ROZDZIAŁ PIERWSZY
Maggie Sterline kochała jesień. Zapach palonych liści i drewna kojarzył się jej z indiańskimi legendami, które opowiadano przy obozowym ognisku, a ona słuchała z wypiekami na twarzy. Oczywiście liście w południowej Georgii w niczym nie przypominały liści z północy stanu, gdzie góry wznosiły czerwonozłote wierzchołki ku szafirowemu jesiennemu niebu. Ale było też wiele podobieństw. Niegdyś Indianie żyli również tutaj, w lasach otaczających Defiance, i wciąż znajdowano groty strzał i fragmenty ceramiki. Ich obute w mokasyny stopy zostawiły niezaprzeczalny ślad w lokalnej historii.
Maggie bardzo lubiła nazwę miasteczka. Defiance swym znaczeniem sugerowało, że w tym miejscu "niemożliwe" może przemienić się w "możliwe". Jeśli pewnego dnia drogi jej i Saxona Tremayne'a znów się skrzyżują, taka metamorfoza bardzo jej się przyda.
Zadrżała na samą myśl o tym groźnym i władczym właścicielu zakładu tekstylnego w Karolinie Południowej. To prawda, świetnie się bawiła przez tych kilka tygodni, kiedy zbierała materiały do artykułu na jego temat, niestety zlekceważyła fakt, że w tym samym czasie ktoś inny pracował nad tekstem o fabryce, w której stwierdzono przypadki bawełnianej pylicy płuc. Gdyby tylko zainteresowała się tym bliżej!
Usiadła na brzegu zawalonego papierami biurka. Była przeciętnie ładną, za to bardzo zgrabną dwudziestosześcioletnią brunetką o jędrnych piersiach, wąskiej talii i smukłych długich nogach. W kraciastej szarej spódnicy, białej bluzce i dzianinowej kamizelce wyglądała modnie, ale nie wyzywająco. Jej pracodawca, Ernie Wilson, twierdził, że styl panny Sterline jest wizytówką firmy. Właściciel "The Defiant Banner" był przyjacielem rodziny i niekiedy wydawał się Maggie bardziej wujkiem niż szefem.
Kiedy wymizerowana i wystraszona przyszła na rozmowę o pracę, bez wahania ją zatrudnił, nie zadając żadnych pytań. Jak zwykle zresztą, bo Ernie Wilson tylko w wyjątkowych sytuacjach zadawał pytania. Maggie niejeden raz się przekonała, że ze swoją znajomością ludzkich charakterów nie musiał tego robić.
Desperacko potrzebowała pracy. Chodziło nie tyle o pieniądze, co o ucieczkę przed wściekłym producentem tekstyliów, który oskarżył ją o zniesławienie. Gdy artykuł demaskujący negatywny wpływ produkcji na zdrowie pracowników ujrzał światło dzienne, natychmiast posypały się pozwy od związków zawodowych i organizacji ekologicznych. W rzeczywistości modernizacja, która miała zlikwidować problem, była na etapie wdrażania już w chwili publikacji artykułu, ale nie padło ani jedno słowo na ten temat.
Niestety z tekstu jednoznacznie wynikało, że Saxon Tremayne jest zaślepionym żądzą zysku kapitalistą, który nie liczy się z podstawowymi zasadami bezpieczeństwa, no i zrobiło się gorąco. Saxon Tremayne uznał mianowicie, że ta naciągana historyjka wyszła spod ręki Maggie, i nie dał jej szansy na przedstawienie swojej wersji zdarzeń. W tej sytuacji gdyby pozostała w Jarrettsville, gdzie połowa mieszkańców pracowała w jego fabryce, sama by się prosiła o kłopoty.
Nie chciała opuszczać miasteczka. Była niewinna i gdyby tylko wściekły biznesmen dał jej taką szansę, łatwo by mu to udowodniła, ale w dniu, w którym ukazał się artykuł, Saxon Tremayne nie był w nastroju do wysłuchiwania wyjaśnień. Gdy do niego zadzwoniła i zaczęła obronną mowę, w której zamierzała udowodnić, że zaszła pomyłka, przerwał jej tak zimnym tonem, jakby jego głos dobywał się z arktycznych czeluści. Saxon Tremayne znany był z tego, że nigdy się nie unosił ani nie krzyczał, ale ta mrożąca krew w żyłach bezwzględność była jeszcze gorsza niż najdziksze wrzaski.
Najtragiczniejsze w tym wszystkim było to, że Maggie zdążyła się nim zauroczyć. Gdyby mieli więcej czasu, być może zainteresowałby się nią na bardziej prywatnym gruncie. Był przyjazny i chętny do współpracy, nieraz też żartowali i przekomarzali się na granicy flirtu, lecz tylko na granicy, bo ani razu nie dotknął Maggie i nie okazał takiego zainteresowania jej osobą, które wykraczałoby poza zawodowe kontakty.
Ludzie mówili, że wciąż się nie pozbierał po jakiejś miłosnej tragedii, ale przy Maggie nigdy o tym nie wspomniał. Zastanawiała się, czy w ogóle jest zdolny do głębszych uczuć. Wydawał się samotnikiem, którego bardziej obchodził biznes niż rodzina. Była zresztą nieliczna, Saxon Tremayne miał tylko macochę, przybranego brata i kilku rozsianych po świecie kuzynów, których słabo znał.
Ktoś wyrwał ją z zadumy, pytając wesoło:
- Znowu bujasz w obłokach?
Otworzyła oczy i napotkała roziskrzone spojrzenie swojej koleżanki Eve.
- Przepraszam - mruknęła, rumieniąc się. - Myślałam nad artykułem...
- Tym o zbiórce na nowy ekwipunek, którą organizuje ochotnicza straż pożarna? Jasne. To aż taka tajemnica? Wstydzisz się do niej przyznać? No dobra, gadaj, kto wpadł ci w oko.
Maggie uśmiechnęła się tajemniczo.
- Wielka i groźna istota o oczach krwiożerczego tygrysa - odparła, tylko trochę przesadzając. - A tak naprawdę zastanawiałam się, z którym z kandydatów do rady miasta najpierw przeprowadzić wywiad. - Westchnęła, a w jej oczach pojawiły się złe błyski. - Cała ta heca z wyborami zajmie mi dwa tygodnie. Zdjęcia, wywiady, te same puste obietnice, tylko zdania trochę inaczej skonstruowane... Nie chcę już wysłuchiwać ludzi, którzy twierdzą, że miasto ich potrzebuje! Niestety w tych wyborach mamy koszmarny wybór, czyli go nie mamy, prawda? - nakręcała się coraz bardziej. - Gdyby tym ludziom naprawdę zależało na mieszkańcach i mieli odrobinę samokrytycyzmu, żaden z nich nie odważyłby się kandydować!
- No już, już. - Eve poklepała ją po ramieniu. - Moja rada: po prostu musisz się przyzwyczaić.
- Mam się przyzwyczaić? Nie da się, po prostu się nie da. Oni w ogóle nie odpowiadają na moje pytania, tylko częstują mnie kwiecistymi ogólnikami. Wszyscy co do jednego!
- Wiesz, kto wygrywa wybory? Ten, kto poza absolutnie koniecznym minimum niczego nie mówi o sobie. To najważniejszy klucz do sukcesu. Im mniej wyborcy wiedzą o kandydacie, tym tłumniej na niego głosują.
Maggie z rozpaczą spojrzała w sufit.
- Tata mnie ostrzegał, że nie powinnam iść na studia w Karolinie Południowej. To był mój największy błąd. Powinnam zostać w Defiance i zająć się polityką.
- Tu też możesz, naprawdę! - zawołała Eve. - Kandyduj, błagam, kandyduj! Dwa głosy masz zapewnione, swój i mój, a resztę jakoś się doskłada.
- Dzięki za zaufanie. - Maggie przeciągnęła się. - Wiesz, na kogo chciałabym zagłosować? Na Thomasa Jeffersona.
- Ja też, ale on nie żyje.
- Tylko to mnie powstrzymuje. - Maggie przeczesała palcami włosy. - Chyba już czas, żebym ruszyła w teren i zrobiła zdjęcie olbrzymiej kapusty wyhodowanej przez Jake'a Hendersona. Ale może mamy jakieś inne plany na dziś?
- Chyba nie. - Eve spojrzała na kalendarz wiszący na ścianie. - Dopiero jutro czeka nas rozdanie nagród studenckich.
- Dzięki. - Maggie chwyciła torebkę i zawiesiła na szyi aparat. - Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować.
- A wiesz, chętnie się z tobą zabiorę - odparła Eve, nieznacznie podnosząc głos. - Przyda mi się odrobina przerwy. Nikt nie zauważa, że haruję jak wół!
Wysoki siwowłosy mężczyzna z brzuszkiem wyłonił się z sąsiedniego pomieszczenia, trzymając nożyczki i korektę szpaltową.
- Panno Johns, jeśli nie masz nic do roboty, to zapraszam, pomożesz mi wklejać. Zrobiłem dwie z czternastu stron, gdy ty plotkujesz z panną Wielką Reporterką!
Na co Maggie oświadczyła z godnością:
- Nie jestem taka jak wy, małomiasteczkowe dziennikarzyny. Zamierzam zgarnąć Pulitzera za artykuł o dwunastokilogramowej kapuście pana Hendersona.
Ernie Wilson rzucił jej spojrzenie, jakiego zwykle używał we wtorki, kiedy przygotowywali tekst dla drukarni, a które wyrażało coś pomiędzy rozpaczą, desperacją i powolnym wpadaniem w alkoholizm.
- Na razie - rzuciła Maggie, mrugnęła do Eve i wybiegła z redakcji.
Kiedy wróciła do domu, profesor Anthony Sterline siedział na kanapie w salonie i czytał popołudniową gazetę.
- Jestem! - zawołała Maggie.
- Najwyższy czas - odparł sucho papa. - Spóźniłaś się godzinę. Oczywiście nie spodziewałem się ciebie wcześniej, skoro jest wtorek.
- Spędziłam cały dzień na nogach, przygotowując gazetę do druku. - Usiadła obok ojca na kanapie i westchnęła ciężko, przymykając oczy. - Gdyby tylko obiad zrobił się sam...
- No to wyobraź sobie, że twoje życzenie się spełniło. Lisa jest w domu.
Otworzyła oczy.
- Już? Myślałam, że wróci później.
- Jej lot został odwołany, więc zamieniła się z jedną ze stewardes, dzięki czemu wcześniej wróciła do domu. Aha, tak przy okazji, zaręczyła się.
- Zaręczyła się? Nie wiedziałam nawet, że ma chłopaka!
- Randy Steele. Nie mówiła ci o nim? Mieszka w Jarrettsville. Podobno pochodzi z zamożnej rodziny.
Steele, Steele... To nazwisko zabrzmiało jej znajomo, ale nie miała pojęcia, skąd. Natomiast jeśli chodzi o Jarrettsville, to świetnie pamiętała to miasteczko.
- Maggie! - krzyknęła Lisa od progu i podbiegła, by uściskać siostrę.
Już na pierwszy rzut oka siostry bardzo się między sobą różniły. Jasnowłosa Lisa miała ostre rysy, czarnowłosa Maggie łagodne. Lisa była drobna, Maggie wysoka i choć też szczupła, to jej sylwetkę można by nazwać posągową. Łączył je tylko przepiękny szmaragdowy kolor oczu, który otrzymały w darze od ojca.
Zaczęły mówić jedna przez drugą, z zapałem wymieniając się nowinami.
- Tata mówił, że się zaręczyłaś! - zawołała Maggie.
- Stary plotkarz! - Lisa pokazała mu język. - Chciałam ją zaskoczyć. Jest wspaniały - dodała, znów zwracając się do Maggie. - Wysoki, seksowny, no i bogaty, chociaż nie dlatego przyjęłam oświadczyny. Jestem tak bardzo zakochana, że to aż boli. Nigdy bym nie pomyślała, że przytrafi mi się coś takiego, zwłaszcza że jesteśmy parą dopiero od miesiąca.
- Kiedy ślub?
- Niestety trochę to skomplikowane - odparła Lisa. - Randy nie chce ustalić daty, póki nie rozwiąże problemów rodzinnych. W ten weekend mam do niego przylecieć, by poznać jego matkę i brata. Chciałabym, żebyś poleciała ze mną. Będę potrzebować wsparcia.
- Wsparcia? - spytała Maggie podejrzliwie, bo cała ta historia brzmiała coraz dziwniej.
Lisa już nie była promienna, tylko głęboko zatroskana.
- Brat Randy'ego stracił wzrok - wyznała cicho, siadając w fotelu. - W rodzinnej rezydencji w Jarrettsville mieszkają tylko on i jego matka, więc Randy zamartwia się, że kiedy się ożeni, cała odpowiedzialność spadnie na nią.
- To mądre i ludzkie podejście - stwierdził z aprobatą papa. - Czy jego brat jest całkowicie zdany na cudzą opiekę?
- Z tego, co usłyszałam od Randy'ego, przypomina tygrysa zamkniętego w klatce - odparła Lisa. - Przed wypadkiem był rzutkim biznesmenem i żył w pełnym biegu, a teraz nie potrafi pogodzić się z myślą, że te dni należą do przeszłości. - Lisa spuściła wzrok. - Randy mówił, że od wypadku ani razu nie wyszedł z domu. Nie chce nauczyć się alfabetu Braille'a, nie chce kupić psa przewodnika, w ogóle nic nie robi, żeby przystosować się do sytuacji.
Profesor Sterline przeczesał dłonią siwe włosy.
- Może potrzebuje trochę czasu, by sobie to wszystko ułożyć w głowie? Miałem kiedyś studenta, któremu zdarzyło się podobne nieszczęście, ale gdy zaakceptował fakt, że nigdy nie odzyska wzroku, dość dobrze odnalazł się w nowej rzeczywistości.
- Nie rozumiesz, tato - powiedziała łagodnie Lisa. - Hawk jest niewidomy od ośmiu miesięcy.
- Hawk? Dziwne imię.
- To przezwisko, tak mówi na niego Randy. W każdym razie to nie zdarzyło się wczoraj czy przedwczoraj, tylko osiem miesięcy temu, i w tym czasie już sześć pielęgniarek zrezygnowało z pracy. Randy mówi, że Hawk po prostu jest nie do zniesienia.
- Lew z cierniem w łapie... - Maggie poczuła dziwną więź z nieznanym mężczyzną, którego spotkało tak straszne nieszczęście. Na dodatek zdarzyło się to w tym samym czasie, gdy ona przeżywała najtrudniejsze chwile w swym życiu. - Potrzebuje pomocnej dłoni, która z głębokiej toni wyciągnie go na powierzchnię.
- To co, dobrze sobie radzisz z wędką? - zażartowała Lisa, po czym już z powagą spytała: - Pojedziesz ze mną, prawda?
- Nie wiem, czy moje ubezpieczenie pokrywa rany zadane przez lwie pazury. - Maggie też próbowała żartować, i równie szybko spoważniała. - Mam złe wspomnienia z Jarrettsville - dodała cicho.
- Nie wiedziałam, że kiedyś tam byłaś. Co się sta...
- Jaka jest jego matka? - wpadła siostrze w słowo, by zmienić temat.
- Jeszcze jej nie poznałam, ale wiem od Randy'ego, że to bardzo cierpliwa i łagodna kobieta - odparła z uśmiechem Lisa. - Mówił mi też, że dom stoi u podnóża Pasma Błękitnego w Appalachach i jest otoczony dębami. W czasie wojny secesyjnej była tam plantacja.
- Ciekawe, doprawdy ciekawe. - Oczy ojca rozbłysły. - A skoro mowa o wojnach w Karolinie Południowej, to mogę wam opowiedzieć pewną ciekawą historię...
Córki w milczeniu wysłuchały wykładu. Maggie zdążyła już zatęsknić za takimi wieczorami. Odkąd się wyprowadziła, odwiedzała dom rodzinny tylko wtedy, kiedy siostra wracała z podróży i mogli spotkać się wszyscy we troje.
Tej nocy długo nie zmrużyła oka, myśląc o Saxonie Tremaynie. Nie chciała wracać do Karoliny Południowej, chyba że powód byłby naprawdę istotny. I taki właśnie był, przecież nie mogła odmówić siostrze w tak delikatnej i ważnej sprawie. Poza tym skoro Saxon przez tych osiem miesięcy nie wytoczył armat, by w akcie zemsty zmieść ją z powierzchni ziemi, to być może już zapomniał o tej całej nieszczęsnej aferze, a także o niej samej na dokładkę?
Zapomniał?
Niby tak byłoby najlepiej, ale zarazem w głębi ducha czuła się rozczarowana. Nieważne, w jakich okolicznościach, ale pragnęła znowu ujrzeć jego bursztynowe oczy i szeroką twarz Rzymianina. Był potężnie zbudowanym mężczyzną, który roztaczał wokół siebie charyzmatyczną aurę człowieka sukcesu i przywódcy. Pragnęła usłyszeć jego głos, który bywał zarówno władczy i rozkazujący, jak i miękki niczym aksamit. Nie było dnia, żeby za nim nie tęskniła i nie zastanawiała się, czy nie tyle zapomniał, co wybaczył jej domniemaną zdradę. Gdyby tylko mogła się wytłumaczyć!
Jeśli nie tyle zapomniał, powtórzyła w duchu, co po prostu ochłonął, to może zdołam przemówić mu do rozsądku? - rozmarzyła się na moment.
Ale jeśli zapomniał, to wyjdzie na jaw, że była dla niego tylko pyłkiem, który na moment podrażnił jego wzrok, a potem znikł bez śladu.
Natomiast jeśli wciąż jest na nią wściekły, to próba kontaktu może okazać się brzemienna w skutkach. Gdyby tylko wiedział, gdzie ona pracuje, bez mrugnięcia okiem wykupiłby gazetę tylko po to, żeby ją zwolnić. Mógł też zemścić się w inny i jeszcze gorszy sposób.
Obróciła się na brzuch i skryła twarz w poduszce. Może tak było lepiej. Ostatecznie jak skończyłby się dla niej romans z milionerem? Nawet gdyby wzbudziła jego zainteresowanie, najwyżej by się z nią przespał i żegnaj, koteczku. Nie należał do facetów, którzy preferują stałe związki, i bez reszty skupiał się na biznesie.
Gdyby sama potrafiła o nim zapomnieć!
Cóż, tak to u niej wygląda i sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, ale jeśli poleci z Lisą, przynajmniej zajmie myśli czymś innym. Intrygował ją tajemniczy brat Randy'ego. Jakie to straszne, gdy człowiek w jednej chwili traci tak wiele. Ciekawe, czy przebije się przez warstwę goryczy i bólu, i zdoła jakoś pomóc zranionemu lwu odzyskać spokój...
Z tą myślą odpłynęła w sen.