p

Sanitariuszka - Aneta Krasińska

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ I

milkną dźwięki pia­nina

w takt nie­po­koju i stra­chu

po­zo­staje tylko rzeka

do­brych wspo­mnień

AGNIESZKA KRI­ZEL

Sie­dem ty­go­dni wcze­śniej

Czerw­cowe przed­po­łu­dnia by­wały upalne. Słońce bez ogró­dek prze­ci­skało się przez grube za­słony, za­glą­da­jąc do do­mów miesz­kań­ców War­szawy zmę­czo­nych bli­sko pię­cio­let­nim jarz­mem na­rzu­co­nym im przez nie­miec­kiego oku­panta. Pełni obaw o to, co przy­nie­sie ko­lejny dzień, prze­my­kali uli­cami sto­licy jak nie­chciane gry­zo­nie. Ich los po­zo­sta­wał w rę­kach żąd­nego krwi mor­dercy, który dla re­ali­za­cji cho­rego planu każ­dego dnia pod­pi­sy­wał ko­lejne ustawy ma­jące na celu jedno: śmierć nie­win­nych lu­dzi.

War­sza­wiacy każ­dego dnia drżeli o ży­cie naj­bliż­szych, nie ma­jąc pew­no­ści, czy dzi­siej­sze spo­tka­nie nie było ostat­nim. Dzieci po­zba­wione wła­ści­wej edu­ka­cji szwen­dały się po uli­cach, skwe­rach i po­dwór­kach, nie znaj­du­jąc dla sie­bie miej­sca. Do­ro­śli sku­pieni na walce o prze­trwa­nie po­pa­dali w apa­tię i co­raz trud­niej było im się zmo­ty­wo­wać do obrony przed oku­pan­tem, który bez­li­to­śnie wy­ko­rzy­sty­wał naj­mniej­szą sła­bość pod­bi­tego na­rodu. Drwił z jego praw. Wy­szy­dzał przy­zwy­cza­je­nia. Oczer­niał lu­dzi na­uki i kul­tury. Mor­do­wał, bez względu na wiek czy płeć. Za­kła­dał stwo­rze­nie no­wego ładu opar­tego na słu­żal­czo­ści wo­bec tych, któ­rzy go wpro­wa­dzili. Reszta nie miała prawa głosu.

W miesz­ka­niu ro­dziny Bog­dań­skich, usy­tu­owa­nym na par­te­rze oka­za­łej ka­mie­nicy przy Ale­jach Ujaz­dow­skich, roz­brzmie­wały dźwięki sta­rego, choć do­sko­nale na­stro­jo­nego pia­nina, za­ku­pio­nego przez se­niora rodu za­raz po na­ro­dzi­nach córki, którą jako pro­fe­sor w kon­ser­wa­to­rium mu­zycz­nym za­mie­rzał kształ­cić na pia­nistkę.

Do­cho­dzące z po­koju dwu­dzie­stocz­te­ro­let­niej Ame­lii dźwięki nie wska­zy­wały na wielki ta­lent gra­ją­cej na pia­ni­nie osoby, jed­nak znać w nich było de­ter­mi­na­cję i obo­wiąz­ko­wość, które we­dług opi­nii Adama Bog­dań­skiego, wy­bit­nego mu­zy­ko­loga, sta­no­wiły pod­stawę wy­kształ­ce­nia każ­dego do­brego ar­ty­sty.

Ame­lia po­de­szła do okna i roz­su­nęła za­słony, by wpu­ścić do środka nieco po­wie­trza. Za­le­wa­jąca po­kój ja­sność tylko na mo­ment ośle­piła sie­dzą­cego na ta­bo­re­cie wy­rostka, który szybko po­wró­cił do gra­nia Nok­turnu c-moll Cho­pina. Od bli­sko mie­siąca szli­fo­wał swe umie­jęt­no­ści, ale Ame­lia wciąż nie była za­do­wo­lona z brzmie­nia utworu. Jako wy­trawna pia­nistka naj­pierw mu­siała po­go­dzić się z fak­tem, że jej ucznio­wie nie będą mieli szansy uczyć się gry na for­te­pia­nie. Sama do­sko­nale pa­mię­tała czasy, gdy de­lek­to­wała się dźwię­kami ide­al­nie do­stro­jo­nego in­stru­mentu usta­wio­nego w sali kon­cer­to­wej kon­ser­wa­to­rium, w któ­rym jej oj­ciec od kilku lat pia­sto­wał sta­no­wi­sko dy­rek­tora.

Po­cząt­kowo sam uczył ją gry na in­stru­men­cie. Jesz­cze do­brze nie po­tra­fiła bie­gać, gdy po raz pierw­szy po­sa­dził ją so­bie na ko­la­nach i ko­lejno na­ci­skał białe, a po­tem czarne kla­wi­sze. Jego ro­dzi­ciel­skie serce ra­do­wało się, wi­dząc za­in­te­re­so­wa­nie w oczach dziecka. Tym chęt­niej każ­dego wie­czoru, po po­wro­cie z kon­ser­wa­to­rium, sia­dy­wał przy pia­ni­nie i wy­do­by­wał z niego dźwięki. Ame­lia uwiel­biała te wspól­nie spę­dzane chwile. Z ro­sną­cym po­dzi­wem pa­trzyła na szybko prze­ska­ku­jące po kla­wi­szach dłu­gie palce ojca i to­wa­rzy­szący temu uśmiech na jego mą­drej i nad wy­raz spo­koj­nej twa­rzy. Ona zwy­kle chi­cho­tała, na­wet kiedy coś jej nie wy­cho­dziło. Adam Bog­dań­ski sły­nął ze swej cier­pli­wo­ści, dla­tego uczniom za­le­żało na tym, by tra­fić pod jego skrzy­dła. Ame­lia rów­nież ce­niła tę ce­chę w ojcu i po­cząt­kowo udzie­lane jej lek­cje trak­to­wała jak swo­istą za­bawę. Wów­czas nie są­dziła, że po­ko­cha mu­zykę, a jej ta­lent zo­sta­nie do­strze­żony na fo­rum kra­jo­wym. Gdyby nie wy­buch wojny za­pewne upo­mnia­łyby się o nią sceny eu­ro­pej­skie.

Tym­cza­sem mu­siała za­trosz­czyć się o za­ro­bie­nie na utrzy­ma­nie, dla­tego za­miast ćwi­czyć do wy­stę­pów przed pu­bliką, udzie­lała wska­zó­wek tym, któ­rzy wciąż li­czyli na to, że wojna wkrótce się skoń­czy, a wtedy po­wróci nor­mal­ność i za­po­trze­bo­wa­nie na mu­zyczne ta­lenty.

- Bo­guś, na dzi­siaj wy­star­czy - za­rzą­dziła Ame­lia i ciężko opa­dła na krze­sło, gdyż w cza­sie lek­cji ni­gdy nie sia­dała. - Do przy­szłego ty­go­dnia do­pra­cuj za­koń­cze­nie, by wy­brzmiała każda nuta. Mu­sisz za­pa­mię­tać, że wszyst­kie są ważne i nie ma zna­cze­nia czy to ćwierć­nuta, ósemka, czy szes­nastka - wy­ja­śniła za­słu­cha­nemu w jej słowa dzie­się­cio­lat­kowi.

- Po­sta­ram się, pani pro­fe­sor - oświad­czył, po czym zsu­nął się z ta­bo­retu i za­czął zbie­rać wy­słu­żone karty z nu­tami, które na­stęp­nie scho­wał do teczki i sta­ran­nie za­wią­zał ta­siemki, by ni­czego nie zgu­bić po dro­dze do domu.

- Pa­mię­tasz, że to mój tato był pro­fe­so­rem, a ja... - Za­my­śliła się, bo wciąż miała kło­pot z okre­śle­niem tego, kim była z wy­kształ­ce­nia. Wpraw­dzie roz­po­częła na­ukę w kon­ser­wa­to­rium, ale wojna prze­rwała jej edu­ka­cję. Za­raz po wej­ściu Niem­ców do Pol­ski my­ślała, że uda jej się do­koń­czyć stu­dia. Póź­niej przez wiele mie­sięcy ta myśl trzy­mała ją przy zmy­słach, ale nad­szedł czas zwąt­pie­nia. Mroczny czas, któ­rego wo­la­łaby nie pa­mię­tać. Te­raz już nie miała ta­kiej pew­no­ści co do przy­szło­ści swo­jej i swo­ich bli­skich.

- To do zo­ba­cze­nia w przy­szły wto­rek! - Słowa Bo­gu­sia wy­rwały ją z za­my­śle­nia i na­ka­zały po­wrót do rze­czy­wi­sto­ści.

- Tylko ćwicz co­dzien­nie - do­dała zdła­wio­nym gło­sem, w któ­rym po­brzmie­wała me­lan­cho­lia.

- Do­brze, pani pro­fe­sor! - za­krzyk­nął ma­lec w przed­po­koju.

Trza­śnię­cie fron­to­wych drzwi spra­wiło, że pod­sko­czyła na krze­śle i przy­po­mniała so­bie o ko­lej­nej wi­zy­cie. Tym ra­zem po­trze­bo­wała nieco ina­czej za­aran­żo­wać prze­strzeń. Zwy­kle usta­wiony pod oknem stół pchnęła bli­żej bocz­nej ściany, po­zo­sta­wia­jąc wię­cej miej­sca. Zaj­mo­wała naj­więk­sze po­miesz­cze­nie, bo do żad­nego z reszty po­koi pia­nino by się nie zmie­ściło. Dzięki temu, gdy ktoś przy­cho­dził sko­rzy­stać z jej usług, nie mu­siała szu­kać więk­szego lo­kum.

Wła­śnie skoń­czyła przy­go­to­wy­wać po­miesz­cze­nie, gdy usły­szała pu­ka­nie do drzwi fron­to­wych. Od­ru­chowo po­pra­wiła się­ga­jące ra­mion zło­ci­ste loki, które co noc krę­ciła na pa­pi­lo­tach, i po­drep­tała do przed­po­koju. W lu­strze omio­tła wzro­kiem swe od­bi­cie. Je­dy­nym plu­sem obec­nej sy­tu­acji w kraju było to, że wraz z wy­bu­chem wojny i tra­ge­dią, jaka spa­dła na jej ro­dzinę, znacz­nie stra­ciła na wa­dze, jej syl­wetka stała się smu­kła, a wcię­cie w tali bar­dziej wi­doczne. Gdyby tylko umiała się tym cie­szyć. Kie­dyś miała pro­blem z fałd­kami, które nie­zbyt do­brze pre­zen­to­wały się w suk­niach z du­żym de­kol­tem czy od­kry­tymi ple­cami, ja­kie zwy­kła za­kła­dać na wy­stępy. Wów­czas wy­my­śliła, że dłu­gie włosy nieco przy­sło­nią jej krą­gło­ści. Te­raz już nie było sensu no­sić tak wy­ma­ga­ją­cej fry­zury.

- Za­pra­szam do środka - ode­zwała się, gdy tylko otwo­rzyła drzwi.

Nie­wiele od niej star­sza ko­bieta we­szła do ko­ry­ta­rza, po­py­cha­jąc przed sobą dwóch chłop­ców. Star­szy zwykł się prze­chwa­lać, że nie­ba­wem pój­dzie do szkoły. Młod­szy z za­zdro­ścią pa­trzył na brata i na pal­cach jed­nej ręki po­ka­zy­wał, ile sam ma lat.

- Wcho­dzić, wcho­dzić - po­na­glała matka. - Już i tak długo zwle­ka­łam z tą wi­zytą.

- Parę dni w tę czy we w tę, co ma­musi za­szko­dzi... - jęk­nął star­szy z sy­nów.

- Nie ma dys­ku­sji - żach­nęła się.

Ame­lia wska­zała drogę, choć wszy­scy troje do­sko­nale ją znali, bo na­le­żeli do grona jej naj­wier­niej­szych klien­tów. Idący jak na ska­za­nie chłopcy po­drep­tali do po­koju i sta­nęli w rogu, jak naj­da­lej od usta­wio­nego przy oknie krze­sła.

- Fra­niu, sia­daj pierw­szy - po­le­ciła matka i lekko po­pchnęła syna na za­chętę.

Chło­pak nie­pew­nie pod­szedł do sie­dzi­ska i lekko na nim przy­cup­nął.

- Na łyso? - za­py­tała Ame­lia, spo­glą­da­jąc to na syna, to na matkę.

- Tak.

- Nie.

Od­po­wie­dzi pa­dły nie­mal rów­no­cze­śnie, dla­tego Ame­lia stała z pod­nie­sio­nymi do góry rę­koma, trzy­ma­jąc w nich grze­bień i no­życzki.

- Je­śli ze­tniemy włosy na łyso, to dłu­żej nie bę­dzie­cie mu­sieli przy­cho­dzić do pani Ame­lii - prze­ko­ny­wała matka, pa­trząc to na młod­szego, to na star­szego z sy­nów.

- Ale będą się z nas śmiać na po­dwórku, że wszy po nas łażą i dla­te­go­śmy łysi - za­chli­pał Fran­ci­szek i spoj­rzał na matkę bła­gal­nym wzro­kiem.

- Do­brze, ale na­stęp­nym ra­zem nie chcę słu­chać na­rze­kań, że trzeba ostrzyc czu­prynę! - Ko­bieta po­gro­ziła pal­cem, a po­tem nie­znacz­nie uśmiech­nęła się do Ame­lii. Jak do­tąd opra­co­wany przez nie pa­tent wciąż dzia­łał i chłopcy, choć nie cier­pieli pod­ci­nać wło­sów, osta­tecz­nie z wła­snej woli za­sia­dali na krze­śle.

Ame­lia ocho­czo ru­szyła do pracy. Wie­działa, że ma nie­wiele czasu, za­nim pierw­szy z ma­lu­chów nie za­cznie gry­ma­sić. Nie lu­biła, gdy przy­cho­dzące do niej dzieci pła­kały, a ona mu­siała się dwoić i troić, żeby przy­strzyc im włosy. Wo­lała, gdy spo­koj­nie sie­działy i cze­kały, aż skoń­czy. Na po­czątku nie szło jej to zbyt szybko, ale przez cztery lata zdą­żyła się na­uczyć fry­zjer­skiego fa­chu i w ten spo­sób, oprócz na­uki gry na pia­ni­nie, za­ra­biała na utrzy­ma­nie.

Kry­styna Woj­ta­sik na­le­żała do jej wier­nej klien­teli, wy­cho­dziła bo­wiem z za­ło­że­nia, że wojna wojną, ale czło­wiek nie może prze­stać o sie­bie dbać. To by­łoby jak pod­da­nie się bez naj­mniej­szego oporu. Wy­ra­zem tego oporu były we­dług niej my­dło, grze­bień i no­życzki. Każ­dego z tych ele­men­tów ekwi­punku uży­wała z róż­nym na­tę­że­niem i w róż­nej ko­lej­no­ści, ale nie od­pusz­czała ani so­bie, ani swoim sy­nom. Tylko mąż, który jesz­cze we wrze­śniu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego za­wę­dro­wał wraz ze swoim odzia­łem woj­ska do Pusz­czy Kam­pi­no­skiej, był uspra­wie­dli­wiony i mógł się ką­pać i go­lić wtedy, gdy nada­rzyła się ku temu oka­zja.

- Fra­nio w tym roku za­czyna na­ukę - po­chwa­liła star­szego syna i z czu­ło­ścią, która za­stą­piła wcze­śniej­szą nie­ustę­pli­wość, uśmiech­nęła się do pier­wo­rod­nego.

- Gdyby nie było wojny, to mógłby cho­dzić nor­mal­nie do szkoły - za­fra­po­wała się Ame­lia, ści­na­jąc ko­lejny długi ko­smyk ciem­nych wło­sów chłopca.

- A może do tego bli­żej niż da­lej...

Ame­lia spoj­rzała po­nad głową chłopca. Kry­styna, z ra­cji tego, kim był jej mąż, na­le­żała do do­brze po­in­for­mo­wa­nych osób. Je­żeli więc roz­po­czy­nała ja­kiś te­mat, to warto było jej po­słu­chać.

- Coś się kroi?

- A kroi, i to na dużą skalę.

- Cały kraj?

- Po­noć od nas ma się wszystko za­cząć.

Ame­lia za­marła w bez­ru­chu. Czy słowa Kry­styny mo­gły dać na­dzieję na lep­sze ju­tro? Ileż to razy wszy­scy spo­dzie­wali się na­dej­ścia ofen­sywy z po­łu­dnia Eu­ropy. Tak bar­dzo wie­rzyli, że Fran­cja i Wielka Bry­ta­nia nie od­wrócą od nich oczu, mar­twiąc się o swoje do­bro. A jed­nak czas pły­nął, a Pol­ska le­żała roz­ło­żona na oby­dwie ło­patki, nie mo­gąc się pod­nieść, by za­wal­czyć o wol­ność.

- Wie­rzysz, że to się uda? - do­py­ty­wała Ame­lia, po­wra­ca­jąc do strzy­że­nia.

- Szala po­ra­żek się prze­chy­liła i nikt już nie li­czy na to, że do­sta­niemy wol­ność na tacy. So­wieci na pewno nam jej nie po­da­rują. Mu­simy sami o nią za­wal­czyć.

Ame­lia le­d­wie wi­docz­nie wzru­szyła ra­mio­nami. Ow­szem, chcia­łaby znów być wol­nym czło­wie­kiem, bez prze­szkód po­dró­żo­wać i jak naj­szyb­ciej po­wró­cić na stu­dia, ale to wszystko zda­wało jej się mało re­alne. Woj­sko pol­skie, roz­pro­szone po la­sach, bez od­po­wied­niego uzbro­je­nia mo­gło co naj­wy­żej pro­wa­dzić dzia­ła­nia dy­wer­syjne, a nie otwartą walkę. Rzecz ja­sna, zda­wała so­bie sprawę, jak ważne są wszyst­kie ak­cje sa­bo­ta­żowe wo­bec oku­panta. To wzmac­niało mo­rale, ale zdrowy roz­są­dek nie po­zo­sta­wiał złu­dzeń, jak da­le­ko­siężne są to plany.

- My­ślę, że już nie­długo to wszystko po­trwa... - do­dała Kry­styna, sa­dza­jąc na stołku młod­szego syna, który nie za­mie­rzał pusz­czać jej spód­nicy. - I wresz­cie dzieci prze­staną się wszyst­kiego bać, a do­ro­śli sku­pią się na od­bu­do­wie kraju.

- Oby... - od­parła Ame­lia, ale w jej gło­sie wy­czu­walne było po­wąt­pie­wa­nie.

- Nie wie­rzysz, że po­wsta­nie ma sens?

- Chyba je­stem re­alistką.

- A mówi się, że ar­ty­ści cho­dzą z głową w chmu­rach - za­żar­to­wała Kry­styna.

- Od wy­bu­chu wojny sta­łam się chał­tur­nicą.

- Jesz­cze wró­cisz do ro­bie­nia tego, co ko­chasz.

- Naj­lep­sze lata już za mną. Brak od­po­wied­niej ilo­ści ćwi­czeń na za­wsze prze­kre­ślił moją ka­rierę. Ni­gdy już tego nie nad­ro­bię...

Nie­zręczna ci­sza za­wi­sła nad gło­wami ze­bra­nych, któ­rzy ze względu na upał co­raz łap­czy­wiej ła­pali od­dech.

Po chwili Ame­lia po­mo­gła chłopcu wstać i otrze­pać resztki ob­cię­tych wło­sów. Jego miej­sce za­jęła Kry­styna Woj­ta­sik, którą znała ze szkol­nych ko­ry­ta­rzy gim­na­zjum. Kry­styna za­wsze miała po­wo­dze­nie u chłop­ców. Ładna apa­ry­cja w po­łą­cze­niu z fi­glar­nym uśmie­chem szybko przy­nio­sła efekt w po­staci męża. Ame­lia więk­szość wol­nego czasu po­świę­cała żmud­nym ćwi­cze­niom gry na pia­ni­nie, dla­tego sama nie miała po­ję­cia, jak udało jej się po­znać Igna­cego. Wów­czas my­ślała, że to ten je­dyny i to na całe ży­cie. Wo­jenna za­wie­ru­cha to także zwe­ry­fi­ko­wała.

Kiedy troje klien­tów ze skró­co­nymi wło­sami opu­ściło miesz­ka­nie Bog­dań­skich, Ame­lia po­sprzą­tała roz­rzu­cone po pod­ło­dze włosy i wrzu­ciła je do ku­bła na śmieci usta­wio­nego pod zle­wem. Mieli ten przy­wi­lej po­sia­da­nia w miesz­ka­niu bie­żą­cej wody. To znacz­nie uła­twiało ży­cie i choć by­wało, że w cza­sie dzia­łań wo­jen­nych ku­rek za­krę­cano, to obec­nie nie było z tym pro­blemu.

Bog­dań­ska na­lała wodę do mi­ski i za­częła do niej wrzu­cać ob­rane, a w za­sa­dzie oskro­bane młode ziem­niaki, które wczo­raj ku­piła na tar­go­wi­sku na placu Ker­ce­lego od za­przy­jaź­nio­nego chłopa. Kie­dyś zwy­kła cho­dzić tam z matką albo z braćmi. Te­raz, ze względu na ro­dzaj wy­ko­ny­wa­nej pracy, to ona za­zwy­czaj ro­biła za­kupy. Lek­cje usta­lała nie wcze­śniej niż na dzie­siątą, a klienci do strzy­że­nia przy­cho­dzili po­po­łu­dniami, gdy skoń­czyli pracę. Tej aku­rat było jak na le­kar­stwo, więc lu­dzie imali się róż­nych za­jęć. Jej bra­cia pra­co­wali w te­re­nie. Je­den jeź­dził rik­szą po Śród­mie­ściu, drugi zaś słu­żył po­mocą po­dróż­nym przy­jeż­dża­ją­cym do War­szawy. Za nie­wielką opłatą no­sił ich wa­lizki albo po­ka­zy­wał, gdzie naj­le­piej prze­no­co­wać za nie­wiel­kie pie­nią­dze. Ich matka nie­dawno zna­la­zła za­trud­nie­nie w pla­cówce pocz­to­wej, ale wciąż drżała o to, jak długo zdoła się utrzy­mać na sta­no­wi­sku.

Ame­lia roz­pa­liła ogień w kuchni, choć upał nie zma­lał. Nie miała jed­nak wyj­ścia, je­śli jej ro­dzina miała zjeść cie­pły po­si­łek.

Ziem­niaki wła­śnie się do­go­to­wy­wały, gdy do­szły ją od­głosy z klatki scho­do­wej. Chwilę póź­niej drzwi do miesz­ka­nia się otwarły i ko­ry­tarz wy­peł­nił śmiech, prze­py­chanki i uszczy­pli­wo­ści, ja­kich jej bra­cia bliź­niacy ni­gdy so­bie nie szczę­dzili, za każ­dym ra­zem ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, by pod­kre­ślić swoją wyż­szość je­den nad dru­gim. Cza­sem miała dość tych cią­głych awan­tur. Szcze­gól­nie draż­niły ją w chwi­lach, gdy szy­ko­wała re­per­tuar na wy­stępy. Te­raz, choć sy­tu­acja ule­gła zmia­nie, na­dal nie lu­biła, gdy jej szes­na­sto­letni bra­cia do­ka­zy­wali.

- Czy choć przez chwilę mo­że­cie się przy­zwo­icie za­cho­wy­wać? - Spoj­rzała na chłop­ców z po­li­to­wa­niem.

- Nu­dzisz - ode­zwał się Wła­dek, który jako drugi przy­szedł na świat, ale znacz­nie wię­cej mó­wił i szyb­ciej re­ago­wał niż star­szy bliź­niak.

- I ma­ru­dzisz - do­dał Zyg­munt, sa­do­wiąc się przy stole, na któ­rym już stały cztery gli­niane kubki ze zsia­dłym mle­kiem.

- O wy, mą­drale! - za­pe­rzyła się, gdyż nie lu­biła, jak wy­śmie­wali jej opie­kuń­czość czy nad­mierne wy­ma­ga­nia. - Je­śli za­raz nie prze­sta­nie­cie ha­ła­so­wać, to za­miast mi­ski kar­to­fli do­sta­nie­cie wiązką po­krzyw po ple­cach.

- Wo­lał­bym ko­per do tych kar­to­fli - na­tych­miast pod­jął Wła­dek.

- Ko­pru brak, ale po­krzyw pod do­stat­kiem - ostrze­gła i wy­mow­nie po­gro­ziła trzy­maną w ręku ścierką, którą chwilę póź­niej po­ło­żyła na po­krywce, i chwy­ciła gar­nek, by od­ce­dzić ziem­niaki. - Zja­dać i nie ga­dać - za­rzą­dziła, pod­su­wa­jąc bra­ciom dwie czu­bate mi­ski z wciąż jesz­cze pa­ru­ją­cymi wa­rzy­wami.

- Nie cze­kamy na mamę? - za­in­te­re­so­wał się Zyg­munt, nieco po­waż­nie­jąc.

- Po­winna wró­cić lada mo­ment - wy­ja­śniła i od­ru­chowo wyj­rzała przez okno, by się upew­nić, czy matka wraca. W tej sa­mej chwili drzwi do miesz­ka­nia otwo­rzyły się i uj­rzeli szarą twarz Jo­anny Bog­dań­skiej, która wy­glą­dała znacz­nie po­waż­niej, niż po­winna. Wpraw­dzie od czter­dzie­stych pią­tych uro­dzin dzie­liły ją jesz­cze trzy mie­siące, ale jej zmę­czone oczy, mysi ko­lor wło­sów i zwy­kle smutna twarz do­da­wały jej lat. Na­wet la­tem jej skóra po­zo­sta­wała blada. Sińce pod oczami już dawno prze­stała pu­dro­wać.

- Zdą­ży­łam? - spy­tała i odło­żyła to­rebkę na pa­ra­pet, uca­ło­wała bujne, choć krótko przy­strzy­żone ciemne czu­pryny sy­nów, po czym zmę­czona opa­dła na krze­sło.

- Jesz­cze nie za­czę­li­śmy - po­twier­dziła Ame­lia i na­ło­żyła por­cję dla matki.

Kiedy wresz­cie za­sie­dli do po­siłku, na chwilę za­pa­dła ci­sza. Od śnia­da­nia ni­czego nie mieli w ustach, a po­łu­dnie już dawno mi­nęło.

- Jak ci mi­nął dzień? - spy­tała matka, gdy skoń­czyli po­si­łek.

- Szybko i pra­co­wi­cie - od­parła córka zdaw­kowo.

- Bez eks­ce­sów? - do­py­ty­wała Jo­anna, wie­dząc, kogo dzi­siaj miała strzyc.

- Jak­byś nie znała Woj­ta­si­ków - wes­tchnęła prze­cią­gle i z re­zy­gna­cją mach­nęła dło­nią. - Na szczę­ście ich matka ma już spo­soby na tych an­cy­mo­nów.

- Matki za­wsze mają swoje spo­soby na dzieci - za­uwa­żyła, a le­d­wie wi­doczny uśmiech za­tań­czył na jej ustach, gdy mi­mo­cho­dem spoj­rzała na krę­cą­cych się na krze­słach sy­nów.

- My je­ste­śmy wy­jąt­kowo grzeczni i zdy­scy­pli­no­wani, więc mama nie ma z nami kło­po­tów - od­parł Wła­dek, si­ląc się, by za­cho­wać po­ke­rową twarz.

Ame­lia wy­mow­nie prze­wró­ciła oczyma, bo oso­bi­ście miała od­mienne zda­nie na ten te­mat, ale co in­nego za­przą­tało jej głowę.

- Kry­sia wspo­mniała o ja­kimś ogól­nym po­ru­sze­niu - wy­znała za­my­ślona. - Niby coś się szy­kuje, ale kto to wie...

- A szy­kuje, szy­kuje - pod­chwy­cił Zyg­munt i po­ki­wał głową z miną znawcy.

- A ty skąd mo­żesz wie­dzieć? - za­in­te­re­so­wała się Ame­lia.

- Ła­zimy tu i tam - za­czął Zyg­munt.

- Ga­damy z tym i z tam­tym - do­rzu­cił Wła­dek.

- Ale w żad­nych tam ak­cjach har­ce­rzy czy in­nych ochot­ni­ków nie bie­rze­cie udziału? - Upew­niła się matka, czuj­nie prze­no­sząc wzrok z jed­nego syna na dru­giego.

- Ma­muś, już nie je­ste­śmy dziećmi - za­czął nad wy­raz spo­koj­nie Zyg­munt. - Wiemy, co w tra­wie pisz­czy, i czas naj­wyż­szy po­ka­zać, że za­leży nam na Pol­sce i na War­sza­wie.

- Ty mi tu nie mydl oczu tymi wznio­słymi ha­słami, bo nie­je­den żoł­nierz przy­pła­cił je ży­ciem. Dość śmierci w tym domu, więc nie chcę sły­szeć, że ma­cza­cie palce w ja­kich­kol­wiek dzia­ła­niach, które mogą na­ra­zić was na nie­bez­pie­czeń­stwo - do­dała nad­spo­dzie­wa­nie twardo. W tak zde­cy­do­wany spo­sób mó­wiła tylko wtedy, gdy szło o ży­cie jej dzieci. Ame­lia do­sko­nale to ro­zu­miała, ale jej bra­cia naj­wi­docz­niej mieli dość na­do­pie­kuń­czej matki, bo tym ra­zem nie wy­szli z domu, jak zwy­kli ro­bić, gdy nie zga­dzali się z matką, a nie chcieli się z nią kłó­cić.

- Szy­kuje się po­wsta­nie i mamy obo­wią­zek wziąć w nim udział. - Wła­dek od­waż­nie wsparł brata.

- Nie chcę tego słu­chać - wy­ce­dziła przez zęby Jo­anna.

- Ma­muś, nikt tego nie chce, ale inni za nas ni­czego nie zro­bią - tłu­ma­czył Zyg­munt.

- Nie mo­żemy dłu­żej bez­czyn­nie cze­kać, bo czas mi­nie, a my nie za­znamy praw­dzi­wego śmie­chu czy zwy­czaj­nego, siel­skiego ży­cia.

- Co wy bre­dzi­cie? - Ame­lia po­stu­kała się w czoło. - Je­ste­ście dzie­cia­kami, które jesz­cze nie­jedno prze­żyją, pod wa­run­kiem że będą się trzy­mać z da­leka od pro­ble­mów.

- A czy to my się o nie pro­simy? - żach­nął się Wła­dek, nie mo­gąc wy­trzy­mać gde­ra­nia ko­biet. - Też chcie­li­by­śmy nor­mal­nie móc cho­dzić do szkoły albo do maj­stra na na­uki, ale szwaby nas nie py­tają, czego chcemy. Mają to gdzieś.

- Wy­ra­żaj się przy matce! - Ame­lia zgro­miła brata wzro­kiem. - A przede wszyst­kim słu­chaj­cie jej, bo tylko ona nam zo­stała - do­dała ar­gu­ment naj­więk­szego ka­li­bru.

Z tymi sło­wami ża­den z chłop­ców nie za­mie­rzał dys­ku­to­wać. Wie­dzieli, że dzi­siaj ni­czego wię­cej nie osią­gną. Byli jed­nak do­sta­tecz­nie zde­ter­mi­no­wani, by dzia­łać, na­wet bez zgody ro­dzi­cielki.

Ame­lia czuła, że to jesz­cze nie ko­niec dys­puty, a za­cięty wy­raz twa­rzy braci nie na­pa­wał jej zbyt­nim opty­mi­zmem. Nie­kiedy za­cho­dziła w głowę, po kim odzie­dzi­czyli swoje tem­pe­ra­menty. Żadne z ro­dzi­ców nie wy­ka­zy­wało ta­kich cech cha­rak­teru. Może gdyby byli bar­dziej uparci i od­waż­niejsi, zde­cy­do­wa­liby się opu­ścić mia­sto, jesz­cze za­nim wy­bu­chła wojna, a wtedy kto wie, jak po­to­czy­łyby się ich losy.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki