Rozdział 2
September prawie nie zmrużyła oka.
Nie dlatego, że łóżko w pokoju hotelowym za bardzo różniło się od jej własnego. Od lat nie posiadała łóżka.
Nie dlatego, że spała w obcym miejscu. Od lat nie posiadała domu.
Sen nie przychodził, bo jej serce było zbyt przejęte czekaniem na świt. Za każdym razem, gdy już przysypiała, zrywała się w panice, że przegapiła wschód słońca, i chciała biec do okna, by się przekonać, czy widać już tę jedną rzecz, dla której rzuciła wszystkie swoje plany.
Chociaż "plany" to duże słowo. Ostatnie cztery lata jej życia opierały się na ich braku - na spontanicznych decyzjach, obieraniu kierunku pod wpływem chwili, bukowaniu biletów na samolot tuż przed odlotem, wsiadaniu na statki i do pociągów bez sprawdzenia wcześniej, gdzie zmierzają.
W podobny sposób trafiła tutaj - kilkanaście godzin temu siedziała na niewygodnym krzesełku na lotnisku Charles'a de Gaulle'a, obserwując tablicę w poszukiwaniu następnego celu podróży, gdy z torebki przechodzącej obok kobiety wypadła broszura. September podniosła ją z ziemi z zamiarem oddania właścicielce, ale ta zniknęła w tłumie, zostawiając dziewczynę z ulotką w ręce. Więc September wróciła na swoje miejsce i z nudów zaczęła ją przeglądać. Tam trafiła na wzmiankę, obok której nie mogła przejść obojętnie. Decyzja podjęła się sama.
Bo broszura okazała się przewodnikiem po północno- -wschodniej Francji i według informacji w niej zawartej z kilku miejscowości położonych na wybrzeżu można było dostrzec klify w Dover po drugiej stronie Cieśniny Kaletańskiej. Były widoczne tylko przy odpowiedniej pogodzie, ale dla September to było prawie tak, jakby ktoś podarował jej prezent i zapewnił, że jeśli pojedzie, zobaczy dom.
Nie była nawet pewna, czy jeszcze wie, co to słowo oznacza. Znała sześć języków, ale "dom" był obcym pojęciem w każdym z nich. Zwiedziła pół globu, ale nigdzie nie było miejsca, które mogłaby tak nazwać. Widziała wszystkie cuda świata, ale każdy z nich bladł przy wspomnieniu wschodu słońca oglądanego z okna jej dziecięcej sypialni. Próbowała dziesiątek kuchni, ale ani jedna nie równała się z potrawami jej mamy. Poznała setki osób, ale nikt nie był w stanie wywołać poczucia bezpieczeństwa, jakie oferowały ramiona jej taty.
Kiedy więc los dał jej szansę, by odzyskać chociaż marny ułamek tego, za czym jej serce tęskniło bez względu na to, ile tysięcy kilometrów dzieliło ją od miasta, w którym się wychowała, przyjęła ją bez wahania.
Ale kiedy na niebie pojawiły się w końcu pierwsze oznaki nadchodzącego dnia i September wyjrzała przez okno hotelu w Sangatte, położonego zaledwie trzydzieści parę kilometrów od Dover, widok na klify przysłoniła jej gęsta mgła. Brak wiatru nie zwiastował, by w najbliższym czasie miała zniknąć.
To nic - powiedziała sobie ze wzrokiem wciąż wbitym w horyzont, jakby intensywność jej spojrzenia mogła przepędzić mgłę. To komplikowało jej plany opuszczenia hotelu niezauważoną, opóźniało wyruszenie w dalszą podróż, narażało ją na dodatkowe ryzyko związane z przebywaniem w Sangatte, zwiększało prawdopodobieństwo szeroko pojętej katastrofy, ale to nic. Coś wymyśli. Jak zawsze. Spadnie na cztery łapy, nieważne, ile czarujących uśmiechów i niewiarygodnych historyjek będzie ją to kosztowało.
Poprzedniej nocy miała szczęście. Wystarczyło, by tamten recepcjonista zapytał o dokument, który wydają na policji w przypadku kradzieży paszportu, i całe jej kłamstwo zaczęłoby się sypać. Musiałaby wymyślić kolejne, by wytłumaczyć, dlaczego nie ma nic takiego albo w jaki sposób zgubiła zaświadczenie.
Oczywiście o wiele łatwiej byłoby po prostu pokazać paszport, który przez cały czas leżał bezpiecznie na dnie jej turystycznego plecaka, owinięty koszulką pożyczoną od Portugalczyka, u którego spędziła kilka nocy pół roku temu w Armenii. Tyle że September już dawno temu nauczyła się, że bezpieczniej jest ograniczać okazywanie dokumentów do niezbędnego minimum, jakim w jej przypadku był wyjazd do innego państwa. Chociaż nawet wtedy potrafiła znaleźć sposób, by tego nie robić.
Posługiwanie się fałszywymi dokumentami wymagało sporej dawki kreatywności.
Na szczęście September miała jej w nadmiarze.
***
- Poproszę Bernarda, żeby się tym zajął, jak tylko skończy...
Corianne mówiła dalej, ale słowa matki przestały docierać do Juliena, jakby ktoś w połowie wypowiedzi postawił między nimi dźwiękoszczelną szybę. Najpierw kątem oka zauważył postać wchodzącą do restauracji, a gdy tylko uniósł głowę, by z nawyku sprawdzić kto to, cała jego uwaga skupiła się na dziewczynie przybyłej minionej nocy.
Nie mylił się, gdy uznał, że była złotym kolorem, ale dopiero teraz, w świetle dnia, w pełni dostrzegł jego intensywność. Każda z osób obecnych tego poranka w restauracji była pastelową, stonowaną czy nawet przygaszoną wersją danej barwy, ale nie ona. W jego oczach September Vidal świeciła najbogatszym odcieniem czystego złota, jak samo słońce podczas ostatniej godziny przed zachodem.
Dziewczyna uniosła nagle głowę znad bufetu, jakby wyczuła czyjś wzrok na sobie. Co pewnie nie było trudne, bo Julien wpatrywał się w nią z przenikliwością stalkera, który właśnie upatrzył sobie ofiarę. Bez trudu odnalazła go wśród zajętych stolików, a Julien zbyt wolno uciekł wzrokiem i ich spojrzenia spotkały się na moment, zanim zawstydzony spuścił głowę na swój pusty talerz.
Jego zażenowanie jedynie wzrosło, gdy przypomniał sobie o zdaniu, które napisał ostatniej nocy w notesie. Pierwszym, jakie od miesięcy był w stanie z siebie wycisnąć. I było o niej.
Nigdy wcześniej tego nie zrobił - wszystkie historie, które stworzył, były kompletnie oderwane od rzeczywistości, w jakiej żył na co dzień. Nigdy nie inspirował się ludźmi, których spotykał. Aż do teraz.
I nawet jeśli to było tylko jedno zdanie, wyjątek od reguły, dla Juliena stanowiło odejście od normy - coś, z czym nie czuł się komfortowo.
Dlaczego w ogóle wciąż tutaj była? Czy nie obiecywała mu wczoraj, że zniknie z samego rana?
Sam praktycznie zaprosiłeś ją na śniadanie - wytknął sobie.
Tylko skąd wczoraj mógł wiedzieć, że dzisiaj będzie poirytowany jej obecnością, bo nieświadomie przyczyniła się do tego, że zrobił coś inaczej niż zawsze, co było absurdalne, ale w jego głowie było wystarczającym powodem?
- Coś jeszcze? - Corianne odłożyła długopis, skończywszy zapisywać kolejny punkt na niekończącej się liście rzeczy do zrobienia, ale jej syn był za bardzo zaaferowany własnymi myślami, by ją usłyszeć. - Jules?
- T-tak?
- O, wróciłeś na ziemię. Świetnie - skomentowała rozbawiona. Była zbyt przyzwyczajona do tego, że jej dwudziestopięcioletni syn buja w obłokach częściej niż niejedno dziecko, by się irytować. - Pytałam, czy mamy coś jeszcze do omówienia, zanim wrócisz do domu.
- Tak - powtórzył, tym razem oznajmiająco, bo był pewien, że miał jeszcze kilka spraw, które chciał omówić z matką podczas ich cotygodniowego biznesowo-rodzinnego śniadania. Tyle że nie był w stanie skupić się wystarczająco, by sobie przypomnieć, jakie to sprawy.
Uratowała go komórka matki, bo przychodzące połączenie odwróciło uwagę Corianne.
- Poczekaj - poprosiła, unosząc telefon do ucha. - Oui ?[4]
Julien może i wrócił na ziemię, ale kątem oka wciąż widział September, a każdy jej ruch dekoncentrował go tak, jakby ktoś w pomieszczeniu puszczał zajączki. Dziewczyna była jak plamka światła i poruszała się po restauracji z taką swobodą, jakby jadała tu śniadania codziennie, co dodatkowo intrygowało Juliena, bo nie rozumiał, jak to robiła.
Sytuacji nie poprawiało to, że ze wszystkich wolnych stolików wybrała akurat ten, który stał na skos od niego i Corianne. Niewystarczająco blisko, by ktoś oprócz Juliena zwrócił na to uwagę czy uznał za nienaturalne, ale z tej odległości mogła bez trudu podsłuchiwać ich rozmowę, jeśli tylko by chciała. Po co miałaby to robić - było pytaniem, na które nie znalazł odpowiedzi.
- Gerard zaraz będzie z dostawą, więc powoli musimy kończyć - oznajmiła Corianne, gdy skończyła rozmowę. - O czym jeszcze chciałeś porozmawiać?
- Emily - wyrzucił z siebie, skupiwszy się na tyle, by w końcu poruszyć temat, od którego powinien zacząć spotkanie z matką, ale świadomie odkładał go w czasie.
Corianne się skrzywiła, wiedząc, że to, co zaraz usłyszy, jej się nie spodoba. Odkąd trzy miesiące temu zatrudniła pokojówkę, jej imię pojawiało się w rozmowach Corianne z synem regularnie. Głównie w negatywnym kontekście.
- Co znowu zrobiła? Spóźniła się? Nie przyszła do pracy? Była niemiła dla gości? - zgadywała, wymieniając najczęściej powtarzające się punkty z listy przewinień młodej dziewczyny.
- Gorzej. Morgane przyłapała ją wczoraj na kradzieży gotówki z pokoju pary z czwórki. Zmusiła ją, żeby odłożyła wszystko na miejsce, więc goście o niczym nie wiedzą, ale...
- Ale i tak musimy ją zwolnić - dokończyła, garbiąc się, jakby na jej ramionach spoczął ciężar tej decyzji.
Prowadziła hotel od dwudziestu pięciu lat i na palcach jednej ręki mogła zliczyć, ile razy była zmuszona kogoś zwolnić. Te decyzje nigdy nie przychodziły łatwo - Mer des R?ves[5] był jej domem, a jego pracownicy rodziną, bez względu na to, czy przepracowali kilkanaście lat, czy kilka miesięcy.
Po części dlatego dotychczas przymykała oko na liczne przewinienia Emily i dawała jej kolejne szanse, licząc, że dziewczyna zmieni swoje podejście. Drugi powód wynikał już mniej z jej miękkiego serca, a bardziej z prostego faktu, że nawet nie najlepszy pracownik był lepszy niż brak pracownika.
I teraz, gdy miarka się przebrała i musiała zwolnić Emily, właśnie ta kwestia stała się jej największym problemem.
- Będziemy potrzebować kogoś na jej miejsce. - Stwierdziła na głos oczywisty fakt. - I to pilnie. Jutro mamy wesele, pierwsi goście mogą się pojawić dosłownie w każdej chwili, a bez Emily zabraknie nam nie tylko pokojówki, ale też kelnerki na sobotę.
- Czyli na dobrą sprawę potrzebujemy kogoś na wczoraj. Najpóźniej - zironizował Julien w ramach kiepskiego żartu, bo nie miał pojęcia, co innego mógłby powiedzieć, żeby pocieszyć matkę.
Znalezienie pracownika w tak małym mieście jak Sangatte graniczyło z cudem, zwłaszcza jeszcze przed końcem roku szkolnego. Miejscowi albo prowadzili swoje biznesy, albo woleli się zatrudniać w Calais, gdzie mieli lepsze perspektywy, a przede wszystkim wyższą płacę.
- Musiałeś mi o tym mówić? - rzuciła niezadowolona półżartem, jakby to Julien był źródłem problemu, który spadł na nich oboje. - Mogłeś przemilczeć całą sprawę albo chociaż poczekać z powiedzeniem mi, żebym mogła ją zwolnić dopiero po weselu.
- Wybacz, że chcę dobrze dla hotelu i dla ciebie, to się więcej nie powtórzy. - Uniósł ręce w obronnym geście, a jego nieposłuszny wzrok znowu powędrował w kierunku September. Zreflektował się jednak, zanim dziewczyna zdążyła to zauważyć.
Corianne wyprostowała się nagle i jeszcze zanim się odezwała, Julien wiedział, że uznała, iż czas na bezczynne użalanie się dobiegł końca.
- Coś wymyślimy. To jeszcze nie koniec świata.
- Pewnie, że nie. - Parsknął sarkastycznym śmiechem. - Weszliśmy w najintensywniejszy okres roku i brakuje nam nie jednej, ale dwóch osób, bo nie każdy kandydat będzie na tyle zdesperowany, żeby pracować na dwóch stanowiskach jednocześnie. To znaczy jeśli w ogóle znajdzie się jakikolwiek kandydat w ciągu następnych kilku godzin, na co jest przecież tak wielka szansa, bo ludzie codziennie walą drzwiami i oknami, żeby u nas pracować. Ale to nic takiego.
Dla Corianne nic nigdy nie było końcem świata i Julien był przekonany, że nawet w obliczu prawdziwej apokalipsy kobieta do samego końca z uśmiechem przekonywałaby kogo tylko może, że wszystko będzie dobrze.
- Po kim ty masz ten pesymizm? - Corianne skrzywiła się z udawaną niechęcią, niezmiennie od lat zastanawiając się, jak to możliwe, że jej rodzony syn jest jej skrajnym przeciwieństwem.
- To się nazywa zdrowy rozsądek - poprawił ją.
- Tego też nie mam pojęcia, po kim odziedziczyłeś. Bo na pewno nie po mnie, a już tym bardziej nie po swoim ojcu.
- Po mnie. - Trzeci głos wtrącił się z ciężkim akcentem, zanim płynnie przeszedł na swój ojczysty język, zwracając się do Corianne. - Gerard przyjechał i czeka na ciebie.
Powiedzenie, że Bernard był dla Juliena jak ojciec, byłoby przesadą, ale jednocześnie chłopak nie sądził, że potrafiłby wyobrazić sobie życie bez siwowłosego mężczyzny. A to wiele znaczyło, bo poza nim istniały tylko dwie osoby, o których Julien mógł to szczerze powiedzieć, i jedną z nich była Corianne.
Bernard Moreau był nie tylko nieodłączną częścią codzienności, ale też drugą połówką jego matki w sposób, w jaki nawet ojciec Juliena nigdy nie był. Przez dwadzieścia parę lat trwania ich przyjaźni wszystkie jego mocne strony uzupełniały słabości Corianne, oferując rozwagę i powściągliwość jako przeciwwagę jowialnego charakteru kobiety.
Więc może to naprawdę on wpoił Julienowi rozsądek.
- Dziękuję. - Corianne posłała mu promienny uśmiech i przyjęła dłoń, którą wystawił, by pomóc jej wstać. Drugą złapała swoją nieodłączną laskę. Zanim odeszła, odwróciła się jeszcze do syna. - Odniesiesz nasze talerze do kuchni, jak skończysz? I podziękuj ode mnie Sal. O, jak już tam będziesz, przypomnij jej...
- Cora, daj chłopakowi wrócić do domu i się przespać. Salomé pamięta o propozycjach menu na wesele w przyszły weekend, rozmawiałem z nią wczoraj, zajmie się tym w niedzielę - zapewnił Bernard, jak zwykle bez trudu odgadnąwszy, co miała na myśli, prowadząc ją w stronę wyjścia z restauracji.
Dopiero kiedy Bernard wspomniał o spaniu, Julien uświadomił sobie, jak bardzo jest zmęczony. Na ogół późne dyżury w recepcji nie były dla niego problemem. Był przyzwyczajony do nocnego trybu życia, bo najlepiej mu się wtedy pisało, i to głównie dlatego brał na siebie znienawidzoną przez innych pracowników zmianę.
W hotelu, poza wieczorami, kiedy odbywały się wesela, rzadko cokolwiek się działo po północy, ale Corianne upierała się, że ktoś musi być w recepcji o każdej porze, więc ten układ był najkorzystniejszy dla wszystkich - Corianne była zadowolona, że ktoś jest w pogotowiu, gdyby któryś z gości czegoś potrzebował; pracownicy recepcji cieszyli się, że nie muszą spędzać nocy na bezczynnym siedzeniu na niewygodnym krześle, a Julien piekł dwie pieczenie na jednym ogniu, jednocześnie pracując i pisząc. Dodatkowa korzyść płynęła z faktu, że ta pora rzadko kiedy wymagała kontaktu z innymi ludźmi, co nie było jego najmocniejszą stroną, jako że jego dwiema ulubionymi rzeczami były samotność i spokój.
Jednak wczorajsza zmiana nie owocowała żadną z tych rzeczy. Pomiędzy sytuacją z Emily, zaraz po tym, jak pojawił się w hotelu, uspokajaniem przestraszonych gości, że zbliżająca się nawałnica nie zagraża ich bezpieczeństwu, i pojawieniem się September w środku nocy Julien miał jedynie kilka chwil wytchnienia, więc teraz był wyczerpany ilością wydarzeń.
Zamknął na moment oczy, próbując odciąć się od bodźców z zewnątrz. Chciał zebrać w sobie wystarczająco energii, by przetrwać pogawędkę z Salomé, która bezsprzecznie czekała go, gdy pójdzie do kuchni odnieść talerze. Szefowa kuchni była największą gadułą, jaką znał, co czyniło ją osobistym koszmarem Juliena, który rozmawiać nie lubił wcale.
- Bonjour[6].
Nawet gdyby nie był pewien, do kogo należy melodyjny głos, to okropny akcent, który miał wątpliwą przyjemność słyszeć minionej nocy, nie pozostawiał wątpliwości.
I się nie mylił, bo gdy otworzył oczy, naprzeciw niego, na krześle, które wcześniej zajmowała Corianne, siedziała September, obserwując go z przekrzywioną głową, jak jakiś ciekawy okaz.
Julien, gdy tylko odzyskał zdolność oddychania, którą bliskość dziewczyny z nieznanego mu powodu na moment zabrała, również zaczął jej się przyglądać z uwagą i wyłapywać wszystkie niemożliwe do zauważenia podczas ich pierwszej rozmowy szczegóły.
Jasne, sięgające do pasa włosy w odcieniu złotego blondu. Duże, bursztynowe oczy, z ciemną obwódką, które zdawały się wiedzieć więcej niż on. Łagodne rysy twarzy, nadające jej delikatności. Piegi na drobnym nosie, będące bardziej wynikiem spędzania dużej ilości czasu na słońcu niż zasługą genów, podobnie jak jej karnacja.
"Piękna" było pierwszym określeniem, jakie przyszło mu do głowy, ale w tym samym momencie, w którym o tym pomyślał, zrozumiał, że to zbyt banalne, by ją właściwie opisać.
Każdy element jej wyglądu był pospolity, niczym niewyróżniający się, ale całość tworzyła coś nieuchwytnego, co sprawiało, że trudno było odwrócić wzrok.
- To twój prawdziwy kolor włosów? - Pytanie opuściło jego usta, zanim zdołał się powstrzymać, i skrzywił się w duchu, gdy usłyszał, jak dziwne było.
Właśnie dlatego nie przepadał za rozmawianiem z ludźmi. Jego myśli wydostawały się na zewnątrz bez jego zgody, mówił rzeczy, których nie powinien, przez co jego rozmówcy uznawali go za dziwaka, czuli się urażeni albo zwyczajnie zaczynali z niego drwić.
Jednak September jedynie uniosła brew, przekrzywiając głowę w drugą stronę, zanim odparła:
- To twój prawdziwy kształt głowy? - Jej ton nie był prześmiewczy, nie próbowała go tym pytaniem obrazić. Zwyczajnie postanowiła dorównać mu poziomem dziwności, żeby nie czuł się osamotniony w swojej osobliwości.
Co zadziałało gorzej, niż gdyby faktycznie go wyśmiała, bo ludzie nie traktowali Juliena w tak wyrozumiały sposób, a już na pewno nie ci zupełnie obcy, którym nie zależało na tym, by czuł się komfortowo. Nie wiedział, jak ma się zachować, więc przeszedł w tryb ofensywny.
- Czy ciebie tu czasami nie miało już nie być? - Od tego pytania powinien był zacząć.
Przecież to, że nie zrobiła tak, jak zapowiedziała, by go przekonać do wynajęcia jej pokoju, było najważniejsze i tylko to go powinno interesować. Nie jej kolor włosów, który tak idealnie pasował do barwy, jaką jej przypisał, gdy tylko ją zobaczył.
- Zmiana planów. - Wyszczerzyła się, nie mając oczywiście pojęcia, że te dwa słowa, które z taką beztroską rzuciła, były jednymi z najbardziej znienawidzonych przez Juliena. - Nie chcę zajmować ci zbyt wiele czasu, więc będę się streszczać. Niechcący podsłuchałam twoją rozmowę z mamą i wiem, że potrzebujecie pracownika. A mnie przydałoby się trochę pieniędzy, więc pomyślałam, że... no wiesz, moglibyśmy sobie pomóc.
Julien nie zawsze wiedział, kiedy ludzie żartują, ale nawet on był pewien, że September właśnie to próbuje zrobić. Nieudolnie.
- N-nie mówisz poważnie, prawda? - spytał dla pewności, jąkając się, jak zawsze, gdy ktoś powiedział do niego coś, na co nie był przygotowany.
Nie mieściło mu się w głowie, że ta sama dziewczyna, która zaledwie kilka godzin temu błagała go, żeby złamał zasady i pozwolił jej zostać w hotelu, teraz próbuje się zatrudnić. Wciąż nie mając żadnych dokumentów.
Ale September jedynie wzruszyła ramionami, jakby jej propozycja była czymś najnormalniejszym na świecie i to on był dziwny, że w ogóle pytał.
- Nie masz żadnego z dokumentów potrzebnych do pracy we Francji jako cudzoziemka, czasu, żeby je załatwić do jutra, ani nawet paszportu czy dowodu osobistego. - Wymienił pobieżnie kilka z wielu powodów, dla których zatrudnienie jej było niemożliwe. - Nie krępuj się i popraw mnie, jeśli w czymś się pomyliłem.
- Nie, nie pomyliłeś się - potwierdziła ani trochę niezrażona. - Za to ty nie masz kelnerki na imprezę, która odbędzie się za mniej niż czterdzieści osiem godzin, żadnej szansy na znalezienie kogoś do tego czasu ani pomysłu, jak sobie z tym poradzić. - Z dziecinną łatwością odbiła piłeczkę, nawet na moment nie tracąc przy tym czarującego uśmiechu. - Nie krępuj się i popraw mnie, jeśli w czymś się pomyliłam.
Właściwie mógłby ją poprawić, gdyby chciał, bo nawet jeśli faktycznie nie wiedział, co zrobić z tym problemem, to rozwiązanie go nie było jego rolą. Corianne była szefową, a Bernard odpowiadał za pracowników, Julien nie miał nawet określonej posady ani konkretnego zakresu obowiązków - zwyczajnie robił wszystko i nic. Pomagał tam, gdzie akurat był potrzebny, zastępował matkę w obowiązkach, kiedy musiał, doradzał jej, kiedy tego potrzebowała, był jej oczami i uszami, ale w tym samym czasie nie miał żadnej faktycznej władzy.
Więc teoretycznie to nie było jego zadanie, żeby znaleźć kogoś na miejsce Emily, i nie mógł zatrudnić September, nawet gdyby tego chciał. A nie chciał, i to z wielu powodów, do których części wolał się nie przyznawać nawet przed samym sobą, ale przede wszystkim dlatego, że jej nie ufał. Nie ufał, bo nie był w stanie pojąć, jak ktoś w przeciągu zaledwie kilku godzin mógł diametralnie zmienić swoje plany bez absolutnie żadnego powodu.
Musiała mieć powód.
- Dlaczego tak ci zależy?
- Pomogłeś mi wczoraj, chociaż nie musiałeś. Po całym tym okropnym dniu, jaki miałam, byłeś jedyną dobrą osobą, na jaką trafiłam. Chcę się odwdzięczyć - wyjaśniła ze szczerością, a kiedy dostrzegła, że podejrzliwość w oczach Juliena nie zmalała, dodała: - Jak wy to mówicie? Les bons comptes font les bons amis?[7]
Psotny błysk w jej oczach powiedział Julienowi, że dziewczyna dobrze wie, że jej nieudolne posługiwanie się francuskim działa mu na nerwy, i robi to celowo. Jednak tajemnicą pozostało dla niego, co kazało jej sądzić, że drażnieniem go uda jej się wkupić w jego łaski.
- Niewielka strata, biorąc pod uwagę, że nie masz tutaj przyjaciół.
- Jeszcze.
- Nie wydaje mi się, żebyś miała okazję to zmienić, bo tak się składa, że mówimy też: quand les poules auront des dents. Prędzej piekło zamarznie - przetłumaczył na wypadek, gdyby akurat tego przysłowia nie znała. - I dokładnie wtedy zgodziłbym się ciebie zatrudnić. Czyli nigdy.
Podniósł się z krzesła, zdeterminowany, by zakończyć rozmowę, bo jak już miał okazję się przekonać, September nie przyjmowała łatwo słowa "nie", a on naprawdę chciał pójść do mieszkania i przespać się kilka godzin, zanim wróci do hotelu na kolejną zmianę.
- Mam nadzieję, że uda ci się dostać do Dover - dodał życzliwie i przede wszystkim szczerze.
Nawet jeśli życzył jej tego głównie dla własnego dobra. Nie mógł się doczekać, aż ta niezwykła dziewczyna, która świeciła jasno jak samo słońce, zniknie z jego życia i wszystko wróci do normalności. Julien miał wrażenie, że nawet przez tę krótką chwilę, jaką spędziła w hotelu, udało jej się naruszyć cały jego spokój, i przerażało go, co mogłoby się stać, gdyby została dłużej. Ona go przerażała.
Wyszedł z hotelowej restauracji w takim pośpiechu, że ostatecznie zapomniał o odniesieniu naczyń do kuchni, ale przynajmniej, kiedy już znalazł się na zewnątrz i ruszył żwirową drogą w dół zbocza, dopadło go kojące uczucie płynące z pewności, że nigdy więcej nie zobaczy September Vidal.
Wtedy oczywiście nie wiedział jeszcze, że gdyby September mogła za swoją dewizę życiową wybrać jedno francuskie przysłowie, jej wybór bez wahania padłby na: vouloir c'est pouvoir.
Chcieć to móc.
A September bardzo chciała zostać.
[5] Mer des R?ves (fr.) - Morze Snów
[6] Bonjour (fr.) - Dzień dobry
[7] Les bons comptes font les bons amis (fr.) - Jeśli chcesz się pozbyć przyjaciela, poproś go o pieniądze