymas bólu.

- Tak, ale też mocno siedzi w rodzinnych interesach. To nie tak, że mu nie ufam, bo ku mojemu zdziwieniu i owszem, ale nie mam pewności, po czyjej stronie by się teraz opowiedział. Narkotyki to spora część ich dochodów i myślę, że Angelo zasugeruje, żeby pozwolić, by ten biznes się kręcił, i nie zwracać na nic uwagi.

Prawdopodobnie miał rację.

- Zgadzam się. Najpierw powinniśmy porozmawiać z Billie i Rhettem, potem wspólnie zdecydujemy, co chcemy, żeby się wydarzyło, i w jaki sposób zaangażujemy w to Angela i Vee. To oni znają świat mafii, a będziemy ich wiedzy potrzebować, jeśli uznamy, że nie zgadzamy się na wykorzystywanie nas do sprzedaży dragów.

Nie byliśmy święci, ale to mnie wkurwiało. Tym bardziej że te dupki strzelały do Graysona bez ostrzeżenia. Na moim pieprzonym koncercie.

A skoro o nich mowa...

- Co się stało z tymi gośćmi, którzy cię postrzelili?

Grayson się zaśmiał, ale w jego śmiechu nie było wesołości.

- Spotkali się ze Stwórcą. Zanim wieczór się skończy, trzeba tam wrócić i posprzątać, łącznie z dowodami w ciężarówce.

Wspaniale. Tak więc będziemy musieli się zająć dwoma ciałami i koncertami pełnymi narkotyków Riccich.

Naprawdę powinienem był dziś przelecieć Billie, bo przy takim szczęściu mogę nie dożyć końca trasy.

Żadne z nas może nie dożyć.

32: Billie

Poduszka tłumiła moje krzyki, przygryzałam ją w rozpaczliwej próbie kontrolowania swojej głośności, gdy Rhett posuwał mnie od tyłu. Szeptał pochwały, jedną ręką mocno przytrzymywał moje biodro, a dwoma palcami drugiej posuwał mój odbyt w takim samym tempie, w jakim pracował jego kutas. Byłam w siódmym pieprzonym niebie i tylko tyle mogłam zrobić, żeby jękami i krzykami nie obudzić całego cholernego apartamentu.

- Wyrzuć to z siebie - drażnił się, a jego zakolczykowany kutas za każdym pchnięciem stymulował mój punkt G. - Pewnie leżą teraz w łóżkach z kutasami w rękach i masturbują się przy dźwiękach, które wydajesz, gdy cię pieprzę.

O Chryste, ten obrazek w mojej głowie wyczyniał ze mną sprośne rzeczy.

- Cholera, Zep - zajęczałam, po czym zagryzłam zęby na większym fragmencie poduszki, bo ścianki mojej pochwy się zacisnęły, a orgazm zaczął się kumulować.

W najbardziej newralgicznym momencie ktoś walnął pięścią w drzwi sypialni, więc Rhett przerwał, a to odstraszyło mój orgazm niczym płochliwą myszkę.

- Co jest? - warknął Rhett i zerknął przez ramię w stronę drzwi.

- Musimy pogadać - odparł Jace poirytowanym głosem.

Dobrze się składa. Pieprzyć go za to, że mi odmówił. Jemu wolno się pozbywać frustracji za pomocą szybkich numerków, ale gdy to ja potrzebuję zaspokojenia, słyszę tylko "Nie, Rose. Nie w ten sposób". Łajdak.

Rhett jęknął i ponownie we mnie wszedł, przez co zapiszczałam.

- Jestem jakby zajęty. Przyjdź później.

- Teraz, Rhett - odparł Jace. - To jakby pilne. - Następnie, jako że jest aroganckim chujem, otworzył drzwi i bez czekania na odpowiedź wprosił się do środka. - Och.

Parsknęłam stłumionym śmiechem, z twarzą nadal wciśniętą w poduszkę i tyłkiem w górze, a za mną Rhett na kolanach, z kutasem i palcami głęboko we mnie.

- To trochę niegrzeczne - wymamrotał Rhett, który ponownie poruszał biodrami. - Trzymaj przez chwilę gębę na kłódkę, kutasie. Już prawie dochodziła.

Prawda. Tak było. Czekaj, czy będziemy kontynuować, gdy on będzie się przyglądał? Najwidoczniej tak. Rhett zignorował obecność Jace'a i wrócił do pieprzenia mnie, jakby wcale nam nie przerwano.

Ten dodatek w postaci obserwującego nas Jace'a był zbyt dobry, żeby go kwestionować, więc po chwili znów czułam zbliżający się orgazm. Gdy po moim ciele rozeszła się intensywna, wstrząsająca rozkosz, krzyknęłam w poduszkę, a Rhett spuścił się głęboko w moją cipkę.

- Nieźle - powiedział Rhett i pogładził mnie po pośladku, zanim zwinęłam się pod nim w kłębek. - O, cholera. Nie słyszałem, jak wszedłeś, Gray.

Zamarłam. To Gray też tu był? Kurwa. Robienie tego na oczach Jace'a to jedno, zasłużył sobie, ale Gray i ja nadal stąpaliśmy po tak grząskim gruncie, że od razu poczułam się okropnie. Panicznym ruchem otuliłam się pościelą, jakbym dzięki temu mogła jakimś cudem całkowicie zniknąć.

- Stary, czemu jesteś zakrwawiony? - spytał Rhett.

- Że co? - zaskomlałam, choć zabrzmiało to bardziej jak jakiś krzyk.

Następnie, jakżeby inaczej, nie potrafiłam się z gracją wygrzebać z pościeli, w którą byłam zaplątana, więc przez chwilę się wierciłam, zanim wreszcie udało mi się uwolnić z niej twarz. Jak można się było spodziewać, cera Graya przybrała ziemisty odcień, a on nie miał na sobie koszulki, stał i jakimś zwitkiem materiału uciskał bok, a na jego dłoni widniała krew.

- Bo mnie postrzelili. Ale nic mi nie jest - wystękał i oparł się o framugę. - To nie jest takie pilne.

- Grayson, postrzelono cię! - wrzasnęłam i wykonywałam szaleńcze gesty pod moim pościelowym burrito. - Dlaczego nie jesteś w szpitalu? Potrzebujesz lekarza! Musisz...

- Nic mi nie jest - warknął bardziej zdecydowanie. - Rhett może mnie zszyć, a ty się ubierz, Prickles. Po prostu... weź głęboki oddech. - Zmarszczył brwi, jakby się o mnie martwił. Martwił się o mnie, a przecież to jego postrzelono!

Rhett włożył już spodnie, Jace zadzwonił na recepcję po apteczkę, a ja puściłam moje pościelowe burrito i siedząc na brzegu łóżka, ze łzami w oczach patrzyłam na Graysona.

- Prickles, nic mi nie jest. - Tym razem powiedział to nieco łagodniejszym tonem, jakby wiedział, że zaraz przejdę załamanie nerwowe.

Nadal byłam na niego wściekła, wewnętrznie rozdarta i zraniona z powodu roli, jaką odegrał w śmierci moich rodziców i Penelope, ale myśl, że został ranny lub że mogłoby mu się przydarzyć coś gorszego, mnie rozwalała.

Nie powinien mnie jednak pocieszać. To on się wykrwawiał, a przed chwilą prawdopodobnie był świadkiem mojego orgazmu. Musiałam wziąć się w garść i spojrzeć na tę sytuację z właściwej perspektywy.

- Dacie mi minutę na prysznic? - spytałam chrypliwym głosem i przygryzłam usta, żeby się nie rozpłakać.

Napotkałam pełne troski spojrzenie Graya, który skinął głową.

- Oczywiście. Masz tyle czasu, ile potrzebujesz.

Trochę mnie zatkało, ale popędziłam owinięta prześcieradłem w stronę przylegającej do pokoju łazienki i stanowczym ruchem zamknęłam za sobą drzwi. Zanim odkręciłam wodę, wzięłam kilka głębokich oddechów. Nazwijcie mnie wariatką, ale to chyba nie był odpowiedni moment na relaks, gdy z mojej cipki kapała sperma Rhetta. Gdyby chodziło jedynie o zrażenie do siebie Jace'a, to byłaby całkiem inna historia. Ale skoro Gray był cały we krwi, musiało się dziać coś naprawdę poważnego.

Gorąca woda i mydło również pomogły mi zebrać się do kupy, dzięki czemu nie zaczęłam szlochać jak mała suka, a gdy czysta wyszłam spod prysznica, poczułam się silniejsza. Wyciszona. W międzyczasie Rhett przyniósł mi trochę świeżych ciuchów, więc szybko się ubrałam, żeby dołączyć do chłopaków czekających na mnie w sypialni, którą dzieliłam z Rhettem.

Gray leżał na łóżku, twarzą do materaca, a Rhett zszywał jego ranę czymś, co przypominało żyłkę do wędki.

Na ten widok zaczęłam się krztusić, a Gray się lekko uniósł, żeby na mnie spojrzeć.

- Przepraszam - wybełkotałam i się skrzywiłam. - Przepraszam. To jest... Rhett, jesteś pewien, że powinieneś to robić? Nie lepiej wezwać lekarza?

- Tak, byłoby lepiej - odparł Rhett, skupiony na wykonywanym zadaniu. - Ale spróbuj to wytłumaczyć temu, kto ma skałę zamiast mózgu.

Grayson prychnął.

- To nie wymaga interwencji lekarza. Nic nie zagraża mojemu życiu, a ja nie potrzebuję równiusieńkich blizn. Wizyta w szpitalu byłaby dla wszystkich jedynie stratą czasu.

- Mam inne zdanie - wymamrotał Rhett, ale nie przestawał zszywać Graya.

- Co się stało? - spytałam i potrząsnęłam głową. - Jak do tego doszło? Kto to zrobił? Dlaczego?

Grayson wykrzywił twarz z bólu. Jace wskazał mi, żebym usiadła na małym krześle w rogu pokoju, a sam wstał.

- Giovanni rozprowadza narkotyki, wykorzystując do tego nasze koncerty - oznajmił Jace. - Gray natknął się na dowody i dlatego został postrzelony. Mogę jedynie założyć, że facet, który strzelał, nie miał pojęcia, że to Gray, bo inaczej wiedziałby, że to pokrzyżuje nam trasę i plany Giovanniego.

Rhett parsknął śmiechem.

- Pewnie po prostu zastąpiłby Graya jakimś innym Riccim, który akurat potrafi grać na perkusji.

- Czekaj, czyli podejrzewamy, że Angelo ma coś z tym wspólnego? - Szczęka mi opadła.

Żaden z chłopaków nie odpowiedział od razu, a ja czułam, że z niepokoju ściska mnie w żołądku.

- Nie - powiedział wreszcie Jace i westchnął. Przeczesał dłonią włosy i wyglądał na zmęczonego. - Nie sądzę. Ale uważamy też, że może nie postrzegać tego jako problemu.

- W pewnym sensie w tej kwestii nawet się z nim zgadzam - skomentował Rhett. - Na koncertach sprzedaje się narkotyki. Wiemy o tym, sami nieraz z tego korzystaliśmy i jakoś nigdy nas nie obchodziło, kto nimi handluje. Czemu teraz miałoby być inaczej?

- To nie to samo. - Jace rzucił mu gniewne spojrzenie.

- Czyżby? - Rhett się wyprostował, dał Graysonowi chwilę wytchnienia. - Rozmawiamy o tamtych woreczkach, które wcześniej pokazywałeś, Gray? To mogę potwierdzić, że towar jest bardzo dobrej jakości, nie jakieś podejrzane, podrzędne gówno, zmieszane chuj wie z czym, jeżeli o to chodzi.

- No właśnie nie o to chodzi, Rhett. Jeśli Giovanni...

- Bracie, wyluzuj. Rozumiem. Nie podoba ci się to, że Ricci wykorzystują nas do przemytu narkotyków do krajów, od których normalnie byliby odcięci, ale ja jedynie chcę, żeby było jasne, co tak naprawdę nas martwi. I myślę, że nie są to dragi. - Rhett wzruszył ramionami, a ja musiałam przyznać mu rację.

To nie tak, że sam zespół był czysty i trzeźwy, nie mówiąc już o ich koncertach.

Jace jednak aż kipiał ze złości.

- Naprawdę uważasz, że bandziory Giovanniego przejmują się tym, komu sprzedają towar? Gwarantuję ci, że gówno ich obchodzi, ile lat ma klient, pod warunkiem, że płaci. Mogą sprzedawać narkotyki dzieciom, Rhett.

- Co jest obrzydliwe i smutne jak diabli, ale nie siedź tak na swoim piedestale i nie udawaj, że jakiegoś innego przypadkowego handlarza, który rozprowadza narkotyki na naszych koncertach, obchodzi wiek klientów. I ja, i ty kupowaliśmy narkotyki, zanim mieliśmy osiemnaście lat, więc skończ z tymi świętoszkowatymi farmazonami. Wkurza cię, że ktoś nas wykorzystuje, i prawidłowo. Mnie też.

- Zgoda - burknął Grayson. - No więc co z tym zrobimy? Bo ich towar i kasa są przewożone razem ze sprzętem Bellerose, w ciężarówkach Bellerose. Ilu ludzi uwierzy, że nie mieliśmy z tym nic wspólnego? W najlepszym wypadku zostaniemy oskarżeni o współudział w przestępstwie, ale w najgorszym... - urwał i wykrzywił twarz.

- Usłyszycie zarzuty - powiedziałam cicho i objęłam się ramionami. - Musimy powiedzieć Angelowi.

- Wolałbym nie - wymamrotał Grayson. - To w końcu Ricci.

- No właśnie - odparłam ze zmarszczonymi brwiami. - Jeżeli ktoś potrafi to załatwić, to tylko on. I nie próbujcie wciskać mi kitu, że zamiast nas wybrałby rodzinę. Wiemy wszyscy, że to nieprawda.

Rhett i Jace wymieli znaczące spojrzenia. Następnie Rhett potrząsnął głową.

- Nadal mu w pełni nie ufam, Thorn. Czy zdradziłby ciebie? Za żadne skarby. Ale reszta z nas łatwo może paść jego ofiarą.

- Gówno prawda - wycedziłam. - Znam go. I ty też, Jace. A teraz z tym wszystkim? - Wskazałam na przerażającą ranę Graysona, którą Rhett właśnie skończył zszywać. - To nas przerasta. W tym przypadku potrzebujemy zarówno Angela, jak i Vee. To sprawy mafii, niech się nimi zajmą mafijni spadkobiercy.

Żaden z nich nie odpowiedział. Jace jedynie westchnął i ruszył w stronę drzwi.

- Obudzę ich - powiedział, po czym wyszedł i zostawił mnie sam na sam z Rhettem i Grayem.

Gdy napotkałam zbolałe spojrzenie Graysona, poczułam, że ogarnia mnie napięcie, a w gardle uwięzły słowa, które rozpaczliwie pragnęły się uwolnić.

- Rhett, zostawisz nas na moment samych? - wyszeptałam bez odrywania wzroku od rannego perkusisty.

Rhett szybko otarł krew wokół jego równych szwów i zdjął lateksowe rękawiczki.

- Jasne. Skombinuję jakieś żarcie.

Wyszedł z pokoju, milczenie nagle stało się przytłaczające i ciężkie.

- Gray - westchnęłam i uklęknęłam na dywanie obok miejsca, gdzie leżał. - Przedtem nie dokończyliśmy rozmowy, a ja nie potrafię funkcjonować, gdy wisi nad nami ten wielki pieprzony znak zapytania. Mogłeś dziś zginąć, a cholerna prawda - i przy okazji moje serce - przepadłaby razem z tobą. Sprawy zaczynają się komplikować, a ja muszę wiedzieć, co się stało tamtej nocy. Zostaw szczegóły na inny dzień, powiedz mi tylko to, co najważniejsze. Proszę?

Doskonale wiedział, co miałam na myśli. Nie chodziło mi ani o narkotyki, ani o ranę w jego umięśnionym ciele. Chciałam poznać prawdę o swoich rodzicach.

- Nie zabiłem ich, Billie - powiedział bez wahania, a ulga, jaką przyniosły te słowa, sprawiła, że po policzkach pociekły mi łzy. - Przepraszam, Prickles, żałuję, że nie połączyłem faktów wcześniej. Ale przysięgam, że oni już nie żyli, gdy tam wszedłem. Mój wujek zlecił zabójstwo twojej mamy, ale nie był jedyną osobą, którą zdradziła. Ktoś inny dotarł przede mną, więc wyszedłem i pozwoliłem mojej rodzinie myśleć, że wykonałem zadanie.

Dzięki, kurwa. Kurwa, dzięki. Wiedziałam, że musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie. Takie, które nie oznaczałoby, że to Grayson poderżnął gardła moim rodzicom. Oczywiście zrobiłby to, gdyby ktoś go nie ubiegł, ale o wiele łatwiej wybaczyć mu zamiar niż czyn.

- A pożar? - zapytałam, czułam, że dławią mnie smutek i ulga.

- Kiedy tam dotarłem, już się paliło. - Gray zmarszczył brwi. - Byłem w środku ledwie minutę, zorientowałem się, że twoi rodzice nie żyją, a dom płonie. Nie zostałem dłużej. Mój informator twierdził, że będą w domu sami... Gdybym wiedział, że ty też tam będziesz...

- Miałam być poza domem tamtej nocy - wyszeptałam i potrząsnęłam głową. Łzy płynęły mi po policzkach, ścierałam je dłonią. - Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś.

- Gdy będziesz gotowa, opowiem ci więcej. - Gray łagodnie głaskał mnie po twarzy.

- Wiem. - Skinęłam i głośno pociągnęłam nosem. - Na razie wystarczy mi to, że ich nie zabiłeś. Że nie podłożyłeś ognia, który o mało co mnie nie zabił. - Więcej niż pod jednym względem. - Dziś zajmijmy się bałaganem związanym z Riccimi, a nad nami popracujemy jutro.

Napięcie na jego twarzy wyraźnie osłabło, a nieśmiały uśmiech zrozumienia złagodził jego rysy.

- Dziękuję, Prickles.

- Za co? - Zdezorientowana zmarszczyłam brwi.

- Za nadzieję, że jesteśmy jeszcze my, nad którymi możemy jutro popracować. - Jego odpowiedź była cicha, ale przepojona wrażliwością, którą rzadko widywało się u Graysona Taylora i tak zupełnie nieoczekiwaną.

Przełknęłam świeże łzy i nonszalancko wzruszyłam ramionami.

- Oczywiście, że tak jest. Nadal cię kocham, Gray. Właśnie dlatego było mi tak trudno.

Otworzył szeroko oczy, po czym przyciągnął mnie do siebie, żeby mnie pocałować.

- Kocham cię, Billie Bellerose - zagrzmiał w moje usta. - Mocniej, niż myślałem, że w ogóle jestem w stanie.

33: Billie

Gdy już wtajemniczyliśmy we wszystko Angela, jego odpowiedź była zaskoczeniem dla wszystkich oprócz Vee i mnie. Tylko my rozumiałyśmy jego prawdziwe uczucia względem ojca i własnego miejsca w rodzinie Riccich. Dlatego nie byłyśmy zdziwione, gdy w napadzie wściekłości rozbił szklany stolik.

Po tym incydencie musieliśmy się przenieść do innych pokoi, żeby obsługa hotelu mogła uprzątnąć potłuczone szkło. Gdy utknęliśmy w martwym punkcie przy próbach postanowienia, co robimy w kwestii biznesu narkotykowego Giovanniego, zasnęłam na kolanach Rhetta.

Kilka dni później, przy wsiadaniu na pokład samolotu do Berlina, wszyscy wyglądaliśmy jak zombie, z cieniami pod oczami, kurczowo trzymaliśmy kubki z kawą, jakby były pieprzonym kołem ratunkowym. Łapaliśmy wieczorny lot, po którym czekała nas noc "wolnego" przed koncertem następnego dnia. Opłacało się jednak niedosypiać, bo pomiędzy próbami, przenoszeniem się z miasta do miasta i koncertem w Manchesterze wreszcie ustaliliśmy plan, na który mniej więcej przystali wszyscy.

Nasz plan prawie całkowicie opierał się na Angelu i jego kontaktach w przestępczym półświatku, ale miałam do niego pełne zaufanie.

- Muszę porozmawiać z ojcem - oznajmił grobowym głosem, gdy szykowaliśmy się do odlotu.

Postanowiłam usiąść koło niego, ponieważ mimo zmęczenia nie zapomniałam, jak miło było na naszej randce. Ani tego, że zostawił mnie bez zaspokojenia. Pragnęłam zemsty.

Zapięłam pas i skrzyżowałam nogi.

- Jesteś pewien, że to dobry pomysł?

- Prawdopodobnie nie. - Wzruszył ramionami. - Ale nie muszę mu wyjawiać, ile wiemy. Na pewno już nabrał podejrzeń, skoro Grayson tam wrócił i sprawił, że jego ludzie zniknęli wraz z narkotykami. Chcę mieć jednak pełny obraz sytuacji. Narkotyki to mało istotna część imperium Giovanniego, po prostu wiem, że za tym kryje się coś więcej.

- Myślisz, że ci powie? - Gdy podał mi dłoń, przyjęłam ją i splotłam nasze palce. - Fakt, że pozwolił ci się przyłączyć do zespołu bez poinformowania cię o tej całej akcji, w pewnym sensie świadczy o tym, że ci nie ufa.

Angelo ścisnął rękę i westchnął.

- Muszę spróbować. Każda informacja, jaką uda mi się od niego wyciągnąć, może okazać się przydatna, prawda?

- Powodzenia - mruknął Jace, siedzący po drugiej strony przejścia w już odchylonym fotel, pomimo że jeszcze nawet nie wystartowaliśmy.

Hannah, tymczasowa managerka Bellerose, zajęła miejsce jako ostatnia, przeglądała telefon i sprawiała wrażenie kompletnie nami niezainteresowanej. Okazała się całkiem spoko, a przez większość czasu trzymała się na dystans. Skontaktowała się z nami tylko raz, gdy chłopcy spóźniali się na umówione spotkanie.

Niemalże natychmiast po starcie światła w samolocie przygasły, więc wszyscy usiedli wygodnie, żeby podczas tego krótkiego lotu do Berlina uciąć sobie drzemkę. Nie miałam im tego za złe i pewnie zrobiłabym to samo, gdyby nie Angelo, który mnie rozpraszał, kreśląc wzory po wewnętrznej stronie mojego uda.

Powstrzymywałam się tak długo, jak mogłam, czyli dopóki w kabinie nie rozległo się chrapanie Jace'a, a kapitan nie wyłączył sygnalizacji zapięcia pasów. Wówczas odpięłam pas i się pochyliłam, żeby pocałować Angela.

Przyjął mój pocałunek z cichym śmiechem i ujął w dłonie moją twarz, jego usta z miarowym spokojem pieściły moje. Sposób, w jaki wplótł mi palce we włosy świadczył o tym, że miał nade mną zupełną kontrolę. Znowu.

Sfrustrowana tym, że musiałam się powstrzymywać, przygryzłam jego wargę nieco mocniej niż dla zabawy, ale on jedynie się uśmiechnął przy moich ustach. Jakżeby inaczej, ten irytujący dupek pewnie myślał, że to urocze.

Prychnęłam, odsunęłam się, zrezygnowana, i opadłam na swoje miejsce. Być może zmienił zdanie i stracił zainteresowanie mną, a ja próbowałam robić coś na siłę. Może sądził, że go pociągam, a gdy się przespaliśmy, poczuł się, jakby całował siostrę, w końcu takie przypadki już się zdarzały.

Chryste, zarumieniłam się ze wstydu przez kierunek, w którym popłynęły moje myśli.

- Bella - szepnął mi do ucha i się pochylił, żeby pocałować mnie w szyję. - Naprawdę robię, co mogę, żeby zachowywać się jak dżentelmen, zamiast od razu zaciągnąć cię do łazienki i przelecieć. Ale ten rozdrażniony wyraz twojej twarzy wcale nie pomaga.

Zaskoczona, rozdziawiłam usta i się odwróciłam, żeby spojrzeć w te jego brązowe oczy.

- Och.

- Mmm - odparł, oblizał językiem wargę, jakby rozpamiętywał mój pocałunek.

- Jak bardzo się starasz? - Zerknęłam w dół.

Jego usta wygięły się we flirciarskim uśmieszku.

- Tak bardzo, że aż boli, Bella. - Wziął mnie za rękę, rozejrzał się, po czym mi to udowodnił.

Oczy mi się rozszerzyły, gdy objęłam go placami najlepiej, jak mogłam, przez spodnie. Cholera jasna, teraz pragnęłam jego kutasa bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Chyba wydałam z siebie jakiś cichy jęk, ponieważ znów zachichotał i wyjął moją dłoń ze swoich spodni.

- Widzisz? Niczego bardziej nie pragnę, jak tylko dobrze wykorzystać ten lot i pieprzyć cię do nieprzytomności, ale zamierzam być dla ciebie kimś więcej. Nie chcę, żebyśmy się spieszyli, wolę, żebyśmy się w sobie ponownie zakochali. Nie pozwolę, żeby to seks sterował naszym związkiem. Czy ci to pasuje?

Cóż, kiedy tak to ujął.

- No chyba - wybełkotałam, starałam się nie dąsać.

Sądząc po mojej skwaszonej minie można by przypuszczać, że nie uprawiałam seksu od co najmniej dekady. Chociaż z technicznego punktu widzenia właśnie tak długo nie uprawiałam seksu z Angelem, więc byłam usprawiedliwiona. Prawda?

Angelo uśmiechnął się do mnie szeroko, jakby czytał mi w myślach, i wyjął ze schowka koc.

- Trzymaj. Opuść fotel i odpocznij. - Otulił mnie i pomógł mi się wygodnie ułożyć, opuścił również oparcie swojego fotela.

Ktoś z personelu musiał zauważyć, że wszyscy drzemią, ponieważ w kabinie zrobiło się niemalże całkiem ciemno.

Nie było szans, żebym zasnęła taka podniecona. Przez moment planowałam się zwrócić do Rhetta, ale spał z otwartymi ustami tuż obok Jace'a. W jego przypadku to była rzadkość, więc nie chciałam go budzić. Zbeształam się w myślach, że jestem dorosła i że nie muszę się o wszystko troszczyć. Ale to mnie nie powstrzymało przed ponownym zerknięciem na Angela, z nadzieją, że zmienił zdanie.

Cholera. Miał zamknięte oczy, a ciemne rzęsy wachlowały jego opaloną twarz. Nadal trzymał dłoń na moim kolanie, a ciepło, które z niej emanowało, przypomniało mi jego słowa o pieprzeniu mnie w samolotowej toalecie. Wstrzymałam oddech i wsadziłam dłoń pod spódnicę, tylko po to, żeby... Nie wiedziałam po co. Może tylko po to, żeby spróbować uspokoić swoją pulsującą cipkę. Nie dotarłam jednak aż tak daleko, ponieważ Angelo chwycił mnie za nadgarstek.

- Bella - wyszeptał.

- Angel - odparłam i uśmiechnęłam się kokieteryjnie.

Przewrócił oczami i odtrącił moją rękę. Ale na tym nie poprzestał. Jego dłoń znalazła się w miejscu, do którego zmierzała wcześniej moja własna. Pieścił mnie długimi palcami przez cienki materiał majtek. Poczułam silny dreszcz rozkoszy, a z moich ust wydobył się cichy jęk.

Angelo uszczypnął wewnętrzną stronę mojego uda, jakby udzielał mi reprymendy, a ja przygryzłam wargę. Mocno. Przyjęłam do wiadomości: mam być cicho.

Gdy był pewien, że zrozumiałam, wrócił do tego, co przerwał. Pieścił mnie, a jego dotyk doprowadzał do szału, byłam tak bardzo podniecona, że na pewno zmoczyłam siedzenie. Gdybym siłą myśli potrafiła sprawić, żeby ubrania zniknęły, moja bielizna właśnie by wyparowała.

- Ciii - wyszeptał i wciąż stymulował moją łechtaczkę przez przemoczony materiał.

Zaczęłam się wiercić, rozpaczliwie pragnęłam czegoś więcej, musiałam przygryźć koc. Nic innego nie było w stanie mnie uciszyć, zwłaszcza gdy Angelo odsunął na bok majtki i wsunął palce w mają pulsującą cipkę. Przygryzłam koc tak mocno, że aż zabolała szczęka, a on energicznymi ruchami pieprzył mnie dłonią, sprawiał, że cała drżałam.

Kiedy dochodziłam, wyszarpnął mi koc z ust po to, żeby mnie pocałować. Zajęczałam cicho, gdy jego język złączył się z moim. Poczułam orgazm, który przeszył mnie oszałamiającą falą spełnienia, i zacisnęłam się mocniej wokół jego palców.

- Lepiej? - wyszeptał, gdy chwilę później uwolnił moje usta.

- Taaak - odparłam, ciężko wypuściłam powietrze. - I nie. Teraz mam ochotę na więcej - Tylko po części żartowałam.

Zaśmiał się cicho i poprawił mi majtki, po czym wziął swoje palce do ust. Dokładnie je oblizał, wpatrzony we mnie, a ja o mało co nie doszłam drugi raz. Cholera, już zapomniałam, jakim flirciarzem jest Angel.

Z jękiem położyłam mu rękę na karku i przyciągnęłam, pocałowałam mocno i gorąco, czułam posmak siebie na jego języku. Miałam ogromną ochotę się odwdzięczyć, więc ponownie zaczęłam pocierać go przez spodnie, a on oddał pocałunek. Zastanawiałam się, czy gdybym uklękła i zajęła się jego ogromnym kutasem, obudziłabym cały samolot. Ale wtedy uderzyła mnie myśl, że może widownia to wcale nie taki zły pomysł.

Jedyne, co mnie powstrzymywało, to obecność personelu pokładowego, Hannah i Vee. Choć wizja Jace'a, Rhetta i Graysona obserwujących, jak ssę kutasa Angela, wydawała się podniecająca, wątpiłam, że zainteresuje to Hannah i Vee. Mnie też to akurat nie interesowało. Ale ze mnie sztywniara.

- Później, amore mio - wyszeptał Angel wśród moich pocałunków. - Później. Tym razem nie chcę szybkiej robótki ręcznej pod kocem, chcę czuć cię pod sobą, widzieć twoje piękne ciało, bez żadnych przeszkód.

To brzmiało dobrze. Z trudem oderwałam od niego dłonie i ponownie usadowiłam się w fotelu. Przechyliłam się lekko na bok, podobnie jak Angelo, więc przez chwilę leżeliśmy wpatrzeni w siebie nawzajem. Wtedy w mojej głowie pojawiła się pewna myśl, którą musiałam wypowiedzieć na głos.

- Gdy Vee została ranna, byłeś na mnie strasznie wściekły - wyszeptałam, gdy ciekawość wzięła nade mną górę. - Myślałeś, że to moja wina, przez tą udawaną ciążę.

- Przepraszam, Bella. - Angelo się skrzywił. - Wiem, że źle zrobiłem. Przemawiało przeze mnie moje własne poczucie winy, byłem pewny, że cierpiała przez moje egoistyczne, impulsywne pragnienie, by zatrzymać cię w swoim życiu. Tak bardzo się myliłem, gdy próbowałem podzielić się z tobą tą winą.

- Jednak to zrozumiałe - zauważyłam. - Ale tamtego dnia, i jeszcze kilka razy później, zwróciłeś się do Vee tak jak do mnie: amore mio.

- Miłości moja. - Skinął.

Pamiętałam to tłumaczenie z czasów, gdy byliśmy młodsi.

- Vee...

- Jest moją żoną - wyszeptał, patrzył na mnie uważnie. - I kimś, kogo mogę określić mianem najlepszego przyjaciela, i jedyną osobą, której kiedykolwiek pokazałem swoje prawdziwe oblicze, odkąd odszedłem od ciebie i Jace'a. Nie łączy nas romantyczna miłość, nie taka, jaką czuję do ciebie, Bella, ale i tak darzymy się głębokim uczuciem. - Spojrzał mi w oczy. - Czy to cię martwi?

Czy mnie to martwiło? Nie byłam stuprocentowo pewna. Ale...

- Nie sądzę. Dostrzegam między wami więź, zaufanie i zrozumienie. Jestem chyba zazdrosna - przyznałam i zmarszczyłam nos. - Bo ona miała te wszystkie lata, które mnie ominęły. Ale to rozumiem. Też bardzo ją lubię.

Opuszkami palców Angelo pogłaskał moją twarz w pełnym miłości geście.

- Może i ma te wszystkie lata, ale ty masz moje serce. Zawsze je miałaś i zawsze będziesz je mieć.

34: Angelo

Billie Bellerose będzie przyczyną mojej śmierci. Gdy wieści o moim przedwczesnym zgonie dotrą do ojca, usłyszy, że zmarłem z powodu ekstremalnej seksualnej frustracji. Z mojej własnej winy. Nie miałem pojęcia, co ja sobie, kurwa, myślałem, gdy w samolocie doprowadziłem ją do orgazmu. Wszystko, co udało mi się tym osiągnąć, to mój tak twardy i niesłabnący wzwód, że gdy zasnęła, musiałem się wślizgnąć do toalety i zwalić konia.

Gdy wysiedliśmy w Berlinie, Grayson zabijał mnie wzrokiem, a ja w odpowiedzi posłałem mu ironiczny uśmieszek. A następnie znów wziąłem palce do ust. Widział, co stało się w samolocie, obserwował z palącą zazdrością, jak Billie dochodzi na mojej dłoni. Jednak od chwili gdy został postrzelony, coś się między nimi zmieniło, nie miałem więc wątpliwości, że wkrótce wróci do jej łóżka i między jej nogi.

To nie zakłócało mojego samozadowolenia, ponieważ gdy szliśmy po prywatnym pasie, Billie obejmowała mnie w talii, a ja całowałem jej włosy.

Rhett, posępny dupek, przetarł oczy, po czym na mój widok zmarszczył brwi. Podobnie na widok Billie. Następnie chwycił ją za rękę i wyrwał z moich objęć. Sprytny dupek.

Śmiech Billie przeciął nocne powietrze, a ja pokazałem Rhettowi środkowy palec. Odpłacił mi się tym samym gestem. Dzielenie się nią z kimś poza Jace'em będzie czymś, do czego muszę się przyzwyczaić, ale to, że Rhett i Grayson sprawiali wrażenie przyzwoitych facetów, pomagało. Czcili ją, a to miało duże znaczenie.

Gdy czekaliśmy, aż Hannah załatwi wszystkie sprawy związane z odprawą celną, zabrzęczał mój telefon. Westchnąłem, bo wiedziałem, kto dzwoni. To był telefon, na który czekałem, ale mimo to tak naprawdę nie miałem na to ochoty. Dzień, w którym będę mógł wykreślić ojca ze swojego życia, nie mógł nadejść wystarczająco szybko.

Prędko pokazałem ekran Jace'owi, po czym odłączyłem się od grupy, żeby odebrać.

- Angelo! - warknął moje imię w znajomy sposób. Słyszałem to każdego dnia swojego życia, odkąd byłem na tyle duży, żeby cokolwiek zapamiętać.

- Ojcze - odparłem oficjalnym tonem.

- Dlaczego się nie zameldowałeś?

Dobre pytanie. Może dlatego, że ci nie ufam, stary chuju.

- Miałem urwanie głowy. To znaczy z trasą. Uczenie się nowych piosenek i połapanie się w tym, jak działa trasa, zabierają cały mój czas i energię. Ale możesz być spokojny, aktywa Riccich są w dobrych rękach. Wszystko idzie jak po maśle.

Nastąpiła dłuższa chwila ciszy.

- Co masz na myśli, figlio?

- Koncerty oczywiście - odpowiedziałem, po czym również zamilkłem na chwilę. - Chodziło ci o coś innego?

Prawdopodobnie dzwonił z powodu zaginionych ludzi Riccich, tych, którymi zajął się z pewnością w odpowiednio brutalny sposób Grayson. Giovanni sprawdzał, jak sią mają jego aktywa. W każdym razie te, na których mu zależało. Gówno obchodził go sukces zespołu i byłem pewien, że gdy ten już odegra swoją rolę, ojciec będzie próbował go zniszczyć.

- Ojcze? - naciskałem. - Czy dzieje się tutaj coś jeszcze? To znaczy, zakładam, że tak, skoro tak łatwo dałeś się przekonać, że powinienem ruszyć z nimi w tę trasę. Wiem, że na niej zarobisz, ale zawsze masz jakiś równoległy plan. Jeżeli chcesz, żebym miał na to oko, musisz mnie wtajemniczyć.

- Nie, nie, nie, synu. Chcę, żebyś choć na chwilę spełnił to swoje marzenie, zanim wrócisz i zajmiesz swoje miejsce jako głowa tej rodziny. - Wypowiedział te słowa jednym tchem, z radosnym włoskim akcentem swojego drugiego ja.

W jego przypadku to niebezpieczny ton, ale ja miałem zbyt dużo doświadczenia, żeby dać się nabrać na te sztuczki. W swoim najlepszym wydaniu Giovanni niszczył cię w najgorszy możliwy sposób.

To również dało mi do zrozumienia, że na sto procent używa naszej trasy do przemytu ogromnych ilości narkotyków, a gdyby ktoś to odkrył, Bellerose stałby się kozłem ofiarnym. Albo i niekoniecznie. jeśli dobrze znam Giovanniego, prawdopodobnie planował zniszczyć ich w ten sposób bez względu na wszystko.

- Tak więc, czy jest jakiś inny powód, że do mnie dzwonisz? - nalegałem, zauważywszy, że Hannah już uwinęła się z dokumentami potrzebnymi do wjazdu do kraju. Kończył mi się czas.

- A, tak - mówił dalej z tym radosnym włoskim akcentem. - Widziałeś się z Valentiną? Kontaktowała się z tobą?

- Nie. A dlaczego? - W mojej odpowiedzi nie było ani krztyny radości.

- Jej ojciec odchodzi od zmysłów, tak bardzo się o nią martwi. Od kilku tygodni nikt jej nie widział, a my nie wiemy, czy nie jest przetrzymywana przez naszych wrogów albo czy nie została zabita. Jesteś jej mężem. Dlaczego nie wiesz, gdzie jest?

Gdyby coś mi się wymsknęło, ten skurwiel wyłapałby nawet najdrobniejszy szczegół, ale znowu dzięki temu, że miałem doświadczenie, jak z nim postępować, nigdy nie zdradziłbym Vee w taki sposób.

- Wiesz, że nie jesteśmy ze sobą blisko, ojcze. Każde z nas ma swoje własne sprawy. Nie spotykamy się regularnie z wyjątkiem jej dni płodnych, gdy się pieprzymy. By spłodzić dziedzica naszych rodów.

- W takim razie to chyba już niedługo?

Przerażał mnie fakt, że znał jej cykl, ale nie miałem żadnych wątpliwości, że to ojciec Vee bacznie to obserwował i informował o wszystkim mojego ojca. Przeklęci starzy zboczeńcy.

- Zgadza się. Ale nie ma mnie w Stanach, o czym, zakładam, wie, skoro zostawiłem jej wiadomość na poczcie głosowej, zanim wyjechałem. Jestem pewien, że wreszcie się pokaże. Gdy tylko zabraknie jej pieniędzy.

Od razu wkurzyło mnie to, że musiałem się zachowywać tak, jakby Vee była kolejną bezmyślną żoną mafiosa, wydającą pieniądze i plotkującą z innymi żonami. Vee mogłaby kierować całą pieprzoną rodziną, nawet gdyby miała połowę mózgu, ale nie mogła dać tego po sobie poznać. Ja też nie. Dopóki nie zniszczymy przywódców rodów, jedynym sposobem, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo, było postępowanie zgodne z tradycjami starszego pokolenia. A jedną z tych tradycji są surowo określone role mężczyzny i kobiety.

- Gdy się tobą skontaktuje, masz mi dać natychmiast znać, Angelo.

- Tak, ojcze - powiedziałem posłusznie. - Czy jest coś jeszcze, czym miałbym się zająć, gdy tu jestem?

Billie, którą obserwowałem kątem oka, odkąd zaczęła się ta rozmowa, odkleiła się od Rhetta i ruszyła w moją stronę. Bez wątpienia chciała mi powiedzieć, że pora wsiadać do rzędu czarnych samochodów, które już na nas czekały.

- Po prostu trzymaj Bellerose w ryzach. Temu pieprzonemu dzieciakowi Adamsowi wydaje się, że jest górą, ale teraz to ja pociągam za sznurki w tym jego show.

W jego słowach ledwo zarejestrowałem pogardę dla Jace'a - ojciec od zawsze nienawidził niezwykle utalentowanej i czarującej osobowości mojego najstarszego przyjaciela - bo byłem zbyt skupiony na Billie, która szelmowsko się uśmiechała, gdy przesuwała dłonią w dół, po guzikach mojej koszuli.

Wydawało mi się, że nadal czuję ją na języku, a to sprawiło, że zapragnąłem czegoś więcej. Z trudem, kurwa, powstrzymałem się od jęczenia do telefonu, to dopiero wprawiłoby mojego ojca dupka w osłupienie.

- Bellerose gra grzecznie koncert w jednym miejscu i jedzie w kolejne - wydusiłem z siebie szorstkim głosem. - Nie ma powodu do zmartwień.

- A co z tym całym pieprzeniem się? - wyszeptała Billie na tyle głośno, że ja to usłyszałem, ale byłem prawie pewny, że Giovanni nie. - Było tego sporo.

Tym razem mój jęk zginął w stłumionym śmiechu, ponieważ tak naprawdę to nie było wystarczająco dużo pieprzenia. W każdym razie nie w naszym przypadku.

- Angelo?

- Muszę lecieć, ojcze. Czekają na nas.

Rozłączyłem się, choć wiedziałem, że później poniosę tego konsekwencje, ale teraz musiałem się zająć sprośnymi tekstami mojej dziewczyny.

- Całe to pieprzenie się - powiedziałem cicho, telefon wsadziłem do kieszeni, więc miałem obie ręce wolne, żeby ją objąć. - Tak?

Westchnęła cicho, gdy przyciągnąłem ją do siebie i podniosłem powoli, aż nasze twarze znalazły się na tej samej wysokości. Rumieniec na jej policzkach przypomniał mi dziewczynę, w której się zakochałem, i to, jak wyglądała, gdy kończyliśmy się pieprzyć.

- Myślę, że spokojnie możemy planować już trzecią randkę, prawda? - wyszeptała, a gdy oblizała usta, jej źrenice się rozszerzyły.

Zaborcze warknięcie, którego się nie spodziewałem, przeszyło moją pierś. Przyciągnąłem ją mocniej do siebie, a ona natychmiast oplotła mnie ramionami i nogami i trzymała się tak, jak gdyby przez cały ranek rozpaczliwie pragnęła takiego rodzaju uścisku.

- Trzecia randka zaklepana - wyszeptałem z ustami przy jej włosach. - Następnym razem będę miał cię całą, Bella. Nie zadowolę się niczym innym.

Nagłe drżenie w moim kutasie potwierdziło tę deklarację.

- Dzięki Bogu - wyszeptała. - W zasadzie to zaczynałam się martwić, że stosujesz nowy rodzaj tortury: deprywację seksualną.

- Jeżeli ktoś był torturowany, miłości moja, to wyłącznie ja.

- Hej, skurwielu, masz natychmiast przyprowadzić naszą dziewczynę do samochodu! - ryknął Rhett, wychylający się przez szybę pierwszego samochodu. - Musimy się trzymać harmonogramu.

Billie parsknęła śmiechem, po czym zaczęła się wiercić na znak, żebym ją postawił na ziemi. Ale ja tylko zmieniłem sposób, w jaki podtrzymywałem ją za tyłek, tak, żeby znalazła się w bardziej bezpiecznej pozycji, i ruszyłem w stronę drugiego samochodu. Vee siedziała w pierwszym, ale wiedziałem, że nic jej nie grozi. Musiałem pokazać temu dupkowi Rhettowi, że może się domagać, czego tylko, kurwa, chce, ale Belli nie dostanie na własność. Będzie musiał się nauczyć lepiej dzielić, a ja zamierzałem zostać fantastycznym nauczycielem.

Gdy posadziłem Bellę na środkowym siedzeniu obok Jace'a, a sam wślizgnąłem się z jej drugiej strony, do moich uszu dotarły przekleństwa ciskane przez Rhetta.

- Rhett zamorduje cię we śnie - powiedział Jace i się zaśmiał.

Zareagowałem szyderczym prychnięciem.

- Mało prawdopodobne. Ostatni raz, gdy ktoś zaskoczył mnie we śnie, wydarzył się, gdy mieliśmy po trzynaście lat: ty wtedy na mnie pierdnąłeś. Swoją drogą nadal muszę ci się za to odpłacić.

Jace odchylił głowę w tył i parsknął swobodnym, radosnym śmiechem. Brzmiał jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi. Byłem niemal pewien, że od dłuższego czasu tak się nie śmiał. Sposób, w jaki Billie przekręciła głowę i mu się przyglądała, z błyskiem w oczach, przepełnionych tymi wszystkimi wspomnieniami z przeszłości, które i do mnie właśnie dotarły, tylko to potwierdził.

- Już to zrobiłeś, stary - powiedział w końcu Jace, najwyraźniej nie miał pojęcia, że sprowokował mnie i Billie do wyruszenia na sentymentalną przechadzkę w przeszłość. Przynajmniej to były te dobre wspomnienia. To kolejne lata tak naprawdę nas rozjebały. - Mógłbym wymienić co najmniej dwadzieścia razy, gdy się obudziłem w łóżku pełnym żab. Nigdy nie zrozumiem twojej obsesji na punkcie tych oślizgłych brzydactw.

- Giovanni ich nie znosił - powiedziała Billie smutnym tonem. - Już wtedy Angel miał świadomość tego, że jego ojciec jest nikczemnym dyktatorem.

Nadal znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny, a mając na uwadze fakt, że przez pierwsze dziesięć lat mojego życia nie wypowiedziałem na głos prawdziwego powodu mojej miłości do żab, świadczył o jej spostrzegawczości.

- Bał się ich - potwierdziłem i pokiwałem głową. - A ten człowiek nienawidzi wszystkiego, czego się boi. W ramach drobnej zemsty zostawiałem w domu w przypadkowych miejscach żaby, które na niego wyskakiwały. Nadal nie ma pojęcia, że to moja sprawka. Wspomnienie jego krzyku pozwoliło mi przetrwać wiele paskudnych chwil.

- Miałeś zjebane dzieciństwo, myślę, że ty też powinieneś pójść na terapię. - Jace tylko pokręcił głową.

Billie parsknęła śmiechem, ale szybko zamilkła. Jace spojrzał na nią z dezaprobatą, a ona zakrztusiła się kolejnym parsknięciem i wyszczerzyła się do niego.

- Ja tylko... - Znów śmiech. - Prawdopodobnie potrzebujesz terapii bardziej niż którekolwiek z nas. Może powinniśmy się dowiedzieć, czy są jakieś zniżki dla grup.

Przez kilka sekund Jace'owi udało się podtrzymać pozę irytacji, ale w końcu i z jego ust wydobył się zrezygnowany chichot.

- Tak, prawdopodobnie masz rację. Chyba dlatego tak dobrze się dogadujemy. Każde z nas doświadczyło traumy.

Miał cholerną rację.

Reszta jazdy minęła spokojnie. Billie podziwiała krajobraz. Wzdłuż drogi dostrzegłem mnóstwo billboardów z wizerunkiem Bellerose i nadal trudno mi było uwierzyć, że tu jestem. Na tej pieprzonej trasie.

Gdy dotarliśmy do hotelu, skierowano nas na parking na jego tyłach, gdzie znajdowała się prywatna winda, która miała nas zawieźć do apartamentów połączonych wspólnym salonem. Hannah wszystko tłumaczyła, mimo że recepcjonista posługiwał się nienaganną angielszczyzną.

- Okej, wypocznijcie - powiedziała nasza managerka, kiedy personel hotelowy opuścił już nasze pokoje. - Jeżeli najdzie was ochota na wypuszczenie się w miasto, na zewnątrz i w windzie będą czekać na was ochroniarze, dla waszego bezpieczeństwa. A tak czy siak, do zobaczenia jutro na próbie dźwięku.

- Do zobaczenia jutro - odpowiedział Jace i niemalże wyprosił ją za drzwi.

Hannah nie sprawiała wrażenia zmartwionej, a zanim opuściła pokój, posłała nam przyjacielski uśmiech.

Po jej wyjściu wszyscy się rozluźnili i opadli na sofy. Vee przysunęła się do mnie, a ja ją objąłem.

Rhett usiadł na sofie obok, w ramionach trzymał Billie, ale to mi nie przeszkadzało. Przynajmniej na razie.

- Teraz, kiedy już jesteśmy sami - zaczął Jace i klapnął po mojej drugiej stronie. - Jaki mamy plan? Angel, udało ci się potwierdzić, że to Giovanni stoi za handlem narkotykami?

- Nie aż tak wprost - odparłem. - Faktycznie zdawał się podejrzliwy, a mógł być tylko jeden powód, dla którego zadzwonił zaraz po tym, jak Grayson pokrzyżował mu plany. Najwyraźniej mnie sondował, żeby się dowiedzieć, czy wiem, co się stało z jego zaginionymi ludźmi i narkotykami.

- Gdzie są te skrzynie? - spytała Vee i pochyliła się do przodu.

- Razem z naszym innym sprzętem - powiedział krótko Grayson. - Żeby uniknąć podejrzeń, po prostu wymieniłem zamek w tej ciężarówce i powiedziałem ekipie, że są tam nasze osobiste rzeczy i że na koncert w Berlinie mają jej nie otwierać. To daje nam czas na obmyślenie, co z tym wszystkim zrobimy.

Miałem kilka pomysłów, ale zanim zdążyłem się nimi podzielić, Grayson zaczął mówić dalej:

- Myślę, że powinniśmy zaaranżować kradzież skrzyń, której mogłyby dokonać miejscowe gangi. W tej jednej ciężarówce na pewno jest kilka milionów w gotówce i tyle samo w narkotykach. To warte zachodu. Mam tu kilka kontaktów, do których mógłbym uderzyć...

- Mogę się tym zająć - wtrąciła Vee. - Kuzyni Giany pochodzą z Berlina, a ja po ukończeniu ogólniaka spędziłam tu z nią kilka lat, gdy Angel pozwolił mi na odrobinę wolności.

W każdym razie tak to musiało wyglądać w oczach naszych ojców, pomyślałem.

- Znam dość dobrze miejscowe kartele. W przeszłości mój ojciec robił interesy z kilkoma z nich. Ja to załatwię.

Grayson przyglądał się jej badawczo przez chwilę, po czym tylko raz skinął głową.

- Okej, uderz do swoich kontaktów. Oczywiście dyskretnie. Tak, żeby nie dało się powiązać tego gówna z Bellerose.

Vee skinęła i zerwała się z sofy.

- Możecie na mnie liczyć. To właśnie dla tego gówna żyję.

Szczera prawda, nie bez powodu była znana jako księżniczka mafii. Dla mnie takie życie okazało się ciężarem, ale dla Valentiny Altissimo stało się czymś, co napędzało ją do działania.

Jedynym jej grzechem było to, że w tym świecie, zdominowanym przez mężczyzn, urodziła się kobietą, ale miałem nadzieję, że pewnego dnia, już wkrótce, to nie będzie miało żadnego znaczenia.

Vee nadawała się do tego zadania najlepiej, a ja zamierzałem dopilnować, żeby nasz plan wypalił.

35: Billie

Tym razem poszłyśmy z Vee na próbę dźwięku. Nie miałam ochoty siedzieć w pokoju hotelowym i czekać, aż do koncertu. A teraz, gdy sprawy między mną a Graysonem zaczynały się poprawiać, czułam, że powinnam spędzać z zespołem tak dużo czasu, jak to możliwe.

- Wszystko gotowe na dzisiejszy koncert - powiedziała Vee i zajęła miejsce obok mnie na krzesełku na stadionie.

Chłopcy przerabiali listę piosenek, a my siedziałyśmy w pierwszym rzędzie. Odwróciłam się i dostrzegłam szeroki uśmiech Vee. Z powodu podekscytowania, które malowało się na jej twarzy, miała zarumienione policzki.

- Miło było się spotkać z kartelem, który zezwala kobietom zajmować wpływowe kierownicze stanowiska.

- Kobieta rządzi kartelem? - zapytałam, nie próbowałam nawet ukryć zdziwienia.

- O tak. - Vee przytaknęła. - To twarda sztuka, mam nadzieję, że gdy dorosnę, będę tak niesamowita jak ona.

Obydwie miałyśmy po dwadzieścia parę lat, ale rozumiałam jej odczucia. Bywały dni, gdy wydawało mi się, że zanim dorosnę, czeka mnie cholernie dużo pracy.

- W takim razie, jaki mamy plan na dziś? - spytałam zniżonym głos. Obok nas nie było nikogo z wyjątkiem kilku ochroniarzy, którzy kręcili się w przejściu, ale i tak nie chciałam ryzykować.

Vee odwróciła się w stronę sceny i wygodnie rozsiadła się na krzesełku, podczas gdy Bellerose zaczęli grać Silent Trauma.

- Zadbamy, żeby po koncercie otwarta ciężarówka znalazła się przy wjeździe dostawczym. Juniper pojawią się tam ze swoimi ciężarówkami, przeniosą narkotyki i gotówkę, zostawią natomiast cały sprzęt i wyposażenie zespołu, żeby mogło jechać do miejsca kolejnego koncertu.

- Czy jest jakiś sposób, żeby powstrzymać dziś puszczenie narkotyków w obieg? - spytałam. - Myślisz, że ludzie Riccich nie będą się wychylać, dopóki się nie dowiedzą, co się stało z ich zaginionymi ludźmi i ciężarówką ze sprzętem?

Zanim Vee mi odpowiedziała, zaśpiewała razem z Jace'em refren. Znała każdy tekst. Musiałam się uśmiechnąć. Miałam przeczucie, że była ich fanką na długo przed tym, gdy wkroczyła do ich świata.

- Przez kilka kolejnych koncertów będą siedzieć w ukryciu - potwierdziła. - A on wyśle tu kolejnych, najbardziej zaufanych ludzi, żeby reszta trasy poszła zgodnie z planem.

Dobrze. To oznaczało, że mieliśmy czas, aby się tego pozbyć i wymyślić, jak dopilnować, żeby na koncertach już więcej nie pojawiły się narkotyki Riccich.

Im szybciej Bellerose uwolni się pod władzy Big Noise, tym lepiej.

Rozmawiałyśmy jeszcze przez kilka minut, zanim podeszła do nas Hannah.

- Dziewczyny, możecie wrócić na miejsca z boku sceny? - spytała. - Musimy przed koncertem zabezpieczyć ten teren.

- Nie ma problemu - powiedziałam i wstałam.

Gdy szłyśmy w stronę ekipy technicznej i reszty obsługi trasy, Bellerose przeszli do kolejnego hitu, który zawsze grali na finał koncertu, co oznaczało, że próba dźwięku dobiegała końca.

Vee rzuciła się na stolik z przekąskami i pożerała je, jakby nie jadła od wieków. Cieszyłam się, że jest taka rozluźniona. Miała na sobie koszulkę z odciętymi rękawkami z logo Bellerose, obcisłe czarne jeansy i niskie czarne buty. Kręcone włosy swobodnie opadały jej na plecy. Całości dopełniał ciemny makijaż.

Wyglądała jak gorąca bogini rocka, a ja byłam szczęśliwa, że jest tu z nami.

- No hej - powiedział ktoś aksamitnym głosem z mojej lewej strony.

Odwróciłam się i zobaczyłam głównego wokalistę zespołu Lightstones, supportu Bellerose. Jego imię wyleciało mi z głowy.

- Hej, mogę ci jakoś pomóc? - zapytałam.

Nie był klasycznie przystojny, nie tak jak Jace, ale miał ładny uśmiech, którym mnie właśnie obdarzył, gdy przeczesywał dłonią krótkie, czarne włosy.

- Nie wiem, a możesz? Zobaczyłem, że siedzisz tu całkiem sama i wyglądasz jak marzenie każdej gwiazdy rocka, więc postanowiłem, że podejdę i się przedstawię.

Wtedy dotarło do mnie, że ten koleś ze mną flirtuje. Minęło sporo czasu, odkąd jakiś przypadkowy nieznajomy zagadał do mnie w taki sposób, a mnie rozbawił fakt, że nie byłam nim ani trochę zainteresowana.

- Może i jestem marzeniem gwiazdy rocka, ale to nie ty jesteś tą gwiazdą - powiedziałam krótko. Proszę, po prostu się odpierdol.

Najwyraźniej miał grubszą skórę, niż sądziłam, no i oczywiście danie facetowi kosza to przecież najlepsza zachęta, by dalej naciskał.

- Daj spokój. Nie bądź taka. Przysięgam, że dysponuję takimi samymi umiejętnościami jak Bellerose, i to w dużo większym pakiecie.

Biorąc pod uwagę fakt, że był tylko kilka centymetrów wyższy ode mnie, a jego obcisłe czarne jeansy niczego nie ukrywały, miałam spore wątpliwości.

- Naprawdę nie jestem zainteresowana - powiedziałam i skrzyżowałam ramiona na piersi. - A ty powinieneś sobie iść, zanim wpadniesz w kłopoty.

Jego wesoły uśmieszek wreszcie zniknął, a na czole pojawiło się coś w rodzaju irytacji.

- Myślisz, że jesteś taka dobra, dziwko Bellerose. Suko, takie jak ty oni mają w każdym... - urwał, bo na jego gardle zacisnęła się wielka pieprzona dłoń.

Gdy Grayson podniósł szamoczącego się wokalistę i nim zakręcił, o mało co nie rzucił nim przy tym o ścianę, jego twarz miała neutralny wyraz, ten, który, zaczynałam to rozumieć, był najgroźniejszy ze wszystkich.

- Gray - wycedziłam i chwyciłam go, zanim złamałby temu gościowi kark albo coś innego. - Już dobrze. Właśnie się uczył, jak przyjmować odmowę.

Odpowiedzią był pomruk wkurwionego perkusisty, a pokonany gość, leżący na ziemi, zrozumiał aluzję, zerwał się na równe nogi i zwiewał, trzymając się za gardło.

- Myślisz, że da radę śpiewać? - zapytałam z pewnym rozbawieniem na widok tego, jak bardzo przerażony był tamten facet.

- Kogo to, kurwa, obchodzi. I tak ma głos do dupy.

Grayson przeniósł na mnie całą swoją uwagę, zlustrował mnie od stóp do głów, jakby sprawdzał, czy nie odniosłam żadnych obrażeń.

- Skrzywdził cię? Dotykał?

- Nie, nie. - Potrząsnęłam szybko głową. - Po prostu kiepski z niego flirciarz, a gdy dałam mu kosza, stał się trochę nieprzyjemny.

Najwyraźniej główny wokalista Lightstones naczytał się artykułów na mój temat na blogu Dirty Truths albo widział, jak podczas któregoś z koncertów moi chłopcy przekazują mnie sobie z rąk do rąk. Ten dupek wyciągnął z tego swoje własne wnioski i wziął mnie za jakąś groupie, którą można dowolnie wykorzystywać.

Bez wątpienia tak to wyglądało z zewnątrz, ale ja znałam prawdę.

- Na pewno wszystko w porządku? - Grayson przywołał mnie do rzeczywistości, a ja nie mogłam się powstrzymać, więc podeszłam bliżej i objęłam go w pasie.

- Nic mi nie jest - odparłam. - Dziękuję, że stanąłeś w mojej obronie.

Znów usłyszałam to dudnienie w jego klatce piersiowej, które stało się głośniejsze, gdy się do niego przytuliłam.

- Zawsze, Prickles. Już nigdy więcej cię nie zawiodę. Obiecuję.

Po pierwsze to nigdy mnie nie zawiódł.

Reszta zespołu też zeszła ze sceny i skierowała się w stronę przekąsek. Najwidoczniej Grayson widział całe to zajście z liderem Lightstones, więc zmył się kilka minut przez innymi.

- Myślisz, że będziemy w stanie dojść do tego, kto zlecił zabójstwo mojej mamy? - spytałam nagle. Ostatnio ten temat mocno zaprzątał mi myśli. - Angelo przysięga, że szukał, ale niczego nie udało się ustalić oficjalnymi kanałami Riccich. Potwierdził jednak, że pracowała dla jego ojca.

- Pracowała dla wielu organizacji przestępczych - dodał Grayson. - Tyle mnie udało się dowiedzieć. Miała reputację księgowej, która trzyma gębę na kłódkę, a pieniądze dzięki niej zawsze są czyste. Musiała wkurwić nieodpowiednią osobę.

- Jak to się w ogóle stało, że zaczęła pracować dla gangów, karteli i mafii?

To znaczy, byliśmy typowymi przedstawicielami średniej klasy, mieszkającymi na przedmieściach, mama księgowa, a tato mechanik. Nic z tego nie rozumiałam.

- Przyciągnęła uwagę niewłaściwej osoby we właściwym czasie - odpowiedział Grayson, nadal mocno mnie obejmował. Mogliśmy prowadzić tę szeptaną rozmowę, ponieważ wszyscy zostawili nas w spokoju, bez wątpienia szczęśliwi, że są świadkami gojenia się ran między nami. - Kiedy już rozniosły się wieści o jej reputacji, skontaktowały się z nią inne grupy przestępcze. Niestety dla niej nie zdecydowała się na pracę tylko dla jednej organizacji, prawdopodobnie nie miała nawet pojęcia, jakie ryzykowne było jednoczesne obsługiwanie wielu z nich.

To pewnie stąd pochodziły wszystkie odziedziczone przeze mnie pieniądze. Albo je ukradła, albo zarobiła w nieuczciwy sposób. Miałam nosa, żeby ich nie ruszać. Bez wątpienia też by mi poderżnięto gardło, gdybym zaczęła korzystać z tej forsy, splamionej krwią. Gdybym zadarła z niewłaściwymi ludźmi.

Tak jak mój biedny tato.

Stał się niewinną ofiarą brudnych interesów mamy. Tak jak Penelope.

Te nowe rewelacje sprawiły, że poczułam się tak, jakbym znów ich traciła.

Rany były wciąż tak bardzo świeże i bolesne, że nawet techniki, które zasugerowała doktor Candace, nie pomagały powstrzymać łez. Uroniłam ich kilka, szlochałam w koszulkę Graysona. Ten nie powiedział już nic więcej, jedynie mocno mnie obejmował, a ja poczułam, że pod jego dotykiem niektóre z połamanych kawałków mnie prawie poskładały się w całość.

- Będzie dobrze, maleńka - szepnął, gdy się od siebie odsunęliśmy. - Dotrzemy do prawdy i przysięgam, że każdy, kto skrzywdził ciebie i Penelope, przypłaci to życiem.

Zrobiłby to, miał to wypisane na twarzy.

Uniosłam się na palcach, a on spuścił głowę, aby nasze usta mogły się spotkać. Minęło zbyt wiele czasu, odkąd ostatni raz całowałam się z Graysonem i pomimo że tym razem pocałunek był ledwie muśnięciem, uspokoił ten kawałek mojego serca, który cierpiał od około dziesięciu dni. Część mojej duszy znów została naprawiona.

- No już, Gray, musimy się przygotować! - krzyknął Jace, po czym posłał mi uśmiech i puścił do mnie oczko.

Wydawał się szczęśliwszy niż kiedykolwiek, a ja się zastanawiałam, czy to dlatego, że czuł ten sam ból co ja. To był zespół Jace'a, jego bracia, i nie chciałby mieć na pieńku z żadnym z nich.

Gray pocałował mnie ostatni raz. Wtedy wkroczył Rhett, zakręcił mną i zacałował na śmierć. Hannah zaczęła ich ponaglać, a gdy już zniknęli, uświadomiłam sobie, że umieram z głodu. Przyłączyłam się zatem do rozpromienionej Vee.

- Dziewczyno, uzupełnij zapasy energii - powiedziała, gdy wzięłam talerz i zaczęłam go napełniać.

- Myślisz, że będę jej potrzebować?

- Oczywiście. - Chwyciła drugi talerz. - Też ci coś nałożę.

Kolejne kilka godzin spędziłyśmy na jedzeniu, śmianiu się i czekaniu, aż koncert nabierze tempa. Stadion był wypełniony po brzegi, a gdy tłum się domagał, żeby Bellerose wyszli na scenę, hałas zdawał się niemalże ogłuszający. Rozbrzmiał numer, który otwierał koncert, a ja z trudem powstrzymywałam się od śmiechu, kiedy usłyszałam chrypienie w głosie tamtego palanta. Jakoś udało mu się dobrnąć do końca, ale zapłaci za to jutro.

Nie żeby mnie to obchodziło. Dostał to, na co sobie zasłużył.

Lightstones zeszli ze sceny, zapowiedziano Bellerose, a tłum oszalał. Jeżeli przedtem wydawało mi się, że jest głośno, to teraz hałas przeniósł się na nowy poziom. Vee złapała mnie za ramię, a ja poczułam się smutna, ponieważ w tym obiekcie chłopcy mieli wyjść spod sceny, co oznaczało, że nie mogłam dać im zwyczajowych buziaków na szczęście. No nic, będę musiała zostawić sobie wszystkie pocałunki na później.

Chłopcy pojawili się na scenie i zajęli miejsca przy instrumentach. Vee zapiszczała, a ja zrobiłam to samo. Najbliżej nas była perkusja Graysona, dlatego wcześniej mógł zobaczyć tamtą sytuację, a on sam posłał mi teraz powolny uśmiech i obrócił pałeczki w palcach. Palcach, które, jak już dobrze wiedziałam, są utalentowane na wiele sposobów wykraczających poza grę na perkusji.

Jace zajął miejsce z przodu, stał przed tysiącami wrzeszczących fanów.

- Jak tam, Berlin?! - krzyknął, a tłum mu odpowiedział, ucichł dopiero wtedy, gdy Jace ponownie się odezwał.

- Jesteśmy cholernie podekscytowani tym, że możemy dziś tu być, w tym pięknym mieście. Więc zaczynajmy ten pieprzony koncert.

Stadion wypełnił się dźwiękami gitary Rhetta, który zaintonował pierwszy numer - wnioskując z reakcji publiczności, chyba jej ulubiony.

To była jedna z piosenek, która nie traktowała o mnie ani o złamanym sercu z przeszłości, a ja odniosłam wrażenie, że zrobili to celowo. Chwilę później Angel wszedł ze swoim basem, a gdy Jace zaczął śpiewać, perkusja nadała całości rytm.

Po pogodzeniu się z Graysonem atmosfera zrobiła się elektryzująca i pełna emocji, więc nie byłam zaskoczona, gdy w oczach i gardle poczułam palące łzy. Vee, która nadal mocno ściskała moje ramię, przyciągnęła mnie jeszcze bliżej siebie. Nie powiedziała ani słowa, ale gdy pozwalałam atakować się rozterkom z przeszłości, jej dodająca otuchy obecność pozwalała mi zachować siłę i pewność.

Takie właśnie życie powinnam była zawsze wieść, w trasie z Jace'em i Angelem, moimi pierwszymi ukochanymi, które stało się jeszcze lepsze dzięki nowym miłościom: Rhettowi i Graysonowi. Ta czwórka dopełniała moje serce w sposób, którego nie rozumiałam, zanim ja i Grayson nie naprawiliśmy ostatniej ćwierci. Ostatniego pęknięcia, które szlochało przez długi czas, wypalało moją duszę i zabierało szczęście.

Teraz byłam całością.

Przynajmniej część mnie, a w tej chwili, gdy patrzyłam na moich chłopców, czterech najbardziej niesamowitych, utalentowanych, seksownych jak diabli muzyków dekady, miałam nadzieję, że wreszcie uda nam się zostawić przeszłość za sobą. Nie będzie to łatwe, ale miałam cholerną listę i zamierzałam odhaczać jej poszczególne punkty:

Dowiedzieć się, kto zlecił zabójstwo moich rodziców.

Odciąć się od Big Noise, a tym samym odseparować Angela od Giovanniego.

Uwolnić Vee z klatki jej rodziny, żeby mogła kochać, kogo chce.

Łatwizna.

Cóż, skoro udało mi się zdobyć cztery gwiazdy rocka, nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych.

Prawda?

36: Billie

Pierwsza część naszego planu poszła jak po maśle. Po tym, jak ciężarówki opuściły miejsce koncertu w Berlinie, zostały "porwane" podczas cholernie dramatycznego napadu na autostradzie, który spowodował mnóstwo przypadkowych szkód. Na szczęście tylko w samochodach i mieniu, a nie w ludziach. Okej, no może nie wszystko poszło jak po maśle, ponieważ bałagan, jaki powstał na autostradzie, nie był częścią naszego planu. Być może powinniśmy byli zaaranżować porwanie na jakiejś drodze, na której faktycznie obowiązuje limit prędkości.

W każdym razie po narkotykach i forsie nie zostało ani śladu, a my mieliśmy czyste ręce. Przez kolejny tydzień koncertowania byliśmy zasypywani doniesieniami o napadzie i szalonymi teoriami na temat tego, co zostało skradzione. Popularna wśród fanów teoria głosiła, że ktoś ukradł instrumenty Bellerose, ich dzieci, a nam spodobał się ten pomysł, więc podczas kolejnych koncertów chłopcy używali zapasowego sprzętu.

Giovanni się wkurwił. No jakżeby inaczej. Nawet wysłał kilku swoich ludzi, niby ochroniarzy, żeby powęszyli i się dowiedzieli, co się stało. Uważaliśmy jednak zgodnie, że nigdy nas z tym nie powiążą, bo Giovanni autentycznie sądził, że nie bylibyśmy zdolni do czegoś takiego. Tylko Angelo został poddany ostrzejszemu przesłuchaniu, a Vee musiała się ukryć, gdy tylko usłyszeliśmy, że do trasy dołączają kolejni ludzie na usługach Riccich. Nie chciała odchodzić, była bardziej niż chętna, by w razie gdyby odnalazła ją rodzina, wziąć sprawy w swoje ręce, ale ją przegłosowaliśmy. Znaczyła zbyt dużo dla Angela i dla mnie, jako że z każdym dniem stawałyśmy się sobie coraz bliższe. Vee była moją najlepszą przyjaciółką i nie chciałam ryzykować, że zostanie zastrzelona przez jakiegoś mafijnego bandytę.

W sytuacji Vee pojawiły się też pozytywy, bo najlepszym miejscem, w którym mogła się ukryć, okazało się to, gdzie przebywała Giana. Więc choć była smutna, że nas zostawia, widziałam, jak bardzo pragnęła spotkać się ponownie ze swoją ukochaną. Czułam się obrzydliwie szczęśliwa z jej powodu.

- Pewnie nie możecie się już doczekać przerwy - stwierdziła Hannah, kiedy przybyliśmy do Monako.

Od Berlina przemieszczaliśmy się już transportem lądowym, bo w Europie wszędzie było blisko, przez co Hannah przebywała bezpośrednio z nami dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Co z jednej strony zachęciło chłopaków do pisania nowych utworów. Z drugiej mocno zakłóciło nasze szaleńcze życie seksualne.

Tak więc, czy nie mogłam się doczekać, żeby spędzić tydzień w luksusowej willi wyłącznie w towarzystwie moich czterech gwiazd rocka i bez żadnych zakłóceń? O tak. Cholernie tak. Byłam tak bardzo gotowa, że gdy wierciłam się z podniecenia, pewnie zostawiałam mokrą plamę na siedzeniu.

- Czy wytwórnia załatwiła wszystko, o co prosiliśmy? - spytał Jace znudzonym głosem, wspaniale odgrywał rolę celebryty.

- Tak, wszystko jest potwierdzone. - Hannah skinęła głową. - Sama też to sprawdzę, jak już znajdziemy się na miejscu.

W trasie i na wakacjach taka absurdalna lista wymagań w przypadku sławnego zespołu nie była dla nikogo zaskoczeniem. Wymyśliliśmy więc całą masę bzdurnych zachcianek, takich jak zamrażarka z wódką marki 42 Below Feijoa, miska czerwonych, orzechowych m&msów i, na życzenie Rhetta, lubrykanty w szesnastu smakach. Wśród tych wymyślnych żądań znalazło się również to, żeby w każdym oknie były lustra weneckie, pomagające skutecznie odpierać ataki paparazzich, oraz monitoring i alarmy we wszystkich drzwiach, oknach i zsypach na śmieci. Gdyby Giovanni spróbował jakiejś ze swoich sztuczek, od razu byśmy o tym wiedzieli.

Kolano podskakiwało mi nerwowo z nadmiaru energii, gdy tysięczny raz sprawdzałam swój nowy telefon. Wcześniej dostałam wiadomość od Vee, przesłała mi zdjęcie z Gianą, olśniewającą kobietą o orzechowej skórze, całującą ją w policzek.

- Wygląda na szczęśliwą - skomentował fotkę Jace, zerkający mi przez ramię.

Uniosłam głowę i spojrzałam na niego, nasze oczy spotkały się w bardzo bliskiej odległości.

- Zgadza się. Czy to nie dziwne, że już za nią tęsknię? Nie jesteśmy przyjaciółkami od zbyt dawna.

- Nie. Czasem, kiedy spotykasz jakąś osobę, rozumiecie się na innym poziomie. Jak platoniczne bratnie dusze. - Usiadł obok mnie, oparł ramię o moje i spojrzał w głąb autokaru.

Gray, Rhett i Angelo rozmawiali z Hannah, a ja zrozumiałam, o co mu chodziło. Kumple z zespołu byli dla niego takimi platonicznymi bratnimi duszami. Przyjaciółmi od serca.

- To naprawdę piękne, Jace - powiedziałam cicho, gdy ponownie na mnie spojrzał. - Powinieneś pisać teksty piosenek z takimi elementami. Mógłbyś być w tym naprawdę dobry.

- To zabawne, Rose. Naprawdę zabawne. - Wyszczerzył się i przewrócił oczami. - Właściwie... chciałem cię prosić o przysługę.

Z podejrzliwością zmrużyłam oczy.

- Yyy... Jakiego rodzaju? - Od tamtej nocy w Edynburgu, gdy odrzucił moje zaproszenie na bzykanko, nasze relacje stały się... Sama nie wiem. Dziwne. Nie w złym tego słowa znaczeniu, na to byłabym przygotowana. Bardziej dezorientujące.

Jace potarł ręką kark, przez co spojrzałam na jego wytatuowany biceps. W mojej głowie pojawiły się sprośne myśli i zaczęłam wyobrażać sobie, jak tym ramieniem obejmuje mnie w talii, sadza na kuchennym blacie i...

- Czy mogłabyś zerknąć na jeden tekst? Jeszcze w Wielkiej Brytanii zacząłem nad czymś pracować i szło mi naprawdę dobrze, lepiej niż z jakąkolwiek inną piosenką, ale wtedy... - urwał i jęknął z frustracją.

- Co spieprzyło tę piosenkę? - Uśmiechnęłam się, bo Jace zawsze taki był. Muzyka wylewała się z jego duszy, a potem najmniejsze zakłócenie rozpraszało jego koncentrację i po utworze.

Wydął wargi w głupio atrakcyjny sposób. Taki gest w męskim wydaniu nie powinien być aż tak sexy.

- Grayson. W każdym razie spojrzysz na to?

- Jasne. - Wzruszyłam ramionami. - Pokaż, co tam masz.

Jace posłał mi pełen wdzięczności, choć zawstydzony uśmiech, po czym wyjął swój notatnik. Okładka i strony miały zagięcia i były wyświechtane, ale szybko przerzucał kartki, żeby znaleźć tekst, który wymagał mojej pomocy. Wygładził papier i z lekkim grymasem zmartwienia na twarzy podał mi notatnik.

Zaintrygowana, zanim zaczęłam czytać tekst, spojrzałam na niego i uniosłam brwi. Szybko jednak zanurzyłam się w historii, którą opowiadał. Pod linijkami z tekstem nabazgrał nuty, więc całość zajmowała kilkanaście stron. W głowie już prawie słyszałam melodię oraz aksamitny głos Jace'a, który śpiewał dla mnie. Ponieważ w istocie ta piosenka była od Jace'a dla mnie.

Dotarłam do końca, gdzie długopisem zabazgrał całą stronę w chwili, gdy przerwał mu Grayson, pociągnęłam nosem i otarłam wilgotne policzki.

- Jace - wyszeptałam ochryple. - To...

- Wszystko prawda - wyszeptał i wbił wzrok w notatnik w mojej dłoni. - I powinienem był to powiedzieć dawno temu.

Z trudem przełknęłam ślinę, skupiona na stronie, na której przestał pisać. Następnie zmarszczyłam czoło.

- Dlaczego papier jest pokryty jakąś skorupą?

Jace gwałtownie wciągnął powietrze, a jego policzki przybrały odcień intensywnej czerwieni.

- Och, yyy... Coś się na niego wylało.

Zmarszczyłam nos i podrapałam skorupę tak, by uratować znajdujący się pod nią tusz.

- Jadłeś jogurt czy co? Cholera, Jace, mogłeś zniszczyć cały notatnik.

- Tak. Jogurt. Służy, hmm, komponowaniu. Ale nie o to chodzi. Pomożesz mi skończyć ten tekst? Myślałem, że może to jest coś, co moglibyśmy zrobić razem? - W jego oczach dostrzegłam iskierkę nadziei i przeprosiny, tak jak w tej piosence.

Pytanie nie brzmiało, czy mogę mu pomóc dokończyć ten utwór, ale czy potrafię wybaczyć te wszystkie gówniane teksty, którymi ciskał we mnie przez ostatnich kilka miesięcy. Czy dam radę wybaczyć mu to, że lata temu z taką łatwością zrezygnował z naszej miłości.

Wzięłam głęboki oddech.

- Kiedyś wspólne pisanie piosenek szło nam bardzo dobrze - wyszeptałam i ponownie pogładziłam stronę kciukiem, w moim wnętrzu szalało tornado sprzecznych emocji.

- Nadal moglibyśmy to robić - odparł łagodnym tonem, delikatnie ścisnął moją dłoń. - Prawda?

Nie byłam tego taka pewna. Chciałam powiedzieć tak, ale równocześnie nie miałam przekonania, czy jestem gotowa mu wybaczyć. Te wszystkie wredne komentarze można bez problemu zignorować, ale trudniej było mi przełknąć jego gniew i rozżalenie z powodu straty naszego dziecka. Niezależnie od tego, czy przeprosi mnie teraz, czy nie, nie potrafiłam zapomnieć rzeczy, które powiedział, i tego, jak się czuł. Jeszcze nie teraz. Nie tak łatwo i, do cholery, to bolało.

Rozchyliłam usta, wpatrywaliśmy się w siebie, ale nie padły żadne słowa. Chwilę później autokar zwolnił, a Hannah oznajmiła, że dotarliśmy do naszego wakacyjnego domu.

- Rose - zaczął Jace błagalnym tonem, ale uwolniłam dłoń z jego uścisku i oddałam mu notatnik.

- Przepraszam - powiedziałam i wysunęłam się z siedzenia. - Po prostu nie... - umilkłam, zanim się rozryczałam. Nie byłam w stanie znieść miażdżącego rozczarowania w jego spojrzeniu, więc się odwróciłam i pospiesznie opuściłam autokar.

- Wszystko w porządku? - spytał Angelo, zerkający w stronę pojazdu. - Wyglądało poważnie.

Zacisnęłam zęby i posłałam mu niepewny uśmiech.

- Tak. Możemy wejść?

Kilka minut wcześniej na miejsce przybyli nasi ochroniarze, a jeden z gości przy drzwiach ruchem ręki dał sygnał, że możemy bezpiecznie wkroczyć do środka.

Gdy wchodziliśmy, Angelo objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam się w jego bok. Cholera jasna. Co powinnam zrobić z Jace'em?

- ...pięć sypialni, sześć łazienek, łaźnia parowa i sauna, domowa siłownia, basen infinity - mówiła elegancko ubrana kobieta, która, jak się domyślałam, była agentką nieruchomości. - I oczywiście studio nagrań, na wypadek, gdybyście mieli natchnienie i chcieli przedłużyć swój pobyt. Właściciel jest waszym wielkim fanem i chętnie spełni każdą waszą prośbę.

Hannah odciągnęła agentkę i zaczęła z nią rozmawiać o... Tak naprawdę nawet nie wiem o czym. Wspólnie z Angelem w ciszy sprawdziłam wszystkie pokoje i wybrałam jeden z małym balkonem i zachwycającym naturalnym światłem. Posiadanie swojej własnej sypialni wydawało mi się czymś właściwym. W ten sposób nikogo nie faworyzowałam... Prawda?

- Czy mogę dziś zostać tu z tobą na noc? - zapytał Angelo, gdy jego dłonie odszukały moją talię, a ja plecami oparłam się o ścianę.

Kiedy nasze usta się spotkały, wydałam z siebie jęk i zatraciłam się w jego pocałunkach na dłużej, niż powinnam.

- Aha - odpowiedziałam i westchnęłam namiętnie, bo jego usta znalazły się na mojej szyi, a dłonie powędrowały pod moją koszulkę. - Zdecydowanie.

Oj, to tyle w temacie faworyzowania.

- Hej! Ricci! Łapy precz od mojej dziewczyny! - wtrącił się Rhett, który szturchnął Angela bardziej brutalnie niż żartobliwie, po czym wykradł mnie z jego objęć.

Przez twarz Angela przemknął cień gniewu i frustracji, zelżał jednak, gdy się uśmiechnęłam.

- Mojej dziewczyny - warknął, ale z krzywym uśmiechem, czym dawał mi do zrozumienia, że żartuje. W pewnym sensie.

- Prickles! - krzyknął Grayson gdzieś z głębi domu. - Chodź tutaj! Przyrządzam koktajle. Chcesz Sex on the Beach?

Wyszczerzyłam się i pozwoliłam, by Rhett poprowadził mnie do kuchni.

- Piszę się na to - odpowiedziałam Grayowi, gdy do niego dołączyliśmy. - Ale nie jestem pewna, nie chciałabym, żeby piasek dostał się tam, gdzie nie powinien.

- Nie kuś mnie - mruknął z rozpalonym spojrzeniem.

- Za zimno na plażę - powiedział rozżalony Rhett. - Ale nie mam nic przeciwko jacuzzi. Co ty na to, Thorn? Koktajle w jacuzzi? Kąpiel w ubraniach zabroniona. - Puścił do mnie oczko, a ja poczułam w podbrzuszu łaskotanie wywołane podnieceniem.

- Angel, pomożesz mi z jedną piosenką? - spytał Jace, przechadzający się z gitarą w ręce. Posłał mi pełne bólu spojrzenie, po czym zniknął w części domu, w której znajdowało się studio nagrań.

Angelo popatrzył na mnie pełnym sprzecznych emocji wzrokiem, po czym podążył za Jace'em.

- W takim razie zostaliśmy w trójkę - zamruczał Rhett i uśmiechnął się przebiegle. - Zdecydowanie żadnych ubrań.

Uniosłam brwi i spojrzałam pytająco na Graysona, a on się wyszczerzył w odpowiedzi.

- Wchodzę w to, jeżeli ty też, Prickles. Idź i się rozgrzej z Rhettem, ja zaraz przyniosę drinki.

Rhettowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, krzyknął z podniecenia i przerzucił mnie sobie przez ramię.

***

Dwie godziny później miałam pomarszczone palce u rąk i stóp z powodu zbyt długiego przebywania w wodzie, a gdy Gray niósł mnie do sypialni, całe moje ciało zdawało się wiotkie. Straciłam rachubę orgazmów, ale chłopcy zdecydowanie próbowali udowodnić swoje racje i wykorzystać fakt, że Jace i Angelo byli zajęci pisaniem piosenek.

- To... - jęknęłam, gdy Grayson posadził mnie na krawędzi łóżka - było zajebiste.

- Zajebiste to dobre określenie. - Uśmiechnął się znacząco. - Nie sądzę, żebym kiedykolwiek miał tak krótkie przerwy między orgazmami.

Ziewnęłam i rozciągnęłam obolałe mięśnie pleców. Wtedy zaburczało mi w brzuchu.

- Umieram z głodu. Mamy jakieś jedzenie w lodówce?

- Jest w pełni zaopatrzona - potwierdził Gray. - Ubierz się, pójdę zobaczyć, co możemy zrobić na obiad.

Dokładnie to zrobiłam. Wyciągnęłam z walizki dresy i szybko je włożyłam. Następnie ruszyłam w stronę kuchni, gdzie zastałam Graya, rozmawiającego z Angelem... który był zajęty gotowaniem obiadu. Bogaty aromat pomidorów i ziół sprawił, że jęknęłam i o mało co ponownie nie doszłam. A może to była tylko cieknąca ze mnie sperma po tej gorącej sesji w jacuzzi.

- Hannah wpadła na chwilę, gdy byliście zajęci - poinformował nas Angelo. - Wygląda na to, że występ w Madrycie został odwołany przez problemy z kanalizacją. Więc możemy tu zostać kolejny tydzień, jeżeli mamy ochotę.

- Jupi! - Uniosłam brwi, w piersi poczułam bąbelki szczęścia.

- Obiad prawie gotowy - powiedział Angelo. - Gray, zawołaj Jace'a i Rhetta, żeby nie wystygło.

- Robi się - burknął wielkolud i wyszedł z kuchni.

Obeszłam kuchenną ladę, by objąć Angela w pasie, a on pocałował mnie w głowę.

- Jace zagrał dla mnie swoją nową piosenkę - powiedział cicho. - Sporo go gryzie.

- Wiem. - Przełknęłam gulę emocji, która urosła mi w gardle. - Ale nie może po prostu... - urwałam, bo nagle wyłączył się prąd, pomieszczenie pogrążyło się w ciemności.

Zesztywniałam, ciało Angela naprężyło się pod moim dotykiem. Nie było słychać żadnego alarmu, który świadczyłby o tym, że ktoś dostał się na teren posiadłości, ale czy czujniki zadziałałyby bez prądu? Nie miałam pojęcia.

- Co jest? - wyszeptałam, ale Angelo tylko mnie ścisnął, jakby na znak, żebym się nie odzywała.

Sekundę później przez dom przetoczył się głośny łomot, a po nim jeszcze kilka innych głuchych odgłosów i ochrypły męski krzyk. Światła ponownie się zapaliły, a Angelo popchnął mnie za siebie. Nie byliśmy już sami.

W kuchni kilku przysadzistych, ubranych na czarno mężczyzn pilnowało Jace'a, Rhetta i nawet Graysona, którzy klęczeli na kolanach, z rękami na karku. W ich plecy wycelowane były pistolety, a usta mieli zaklejone taśmą, ale to nie powstrzymało intensywności ich spojrzeń.

Mężczyźni, którzy trzymali na muszce moich facetów, byli w czarnych kominiarkach, ale w jednym z nich dostrzegłam coś znajomego. Kolor oczu, kształt brwi wywoływały niepokojącą nutę swojskości.

- Cóż, to trochę krępujące - powiedział Angelo spokojnym tonem, nadal osłaniał mnie swoim ciałem. - Chyba nie starczy dla gości.

Ich przywódca, jak się domyśliłam, zachichotał.

- I tak jestem na diecie. Keto. Żadnych węglowodanów, rozumiesz?

W jego głosie słychać było mocny akcent... Chyba niemiecki?

- Wkrótce pozwolimy ci wrócić do twojego obiadku, Ricci. Przyszliśmy tylko coś od ciebie zabrać.

Angelo trzymał rękę na moim biodrze, chował mnie za sobą.

- Jeżeli szukasz narkotyków, to już dawno ich nie ma. Przejęli je twoi ludzie, jeżeli się nie mylę... Nikolas. I nie zostało nic więcej.

- Moi ludzie? Nie, nie, nie. - Gość ponownie się roześmiał. - Zaatakowaliśmy konwój, tak jak to było ustalone, to prawda, ale nie było tam ani narkotyków, ani forsy.

Że co?

- Nie mamy ich - warknął Angelo.

- Wiem - powiedział Nikolas i pokiwał głową. - Ale ma je twoja żona. Albo miała, zanim przehandlowała je z Albańczykami za skrzynię z bronią. Piękna, mała Valentina ma wielkie plany?

Czułam, że zaraz opadnie mi szczęka. Valentina nas wykiwała.

- Więc skoro wiesz, że to ona je ma, dlaczego tu jesteś? - Uścisk Angela na moim biodrze był tak mocny, że aż bolało, ale się nie skarżyłam.

Cholera jasna. Jak mogła nam to zrobić? Czy to od samego początku był podstęp?

Nikolas wzruszył ramionami.

- Twoja żona odważnie sobie pogrywa - skomentował, przechylił głowę i posłał mi złośliwy uśmieszek. - Więc pomyśleliśmy, że nie ma lepszego sposobu, żeby zaskarbić sobie przychylność nowej szefowej, niż ofiarować jej powitalny prezent. Powiedzmy... głowę kobiety, która pieprzy się z jej mężem?

O cholera.

- No dalej, nie mamy całej nocy. Dawaj nam tę dziwkę, a my pozwolimy ci dokończyć obiadek. - Pociągnął nosem i mruknął z uznaniem: - A tak przy okazji, pachnie apetycznie.

Wszystko wydarzyło się w tym samym czasie. Na twarzy Angela zagościła determinacja, w minie Rhetta zobaczyłam strach i gniew, a oczy Graysona wypełniła żądza krwi - wszystko to dostrzegłam ułamek sekundy przed tym, jak zrobili desperacki ruch. A ja, nagle oszołomiona pewnością i niedowierzaniem, uświadomiłam sobie, dlaczego ten zamaskowany bandzior, celujący w głowę Rhetta, wyglądał tak znajomo.

Ale to przecież niemożliwe. Mój ojciec nie żyje.

Padło mnóstwo strzałów, a mój świat się zatrzymał.

Ciąg dalszy znajdziecie w

Beautiful Thorns

"Chłopcy z Bellerose #4"

Shattered Dreams

Copyright ? Jaymin Eve & Tate James

Copyright ? Wydawnictwo Inanna

Copyright ? MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright ? for the translation by Marcin A. Dobkowski

Copyright ? for the cover art by InksyndromeArtwork |Adobe Stock

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Tytuł oryginału: Shattered Dreams

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2025 r.

książka ISBN 978-83-7995-696-8

ebook ISBN 978-83-7995-697-5

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Tłumaczenie: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Ewelina Nawara

Korekta: Joanna Błakita

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara

Skład i typografia: proAutor.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz na www.MadBooks.pl

1: Billie

Osiem lat temu...

Poczułam kopnięcia mojej kruszynki i aż wstrzymałam oddech i przystanęłam w trakcie wspinania się po schodkach, prowadzących do domu moich rodziców. To było przedziwne uczucie, rosła we mnie mała istotka, ruszała się i dawała znać o swojej obecności. Ona. Moja córka.

Właśnie wracałam do domu po USG wykonanym w osiemnastym tygodniu, które potwierdziło, że urodzę córeczkę. Wybuchłam wtedy płaczem, a ta biedna lekarka gładziła mnie po ramieniu i podawała chusteczki, aż w końcu się uspokoiłam. To była moja wina, ponieważ odmówiłam, gdy Angel zaoferował, że ze mną pójdzie. Ale miał już mnóstwo własnych problemów, więc nie chciałam mu dokładać jeszcze moich wizyt kontrolnych.

Tydzień temu poczułam pierwsze kopnięcia, ale najpierw myślałam, że to skurcz mięśni. Lub gazy. Ale dziś ta przeurocza lekarka potwierdziła, że to naprawdę moja córeczka rozprostowuje nogi.

Osiemnaście tygodni. To oznaczało, że odkąd straciłam Jace'a, minęło równe dwanaście. Odkąd go okłamałam, mówiąc, że kocham Angela. W zasadzie to nawet nie było kłamstwo, naprawdę go kochałam... Ale powiedziałam wtedy Jace'owi, że jego już nie kocham. Że Angel i ja chcemy być razem bez Jace'a. Że spotykaliśmy się tylko we dwoje za jego plecami i nie chcieliśmy już dłużej ukrywać przed nim swojej miłości.

Tak wiele razy niemal udławiłam się własnymi kłamstwami, ale trzymałam się myśli, że pewnego dnia Jace mi podziękuje. Może za dziesięć lat, gdy będzie wielką, międzynarodową gwiazdą, z platynowymi płytami i nagrodami Grammy na ścianach, spojrzy wstecz na nasze rozstanie i zrozumie, że zrobiłam to dla niego.

- Już dobrze, moja kruszynko - wyszeptałam do dziewczynki w moim brzuchu. - Wiem, też jestem głodna.

Przeszukałam dużą torbę w poszukiwaniu kluczy, otworzyłam drzwi i dopiero wtedy zauważyłam, że na podjeździe stoi samochód mojej mamy. Zwykle o tej porze była jeszcze w pracy, więc wydawało mi się to dziwne. Chociaż nie aż tak dziwne, może po prostu zrobiła sobie wolne popołudnie.

Jednak z jakiegoś powodu nie zawołałam jej, gdy już przekroczyłam próg domu. Podniesione głosy odbijały się echem, więc cicho zamknęłam za sobą drzwi i położyłam torbę na podłodze.

Ze zmarszczonymi brwiami ruszyłam korytarzem w stronę sypialni rodziców. Wydawało się, że to właśnie stamtąd dochodziły krzyki, a moja ciekawość domagała się, żebym podsłuchała, głównie z powodu przytłaczającego poczucia winy, przez które założyłam, że przyczyną ich kłótni jesteśmy ja i dziecko... oraz Angelo.

W zeszłym tygodniu oznajmiliśmy bliskim, że po narodzinach dziecka zamierzamy się pobrać. Ani moja, ani jego rodzina nie przyjęły tego dobrze, jego zdecydowanie gorzej, ale moja również była daleka od zachęcania nas do tego pomysłu.

- ...zwariowałaś? Jeżeli... - mówił mój tato, wzburzonym i wściekłym tonem - ...zabije nas wszystkich. Nie tylko ciebie, Tina, nas wszystkich.

Że co?

Stanęłam jak wryta w połowie drogi i przycisnęłam dłoń do ciążowego brzucha, jak gdybym mogła ochronić córeczkę przed słowami mojego ojca. Zabić nas? Kto? Dlaczego? Z pewnością po prostu histeryzował i nie miał na myśli tego, co mówił.

- ...histeryzujesz, Christian... - powtórzyła moją myśl mama, tym razem nieco cichszym głosem, więc niektóre z jej słów były zbyt stłumione, bym mogła je usłyszeć. - ...nigdy się nie dowie. Wiem, co robię, oprócz tego... jedynie... dla ciebie! Ciebie, Billie i tego przeklętego bękarta. W przeciwnym razie...

Cholera. Fragmenty, których nie wychwytywałam, doprowadzały mnie do szału. Musiałam usłyszeć więcej. Jeżeli rozmawiali o mnie i mojej córeczce, musiałam się dowiedzieć, o co chodziło. Po cichu, niemal na wstrzymanym oddechu, podkradłam się pod uchylone drzwi sypialni rodziców.

- To wariactwo! - krzyknął tato i roześmiał się histerycznie. - Tina, to nie są przestępcy w białych rękawiczkach. To pieprzona mafia. Jeżeli odkryją, co robisz...

- Nie odkryją - upierała się mama, z frustracją w głosie. - Tylko ty o tym wiesz, więc jeżeli nikomu nie powiedziałeś... - Zamilkła i pozwoliła, by ta sugestia zawisła między nimi.

Zapanowała pełna napięcia cisza, brutalnie przerwana w momencie, gdy tato szarpnął drzwiami, otworzył je na oścież i spojrzał prosto na mnie.

Zrobił wielkie oczy i gwałtownie wciągnął powietrze.

- Billie. Ile usłyszałaś z naszej rozmowy?

- Zbyt mało... - Potrząsnęłam głową. - Powiecie mi, o co chodzi? - Zmarszczyłam brwi, zdezorientowana.

Tato zerknął przez ramię na mamę, która wpatrywała się we mnie, z palcami przyciśniętymi do ust, a jej twarz miała odcień popiołu.

- Nie, kochanie - powiedział pospiesznie tato, po czym posłał mi wymuszony uśmiech. - Właśnie rozmawialiśmy o pracy mamy. Nie masz się czym martwić, okej? Chodź, na pewno jesteś głodna, zrobię nam na obiad bananowe pankejki.

- Christian, to nie jest zdrowy obiad! - zawołała za nami mama, ale tato już zdążył objąć mnie ramieniem i poprowadzić w stronę kuchni. Wiedział, że uwielbiam jeść śniadanie na obiad bardziej niż jakikolwiek niesamowity posiłek, który mógłby przyrządzić.

Zerknęłam na jego delikatny uśmiech, gdy zabraliśmy się do wyjmowania składników na pankejki, zamierzałam delikatnie wydobyć z niego więcej informacji.

- Ta sprzeczka z mamą wyglądała na coś poważnego - rzuciłam, starałam się mówić ogólnikowo. - Czy powinnam się tym martwić?

Na jego starszej, lecz wciąż przystojnej twarzy, pojawiło się zmartwienie, ale potrząsnął głową.

- Absolutnie nie. Po prostu nadeszła ta bardziej stresująca pora roku u mamy w pracy. Opowiedz mi o dzisiejszej wizycie u lekarza. Czy znasz już płeć?

Poczułam, jak podekscytowanie rozpływa się po moim ciele, więc odrzuciłam na bok wszelkie niepokoje. Zamiast tego skupiłam się na przekazaniu tacie dobrych wieści na temat mojej córeczki. Mojej szczęśliwej, zdrowej córeczki, która za jedyne cztery i pół miesiąca przyjdzie na świat.

Gdy po zjedzeniu pankejków tato wyjął próbki farb, wszystkie nękające mnie złe myśli wyparowały. Pracował nad ukończeniem pokoiku dla dziecka na piętrze, a teraz, skoro już wiedzieliśmy, że urodzę dziewczynkę, zapragnął ponownie przyjrzeć się kolorystyce.

Jak każdego dnia ostatnimi czasy mój zapas energii osiągnął najniższy poziom znacznie wcześniej niż zazwyczaj. Ziewnęłam, przytuliłam tatę, życzyłam mu dobrej nocy, po czym udałam się do mamy, by zrobić to samo. Była w gabinecie, gdzie znajdował się jej komputer, jak również laptop taty.

- Dobranoc, mamo - powiedziałam, gdy stanęłam już w progu. - Kocham cię.

Zerknęła znad komputera i posłała mi łagodny uśmiech.

- Też cię kocham, Billie Baggins. Słodkich snów.

Na górze, w sypialni, którą zajmowałam od urodzenia, sen nadszedł szybko, wyczerpanie spowodowane ciążą było okrutne. Niestety około północy obudziła mnie pilna potrzeba skorzystania z toalety, więc z jękiem wygrzebałam się z pościeli.

Czułam, że coś drażni moje nozdrza, kichnęłam w drodze do łazienki. Z całych sił starałam się zatrzymać sen. Z nadzieją, że nie rozbudzę się całkowicie, nie zapaliłam nawet światła i przymykałam oczy. Gdy sikałam, kichnęłam ponownie i zmarszczyłam nos. Ostatnio byłam tak cholernie wyczulona na zapachy, a teraz czułam dym z czyjegoś kominka, jak gdyby palił się wewnątrz naszego domu.

Z dołu dobiegł krzyk, aż podskoczyłam ze strachu i o mało co nie spadłam z toalety.

Co, do kurwy?

Coś się stłukło, a ja usłyszałam kolejny wrzask. Mamy.

- Mamo?! - krzyknęłam niczym idiotka. Naoglądałam się wystarczająco dużo horrorów, żeby wiedzieć, że to kiepski, naprawdę kiepski pomysł, ale pod wpływem chwili nie mogłam się powstrzymać. Musiałam sprawdzić, czy nic jej nie jest, więc pobiegłam schodami w dół. Może upadła?

W całym domu był dym. Wił się w środku, zdecydowanie zbyt gęsty jak na opary z kominka. Poza tym to nie zima. Po co palić w kominku, gdy na zewnątrz jest ponad dwadzieścia sześć stopni?

- Mamo?! - krzyknęłam ponownie. Krztusiłam się dymem, gdy pędziłam po schodach. Coś się paliło. Trzeba to ugasić, ale jak? Wiedziałam, że tato trzymał gdzieś gaśnicę. W kuchni? Nie... raczej w garażu.

Rzuciłam się w stronę drzwi prowadzących do garażu, ale okazały się zamknięte na klucz. Co, do diabła? Te drzwi nigdy nie były zamknięte. Nigdy w całym moim cholernym życiu nikt nie zamykał tych drzwi.

Zdezorientowana, przerażona i umierająca z niepokoju, chwyciłam z ławy kuchenną ściereczkę i zwilżyłam ją pod kranem, po czym zakryłam nią usta i nos. Wdychanie dymu nie mogło być dobre dla mojej córeczki, ale musiałam się upewnić, że rodzicom nic nie grozi...

Gdy pobiegłam do ich sypiali, oddychanie przez zwilżoną tkaninę zdawało się nieco lżejsze. Nie było ich tam, ale dym stał się jeszcze gęstszy. Gdzie tato? Może są w gabinecie?

Odgłos dochodzący z korytarza sprawił, że aż podskoczyłam ze strachu, więc wypadłam z sypialni. W ciemności dostrzegłam postać, która szła w kierunku drzwi wyjściowych. Po wzroście i budowie tej postaci wywnioskowałam, że to mężczyzna, ale był za szeroki w barach i zbyt wysoki, więc to nie mógł być mój ojciec. Zatrzasnął za sobą drzwi i zniknął w czeluściach nocy, zanim nawet zdążyłam się odezwać.

Panika sprawiła, że zastygłam, ale po chwili ocknęłam się i ruszyłam w stronę gabinetu. To stamtąd wydobywał się dym.

Nie ufałam metalowym klamkom, więc popchnęłam drzwi stopą i o mało co nie upadłam, porażona gorącem. Powietrze przy podłodze było czystsze, więc na czworakach wczołgałam się do płonącego pomieszczenia, a po mojej twarzy płynęły łzy. Byli tu. Obydwoje.

- Mamo?! - zawołałam chrypliwym głosem przez mokrą ściereczkę, która już zdążyła prawie wyschnąć. - Tato?

Prawie nic nie widziałam, ale moja dłoń natknęła się na coś. To but. Stopa. Macałam dłonią nieruchome ciało mamy, aż pod palcami poczułam krew. Tak dużo krwi.

Szlochałam i kasłałam, gdy gorączkowo usiłowałam wyczuć puls. Nie wyczułam niczego. Już nie żyła.

- Tato? - spytałam przez łzy, na czworakach przeszukiwałam pokój, aż wreszcie znalazłam i jego. Wtedy o mało co nie zwymiotowałam.

Muszę się stąd wydostać. Teraz. Zanim też zginę. Nie wspominając już o dziecku...

Zacisnęłam zęby, żeby powstrzymać krzyk, który we mnie wezbrał, i wyczołgałam się z płonącego gabinetu. To tylko kwestia minut, zanim cały dom zajmie się ogniem. Nie mogę tu być, kiedy to się stanie.

Nadal pochylona brnęłam korytarzem w stronę drzwi wyjściowych. Drzwi, przez które wcześniej ulotnił się morderca moich rodziców, były zamknięte na klucz.

- Co jest?! - krzyknęłam i zadławiłam się łzami. - Nie! - Nie wierzyłam, że to się działo i stałam tak przez kilka cennych sekund, szarpiąc za klamkę, jakby cała ta sytuacja była jedną wielką pomyłką.

Poczułam, że zawroty głowy przyprawiają mnie o mdłości, więc z powrotem znalazłam się przy posadzce. Kurwa. Muszę się wydostać. Teraz.

- Pomocy! - Gdy wcisnęłam twarz w podłogę, mój krzyk brzmiał niczym żałosny skrzek. Ogień szybko się rozprzestrzeniał, wiedziałam, że jeśli teraz się stąd nie wydostanę...

Klucz! Muszę odnaleźć klucz! W zeszłym tygodniu tato zmienił zamki - teraz już wiem dlaczego - a drzwi zamykały się automatycznie, gdy ktoś wychodził. Gdzie są moje klucze?

Z nosem przy ziemi starałam się zlokalizować miejsce, w którym zostawiłam torbę, gdy wróciłam do domu. Włożyłam klucze z powrotem do torby, prawda? Albo... Cholera, może rzuciłam je na stolik? Kurwa! Czemu nie mogę sobie przypomnieć?

Zawroty głowy sprawiły, że pokój gwałtownie się przechylił, a ja upadłam na bok i szarpnęło mną ukłucie bólu w brzuchu. Czy w coś uderzyłam? Nie byłam w stanie niczego zobaczyć, było zbyt ciemno. W płucach czułam ucisk. Cholernie mocny ucisk.

Gdy przeszukiwałam podłogę w poszukiwaniu ściereczki, którą gdzieś upuściłam, moim ciałem wstrząsał kaszel. Nie znalazłam jej, usiłowałam więc podciągnąć górę od piżamy, by zakryć nią nos i usta, ale to było niczym próba ugaszenia pożaru lasu za pomocą butelki z wodą. Kompletnie bezcelowe.

Czułam, że płoną mi płuca, z każdym kolejnym oddechem jeszcze bardziej się zaciskają, a obraz przed moimi oczami spowiła mgła. Nie mogłam się poddać. Nie mogłam ot tak zrezygnować. Nie, kiedy moja córeczka tak bardzo na mnie liczyła... Musiałam przeżyć dla niej. Dziecka mojego i Jace'a.

Wykorzystałam całą swoją energię na przeczołganie się przez salon, ogarnięta determinacją, by dotrzeć do okna. Wiedziałam, że jeśli uda mi się je otworzyć, to się wydostanę. Jeżeli się wydostanę, będę mogła oddychać. Moje dziecko przeżyje.

Kaszląca, dławiąca się, nękana zawrotami głowy, podciągnęłam się i szarpnęłam za skrzydło okienne.

Ani drgnęło. Nie otworzyło się nawet na centymetr.

Rozpacz sprawiła, że krzyknęłam, a następnie kaszlnęłam tak mocno, że aż straciłam przytomność i z hukiem upadłam na podłogę. Nie poddałam się jednak, walczyłam, by odzyskać świadomość, a gdy tak się stało, z powrotem znalazłam się na czworakach, by znaleźć inną drogę ucieczki. Jakąkolwiek.

Czułam, jak ból promieniuje po moim brzuchu, ale musiałam zacisnąć zęby i iść naprzód.

Czasami jednak sama determinacja to za mało. Gdy wyczołgałam się z salonu w kierunku schodów, podmuch gorącego powietrza sprawił, że moja siła mnie zawiodła.

Ja zawiodłam.

2: Jace

Obecnie

Wokół nas zapanował pieprzony chaos. W uszach dzwoniło mi do tego stopnia, że nic nie słyszałem. Ale odczuwałem następstwa tego, co się wydarzyło. Otaczały mnie uczucie gorąca i zapach siarki oraz betonowy pył, gdy budynek za nami walił się i płonął.

Billie zwisała luźno w moich ramionach, a głowa dziewczyny opadła bezwładnie, pomimo moich prób zapewnienia jej bezpieczeństwa. Pieprzona panika spowodowana niepewnością, czy została ranna, czy jedynie ogłuszona, zawładnęła mną tak bardzo jak tamtej nocy na polach. Ktokolwiek próbował nas zabić, musiał przestać, ponieważ to pozbawiało mnie resztek zdrowego rozsądku.

Gdy znalazłem się kawałek od wejścia, zatrzymałem się i odwróciłem w stronę budynku, by się upewnić, że wszystkim udało się bezpiecznie z niego wydostać. Billie nadal bezwładnie zwisała mi w ramionach, więc delikatnie nią potrząsnąłem.

- Obudź się. Kurwa. Proszę, Rose.

Przez to dzwonienie w uszach nie słyszałem nawet własnych słów, więc istniało prawdopodobieństwo, że ona również miała ten problem, próbowałem zatem dalej. Właśnie miałem położyć ją na ziemi, żeby sprawdzić, jakie odniosła obrażenia, gdy w progu stanęli Angelo i Vee. Dzięki Bogu. Pomagał jej iść, ale zanim udało im się wydostać na zewnątrz, wokół nich zaczęły się walić kolejne części budynku.

- No dalej! - krzyknąłem, z nadzieją, że ich słuch był mniej uszkodzony.

Grayson, który stał już w progu i pomagał Rhettowi, zostawił go na zewnątrz i pobiegł z powrotem do środka. Zobaczył dokładnie to samo co ja. Ten pieprzony szklany potwór walił się niczym domek z kart. Zimny, martwy budynek, ozdobiony najgorszym rodzajem sztuki, razem z tą monstrualną rzeźbą przedstawiającą coś, co według mnie wyglądało jak przerośnięty kutas, jako że miało trzonek i jaja...

Gdy uniosłem wzrok, by spojrzeć na to coś, widoczne przez przeszklone drzwi, pieprzony kabel, na którym wisiało, zerwał się. Po prostu się zerwał, a ta gigantycznych rozmiarów rzeźba runęła na ziemię i się roztrzaskała. W tym samym czasie Grayson wynosił Vee na zewnątrz, ale Angelo nadal był w środku.

Połowa budynku runęła, zagłuszyła mój krzyk, a rzeźba wylądowała w miejscu, w którym leżał Angelo. Biegłem z powrotem do drzwi i dziękowałem w duchu za to, że Grayson zawsze pozostawał czujny. Udało mu się położyć Vee na ziemi akurat wtedy, gdy przebiegałem koło niego, więc podałem mu Billie.

Cisnął we mnie jakimś przekleństwem, a mój słuch powrócił na tyle, żeby w drodze do wnętrza budynku zdołałem usłyszeć: "głupi", "popieprzony", "nieodpowiedzialny". Nie mylił się, ale gówno mnie to obchodziło. Mógł sobie gadać, bo wiedziałem, że gdyby nie zajmował się dwiema rannymi kobietami i Rhettem, byłby tu teraz ze mną.

W oddali słyszałem wycie syren, pomoc przybędzie jednak zbyt późno, by uratować Angela.

Może ja również się spóźniłem, ale na świecie istniała jedynie garstka ludzi, dla których byłem gotów wbiec do płonącego budynku. Angelo był jedną z nich. On i Billie byli moimi najstarszymi przyjaciółmi, moją pieprzoną rodziną, i jasne, kłóciliśmy się ze sobą przez prawie połowę czasu trwania naszej przyjaźni, ale to nie oznaczało, że miłość, jaką się darzyliśmy, kiedykolwiek umarła.

Jedynie ukryła się pod całą tą nienawiścią, którą do nich czułem.

Gdyby zginęli, nie miałbym jak ich nadal nienawidzić. Musiałem dopilnować, żeby przeżyli po to, bym mógł powrócić do tej toksycznej normalności, opartej na nienawiści i jednoczesnej tęsknocie za nimi.

Gdy znalazłem się w budynku, ogień i dym były dużo większe niż w chwili, w której widziałem spadającą na Angela rzeźbę. Szkło trzaskało pod moimi butami, pochyliłem się niżej i podciągnąłem kołnierzyk koszuli, by zasłonić nos i usta.

- Angel! - zawołałem i zakrztusiłem się własnymi słowami.

Dzwonienie w uszach pogorszyło się do tego stopnia, że miałem wrażenie, że mój mózg się trzęsie. Z powodu siły wybuchu odniosłem obrażenia głowy, ale nie zamierzałem jeszcze się im poddać. Nie, dopóki wszyscy nie będą bezpieczni.

Z dalszej części budynku unosiło się coraz więcej dymu, ale Angelo leżał jedynie kilka kroków w głąb głównego holu. Nie mógł być zbyt daleko ode mnie.

Praktycznie na czworakach udało mi się natknąć na jego stopy, które stały się widoczne dopiero wtedy, gdy znalazłem się tuż obok. W czarnych spodniach, poniżej lewego kolana, dostrzegłem spory odłamek szkła wbity w jego łydkę. Lewa noga wyglądała na poparzoną, ale nie płonęła, jakby udało mu się ugasić ogień. Jakimś cudem.

W każdym razie Angelo był ranny i wymagał pomocy lekarskiej.

Już miałem chwycić go za lewą nogę, by wywlec go z pomieszczenia, kiedy mój poszkodowany mózg zaczął działać, jak należy, i przypomniał mi, że połowa ciała Angela nadal jest uwięziona pod tą pieprzoną rzeźbą. Gdybym go pociągnął, prawdopodobnie urwałbym mu głowę.

- Angel! - powiedziałem chrypliwym głosem. - Nie umieraj, słyszysz mnie? Muszę ci wielokrotnie skopać tyłek, a jeżeli umrzesz... ominie mnie dobra zabawa.

Jakaś część mojej duszy też by umarła, ponieważ stał się jednym z moich braci. Miałem Rhetta i Graysona, ale Angelo był tym pierwszym, a ja nie umiałem wyobrazić sobie życia bez niego.

Przesunąłem go, a cholerna ulga, którą poczułem, gdy zobaczyłem go uwolnionego spod gruzu, jedynie z rozcięciem na czole, niemal powaliła mnie na ziemię. Rzeźba w kształcie kutasa najwidoczniej o niego zahaczyła, kiedy spadła, na szczęście zdążył się na tyle przesunąć, że nie roztrzaskała mu czaszki.

Przynajmniej taką miałem nadzieję. Rana krwawiła, ale wyglądało to bardziej na delikatne sączenie się niż poważny krwotok, który wypływałby z głębszej ranny. Nie żeby jakiekolwiek obrażenia głowy nie były poważne.

Ale przynajmniej istniała szansa.

Kaszlałem i próbowałem płytko oddychać, kiedy wciskałem ramiona pod ciało Angela, przeklinając go za to, że jest takim wielkim skurwysynem. Na szczęście, nie należałem do chuderlaków, bo wywleczenie stąd tego olbrzyma wymagało całej mojej siły.

Uważając, by nie szturchać jego głowy bardziej, niż to konieczne, podniosłem go chwytem strażaka i krok po kroku ruszyłem w stronę drzwi. W pewnym momencie się potknąłem, ale zdołałem dotrzeć do pieprzonej ściany, nim pojawili się strażacy i wyprowadzili mnie na świeże powietrze.

Moje płuca aż krzyczały, a dym wypełniał każde zagłębienie w ciele. Gdy podali mi tlen - i równocześnie zabrali Angela do karetki - dojście do siebie zajęło mi dobre dziesięć minut.

- Jesteś pieprzonym idiotą! - Grayson postanowił się na mnie wydrzeć. - Wbiegłeś tam ranny, bez żadnego planu. Następnym razem, kurwa, zaczekaj na moją pomoc.

- Angelo nie miał już czasu - odparłem chrypliwym głosem, po czym powoli ściągnąłem maskę z tlenem.

Ratownik medyczny zaczął prowadzić mnie w stronę jednej z karetek i znów założył mi maskę na twarz. Grayson potrząsnął głową, patrzył na mnie surowym wzrokiem, ale nie przeszkadzał ratownikom w pracy. Ponownie zdjąłem maskę.

- Co z Billie i Rhettem?

Wwiercał się we mnie swoim mrocznym spojrzeniem, a ja głośno sapałem.

- Są ranni, ale powinni dojść do siebie. Gdy trzymałem Billie, miała jakiś atak, więc na pewno zabiorą ją na szczegółowe badania.

- Zabieramy was wszystkich - powiedziała niska blondynka. Miała na sobie uniform ratownika medycznego i wyglądała na jakieś dwadzieścia lat starszą od nas. Przybrała też poważny wyraz twarzy. - Przeżyliście wybuch, więc musimy przebadać każde z was.

- Gdzie Billie? - wypaliłem, zanim zdecydowanie wpakowała mnie na nosze i ponownie założyła mi maskę z tlenem.

- Jest w innej karetce - powiedziała pospiesznie. - Zabierają ją prosto do szpitala, pan Taylor ma rację co do jej możliwego ataku padaczki. Jest z nimi również pan Silver, z powodu urazu głowy.

Co, kurwa? Dlaczego Billie miała atak? Była nieprzytomna, ale nie dostrzegłem żadnych widocznych obrażeń, które mogłyby wywołać taką reakcję. Może cała sytuacja tak ją dotknęła, teren wokół przypominał teraz strefę wojenną, otaczały nas służby medyczne, policja, helikoptery i nie tylko. Dla każdego to byłoby zbyt wiele, a co dopiero dla kogoś, kto już przeżył śmierć swojej rodziny.

Sanitariuszka zmusiła mnie, żebym się położył, by mogła przewieźć mnie do najbliższej karetki, i wiedziałem, że próbowała postąpić tak samo z Graysonem, zanim ten tak bardzo spiorunował ją wzrokiem, że aż ustąpiła.

- Zalecamy badania - powiedziała, ale reszta jej słów mi umknęła, bo dwóch mężczyzn władowało mnie na noszach do karetki i zamknęło drzwi.

Jeden z nich wsiadł ze mną, ale nadal rozmawiał z tym drugim, gdy podłączał kroplówkę.

- Nie wierzę, że udzielamy pomocy pieprzonemu Bellerose - powiedział i potrząsnął głową, zachowywał się tak, jakbym był nieprzytomny albo głuchy. - Ktoś próbował wysadzić ich w powietrze.

Biorąc pod uwagę dzwonienie w uszach, naprawdę się martwiłem, że doznałem uszkodzenia słuchu. Jak w takiej sytuacji miałbym nadal komponować? To dzięki idealnemu słuchowi potrafiłem znajdować najlepsze dźwięki.

- Nie udało im się - wymamrotałem, zanim ponownie podniósł moją maskę.

Mężczyzna wyglądał na zakłopotanego.

- Za chwilę będzie pan szpitalu, panie Adams. Proszę postarać się leżeć nieruchomo. Podaję panu tlen i płyny, a dalsze postępowanie zostanie ustalone przez lekarzy.

Skinąłem, pozwoliłem sobie na odpoczynek. Co za kurewski dzień. Pogrzeb Flo, potem prośba tego skurwiela Toma, a teraz ktoś chciał nas zabić. Znowu. Mój uszkodzony słuch to nic w porównaniu z faktem, że wszyscy mogliśmy dziś zginąć. Akurat dziś, gdy opłakiwaliśmy naszą przyjaciółkę, która nie przeżyła poprzedniego ataku. Straciłem już Flo, nie dałbym rady stracić pozostałych.

Billie i Angelo też mogli dziś zginąć.

Rhett i Grayson.

Moja rodzina.

Odkryję, kto stał zarówno za atakiem na farmę, jak i za tym zamachem bombowym, i rozerwę ich na pieprzone strzępy. A później spalę pozostałości, a prochy rozsypię na najbliższym świńskim gównie, jakie uda mi się znaleźć.

Tylko takie zakończenie mi odpowiadało.

Ostatnich kilka dni użalałem się nad sobą, nienawidziłem Billie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ nie powiedziała mi o dziecku. Dziecku, które zginęło w pieprzonym poża...

Usiadłem gwałtownie, aż wystraszyłem biednego ratownika, który akurat skończył podłączać mi kroplówkę. Wreszcie zrozumiałem, co było prawdziwym powodem ataku, którego doświadczyła Billie. To musiało być to. Straciła przytomność, może utknęła w jakiegoś rodzaju retrospekcji, która wywołała bolesne wspomnienia. Widziałem wyraz jej twarzy, gdy Angelo wylądował w ognisku, i oto kolejny pożar. Kolejny pożar, w którym ucierpieli jej bliscy. Jak jej... jak nasza córeczka.

- Musi się pan uspokoić. - Facet ponownie spróbował mnie położyć, ale chyba nawet się nie łudził, że mu się to uda.

Może i imprezowałem jak gwiazda rocka, ale ćwiczyłem jak kulturysta. To był jedyny sposób, by poradzić sobie z moimi demonami.

Zdjąłem z twarzy maskę i zmierzyłem go spojrzeniem.

- Potrzebuję informacji o moich przyjaciołach. Czy wszyscy jedziemy do tego samego szpitala?

Wystarczyło, że zamrugał, bym zrozumiał, że nie znał odpowiedzi na moje pytanie. Zasłużył sobie jednak na pochwałę, ponieważ zadał to pytanie kierowcy, który krzyknął w odpowiedzi:

- Tak, w szpitalu ogólnym w Naples mają wystarczająco dużo miejsca, żeby wszystkich przyjąć. Nie trzeba ich rozdzielać.

Co za ulga.

- Muszę zobaczyć Billie - powiedziałem krótko. - Tę blondynkę, którą zabraliście jako pierwszą. Już wcześniej przeżyła pożar, a jej atak mógł być reakcją na traumę z przeszłości. To znaczy, sprawdźcie jej obrażenia w pierwszej kolejności, ale muszę poinformować lekarzy o jej historii.

Skinął głową, zrozumiał, że nie odpuszczę, dopóki nie zaczną traktować mnie poważnie.

- Panie Adams, zapewniam, że pan i pańscy przyjaciele otrzymają jak najlepszą opiekę medyczną. Osobiście dopilnuję, żeby mógł pan porozmawiać z lekarzem Billie i innymi członkami zespołu. - Umilkł, przeskakiwał wzrokiem to na mnie, to na kierowcę, po czym pochylił się i zniżył głos. - Mógłbym dostać autograf? Jestem wielkim fanem.

Miałem ochotę powiedzieć mu, żeby się odpieprzył, ale gdy już dotrzemy do szpitala, taki sprzymierzeniec może mi się przydać.

Położyłem się z powrotem na łóżku i potaknąłem.

- Dopilnuj, żebym mógł się zobaczyć z Billie i Rhettem, kiedy dojedziemy do szpitala. I daj mi natychmiast znać, co z Angelem. A wtedy skombinuję ci tyle merchu podpisanego przez zespół, ile dasz radę unieść.

Na jego twarzy zagościł wielki uśmiech, a ja starałem się nie zapominać, że potrzebujemy fanów, by tworzyć muzykę. Jednakże dziś, w dniu, w którym ktoś próbował zamordować mnie i wszystkich, których kocham, trudno mi było o tym pamiętać.

Bellerose kiedyś stał się moim ratunkiem, ale teraz miałem wrażenie, że będzie moim upadkiem.

3: Billie

Dlaczego ludziom się wydawało, że dźwięk lejącej się wody jest kojący? Nie jest. Zupełnie. W moim przypadku sprawiał, że jedynie chciało mi się sikać, a wtedy zawsze stawałam się niespokojna, ponieważ kiedy akurat jesteś w potrzebie, nigdy nie ma w pobliżu toalety. Więc nic dziwnego, że wierciłam się niezręcznie w tapicerowanym fotelu i rozpaczliwie starałam się nie kierować wzroku w stronę głupiej, ozdobnej fontanny, która znajdowała się w rogu.

- Jak się dzisiaj czujesz, Billie? - spytała siedząca naprzeciwko mnie elegancko ubrana kobieta i z zaciekawieniem przechyliła głowę.

Nie odpowiedziałam. Kurwa, co chciała ode mnie usłyszeć? Minął tydzień od wybuchu, od cholernego pożaru, który prawie zabił nas wszystkich. Spotykałam się z doktor Candace, od kiedy zostałam wypisana ze szpitala, do którego trafiłam z powodu fizycznych obrażeń. Te emocjonalne to inna historia. To właśnie z ich powodu siedziałam tu i rozmawiałam o swoich uczuciach. Znowu.

Terapeutka wydała z siebie ciche westchnienie, którego nie powinnam była usłyszeć, po czym podjęła kolejną próbę.

- Masz plany na święta?

- Z kim? - zaśmiałam się gorzko. - Z moją rodziną? W moim domu? A nie, zaraz. Nie mam żadnej z tych rzeczy. - Okej, może powodem terapii nie była jedynie bomba podłożona w Big Noise. Być może potrzebowałam pomocy, by uporać się z traumą z przeszłości.

Ale to nie znaczyło, że musi mi się to podobać.

- Billie, obie wiemy, że to nieprawda - powiedziała, przy czym lekko potrząsnęła głową. - To, że nie są z tobą spokrewnieni, nie oznacza, że Rhett, Grayson i Ja...

- Nie. Nie wmawiaj mi, że cholerny, święty Jace Adams jest moją rodziną - wyrzuciłam z siebie, czułam, jak ze złości trzęsą mi się ręce. - Rhett i Grayson są... - Kurwa. Kim są dla mnie? Byliśmy kochankami, jak mniemam. Ale teraz? Teraz wszystko jest inaczej. Rozbite.

Przełknęłam emocje, a moje kolano podskakiwało, bo wciąż próbowałam opanować potrzebę skorzystania z toalety.

- Okej, w takim razie porozmawiajmy o tym, gdzie zamierzasz się zatrzymać, kiedy stąd dziś wyjdziesz - zaproponowała doktor Candace, a na jej twarzy pojawił się delikatny grymas rozczarowania. - Rozumiem, że już zostałaś wypisana. Opowiedz mi o swoich planach.

Wypisana. No tak. Mimo że w szpitalu uporano się z moimi obrażeniami już dzień po wybuchu, byłam pod obserwacją psychiatryczną z powodu tego epizodu, który miał miejsce podczas pożaru. Jace naciskał, żeby tak się właśnie stało, twierdził, że "stanowię zagrożenie dla samej siebie i innych", niczym jakiś pieprzony...

- Billie?

- Przepraszam - wymamrotałam i objęłam się ramionami. - Hmm, chyba zatrzymam się znów u Graya. Tak naprawdę nie mam innych opcji... - Biedna Billie Bellerose. Żadnej rodziny, domu, nadziei...

- Słyszałam coś innego. - Doktor Candace zaoponowała, uśmiechnięta łagodnie. - Mogłaś się udać do domu Rhetta, wiem, że ci to zaproponował. - Byłam prawie pewna, że doktor Candace jest fanką Rhetta Silvera. - Albo do Riccich...

- Nie - przerywając jej warknięciem. - Nie pojadę tam. Gdybym to zrobiła, to... - To wtedy Giovanni byłby nie do zniesienia. Upiorny. Niebezpieczny. Nie zdziwiłabym się, gdyby sam spróbował mnie zapłodnić, byleby tylko zapewnić ciągłość rodu. Fuj. Ta wizja sprawiła, że poczułam ciarki.

Doktor Candace jedynie zacisnęła usta w zamyśleniu.

- Czy opowiesz Graysonowi o swojej przeszłości? Słyszałam, że Rhett i Jace wiedzą o pożarze, ale ciągle ukrywasz to przed Grayem. Czy masz ku temu powód?

Już o to pytała, sześć dni temu, podczas naszego pierwszego spotkania, a ja musiałam się wygadać, dlaczego coś we mnie pękło w czasie tego pożaru. Jak zostałam uwięziona we wspomnieniu śmierci swoich rodziców. Jak przypomniałam sobie więcej niż kiedykolwiek wcześniej... A ta nowa informacja mnie przerażała.

Potrząsnęłam głową.

- Może kiedyś - powiedziałam chrypliwym głosem. - Jeszcze nie teraz. Nie potrafię... Nie chcę do tego wracać. Nie po tym, jak Angel...

- A co, jeśli to Rhett lub Jace mu o tym powiedzą? O śmierci twoich rodziców i Penelope? - Jej pytanie było jak najbardziej uzasadnione, ale nie oznaczało, że musi mi się to podobać.

Wzruszyłam ramionami.

- Wyręczyliby mnie. A poza tym on wie, że... - urwałam, bo nie mogłam sobie przypomnieć, co takiego wiedział.

Trochę o Penelope, bo wtedy uratował nas z lasu zaraz po moim emocjonalnym wyznaniu. Ale nie wiedział o pożarze ani o moich rodzicach, a nikt oprócz doktor Candace nie miał pojęcia o moich najświeższych wspomnieniach. O tym, jak usłyszałam kłótnię rodziców w dniu, w którym zginęli, oraz o tym, że to nie pożar był przyczyną ich śmierci, tylko to, że ktoś poderżnął im gardła.

- Więc nie przeszkadza ci, że Grayson się dowie, ale po prostu sama nie chcesz mu o tym opowiedzieć - doprecyzowała moja terapeutka.

- No tak, czy nie to właśnie powiedziałam? - Zmrużyłam oczy, popatrzyłam na nią z frustracją.

Potrząsnęła lekko głową, po czym posłała mi szybki, dodający otuchy uśmiech.

- Chcę się jedynie upewnić, czy jesteś świadoma, co do mnie mówisz, Billie. A to z kolei pomaga mi zrozumieć, skąd biorą się twoje zastrzeżenia. Czy uważasz, że Rhett lub Jace mogliby komuś opowiedzieć twoją historię? Jest niezwykle osobista.

Woda w fontannie nadal płynęła, a ja zabijałam ją wzrokiem. Cholera. Muszę się wysikać.

- Billie?

Westchnęłam.

- Nie, prawdopodobnie by tego nie zrobili. Rhett za bardzo szanuje moją prywatność.

- A Jace? - Uniosła brew.

To arogancki sukinsyn.

- Nigdy by nie chciał, żeby ktoś postrzegał mnie jako ofiarę. Kłócił się już o to z Graysonem, choć sam nie wiedział wszystkiego. Nie ma szans, żeby zaryzykował upadek z własnego piedestału, by wzbudzić współczucie dla mnie. Jego pieprzonej upiorzycy Lilith.

- Czy tak właśnie się postrzegasz? - Przyglądała mi się badawczo, zadumana.

Nie mam nic do terapeutów. Absolutnie nic. Sama bym do niej przyszła, gdybym miała pieniądze i środki. Jace nie musiał się starać i przysyłać mnie tutaj. A fakt, że to zrobił, że nie byłam tu z własnej woli, sprawiał, że czułam chęć, by stawiać opór na każdym pieprzonym kroku. Nawet ze szkodą dla własnego zdrowia.

- Porozmawiajmy o muzyce - zaproponowała zmianę tematu.

- Co z nią? - odparłam, zdezorientowana i podejrzliwa.

- Współpracowałaś sporo z Jace'em, zanim Bellerose podpisało kontrakt, prawda? Rozumiem, że miałaś swój wkład w napisanie większości piosenek, które znalazły się na ich debiutanckim albumie. - Uśmiechnęła się, jak gdyby to oznaczało coś dobrego. - To chyba jest coś, co lubisz z nim robić?

Spojrzałam na nią spode łba.

- Skąd o tym wiesz? - Wkład w pisanie piosenek? Od kiedy? - To coś, co kiedyś sprawiało mi radość, gdy robiliśmy to razem. I z Angelem. A potem najczęściej zrzucaliśmy z siebie ubrania i to właśnie takim sposobem zaszłam w ciążę w wieku szesnastu lat. Moi rodzice byli bardzo dumni. - Okej, to zabrzmiało nieco bardziej złośliwie, niż na to zasługiwała, biorąc pod uwagę, że nie była wobec mnie zbyt krytyczna.

Jednak moje drobne wybuchy złości nigdy nie zdawały się zbijać jej z tropu. Po prostu skinęła, jak gdyby notowała coś w myślach - nigdy nie zapisywała niczego na papierze, jak to się stereotypowo przyjęło - po czym kontynuowała rozmowę.

- Na jakim instrumencie grasz?

- Na żadnym - wymamrotałam. - Przynajmniej niezbyt dobrze. Nie jak... - Nie jak Jace czy Angelo. Albo Rhett i Gray. Albo Flo... - Gram trochę na gitarze i pianinie, na tyle, żeby wydobyć z głowy melodię i przekazać ją bardziej utalentowanym muzykom.

- Rozumiem - powiedziała cicho doktor Candace. - Pracowałaś nad czymś ostatnio?

Już miałam powiedzieć, że nie, ale przypomniałam sobie piosenkę, którą wymyśliłam, kiedy byliśmy w lesie. Tę samą, której nie chciałam podarować Jace'owi, tylko po to, by potem usłyszeć najbardziej przejmująco idealne słowa, które dopisał do mojej melodii, gdy myślał, że śpię. Następnego ranka się pieprzyliśmy.

- Tak - przyznałam - ale jedynie z nudów.

- Jak się wtedy czułaś, Billie?

Żywa.

- Hmm, chyba okej?

Skinęła, a wyraz jej twarzy jak zwykle niczego nie zdradzał.

- Czy określenie okej jest wyznacznikiem twojego zadowolenia z życia? Czy dążysz do tego, żeby było po prostu okej?

Cholera. To zabolało. Ale miała rację.

- Tak, chyba życie mnie nie rozpieszcza. Nie ma szans, by coś zmieniło się na lepsze, a... tak, bycie okej oznacza, że nie zdycham w jakimś ciemnym zaułku.

Kolejne skinienie. Kolejny ciepły wyraz twarzy i zero oceniania.

- Czy zdarza ci się mieć cele lub marzenia? Czy masz plany, żeby zmienić to okej w coś więcej? Żeby podnieść poziom i go utrzymać?

W moim śmiechu dawało się wyczuć smutek.

- Cele i marzenia zostawiam na inne życie. Innej pieprzonej osobie. Ja egzystuję. Nie ma nic innego, a nie zamierzam marnować czasu i energii na liczenie na coś więcej.

Jej uprzejmy uśmiech nieco przygasł, co było pierwszą negatywną reakcją, jaką mi okazała w ciągu tych wielu minut spędzonych razem.

- Wydaje mi się, że to nieprawda, Billie. Z tego, co mi powiedziałaś, i kontekstu, który znam, masz wiele powodów, by mieć nadzieję. Zdaję sobie sprawę, że marzenie o lepszej przyszłości może być przerażające, ale jest również zdrowe. Zmusza cię do zmiany okoliczności, niezgadzania się na złe traktowanie i do stworzenia życia, które jest lepsze niż tylko okej.

Przerażające? Czy ona sobie żartuje? To jest całkowicie paraliżujące, a ja miałam wrażenie, że jeszcze jedno starte na proch marzenie, a rozpadnę się na kawałki, których nie da się już posklejać. Pieprzony Jace Adams myślał, że już się tak stało.

- Dzięki, pani doktor - wycedziłam i zmusiłam nastrój do zmiany wraz z moim nastawieniem. - Wezmę to pod uwagę, gdy po raz dwudziesty w ciągu tego roku ktoś będzie próbował mnie zamordować. Życzę sobie pieprzonych wesołych świąt.

- Cieszę się, że poruszyłaś kwestię usiłowania zabójstwa - powiedziała, kolejny raz zmieniła temat. - Tak jak już to omawiałyśmy, gdy kiedyś doświadczyło się straty, sytuacje zagrożenia życia i możliwość śmieci potrafią wywoływać reakcje różnego rodzaju. Odświeżają stare traumy. Mając to na uwadze, jestem przekonana, że nadszedł czas, by omówić techniki, które pomogą ci radzić sobie ze wspomnieniami.

Doktor Candace już próbowała zapoznać mnie z tymi technikami podczas pierwszych kilku sesji, ale byłam mniej niż otwarta, zwłaszcza w przeddzień ostatniej kłótni z Jace'em. Jednak ten "atak" w dniu napaści na nas nie był moją jedyną retrospekcją. Od chwili wybuchu w ciągu dnia i nocy zdarzały mi się momenty, gdy znajdowałam się zwieszona w przestrzeni między przeszłością a teraźniejszością i nie potrafiłam rozróżnić, gdzie aktualnie przebywam. To stało się tak uciążliwe, że nie mogłam już odmawiać pomocy. Nawet jeśli ta pomoc została mi w jakiś sposób narzucona.

- Okej - powiedziałam i skinęłam. - Muszę pozwolić, żeby przeszłość odeszła, ponieważ mnie niszczy.

Pochyliła się do przodu, z takim otwartym i łagodnym wyrazem twarzy, że nie wiedziałam, czy mam ochotę wybuchnąć płaczem, czy jej przylać. To gówno bolało, i mimo że to nie jej wina, siedziała tu i rozdrapywała rany. A może je zszywała? I to, i to bolało, ale coś w końcu pozwoli mi wyzdrowieć.

Tak czy siak, ja też tu byłam i miałam zamiar jej wysłuchać.

- Jesteś silniejsza, niż myślisz, Billie - powiedziała i, kurwa, w jej słowach było malutkie ziarenko prawdy. Jak gdyby naprawdę wierzyła w to, co mówi. - Spójrz na to, z czym już udało ci się uporać. Popatrz, gdzie byłaś kiedyś i gdzie jesteś dziś. Podjęcie terapii, na początek, świadczy o twojej wielkiej sile. Może i zostałaś do niej zmuszona, ale nadal w niej uczestniczysz. Miałam wiele sesji z ludźmi, których do tego zmuszono, i pozwól, że coś ci powiem: przeważnie kończyło się to krzykiem, demolowaniem mojego gabinetu lub ciszą, której nie idzie przełamać. Ty. Jesteś. Silna.

Cholera. No i proszę, znów chce mi się płakać.

- I pozwolisz, by przeszłość odeszła w zapomnienie, gdy już uporasz się z traumą.

Mówiła dokładnie to, co obie wiedziałyśmy. Przez tyle lat tłumiłam w sobie ból i poczucie straty tak bardzo, że urosły do tego stopnia, gdy już dłużej nie da się ich okiełznać. Mój mózg się na to nie godził.

Doktor Candace uśmiechnęła się szeroko, intensywnie we mnie wpatrzona.

- Terapia pomoże ci się rozstać z przeszłością i iść naprzód ku silniejszej, dającej satysfakcję przyszłości, lecz w międzyczasie zdradzę ci kilka podpowiedzi, jak radzić sobie ze wspomnieniami i epizodami traumy.

Złapałam się na tym, że pochyliłam się do przodu, spragniona jej kolejnych słów.

- Zacznij od nauczenia się rozpoznawania objawów zbliżającego się ataku, tak, żebyś wiedziała, kiedy nadchodzi. Kiedy poczujesz, że się nadciąga, chcę, żebyś wzięła pięć głębokich oddechów i odliczała wstecz. Powoli, pewnie, skupiaj się na liczeniu i oddechach.

Mówiła dalej, wymieniała liczne kroki, które miały sprawić, że zakotwiczę w teraźniejszości dzięki odnajdywaniu znajomych przedmiotów i skupianiu się na nich, i równoczesnym powtarzaniu sobie na głos, że to się nie dzieje naprawdę, że nie tak wygląda moje obecne życie, oraz znalezieniu stabilnej psychicznie osoby, która mi pomoże. I kilka innych trików.

- To wszystko brzmi łatwo, ale wymaga samozaparcia przy wdrożeniu, gdy jest się zagubionym w traumie - ostrzegła mnie.

Czy to jakaś nowość? W moim życiu nic nigdy nie było łatwe, ale miałam przeczucie, że to może się okazać trudniejsze niż zwykle.

Na szczęście przywykłam do radzenia sobie z przeciwnościami. Jakby nie było, to historia mojego życia.

4: Billie

Za każdym razem, gdy kończyłam sesję z terapeutką, czułam się tak wypompowana, jak gdybym właśnie przebiegła maraton albo rzygała przez sześć godzin. Zazwyczaj transportowano mnie z powrotem do szpitala, gdzie zasypiałam w mniej niż wygodnym łóżku, ale dziś było inaczej. W pewnym sensie.

Zostałam wypisana, nareszcie wolna i mentalnie gotowa na potyczkę ze światem... według przepełnionego szpitala, który tak naprawdę potrzebował wolnego łóżka. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać po opuszczeniu gabinetu terapeutki. Nie miałam pojęcia, czy ktoś będzie na mnie czekać.

Przecież chłopcy z Bellerose nie będą akurat szli sobie ulicą, gotowi mnie powitać, gdy już wyjdę. A nie miałam nikogo oprócz nich.

Westchnęłam, kiedy otworzyłam przeszklone drzwi i wkroczyłam w smagające lodowate powietrze. Pomimo tego, co wcześniej pomyślałam, na chodniku z naciągniętymi nisko na czoło czapkami i w dużych okularach stali dwaj członkowie Bellerose. Ale nie było mowy, by Graysonowi udało się ukryć swoje potężne ciało. A tatuaże Rhetta, tak charakterystyczne, rzucały się w oczy, zwłaszcza że ten szaleniec nie miał na sobie zimowej kurtki.

Stali tam, bez ochroniarzy, bez pompy, i posyłali mi swoje cholernie idealne uśmiechy.

Poruszałam się w szybkim tempie, a ostatnie trzy metry przebiegłam, po czym rzuciłam się im w ramiona, a łzy, które starałam się stłumić podczas sesji, nie chciały się zatrzymać. Złapali mnie z łatwością i przytulili.

- Oj, Billie, stęskniłaś się za nami - powiedział żartobliwym tonem Rhett. - Moja mała Thorn.

To nie tak, że nie widywałam ich w ciągu ostatniego tygodnia. Kiedy już ustaliłam, że wszyscy żyją i wracają do zdrowia, nastał czas odwiedzin, lecz w szpitalu brakowało prywatności, a sterylne wnętrza sprawiały, że czuliśmy się nieswojo.

To nie było to samo, ale teraz... wydawało się, że jest dobrze.

- Jak się masz? - spytałam Rhetta, gdy się od siebie odkleiliśmy i mogłam spojrzeć na jego twarz. Podczas ataku został ogłuszony i miał kilka rozcięć i siniaków, z których większość zaczęła już blednąć i nabierała uroczego żółtawozielonkawego koloru, co mogłam dostrzec w miejscach niezakrytych koszulką z logo zespołu czy jeansami.

- Całkowicie dobrze. W barowych bójkach zdarzało mi się gorzej oberwać - prychnął.

Ani trochę mnie to nie zaskoczyło.

Odchyliłam głowę, by napotkać niewzruszone spojrzenie ciemnych, brązowych oczu.

- A ty? - spytałam cicho.

Poważny wyraz twarzy Graya nie uległ zmianie.

- Wiesz, że nie zostałem ranny, Prickles. Czuję się lepiej niż okej, zwłaszcza że dziś wracasz do domu.

Okej. Znów to pieprzone słowo - i przypomnienie, że mam zacząć dążyć do czegoś więcej niż jedynie pieprzone okej. Może słowem, na którym powinnam się skupić, jest dom. Słowo, które sprawiało, że czułam ból w sercu ze słusznych powodów. Miałam wrażenie, że się rozklejam, więc podeszłam do Graya i położyłam dłoń na jego umięśnionym torsie, delektowałam się tym dotykiem.

Tak samo postąpiłam z Rhettem i po raz pierwszy zaczynałam rozumieć, co znaczy zakotwiczenie, o którym mówiła terapeutka. Dwie rzeczy, które sprawiały, że należę do teraźniejszości, stały wprost przede mną.

Po prostu musiałam mieć tych dwóch chłopaków zawsze przy sobie.

- Jak tam dzisiejsza sesja? - spytał Rhett, z równie poważnym wyrazem twarzy jak Grayson.

W odbiciu w jego okularach zauważyłam, jak szybko zmieniła się moja mina. Nie znosiłam tego przypomnienia. Nienawidziłam własnej słabości, przez którą nie umiałam sobie z tym wszystkim poradzić. Nieważne, ile razy doktor Candace powtarzała, że jestem silna, nie miała pojęcia, jak tak naprawdę czułam się słaba.

- Powiedziała, że uporanie się z całą moją traumą trochę potrwa i że muszę się u niej pojawiać dwa razy w tygodniu. W międzyczasie mam wypróbować kilka technik, które mi poleciła - powiedziałam i wzruszyłam ramionami. - Żeby poradzić sobie ze wspomnieniami i zespołem stresu pourazowego. I tu mogę potrzebować waszej pomocy, jeżeli będę spać lub jeśli nie wyłapię na czas sygnałów.

- Możesz liczyć na naszą pomoc, wsparcie... czegokolwiek potrzebujesz - odpowiedział szybko Rhett.

Pochylił się i delikatnie mnie pocałował, co sprawiło, że znów poczułam się zakotwiczona. Co więcej, po raz pierwszy od momentu ataku, czułam się sobą.

Tego właśnie potrzebowałam: być z dala od szpitala. Z dala od samotności... z powrotem w ramionach moich gwiazd rocka.

- Nie jest taka zła - przyznałam, gdy udało mi się złapać oddech po pocałunku Rhetta. - Zdaje się miła i wyrozumiała. Mimo iż przez większość czasu zachowuję się mniej niż przyjemnie, jej to nie frustruje.

Już miałam na końcu języka sugestię, że być może Rhett również powinien się do niej udać, ale nie chciałam zachowywać się jak Jace i zmuszać kogoś do podjęcia terapii.

- Czyli jedziemy do domu - zmieniłam temat. - Tylko do którego?

- Naszego - wypalił Grayson bez wahania. - Twojego i mojego. - W tym momencie szturchnął go Rhett, a Grayson wreszcie się uśmiechnął. - Twojego, mojego i Rhetta.

- Wprowadziłem się! - Rhett brzmiał na tak cholernie zadowolonego z siebie, że aż musiałam się uśmiechnąć, ale wtedy silniejsze emocje wzięły nade mną górę. Sama myśl, że będę pod jednym dachem razem z Rhettem i Graysonem, totalnie mnie rozwaliła.

- Nie istnieje bardziej bezpieczne miejsce niż twój dom - wykrztusiłam. - Ma to sens. - Na wzmiankę o naszym domu znów poczułam piekące łzy.

Rhett tylko się zaśmiał i znów mnie przytulił, tym razem mocniej, więc na chwilę moje stopy oderwały się od ziemi.

Zauważyłam, że zaczęliśmy przyciągać ciekawskie spojrzenia. Chłopcy byli zakamuflowani, ale ja nie, a teraz przez ten cholerny blog zyskałam niestety nieproszoną sławę.

Gray również zauważył, że ludzie zatrzymują się i na nas gapią. Wokół nas słychać było coraz głośniejsze szepty. Objął mnie ramieniem i pospiesznie zaprowadził do swojego SUV-a z przyciemnianymi szybami, który stał niedaleko. Posadził mnie na miejscu pasażera, a Rhett zajął środkowe siedzenie za nami. Gray ruszył z miejsca z piskiem opon, akurat gdy pojawili się paparazzi.

Dostali cynk, ale się spóźnili.

Jechaliśmy już od kilku minut, manewrując wśród natężonego ruchu, typowego dla późnego ranka w centrum Naples, gdy poczułam, że muszę zadać im to palące pytanie, które krążyło mi po głowie.

- Gdzie Jace? Czy on też się do was wprowadził?

Przez kilka sekund panowała grobowa cisza, tak jakby nikt nie miał ochoty rozmawiać o głównym wokaliście Bellerose.

- W tym tygodniu robimy sobie małą przerwę od Jace'a - powiedział Rhett. Odwróciłam się, ale na jego twarzy nie dostrzegłam żadnych emocji. - I tak większość czasu spędzał przy Angelu w szpitalu.

Angelo. Z całych sił starałam się nie myśleć o swoim byłym najlepszym przyjacielu, który stał się moim kochankiem, następnie wrogiem, a wreszcie tatusiem nieistniejącego dziecka. To on został najciężej ranny podczas ataku, a gdy ten jeden raz odważyłam się, by odwiedzić go na oddziale intensywnej terapii, skończyło się to atakiem płaczu, szlochem i załamaniem.

Nie żeby to miało jakieś znaczenie. Angelo był w śpiączce i nawet nie miał pojęcia, że tam jestem. Siedziałam przy nim przez godzinę, dopóki nie pojawił się jego najlepszy kumpel. Czyli Jace. I wtedy też miała miejsce pierwsza po ataku kłótnia, podczas której szeptem padły pełne nienawiści oskarżenia. Potem mój stan uległ pogorszeniu i wbrew własnej woli znalazłam się na oddziale psychiatrycznym.

Pieprzyć Jace'a.

- Nadal żadnych wieści o Angelu? - spytałam, z nadzieją, że może coś słyszeli.

Ostatnią informację na temat stanu zdrowia Angela uzyskałam trzy dni temu od jednej z pielęgniarek, która jest fanką Bellerose. Próbowała mi się przypodobać, podrzucała przekąski między posiłkami i na bieżąco udzielała mi informacji na temat Angela i członków zespołu.

- Jace w zasadzie z nami nie gada - powiedział zwięźle Grayson. - Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to temu skurwielowi też przydałaby się terapia.

- Wszyscy potrzebujemy terapii - powiedział Rhett i westchnął. - Co tak naprawdę sądzisz o tej lasce, Billie? Czy jest godna zaufania i nie sprzeda naszych wynurzeń prasie?

To trafne pytanie. Bez wątpienia darzyłam ją sympatią, ale forsa potrafi zmienić nawet najmilszego z ludzi.

- Naprawdę nie wiem. Może powinniśmy poczekać i zobaczyć, czy któraś z moich ckliwych opowieści wyląduje na blogu Dirty Truths.

Niewielu wiedziało, że w wieku szesnastu lat straciłam Penelope, ale też nie byłoby trudno dotrzeć do tej informacji. Moje nazwisko stało się znane. Po pożarze i poronieniu trafiłam do szpitala. Przy wystarczającej dawce determinacji i dzięki łapówce łatwo dało się do tego dokopać. Może powinnam powiedzieć terapeutce o czymś, o czym nie wie nikt inny, i zobaczyć, czy ta rewelacja ujrzy światło dzienne.

- Jeżeli nadarzy się okazja, przetestuję jej profesjonalizm - powiedziałam chłopakom. - Wtedy zdecydujemy, czy nadaje się dla reszty zespołu.

- Nie podoba mi się, że miałabyś być kozłem ofiarnym - wymamrotał Rhett, a w lusterku dostrzegłam posępną bruzdę na jego czole. - Po prostu podczas sesji zachowuj się jak zwykle. Wkrótce odkryjesz jej prawdziwe zamiary. Z czasem zawsze się tak dzieje.

Ci sławni faceci wiedzą to najlepiej.

- Ten statek już dawno odpłynął i przestaliśmy ufać komukolwiek, ale przypuszczam, że powinniśmy mieć chociaż jedną lojalną osobę, która będzie po naszej stronie - ciągnął Rhett.

Ja i Gray wymieniliśmy spojrzenia, a gdy się odwróciłam, by zerknąć na siedzącego z tyłu Rhetta, na moich ustach zagościł uśmiech.

- Ileż to metafor właśnie pomieszałeś, Zep? Sądziłam, że jesteś tekściarzem.

Odwzajemnił mój uśmiech, a nastój od razu się poprawił.

- Mieszanie metafor nadaje życiu smak, Thorn, i powinno się z nich korzystać w dowolny sposób. Jak z masła. Albo lubrykantu. - Puścił do mnie oczko, a ja poczułam, że moje ciało płonie. O tak, z całą pewnością mi go brakowało.

- Tak więc, cieszę się, że ona ci pomaga, Prickles - powiedział Gray i położył rękę na moim kolanie.

Uwielbiałam momenty, gdy obdarowywał mnie tymi drobnymi gestami sympatii, co tak bardzo kłóciło się z jego wizerunkiem twardziela. Przykryłam jego rękę swoją dłonią na znak, żeby jej nie zabierał.

Reszta drogi do domu Graysona upłynęła naszej trójce w dziwnie niekrępującej ciszy. Gdy już tam dotarliśmy, mojej uwadze nie umknęły nowe zabezpieczenia, a jednym z nich było ogrodzenie z elektroniczną bramą, w miejscu, gdzie wcześniej dało się podejść aż do samej werandy.

- Jak udało ci się to zrobić na tydzień przed świętami? - pytałam, mrugając na widok nowej bramy.

- Znam właściwych ludzi. - Gray posłał mi szybki uśmieszek.

Rhett zaśmiał się drwiąco.

- Chodzi mu o to, że komuś zapłacił. Każdy skusi się na robotę w święta, gdy wie, że zostanie za to sowicie wynagrodzony.

Uniosłam brwi, lecz Gray jedynie wzruszył ramionami i wjechał SUV-em do garażu.

- Mamy dla ciebie małą niespodziankę, Prickles.

W żołądku poczułam motylki. Niespodzianka? Czy zamierzają utaplać się w polewie czekoladowej i pozwolą mi ją z siebie zlizać? O rany. Tydzień bez seksu, a ja już zaczynałam myśleć jak facet.

Umierałam z ciekawości, więc wygramoliłam się z samochodu i poszłam za Grayem do środka, a za nami podążył Rhett. Nie byłam pewna, czy zrobili to celowo. Ale bycie otoczoną przez moich mężczyzn dawało mi poczucie bezpieczeństwa.

- Billie! - W domu Graysona rozległ się piskliwy krzyk, a ja ze strachu wciągnęłam ostro powietrze. Sekundę później odetchnęłam, ponieważ zza pleców Graysona wyłoniła się Vee i rzuciła się na mnie niczym ośmiornica. - O mój Boże, wreszcie tu jesteś! I wyglądasz kwitnąco! Jak się czujesz? Nie wierzę, że tak długo cię tam trzymali.

- Cholera jasna, Valentina, nie uduś jej - warknął Rhett, który delikatnie odsunął ode mnie tę nową narośl, by dać mi skrawek przestrzeni. - Przynajmniej pozwól jej usiąść, zanim ją przemaglujesz.

Vee oblała się rumieńcem i posłała mi zawstydzony uśmiech.

- Przepraszam. Tak bardzo mi cię brakowało.

To słodkie, aczkolwiek... dziwne. Była żoną Angela, a my nawet nie spędziłyśmy ze sobą zbyt dużo czasu. Ale nas uratowała. Nas wszystkich. I sama o mało co nie zginęła.

- W porządku - odparłam i posłałam jej uśmiech dodający otuchy. - Chyba po prostu trzeba mi kawy. - Rzuciłam Graysonowi pełne nadziei spojrzenie.

W odpowiedzi skinął głową i popatrzył na mnie łagodnie, z sympatią w oczach, a ja ponownie poczułam w sobie to musujące ciepło, jakie daje szczęście.

Przeszliśmy do salonu, po którym rozglądnęłam się z zaciekawieniem. Święta już jutro, a tu zero świątecznych dekoracji. Żadnej choinki czy światełek ani nawet czającego się w kącie uroczego mikołaja. To sprawiło, że stałam się ciekawa, jak Gray podchodzi do kwestii świąt, jako że Boże Narodzenie było kiedyś jednym z moich ulubionych okresów w roku. W każdym razie zanim zginęli moi rodzice.

- A jak ty się czujesz? - spytałam Vee, gdy ponownie skupiłam uwagę na tej olśniewającej, rudowłosej kobiecie, siedzącej obok mnie na skórzanej sofie. - Wyglądasz... lepiej. - Na jej twarzy również malowała się tęcza blednących siniaków, a od brwi do ogolonej części głowy biegł gruby szew. Miała na sobie top z długimi rękawami i spodnie dresowe, ale mogłabym się założyć, że reszta jej ciała wyglądała na równie obolałą.

Skrzywiła się.

- Wiem, że wyglądam okropnie. Ale czuję się lepiej. Wypisali mnie zaraz na drugi dzień, no ale raczej nie mogę wrócić do swojej rodziny, tak więc...

Skinęłam na znak, że ją rozumiem.

- Gray przywiózł cię tu z powrotem. To ma sens. Cieszę się, że nie grozi ci niebezpieczeństwo, Vee. Tak wiele dla nas ryzykowałaś.

Nieśmiało wzruszyła ramionami.

- Zrobiłabyś to samo, Billie. Jestem tego pewna.

Kilka miesięcy temu ja nie byłabym tego taka pewna. To oznaczałoby walkę z całym światem, a ja nie przedłożyłabym nikogo ponad swoje przetrwanie. Ale teraz? Tak, miała rację. Zrobiłabym wszystko dla mojej nowej rodziny. Dla chłopców z Bellerose.

5: Grayson

Obudził mnie płacz Billie, więc wyskoczyłem z łóżka, jakby się paliło. Zanim zdążyłem się rozbudzić, już byłem w jej sypialni - w pokoju gościnnym, który razem z Rhettem uznaliśmy za najbardziej odpowiedni dla naszej dziewczyny - i wślizgnąłem się pod kołdrę.

- Ciii, Prickles - wyszeptałem, wziąłem w ramiona jej drżące ciało i ją przytuliłem. - To tylko sen, moja piękna, jesteś bezpieczna. Jestem przy tobie. - Wyszeptałem to zapewnienie z ustami przy jej włosach i poczułem ulgę, gdy zobaczyłem, że się uspokaja.

Upłynęło kilka minut, ale wreszcie jej drżenie ustało, a oddech się unormował.

- Gray? - wybełkotała zachrypniętym od snu głosem. - Co...?

- Miałaś koszmary - powiedziałem cicho, nadal obejmowałem jej drobne ciało. Nie byłem gotów jej puścić... ani teraz, ani nigdy. Rhett będzie musiał to jakoś przełknąć i nauczyć się dzielić. Tak samo jak Jace.

Billie zaczęła szybciej oddychać, ale przytuliła się do mnie.

- Kurwa, przepraszam. Obudziłam cię swoim krzykiem?

Bolało mnie to, że nawet we własnej głowie nie mogła odnaleźć spokoju.

- Nie, po prostu płakałaś. Mam lekki sen, a i tak nasłuchiwałem, czy śpisz.

- Gdzie Rhett? - spytała, odsunęła się i zamrugała zdezorientowana.

Dzieliła pokój z Rhettem, ponieważ nie chcieliśmy, żeby była sama, ona również tego nie chciała, poza tym wyglądało na to, że Rhett jest w stanie spać tylko wtedy, gdy trzyma ją w ramionach. Rozumiałem to, ale byłem zazdrosny jak diabli.

Przez chwilę wsłuchiwałem się w odgłosy domu w poszukiwaniu odpowiedzi. A potem skinąłem lekko, gdy w końcu to pojąłem.

- Wydaje mi się, że nie mógł zasnąć. Wygląda na to, że jest na dole i rozmawia z Vee. Jej też śnią się koszmary. Wszyscy zrobiliśmy się trochę... spięci.

Billie zaśmiała się gorzko, ale też rozluźniła w moich objęciach.

- Spięci to mało powiedziane. Jej rodzina dalej chce ją zabić?

Westchnąłem.

- Tak sądzimy. Angelo byłby doskonałym informatorem w tej kwestii, ale jako że jest w tej chwili niedysponowany, wolimy nie ryzykować i trzymać ją tu, w ukryciu.

- Hmm - zamruczała, oparta policzkiem o moją pierś. - Dobry pomysł.

Przez chwilę leżeliśmy tak po prostu... Tuliliśmy się do siebie. Nawet nie byłem w stanie sobie przypomnieć, czy w ogóle kiedykolwiek wcześniej tuliłem kobietę, to nie w moim stylu. Jasne, sypiałem z kim popadnie, ale z pewnością nie zostawałem na noc ani się nie przytulałem. Jednak z Billie było inaczej. Trzymanie jej w ramionach szybko stawało się jedną z moich ulubionych czynności na tym pieprzonym świecie, oczywiście na pierwszym miejscu był smak jej słodkiej cipki na moim języku.

- Chcesz opowiedzieć mi o swoim koszmarze? - spytałem wreszcie. Wiedziałem, że nie śpi, wywnioskowałem to z tempa, w jakim unosiła się jej klatka piersiowa.

Jej oddech nieco przyspieszył, jak gdyby znów przeżywała ten mroczny sen.

- Ile wiesz o mojej przeszłości? - wyszeptała, ale jej głos brzmiał głośniej w nocnej ciszy.

Zaskakująco niewiele.

- Posiadam tylko podstawowe informacje. Billie Bellerose, dwadzieścia cztery lata, jedynaczka, dorastałaś w Sienie. Mieszkałaś po sąsiedzku z Jace'em. Twoi rodzice nie żyją, straciłaś też dziecko, o czym dowiedziałem się z twojej kłótni z Jace'em. Wtedy gdy stracił panowanie nad sobą. Ale nie chciałem drążyć tego tematu, tak więc to by było na tyle.

Odchyliła głowę, a w słabym świetle zauważyłem, że miała szeroko otwarte oczy.

- Nie prowadziłeś dalszego śledztwa? Miałeś do dyspozycji kontakty i umiejętności, a nigdy nie prześwietliłeś tej bezdomnej laski, która wpadła w objęcia waszego zespołu?

Mój gardłowy śmiech wypełnił pomieszczenie.

- Nie jestem pewien, co ze mną zrobiłaś, ale cały czas czekam na to, żeby usłyszeć tę historię od ciebie. Nie chciałem, by to były jedynie fakty i liczby na kartce, czarno na białym i bez życia. To nie ty, Prickles. Ty jesteś ciepłem i światłem, i kimś więcej, niż mógłbym się dowiedzieć z jakiegokolwiek śledztwa.

Zaszlochała, a ja miałem ochotę dać sobie w zęby za to, że doprowadziłem ją do łez. Ale ona objęła mnie jeszcze mocniej, wtuliła się we mnie, jakby nie była już wystarczająco blisko. Mój kutas nie pozostał obojętny, czego się można było spodziewać, podobnie jak moje serce. W piersi poczułem ucisk i miałem przeczucie, że przepadłem.

Już po mnie.

Żadna inna kobieta nigdy nie zdołała tak sobie owinąć mnie wokół palca i sprawić, żebym nigdy nie chciał jej puścić.

- Dzień, w którym o mało co nie zginęłam z rąk bandziorów Riccich - wymruczała Billie, z ustami przy mojej piersi - tak naprawdę był najlepszym dniem mojego życia. Kto by pomyślał, że coś tak upiornego może zyskać taki cudowny finał.

Miałem inne doświadczenia, ale to nie pora na moją pojebaną opowieść. To jej historię chciałem usłyszeć.

- Śni mi się pożar, w którym zginęli moi rodzice i w którym sama niemal też zginęłam - powiedziała nagle. Zniknął spokój, który miała w sobie, a zastąpiło go napięcie wywołane przeszłością. - Miałam szesnaście lat i właśnie wróciłam z USG, które potwierdziło, że urodzę dziewczynkę. Zapomniałam o tym, ale te wspomnienia zaczęły teraz do mnie powracać. Tamtego dnia, gdy przyszłam do domu, moi rodzice się kłócili. To dziwne, że o tym zapomniałam, ale jakimś sposobem tamta trauma do mnie nie dotarła. Przynajmniej tak było aż do teraz.

Powiedziała to drżącym głosem, a ja ją tuliłem i starałem się jej nie zmiażdżyć. Moim atutem była siła, ale w takich okolicznościach musiałem z nią uważać.

- T-tamtej no... - próbowała wrócić do swojej opowieści, ale jej głos jeszcze bardziej się łamał i znów zaczęła płakać.

Całym jej ciałem wstrząsał szloch, a ja pragnąłem zabić to coś, co ją raniło. Tyle tylko, że nie mogłem.

- Ciii, kochanie. - Kołysałem ją w tył i w przód. - Nie musisz teraz mi o tym opowiadać. Wytrzymałem już tak długo i nadal będę czekać, aż będziesz gotowa. Ten koszmar wciąż siedzi ci w głowie, może to po prostu za wcześnie. Przed nami całe życie, żebyśmy mogli lepiej się poznać.

Kurwa.

Tego się nie spodziewałem. Nigdy nie przypuszczałem, że jakakolwiek kobieta oczaruje mnie do tego stopnia, że sama myśl o dotykaniu innej sprawi, że mój kutas uschnie i odpadnie.

- Gray - zajęczała prosto w moje usta i właśnie w tym momencie przestałem się kontrolować.

Domagałem się wejścia, mój język wślizgnął się w jej usta, a ona otworzyła je dla mnie bez chwili wahania. Była taka podatna, przyjmowała wszystko, nawet kiedy obchodziłem się z nią bardziej obcesowo, niżbym chciał.

Na ciele poczułem jej kołysanie, uniosła jedną nogę, którą położyła na moim biodrze, a ja zaczynałem rozumieć, że małej Prickles odpowiada moja dominacja. Cholera jasna.

Ująłem w dłonie jej twarz, pożerałem każdą cząstkę jej ust i badałem je, jakby należały do mnie.

Może i tak było, ponieważ to jasne jak słońce, że ja należałem do niej.

- Gray, proszę - powiedziała chrypliwym głosem, prawie przechodzącym w jęk.

Gdyby zajęczała, przyjąłbym jej propozycję i pieprzył ją tak długo, aż wybiłbym jej z głowy wszelkie troski. Ale nie tak mieliśmy radzić sobie z jej koszmarami i stresem pourazowym. Już to przerabiałem, to by było jedynie kolejną ucieczką.

Mając to na uwadze, odsunąłem się, ale już nienawidziłem każdej pieprzonej sekundy, w której nasze usta się nie stykały. Każdej sekundy, kiedy nie mogłem się nią delektować.

- Cholernie pragnę rozebrać cię do naga i spędzić kilka kolejnych godzin na doprowadzeniu cię do stanu, gdy będziesz krzyczeć moje imię - zacząłem, nadal miałem ochotę dać samemu sobie w zęby - ale przeżywasz traumę. Jesteś wykończona, w trakcie leczenia, i uważam, że jedyne, czego ci teraz trzeba, to wygoda i sen.

Z jej idealnych ust wydobył się zdławiony śmiech.

- Orgazm naprawdę mógłby mi w tym pomóc.

Również się roześmiałem.

- Wiem, kochanie. I mogę ci go zapewnić, ale gdy będziemy się pieprzyć... kochać... zwał jak zwał, będę pragnąć każdej cząsteczki twojego umysłu. Każdej cząstki ciebie. Cieszę się, że mogę być twoją odskocznią, gdy jej potrzebujesz, ale podczas naszego pierwszego razu będę chciał ciebie całą.

Jaki ze mnie wymagający, samolubny drań.

- Masz mnie całą - wyszeptała, z głową na mojej piersi. Chwilę potem ziewnęła, a ja wiedziałem, że moje przeczucia w kwestii jej wyczerpania były słuszne. - Albo przynajmniej tyle, ile zostaje, gdy odliczyć tę cząstkę, która należy do Rhetta.

To coś innego. To nie tak, że cieszyło mnie dzielenie się nią z Rhettem, ale jeżeli miałbym się nią z kimś dzielić, to jedynie z moim kumplem z zespołu i bratem.

- Nadal mam sporą pewność, że wybierzesz mnie - droczyłem się z nią.

Nie roześmiała się razem ze mną, a ja zacząłem się zastanawiać, czy właśnie to ją martwiło: że będzie musiała dokonać wyboru. Oparłem głowę o poduszkę i objąłem ją mocniej, a ona położyła mi się na piersi.

- Tylko się z tobą droczyłem - powiedziałem i rozkoszowałem się dotykiem jej ciała. - Nie musisz wybierać. Na razie dzielenie się tobą jakoś nam wychodzi, więc nie ma powodu, by kończyć to, co jest między nami. Może nie jest to konwencjonalne, ale działa, a tylko to się dla mnie liczy.

- Dla mnie też - powiedziała, po czym ponownie ziewnęła i mocniej się do mnie przytuliła. - To działa, jak należy. Muszę się uporać z tymi koszmarami.

Jej ostatnie słowa były dość niespójne, a kilka sekund później, gdy zaczęła równomiernie oddychać, zamknąłem oczy i rozkoszowałem się tą chwilą. Oczywiście mój twardy jak skała kutas głośno się na mnie skarżył, zwłaszcza że Billie nadal leżała na połowie mojego ciała, ale reszta mnie była z tego powodu zadowolona.

Nie wiedziałem, co się ze mną stało, ale nie miałem nic przeciwko.