2.
Ruszczyki, 1943
Nie cierpiała tego miejsca i marzyła, żeby w końcu je opuścić. Nie mogła znieść towarzystwa starej Iriny Ostapczukowej, która przyjęła ją i małą Oleńkę pod swój dach. Odwykła od wsi i od tego, jak Ukraińcy złorzeczą Polakom, ciesząc się za każdym razem, gdy płonęła jakaś polska wioska.
Domyślała się, że nie będzie w takim miejscu szczęśliwa, a jednak ugięła się, i nie z uwagi na Wiszę i jego mrzonki o dokonaniu zemsty, ale zrobiła to dla Andrzeja. Chyba dlatego, iż wciąż nękały ją wyrzuty sumienia. Była marną żoną, kiepską kochanką i w dodatku nie obdarzyła małżonka potomstwem. Kiedy więc przekonywał ją, że pomysł Wissariona jest najlepszym rozwiązaniem, nie zamierzała się z nim spierać. Powiedziała wówczas:
- Andrzej, boję się, że stracę was obu i znowu zostanę sama jak palec. We Lwowie choć Mariankę miałam koło siebie, a tam...? Wiem, że jestem Ukrainką i nikt nie będzie patrzył na mnie wilkiem, ale będę się czuła obco.
- Nadeńko, to nie potrwa długo. Niemcy słabną, niebawem alianci skończą z nimi.
- I to mnie martwi, Andrzej. Wybacz, że to mówię, ale wolę niemiecką okupację niż radzieckie wyzwolenie.
- Rozumiem, co czujesz, bo sam nie wiem, kto gorszy. Sowieci skazali moich rodziców na poniewierkę i nawet nie mam pojęcia, czy jeszcze żyją, ale to szwaby mnie katowały na gestapo i pewnie zdechłbym od ich razów, gdyby nie wy. Chciałbym, żeby Polska odzyskała wolność, ale czy tak będzie, nie wiem.
- Paktujecie z Sowietami, a to oznacza, że to, co było, już nie powróci. Znam ich, Andrzej. To ruska swołocz, która nienawidzi Ukraińców i Polaków - powiedziała z mściwością w głosie.
- Wiem, ale z kimś trzeba trzymać. Muszę mieć nadzieję, że jeśli pomożemy zniszczyć Trzecią Rzeszę, oddadzą nam nasz kraj. Ktoś kiedyś powiedział, że nadzieja umiera ostatnia.
- Ale i ta w końcu padnie trupem. - Uśmiechnęła się smutno.
Nigdy nie dałaby się przekonać, że Rosjanie potrafią się zachować jak ludzie. Hołodomor, który przeżyła w Charkowie i Nikołajewce, był jak syrena alarmowa. Jeśli Stalin postanowił wykończyć głodem kilka milionów Ukraińców, nie zawaha się i będzie kluczył, kłamał i składał fałszywe obietnice, by dopiąć swego i wziąć pod swój bolszewicki but Polaków.
Wioska, do której pojechała furą Zinowjewów z Horałki, znajdowała się kilkadziesiąt kilometrów na południe od Włodzimierza. I gdy tam dotarła, przestała ją interesować obietnica, którą złożyła Andrzejowi. Gdyby wiedziała, gdzie trafi, nawet on by jej nie przekonał do tego wyjazdu. Nie chciała w niej zamieszkać i wolała zaryzykować, niż zostać w tym miejscu. Błagała Wiszę, by nie zostawiał jej w Ruszczykach, ale ten zachowywał się tak, jakby nie słyszał, co do niego mówiła.
Teraz miała daleko i do Lwowa, i do Orliczyna. Ten drugi właściwie przestał istnieć, ale zostawiła tam część swojego serca. Po ucieczce ze Związku Radzieckiego to miejsce wydawało się jej rajem na ziemi i nigdy nie pomyślała, że to jej rodacy zrównają ów raj z ziemią, przy okazji mordując bestialsko jego mieszkańców.
- Mleka udoiłam. - Usłyszała głos starej Iriny.
- Mówiłam cioci, że sama to zrobię, tylko Oleńce spadnie trochę gorączka - westchnęła.
Mała złapała przeziębienie i Nadia w nocy nie zmrużyła oka, robiąc dziewczynce zimne okłady i pojąc naparem z lipy i czarnego bzu.
- Ładna ta twoja córka i podobna do ciebie. - Irina się uśmiechnęła i pokazała bezzębne oblicze.
Nie odwzajemniła uśmiechu. Aleksandra nie była jej dzieckiem. Mogłaby się z tym pogodzić i wychowywać małą jak własne potomstwo, ale czuła żal, bo Wissarion, który podobno tak bardzo je obie kochał, narażał teraz życie, aby pomścić żonę. Izabela musiała więc być dla niego bardzo ważna. Może nawet ważniejsza niż one. Jak więc miała uwierzyć w miłość Wissariona? Była mu teraz potrzebna, bo zajmowała się jego dzieciną, ale co będzie później? Czy przez resztę życia będzie zasypiał z myślą o Izabeli? Młoda dziedziczka już nie żyła, a jednak Nadia niezmiennie była o nią zazdrosna. Jakby pamięć o niej i jej tragicznej śmierci stanowiła mur, który dzielił ją od ukochanego.
- Chciałabym, żeby Wisza wrócił - powiedziała nagle, nie odnosząc się ani słowem do wypowiedzi Iriny na temat wyglądu Oleńki.
- Jest wojna, a on jest mężczyzną. Jego rolą jest walka, naszą dbanie o rodzinę - dumnie odparła kobieta. - Mój mąż zginął w dziewiętnastym roku, jak ta polska swołocz postanowiła przygarnąć dla siebie Lwów.
- Największym wrogiem Ukraińców nie są Polacy, ale Sowieci - burknęła Nadia.
- To prawda, musimy walczyć z całym światem o naszą ojczyznę.
- Której nigdy nie mieliśmy - mruknęła pod nosem.
Nie zamierzała dyskutować z Iriną o poczynaniach Ukraińców i ich barbarzyńskich mordach, bo zapewne usłyszałaby to, co zwykle - że jej rodacy muszą robić paskudne rzeczy, aby ktoś zauważył ich desperację. Nawet nie mogłaby się z nią pokłócić o te sprawy, bo pani Ostapczukowa nie miała pojęcia, że Nadia wyszła za Polaka i nawet przefarbowała się na katoliczkę. Jej było wszystko jedno, w Boga od dawna przestała wierzyć, ale i do tego przyznać się nie mogła.
Kiedyś, gdy jeszcze na tych terenach istniała wolna Polska, władze tego kraju wiele zrobiły, by wykorzenić ukraińską wiarę i nawrócić Ukraińców na katolicyzm. Jej rodacy także tego nie mogli wybaczyć Polakom.
Zakończyła więc rozmowę i zajęła się Oleńką. Dotknęła czoła dziewczynki i odetchnęła z ulgą. Mała nie była już tak rozpalona jak jeszcze nad ranem.
- Przeszły małej poty? - zapytała Irina, która chyba się zorientowała, że i tym razem nie namówi dziewczyny na polityczne dywagacje.
- Tak, ale słaba jest, bo nawet nie dokazuje.
- W pole trzeba iść... - powiedziała Ostapczukowa z wyrzutem, jakby Nadia wymyśliła sobie chorobę Oleńki, żeby nie pomagać w obejściu.
- Wiem. Napiję się trochę mleka i pójdę, a ty zajmiesz się Oleńką. Pewnie zaraz zaśnie, więc będziecie mieć spokój.
Stara kobieta pokiwała głową i zrobiła minę, jakby jej ulżyło. Zapewne nie miała już takiej siły jak kiedyś. Poza tym do niedawna wyręczali ją w pracach polowych dwaj synowie, ale teraz obaj wstąpili do UPA i zamiast wspierać starą matkę, rezali niesfornych Polaków.
Rozpoczął się czas żniw, żar lał się z nieba, a Nadia nie potrafiła sobie nawet przypomnieć, kiedy ostatnio miała kosę w ręku. Wydawała się jej ciężka i nieporęczna i zastanawiała się, jak we dwie z Iriną skoszą całe żyto. Poletko Ostapczuków nie było zbyt duże, ale po kilku godzinach machania kosą miała wrażenie, że ciągnie się bez końca.
- Pomogę pani, pani Zinowjewo.
Usłyszała czyjś głos i odwróciła głowę. Najpierw zobaczyła cień, a potem młodego chłopaka, na oko siedemnastoletniego. W pierwszym odruchu chciała go pogonić, ale potem doszła do wniosku, że bez pomocy nie dadzą rady zebrać zboża na czas.
- A ty coś za jeden? - zapytała z uśmiechem i otarła chustką pot z czoła.
- Jestem Dmytro. Zinowjew. - Chłopak odwzajemnił uśmiech.
- A swojej roboty w polu nie masz? - zagadnęła i pomyślała, że cały świat jest pełny Zinowjewów, a ona lubiła tylko jednego z nich. Była ciekawa, czy Dmytro okaże się kolejnym członkiem tej rodziny, który zyska jej sympatię.
- Mam, ale widzę, jak się pani męczy. A w końcu też jest pani z Zinowjewów.
- Tak... Chwilami mam wrażenie, że na świecie istnieją tylko Zinowjewowie. - Wyszczerzyła zęby w nienaturalnym uśmiechu.
- Pradziad Wissariona i mój to rodzeni bracia. A było ich razem jedenastu. Sześciu przeżyło.
- To dalekie pokrewieństwo - zauważyła.
- Ale Zinowjewowie muszą trzymać się razem.
Z ulgą podała kosę Dmytrowi i nie odniosła się do jego słów, bo w świetle tego, co się wydarzyło, brzmiały one niemal groteskowo. Pomyślała, że gdyby chłopak przyniósł swoją kosę, szybciej by im poszło, ale po chwili doszła do wniosku, że przynajmniej odpocznie sobie chwilę, bo nieprzespana noc dawała o sobie znać. Rozłożyła więc chustę na ziemi i skuliła się w kłębek w zbożu, nie zważając na palące słońce. Wysokie źdźbła dawały odrobinę cienia, a ziemia była przyjemnie chłodna, więc zasnęła w ciągu minuty.
Nie miała pojęcia, jak długo drzemała, ale gdy otworzyła oczy, zobaczyła przed sobą kawał skoszonego pola i doskonale powiązane snopy. Dmytro stał tuż obok niej i polewał się wodą z butelki.
- Dziękuję - powiedziała cicho.
- Jutro też mogę przyjść - zadeklarował.
- Obiecuję, nie będę spała, tylko ci pomogę. - Uśmiechnęła się przepraszająco.
Kucnął obok niej i ujął jej dłonie.
- One nie nawykły do ciężkiej pracy w polu. Jest pani damą.
Wyrwała dłonie, jakby zawstydzona, że chłopak odkrył, iż nie była żadną chłopką.
- Mam na imię Nadia - wymamrotała.
- W takim razie jesteś damą, Nadio, i niech tak pozostanie.
- Wisza cię poprosił, żebyś mi pomagał, prawda? - Nagle dotarło do niej, że Wissarion musiał pozostawić jej jakiegoś opiekuna.
- Nie, Wisza mnie o nic takiego nie poprosił - odparł.
- Więc kto?
- Stiepan, jego brat.
Zerwała się z ziemi, poprawiła włosy i wyciągnęła z nich kilka źdźbeł żyta. Po chwili powiedziała zimno:
- W takim razie nie przychodź więcej mi pomagać.
- Dlaczego? Ostapczukowa jest stara, ty musisz zajmować się dzieciakiem. a i chłopka z ciebie żadna - stwierdził buńczucznie.
Pomyślała, że nawet tego diabła w ludzkiej skórze dopadły wyrzuty sumienia i postanowił ulżyć swojemu bratu i jej w niedoli, ale nie chciała od tego gówniarza ani współczucia, ani też żadnej pomocy.
- A ty do UPA nie wstąpiłeś? - zapytała drwiąco.
- Ktoś musiał na gospodarce zostać. Ale poletko mamy małe, a ja jestem młody i silny. - Puścił do niej oko.
Nie wiedziała, jak odmówić bardziej stanowczo bez konieczności zwierzania się, dlaczego zieje nienawiścią do Stiepana Zinowjewa. Postanowiła więc odpuścić i pogonić chłopaka w inny sposób.
- U siebie masz roboty aż zanadto. My sobie poradzimy, a twoi rodzice nie będą się na ciebie złościć.
- A mnie się wydawało, że to przez Stiepana...
- Nieważne, Dmytro. Po prostu więcej mi nie pomagaj. Chyba że Irinie, jeśli będzie miała na to ochotę. Jestem młoda, krzepka, dam sobie radę - skłamała. Może nie była stara, jak Ostapczukowa, ale miała siłę szczenięcia.
- Ja nie robię tego bezinteresownie...
- Nie mam ci z czego zapłacić - jęknęła, bo chociaż Wisza zostawił jej trochę pieniędzy, nie stać jej było na wynagrodzenie parobka.
- Możesz mi się odwdzięczyć w inny sposób. - Chłopak oblizał się lubieżnie. - Stiepan mówił, że lubisz tę robotę.
A jednak ten wstrętny gówniarz nadal był potworem.
- Wissarion cię zabije! - syknęła.
- Przestań, Nadio, myślisz, że będzie chciał taką przechodzoną dziwkę? Potrzebuje cię, żebyś mu dzieciaka piastowała, póki on nie rozprawi się z resztą Lachów. Ale mnie się podobasz. Jesteś ładna, masz gładką skórę i na pewno doświadczenie, którego mnie brakuje. Dogadamy się. - Chłopak nie przestawał się uśmiechać.
Uderzyła go w twarz.
- Wynocha stąd! A jak jeszcze raz pojawisz się na moim polu, powiem wszystkim, żeś się przystawiał do żony człowieka, który walczy w UPA o wolną Ukrainę!
- Nie odpuszczę ci... - Pogardliwy uśmieszek Dmytra zniknął w jednej chwili.
- Może jednak przejdę się do waszej chałupy. - Nadia zmrużyła oczy.
Dmytro Zinowjew nie odpowiedział, tylko ruszył w stronę wiejskich zabudowań. A ona miała ochotę wrzeszczeć. Potem zaś zaczęła się zastanawiać, czy dobrze zrobiła, ukrywając przed Wissarionem zbrodnię jego braciszka z piekła rodem.
Nie chciała od razu wracać do domu, bo zapewne wzburzenie miałaby wymalowane na twarzy. Poza tym zastanowiły ją słowa młodego chłopaka, który wytknął jej, że źle się prowadziła, a Wissarion nie zechce dzielić z kimś takim życia. Może miał rację i naprawdę dla Wiszy znaczyła tylko tyle, ile czułości mogła okazać jego dziecinie? W końcu zostawił ją na tej głuchej wsi, nie bacząc na to, jak bardzo będzie tam nieszczęśliwa. I nawet nie chodziło o to, że od wielu lat była typowym mieszczuchem, ale odnosiła wrażenie, iż znajduje się w gnieździe os, a nie wśród swoich rodaków. Jednak nie było takiego miejsca, gdzie mogłaby się poczuć dobrze i bezpiecznie. Teraz Polacy jej nienawidzili, a Ukraińcy nią pogardzali. Na razie nie okazywali jej wrogości, bo nie mieli pojęcia, że nie nazywa się Zinowjew, tylko wyszła za polskiego oficera, ale jeśli ten młokos zdołał poznać jej tajemnicę, rychło może się o tym dowiedzieć cała osada.
Postanowiła, że musi się stąd wyrwać, choćby miała okłamać Ostapczukową. Wolała gnieździć się z kilkoma życzliwymi jej osobami w małym mieszkaniu i modlić, by Niemcy odpuścili jej i Andrzejowi, niż spędzić w Ruszczykach choćby godzinę. Wiedziała, że zarówno jej mąż, jak i Wissarion zmyją jej głowę za tę podróż, ale ona musiała znaleźć się wśród ludzi, przed którymi nie będzie zmuszona udawać kogoś, kim nigdy nie była. Nawet kosztem własnego bezpieczeństwa.