p

Sekret skowronka - Fiona Valpy

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (23,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LEXIE, 1980

To jeden z tych dni u progu lata, kiedy niebo i morze oblewa sło­neczny blask. Takie dni zda­rzają się w High­lands, na szkoc­kich wyży­nach, tak rzadko, że przy­ku­wają uwagę i prze­cho­wuje się je w pamięci niczym tali­zmany na dłu­gie zimowe ciem­no­ści.

Zapi­nam Daisy kurtkę i nacią­gam na jej loczki weł­nianą czapkę z pom­po­nem. Słońce przy­grzewa, ale wiatr cią­gnący od wzgórz ponad domem szczy­pie w nos i mrozi uszy, aż sinieją z zimna. Potem przy­pi­nam małą do nosi­dełka i zarzu­cam je sobie na plecy. Chi­cho­cze, zachwy­cona, że zna­la­zła się tak wysoko, wsuwa palce w moje włosy i ruszamy ścieżką.

Wspi­nam się mozol­nie, pozo­sta­wia­jąc za sobą wody Loch Ewe, oddy­cham coraz cię­żej, bo ścieżka bie­gnie stromo w górę, wijąc się pośród sosen wzdłuż potoku, który szumi i bul­go­cze bez­tro­sko, spły­wa­jąc w dół zbo­cza. W końcu wyła­niamy się z cie­nia pod drze­wami na oblany słoń­cem pła­sko­wyż. Palą mnie mię­śnie łydek, zatrzy­muję się na chwilę, opie­ram ręce na bio­drach i biorę kilka głęb­szych łyków powie­trza, które wydaje się tak czy­ste i zimne jak woda w stru­mie­niu. Odwra­cam się i patrzę na drogę, którą prze­by­łam. Pobie­lone kamienne domki, roz­siane tu i ówdzie wzdłuż zatoki mor­skiej, są cią­gle widoczne, ale jesz­cze kilka kro­ków i znikną nam z oczu, gdy pokryte wrzo­sami ramiona wzgórz wezmą nas w swoje obję­cia.

Na skraju ścieżki ukryte w zaro­ślach jarzę­bin i brzóz pier­wiosnki wysta­wiają twa­rzyczki do słońca, w prze­ci­wień­stwie do nie­śmia­łych fioł­ków, które usi­łują scho­wać swoje. Podej­ście jest już łagod­niej­sze. Pod­czas drogi pod­śpie­wu­jemy z Daisy, a nasze głosy uno­szą się w prze­zro­czy­stym powie­trzu.

And we'll all go toge­ther To pull wild moun­tain thyme All aro­und the blo­oming heather, Will ye go, las­sie, go?...1

Tro­chę wyżej, gdy koń­czy nam się reper­tuar pio­se­nek, z kępy kwit­ną­cego na żółto janowca pod­rywa się skow­ro­nek i wzbija w niebo jak minia­tu­rowa rakieta. Śpiew nie­sie się w ciszy, każda nuta przy­po­mina perełkę dźwięku nani­zaną na nitkę naszyj­nika. Stoję nie­ru­chomo, wstrzy­mu­jemy z Daisy odde­chy, wsłu­chane w trele skow­ronka, aż pta­szek staje się odle­głym punk­ci­kiem na nie­bie, a jego śpiew porywa wiatr.

Dróżka robi się wąska, jest zaro­śnięta trawą, na pewno lepiej sobie na niej radzą kopyta owiec czy jeleni niż pode­szwy tra­per­skich butów. Skrę­camy i oto naszym oczom uka­zuje się małe gór­skie jeziorko, ukryte w zagłę­bie­niu zbo­cza. Daisy na ten widok śmieje się i macha z zachwy­tem rękami. Dzi­siaj wody jeziorka są ledwo widoczne. Jak w magicz­nej meta­mor­fo­zie poczer­niałą od torfu głę­bię zasła­niają białe lilie wodne, które zachę­cone cie­płem słońca roz­chy­liły swoje płatki.

Zdej­muję nosi­dełko z ramion i opie­ram je o omszałe resztki kamien­nej ściany sta­rego sza­łasu; przez chwilę roz­cie­ram bolące miej­sca po wży­na­ją­cych się paskach, po czym roz­pi­nam klamry i wyj­muję Daisy. Natych­miast wyrywa się do przodu na swo­ich krzep­kich nóż­kach, jej czer­wone kalo­sze grzę­zną w mięk­kim pod­łożu; chwy­tam ją, przy­tu­lam i zata­piam twarz w cie­ple jej szyi.

- Och nie, tak nie wolno, moja prędka panno! Woda może być nie­bez­pieczna, pamię­tasz? Daj rączkę, podej­dziemy i popa­trzymy razem.

Powoli zbli­żamy się do kra­wę­dzi wody, spo­glą­damy pomię­dzy trzciny i pożół­kłe sza­bla­ste liście; na wil­got­nej ziemi widać ślady wydry, wyraźne bruzdy w bło­cie po cięż­kim ogo­nie i odci­ski ostrych pazu­rów.

Skoń­czyw­szy bada­nie brzegu, sado­wimy się na mojej kurtce w nie­wiel­kim, poro­śnię­tym mchem zagłę­bie­niu, osło­nię­tym przed wia­trem przez szczy­tową ścianę sza­łasu. Dach sta­rej chaty - kie­dyś może zamiesz­ka­nej albo będą­cej let­nim sza­ła­sem paster­skim - cał­ko­wi­cie się zapadł, pozo­stała roz­sy­pu­jąca się sko­rupa ścian i poczer­niałe miej­sce po pale­ni­sku. Daisy bawi się, robi fili­żankę i spodek z lilii wod­nej, którą dla niej zerwa­łam, i mru­cząc pod nosem, nalewa mi wyima­gi­no­waną her­batę, a ja z wyso­ko­ści wzgó­rza oglą­dam roz­cią­ga­jące się przed nami wody wiel­kiego jeziora. Świa­tło muska jego powierzch­nię, jakby ktoś pusz­czał kaczki, roz­pra­sza się na wodzie i razi w oczy, które przy­wy­kły do sza­ro­ści zimo­wych dni.

To chyba też sztuczka świa­tła, ponie­waż przez chwilę wydaje mi się, że widzę syl­wetki wiel­kich stat­ków. Może to duchy, cie­nie pozo­stałe po latach, gdy ta mor­ska zatoka była taj­nym kotwi­co­wi­skiem. Mru­gam i cie­nie zni­kają, widzę tylko wodę i wyspę, a za nimi otwarte morze.

Tar­czę słońca zasnuwa chmura i gdy świa­tło na chwilę gaśnie, nagle uświa­da­miam sobie, jak głę­bo­kie i ciemne są wody jeziorka, ukryte pod kaska­dami lilii. Ze szczytu wzgó­rza w mil­cze­niu przy­pa­truje nam się jeleń szla­chetny; uska­kuje, gdy pod­no­szę wzrok. A potem cie­ni­sta chmura prze­suwa się i wraca słońce. Z pobli­skiego stoku znów docho­dzi pieśń skow­ronka. Szkoda, że nie ma w niej słów i pta­szek nie może opo­wie­dzieć mi wszyst­kiego, co wie.

Ponie­waż to miej­sce - ukryte nad morzem wśród wzgórz - zna wiele tajem­nic. Tutaj wszystko się zaczęło i wszystko się skoń­czyło. A jedy­nymi świad­kami roz­gry­wa­ją­cych się wyda­rzeń były skow­ronki i jele­nie.

LEXIE, 1977

Pospiesz­nie idę ulicą, prze­ci­ska­jąc się przez tłum. Zegar na Pic­ca­dilly Cir­cus poka­zuje to, co już wiem: jestem spóź­niona. Dzi­siej­sze prze­słu­cha­nie jest moją wielką szansą - szansą na główną rolę kobiecą w przed­sta­wie­niu na West Endzie. W pośpie­chu zaha­czam czub­kiem buta o nie­równą płytę chod­ni­kową, poty­kam się i rap­tow­nie wcią­ga­jąc powie­trze z powodu bólu, opie­ram się na jakimś prze­chod­niu.

- Prze­pra­szam - szep­czę, ale on nawet nie unosi głowy, by nawią­zać kon­takt czy przy­jąć prze­pro­siny; oby­dwoje pędzimy przed sie­bie, pochło­nięci wła­snymi spra­wami.

Zdą­ży­łam się już do tego przy­zwy­czaić, do ano­ni­mo­wo­ści mia­sta, cho­ciaż na początku, wiele lat temu, prze­pro­wadzka do Lon­dynu sta­no­wiła dla mnie trudne wyzwa­nie. Tak bar­dzo tęsk­ni­łam za Keeper's Cot­tage, że czu­łam wręcz fizyczny ból. A jesz­cze bar­dziej tęsk­ni­łam za matką, moją przy­ja­ciółką, powier­nicą, moim naj­więk­szym wspar­ciem; czę­sto o niej myśla­łam, samej w małym pobie­lo­nym domku nad jezio­rem. Mia­sto było pełne ludzi, świa­teł i ulicz­nego zgiełku. Nawet her­bata nie sma­ko­wała tak jak w domu w High­lands, ponie­waż czaj­nik w kuchni w moim miesz­ka­niu pokry­wał szary kamień, który zabar­wiał wodę, gdy się goto­wała.

Jed­no­cze­śnie jakaś cząstka mnie cie­szyła się, że opu­ści­łam Ard­tu­ath. Ano­ni­mo­wość mia­sta spra­wiała mi przy­jem­ność po życiu w klau­stro­fo­bicz­nej atmos­fe­rze maleń­kiej spo­łecz­no­ści, gdzie wszy­scy o sobie wszystko wie­dzieli i nie mieli opo­rów przed dzie­le­niem się plot­kami o swo­ich sąsia­dach. Nowe życie dawało mi wol­ność, któ­rej nie zazna­łam w domu, i byłam zde­ter­mi­no­wana podą­żać ku świe­tla­nej przy­szło­ści, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Wkrótce zaprzy­jaź­ni­łam się z kil­koma oso­bami ze szkoły arty­stycz­nej, któ­rej zosta­łam sty­pen­dystką, i z wolna zaczę­łam się przy­zwy­cza­jać do nowego oto­cze­nia. Dłu­gie godziny wyczer­pu­ją­cych lek­cji - tańca, śpiewu, aktor­stwa - oraz pod­niety wiel­ko­miej­skiego życia szybko zastą­piły moją dawną rze­czy­wi­stość nową, z pozoru o wiele bar­dziej efek­towną.

Cóż, ta rze­czy­wi­stość wcale nie była aż tak wspa­niała. Z bli­ska kostiumy czy maki­jaż tra­ciły swój olśnie­wa­jący w świa­tłach rampy blask i uka­zy­wały pro­wi­zorkę i tan­det­ność. Prze­bie­ra­ły­śmy się w zatło­czo­nych gar­de­ro­bach, gdzie wszystko pokry­wała cienka war­stwa pudru uży­wa­nego do wykoń­cze­nia maki­jażu, i rywa­li­zo­wa­ły­śmy ze sobą o tro­chę prze­strzeni przed lustrem wśród czę­ści odzieży, kre­dek do oczu i spi­nek do wło­sów. Powie­trze było cięż­kie od zapa­chu potu, stę­chłych per­fum i wil­got­nej sadzy, przy­no­szo­nej na ubra­niach z lon­dyń­skich ulic Od czasu do czasu war­cza­ły­śmy na sie­bie, drob­nymi wybu­chami pokry­wa­jąc tremę przed przed­sta­wie­niem. Ale o niej się zapo­mi­nało wraz z gwał­tow­nym przy­pły­wem adre­na­liny na dzwo­nek pięć minut przed wystę­pem.

Stop­niowo przy­zwy­cza­ja­łam się do prze­mie­rza­nia pie­szo kilo­me­trów ulic w nie­świe­żym powie­trzu, wypeł­nio­nym odde­chami sied­miu milio­nów ludzi, pod nie­bem pocię­tym na brudne, szare pro­sto­kąty, miga­jące tu i tam pomię­dzy budyn­kami. Nie było to niebo znad Loch Ewe, które cią­gnie się nie­prze­rwa­nie od wzgórz po hory­zont. Przy­zwy­cza­iłam się też do lon­dyń­skiej pogody. A wła­ści­wie jej mono­to­nii. Pory roku w mie­ście wyzna­czały raczej nowe odsłony wystaw skle­po­wych niż praw­dziwe odmiany aury: nawet w środku zimy mia­sto zda­wało się grzać wła­snym cie­płem, które uno­siło się z wil­got­nych chod­ni­ków i pro­mie­nio­wało z cegla­nych ścian domów. Na początku tęsk­ni­łam za poczu­ciem dzi­ko­ści, jakie daje szkocka pogoda, za nie­skrę­po­waną siłą atlan­tyc­kiej wichury, za zapie­ra­ją­cym dech w pier­siach chło­dem czy­stego, mroź­nego poranka i za pierw­szym ulot­nym cie­płem wio­sen­nego dnia. Szybko jed­nak wci­snę­łam w głąb szu­flady w komo­dzie ręcz­nie robione weł­niane swe­try i zastą­pi­łam je obci­ska­ją­cymi baweł­nia­nymi topami oraz zwiew­nymi bluz­kami z muślinu, jakie nosiły inne stu­dentki. Taki strój bar­dziej paso­wał do warun­ków panu­ją­cych w salach prze­słu­chań i zwięk­szał szanse na przy­cią­gnię­cie uwagi agenta lub pro­du­centa. Nauczy­łam się też pić kawę zamiast her­baty, pomimo że fili­żanka tego napoju kosz­to­wała wię­cej niż cały słoik roz­pusz­czal­nej kawy, którą mama kupo­wała w skle­pie w Ault­bea.

Daję nura w zaułek, który bie­gnie wzdłuż bocz­nej ściany teatru, i ramie­niem otwie­ram drzwi wej­ścia dla akto­rów. Żołą­dek mi się prze­wraca z ner­wów, prze­ły­kam gulę rosnącą w gar­dle, co w żad­nym razie nie pomoże mojemu gło­sowi. Ostat­nie mie­siące były bar­dzo stre­su­jące, dobie­gały końca moje występy w Caro­usel i znów zaczy­na­łam wyczer­pu­jący pro­ces cho­dze­nia na prze­słu­cha­nia. Nie sypiam dobrze, nie odży­wiam się zdrowo. Wma­wiam sobie, że ten nie­po­kój jest cał­ko­wi­cie zro­zu­miały, bio­rąc pod uwagę sytu­ację z pracą i obawy o to, z czego zapłacę czynsz, skoro moje saldo w banku się kur­czy. Ale gdzieś w środku drę­czy mnie straszna świa­do­mość, która przez ostat­nie tygo­dnie nara­stała we mnie powoli, lecz nie­uchron­nie: Piers traci mną zain­te­re­so­wa­nie. Może, ale tylko może, jeśli zdo­będę tę rolę, znów się we mnie zako­cha? Może zdo­łamy odzy­skać namięt­ność i pod­nie­ce­nie pierw­szych dni naszej zna­jo­mo­ści i wszystko się dobrze ułoży.

Dołą­czam do innych dziew­czyn, które już zgro­ma­dziły się za kuli­sami, prze­cze­suję ręką moje nie­sforne rudo­złote loki, żeby je tro­chę upo­rząd­ko­wać.

- Prze­pra­szam - szep­czę do asy­stentki pro­duk­cji, która na swo­jej pod­kładce odha­cza moje nazwi­sko. Rzuca mi uśmiech, zbyt prze­lotny, żeby był praw­dziwy, a potem się odwraca. Roz­po­znaję jedną lub dwie osoby: świat teatrów muzycz­nych jest mały. Jed­nak uni­kamy patrze­nia sobie w oczy, kon­cen­tru­jąc się na opa­no­wa­niu ner­wów i wystę­pie pierw­szej kan­dy­datki do głów­nej roli. Kon­ku­ren­cja będzie zacięta - prasa huczy o suk­ce­sie przed­sta­wie­nia na Broad­wayu, a bilety na lon­dyń­skie spek­ta­kle zostały już wyprze­dane.

Pró­buję wziąć głę­boki oddech i sku­pić się na wcie­le­niu w postać Marii Mag­da­leny, ale mimo woli wra­cam myślami do innego prze­słu­cha­nia, dwa lata temu, w innym teatrze. Był to musi­cal A Cho­rus Line w reży­se­rii genial­nego Piersa Wal­kera, wów­czas wscho­dzą­cej gwiazdy West Endu.

Powie­dział mi, że chce, bym zagrała w tym przed­sta­wie­niu, cho­ciaż byłam raczej pio­sen­karką potra­fiącą tań­czyć niż tan­cerką, która umie śpie­wać, a takiej osoby wła­śnie szu­kano. Powie­dział mi, że mam w sobie nie­zwy­kły blask, że przy­po­mi­nam mu rudo­włosą Audrey Hep­burn. Póź­niej tego wie­czoru oznaj­mił, że ni­gdy nie spo­tkał kogoś takiego jak ja. Że mam wyjąt­kowy talent. Że może mi pomóc w karie­rze. Tej nocy, gdy leże­li­śmy w splą­ta­nej pościeli na łóżku w moim obskur­nym miesz­kanku, powie­dział mi, że będę jego muzą i że razem prze­trzemy szlak na szczyt branży roz­ryw­ko­wej.

Łap­czy­wie spi­ja­łam jego słowa, jak­bym opróż­niała dusz­kiem kie­li­szek wina w pubie przy Drury Lane. Jakże byłam naiwna: jedno i dru­gie ude­rzało mi do głowy.

Teraz, po dwóch latach, zauro­cze­nie minęło i muszę mie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią. Ostat­nio Piers wraca coraz póź­niej z teatru, co rusz wspo­mina imię nowej gwiazdki, która, jak nie omiesz­kał mi zako­mu­ni­ko­wać, naprawdę rozu­mie jego wizję i jest ist­nym marze­niem reży­sera. Zaczę­łam sobie uświa­da­miać, że on potrze­buje aplauzu publicz­no­ści o wiele bar­dziej niż ja. Życie jest dla niego spek­ta­klem i podob­nie jak w przy­padku przed­sta­wień, które reży­se­ruje, każdy z jego związ­ków zdaje się mieć swój czas, po czym urok nowo­ści bled­nie, a on anga­żuje się w nową rela­cję. Jed­nak na­dal cze­piam się nadziei, że to ja będę tą, któ­rej uda się go zmie­nić. Że będzie chciał ze mną zostać.

Cią­gły nie­po­kój zbiera swoje żniwo. Nie­prze­spane noce i uczu­cie mdło­ści w żołądku odbiły się na moim gło­sie, choć nikomu się do tego nie przy­znaję. Być może tro­chę go prze­cią­ży­łam, bo pod­ję­łam się kilku ról, które nad­we­rę­żyły mój wokal. Ale nie mogę sobie teraz pozwo­lić, by dopa­dły mnie wąt­pli­wo­ści. Muszę się prze­ła­mać i zdo­być główną rolę kobiecą w Jesus Christ Super­star.

- Ale­xan­dra Gor­don - wywo­łuje mnie asy­stentka pro­duk­cji. A więc wycho­dzę na scenę, biorę głę­boki oddech i cho­ciaż serce trze­po­cze mi w piersi jak skrzy­dła schwy­ta­nego ptaka, jestem zde­ter­mi­no­wana, by mój głos znów wzbił się w powie­trze niczym śpiew skow­ron­ków fru­wa­ją­cych ponad wzgó­rzami ota­cza­ją­cymi mój rodzinny dom.

*

Dosta­łam rolę. Przez kilka tygo­dni Piers nad­ska­kuje mi jak daw­niej, przy­nosi kwiaty i zabiera mnie na uro­czy­ste kola­cje. Wszystko będzie dobrze, pocie­szam się, oddy­cha­jąc z ulgą. Ale kiedy zaczy­nają się próby, wydaje mi się, że mam coraz więk­sze trud­no­ści z wycią­gnię­ciem wyso­kich tonów. Reży­ser jest zanie­po­ko­jony, a kiedy ze mną roz­ma­wia, widzę w jego oczach powąt­pie­wa­nie, czy dobrze zro­bił, że wybrał mnie do tej roli. Pew­nego dnia tre­nerka wokalna odciąga mnie na bok i pyta, czy dobrze się czuję.

- Dosko­nale - mówię, zmu­sza­jąc się do pro­mien­nego uśmie­chu. - Ostat­nie dwa mie­siące były trudne, ale docho­dzę do sie­bie. Mia­łam pro­blemy z żołąd­kiem i stra­ci­łam nieco formę. Głos mi się na pewno poprawi, gdy cał­kiem wydo­brzeję. - Mam nadzieję, że brzmi to prze­ko­nu­jąco.

Prawdę mówiąc, dziś rano poczu­łam okropne mdło­ści po zje­dze­niu grzanki i wypi­ciu fili­żanki kawy, jed­nak wzię­łam się w garść i przy­szłam na próbę.

- W porządku. - Patrzy na mnie z powąt­pie­wa­niem. - Widzisz, Ale­xan­dro, kie­dyś zetknę­łam się z podob­nymi obja­wami. Nie będziesz miała nic prze­ciwko temu, jeśli spy­tam... czy przy­pad­kiem nie jesteś w ciąży?

W sekun­dzie, gdy padły te słowa, już wiem. Jak­bym od początku wie­działa, tylko nie chciała się przed sobą przy­znać. Odru­chowo łapię się za brzuch, krew odpływa mi z twa­rzy. Cię­żarna Maria Mag­da­lena nie wypad­nie dobrze na sce­nie, choć zapewne było to ryzyko zwią­zane z jej pro­fe­sją. Nagle tracę rów­no­wagę, ściany wokół mnie wydają się zamy­kać.

Tre­nerka głosu sadza mnie na krze­śle w kącie sali i doci­ska mi głowę do kolan, żebym nie zemdlała.

- To się zda­rza - wyja­śnia. - Zmiany hor­mo­nalne w ciąży mogą spo­wo­do­wać opuch­nię­cie strun gło­so­wych, co może wpły­nąć na skalę głosu. Wysi­lasz go, by osią­gnąć wyso­kie nuty, i możesz dopro­wa­dzić do krwo­toku. Powin­naś iść do leka­rza spe­cja­li­sty, żeby cię zba­dał. I na pewno pozwo­lić stru­nom gło­so­wym tro­chę odpo­cząć.

*

Piers wybu­cha wście­kło­ścią z siłą atlan­tyc­kiego sztormu.

- Kom­pletna kata­strofa! - krzy­czy, gdy przy­no­szę mu tę nowinę wie­czo­rem po wizy­cie u leka­rza, który potwier­dził, że jestem w ciąży oraz że mam jakieś uszko­dze­nie strun gło­so­wych. Wycią­gam do niego ramiona, despe­racko pra­gnąc pocie­sze­nia, ale on się odsuwa.

- Musisz się tego pozbyć - mówi, a żar jego wście­kło­ści zmie­nia się w zimny, twardy gniew, gdy odwraca się, by nalać sobie dużą szkocką.

Przez chwilę jestem zdez­o­rien­to­wana, bo myślę, że mówi o zmia­nie cho­ro­bo­wej. Jed­nak zaraz ogar­nia mnie prze­ra­że­nie, bo uświa­da­miam sobie, że cho­dzi mu o dziecko. Abor­cja jest legalna od dzie­się­ciu lat, ale w ogóle nie bra­łam pod uwagę takiej opcji. Już teraz czuję więź z tym dziec­kiem, zacie­kle je chro­niąc i czule kocha­jąc.

Pociąga duży łyk whi­sky i kon­ty­nu­uje:

- Pozbądź się go, póź­niej, jeśli będzie potrzebna ope­ra­cja gar­dła, da się to zała­twić. Chyba nie chcesz stra­cić tej roli!

Moją głowę wypeł­nia biały szum i nie potra­fię jasno myśleć. A potem poprzez zmie­sza­nie i strach sły­szę głos mojej matki, śpie­wa­ją­cej w kuchni Keeper's Cot­tage pio­senkę o miło­ści i stra­cie.

Will ye gang love and leave me noo? Will ye for­sake your ain love true?2

Znam odpo­wiedź na to pyta­nie: nie ma wąt­pli­wo­ści, co Piers zamie­rza. On już mnie porzu­cił.

Po chwili hałas w mojej gło­wie cich­nie i nie mam żad­nych wąt­pli­wo­ści. Uro­dzę dziecko i sama je wycho­wam. Być może mój głos z cza­sem się naprawi. Tre­nerka powie­działa, że jest na to szansa, jeśli uszko­dze­nie nie jest zbyt poważne. Żeby się prze­ko­nać, muszę skon­tak­to­wać się ze spe­cja­li­stą, ale dopiero za kilka mie­sięcy. Mam tro­chę oszczęd­no­ści, które umoż­li­wią mi prze­trwa­nie do naro­dzin dziecka, a potem znów mogę wró­cić do pracy. Moja kariera jesz­cze się nie skoń­czyła, została tylko zawie­szona. W końcu inne artystki, kole­żanki po fachu, łączyły macie­rzyń­stwo z karierą. Dla­czego mnie nie mia­łoby się udać?

Alko­hol roz­wią­zał Pier­sowi język i gdy mówię, żeby się wyno­sił, wylewa z sie­bie potok tak obrzy­dli­wych inwek­tyw, że aż boję się, co mógłby zro­bić naszemu dziecku. Krzy­czy, że nie chce mieć ze mną nic wspól­nego, że jestem samo­lubna, podej­mu­jąc tę decy­zję, że jestem taką samą ego­cen­tryczką jak wszyst­kie aktorki, które znał.

Wkłada kurtkę i otwie­ra­jąc drzwi, rzuca jesz­cze:

- Być może to nawet nie jest moje dziecko. Nic dziw­nego, że dali ci tę rolę, od razu roz­po­znają dziwkę.

Po tych nie­na­wist­nych sło­wach z hukiem zamy­kam za nim drzwi. Wyra­zi­sty dźwięk odbija się echem od ścian. Potem opa­dam na pod­łogę i leżę sku­lona na brud­nych kafel­kach w przed­po­koju, z kola­nami pod­cią­gnię­tymi do góry, by chro­nić tę iskierkę nowego życia w moim brzu­chu, i szlo­cham spa­zma­tycz­nie z twa­rzą ukrytą w dło­niach. Czuję się kom­plet­nie opusz­czona.

Ale jedno jest pewne: moje życie jest teraz w Lon­dy­nie. Nie ma mowy o powro­cie do Szko­cji.

LEXIE, 1978

Na szczę­ście, odkąd minę­ły­śmy Inver­ness, Daisy usnęła, przy­pięta pasami w fote­liku samo­cho­do­wym. Wiem, że nie będzie łatwo poło­żyć ją dziś do łóżka, ale wolę mieć tro­chę spo­koju na ostat­nich kilo­me­trach. Wyłą­czam odtwa­rzacz, bo przez dwa dni podróży samo­cho­dem mam już ser­decz­nie dość skła­danki dzie­cię­cych rymo­wa­nek i musi­ca­lo­wych prze­bo­jów z West Endu. Tutaj radio nie odbiera, a więc na krę­tej dro­dze, pro­wa­dzą­cej nas w kie­runku pół­nocno-zachod­nim, pozo­staję sama z szu­mem sil­nika i wła­snymi myślami.

W miarę jak zbli­żamy się do wybrzeża, poczu­cie lęku zagnież­dża się w moim brzu­chu. Nie przy­je­cha­łam tu ani razu, odkąd kil­ka­na­ście lat temu opu­ści­łam Keeper's Cot­tage. Oczy­wi­ście mama odwie­dzała mnie kilka razy w cza­sie mojej kariery i z tego, co mówiła, można było pomy­śleć, że podróż wago­nem sypial­nym była dla niej waż­niej­szym wyda­rze­niem, niż oglą­da­nie wystę­pów swo­jego jedy­nego dziecka w Okla­homa! i Caro­usel. Chyba uwa­ża­łam za pew­nik, że ona zawsze tu będzie, w małym kamien­nym domku na brzegu Loch Ewe, jeśli kie­dy­kol­wiek zechcę wró­cić. Ale tego ni­gdy nie chcia­łam. Nie mia­łam nawet siły zor­ga­ni­zo­wać nabo­żeń­stwa żałob­nego w kościele po jej śmierci w szpi­talu w Inver­ness. Łatwiej - i o wiele prak­tycz­niej - było pozo­stać przy pro­stej cere­mo­nii poże­gnal­nej w miej­skim kre­ma­to­rium. Wyczu­wa­łam roz­cza­ro­wa­nie i dez­apro­batę garstki miesz­kań­ców wsi, któ­rzy przy­je­chali, by oddać ostatni hołd Flo­rze Gor­don, kiedy ści­skali mi rękę i skła­dali kon­do­len­cje w tam­ten kosz­marny, pusty dzień.

A teraz wra­cam, acz nie­chęt­nie, ponie­waż wyczer­pa­łam wszyst­kie moż­li­wo­ści. Nie­stety, za późno. Mama ode­szła. Na­dal nie mogę pojąć osta­tecz­no­ści tych słów. Jak sobie dam radę bez niej? We dwie sta­no­wi­ły­śmy dru­żynę. Gdy mia­ły­śmy sie­bie, nie potrze­bo­wa­ły­śmy nikogo wię­cej. To ona doda­wała mi pew­no­ści sie­bie, zachę­cała do wyjazdu i ubie­ga­nia się o przy­ję­cie do szkoły arty­stycz­nej. A potem pomo­gła mi się spa­ko­wać, gdy nade­szła pora. Wie­dzia­łam, że cho­ciaż dzielą nas setki kilo­me­trów, duchem zawsze była przy mnie, gdy wycho­dzi­łam na scenę.

Teraz jestem sama, z córeczką, o któ­rej za moimi ple­cami będą mówić "dziecko bez ojca". Są oczy­wi­ście gor­sze obe­lgi, i nie wąt­pię, że i z nimi przyj­dzie mi się zmie­rzyć. Będą plot­ko­wać na ulicy i cmo­kać z dez­apro­batą pod kościo­łem. Będą mówić, że histo­ria lubi się powta­rzać, zresztą czego można się spo­dzie­wać po dziew­czy­nie, która sama uro­dziła się jako nie­ślubne dziecko i wyje­chała włó­czyć się po teatrach wiel­kiego mia­sta. Przy­znają, że miała głos, ale potem potrzą­sną gło­wami i doda­dzą: "I co dobrego jej z tego przy­szło?".

Daisy wyrywa ze snu łoskot, gdy samo­chód prze­jeż­dża przez kratę dla bydła. Pła­cze prze­stra­szona, bo widzi, że na­dal jest przy­pięta do fote­lika, wierci się, usi­łuje się wydo­stać, jesz­cze chwila i wpad­nie w praw­dziwą histe­rię.

- Spo­koj­nie, kocha­nie - mówię. - Już dojeż­dżamy. Wpad­niemy tylko do sklepu po drobne spra­wunki.

Kusi mnie, żeby prze­mknąć przez wieś, minąć słupki sta­rej bramy do dawno opusz­czo­nej posia­dło­ści Ard­tu­ath, i poje­chać pro­sto do Keeper's Cot­tage, żeby jesz­cze przez kilka godzin cie­szyć się cen­nymi ostat­nimi skraw­kami ano­ni­mo­wo­ści. Ale tęsk­nię za fili­żanką her­baty - i czymś moc­niej­szym. Poza tym musimy kupić coś na kola­cję. W domu, który od mie­sięcy stoi pusty, nie znajdę nic do jedze­nia.

Jeśli mam być szczera, prze­raża mnie myśl o otwar­ciu drzwi i prze­kro­cze­niu progu wyzię­bio­nych, ciem­nych, mil­czą­cych pokoi, zawsze tak peł­nych życia i świa­tła. Przy­sta­nek na zakupy opóźni moment kon­fron­ta­cji z nagą prawdą, któ­rej tak długo sta­ra­łam się uni­kać. Ze stratą. Poczu­ciem winy. I bólem.

Zatrzy­muję się przed skle­pem i ciężko wzdy­cham, czu­jąc nie­miły zapach docho­dzący od Daisy, która teraz wrzesz­czy wnie­bo­głosy.

- Przy­kro mi, skar­bie, ale będziesz musiała pocze­kać jesz­cze kilka minut, aż doje­dziemy do domu.

Sadzam ją sobie na bio­drze, modląc się w duchu, żeby nikogo w skle­pie nie było. Pchnię­ciem otwie­ram drzwi, nad któ­rymi roz­lega się dzwo­nek, zagłu­szony przez Daisy, która o wiele sku­tecz­niej oznaj­mia nasze przy­by­cie. Moja modli­twa, jak to zazwy­czaj bywa, nie została wysłu­chana. Kilka osób odwraca głowy.

- Och, Lexie Gor­don, to ty? W końcu przy­je­cha­łaś do Ard­tu­ath!

Zawo­dze­nie Daisy na moment uci­chło, ponie­waż musiała zaczerp­nąć powie­trza, a więc powi­ta­nie roz­brzmiewa w nagłej ciszy. Uzmy­sła­wiam sobie, że Ale­xan­dra Gor­don, gwiazda estrady, któ­rej nazwi­sko ozda­biało afi­sze na West Endzie, należy do prze­szło­ści. Tutaj jestem - i na zawsze pozo­stanę - Lexie.

- Doszły­śmy do wnio­sku, że to musi być ktoś przy­jezdny, bo nie roz­po­zna­jemy samo­chodu. A tu, pro­szę, śliczna panienka, duma i radość jej babci - niech odpo­czywa w pokoju. - Bri­die Mac­do­nald rusza ku mnie, potok jej słów omywa mnie jak fala. Kiedy w końcu milk­nie, by zaczerp­nąć tchu, odru­chowo roz­chyla noz­drza, bo dociera do niej inten­sywny zapach wydo­sta­jący się z pie­luszki Daisy.

- Cześć, Bri­die. - Kiwam głową w powi­tal­nym geście do innych pań, widzę roz­ma­zane twa­rze kobiet sto­ją­cych przy kasie, ale jestem zbyt zmę­czona, by roz­po­znać kon­kretne osoby. Pod­rzu­cam Daisy na bio­drze, się­gam po koszyk i w cia­snych alej­kach zaczy­nam szu­kać potrzeb­nych pro­duk­tów. Bri­die podąża za mną krok w krok, zada­jąc mnó­stwo pytań i zaga­du­jąc do Daisy, która znów zaczyna wrzesz­czeć.

Odpo­wia­dam tak uprzej­mie, jak potra­fię.

- Tak, wró­ci­łam... Tak, to trwało zbyt długo... Tak, oba­wiam się, że mała nie wygląda zbyt atrak­cyj­nie po całym dniu spę­dzo­nym w samo­cho­dzie. Zatrzy­ma­łam się tylko na chwilę, żeby kupić kilka dro­bia­zgów, zaraz poje­dziemy do domu i ją prze­biorę.

Wrzu­cam do koszyka her­batę i her­bat­niki, ale moje tempo spo­wal­nia wier­cąca się Daisy, naga­by­wa­nia Bri­die oraz pęk sia­tek na kre­wetki na bam­bu­so­wych kijach, który prze­wra­cam, gdy usi­łuję go omi­nąć, się­ga­jąc po mleko.

- Nie, nie jestem pewna, jak długo zostanę... Nie, chwi­lowo nie mam szcze­gól­nych pla­nów... Nie, na­dal nie śpie­wam... Tak, będę musiała upo­rząd­ko­wać rze­czy po mamie... To bar­dzo uprzejma pro­po­zy­cja, ale chyba pora­dzę sobie sama, dzię­kuję... Nie, jesz­cze nie pod­ję­łam decy­zji o sprze­daży Keeper's Cot­tage.

Będąc na gra­nicy despe­ra­cji, wkła­dam jesz­cze kilka rze­czy do koszyka - cztery zwię­dłe mar­chewki, zeschnię­tego pora i butelkę toniku. Szu­kam cytryn, ale jest tylko sok w pla­sti­ko­wych, jaskra­wo­żół­tych bute­lecz­kach. Nie ma rów­nież ziem­nia­ków, a więc chwy­tam opa­ko­wa­nie purée i ponie­waż nie mam ochoty nic goto­wać, puszkę z gula­szem mię­sno-cyna­der­ko­wym w cie­ście.

W końcu docie­ram do kasy. Grupka kobiet nie kwapi się do rozej­ścia; zado­wo­lone, że Bri­die zadała mi te wszyst­kie pyta­nia, wysłu­chały z zain­te­re­so­wa­niem moich odpo­wie­dzi. Ich osąd wisi nad moją głową jak kro­gu­lec nad swoją ofiarą. Sta­wiam koszyk na ladzie i pod­no­szę nieco wyżej moją prze­mo­czoną, śmier­dzącą córkę, żeby wygod­niej ją pod­trzy­mać; szczę­śli­wie mała naresz­cie uci­chła. Ale gdy oglą­dam się przez ramię, zdaję sobie sprawę, że to w wyniku jedze­nia cze­ko­la­dek, któ­rymi karmi ją Bri­die, a któ­rych resztki lądują na ple­cach mojego zamszo­wego żakietu. Kupi­łam go w innych cza­sach, gdy mia­łam pie­nią­dze, a mój tryb życia paso­wał do tak luk­su­so­wego ubioru. Teraz go noszę, ponie­waż nie stać mnie na zakup cze­goś bar­dziej prak­tycz­nego. Zdaję sobie jed­nak sprawę, jak to musi wyglą­dać. Podob­nie jak jego wła­ści­cielka, ten żakiet tu nie pasuje.

Uśmie­cham się do Morag za kasą. Grupa kobiet oce­nia każdy pro­dukt, który Morag ska­nuje, a potem pakuje do kar­tonu ozdo­bio­nego logo, które mi przy­po­mina...

- Och, i popro­szę butelkę dżinu.

Morag sięga do półki za swo­imi ple­cami, a ja sta­ran­nie uni­kam spoj­rze­nia innych kobiet. Ich nie­wy­po­wie­dziana ocena ciąży w powie­trzu. Płacę, a potem posy­łam wszyst­kim wyzy­wa­jące spoj­rze­nie.

- Cześć, Lexie - mówi młoda, jasno­włosa kobieta z wóz­kiem, z któ­rego nie­ska­zi­tel­nie ubrany bobas, nie­wiele star­szy od Daisy, obser­wuje tę scenę sze­roko otwar­tymi, nie­bie­skimi oczami. Dopiero po chwili udaje mi się ją roz­po­znać.

- Elspeth? Cześć! Miło cię widzieć. Ty też masz malu­cha?

W szkole były­śmy przy­ja­ciół­kami, ale gdy prze­pro­wa­dzi­łam się na połu­dnie, stra­ci­ły­śmy ze sobą kon­takt.

Przy­ta­kuje. Jed­nak nie nawią­zuje roz­mowy.

Pochy­lam się, żeby wziąć kar­ton z zaku­pami, jed­no­cze­śnie pod­trzy­mu­jąc Daisy na dru­gim ramie­niu. Dziew­czynka z zaru­mie­nio­nymi policz­kami i rzę­sami naje­żo­nymi od nie­daw­nych łez uśmie­cha się błogo do Bri­die, Morag, Elspeth i pozo­sta­łych kobiet.

- Pocze­kaj, pomogę ci - pro­po­nuje Bri­die.

Usi­łuje wziąć ode mnie kar­ton, ale kręcę głową. Jeśli zoba­czy, że samo­chód jest wypa­ko­wany po dach moim dobyt­kiem, wszystko sta­nie się jasne: nie tylko, że nie radzę sobie z wycho­wa­niem nie­ślub­nego dziecka, lecz że wra­cam do Ard­tu­ath bez­domna, z pod­ku­lo­nym ogo­nem, że moja kariera jest w strzę­pach, a ja przy­jeż­dżam kilka mie­sięcy za późno, by zdą­żyć się zaopie­ko­wać moją biedną, porzu­coną matką w ostat­nich dniach jej życia.

- Nie trzeba. Dam sobie radę. Gdy­byś tylko mogła otwo­rzyć mi drzwi? Dzięki.

Gdy sta­wiam kar­ton z zaku­pami na masce samo­chodu i grze­bię w torebce w poszu­ki­wa­niu klu­czy­ków, puszka z mię­sem i cyna­der­kami w cie­ście prze­wraca się i z brzę­kiem spada na asfalt. Za szybą sklepu kilka twa­rzy odwraca się w naszym kie­runku.

Otwie­ram drzwi auta i wpy­cham Daisy na fote­lik. Nic dziw­nego, że co sił w płu­cach wyraża swoje obu­rze­nie i młóci rękami w powie­trzu, gdy bez słowa zapi­nam jej pasy; oba­wiam się, że jeśli otwo­rzę usta, nie powstrzy­mam się przed siar­czy­stym prze­kleń­stwem lub wybu­chem pła­czu.

Odwra­cam się, by pod­nieść puszkę. A tu stoi Elspeth, a jej dziecko wpa­truje się we mnie zagad­kowo swo­imi dużymi oczami.

- Pro­szę. - Podaje mi pognie­cioną puszkę.

- Dzię­kuję. Nie­zbyt wyszu­kana kola­cja, ale na dzi­siaj musi wystar­czyć. - Moje zaże­no­wa­nie i wstyd spra­wia, że paplę byle co.

Elspeth kiwa głową i zerka za szyby samo­chodu; na pewno zauważa kar­ton z kuchen­nym ekwi­pun­kiem oraz lampę biur­kową, oparte o szybę. Spra­wia wra­że­nie, jakby chciała coś powie­dzieć, ale się roz­my­śliła. Wykręca wózek.

- Do zoba­cze­nia.

- Jasne! - Przez chwilę stoję jak głu­pia, patrząc, jak wie­zie swoje pach­nące, sta­ran­nie ubrane dziecko i skręca w bramę jed­nego z domów z wido­kiem na port, a potem, zręcz­nie manew­ru­jąc wóz­kiem, prze­kra­cza poma­lo­wane na żółto drzwi fron­towe.

Wresz­cie roz­luź­niam sztywne koń­czyny i z tru­dem sado­wię się za kie­row­nicą. Biorę głę­boki oddech i prze­krę­cam klu­czyk w sta­cyjce.

- No dobra, Daisy - odzy­wam się moż­li­wie rado­snym gło­sem, mając nadzieję, że nie usły­szy w nim drże­nia. - Dotar­ły­śmy do Keeper's Cot­tage.

*

Następ­nego ranka budzi mnie odgłos puka­nia. Były­śmy na nogach aż do póź­nych godzin noc­nych, ale w końcu, nim świt zabar­wił na różowo niebo nad wzgó­rzami, wykoń­czone zapa­dły­śmy w głę­boki sen.

Nie­spo­kojną noc w znacz­nej mie­rze zawdzię­czamy Daisy, która nie chciała zasnąć w cichych i nie­zna­jo­mych ciem­no­ściach: była przy­zwy­cza­jona do szumu ruchu ulicz­nego w tle, do bla­sku świa­teł mia­sta, roz­rze­dza­ją­cych czerń nieba do barwy roz­wod­nio­nego soku owo­co­wego, i do łóżeczka we wła­snej sypialni. Zanim prze­bra­łam ją i nakar­mi­łam, zanim nagrza­łam dość wody na płytką kąpiel, zanim przy­go­to­wa­łam ją do snu, była już cał­kiem roz­bu­dzona, cie­sząc się nowym oto­cze­niem maleń­kiego domku, wypeł­nio­nego rze­czami mojej matki. Aby powstrzy­mać Daisy przed sia­niem znisz­cze­nia wśród ozdób i foto­gra­fii zgro­ma­dzo­nych w salo­nie, musia­łam wziąć ją na ręce, po czym usi­ło­wa­łam otwo­rzyć pognie­cioną puszkę.

Po kilku minu­tach moco­wa­nia się ze sta­ro­daw­nym otwie­ra­czem oraz powy­gi­naną bla­chą, która zawie­rała moją kola­cję, ska­le­czy­łam się w palec tak nie­for­tun­nie, że krew była wszę­dzie. Dałam za wygraną. Owi­nę­łam palec papie­rem toa­le­to­wym, wyłą­czy­łam pie­kar­nik i zamiast kola­cji, nala­łam sobie dżin z toni­kiem. Następ­nie zanio­słam Daisy do sypialni i posła­łam łóżko, co z moją zra­nioną ręką nie było łatwym zada­niem. Ktoś musiał tu być, ponie­waż pościel była zdjęta, uprana i sta­ran­nie uło­żona w szafce na bie­li­znę.

Wie­dzia­łam, że na stry­chu jest stare drew­niane łóżeczko, w któ­rym w dzie­ciń­stwie spa­łam obok mamy w tym samym pokoju, ale teraz nie mia­łam siły przy­tar­gać dra­biny z komórki, poszu­kać łóżeczka, znieść je na dół i zło­żyć. A więc umo­ści­łam Daisy w gniazdku zro­bio­nym z koców i zwi­nę­łam się na łóżku obok niej. Cóż, wybiła mi sen z głowy. Po dłu­gim i nużą­cym dniu w samo­cho­dzie, teraz czy­sta, zado­wo­lona i naje­dzona, stała się swa­wolną kobietką, gotową do psot i zabawy. Pomimo znie­cier­pli­wie­nia nie mogłam powstrzy­mać śmie­chu, gdy prze­wra­cała się cią­gle na łóżku, owi­ja­jąc nas prze­ście­ra­dłami.

Pró­bo­wa­łam cicho śpie­wać, jed­nak dźwięk łamią­cego się głosu przy­pra­wił mnie o łzy, a więc prze­sta­łam. Z torby z zabaw­kami wycią­gnę­łam jej ulu­bio­nego nie­bie­skiego kró­liczka i ksią­żeczkę z obraz­kami. Ale ona miała ochotę raczej na gim­na­stykę; by ją zmę­czyć, pod­rzu­ca­łam ją na brzu­chu, a jej małe nóżki pra­co­wały jak tłoki. Po pół­go­dzi­nie ramiona mnie bolały pra­wie tak samo jak głowa. Dżin nie był dobrym pomy­słem, stwier­dzi­łam; wzię­łam Daisy oraz w poło­wie pełną szklankę i wró­ci­łam do kuchni. Posta­wi­łam szklankę na stole obok butelki, a potem powę­dro­wa­łam do salonu, by wyj­rzeć przez okno.

Przez nie­szczelne futryny wsą­czał się chłód, a więc owi­nę­łam Daisy kocy­kiem, który mama zro­biła dla niej na dru­tach, gdy się uro­dziła; miał muszel­kowy ścieg tak sub­telny jak naj­de­li­kat­niej­sza koronka. Gdy gła­ska­łam córeczkę po ple­cach, sta­ra­jąc się ją uśpić, czu­łam pod pal­cami mięk­kość bia­łej wełny. Przez chwilę znów przy­tło­czył mnie obraz mamy sie­dzą­cej przed komin­kiem i szybko poru­sza­ją­cej dru­tami, z taką samą cienką włóczką na kola­nach. Potrzą­snę­łam głową i zamru­ga­łam, wstrzy­mu­jąc łzy, zbyt zmę­czona, by znów dać im upust.

Księ­życ wsta­wał za domem, rzu­ca­jąc świa­tło na jezioro. Był przy­pływ, sły­sza­łam, jak woda deli­kat­nie ociera się o pia­sek po dru­giej stro­nie drogi. Nie­świa­doma mojego sen­ty­men­tal­nego nastroju Daisy gru­chała i gawo­rzyła, poka­zu­jąc pal­cem przez okno i na swój spo­sób nazy­wa­jąc każdy nowy widok.

- To - powta­rzała. - To...

Ciszę nocy prze­ry­wał od czasu do czasu krzyk kulika docho­dzący z nabrzeża. Gdy prze­ma­wia­łam cicho do mojej córeczki, cału­jąc ją po świeżo umy­tych wło­sach i huś­ta­jąc deli­kat­nie na ramie­niu, odgłos uru­cho­mio­nego na wodzie sil­nika spra­wił, że oby­dwie pod­nio­sły­śmy wzrok. Mała rybacka łódź prze­śli­zgnęła się przez snop księ­życa i pozo­sta­wiała za sobą wstęgę gwiazd tań­czą­cych na wodzie, tam, gdzie śmi­gło wytwo­rzyło fos­fo­ry­zu­jące roz­bły­ski świa­tła.

- To - powie­działa z naci­skiem Daisy.

- Wiem, to jest piękne, prawda? - potwier­dzi­łam. - Łódka.

- Ut-ka - powtó­rzyła Daisy, a ja się roze­śmia­łam.

- Mądra dziew­czynka.

Patrzy­ły­śmy, aż świa­tła na wodzie zakoń­czyły swój taniec, po czym znów zapa­dła cisza.

- Chodźmy, kocha­nie - powie­dzia­łam. - Czas spać.

Mała miała jed­nak inne pomy­sły.

O dru­giej nad ranem oby­dwie były­śmy już wyczer­pane pła­czem. Dopiero gdy Daisy wresz­cie usnęła, wytar­łam oczy rąb­kiem poszewki, zwi­nę­łam się obok niej, przy­kry­łam nas kocem i w końcu pogrą­ży­łam się w zapo­mnie­niu...

*

Puka­nie do drzwi, które mnie budzi, jest począt­kowo stłu­mione przez sen, z któ­rego głę­bin powoli się wynu­rzam; uno­szę się ku powierzchni i świa­tłu dnia, gdy hałas nie ustaje, cią­gnąc mnie w górę.

Ostroż­nie, by nie obu­dzić Daisy, wyplą­tuję się z koców i wkła­dam szla­frok, który wisi na drzwiach sypialni. Z roz­ma­chem otwie­ram drzwi wej­ściowe, gotowa do kon­fron­ta­cji z nie­tak­towną osobą, robiącą rumor o tak nie­ludz­kiej godzi­nie.

Słowa zamie­rają mi na ustach na widok męż­czy­zny z potar­ga­nymi przez wiatr wło­sami, któ­rego syl­wetka rysuje się na tle sta­lo­wo­sza­rych wód jeziora.

Oszo­ło­miona prze­cią­gam dło­nią po roz­czo­chra­nych wło­sach i zaci­skam pasek szla­froka wokół talii.

- W czym mogę pomóc? - Cho­ciaż męż­czy­zna obda­rza mnie cie­płym uśmie­chem, mój głos brzmi lodo­wato.

- Cześć, Lexie. Jestem Davy Lave­rock - milk­nie, jakby uwa­żał, że jego nazwi­sko powinno dla mnie coś zna­czyć. Zapada nie­zręczna cisza, a ja wytę­żam umysł. Nie. Nic. Oprócz tego, że lave­rock to szkoc­kie słowo, któ­rego mama uży­wała na okre­śle­nie skow­ron­ków gniaz­du­ją­cych na wzgó­rzach nad jezio­rem. Wpa­truję się w niego bez­na­mięt­nie.

Odwraca wzrok, uśmiech mu przy­gasa, po czym podaje mi rekla­mówkę.

- Bri­die powie­działa, żebym ci to przy­niósł.

Biorę od niego torbę i zaglą­dam do środka. Jest ciężka od homar­ców, przy­po­mi­na­ją­cych lan­gu­stynki pęka­tych homa­rów, które rybacy czę­sto łapią w swoje klatki. Do ust napływa mi ślinka na widok plą­ta­niny kora­lo­wych sko­rup: nie ma na nie ryn­ko­wego popytu, ale są prze­pyszne goto­wane w wodzie z jeziora i podane z majo­ne­zem i masłem czosn­ko­wym. Ciężka praca zwią­zana z wydo­by­wa­niem mięsa z ich pan­cer­nych ogo­nów jest warta zła­ma­nia paznok­cia albo nawet dwóch.

- Dzię­kuję - mówię. - Podzię­kuj też Bri­die.

- Powie­działa, że wła­śnie wró­ci­łaś. Pomy­śla­łem, że ci się przy­da­dzą.

Zakło­po­tani sto­imy naprze­ciwko sie­bie. Badaw­czo mu się przy­glą­dam, szu­ka­jąc jakichś wska­zó­wek, które pomo­głyby mi go umiej­sco­wić. Ma otwarty, pogodny wyraz twa­rzy czło­wieka cał­ko­wi­cie zre­lak­so­wa­nego, sza­ro­nie­bie­skie oczy i ogo­rzałą twarz. Z pew­no­ścią jest tutej­szy i bie­rze za pew­nik, że będę wie­działa, kim jest, ponie­waż tu wszy­scy się znają.

- Przy­kro mi z powodu two­jej mamy - odzywa się w końcu. - Czy w domu wszystko w porządku? Wiem, że Bri­die zaglą­dała tu parę razy. Ale jeśli będziesz potrze­bo­wała pomocy, daj znać. - Zerka gdzieś w prze­strzeń ponad moją głowę. Na moment wyraz jego twa­rzy się zmie­nia, a ja wyczu­wam, że jego uwagę przy­kuło coś za moimi ple­cami. Oglą­dam się za sie­bie i zdaję sobie sprawę, że to butelka dżinu, sto­jąca obok na wpół opróż­nio­nej szklanki. Wiem, co sobie pomy­ślał. I to o tej porze dnia. Potem spo­glą­dam na zegar kuchenny i zdaję sobie sprawę, że jest póź­niej, niż sądzi­łam - pra­wie dzie­siąta. Mimo wszystko...

Patrzę na niego wyzy­wa­jąco.

- To nie tak, jak sądzisz. Mniej wię­cej tyle wypi­łam do wczo­raj­szej kola­cji.

Wzru­sza ramio­nami.

- Nikogo nie osą­dzam.

Już to widzę! Nie minie pół godziny, jak podzieli się tym łako­mym kąskiem z Bri­die.

- W każ­dym razie smacz­nego. Jeśli chcia­ła­byś wię­cej, zostaw wia­do­mość na pomo­ście. Wypły­wam na połów pra­wie codzien­nie.

Tro­chę mięknę, bo zdaję sobie sprawę, że byłam nie­uprzejma.

- Naprawdę bar­dzo dzię­kuję. Na pewno będą mi sma­ko­wały.

- Nie ma sprawy. A więc do zoba­cze­nia.

Obser­wuję, jak pogwiz­du­jąc pod nosem jakąś melo­dię, zama­szy­stym kro­kiem zmie­rza do land rovera zapar­ko­wa­nego przy dro­dze. Ma typowe dla rybaka sze­ro­kie ramiona i koły­szący chód. Roz­po­znaję tę pio­senkę, mama czę­sto ją śpie­wała. Wsiada i uru­cha­mia sil­nik, rzu­ca­jąc prze­lotne spoj­rze­nie w kie­runku domku. Macha mi ręką na poże­gna­nie i odjeż­dża.

Wyle­wam do zlewu nędzne resztki wczo­raj­szego drinka, a butelkę cho­wam do szafki. Gdy wkła­dam torbę z homar­cami do lodówki, łapię się na tym, że nucę pio­senkę, którą pogwiz­dy­wał, a która teraz krąży natręt­nie po mojej gło­wie. Nawet pod­śpie­wuję kilka słów refrenu Will ye gang love... ale głos zała­muje mi się z emo­cji.

Jakieś obrazy maja­czą w głębi mojej pamięci. Może w sza­ro­nie­bie­skich oczach tego męż­czy­zny było coś zna­jo­mego, ale na­dal nie potra­fię sobie przy­po­mnieć, gdzie go wcze­śniej widzia­łam.

Się­gam po mgli­ste wspo­mnie­nia, ale one wymy­kają mi się, śli­skie jak ryby.

Nale­wam wodę do czaj­nika i sta­wiam na kuchence, żeby się zago­to­wała. Kiedy zdej­muję stary, brą­zowy dzba­nek z półki, zalewa mnie zaty­ka­jąca dech fala smutku. Głos mamy zdaje się roz­brzmie­wać w kuchni wokół mnie, śpiewa tę samą pio­senkę, a ja przy­tu­lam dzba­nek do serca.

Oh dig my grave both lang and deep Put a bunch o'roses at my head and feet And in the mid­dle a tur­tle dove, Let the people ken that I died o'love...3

Zawsze miała w pogo­to­wiu zapa­rzoną her­batę, zawsze przy­no­siła mi fili­żankę, czy chcia­łam, czy nie. Ale widok sta­rego dzbanka uświa­da­mia mi, że nie cho­dziło tylko o her­batę. Były to znaki prze­stan­kowe, które poma­gały nadać sens naszej wspól­nej histo­rii - małe pauzy i łącz­niki, które uwa­ża­łam za oczy­wi­ste. Te fili­żanki her­baty były jed­nym ze spo­so­bów, w jaki oka­zy­wała mi swoją miłość kilka razy dzien­nie.

Ze sło­wami pio­senki wciąż dźwię­czą­cymi mi w gło­wie prze­cho­dzę do salonu i zdej­muję z kominka zdję­cie mojego ojca. Jego ciemne oczy są nie­zgłę­bione, ukryte w cie­niu na foto­gra­fii - jedy­nej, jaką mam. Nazy­wał się Alec Mac­ken­zie-Grant, słu­żył w mary­narce wojen­nej i zmarł przed moim naro­dze­niem. Nie­wiele wię­cej o nim wiem. Kiedy nama­wia­łam mamę, żeby mi o nim opo­wie­działa, zawsze mówiła o jego dobroci, o tym, jak ją kochał i jak kochałby mnie, gdyby mnie znał. Ale kiedy naci­ska­łam, żeby opo­wie­działa mi wię­cej, kiedy pyta­łam ją o jego rodzi­ców, moich dziad­ków, i o jego życie jako syna wła­ści­cieli ziem­skich, miesz­ka­ją­cego w wiel­kim domu, odpo­wia­dała wymi­ja­jąco. Zawsze zmie­niała temat, mówiąc: "Czy opo­wia­da­łam ci o tym, jak Alec i twój wujek Ruaridh wypły­nęli na połów makreli i zoba­czyli rekina olbrzy­miego?". I cho­ciaż sły­sza­łem tę histo­rię setki razy, pozwa­la­łam jej kon­ty­nu­ować.

Dopiero gdy pod­ro­słam, zro­zu­mia­łam, jakie to musiało być dla niej trudne, gdy myślała o życiu, które mogła wieść jako pani Ard­tu­ath House, i być może żało­wała, że nie mogła mi takiego życia zapew­nić. Nauczy­łam się więc nie zada­wać pytań, które tak smutno ją nastra­jały. Zawsze jed­nak myśla­łam o moim tacie - kim naprawdę był i dla­czego mama nie­chęt­nie mówiła o jego rodzi­nie. Jej opo­wie­ści doty­czyły cza­sów nie­win­nego dzie­ciń­stwa, któ­remu kres osta­tecz­nie poło­żyła wojna. To zro­zu­miałe, że cho­dziło o rze­czy, przed któ­rymi chciała mnie chro­nić, sprawy, o któ­rych chciała zapo­mnieć. Jed­nak teraz żałuję, że na nią nie naci­ska­łam. Żałuję, że nie pozna­łam ich histo­rii. Żałuję, bo to jest część mojej prze­szło­ści, którą bez­pow­rot­nie stra­ci­łam.

Odsta­wiam zdję­cie ojca na miej­sce, obok zdję­cia mamy. Nie mam nawet ich wspól­nej foto­gra­fii, a ta myśl zasmuca mnie jesz­cze bar­dziej.

Czaj­nik gwiż­dże, gdyż woda zaczyna wrzeć, i przy­wo­łuje mnie z powro­tem do rze­czy­wi­sto­ści, a ja ręka­wem szla­froka ocie­ram łzę. Wra­cam do kuchni, roz­grze­wam dzba­nek, wrzu­cam łyżeczkę liści z ozdob­nej puszki sto­ją­cej na bla­cie i cze­kam, aż się zapa­rzą. Porządny dzba­nek her­baty, taki zawsze parzyła moja mama Flora.

Nagle sły­szę, że Daisy się wierci, więc pędzę, by pod­nieść ją z łóżka i spra­wić, żeby z uśmie­chem zaczęła dzień.

FLORA, 1939

Flora Gor­don dosy­pała torfu do pieca i nasta­wiła czaj­nik. O brza­sku wody jeziora z wolna przy­bie­rały per­ło­wo­szary odcień. Za chwilę z poran­nego obrządku zwie­rząt wróci do domu jej ojciec i będzie potrze­bo­wał śnia­da­nia i kubka roz­grze­wa­ją­cej her­baty.

Usły­szała na ścieżce jego cięż­kie kroki, któ­rym towa­rzy­szył lżej­szy tupot łap Bra­ana. Czarny labra­dor zawsze mu towa­rzy­szył, nie­ważne, czy ojciec doglą­dał koni na pastwi­sku, czy psów w psiarni za staj­nią, a także na wzgó­rzach, gdzie bacz­nie obser­wo­wał ptac­two i zwie­rzynę łowną, za które jako leśni­czy w posia­dło­ści Ard­tu­ath był odpo­wie­dzialny.

Nuciła pod nosem jakąś melo­dię, a czaj­nik wtó­ro­wał jej, pomru­ku­jąc i gwiż­dżąc. Posta­wiła na ogniu gar­nek z owsianką, która parzyła się przez noc; dodała szczyptę soli i dobrze wymie­szała. Następ­nie ogrzała brą­zowy dzba­nek do her­baty, wsy­pała liście z pojem­nika, jej ruchy były szyb­kie i zręczne, świad­czące o wiel­kiej wpra­wie.

Braan wpadł do kuchni, mer­da­jąc ogo­nem; pocze­kał na powi­talną piesz­czotę, po czym zato­pił pysk w bla­sza­nej misce z wła­snym śnia­da­niem.

- W porządku, tato? - spy­tała, choć spo­dzie­wała się, że odpo­wie­dzią będzie jak zwy­kle mil­czące ski­nie­nie głową, gdy sia­dał u szczytu stołu i wycią­gał stopy w gru­bych weł­nia­nych skar­pe­tach w stronę cie­płej kuchni.

Jed­nak tego ranka pod­szedł do okna i patrzył na jezioro.

- Wygląda na to, że mamy gości - powie­dział, gestem głowy wska­zu­jąc widok za szybą.

Flora wytarła ręce ścierką wiszącą obok kuchenki i sta­nęła obok ojca.

W ciszy wcze­snego świtu na hory­zon­cie poja­wił się sznur okrę­tów. Wiel­kie szare kadłuby sunęły powoli, ale z siłą, która z łatwo­ścią roz­ci­nała fale. Powie­trze wokół zda­wało się wibro­wać i nie­po­ko­iło ptaki mor­skie, które krą­żyły nad nimi. Nali­czyła pięć jed­no­stek. Wyda­wało się, że wynu­rzyły się z wód jeziora niczym lewia­tany obu­dzone ze snu po ogło­sze­niu, zale­d­wie dzie­sięć dni temu, że Wielka Bry­ta­nia jest w sta­nie wojny z Niem­cami.

Ojciec wziął z para­petu lor­netkę i chwilę przy­pa­try­wał się stat­kom. Potem podał lor­netkę Flo­rze. Okręty były naje­żone dzia­łami armat­nimi i ante­nami, a gdy pod­pły­nęły bli­żej, sły­szała war­kot ich sil­ni­ków.

- To chyba Home Fleet4 - powie­dział ojciec.

Flora zadrżała z pod­nie­ce­nia i stra­chu.

- Ale co one tu robią? Wojna toczy się daleko stąd.

Ojciec spoj­rzał na nią bystro spod gęstej, siwej czu­pryny.

- Tak było, dziew­czyno. Ale już nie jest.

- Jak myślisz, Ruaridh może być na któ­rymś z nich? - Serce Flory zabiło szyb­ciej na tę myśl. Jej brat wstą­pił do Royal Navy dwa lata temu, a ona bar­dzo za nim tęsk­niła. Jak wielu chłop­ców, któ­rzy dora­stali na wybrzeżu, na wodzie czuł się rów­nie dobrze, jak na wzgó­rzach.

- Wąt­pię. W ostat­nim liście pisał, że jest w Por­ts­mouth, przy­dzie­lony do nisz­czy­cieli. Są mniej­sze od tych pan­cer­ni­ków. Do tej pory mógł zostać wysłany wszę­dzie.

Patrzyli, jak czo­łowy sta­tek powoli manew­ruje i zarzuca kotwicę z grze­cho­tem łań­cu­chów sły­szal­nym nawet z tej odle­gło­ści. Flora oddała lor­netkę ojcu.

- Co oni robią w Loch Ewe?

Wzru­szył ramio­nami.

- Wiem tyle samo co ty. Na pewno wkrótce się dowiemy.

Odwró­cił się od okna, ale dopiero po chwili pochwy­ciła jego spoj­rze­nie. Mimo że stał wypro­sto­wany jak zawsze i zacho­wy­wał spo­kój, wie­działa, że wojna napa­wała go prze­ra­że­niem. Bał się, co to może ozna­czać dla jego syna gdzieś daleko na morzu, a teraz przy­by­cie okrę­tów wojen­nych na spo­kojne wody fiordu przy Keeper's Cot­tage spro­wa­dziło strach pro­sto pod ich drzwi. Obec­ność tego wyso­kiego, spraw­nego męż­czy­zny, tak swo­bod­nie poru­sza­ją­cego się po wzgó­rzach - czło­wieka, któ­remu dzie­dzic powie­rzył nad­zór nad posia­dło­ścią Ard­tu­ath Estate i który cie­szył się ogrom­nym sza­cun­kiem wśród spo­łecz­no­ści zamiesz­ku­ją­cej oko­lice tej mor­skiej zatoki - zawsze dawała jej poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Jed­nakże ten prze­błysk stra­chu w oczach ojca spra­wił, że poczuła, jakby w ziemi pod jej sto­pami zro­biła się wyrwa, co naru­szyło rów­no­wagę ich życia.

Braan, wyczuw­szy nie­po­kój pani, wci­snął nos w dłoń Flory, żeby dodać jej otu­chy. Flora odwró­ciła się od okna i wlała owsiankę do przy­go­to­wa­nych mise­czek.

*

Na poczcie pano­wał tłok, na małej prze­strzeni wiła się spora kolejka. Wyglą­dało na to, że połowa wio­ski miała dziś rano albo list do wysła­nia, albo odczuła nagłą potrzebę zakupu koperty i znaczka, a może dwóch. Flora sta­nęła w kolejce, ale nikomu zanadto się nie spie­szyło, by dotrzeć do okienka, obsłu­gi­wa­nego przez pannę Came­ron, kie­row­niczkę poczty. Zamiast tego sły­chać było szum roz­mów, które krę­ciły się wokół przy­by­cia Home Fleet na ich brzeg.

- Ten duży okręt pośrodku to HMS "Nel­son", a na pokła­dzie jest pan Chur­chill. - Pani Car­mi­chael była nie­oce­nio­nym źró­dłem wie­dzy wsze­la­kiej, nie tylko tej bez­po­śred­nio zwią­za­nej z jej rolą prze­wod­ni­czą­cej lokal­nego oddziału Scot­tish Women's Rural Insti­tute5. A ponie­waż trzej jej syno­wie zacią­gnęli się do szkoc­kiego pułku pie­choty Argyll and Sun­ther­land High­lan­ders, powszech­nie uzna­wano, że ma prawo wypo­wia­dać się także na tematy woj­skowe. Teraz, gdy jej mąż, Archi­bald Car­mi­chael, objął sta­no­wi­sko straż­nika obrony prze­ciw­lot­ni­czej, jej źró­dło infor­ma­cji o sytu­acji lokal­nej nie miało sobie rów­nych.

- Co oni tu robią, w Loch Ewe? - spy­tała Bri­die Mac­do­nald, która zna­la­zła się na czele kolejki i wła­śnie nakle­jała znaczki. Podała listy gotowe do wysła­nia pan­nie Came­ron. - I dzie­sięć deko drop­sów, popro­szę.

Poczmi­strzyni zdjęła z półki wysoki słoik ze sło­dy­czami, odwa­żyła odpo­wied­nią ilość, a następ­nie prze­sy­pała mię­tówki z szalki do bia­łej, papie­ro­wej torebki, którą zakrę­ciła na rogach.

- Pro­szę. - Odli­czyła monety, które podała jej Bri­die.

- Archie mówi, że to ści­śle tajne - odparła pani Car­mi­chael.

- Praw­do­po­dob­nie szu­kają miej­sca na bazę dla Home Fleet, żeby nas bro­nić w razie inwa­zji U-Bootów z pół­nocy.

- Cicho, Bri­die, wiesz, jak to mówią... nie­ostrożna roz­mowa może kosz­to­wać życie.

Bri­die już miała na końcu języka uwagę, że pani Car­mi­chael wła­śnie oznaj­miła wszyst­kim nie­miec­kim agen­tom, któ­rzy przy­pad­kiem stali w kolejce po znaczki i sło­dy­cze, że Pierw­szy Lord Admi­ra­li­cji gości na pokła­dzie jed­nego z tych okrę­tów, ale zre­flek­to­wała się i zamiast tego wło­żyła do ust cukie­rek. Pani Car­mi­chael z postury i tem­pe­ra­mentu jako żywo przy­po­mi­nała pan­cer­nik, a Bri­die ani nie miała dość odwagi, ani nie była tak głu­pia, żeby się jej nara­żać.

- Zamiast stać tu i plot­ko­wać, możesz przyjść po połu­dniu do Rural i nam pomóc. Robimy na dru­tach szale dla naszych chłop­ców na fron­cie i potrze­bu­jemy każ­dej pary rąk do pomocy. Mogę na cie­bie liczyć? I na cie­bie też, Floro?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki