p
LEXIE, 1980
To jeden z tych dni u progu lata, kiedy niebo i morze oblewa słoneczny
blask. Takie dni zdarzają się w Highlands, na szkockich wyżynach, tak
rzadko, że przykuwają uwagę i przechowuje się je w pamięci niczym
talizmany na długie zimowe ciemności.
Zapinam Daisy kurtkę i naciągam na jej loczki wełnianą czapkę z pomponem. Słońce przygrzewa, ale wiatr ciągnący od wzgórz ponad domem
szczypie w nos i mrozi uszy, aż sinieją z zimna. Potem przypinam małą do
nosidełka i zarzucam je sobie na plecy. Chichocze, zachwycona, że
znalazła się tak wysoko, wsuwa palce w moje włosy i ruszamy ścieżką.
Wspinam się mozolnie, pozostawiając za sobą wody Loch Ewe, oddycham
coraz ciężej, bo ścieżka biegnie stromo w górę, wijąc się pośród sosen
wzdłuż potoku, który szumi i bulgocze beztrosko, spływając w dół zbocza.
W końcu wyłaniamy się z cienia pod drzewami na oblany słońcem płaskowyż.
Palą mnie mięśnie łydek, zatrzymuję się na chwilę, opieram ręce na
biodrach i biorę kilka głębszych łyków powietrza, które wydaje się tak
czyste i zimne jak woda w strumieniu. Odwracam się i patrzę na drogę,
którą przebyłam. Pobielone kamienne domki, rozsiane tu i ówdzie wzdłuż
zatoki morskiej, są ciągle widoczne, ale jeszcze kilka kroków i znikną
nam z oczu, gdy pokryte wrzosami ramiona wzgórz wezmą nas w swoje
objęcia.
Na skraju ścieżki ukryte w zaroślach jarzębin i brzóz pierwiosnki
wystawiają twarzyczki do słońca, w przeciwieństwie do nieśmiałych
fiołków, które usiłują schować swoje. Podejście jest już łagodniejsze.
Podczas drogi podśpiewujemy z Daisy, a nasze głosy unoszą się w przezroczystym powietrzu.
And we'll all go together
To pull wild mountain thyme
All around the blooming heather,
Will ye go, lassie, go?...1
Trochę wyżej, gdy kończy nam się repertuar piosenek, z kępy kwitnącego
na żółto janowca podrywa się skowronek i wzbija w niebo jak miniaturowa
rakieta. Śpiew niesie się w ciszy, każda nuta przypomina perełkę dźwięku
nanizaną na nitkę naszyjnika. Stoję nieruchomo, wstrzymujemy z Daisy
oddechy, wsłuchane w trele skowronka, aż ptaszek staje się odległym
punkcikiem na niebie, a jego śpiew porywa wiatr.
Dróżka robi się wąska, jest zarośnięta trawą, na pewno lepiej sobie na
niej radzą kopyta owiec czy jeleni niż podeszwy traperskich butów.
Skręcamy i oto naszym oczom ukazuje się małe górskie jeziorko, ukryte w zagłębieniu zbocza. Daisy na ten widok śmieje się i macha z zachwytem
rękami. Dzisiaj wody jeziorka są ledwo widoczne. Jak w magicznej
metamorfozie poczerniałą od torfu głębię zasłaniają białe lilie wodne,
które zachęcone ciepłem słońca rozchyliły swoje płatki.
Zdejmuję nosidełko z ramion i opieram je o omszałe resztki kamiennej
ściany starego szałasu; przez chwilę rozcieram bolące miejsca po
wżynających się paskach, po czym rozpinam klamry i wyjmuję Daisy.
Natychmiast wyrywa się do przodu na swoich krzepkich nóżkach, jej
czerwone kalosze grzęzną w miękkim podłożu; chwytam ją, przytulam i zatapiam twarz w cieple jej szyi.
- Och nie, tak nie wolno, moja prędka panno! Woda może być
niebezpieczna, pamiętasz? Daj rączkę, podejdziemy i popatrzymy razem.
Powoli zbliżamy się do krawędzi wody, spoglądamy pomiędzy trzciny i pożółkłe szablaste liście; na wilgotnej ziemi widać ślady wydry, wyraźne
bruzdy w błocie po ciężkim ogonie i odciski ostrych pazurów.
Skończywszy badanie brzegu, sadowimy się na mojej kurtce w niewielkim,
porośniętym mchem zagłębieniu, osłoniętym przed wiatrem przez szczytową
ścianę szałasu. Dach starej chaty - kiedyś może zamieszkanej albo
będącej letnim szałasem pasterskim - całkowicie się zapadł, pozostała
rozsypująca się skorupa ścian i poczerniałe miejsce po palenisku. Daisy
bawi się, robi filiżankę i spodek z lilii wodnej, którą dla niej
zerwałam, i mrucząc pod nosem, nalewa mi wyimaginowaną herbatę, a ja z wysokości wzgórza oglądam rozciągające się przed nami wody wielkiego
jeziora. Światło muska jego powierzchnię, jakby ktoś puszczał kaczki,
rozprasza się na wodzie i razi w oczy, które przywykły do szarości
zimowych dni.
To chyba też sztuczka światła, ponieważ przez chwilę wydaje mi się, że
widzę sylwetki wielkich statków. Może to duchy, cienie pozostałe po
latach, gdy ta morska zatoka była tajnym kotwicowiskiem. Mrugam i cienie
znikają, widzę tylko wodę i wyspę, a za nimi otwarte morze.
Tarczę słońca zasnuwa chmura i gdy światło na chwilę gaśnie, nagle
uświadamiam sobie, jak głębokie i ciemne są wody jeziorka, ukryte pod
kaskadami lilii. Ze szczytu wzgórza w milczeniu przypatruje nam się
jeleń szlachetny; uskakuje, gdy podnoszę wzrok. A potem cienista chmura
przesuwa się i wraca słońce. Z pobliskiego stoku znów dochodzi pieśń
skowronka. Szkoda, że nie ma w niej słów i ptaszek nie może opowiedzieć
mi wszystkiego, co wie.
Ponieważ to miejsce - ukryte nad morzem wśród wzgórz - zna wiele
tajemnic. Tutaj wszystko się zaczęło i wszystko się skończyło. A jedynymi świadkami rozgrywających się wydarzeń były skowronki i jelenie.
LEXIE, 1977
Pospiesznie idę ulicą, przeciskając się przez tłum. Zegar na Piccadilly
Circus pokazuje to, co już wiem: jestem spóźniona. Dzisiejsze
przesłuchanie jest moją wielką szansą - szansą na główną rolę kobiecą w przedstawieniu na West Endzie. W pośpiechu zahaczam czubkiem buta o nierówną płytę chodnikową, potykam się i raptownie wciągając powietrze z powodu bólu, opieram się na jakimś przechodniu.
- Przepraszam - szepczę, ale on nawet nie unosi głowy, by nawiązać
kontakt czy przyjąć przeprosiny; obydwoje pędzimy przed siebie,
pochłonięci własnymi sprawami.
Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić, do anonimowości miasta, chociaż
na początku, wiele lat temu, przeprowadzka do Londynu stanowiła dla mnie
trudne wyzwanie. Tak bardzo tęskniłam za Keeper's Cottage, że czułam
wręcz fizyczny ból. A jeszcze bardziej tęskniłam za matką, moją
przyjaciółką, powiernicą, moim największym wsparciem; często o niej
myślałam, samej w małym pobielonym domku nad jeziorem. Miasto było pełne
ludzi, świateł i ulicznego zgiełku. Nawet herbata nie smakowała tak jak
w domu w Highlands, ponieważ czajnik w kuchni w moim mieszkaniu pokrywał
szary kamień, który zabarwiał wodę, gdy się gotowała.
Jednocześnie jakaś cząstka mnie cieszyła się, że opuściłam Ardtuath.
Anonimowość miasta sprawiała mi przyjemność po życiu w klaustrofobicznej
atmosferze maleńkiej społeczności, gdzie wszyscy o sobie wszystko
wiedzieli i nie mieli oporów przed dzieleniem się plotkami o swoich
sąsiadach. Nowe życie dawało mi wolność, której nie zaznałam w domu, i byłam zdeterminowana podążać ku świetlanej przyszłości, nie oglądając
się za siebie.
Wkrótce zaprzyjaźniłam się z kilkoma osobami ze szkoły artystycznej,
której zostałam stypendystką, i z wolna zaczęłam się przyzwyczajać do
nowego otoczenia. Długie godziny wyczerpujących lekcji - tańca, śpiewu,
aktorstwa - oraz podniety wielkomiejskiego życia szybko zastąpiły moją
dawną rzeczywistość nową, z pozoru o wiele bardziej efektowną.
Cóż, ta rzeczywistość wcale nie była aż tak wspaniała. Z bliska kostiumy
czy makijaż traciły swój olśniewający w światłach rampy blask i ukazywały prowizorkę i tandetność. Przebierałyśmy się w zatłoczonych
garderobach, gdzie wszystko pokrywała cienka warstwa pudru używanego do
wykończenia makijażu, i rywalizowałyśmy ze sobą o trochę przestrzeni
przed lustrem wśród części odzieży, kredek do oczu i spinek do włosów.
Powietrze było ciężkie od zapachu potu, stęchłych perfum i wilgotnej
sadzy, przynoszonej na ubraniach z londyńskich ulic Od czasu do czasu
warczałyśmy na siebie, drobnymi wybuchami pokrywając tremę przed
przedstawieniem. Ale o niej się zapominało wraz z gwałtownym przypływem
adrenaliny na dzwonek pięć minut przed występem.
Stopniowo przyzwyczajałam się do przemierzania pieszo kilometrów ulic w nieświeżym powietrzu, wypełnionym oddechami siedmiu milionów ludzi, pod
niebem pociętym na brudne, szare prostokąty, migające tu i tam pomiędzy
budynkami. Nie było to niebo znad Loch Ewe, które ciągnie się
nieprzerwanie od wzgórz po horyzont. Przyzwyczaiłam się też do
londyńskiej pogody. A właściwie jej monotonii. Pory roku w mieście
wyznaczały raczej nowe odsłony wystaw sklepowych niż prawdziwe odmiany
aury: nawet w środku zimy miasto zdawało się grzać własnym ciepłem,
które unosiło się z wilgotnych chodników i promieniowało z ceglanych
ścian domów. Na początku tęskniłam za poczuciem dzikości, jakie daje
szkocka pogoda, za nieskrępowaną siłą atlantyckiej wichury, za
zapierającym dech w piersiach chłodem czystego, mroźnego poranka i za
pierwszym ulotnym ciepłem wiosennego dnia. Szybko jednak wcisnęłam w głąb szuflady w komodzie ręcznie robione wełniane swetry i zastąpiłam je
obciskającymi bawełnianymi topami oraz zwiewnymi bluzkami z muślinu,
jakie nosiły inne studentki. Taki strój bardziej pasował do warunków
panujących w salach przesłuchań i zwiększał szanse na przyciągnięcie
uwagi agenta lub producenta. Nauczyłam się też pić kawę zamiast herbaty,
pomimo że filiżanka tego napoju kosztowała więcej niż cały słoik
rozpuszczalnej kawy, którą mama kupowała w sklepie w Aultbea.
Daję nura w zaułek, który biegnie wzdłuż bocznej ściany teatru, i ramieniem otwieram drzwi wejścia dla aktorów. Żołądek mi się przewraca z nerwów, przełykam gulę rosnącą w gardle, co w żadnym razie nie pomoże
mojemu głosowi. Ostatnie miesiące były bardzo stresujące, dobiegały
końca moje występy w Carousel i znów zaczynałam wyczerpujący proces
chodzenia na przesłuchania. Nie sypiam dobrze, nie odżywiam się zdrowo.
Wmawiam sobie, że ten niepokój jest całkowicie zrozumiały, biorąc pod
uwagę sytuację z pracą i obawy o to, z czego zapłacę czynsz, skoro moje
saldo w banku się kurczy. Ale gdzieś w środku dręczy mnie straszna
świadomość, która przez ostatnie tygodnie narastała we mnie powoli, lecz
nieuchronnie: Piers traci mną zainteresowanie. Może, ale tylko może,
jeśli zdobędę tę rolę, znów się we mnie zakocha? Może zdołamy odzyskać
namiętność i podniecenie pierwszych dni naszej znajomości i wszystko się
dobrze ułoży.
Dołączam do innych dziewczyn, które już zgromadziły się za kulisami,
przeczesuję ręką moje niesforne rudozłote loki, żeby je trochę
uporządkować.
- Przepraszam - szepczę do asystentki produkcji, która na swojej
podkładce odhacza moje nazwisko. Rzuca mi uśmiech, zbyt przelotny, żeby
był prawdziwy, a potem się odwraca. Rozpoznaję jedną lub dwie osoby:
świat teatrów muzycznych jest mały. Jednak unikamy patrzenia sobie w oczy, koncentrując się na opanowaniu nerwów i występie pierwszej
kandydatki do głównej roli. Konkurencja będzie zacięta - prasa huczy o sukcesie przedstawienia na Broadwayu, a bilety na londyńskie spektakle
zostały już wyprzedane.
Próbuję wziąć głęboki oddech i skupić się na wcieleniu w postać Marii
Magdaleny, ale mimo woli wracam myślami do innego przesłuchania, dwa
lata temu, w innym teatrze. Był to musical A Chorus Line w reżyserii
genialnego Piersa Walkera, wówczas wschodzącej gwiazdy West Endu.
Powiedział mi, że chce, bym zagrała w tym przedstawieniu, chociaż byłam
raczej piosenkarką potrafiącą tańczyć niż tancerką, która umie śpiewać,
a takiej osoby właśnie szukano. Powiedział mi, że mam w sobie niezwykły
blask, że przypominam mu rudowłosą Audrey Hepburn. Później tego wieczoru
oznajmił, że nigdy nie spotkał kogoś takiego jak ja. Że mam wyjątkowy
talent. Że może mi pomóc w karierze. Tej nocy, gdy leżeliśmy w splątanej
pościeli na łóżku w moim obskurnym mieszkanku, powiedział mi, że będę
jego muzą i że razem przetrzemy szlak na szczyt branży rozrywkowej.
Łapczywie spijałam jego słowa, jakbym opróżniała duszkiem kieliszek wina
w pubie przy Drury Lane. Jakże byłam naiwna: jedno i drugie uderzało mi
do głowy.
Teraz, po dwóch latach, zauroczenie minęło i muszę mierzyć się z rzeczywistością. Ostatnio Piers wraca coraz później z teatru, co rusz
wspomina imię nowej gwiazdki, która, jak nie omieszkał mi zakomunikować,
naprawdę rozumie jego wizję i jest istnym marzeniem reżysera. Zaczęłam
sobie uświadamiać, że on potrzebuje aplauzu publiczności o wiele
bardziej niż ja. Życie jest dla niego spektaklem i podobnie jak w przypadku przedstawień, które reżyseruje, każdy z jego związków zdaje
się mieć swój czas, po czym urok nowości blednie, a on angażuje się w nową relację. Jednak nadal czepiam się nadziei, że to ja będę tą, której
uda się go zmienić. Że będzie chciał ze mną zostać.
Ciągły niepokój zbiera swoje żniwo. Nieprzespane noce i uczucie mdłości
w żołądku odbiły się na moim głosie, choć nikomu się do tego nie
przyznaję. Być może trochę go przeciążyłam, bo podjęłam się kilku ról,
które nadwerężyły mój wokal. Ale nie mogę sobie teraz pozwolić, by
dopadły mnie wątpliwości. Muszę się przełamać i zdobyć główną rolę
kobiecą w Jesus Christ Superstar.
- Alexandra Gordon - wywołuje mnie asystentka produkcji. A więc wychodzę
na scenę, biorę głęboki oddech i chociaż serce trzepocze mi w piersi jak
skrzydła schwytanego ptaka, jestem zdeterminowana, by mój głos znów
wzbił się w powietrze niczym śpiew skowronków fruwających ponad
wzgórzami otaczającymi mój rodzinny dom.
*
Dostałam rolę. Przez kilka tygodni Piers nadskakuje mi jak dawniej,
przynosi kwiaty i zabiera mnie na uroczyste kolacje. Wszystko będzie
dobrze, pocieszam się, oddychając z ulgą. Ale kiedy zaczynają się próby,
wydaje mi się, że mam coraz większe trudności z wyciągnięciem wysokich
tonów. Reżyser jest zaniepokojony, a kiedy ze mną rozmawia, widzę w jego
oczach powątpiewanie, czy dobrze zrobił, że wybrał mnie do tej roli.
Pewnego dnia trenerka wokalna odciąga mnie na bok i pyta, czy dobrze się
czuję.
- Doskonale - mówię, zmuszając się do promiennego uśmiechu. - Ostatnie
dwa miesiące były trudne, ale dochodzę do siebie. Miałam problemy z żołądkiem i straciłam nieco formę. Głos mi się na pewno poprawi, gdy
całkiem wydobrzeję. - Mam nadzieję, że brzmi to przekonująco.
Prawdę mówiąc, dziś rano poczułam okropne mdłości po zjedzeniu grzanki i wypiciu filiżanki kawy, jednak wzięłam się w garść i przyszłam na próbę.
- W porządku. - Patrzy na mnie z powątpiewaniem. - Widzisz, Alexandro,
kiedyś zetknęłam się z podobnymi objawami. Nie będziesz miała nic
przeciwko temu, jeśli spytam... czy przypadkiem nie jesteś w ciąży?
W sekundzie, gdy padły te słowa, już wiem. Jakbym od początku wiedziała,
tylko nie chciała się przed sobą przyznać. Odruchowo łapię się za
brzuch, krew odpływa mi z twarzy. Ciężarna Maria Magdalena nie wypadnie
dobrze na scenie, choć zapewne było to ryzyko związane z jej profesją.
Nagle tracę równowagę, ściany wokół mnie wydają się zamykać.
Trenerka głosu sadza mnie na krześle w kącie sali i dociska mi głowę do
kolan, żebym nie zemdlała.
- To się zdarza - wyjaśnia. - Zmiany hormonalne w ciąży mogą spowodować
opuchnięcie strun głosowych, co może wpłynąć na skalę głosu. Wysilasz
go, by osiągnąć wysokie nuty, i możesz doprowadzić do krwotoku. Powinnaś
iść do lekarza specjalisty, żeby cię zbadał. I na pewno pozwolić strunom
głosowym trochę odpocząć.
*
Piers wybucha wściekłością z siłą atlantyckiego sztormu.
- Kompletna katastrofa! - krzyczy, gdy przynoszę mu tę nowinę wieczorem
po wizycie u lekarza, który potwierdził, że jestem w ciąży oraz że mam
jakieś uszkodzenie strun głosowych. Wyciągam do niego ramiona,
desperacko pragnąc pocieszenia, ale on się odsuwa.
- Musisz się tego pozbyć - mówi, a żar jego wściekłości zmienia się w zimny, twardy gniew, gdy odwraca się, by nalać sobie dużą szkocką.
Przez chwilę jestem zdezorientowana, bo myślę, że mówi o zmianie
chorobowej. Jednak zaraz ogarnia mnie przerażenie, bo uświadamiam sobie,
że chodzi mu o dziecko. Aborcja jest legalna od dziesięciu lat, ale w ogóle nie brałam pod uwagę takiej opcji. Już teraz czuję więź z tym
dzieckiem, zaciekle je chroniąc i czule kochając.
Pociąga duży łyk whisky i kontynuuje:
- Pozbądź się go, później, jeśli będzie potrzebna operacja gardła, da
się to załatwić. Chyba nie chcesz stracić tej roli!
Moją głowę wypełnia biały szum i nie potrafię jasno myśleć. A potem
poprzez zmieszanie i strach słyszę głos mojej matki, śpiewającej w kuchni Keeper's Cottage piosenkę o miłości i stracie.
Will ye gang love and leave me noo?
Will ye forsake your ain love true?2
Znam odpowiedź na to pytanie: nie ma wątpliwości, co Piers zamierza. On
już mnie porzucił.
Po chwili hałas w mojej głowie cichnie i nie mam żadnych wątpliwości.
Urodzę dziecko i sama je wychowam. Być może mój głos z czasem się
naprawi. Trenerka powiedziała, że jest na to szansa, jeśli uszkodzenie
nie jest zbyt poważne. Żeby się przekonać, muszę skontaktować się ze
specjalistą, ale dopiero za kilka miesięcy. Mam trochę oszczędności,
które umożliwią mi przetrwanie do narodzin dziecka, a potem znów mogę
wrócić do pracy. Moja kariera jeszcze się nie skończyła, została tylko
zawieszona. W końcu inne artystki, koleżanki po fachu, łączyły
macierzyństwo z karierą. Dlaczego mnie nie miałoby się udać?
Alkohol rozwiązał Piersowi język i gdy mówię, żeby się wynosił, wylewa z siebie potok tak obrzydliwych inwektyw, że aż boję się, co mógłby zrobić
naszemu dziecku. Krzyczy, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego, że
jestem samolubna, podejmując tę decyzję, że jestem taką samą
egocentryczką jak wszystkie aktorki, które znał.
Wkłada kurtkę i otwierając drzwi, rzuca jeszcze:
- Być może to nawet nie jest moje dziecko. Nic dziwnego, że dali ci tę
rolę, od razu rozpoznają dziwkę.
Po tych nienawistnych słowach z hukiem zamykam za nim drzwi. Wyrazisty
dźwięk odbija się echem od ścian. Potem opadam na podłogę i leżę skulona
na brudnych kafelkach w przedpokoju, z kolanami podciągniętymi do góry,
by chronić tę iskierkę nowego życia w moim brzuchu, i szlocham
spazmatycznie z twarzą ukrytą w dłoniach. Czuję się kompletnie
opuszczona.
Ale jedno jest pewne: moje życie jest teraz w Londynie. Nie ma mowy o powrocie do Szkocji.
LEXIE, 1978
Na szczęście, odkąd minęłyśmy Inverness, Daisy usnęła, przypięta pasami
w foteliku samochodowym. Wiem, że nie będzie łatwo położyć ją dziś do
łóżka, ale wolę mieć trochę spokoju na ostatnich kilometrach. Wyłączam
odtwarzacz, bo przez dwa dni podróży samochodem mam już serdecznie dość
składanki dziecięcych rymowanek i musicalowych przebojów z West Endu.
Tutaj radio nie odbiera, a więc na krętej drodze, prowadzącej nas w kierunku północno-zachodnim, pozostaję sama z szumem silnika i własnymi
myślami.
W miarę jak zbliżamy się do wybrzeża, poczucie lęku zagnieżdża się w moim brzuchu. Nie przyjechałam tu ani razu, odkąd kilkanaście lat temu
opuściłam Keeper's Cottage. Oczywiście mama odwiedzała mnie kilka razy w czasie mojej kariery i z tego, co mówiła, można było pomyśleć, że podróż
wagonem sypialnym była dla niej ważniejszym wydarzeniem, niż oglądanie
występów swojego jedynego dziecka w Oklahoma! i Carousel. Chyba
uważałam za pewnik, że ona zawsze tu będzie, w małym kamiennym domku na
brzegu Loch Ewe, jeśli kiedykolwiek zechcę wrócić. Ale tego nigdy nie
chciałam. Nie miałam nawet siły zorganizować nabożeństwa żałobnego w kościele po jej śmierci w szpitalu w Inverness. Łatwiej - i o wiele
praktyczniej - było pozostać przy prostej ceremonii pożegnalnej w miejskim krematorium. Wyczuwałam rozczarowanie i dezaprobatę garstki
mieszkańców wsi, którzy przyjechali, by oddać ostatni hołd Florze
Gordon, kiedy ściskali mi rękę i składali kondolencje w tamten
koszmarny, pusty dzień.
A teraz wracam, acz niechętnie, ponieważ wyczerpałam wszystkie
możliwości. Niestety, za późno. Mama odeszła. Nadal nie mogę pojąć
ostateczności tych słów. Jak sobie dam radę bez niej? We dwie
stanowiłyśmy drużynę. Gdy miałyśmy siebie, nie potrzebowałyśmy nikogo
więcej. To ona dodawała mi pewności siebie, zachęcała do wyjazdu i ubiegania się o przyjęcie do szkoły artystycznej. A potem pomogła mi się
spakować, gdy nadeszła pora. Wiedziałam, że chociaż dzielą nas setki
kilometrów, duchem zawsze była przy mnie, gdy wychodziłam na scenę.
Teraz jestem sama, z córeczką, o której za moimi plecami będą mówić
"dziecko bez ojca". Są oczywiście gorsze obelgi, i nie wątpię, że i z nimi przyjdzie mi się zmierzyć. Będą plotkować na ulicy i cmokać z dezaprobatą pod kościołem. Będą mówić, że historia lubi się powtarzać,
zresztą czego można się spodziewać po dziewczynie, która sama urodziła
się jako nieślubne dziecko i wyjechała włóczyć się po teatrach wielkiego
miasta. Przyznają, że miała głos, ale potem potrząsną głowami i dodadzą:
"I co dobrego jej z tego przyszło?".
Daisy wyrywa ze snu łoskot, gdy samochód przejeżdża przez kratę dla
bydła. Płacze przestraszona, bo widzi, że nadal jest przypięta do
fotelika, wierci się, usiłuje się wydostać, jeszcze chwila i wpadnie w prawdziwą histerię.
- Spokojnie, kochanie - mówię. - Już dojeżdżamy. Wpadniemy tylko do
sklepu po drobne sprawunki.
Kusi mnie, żeby przemknąć przez wieś, minąć słupki starej bramy do dawno
opuszczonej posiadłości Ardtuath, i pojechać prosto do Keeper's Cottage,
żeby jeszcze przez kilka godzin cieszyć się cennymi ostatnimi skrawkami
anonimowości. Ale tęsknię za filiżanką herbaty - i czymś mocniejszym.
Poza tym musimy kupić coś na kolację. W domu, który od miesięcy stoi
pusty, nie znajdę nic do jedzenia.
Jeśli mam być szczera, przeraża mnie myśl o otwarciu drzwi i przekroczeniu progu wyziębionych, ciemnych, milczących pokoi, zawsze tak
pełnych życia i światła. Przystanek na zakupy opóźni moment konfrontacji
z nagą prawdą, której tak długo starałam się unikać. Ze stratą.
Poczuciem winy. I bólem.
Zatrzymuję się przed sklepem i ciężko wzdycham, czując niemiły zapach
dochodzący od Daisy, która teraz wrzeszczy wniebogłosy.
- Przykro mi, skarbie, ale będziesz musiała poczekać jeszcze kilka
minut, aż dojedziemy do domu.
Sadzam ją sobie na biodrze, modląc się w duchu, żeby nikogo w sklepie
nie było. Pchnięciem otwieram drzwi, nad którymi rozlega się dzwonek,
zagłuszony przez Daisy, która o wiele skuteczniej oznajmia nasze
przybycie. Moja modlitwa, jak to zazwyczaj bywa, nie została wysłuchana.
Kilka osób odwraca głowy.
- Och, Lexie Gordon, to ty? W końcu przyjechałaś do Ardtuath!
Zawodzenie Daisy na moment ucichło, ponieważ musiała zaczerpnąć
powietrza, a więc powitanie rozbrzmiewa w nagłej ciszy. Uzmysławiam
sobie, że Alexandra Gordon, gwiazda estrady, której nazwisko ozdabiało
afisze na West Endzie, należy do przeszłości. Tutaj jestem - i na zawsze
pozostanę - Lexie.
- Doszłyśmy do wniosku, że to musi być ktoś przyjezdny, bo nie
rozpoznajemy samochodu. A tu, proszę, śliczna panienka, duma i radość
jej babci - niech odpoczywa w pokoju. - Bridie Macdonald rusza ku mnie,
potok jej słów omywa mnie jak fala. Kiedy w końcu milknie, by zaczerpnąć
tchu, odruchowo rozchyla nozdrza, bo dociera do niej intensywny zapach
wydostający się z pieluszki Daisy.
- Cześć, Bridie. - Kiwam głową w powitalnym geście do innych pań, widzę
rozmazane twarze kobiet stojących przy kasie, ale jestem zbyt zmęczona,
by rozpoznać konkretne osoby. Podrzucam Daisy na biodrze, sięgam po
koszyk i w ciasnych alejkach zaczynam szukać potrzebnych produktów.
Bridie podąża za mną krok w krok, zadając mnóstwo pytań i zagadując do
Daisy, która znów zaczyna wrzeszczeć.
Odpowiadam tak uprzejmie, jak potrafię.
- Tak, wróciłam... Tak, to trwało zbyt długo... Tak, obawiam się, że mała
nie wygląda zbyt atrakcyjnie po całym dniu spędzonym w samochodzie.
Zatrzymałam się tylko na chwilę, żeby kupić kilka drobiazgów, zaraz
pojedziemy do domu i ją przebiorę.
Wrzucam do koszyka herbatę i herbatniki, ale moje tempo spowalnia
wiercąca się Daisy, nagabywania Bridie oraz pęk siatek na krewetki na
bambusowych kijach, który przewracam, gdy usiłuję go ominąć, sięgając po
mleko.
- Nie, nie jestem pewna, jak długo zostanę... Nie, chwilowo nie mam
szczególnych planów... Nie, nadal nie śpiewam... Tak, będę musiała
uporządkować rzeczy po mamie... To bardzo uprzejma propozycja, ale chyba
poradzę sobie sama, dziękuję... Nie, jeszcze nie podjęłam decyzji o sprzedaży Keeper's Cottage.
Będąc na granicy desperacji, wkładam jeszcze kilka rzeczy do koszyka -
cztery zwiędłe marchewki, zeschniętego pora i butelkę toniku. Szukam
cytryn, ale jest tylko sok w plastikowych, jaskrawożółtych buteleczkach.
Nie ma również ziemniaków, a więc chwytam opakowanie purée i ponieważ
nie mam ochoty nic gotować, puszkę z gulaszem mięsno-cynaderkowym w cieście.
W końcu docieram do kasy. Grupka kobiet nie kwapi się do rozejścia;
zadowolone, że Bridie zadała mi te wszystkie pytania, wysłuchały z zainteresowaniem moich odpowiedzi. Ich osąd wisi nad moją głową jak
krogulec nad swoją ofiarą. Stawiam koszyk na ladzie i podnoszę nieco
wyżej moją przemoczoną, śmierdzącą córkę, żeby wygodniej ją podtrzymać;
szczęśliwie mała nareszcie ucichła. Ale gdy oglądam się przez ramię,
zdaję sobie sprawę, że to w wyniku jedzenia czekoladek, którymi karmi ją
Bridie, a których resztki lądują na plecach mojego zamszowego żakietu.
Kupiłam go w innych czasach, gdy miałam pieniądze, a mój tryb życia
pasował do tak luksusowego ubioru. Teraz go noszę, ponieważ nie stać
mnie na zakup czegoś bardziej praktycznego. Zdaję sobie jednak sprawę,
jak to musi wyglądać. Podobnie jak jego właścicielka, ten żakiet tu nie
pasuje.
Uśmiecham się do Morag za kasą. Grupa kobiet ocenia każdy produkt, który
Morag skanuje, a potem pakuje do kartonu ozdobionego logo, które mi
przypomina...
- Och, i poproszę butelkę dżinu.
Morag sięga do półki za swoimi plecami, a ja starannie unikam spojrzenia
innych kobiet. Ich niewypowiedziana ocena ciąży w powietrzu. Płacę, a potem posyłam wszystkim wyzywające spojrzenie.
- Cześć, Lexie - mówi młoda, jasnowłosa kobieta z wózkiem, z którego
nieskazitelnie ubrany bobas, niewiele starszy od Daisy, obserwuje tę
scenę szeroko otwartymi, niebieskimi oczami. Dopiero po chwili udaje mi
się ją rozpoznać.
- Elspeth? Cześć! Miło cię widzieć. Ty też masz malucha?
W szkole byłyśmy przyjaciółkami, ale gdy przeprowadziłam się na
południe, straciłyśmy ze sobą kontakt.
Przytakuje. Jednak nie nawiązuje rozmowy.
Pochylam się, żeby wziąć karton z zakupami, jednocześnie podtrzymując
Daisy na drugim ramieniu. Dziewczynka z zarumienionymi policzkami i rzęsami najeżonymi od niedawnych łez uśmiecha się błogo do Bridie,
Morag, Elspeth i pozostałych kobiet.
- Poczekaj, pomogę ci - proponuje Bridie.
Usiłuje wziąć ode mnie karton, ale kręcę głową. Jeśli zobaczy, że
samochód jest wypakowany po dach moim dobytkiem, wszystko stanie się
jasne: nie tylko, że nie radzę sobie z wychowaniem nieślubnego dziecka,
lecz że wracam do Ardtuath bezdomna, z podkulonym ogonem, że moja
kariera jest w strzępach, a ja przyjeżdżam kilka miesięcy za późno, by
zdążyć się zaopiekować moją biedną, porzuconą matką w ostatnich dniach
jej życia.
- Nie trzeba. Dam sobie radę. Gdybyś tylko mogła otworzyć mi drzwi?
Dzięki.
Gdy stawiam karton z zakupami na masce samochodu i grzebię w torebce w poszukiwaniu kluczyków, puszka z mięsem i cynaderkami w cieście
przewraca się i z brzękiem spada na asfalt. Za szybą sklepu kilka twarzy
odwraca się w naszym kierunku.
Otwieram drzwi auta i wpycham Daisy na fotelik. Nic dziwnego, że co sił
w płucach wyraża swoje oburzenie i młóci rękami w powietrzu, gdy bez
słowa zapinam jej pasy; obawiam się, że jeśli otworzę usta, nie
powstrzymam się przed siarczystym przekleństwem lub wybuchem płaczu.
Odwracam się, by podnieść puszkę. A tu stoi Elspeth, a jej dziecko
wpatruje się we mnie zagadkowo swoimi dużymi oczami.
- Proszę. - Podaje mi pogniecioną puszkę.
- Dziękuję. Niezbyt wyszukana kolacja, ale na dzisiaj musi wystarczyć. -
Moje zażenowanie i wstyd sprawia, że paplę byle co.
Elspeth kiwa głową i zerka za szyby samochodu; na pewno zauważa karton z kuchennym ekwipunkiem oraz lampę biurkową, oparte o szybę. Sprawia
wrażenie, jakby chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła. Wykręca
wózek.
- Do zobaczenia.
- Jasne! - Przez chwilę stoję jak głupia, patrząc, jak wiezie swoje
pachnące, starannie ubrane dziecko i skręca w bramę jednego z domów z widokiem na port, a potem, zręcznie manewrując wózkiem, przekracza
pomalowane na żółto drzwi frontowe.
Wreszcie rozluźniam sztywne kończyny i z trudem sadowię się za
kierownicą. Biorę głęboki oddech i przekręcam kluczyk w stacyjce.
- No dobra, Daisy - odzywam się możliwie radosnym głosem, mając
nadzieję, że nie usłyszy w nim drżenia. - Dotarłyśmy do Keeper's
Cottage.
*
Następnego ranka budzi mnie odgłos pukania. Byłyśmy na nogach aż do
późnych godzin nocnych, ale w końcu, nim świt zabarwił na różowo niebo
nad wzgórzami, wykończone zapadłyśmy w głęboki sen.
Niespokojną noc w znacznej mierze zawdzięczamy Daisy, która nie chciała
zasnąć w cichych i nieznajomych ciemnościach: była przyzwyczajona do
szumu ruchu ulicznego w tle, do blasku świateł miasta, rozrzedzających
czerń nieba do barwy rozwodnionego soku owocowego, i do łóżeczka we
własnej sypialni. Zanim przebrałam ją i nakarmiłam, zanim nagrzałam dość
wody na płytką kąpiel, zanim przygotowałam ją do snu, była już całkiem
rozbudzona, ciesząc się nowym otoczeniem maleńkiego domku, wypełnionego
rzeczami mojej matki. Aby powstrzymać Daisy przed sianiem zniszczenia
wśród ozdób i fotografii zgromadzonych w salonie, musiałam wziąć ją na
ręce, po czym usiłowałam otworzyć pogniecioną puszkę.
Po kilku minutach mocowania się ze starodawnym otwieraczem oraz
powyginaną blachą, która zawierała moją kolację, skaleczyłam się w palec
tak niefortunnie, że krew była wszędzie. Dałam za wygraną. Owinęłam
palec papierem toaletowym, wyłączyłam piekarnik i zamiast kolacji,
nalałam sobie dżin z tonikiem. Następnie zaniosłam Daisy do sypialni i posłałam łóżko, co z moją zranioną ręką nie było łatwym zadaniem. Ktoś
musiał tu być, ponieważ pościel była zdjęta, uprana i starannie ułożona
w szafce na bieliznę.
Wiedziałam, że na strychu jest stare drewniane łóżeczko, w którym w dzieciństwie spałam obok mamy w tym samym pokoju, ale teraz nie miałam
siły przytargać drabiny z komórki, poszukać łóżeczka, znieść je na dół i złożyć. A więc umościłam Daisy w gniazdku zrobionym z koców i zwinęłam
się na łóżku obok niej. Cóż, wybiła mi sen z głowy. Po długim i nużącym
dniu w samochodzie, teraz czysta, zadowolona i najedzona, stała się
swawolną kobietką, gotową do psot i zabawy. Pomimo zniecierpliwienia nie
mogłam powstrzymać śmiechu, gdy przewracała się ciągle na łóżku,
owijając nas prześcieradłami.
Próbowałam cicho śpiewać, jednak dźwięk łamiącego się głosu przyprawił
mnie o łzy, a więc przestałam. Z torby z zabawkami wyciągnęłam jej
ulubionego niebieskiego króliczka i książeczkę z obrazkami. Ale ona
miała ochotę raczej na gimnastykę; by ją zmęczyć, podrzucałam ją na
brzuchu, a jej małe nóżki pracowały jak tłoki. Po półgodzinie ramiona
mnie bolały prawie tak samo jak głowa. Dżin nie był dobrym pomysłem,
stwierdziłam; wzięłam Daisy oraz w połowie pełną szklankę i wróciłam do
kuchni. Postawiłam szklankę na stole obok butelki, a potem powędrowałam
do salonu, by wyjrzeć przez okno.
Przez nieszczelne futryny wsączał się chłód, a więc owinęłam Daisy
kocykiem, który mama zrobiła dla niej na drutach, gdy się urodziła; miał
muszelkowy ścieg tak subtelny jak najdelikatniejsza koronka. Gdy
głaskałam córeczkę po plecach, starając się ją uśpić, czułam pod palcami
miękkość białej wełny. Przez chwilę znów przytłoczył mnie obraz mamy
siedzącej przed kominkiem i szybko poruszającej drutami, z taką samą
cienką włóczką na kolanach. Potrząsnęłam głową i zamrugałam, wstrzymując
łzy, zbyt zmęczona, by znów dać im upust.
Księżyc wstawał za domem, rzucając światło na jezioro. Był przypływ,
słyszałam, jak woda delikatnie ociera się o piasek po drugiej stronie
drogi. Nieświadoma mojego sentymentalnego nastroju Daisy gruchała i gaworzyła, pokazując palcem przez okno i na swój sposób nazywając każdy
nowy widok.
- To - powtarzała. - To...
Ciszę nocy przerywał od czasu do czasu krzyk kulika dochodzący z nabrzeża. Gdy przemawiałam cicho do mojej córeczki, całując ją po świeżo
umytych włosach i huśtając delikatnie na ramieniu, odgłos uruchomionego
na wodzie silnika sprawił, że obydwie podniosłyśmy wzrok. Mała rybacka
łódź prześlizgnęła się przez snop księżyca i pozostawiała za sobą wstęgę
gwiazd tańczących na wodzie, tam, gdzie śmigło wytworzyło fosforyzujące
rozbłyski światła.
- To - powiedziała z naciskiem Daisy.
- Wiem, to jest piękne, prawda? - potwierdziłam. - Łódka.
- Ut-ka - powtórzyła Daisy, a ja się roześmiałam.
- Mądra dziewczynka.
Patrzyłyśmy, aż światła na wodzie zakończyły swój taniec, po czym znów
zapadła cisza.
- Chodźmy, kochanie - powiedziałam. - Czas spać.
Mała miała jednak inne pomysły.
O drugiej nad ranem obydwie byłyśmy już wyczerpane płaczem. Dopiero gdy
Daisy wreszcie usnęła, wytarłam oczy rąbkiem poszewki, zwinęłam się obok
niej, przykryłam nas kocem i w końcu pogrążyłam się w zapomnieniu...
*
Pukanie do drzwi, które mnie budzi, jest początkowo stłumione przez sen,
z którego głębin powoli się wynurzam; unoszę się ku powierzchni i światłu dnia, gdy hałas nie ustaje, ciągnąc mnie w górę.
Ostrożnie, by nie obudzić Daisy, wyplątuję się z koców i wkładam
szlafrok, który wisi na drzwiach sypialni. Z rozmachem otwieram drzwi
wejściowe, gotowa do konfrontacji z nietaktowną osobą, robiącą rumor o tak nieludzkiej godzinie.
Słowa zamierają mi na ustach na widok mężczyzny z potarganymi przez
wiatr włosami, którego sylwetka rysuje się na tle stalowoszarych wód
jeziora.
Oszołomiona przeciągam dłonią po rozczochranych włosach i zaciskam pasek
szlafroka wokół talii.
- W czym mogę pomóc? - Chociaż mężczyzna obdarza mnie ciepłym uśmiechem,
mój głos brzmi lodowato.
- Cześć, Lexie. Jestem Davy Laverock - milknie, jakby uważał, że jego
nazwisko powinno dla mnie coś znaczyć. Zapada niezręczna cisza, a ja
wytężam umysł. Nie. Nic. Oprócz tego, że laverock to szkockie słowo,
którego mama używała na określenie skowronków gniazdujących na wzgórzach
nad jeziorem. Wpatruję się w niego beznamiętnie.
Odwraca wzrok, uśmiech mu przygasa, po czym podaje mi reklamówkę.
- Bridie powiedziała, żebym ci to przyniósł.
Biorę od niego torbę i zaglądam do środka. Jest ciężka od homarców,
przypominających langustynki pękatych homarów, które rybacy często łapią
w swoje klatki. Do ust napływa mi ślinka na widok plątaniny koralowych
skorup: nie ma na nie rynkowego popytu, ale są przepyszne gotowane w wodzie z jeziora i podane z majonezem i masłem czosnkowym. Ciężka praca
związana z wydobywaniem mięsa z ich pancernych ogonów jest warta
złamania paznokcia albo nawet dwóch.
- Dziękuję - mówię. - Podziękuj też Bridie.
- Powiedziała, że właśnie wróciłaś. Pomyślałem, że ci się przydadzą.
Zakłopotani stoimy naprzeciwko siebie. Badawczo mu się przyglądam,
szukając jakichś wskazówek, które pomogłyby mi go umiejscowić. Ma
otwarty, pogodny wyraz twarzy człowieka całkowicie zrelaksowanego,
szaroniebieskie oczy i ogorzałą twarz. Z pewnością jest tutejszy i bierze za pewnik, że będę wiedziała, kim jest, ponieważ tu wszyscy się
znają.
- Przykro mi z powodu twojej mamy - odzywa się w końcu. - Czy w domu
wszystko w porządku? Wiem, że Bridie zaglądała tu parę razy. Ale jeśli
będziesz potrzebowała pomocy, daj znać. - Zerka gdzieś w przestrzeń
ponad moją głowę. Na moment wyraz jego twarzy się zmienia, a ja
wyczuwam, że jego uwagę przykuło coś za moimi plecami. Oglądam się za
siebie i zdaję sobie sprawę, że to butelka dżinu, stojąca obok na wpół
opróżnionej szklanki. Wiem, co sobie pomyślał. I to o tej porze dnia.
Potem spoglądam na zegar kuchenny i zdaję sobie sprawę, że jest później,
niż sądziłam - prawie dziesiąta. Mimo wszystko...
Patrzę na niego wyzywająco.
- To nie tak, jak sądzisz. Mniej więcej tyle wypiłam do wczorajszej
kolacji.
Wzrusza ramionami.
- Nikogo nie osądzam.
Już to widzę! Nie minie pół godziny, jak podzieli się tym łakomym
kąskiem z Bridie.
- W każdym razie smacznego. Jeśli chciałabyś więcej, zostaw wiadomość na
pomoście. Wypływam na połów prawie codziennie.
Trochę mięknę, bo zdaję sobie sprawę, że byłam nieuprzejma.
- Naprawdę bardzo dziękuję. Na pewno będą mi smakowały.
- Nie ma sprawy. A więc do zobaczenia.
Obserwuję, jak pogwizdując pod nosem jakąś melodię, zamaszystym krokiem
zmierza do land rovera zaparkowanego przy drodze. Ma typowe dla rybaka
szerokie ramiona i kołyszący chód. Rozpoznaję tę piosenkę, mama często
ją śpiewała. Wsiada i uruchamia silnik, rzucając przelotne spojrzenie w kierunku domku. Macha mi ręką na pożegnanie i odjeżdża.
Wylewam do zlewu nędzne resztki wczorajszego drinka, a butelkę chowam do
szafki. Gdy wkładam torbę z homarcami do lodówki, łapię się na tym, że
nucę piosenkę, którą pogwizdywał, a która teraz krąży natrętnie po mojej
głowie. Nawet podśpiewuję kilka słów refrenu Will ye gang love... ale
głos załamuje mi się z emocji.
Jakieś obrazy majaczą w głębi mojej pamięci. Może w szaroniebieskich
oczach tego mężczyzny było coś znajomego, ale nadal nie potrafię sobie
przypomnieć, gdzie go wcześniej widziałam.
Sięgam po mgliste wspomnienia, ale one wymykają mi się, śliskie jak
ryby.
Nalewam wodę do czajnika i stawiam na kuchence, żeby się zagotowała.
Kiedy zdejmuję stary, brązowy dzbanek z półki, zalewa mnie zatykająca
dech fala smutku. Głos mamy zdaje się rozbrzmiewać w kuchni wokół mnie,
śpiewa tę samą piosenkę, a ja przytulam dzbanek do serca.
Oh dig my grave both lang and deep
Put a bunch o'roses at my head and feet
And in the middle a turtle dove,
Let the people ken that I died o'love...3
Zawsze miała w pogotowiu zaparzoną herbatę, zawsze przynosiła mi
filiżankę, czy chciałam, czy nie. Ale widok starego dzbanka uświadamia
mi, że nie chodziło tylko o herbatę. Były to znaki przestankowe, które
pomagały nadać sens naszej wspólnej historii - małe pauzy i łączniki,
które uważałam za oczywiste. Te filiżanki herbaty były jednym ze
sposobów, w jaki okazywała mi swoją miłość kilka razy dziennie.
Ze słowami piosenki wciąż dźwięczącymi mi w głowie przechodzę do salonu
i zdejmuję z kominka zdjęcie mojego ojca. Jego ciemne oczy są
niezgłębione, ukryte w cieniu na fotografii - jedynej, jaką mam. Nazywał
się Alec Mackenzie-Grant, służył w marynarce wojennej i zmarł przed moim
narodzeniem. Niewiele więcej o nim wiem. Kiedy namawiałam mamę, żeby mi
o nim opowiedziała, zawsze mówiła o jego dobroci, o tym, jak ją kochał i jak kochałby mnie, gdyby mnie znał. Ale kiedy naciskałam, żeby
opowiedziała mi więcej, kiedy pytałam ją o jego rodziców, moich
dziadków, i o jego życie jako syna właścicieli ziemskich, mieszkającego
w wielkim domu, odpowiadała wymijająco. Zawsze zmieniała temat, mówiąc:
"Czy opowiadałam ci o tym, jak Alec i twój wujek Ruaridh wypłynęli na
połów makreli i zobaczyli rekina olbrzymiego?". I chociaż słyszałem tę
historię setki razy, pozwalałam jej kontynuować.
Dopiero gdy podrosłam, zrozumiałam, jakie to musiało być dla niej
trudne, gdy myślała o życiu, które mogła wieść jako pani Ardtuath House,
i być może żałowała, że nie mogła mi takiego życia zapewnić. Nauczyłam
się więc nie zadawać pytań, które tak smutno ją nastrajały. Zawsze
jednak myślałam o moim tacie - kim naprawdę był i dlaczego mama
niechętnie mówiła o jego rodzinie. Jej opowieści dotyczyły czasów
niewinnego dzieciństwa, któremu kres ostatecznie położyła wojna. To
zrozumiałe, że chodziło o rzeczy, przed którymi chciała mnie chronić,
sprawy, o których chciała zapomnieć. Jednak teraz żałuję, że na nią nie
naciskałam. Żałuję, że nie poznałam ich historii. Żałuję, bo to jest
część mojej przeszłości, którą bezpowrotnie straciłam.
Odstawiam zdjęcie ojca na miejsce, obok zdjęcia mamy. Nie mam nawet ich
wspólnej fotografii, a ta myśl zasmuca mnie jeszcze bardziej.
Czajnik gwiżdże, gdyż woda zaczyna wrzeć, i przywołuje mnie z powrotem
do rzeczywistości, a ja rękawem szlafroka ocieram łzę. Wracam do kuchni,
rozgrzewam dzbanek, wrzucam łyżeczkę liści z ozdobnej puszki stojącej na
blacie i czekam, aż się zaparzą. Porządny dzbanek herbaty, taki zawsze
parzyła moja mama Flora.
Nagle słyszę, że Daisy się wierci, więc pędzę, by podnieść ją z łóżka i sprawić, żeby z uśmiechem zaczęła dzień.
FLORA, 1939
Flora Gordon dosypała torfu do pieca i nastawiła czajnik. O brzasku wody
jeziora z wolna przybierały perłowoszary odcień. Za chwilę z porannego
obrządku zwierząt wróci do domu jej ojciec i będzie potrzebował
śniadania i kubka rozgrzewającej herbaty.
Usłyszała na ścieżce jego ciężkie kroki, którym towarzyszył lżejszy
tupot łap Braana. Czarny labrador zawsze mu towarzyszył, nieważne, czy
ojciec doglądał koni na pastwisku, czy psów w psiarni za stajnią, a także na wzgórzach, gdzie bacznie obserwował ptactwo i zwierzynę łowną,
za które jako leśniczy w posiadłości Ardtuath był odpowiedzialny.
Nuciła pod nosem jakąś melodię, a czajnik wtórował jej, pomrukując i gwiżdżąc. Postawiła na ogniu garnek z owsianką, która parzyła się przez
noc; dodała szczyptę soli i dobrze wymieszała. Następnie ogrzała brązowy
dzbanek do herbaty, wsypała liście z pojemnika, jej ruchy były szybkie i zręczne, świadczące o wielkiej wprawie.
Braan wpadł do kuchni, merdając ogonem; poczekał na powitalną
pieszczotę, po czym zatopił pysk w blaszanej misce z własnym śniadaniem.
- W porządku, tato? - spytała, choć spodziewała się, że odpowiedzią
będzie jak zwykle milczące skinienie głową, gdy siadał u szczytu stołu i wyciągał stopy w grubych wełnianych skarpetach w stronę ciepłej kuchni.
Jednak tego ranka podszedł do okna i patrzył na jezioro.
- Wygląda na to, że mamy gości - powiedział, gestem głowy wskazując
widok za szybą.
Flora wytarła ręce ścierką wiszącą obok kuchenki i stanęła obok ojca.
W ciszy wczesnego świtu na horyzoncie pojawił się sznur okrętów. Wielkie
szare kadłuby sunęły powoli, ale z siłą, która z łatwością rozcinała
fale. Powietrze wokół zdawało się wibrować i niepokoiło ptaki morskie,
które krążyły nad nimi. Naliczyła pięć jednostek. Wydawało się, że
wynurzyły się z wód jeziora niczym lewiatany obudzone ze snu po
ogłoszeniu, zaledwie dziesięć dni temu, że Wielka Brytania jest w stanie
wojny z Niemcami.
Ojciec wziął z parapetu lornetkę i chwilę przypatrywał się statkom.
Potem podał lornetkę Florze. Okręty były najeżone działami armatnimi i antenami, a gdy podpłynęły bliżej, słyszała warkot ich silników.
- To chyba Home Fleet4 - powiedział ojciec.
Flora zadrżała z podniecenia i strachu.
- Ale co one tu robią? Wojna toczy się daleko stąd.
Ojciec spojrzał na nią bystro spod gęstej, siwej czupryny.
- Tak było, dziewczyno. Ale już nie jest.
- Jak myślisz, Ruaridh może być na którymś z nich? - Serce Flory zabiło
szybciej na tę myśl. Jej brat wstąpił do Royal Navy dwa lata temu, a ona
bardzo za nim tęskniła. Jak wielu chłopców, którzy dorastali na
wybrzeżu, na wodzie czuł się równie dobrze, jak na wzgórzach.
- Wątpię. W ostatnim liście pisał, że jest w Portsmouth, przydzielony do
niszczycieli. Są mniejsze od tych pancerników. Do tej pory mógł zostać
wysłany wszędzie.
Patrzyli, jak czołowy statek powoli manewruje i zarzuca kotwicę z grzechotem łańcuchów słyszalnym nawet z tej odległości. Flora oddała
lornetkę ojcu.
- Co oni robią w Loch Ewe?
Wzruszył ramionami.
- Wiem tyle samo co ty. Na pewno wkrótce się dowiemy.
Odwrócił się od okna, ale dopiero po chwili pochwyciła jego spojrzenie.
Mimo że stał wyprostowany jak zawsze i zachowywał spokój, wiedziała, że
wojna napawała go przerażeniem. Bał się, co to może oznaczać dla jego
syna gdzieś daleko na morzu, a teraz przybycie okrętów wojennych na
spokojne wody fiordu przy Keeper's Cottage sprowadziło strach prosto pod
ich drzwi. Obecność tego wysokiego, sprawnego mężczyzny, tak swobodnie
poruszającego się po wzgórzach - człowieka, któremu dziedzic powierzył
nadzór nad posiadłością Ardtuath Estate i który cieszył się ogromnym
szacunkiem wśród społeczności zamieszkującej okolice tej morskiej zatoki
- zawsze dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Jednakże ten przebłysk
strachu w oczach ojca sprawił, że poczuła, jakby w ziemi pod jej stopami
zrobiła się wyrwa, co naruszyło równowagę ich życia.
Braan, wyczuwszy niepokój pani, wcisnął nos w dłoń Flory, żeby dodać jej
otuchy. Flora odwróciła się od okna i wlała owsiankę do przygotowanych
miseczek.
*
Na poczcie panował tłok, na małej przestrzeni wiła się spora kolejka.
Wyglądało na to, że połowa wioski miała dziś rano albo list do wysłania,
albo odczuła nagłą potrzebę zakupu koperty i znaczka, a może dwóch.
Flora stanęła w kolejce, ale nikomu zanadto się nie spieszyło, by
dotrzeć do okienka, obsługiwanego przez pannę Cameron, kierowniczkę
poczty. Zamiast tego słychać było szum rozmów, które kręciły się wokół
przybycia Home Fleet na ich brzeg.
- Ten duży okręt pośrodku to HMS "Nelson", a na pokładzie jest pan
Churchill. - Pani Carmichael była nieocenionym źródłem wiedzy
wszelakiej, nie tylko tej bezpośrednio związanej z jej rolą
przewodniczącej lokalnego oddziału Scottish Women's Rural
Institute5. A ponieważ trzej jej synowie zaciągnęli się do
szkockiego pułku piechoty Argyll and Suntherland Highlanders,
powszechnie uznawano, że ma prawo wypowiadać się także na tematy
wojskowe. Teraz, gdy jej mąż, Archibald Carmichael, objął stanowisko
strażnika obrony przeciwlotniczej, jej źródło informacji o sytuacji
lokalnej nie miało sobie równych.
- Co oni tu robią, w Loch Ewe? - spytała Bridie Macdonald, która
znalazła się na czele kolejki i właśnie naklejała znaczki. Podała listy
gotowe do wysłania pannie Cameron. - I dziesięć deko dropsów, poproszę.
Poczmistrzyni zdjęła z półki wysoki słoik ze słodyczami, odważyła
odpowiednią ilość, a następnie przesypała miętówki z szalki do białej,
papierowej torebki, którą zakręciła na rogach.
- Proszę. - Odliczyła monety, które podała jej Bridie.
- Archie mówi, że to ściśle tajne - odparła pani Carmichael.
- Prawdopodobnie szukają miejsca na bazę dla Home Fleet, żeby nas bronić
w razie inwazji U-Bootów z północy.
- Cicho, Bridie, wiesz, jak to mówią... nieostrożna rozmowa może kosztować
życie.
Bridie już miała na końcu języka uwagę, że pani Carmichael właśnie
oznajmiła wszystkim niemieckim agentom, którzy przypadkiem stali w kolejce po znaczki i słodycze, że Pierwszy Lord Admiralicji gości na
pokładzie jednego z tych okrętów, ale zreflektowała się i zamiast tego
włożyła do ust cukierek. Pani Carmichael z postury i temperamentu jako
żywo przypominała pancernik, a Bridie ani nie miała dość odwagi, ani nie
była tak głupia, żeby się jej narażać.
- Zamiast stać tu i plotkować, możesz przyjść po południu do Rural i nam
pomóc. Robimy na drutach szale dla naszych chłopców na froncie i potrzebujemy każdej pary rąk do pomocy. Mogę na ciebie liczyć? I na
ciebie też, Floro?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki