Wprowadzenie
Wprowadzenie
To książka nietypowa -?przyznaję to nawet ja, jej autor. Uważam ją za
swego rodzaju "odwróconą terapię": po latach słuchania historii
pacjentów z perspektywy psychologa tym razem to ja dzielę się swoją
historią. Opowiadam o moim życiu, wątpliwościach, lękach i błędach, ale
także o sukcesach, które udało mi się osiągnąć, oraz o drodze, którą
musiałem do nich pokonać. W trakcie mojej kariery psychoterapeutycznej
zauważyłem, że historie ludzi, którzy przychodzili do mnie po pomoc,
dawały mi cenny wgląd w moje własne życie -?pomagały mi lepiej je
rozumieć, dostrzegać popełniane błędy i określać, nad czym powinienem
pracować, aby się rozwijać. Pozwalały mi również sięgać w głąb siebie. Z czasem zauważyłem coś jeszcze -?gdy to ja się otwierałem, na przykład
podczas publicznych wystąpień, w których odpowiadałem na pytania
dotyczące mojego życia, słuchacze doświadczali podobnych procesów
przemiany. Mówili mi, że moje historie pomogły im dojść do nowych odkryć
na swój temat. Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że tak jak moi
pacjenci inspirowali mnie do głębokich przemyśleń i zmian, tak dzielenie
się własnym doświadczeniem może poruszyć coś ważnego w innych ludziach.
I to jest główny powód, dla którego napisałem tę książkę.
Podzieliłem swoje życie na cztery główne obszary, które odpowiadają moim
dotychczasowym doświadczeniom zawodowym. Pierwszy to szkoła życia, czyli
lata zaraz po studiach, kiedy stawiałem pierwsze kroki w zawodzie. Drugi
to działalność popularyzatorska, którą rozpocząłem, tworząc filmy na
YouTubie. Trzeci obszar obejmuje moją praktykę psychologiczną i psychoterapeutyczną, a czwarty -?moją obecną działalność jako
przedsiębiorcy. Droga, którą przeszedłem, nie była prosta, ale dzięki
niej zdobyłem cenne lekcje życiowe. Dla każdego głównego obszaru
wyróżniłem cztery takie wskazówki -?razem szesnaście. Nie twierdzę, że
są one uniwersalne i odpowiednie dla każdego, ale mam nadzieję, że staną
się inspiracją dla tych, którzy -?tak jak ja -?szukają swojej własnej
ścieżki do sukcesu.
W tym momencie konieczne jest pewne doprecyzowanie. Kiedy mówi się o "sukcesie", większości ludzi od razu przychodzi na myśl wizja wielkich
osiągnięć, triumfów zawodowych, bogactwa, luksusu i sławy. Oczywiście,
to może być część z jego aspektów, ale nie są one ani jedyne, ani
najważniejsze. Moim zdaniem prawdziwy sukces polega na tym, by sprawić,
że coś, co dotąd istniało tylko w naszych myślach, stało się
rzeczywistością1. Jak więc sprawić, by pragnienia się
urzeczywistniły? Gdybym miał przedstawić ten proces w formie rysunku,
powiedziałbym, że u mnie zawsze wyglądało to mniej więcej tak:
Pierwszy etap (1) to początek drogi. Stawiam sobie ambitne cele do
osiągnięcia. Może się zdarzyć (i w rzeczywistości często się zdarza), że
próbując je zrealizować, popełniam błędy i ponoszę porażkę (2). Uważam
jednak, że to najcenniejsza część całego procesu, mimo że strach przed
popełnieniem błędu często skłania nas do poruszania się jedynie po
pewnym, bezpiecznym gruncie, bez ryzyka. Niestety jednocześnie skazujemy
się w ten sposób na podążanie utartymi ścieżkami i na powielanie
wyników, które osiągnęli już inni. Problem w tym, że porażka wywołuje w nas trudne emocje -?lęk przed oceną, poczucie nieadekwatności,
bezradność czy poczucie niekompetencji. Właśnie dlatego robimy wszystko,
by jej unikać. A jednak klucz do sukcesu tkwi właśnie w tym, jak
zdecydujemy się podejść do błędu.
Oczywiście samo popełnianie błędów nie wystarczy. Trzeba się nad nimi
zastanowić i wydobyć z nich lekcję. Powinieneś poczuć się jak Indiana
Jones, który przedziera się przez bagna trudnych emocji, by odnaleźć
ukryty klejnot -?skarb, który pomoże ci dokończyć twoją podróż.
"Ekspert to osoba, która popełniła wszystkie możliwe błędy."
Ray Dalio, jeden z czołowych przedsiębiorców na świecie, twierdzi:
"Jestem przekonany, że sekret sukcesu tkwi w umiejętności wyznaczania
sobie wielkich celów i ponoszenia porażek we właściwy sposób. Kiedy
mówię "ponosić porażki we właściwy sposób", mam na myśli: potrafić
stawiać czoła bolesnym niepowodzeniom, które niosą ze sobą cenne
lekcje"2. Podobną myśl podkreśla legenda koszykówki Michael
Jordan w tych inspirujących słowach: "W mojej karierze spudłowałem ponad
9000 rzutów. Przegrałem prawie 300 meczów. 26 razy moi koledzy z drużyny
powierzyli mi decydujący rzut -?i go nie trafiłem. W życiu poniosłem
wiele porażek. I właśnie dlatego na końcu wszystko wygrałem".
Popełnianie błędów nie jest przypadkową przeszkodą na drodze ani czymś,
czego należy unikać -?przeciwnie, są one cennymi sprzymierzeńcami w procesie nauki, który prowadzi nas do osiągnięcia zamierzonych
rezultatów. Jeśli chcesz nauczyć się jeździć na nartach, najpierw musisz
nauczyć się upadać i wstawać. Jeśli uczysz się języka obcego i ktoś
poprawi twój błąd, prawdopodobnie zapamiętasz to na całe życie. Jeśli
poparzysz się, chwytając kubek wyjęty z mikrofalówki, następnym razem
założysz rękawicę kuchenną. Niektórych rzeczy można nauczyć się w teorii, ale inne wymagają praktyki i doświadczenia, które często wiąże
się z popełnianiem błędów. To prawda, że porażki bywają bolesne, ale
trzeba je zaakceptować, zrozumieć i wsłuchać się w nie, ponieważ
skrywają w sobie kluczową wiedzę, która pozwala nam piąć się w górę.
"Nie popełniaj błędu niepopełniania błędów."
Żeby było jasne, ja także nie zawsze potrafię zastosować się do tego, co
właśnie powiedziałem. Czasami porażka bywa tak dotkliwa, że wolę zmienić
kierunek, zamiast uparcie podążać tą samą ścieżką. Innym razem, gdy
zdaję sobie sprawę, że moje wysiłki i tak byłyby daremne, postanawiam
poświęcić się czemuś innemu3. Mogę jednak potwierdzić, że
zawsze, gdy potrafię zrozumieć i zaakceptować swoje błędy, udaje mi się
wspiąć o kilka stopni wyżej na to, co nazywam "kołyską nauki" (3). Jest
to miejsce, z którego mogę modyfikować swoje zachowanie (4) i ponownie
próbować ruszyć w górę. W ten sposób bardzo często udaje mi się osiągnąć
cele jeszcze ambitniejsze niż te, które początkowo sobie wyznaczyłem
(5).
W naszym wyobrażeniu, często podsycanym przez motywacyjne cytaty w mediach społecznościowych, droga do sukcesu wiedzie pod górę -?wspinamy
się na szczyt, aż w końcu go osiągamy. I choć ta wizja jest trafna,
uważam, że nie jest jedyną możliwą. Sukces można osiągnąć na dwa
sposoby: jeden rzeczywiście prowadzi w górę, na szczyt, a drugi w dół, w głąb ziemi. To dwa zupełnie różne szlaki, które pozwalają nam rozwijać
odmienne umiejętności i sprawiają, że nasze osiągnięcia stają się
trwałe. Droga w górę to afirmacja siebie, dążenie do widocznych
sukcesów. Droga w dół to introspekcja, poznawanie własnego wnętrza.
Osiągnięcie sukcesu nie polega jedynie na osiągnięciu celu, ale przede
wszystkim na dotarciu do głębi własnej duszy. Droga w głąb jest
zdecydowanie mniej spektakularna niż ta prowadząca na szczyt i jednocześnie wymaga odwagi, bo pełno w niej błota, kamieni, insektów i innych nieprzyjemności. Jednak to właśnie tam można odnaleźć prawdziwe
klejnoty -?skarby, które sprawiają, że stajemy się spokojniejsi,
szczęśliwsi i bardziej świadomi siebie. W kolejnych rozdziałach podzielę
się z tobą moimi szesnastoma klejnotami -?szesnastoma zasadami, które
odkryłem dzięki błędom, zmuszającym mnie do zejścia w głąb siebie. To
tam miałem okazję lepiej się poznać, zmienić i nauczyć się, jak być
bardziej współczującym, mniej zorientowanym na rywalizację, hojnie
dającym, a nie tylko przyjmującym, bardziej kochającym niż zazdrosnym.
To oczywiste, że wspinanie się na szczyt i schodzenie w głąb wymagają
zupełnie innych kompetencji. Schodzenie oznacza pokorę, hojność i chęć
bycia użytecznym dla innych, a wspinanie się wymaga koncentracji na
własnych potrzebach, wiary w siebie i determinacji w dążeniu do celu.
Dobrą wiadomością jest to, że umiejętności te nie są sprzeczne, lecz się
dopełniają. W związku z tym droga może pozostać harmonijna w obu
kierunkach: na każde trzy kroki, które postawisz w głąb, zauważysz, że
zrobiłeś je też w górę, tak jak drzewo potrafi sięgać ku niebu, w miarę
jak jego korzenie zagłębiają się w ziemię.
"Aby być w górze, musisz pozostać w głębi."
Temat sukcesu jest nierozłącznie związany z tematem zmiany. Sukces to
nie zdobycie czegoś, ale stanie się kimś: bycie, a nie posiadanie.
"Jeśli chcesz więcej, bądź kimś więcej" -?to motto, które znajdziesz
często w tej książce. Wierzę w nie tak mocno, że umieściłem je na
bransoletkach, które ja i członkowie mojego zespołu nosimy każdego dnia.
Teraz spróbujmy zgłębić znaczenie tego pojęcia, rozkładając je na
następujące etapy: wyniki, zachowania, idee i wartości.
Wyniki
Wyniki to cele, które chcemy osiągnąć. Mogą dotyczyć nas samych, na
przykład schudnięcia, rzucenia palenia, nauczenia się obcego języka,
poprawy umiejętności w jakiejś dziedzinie. Mogą też jednak dotyczyć
innych ludzi, czyli tego, co chcielibyśmy, aby zrobili, przykładowo,
żeby sekretarka przychodziła do biura na czas lub żeby nasze dziecko
nauczyło się robić zadania domowe samodzielnie.
Niektórzy, chcący wprowadzić zmiany, niestety zatrzymują się na tym
etapie: koncentrują się tylko na wynikach, które chcieliby osiągnąć, nie
przechodząc do kolejnych poziomów procesu. Trudno jest jednak wywołać
prawdziwą transformację, jeśli pozostaje się tylko na powierzchni.
Zachowania
Zachowania to działania, które należy podjąć, aby osiągnąć określone
wyniki. Jeśli celem jest utrata wagi, mogę na przykład zacząć stosować
dietę, jeść zdrowo, uprawiać sport; jeśli chcę mówić po angielsku, muszę
zacząć się uczyć, starać się oglądać filmy i seriale w oryginale,
znaleźć nauczyciela, dla którego język angielski jest językiem ojczystym
i z którym będę mógł w tym języku rozmawiać, i tak dalej.
To jest próg, na którym zatrzymuje się większość ludzi szukających
zmiany: ustaliwszy cel, starają się zmienić swoje zachowanie lub proszą
o to drugą osobę.
"Ustaw budzik pół godziny wcześniej, żebyś jutro była punktualna" -
sugeruje pracodawca swojej sekretarce; "Zrób zadania domowe, bo to
ważne, żebyś się uczył" -?nakazuje rodzic dziecku; "Porozmawiaj z tym
nowym klientem, spróbujmy sprzedać mu nasze usługi" -?mówi
przedsiębiorca do swojego handlowca. Czy to źle? Nie, to zrozumiałe i często także konieczne, szczególnie w sytuacjach nagłych. Jeśli znajdę
magazyn w totalnym chaosie, sensowne będzie pójście do pracownika i poproszenie o uporządkowanie go, to jednak nie tylko bardzo ograniczone
podejście do zmiany, ale także wyczerpujące: najprawdopodobniej, gdy
tylko rodzic przestanie naciskać na dziecko, porzuci ono swoje zadania
na rzecz gry na PlayStation; sekretarka znowu zacznie się spóźniać;
magazyn znów popadnie w chaos; handlowiec zacznie grać w sudoku, zamiast
kontaktować się z klientami, i tak dalej.
Jeśli naprawdę chcemy osiągnąć znaczącą i długoterminową zmianę, musimy
zejść na głębszy poziom i działać na ideach.
Idee
U podstaw zachowań leżą idee. Jeśli sekretarka każdego ranka ustawia
budzik o pół godziny później, niż powinna, przekonana, że i tak uda jej
się dotrzeć do biura na czas (by potem przyjść z tradycyjnym
półgodzinnym opóźnieniem), będzie trzeba zadziałać na podstawę jej
przekonania, aby rozwiązać problem. Jeśli syn przyjmie założenie, że
nauka to narzędzie wolności i bogactwa, rodzice będą mogli przestać
krzyczeć, by zmusić go do siedzenia przy biurku. Jeśli handlowiec uważa,
że dany produkt zmieni życie ludzi i że klient po jego zakupie będzie mu
wdzięczny, to nie będzie trzeba zmuszać go do sprzedaży danego produktu,
bo będzie robił to z przyjemnością.
Problem polega na tym, jak zmienić idee, zarówno nasze, jak i cudze.
Nielicznym udaje się to osiągnąć poprzez dialog. Inni osiągają dobre
wyniki, będąc "parkingiem dla cudzych przemyśleń i emocji", czyli
słuchając innych i wypowiadając się dopiero po wzięciu pod uwagę
stanowiska rozmówcy.
Niektórzy zmieniają swoje poglądy po przeczytaniu książki lub obejrzeniu
wideo na YouTubie, inni robią to, gdy życie stawia przed nimi
niepodważalne fakty. Być może jednak jednym z najbardziej
niedocenianych, ale także najbardziej skutecznych sposobów zmiany
poglądów jest działanie na poziomie wartości, czyli kolejnego szczebla
naszej drabiny.
Wartości
Zstępując jeszcze głębiej, odkrywamy, że nasze idee wynikają z naszych
wartości. Jeśli zdrowie nie jest dla mnie wartością, trudno mi będzie
przestrzegać zdrowej i zrównoważonej diety; jeśli sekretarka nie wyznaje
wartości szacunku, będzie nadal uważać, że jej opóźnienia są w gruncie
rzeczy całkowicie akceptowalne.
Kwestia wartości jest dość skomplikowana. Nie wszystkie nasze wartości
zależą bezpośrednio od nas, naszej woli czy wrażliwości. Istnieje wpływ
społeczeństwa i epoki historycznej, w której żyjemy (gdybym urodził się
w Rwandzie zamiast w Mediolanie i przeżył ludobójstwo w 1994 roku, czy
miałbym te same wartości, które mam dzisiaj?); kontekst rodzinny; wpływ
relacji (przyjaciele, koledzy, społeczeństwo i tak dalej) lub także
wpływ książek, programów telewizyjnych i tym podobnych.
Zachowując tę strukturę, w której wszystkie elementy są ściśle powiązane
(nie tylko wartości wpływają na idee, zachowania i wyniki, ale także
działa to na odwrót), uważam, że zmiana może przebiegać dwutorowo: z jednej strony poprzez nawyki, z drugiej poprzez emocje.
Nawyki są głównym tematem mojej pierwszej książki, Zasada 1%4, w której wyjaśniam, jak sprawić, aby określone zachowania stały się
automatyczne, a tym samym trwałe w czasie, co pozwoli nam osiągnąć
pożądane rezultaty. Uważam, że nawyki są potężnymi sojusznikami w każdym
procesie zmiany.
"Nie możesz wybrać swojej przyszłości, ale możesz zdecydować o nawykach,
które ją stworzą."
Jeśli moim celem jest na przykład schudnięcie poprzez aktywność
fizyczną, aby osiągnąć ten rezultat, nie wystarczy, że będę ćwiczyć od
czasu do czasu. Muszę robić to regularnie, kilka razy w tygodniu.
Umiejętność budowania nowego nawyku -?w tym przypadku treningu -?i włączenia go do codziennego życia będzie więc jednym z kluczowych
elementów zmiany i realizacji moich zamierzeń.
Emocje natomiast stanowią motyw przewodni książki, którą masz w tej
chwili w rękach. Zdecydowałem się zatytułować ją Serce pełne mocy, aby
podkreślić centralną rolę emocji w naszym życiu. Jest to jeszcze
bardziej aktualne w dzisiejszym świecie (i ich rola zwiększy się w przyszłości), gdzie -?jak zobaczymy -?to nie tyle kompetencje fizyczne
czy umysłowe robią różnicę, ile kompetencje emocjonalne. Emocje są
iskrą, która pobudza nas do działania i podejmowania decyzji -?zarówno
małych, jak i wielkich -?które ostatecznie kształtują nas i nasze życie.
Są sygnałami, nadawanymi, aby mówić nam o nas samych, naszych potrzebach
i celach, ale także cennymi narzędziami, które warto poznać i wykorzystywać, by wprowadzać pozytywne zmiany -?zarówno w codzienności,
jak i w dłuższej perspektywie. Dlatego tak ważne jest, aby nauczyć się
je odczuwać, rozumieć, doceniać i nad nimi panować.
Wracając do wcześniejszego podziału, możemy powiedzieć, że Serce pełne
mocy, koncentrując się na emocjach, dotyczy głównie poziomu wartości i idei. Szesnaście lekcji, które przedstawię w tej książce, obraca się
wokół przełomowych koncepcji, które promują większe przywództwo,
zaufanie, szczęście i sukces. Ponadto te nauki są ściśle powiązane ze
światem wartości, które stanowią potężne czynniki motywujące stojące za
tymi zmianami. Zasada 1% również kładzie nacisk na pewne przydatne i transformujące idee, ale skupia się bardziej na poziomie zachowań, w formie nawyków.
Krótko mówiąc: emocje kształtują nasze wartości i idee, popychając nas
do podejmowania decyzji, zapalając lont. Jednym z moich odczuć było: "W życiu sprawia mi radość pomaganie ludziom w poprawie ich samopoczucia
poprzez mój kanał na YouTubie". Aby to zrozumieć, musiałem spojrzeć w głąb siebie, połączyć się ze swoimi emocjami, lepiej nimi zarządzać,
otwierając się również na emocje, które mogą być trudne i przytłaczające. Aby osiągnąć ten cel w sposób rzeczywisty, kolejnym
krokiem było wdrożenie w życie pewnych powtarzalnych zachowań (czyli
zbudowanie nawyków), które pozwoliły mi przykładowo codziennie tworzyć i udostępniać wartościowe i darmowe filmy na moim kanale. Bez równoczesnej
pracy nad emocjami oraz zachowaniami nie osiągnąłbym tego rezultatu.
Podsumowując, proces zmiany przebiega na dwóch równoległych torach:
emocji i nawyków. Decyzję o zmianie podejmujemy pod wpływem emocji
(Serce pełne mocy), a następnie urzeczywistniamy ją dzięki nawykom
(Zasada 1%).
Moja historia zaczyna się w kolejnym rozdziale -?w dniu ukończenia
studiów. Jednak tak naprawdę jest też coś, co wydarzyło się wcześniej.
Muszę przyznać, że moja droga edukacyjna była dość wyboista, pełna
trudności. Starałem się, uczyłem, odrabiałem sumiennie zadania domowe,
ale nie osiągałem dobrych wyników. Tak naprawdę szło mi raczej kiepsko i każdego roku moi rodzice byli wzywani przez nauczycieli, którzy
ostrzegali: "No i znowu to samo, co zamierzamy z nim zrobić?". Nie
znosiłem tej sytuacji, było mi bardzo źle. Dziś, patrząc na to wszystko
z dystansu, widzę jednak pewne szczęście. Skoro byłem słaby w nauce, nie
mogłem pomagać innym w odrabianiu zadań i nie mogłem używać tego
"narzędzia" do zdobywania przyjaciół. Musiałem więc rozwijać inne
umiejętności, by zdobywać znajomości (i by inni podzielili się ze mną
swoimi notatkami). Musiałem być zabawny, miły, angażujący. Trochę, aby
zwrócić na siebie uwagę, a trochę dlatego, że muzyka zawsze była moją
wielką pasją, zacząłem grać na gitarze i śpiewać w zespole5.
Później była jeszcze piłka nożna. Między jedenastym a trzynastym rokiem
życia grałem jako bramkarz w drużynie, która przegrywała spektakularnie
każdy mecz, tracąc średnio siedem goli na spotkanie i zdobywając mniej
niż dziesięć bramek w całym sezonie. Ze względu na moją pozycję
reflektory były oczywiście zawsze skierowane na mnie, chociażby dlatego,
że większość meczu toczyła się w moim polu karnym. Na dodatek naszą
drużynę sponsorowała firma pogrzebowa, a na naszych torbach i koszulkach
dumnie widniał napis "S.O.F.A.M. -?Societa Onoranze Funebri Architettura
Monumenti"6. Nietrudno się domyślić, jakie docinki i żarty
spadały na nas każdej niedzieli ze strony rywali i kibiców.
Tak naprawdę nie byłem złym bramkarzem -?miałem talent, bo mimo wszystko
udawało mi się obronić ogromną większość strzałów przeciwników przez
całe dziewięćdziesiąt minut. Na każde siedem goli, które wpuszczałem,
przypadało osiemdziesiąt, które udało mi się obronić. Trener, koledzy z drużyny, a nawet mój ojciec, który nie opuścił żadnego meczu, powtarzali
mi w kółko: "Dziś znowu byłeś najlepszy na boisku". Ale ja byłem tak
przybity tym, że nie udało mi się obronić wszystkiego, że często po
najbardziej dramatycznych meczach wybuchałem płaczem na środku boiska.
Nie mówiąc już o tym, że ciągłe porażki psuły ogólną atmosferę w drużynie -?w szatni panował klimat pełen smutku i napięcia.
Mimo cierpienia, które przynosiło mi członkostwo, odszedłem z zespołu
dopiero wtedy, gdy klub został rozwiązany. Piłka nożna nie nauczyła mnie
wartości pracy zespołowej, szacunku dla przeciwników ani tego, że trzeba
się poświęcać, aby osiągnąć dobre wyniki -?jak to się dzieje w przypadku
wielu innych osób. Nauczyła mnie przegrywać. I to właśnie wtedy -?teraz
to rozumiem -?nauczyłem się także wygrywać.
Wzmocniłem w sobie pokorę i zdolność do życia ze swoimi (i cudzymi)
ograniczeniami; doświadczyłem na własnej skórze, jak ważne jest, by nie
uciekać przed trudnościami i potrafić funkcjonować z dala od sukcesu.
Zrozumiałem, jaką wartość mają osiągnięcia i uznanie, ale jednocześnie
że nie należy ich ścigać za wszelką cenę. Ostatecznie zdobyłem
narzędzia, które pozwoliły mi w przyszłości kontrolować i zarządzać
ambicjami mojego ego.
W międzyczasie, pomiędzy kiepskimi ocenami i kolejnymi przegranymi
meczami, ćwiczyłem swój przyszły zmysł przedsiębiorczości. W wieku
dziewiętnastu lat, u zarania ery internetu we Włoszech, stworzyłem
stronę Accordiespartiti.com. Oprócz akordów i nut do najpiękniejszych i najpopularniejszych piosenek umieszczałem tam także dzwonki na telefony
komórkowe do pobrania -?oczywiście za opłatą. Strona działała świetnie:
zarabiałem na niej jakieś pięćset tysięcy lirów
miesięcznie7, co w tamtych czasach było ogromną sumą!
Niestety mój sukces nie trwał długo. Po dwóch miesiącach zaczęły
przychodzić pierwsze listy od prawników. Reprezentanci prawni zespołów
takich jak R.E.M., U2, Laura Pausini i wielu innych ostrzegali mnie, że
jeśli nie zamknę strony, będę musiał zapłacić gigantyczne kary, znacznie
przekraczające moje możliwości finansowe8. Przeżyłem to jak
tragedię, niemal jak żałobę. Dziś ta historia mnie rozśmiesza i jednocześnie napełnia entuzjazmem -?widzę w niej młodego,
przedsiębiorczego chłopaka, który miał ochotę działać, eksperymentować,
budować i dążyć do czegoś nowego, nawet jeśli nie do końca wiedział, co
to ma być.
"To, że zabłądzisz, może doprowadzić cię do odkrycia nowych ścieżek."
Nigdy nie byłem kimś, kto miał jasne wyobrażenie o sobie i swojej
przyszłości. Znałem swoje pasje, ale miałem tysiąc różnych zainteresowań
i trudno było mi skupić się na jednej dziedzinie. Byłem (i nadal jestem)
tym, kogo Emilie Wapnick nazywa "multipotencjalistą" -?osobą pełną pasji
i zainteresowań, która nie czuje się komfortowo, wybierając jedną
ścieżkę kariery i zamykając się w sztywnych ramach konkretnego zawodu.
Nigdy nie miałem jednej, jedynej "misji" -?miałem ich wiele. Zawsze
uwielbiałem poznawać różne dziedziny, zdobywać umiejętności w zupełnie
odmiennych obszarach, eksperymentować i rozwijać kompetencje, które
uczyniłyby mnie wszechstronnym, a jednocześnie -?na swój sposób -
wyjątkowym.
Zawsze chciałem podejmować się nowych wyzwań i ciągle zmieniałem swoją
drogę, nawet jeśli oznaczało to podejmowanie trudnych decyzji i wybieranie wymagających ścieżek. I wciąż, co siedem-osiem lat, odczuwam
potrzebę zmiany: zostawiam za sobą to, co osiągnąłem, trzymam się tego,
kim się stałem, i rzucam się w nową przygodę.
Na początku wybrałem medycynę, ale szybko ją porzuciłem i przeniosłem
się na psychologię. Chciałem być psychologiem klinicznym, ale potem
zainteresowałem się marketingiem i komunikacją. Zacząłem jako
popularyzator wiedzy, a dziś jestem przedsiębiorcą. Cytując ponownie
Wapnick, powiedziałbym, że ścieżką, która prowadziła moją karierę, było
"zintegrowane podejście" -?wybrałem zawód, który pozwala mi łączyć różne
specjalizacje i obszary wiedzy jednocześnie.
Efektem tego całego chaosu są cztery "życia", które chciałbym z tobą
podzielić. Oczywiście nie są to zupełnie odrębne obszary -?wręcz
przeciwnie, przenikają się i wzajemnie na siebie oddziałują. Dzielę je
jedynie dla przejrzystości, podkreślając w każdej z nich zarówno
trudności, które napotkałem, jak i najważniejsze lekcje, które pozwoliły
mi iść naprzód, rozwijać się i -?po raz kolejny -?zmieniać.
1. Początek
1
Początek
Jest takie zdjęcie, na które zawsze patrzę z ogromnym sentymentem.
Przedstawia mnie w eleganckiej marynarce i krawacie, otoczonego przez
przyjaciół, którzy mnie obejmują i świętują razem ze mną. Doskonale
pamiętam moment, w którym zostało zrobione: 14 lipca 2004 roku, dla
wszystkich innych to rocznica zdobycia Bastylii, dla mnie -?zdobycia
tego słynnego kawałka papieru, czyli dyplomu ukończenia studiów. Co
najbardziej mnie dzisiaj uderza, to mój uśmiech -?błogi, beztroski
uśmiech człowieka, który nie ma jeszcze pojęcia o życiu. Opuściłem
uczelnię z najwyższymi ocenami, gotowy, by rzucić się na rynek pracy,
nieświadom jednak, że jedynym "rynkiem", jaki na mnie czeka, jest rynek
bezrobotnych. Mimo to byłem pełen energii i motywacji. Rozglądałem się
dookoła i myślałem: "No to na co czekamy? Jestem tutaj! Gdzie są
pacjenci, którym mogę pomóc? Gdzie są firmy, którym mogę doradzać?". W moim nastawieniu było może odrobinę arogancji, wynikającej z niecierpliwego pragnienia, by zacząć robić coś konkretnego. W końcu,
choć byłem bardzo młody, miałem już na koncie pozew od prawników zespołu
R.E.M. -?wydawało mi się, że moje "curriculum vivendi" (przebieg życia)
jest całkiem imponujące! Ale nikt mnie nie zauważał.
Spośród wielu rzeczy, których wtedy nie rozumiałem, dwie były kluczowe:
zarobki psychologa oraz próg wejścia do tego zawodu. Jeśli chodzi o zarobki, w hollywoodzkich filmach psychoterapeuci to zazwyczaj znani i szanowani specjaliści, organizujący przyjęcia na swoich luksusowych
jachtach, z jacuzzi i szampanem...
Nie podjąłem się tego zawodu z myślą o bogactwie, ale (wzmocniony
filmowym obrazem) wierzyłem, że będę zarabiać dosć, by żyć godnie i bez
problemu utrzymać rodzinę. Rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej.
Statystyki ENPAP (Narodowego Funduszu Ubezpieczeń i Pomocy dla
Psychologów) pokazują, że średni roczny dochód netto psychologa poniżej
czterdziestego roku życia wynosi około dziesięciu tysięcy euro9.
Wiem, teraz pewnie myślisz, że dochodzi jeszcze praca na czarno, ale
według najnowszych badań dotyczących unikania podatków w tej branży
szara strefa to około 30%. Jeśli więc dodasz to do oficjalnych zarobków
i weźmiesz pod uwagę, że do czterdziestki dorobiłem się żony, trójki
dzieci i kredytu hipotecznego, jasne jest, że z takimi kwotami nie
zaszedłbym zbyt daleko.
Druga rzecz, której nie rozumiałem -?a o której przekonałem się na
własnej skórze -?jest może jeszcze gorsza: to wysoki próg wejścia do
zawodu psychologa. Potencjalnemu pacjentowi nie jest trudno znaleźć
psychologa, ale odwrotnie -?już tak. Pomyśl, ile znasz osób, które twoim
zdaniem powinny udać się do psychologa. Pewnie sporo, prawda? A teraz
zastanów się, ile z nich rzeczywiście korzysta z terapii. Druga liczba
jest na pewno znacznie mniejsza. Skąd ten rozdźwięk? Z powodu przekonań
i stereotypów, które wciąż krążą wokół psychologii. Ludzie uważają, że
terapia jest droga i trwa zbyt długo, że nie ma sensu, bo realnych
problemów nie da się rozwiązać samą rozmową. Inni myślą, że wystarczy
pogadać z przyjacielem i od razu poczują się lepiej. Psycholog wciąż
kojarzy się wielu osobom jako "specjalista dla wariatów", co -?choć
błędne -?przynajmniej oznacza, że ktoś z problemami psychicznymi jest
społecznie zauważony. Gorzej jednak, że w zbiorowej wyobraźni psycholog
to przede wszystkim "specjalista dla słabych", a nikt nie chce być
postrzegany jako słaby.
Ja oczywiście myślę dokładnie na odwrót: psycholog to specjalista dla
silnych, czyli dla tych, którzy mają odwagę i wolę, by zadbać o siebie,
o swój umysł i emocje. Trzeba wykazać się wielką determinacją, by uznać
własne ograniczenia i wyciągnąć rękę po pomoc albo zakasać rękawy i pracować nad sobą.
Najwyraźniej jednak moje zdanie nie było powszechnie podzielane, bo po
ukończeniu studiów nie mogłem znaleźć pracy. Muszę przyznać, że czułem
się wtedy przytłoczony, jakby brakowało dla mnie miejsca nie tylko w życiu zawodowym, ale i w mojej własnej przestrzeni mentalnej. W międzyczasie kontynuowałem specjalizacje, staże i liczne kursy -
wszystko to było niezwykle wartościowe dla mojego rozwoju, ale znacznie
mniej pomocne w znalezieniu pracy.
Wysyłałem dziesiątki, setki CV wszędzie, gdzie tylko się dało, ale nikt
nie odpowiadał -?poza organizacjami non-profit poszukującymi
wychowawców. To praca, której i tak bym się podjął z przyjemnością, bo
mogła nauczyć mnie wielu rzeczy, nie do niej się przygotowywałem i nie
tym chciałem się zajmować na dłuższą metę. W wolnych chwilach malowałem
ściany w domach znajomych albo pracowałem jako barman na koncertach
Vasco Rossiego. Owszem, to były szlachetne i ważne zajęcia, ale nie
czułem się w nich spełniony. Aż w końcu, po pięciu latach nauki i ciężkiej pracy, wydarzyło się coś niezwykłego. Otrzymałem telefon od
przedstawiciela jednej z wielu instytucji, do których wysyłałem swoje
zgłoszenia.
-?Ależ piękne CV, panie magistrze Mazzucchelli! -?usłyszałem w głosie
tyle entuzjazmu, że od razu nabrałem nadziei. -?To dokładnie taki
profil, jakiego szukaliśmy. Czy byłby pan zainteresowany ofertą pracy?
Nie wierzyłem własnym uszom. Byłem w siódmym niebie, ale jednocześnie
zaniepokojony i nieco sceptyczny.
-?Czy to praca w charakterze wychowawcy? -?zapytałem.
-?Nie, psychologa.
-?To wspaniale!
-?Tak, ale muszę pana uprzedzić, że to bardzo innowacyjna praca -?dodał
rozmówca.
-?Idealnie, jestem innowatorem! -?Byłem tak podekscytowany, że w tamtym
momencie zgodziłbym się na wszystko.
-?To także praca pionierska, można by rzec.
-?Ależ ja jestem pionierem! To coś dla mnie! Kiedy zaczynamy?
Ostatecznie doszliśmy do porozumienia i umówiliśmy się na spotkanie w najbliższy poniedziałek bezpośrednio w moim nowym miejscu pracy. Miałem
mieć umowę na część etatu, za bardzo skąpe wynagrodzenie, kiedy teraz o tym myślę, ale w tamtych czasach wydawało mi się to naprawdę wyjątkową
okazją. Stawiłem się na spotkanie elegancki, w wyprasowanych spodniach,
koszuli i marynarce -?ubrany wręcz nienagannie. Znajdowaliśmy się na
północnych przedmieściach Mediolanu. Weszliśmy przez główne wejście do
budynku, rozejrzałem się dookoła i pomyślałem: "Gdzie oni mnie
przyprowadzili? Na wysypisko śmieci?!".
Może to zabrzmieć przesadnie, ale naprawdę odniosłem takie wrażenie.
Znalazłem się w zupełnie innym świecie, w surrealistycznym otoczeniu:
pośrodku betonowego placu otoczonego czterema blokami, z których każdy
miał około dwudziestu pięter. Wokół mnie piętrzyły się wraki skuterów,
spalone samochody, śmieci. Po podwórku biegały dzieci, krzycząc, inne
patrzyły na mnie z mieszanką ciekawości, podejrzenia i wyzwania. Z okien
spoglądały kobiety, bacznie obserwując wszystko, co działo się w pobliżu. "Czy to nie tak, że trochę przesadziliśmy z opowieścią o pracy
pionierskiej?", pomyślałem w duchu.
Potem, stopniowo, zacząłem rozumieć. Miejsce, w którym się znajdowałem,
miało i ma bardzo specyficzną historię -?to najniebezpieczniejsze
osiedle w Mediolanie, często opisywane w popularnych krajowych
dziennikach z powodu wysokiej przestępczości. Bloki z widokiem na
podwórze, należące do Aler (publicznej instytucji zajmującej się
mieszkaniami komunalnymi i ich przydzielaniem osobom o niskich
dochodach), były po części zamieszkane przez zwykłych ludzi,
prowadzących całkiem normalne życie. Wiele mieszkań było jednak
nielegalnie zajętych -?w połowie przez Romów pochodzenia chorwackiego, a w drugiej połowie przez Kalabryjczyków związanych z 'ndranghetą10. Mówiąc w kategoriach ekonomicznych, można
uznać, że te dwie grupy stworzyły solidne partnerstwo, nie tylko w interesach: wspólnie zakładały rodziny i miały dzieci, którymi, jak się
potem okazało, miałem zajmować się ja. Ojcowie tych dzieciaków w większości przebywali w więzieniach. Struktura społeczna, w której żyli
ci ludzie, była czymś w rodzaju matriarchatu: kobiety zarządzały
interesami swoich mężów, pełniły funkcję strażniczek na dachach
budynków, ostrzegając sąsiadów o nadchodzącej policji, a aby odstraszyć
funkcjonariuszy, rzucały z okien dwudziestego piętra butelki pełne wody,
jakby to były bomby. Kiedyś jedna spadła zaledwie kilka centymetrów ode
mnie. Gdybym nie zdążył się odsunąć, prawdopodobnie nie pisałbym teraz
tego tekstu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki