Saga nadmorska. Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher

p
Reflow text when sidebars are open.
arcjanna Zielczyńska zamknęła okolone siatką drobnych zmarszczek oczy. Młodość umknęła jej niepostrzeżenie, podobnie jak całemu jej pokoleniu. Ze zdziwieniem odnotowała obecność pierwszych bruzd na twarzy. Wczoraj była młodą, ufnie patrzącą w przyszłość dziewczyną, a dziś jest zgorzkniałą kobietą, której potrzeby zeszły na dalszy plan wobec konieczności wykarmienia dziecka. Samotnym matkom nigdy nie było łatwo, a ona miała wrażenie, że w czasach, które nadeszły po wojnie, będzie jeszcze gorzej.
Wciągnęła do płuc obce powietrze. Nie potrafiła przyzwyczaić się do porywistych wiatrów i ciągnącego od morza chłodu.
Mocniej zacisnęła powieki.
Dom.
Pierwsze skojarzenie: ten należący do jej dziadków, do którego droga prowadziła przez łąki i łany dojrzewającego zboża. Wystarczyło, że trochę popadało, a drewniane koła furmanki dziadka grzęzły w błocie. Dom stojący w Woli Ostrowieckiej, serce nowoczesnego gospodarstwa, ze studnią na środku, z żywopłotem wokół obejścia i z ogródkami warzywnym i kwiatowym, w których królowała babcia. Porządny, z czerwonej cegły, nie drewniany. Jako jeden z nielicznych we wsi był kryty blachą, a nie strzechą. Dziadek potrafił zadbać o swoją rodzinę. Dobrze im się z babcią powodziło. Mieli duże gospodarstwo, dwadzieścia pięć mórg. Ale nie zadzierali nosa. Pomagali sąsiadom w potrzebie, a czasem nawet dawali zarobić parę groszy w czasie żniw. Obok domu była pasieka - królestwo dziadka. Marcjanna wciąż czuła smak maczanych w świeżym miodzie bułek. I ten zapach! Obłędny. Leśnych owoców, dojrzałych zbóż, kaczeńców i tataraku. Zapach Wołynia.
Drugie skojarzenie: dom, który stworzyli rodzice. Szczęśliwe dzieciństwo, troska mamy i taty, pierwsze przyjaźnie. Dom w Lubomlu. Wystarczyło zamknąć oczy, a już tam była. Spacerowała przy zabudowaniach zespołu pałacowego Branickich, w drodze do kościoła mijała cerkiew i z szerokim uśmiechem na ustach pozdrawiała koleżanki, które znikały we wnętrzu okazałego budynku. Znów mijała Żydów czatujących na włościan w dni targowe, biegła na przedstawienie cyrku, którego przyjazd zawsze był wielkim wydarzeniem, przechodziła tuż obok koszar, ukrywając rumieńce, które pojawiały się na jej twarzy zawsze, gdy jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem przystojnego ułana.
Była szczęśliwa, zarówno u dziadków, jak i w rodzinnym domu. Tam zawsze czuła się u siebie. Swobodnie. Nigdy nie przyszłoby jej na myśl, że pewnego dnia ktoś zapuka do ich drzwi i powie: Tu już nie jest Polska, nie jesteście u siebie. Jak to: nie jesteście u siebie? Gdzie zatem jest to "u siebie"? Gdzie jest jej dom? Bo przecież nie tu, nie w tym miejscu, gdzie powietrze pachnie tak obco, a zamiast znajomego cykania koników polnych słychać szum morza. Miała wrażenie, że jest wszędzie. Otaczał ją. Wnikał w nią głęboko. Wciąż nie potrafiła się do niego przyzwyczaić. Czy kiedykolwiek to nastąpi? Czy poczuje się tu u siebie?
Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie warto się przyzwyczajać. Bo skoro te ziemie, na których znaleźli schronienie - przecież nie dom - skoro te ziemie są teraz poniemieckie, to kiedyś mogą stać się też popolskie. Bardzo się tego bała. Że pewnego dnia ktoś znów zapuka do jej drzwi i powie: Tu już nie jest Polska, nie jesteście u siebie.
Z tęsknotą zerkała na wschód. Ach, gdyby tylko mogła wrócić...
Otworzyła oczy. Nie była już na Kresach. Stała nad samym brzegiem morza, gdzie w pojedynkę przyszło jej stworzyć dom dla córki, której nie potrafiła pokochać tak, jak matka kochać powinna.
arcjanna stanęła przed lustrem i wygładziła kretonową sukienkę. Najlepszą, jaką miała. Mama kupiła materiał od Chajki, starej Żydówki, która od lat prowadziła swój sklep w sąsiedztwie budynku, gdzie mieścił się urząd gminy, poczta i komisariat policji. Janina często powtarzała, że woli robić zakupy u Żydów niż u Polaków. Polacy w ogóle nie potrafili zadbać o klienta.
- Nie mam, bierze to, co jest, albo w ogóle - mówili, wzruszając ramionami.
Żydzi nie wypuszczali kupującego ze sklepu, dopóki nie był w pełni zadowolony. Chajka zawsze dwoiła się i troiła, żeby usatysfakcjonować klientów. Potrzebne materiały potrafiła wyciągnąć spod ziemi.
Marcjanna uśmiechnęła się do swojego odbicia. Uszczypnęła się delikatnie w policzki, aby nabrać rumieńców. Tata nie lubił, kiedy się malowała. Zawsze powtarzał, że tego, co piękne, w żaden sposób nie trzeba poprawiać, ale ona miała swoje sposoby, żeby niepostrzeżenie podkreślić to piękno. Podkreślić, nie poprawić. Władysław nie miał racji, ale co on, mężczyzna, mógł o tym wiedzieć.
W życiu Marcjanny zakończył się ważny etap. Zdała pomyślnie wszystkie egzaminy i otrzymała świadectwo dojrzałości. Z tej okazji tata postanowił zorganizować wystawną kolację, na którą zaprosił rodzinę i przyjaciół, a na następny dzień umówił wizytę w zakładzie fotograficznym swojego dobrego znajomego Stanisława. Zresztą z tego, co Marcjanna wiedziała, pan Miauczyński miał być dzisiejszego wieczoru obecny przy stole. "Tatko pewnie znów wypije o jeden kieliszek bimbru za dużo, a mama będzie się na niego gniewać", pomyślała i zachichotała.
Wciąż nie wiedziała, co chce robić w życiu. Gdzieś w oddali majaczyło marzenie o studiach, ale jeszcze żadna z kobiet w jej rodzinie nie zdobyła wyższego wykształcenia, a Marcjanna nie była typem pionierki. Bała się tego, co nieznane. Na myśl o wielkim świecie czuła nie ekscytację, a lęk. Wilno, Lwów, Kraków... Lubiła czytać o tych miastach w swoich książkach, ale miała wrażenie, że nie potrafiłaby się tam odnaleźć. Tutaj, w Lubomlu, znała każdy kąt. Z jednej strony chciałaby tu zostać, ale z drugiej pragnęła od życia czegoś więcej niż tylko dobrze wyjść za mąż.
Za mąż... Kolejny drażliwy temat. Wprawdzie jej sytuacja wyglądała o wiele lepiej niż na wsi, gdzie Rozalia, nieco starsza od niej kuzynka, wciąż wysłuchiwała utyskiwań dziadków i rodziców, że jest starą panną, ale i tutaj już odczuła pierwsze naciski ze strony mamy.
- Najważniejsze, żebyś trafiła na odpowiedniego mężczyznę. Widzisz, ja miałam szczęście, że poznałam twojego ojca. Dobrze by było, gdyby i tobie się tak powiodło...
Kiedy tylko mama zaczynała swoje aluzje, tata cmokał z niezadowoleniem. Marcjanna uważała, że rodzice podzielili się dziećmi po równo. Ona była ukochaną córeczką tatusia, a jej dziewięcioletni brat Antoni skradł serce matce. Miała wrażenie, że ojciec nie chce, żeby wyszła za mąż. To Janina zwykle podejmowała ten temat.
- Ja w twoim wieku byłam już w ciąży!
- Mamo, wtedy były inne czasy - przypominała jej Marcjanna.
- Inne czasy, inne czasy... Masz szczęście, że mieszkasz w mieście, a nie na wsi. Tam wszystkie dziewczyny idą za mąż młodo, w wieku piętnastu, szesnastu lat. Niezamężna dwudziestolatka to stara panna! - powtarzała mama, chociaż przecież Marcjanna była tego świadoma, bo każde wakacje spędzała u dziadków w Woli Ostrowieckiej, gdzie mieszkała też Rozalia.
Często się zastanawiała, czy mama zawsze taka była, czy zmienił ją ślub z tatą i wyjazd do miasta. Przecież sama pochodziła ze wsi, a teraz zadzierała nosa. Utrzymywała stały, choć chłodny kontakt z rodzicami i siostrą Teodorą, która została w Woli Ostrowieckiej i młodo wyszła za mąż za mieszkającego w sąsiedztwie Nikifora. Marcjanna była ciekawa, z czego to wynika, ale nigdy nie śmiałaby jej zapytać o to wprost. Nie czuła, że może z nią porozmawiać o wszystkim. Zadziwiające, ale to tata uświadomił ją, że wcale nie umiera, kiedy w wieku trzynastu lat na widok pierwszej krwi na bieliźnie zaniosła się głośnym płaczem. Janina tylko zacisnęła usta i rzuciła sucho: "Nie becz, to normalne". To Władysław przyszedł do sypialni Marcjanny i czerwony ze wstydu wyjaśnił jej, że właśnie stała się kobietą.
Jej rozmyślania przerwało ciche pukanie do drzwi. Szybko spojrzała w lustro, jeszcze raz wygładziła materiał na wysokości talii i odwróciła się w stronę wejścia.
- Proszę!
Drzwi powoli się otworzyły. W progu stał zadowolony, choć poruszony Władysław.
- Wejdź, tatku - zachęciła go Marcjanna.
Ojciec stawiał kroki powoli, przez cały czas bacznie obserwując córkę. Wyglądała przepięknie. Był przekonany, że dziewczyna pociągnęła usta jasną szminką, ale tego dnia uznał, że nie będzie się na nią z tego powodu złościł. Kiedy ma świętować, jak nie dziś, gdy otrzymała świadectwo dojrzałości? W powietrzu unosiła się ledwo wyczuwalna woń perfum, ale i to zignorował.
- Jesteś gotowa? - zapytał. - Goście zaraz zaczną się schodzić.
- Tak. Pójdę pomóc mamie w kuchni.
- Zostaw. - Władysław złapał córkę za rękę. - Dzisiaj jest twoje święto, nie będziesz stać przy garach. Mama zresztą już wszystko przygotowała.
Marcjanna powoli skinęła głową. Zapadła cisza. Ojciec stał w tym samym miejscu i wpatrywał się w nią z zainteresowaniem. O co chodziło? Czyżby dostrzegł rumieńce na twarzy córki lub ślad szminki, którą pomalowała usta?
- Tatku?
Władysław uśmiechnął się smutno. Odkąd został ojcem, z trudem akceptował upływ czasu. Nie chciał, żeby jego Marcysia tak szybko wyfrunęła z domu. Oddałby wszystko, aby jeszcze raz przeżyć jej dzieciństwo, a tymczasem stała przed nim dorosła kobieta, gotowa, by opuścić rodzinne gniazdo. Na razie tylko na okres letni, który, jak zwykle, miała spędzić u dziadków na wsi, ale kto wie, co postanowi? A jeśli, nie daj Boże, się zakocha, wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, a Władysław przestanie być najważniejszym mężczyzną w jej życiu?
Marcjanna była podobna do Janiny, przynajmniej z wyglądu, ale charakter z pewnością odziedziczyła po nim. Długie jasne włosy zaplotła tego dnia w ciasny warkocz, a wąską talię podkreśliła dopasowaną sukienką. Kiedy się śmiała, robiła to całą sobą. Jej brązowe oczy były niczym iskierki, które swoim blaskiem przyciągały mężczyzn. Władysław był tego świadomy. Jego córka podobała się i dżentelmenom, i chłopom. Mógł tylko mieć nadzieję, że żaden nie zrobi jej krzywdy.
- Coś nie tak? - wychrypiała Marcjanna. Tata zachowywał się dziwnie. Nic nie mówił, tylko stał i na nią patrzył.
- Wszystko w jak najlepszym porządku - zreflektował się Władysław. - Po prostu wciąż nie mieści mi się to w głowie, Marcysiu...
Dziewczyna roześmiała się szczerze.
- Lepiej chodźmy już do salonu. Mówiłeś, że zaraz zjawią się goście.
Przed drzwiami Marcjanna i Władysław natknęli się na Antoniego. Pewnie jak zwykle podsłuchiwał, o czym rozmawiają ojciec i siostra. Chłopiec wykazywał niezdrowe zainteresowanie sprawami innych. Marcjanna uważała, że powinien poświęcać więcej uwagi nauce, do której wcale się nie przykładał, a mniej śledzeniu innych, ale zachowała tę uwagę dla siebie. To nie ona miała go wychowywać. Uśmiechnęła się więc tylko i zmierzwiła bratu czuprynę. Władysław nie był jednak aż tak wyrozumiały.
- Znowu podsłuchiwałeś? - zdenerwował się. - Tyle razy mówiłem ci, że to nieładnie!
- To co mam robić? - żachnął się chłopiec. - Mama wygoniła mnie z kuchni, bo podobno tylko tam przeszkadzam, a wy...
- Cii, nic się nie dzieje - weszła mu w słowo Marcjanna. - Chodź, zaraz przyjdą goście.
Całą trójką weszli do salonu, gdzie Janina układała już półmiski i talerze, mamrocząc coś do siebie pod nosem. Nawet nie podniosła wzroku, kiedy stanęli obok stołu. Skinęła tylko ręką na Marcjannę i poprosiła, aby poszła do kuchni sprawdzić, czy barszcz jest gotowy.
Kwadrans później w domu Zielczyńskich pojawili się pierwsi goście: Paulina, przyjaciółka Marcjanny, wraz z rodzicami, którzy utrzymywali bliskie kontakty z Janiną i Władysławem. Paulina wyglądała bardzo elegancko w sukience podobnej do tej, którą miała na sobie młoda Zielczyńska, i w pantofelkach na francuskim obcasie. Czarne włosy spięła ozdobną spinką.
Marcjanna poczuła się pewniej na widok koleżanki, która już ciągnęła ją na plotki.
- Słyszałaś, że Waldek Tuszyński poprosił o rękę Anielę od Zientkiewiczów?
- Żartujesz! Przecież od lat wodził wzrokiem za Ołeną!
- Najwidoczniej rodzice wybili mu ślub z Ukrainką z głowy - podsumowała Paulina.
Marcjanna, która do życia podchodziła bardzo idealistycznie, uważała jednak, że musi istnieć inna przyczyna takiego stanu rzeczy. Może po prostu Aniela bardziej mu się podobała? Jej samej dobrze żyło się w sąsiedztwie Ukraińców. Nie było awantur, wzajemnych animozji. Traktowała kolegów i koleżanki pochodzenia ukraińskiego tak samo jak Polaków czy Żydów. Ty wierzysz w to, ja w to, jesteśmy inni, ale równi sobie. Polacy i Ukraińcy nawiązywali ze sobą relacje, zdarzały się małżeństwa mieszane, nawet w jej rodzinie. Siostra mamy, ciotka Teodora, miała męża Ukraińca. Urodziło im się troje dzieci. Trzy córki: Rozalia oraz bliźniaczki Helenka i Zosia, ochrzczone w kościele, bo dziewczynki chrzciło się w katolickich świątyniach, a chłopców w cerkwi. Tak było od zawsze. Nie wierzyła zatem, żeby pochodzenie Ołeny mogło być problemem.
- Nie wydaje mi się. Pewnie po prostu się o coś pokłócili - oświadczyła z pełnym przekonaniem.
- Oj, Marcyś, aleś ty naiwna. Przecież widać, że nasi rodzice traktują Ukraińców gorzej niż Polaków - wyszeptała Paulina, ignorując ojca, który wołał ją do stołu.
- Moi rodzice są uczciwi - oburzyła się Marcjanna.
- Powiedziałam "nasi rodzice", bo miałam na myśl ogół, no wiesz, starsze pokolenie...
- Przestań!
Dziewczęta podeszły do stołu, przy którym zasiedli już goście. Oprócz Pauliny i jej rodziców pojawili się państwo Miauczyńscy ze swoim dziesięcioletnim synem, co ucieszyło Antka, babcia Alfreda i Stefan, brat taty, który przybył tylko ze starszą córką, nielubianą przez Marcjannę Krystyną.
- A gdzie ciotka Katarzyna? - Dziewczynę zdziwiła nieobecność żony wuja Stefana.
- Janek się czymś zatruł, Stefania też się źle czuje, więc uznaliśmy, że lepiej będzie, jak zostaną w domu. Katarzyna nie mogła przyjść, za co prosiła cię bardzo mocno przeprosić.
Marcjanna tylko skinęła głową. Zdecydowanie wolałaby, żeby to Krysia zachorowała, a jej rodzeństwo pojawiło się na uroczystości. Nigdy pałała do kuzynki szczególną sympatią. Krystyna miała nieznośny zwyczaj wtrącania się w nie swoje sprawy i rzucania złośliwych uwag.
- A twoi rodzice? - Stefan zwrócił się do Janiny, która właśnie stawiała przed gośćmi kieliszki. Zawahała się przy nakryciu Marcjanny, ale ostatecznie nawet córka i jej przyjaciółka dostały tego wieczoru przyzwolenie na picie alkoholu.
- Marcysia wyjeżdża do nich jutro - wyjaśniła Janina. - Mama ma problemy z nogą i podróż mogłaby jej zaszkodzić, a tata nie chciał zostawiać jej samej na noc w gospodarstwie. Przyjedzie z samego rana, bo ma coś do załatwienia w mieście, i zabierze ze sobą Marcysię.
- A Antek? - nie odpuszczała Krystyna.
Marcjanna przewróciła oczami. Co ją to właściwie interesuje?
- A Antek zostaje w domu - skwitowała Janina. - Nie chciał jechać, to co go będę zmuszać? W niczym mi nie przeszkadza, a tak to przynajmniej będę mieć towarzystwo, kiedy Władek będzie znikał na całe dnie w pracowni...
Władysław uniósł kieliszek napełniony bursztynowym płynem i głośno odchrząknął. Przy stole zapadła cisza.
- Chciałbym wznieść toast za moją córkę. - Spojrzał na Marcjannę z czułością. - Za moją córkę oraz jej przyjaciółkę Paulinę. Obie dziewczyny zdały egzaminy i otrzymały świadectwa. Zdrowie naszych maturzystek!
- Zdrowie!
Marcjanna upiła łyk napoju, który dotychczas był zarezerwowany dla dorosłych. Najwyraźniej matka uznała, że dołączyła do tego grona, zdobywając świadectwo dojrzałości, bo jej kieliszek był wypełniony po brzegi. Nie spodziewała się, że płyn będzie tak mocny i palący w gardło. Zakaszlała, ale kiedy alkohol spłynął już do żołądka, poczuła przyjemne ciepło i szybko pociągnęła kolejny łyk.
Podczas jedzenia biesiadnicy niewiele się odzywali. Co jakiś czas ktoś tylko rzucał pochwały pod adresem kuchni Janiny. Kiedy po kolacji pani domu posprzątała ze stołu, a kieliszki ponownie wypełniły się płynem, tym razem ciemnoczerwonym, towarzystwo widocznie się rozluźniło.
- Marcysiu, jakie masz plany na przyszłość? - zapytał wuj Stefan, wprowadzając Marcjannę w konsternację.
Bo co niby miała powiedzieć? Że wciąż nie wie, co powinna zrobić ze swoim życiem? Pójść na studia, do pracy, a może wyjść za mąż? Zostać w Lubomlu czy wyjechać na wieś, gdzie przecież czekało ogromne gospodarstwo? Serce miała rozdarte na pół. Jedna połowa została w mieście, w którym dorastała, a druga w Woli Ostrowieckiej, gdzie spędziła najbardziej beztroski czas. Ale czyż to nie degradacja? Z miasta na wieś, gdzie ludzie nie potrafili czytać i pisać?
- Ma jeszcze czas na decyzję. - Władysław wyczuł wahanie córki i pospieszył jej z pomocą.
- A masz już jakiegoś absztyfikanta? Ktoś jest zainteresowany twoją ręką? - Krystyna posłała kuzynce rozbawione spojrzenie.
- Krysiu! - zrugał ją Stefan. - Nieładnie tak ludzi wypytywać o prywatne sprawy.
- Przecież to rodzina! Najbliższa!
Marcjanna złapała kieliszek i napiła się łapczywie. Uznała, że jeśli będzie zajęta piciem, wuj i siostra stryjeczna dadzą jej święty spokój.
Z ratunkiem, zupełnie nieświadomie, przyszedł Antek, który nie lubił, kiedy uwaga zbyt długo skupiała się na siostrze.
- Tydzień temu umarł mój nauczyciel - wypalił dość niespodziewanie. - Wszyscy go bardzo lubiliśmy i jest nam teraz przykro. Kto będzie uczył naszą klasę w przyszłym roku?
- Antosiu, kierownik szkoły na pewno rozwiąże ten problem, nie musisz się teraz zamartwiać - wtrąciła Janina.
- A tak, rzeczywiście, zdaje się, że nawet widziałem, jak kondukt żałobny przechodził ulicami - powiedział Stanisław Miauczyński. Jego zakład fotograficzny mieścił się przy alei Jagiellońskiej, która prowadziła na cmentarz.
- Trumnę nieśli uczniowie - kontynuował Antek. - Wszyscy go bardzo lubiliśmy, dlatego starsi chłopcy, a nawet mężczyźni, którzy skończyli szkołę, zgłosili się od razu na ochotników.
Marcjanna zignorowała szum w głowie i dolała sobie alkoholu. Janina posłała jej oburzone spojrzenie, ale dziewczyna je zignorowała. Nie znała wcześniej tego stanu, ale już wiedziała, że jest bardzo przyjemny. Dawał nowe przydatne umiejętności, takie jak choćby lekceważenie niezadowolenia matki.
- A jak ci idzie w szkole, młody człowieku? - zwrócił się do Antka ojciec Pauliny.
Chłopiec wzruszył ramionami.
- Chyba nieźle... Najlepiej z polskiego, trochę gorzej z rachunków, ale mama mówi, że najwyraźniej jestem humanistą po niej i po siostrze.
- Ucz się, ucz, bo ten kraj potrzebuje potężnych umysłów! - skomentował Drzewiecki, a Marcjanna jęknęła w duchu, bo wiedziała, co teraz będzie. Polityka.
- Wczoraj byłam świadkiem strasznej sceny - wtrąciła szybko, aby odwrócić uwagę gości od tematów politycznych. - Widziałam, jak taki elegancki pan, kojarzę go z widzenia, ale nie pamiętam jego nazwiska. Na pewno jest wojskowym... No, nieważne! W każdym razie podszedł do drugiego mężczyzny i ni stąd, ni zowąd uderzył go w twarz. No jak tak można?!
- Pewnie ten drugi sobie zasłużył - podsumował Stefan.
- Albo był Ukraińcem - dodał Miauczyński.
Paulina posłała przyjaciółce rozbawione spojrzenie, jakby chciała powiedzieć: A nie mówiłam?
- A co to ma za znaczenie? - oburzyła się Marcjanna. - Nie można tak po prostu bić ludzi na ulicy!
Wszyscy goście zamilkli. Marcjanna konsekwentnie lekceważyła Janinę, która już nie tylko posyłała jej oburzone spojrzenia, ale też prychała z niezadowoleniem. Nawet Władysław zdawał się sugerować córce chrząknięciem, że o pewnych sprawach nie powinno się dyskutować przy stole.
- Kiedyś zrozumiesz - skwitował Miauczyński.
- Ale co zrozumiem? Że można podejść do drugiego człowieka i uderzyć go w twarz? Mam nadzieję, że jednak nie zrozumiem. Wolę pozostać nieświadoma...
- Marcysiu, dość. - Władysław wyciągnął w stronę córki dłoń w uspokajającym geście. - Nie spotkaliśmy się tutaj chyba po to, żeby się pokłócić.Poza tym nie znamy sytuacji, nie wiemy, kim byli ci mężczyźni, co między nimi zaszło...
- Ale pan Miauczyński zdążył wtrącić, że na pewno był Ukraińcem!
- Powiedziałem: dość, prawda? Pewne sprawy... - Poruszył niespokojnie wąsem. - Pewne sprawy nie zależą od nas i nie warto się nimi zajmować. W porządku?
- A co jest nie tak z Ukraińcami? - zapytał z zaciekawieniem Antek. - Mam w klasie kilku i bardzo ich lubię. Mam się z nimi nie kolegować?
- A skąd! Koleguj się, z kim chcesz. Pan Miauczyński po prostu głupio zażartował, prawda, Stanisławie? - Władysław wbił w przyjaciela świdrujące spojrzenie.
- Oczywiście. - Miauczyński otarł rękawem spocone czoło. - Taki głupi, niewinny dowcip...
Niesmak jednak pozostał, a Marcjanna, teraz już na lekkim rauszu, wciąż analizowała w głowie wcześniejszą rozmowę z Pauliną. Czy Waldek mógł zrezygnować z Ołeny tylko dlatego, że jest Ukrainką? Oczywiście Marcjanna nie była ślepa. Wiedziała, co się wokół niej dzieje, ale nie zastanawiała się nad przyczynami takiego stanu rzeczy. Akceptowała rzeczywistość taką, jaka jest. Zdążyła zauważyć, że wszystkie kierownicze stanowiska zajmują Polacy, że Ukraińcy właściwie nie mają szans, żeby dostać pracę na kolei czy w administracji, ale dotychczas myślała, że to dlatego, że nie mają odpowiednich kwalifikacji. Teraz w jej sercu jednak zostało zasiane ziarenko niepewności. Dlaczego ich nie mają? Czyżby z tego samego powodu, dla którego Waldek Tuszyński poprosił o rękę Anielę Zientkiewicz?
To wszystko było skomplikowane. Bo chociaż żyli w Polsce, na Wołyniu było mniej Polaków niż Ukraińców. Językiem urzędowym był polski, a Marcjanna sama kiedyś była świadkiem, jak w urzędzie odmówiono pomocy starszej kobiecie ze wsi, która próbowała porozumieć się z urzędnikami po ukraińsku. Tata potem wytłumaczył Marcysi, że starsi ludzie, którzy żyli na tych terenach jeszcze za cara, nie mieli możliwości nauczyć się polskiego. Mimo to urzędniczka z satysfakcją rzuciła starowince, że tutaj jest Polska i tutaj mówi się po polsku. Wtedy Marcjanna nawet się nad tym nie zastanawiała, ale teraz zaczęła łączyć fakty i sama nie wiedziała, jak się z tym czuje.
Odstawiła kieliszek na stół. Po przyjemnym rauszu nie został nawet ślad. Kręciło jej się w głowie, co wcale jej się nie podobało. Potrzebowała dłuższej chwili, aby zrozumieć, o czym tak zażarcie dyskutują tata, wujek Stefan oraz panowie Drzewiecki i Miauczyński. Kobiety taktownie milczały lub szeptem rozmawiały o własnych sprawach. Wiedziały, że nie powinny mieszać się do rozmów o polityce, równie dobrze jak Marcjanna zdawała sobie sprawę z tego, że dostanie jej się od matki za uwagi wygłoszone przy stole, ale uznała, że pomartwi się o to jutro. Zresztą następnego dnia miała przecież wyjechać do dziadków. Gdy wróci do domu z końcem sierpnia, mama zdąży zapomnieć, o co tak w ogóle się gniewa na córkę.
- Przecież dopiero co była wojna. Uważacie, że politycy są na tyle głupi, żeby pchnąć nas w stronę następnego konfliktu? - Wuj Stefan nie był przekonany do wizji brata i jego znajomych.
Mężczyźni upierali się, że wybuch wojny jest tylko kwestią czasu.
- Nikt się nie przeciwstawił Hitlerowi, kiedy wyciągał łapy po Austrię i Czechosłowację. Myślisz, że to go zadowoli, że nie pójdzie dalej? Nie mam złudzeń, wojna będzie, pytanie tylko kiedy - oznajmił ze smutkiem Władysław.
- A może do nas nie dojdzie? - wyraził nadzieję Stefan. - Nie ma się co martwić, Brytyjczycy i Francuzi nam sprzyjają.
Miauczyński prychnął z pogardą.
- Czechosłowację sprzedali Hitlerowi, a ty myślisz, że o nas się upomną? Nawet nie zaprosili Czechów i Słowaków na konferencję, mimo że decydowali o ich terytorium!
Marcjannę od tych rozmów tylko rozbolała głowa. Wojna wydawała jej się czymś abstrakcyjnym i dalekim. Odsuwała od siebie myśli o ewentualnym konflikcie zbrojnym, wierząc, że nawet jeśli wojna wybuchnie, nastąpi to w odległym czasie.
- Podobno spotkaliśmy się tutaj, żeby świętować, a wy kłócicie się o to, czy będzie wojna, czy nie - fuknęła ze złością.
- Marcysiu, to jest bardzo poważna sprawa. Wy, młodzi, nie wiecie, co to znaczy, ale my... - zaczął ojciec, ale nie pozwoliła mu skończyć.
- Tato, nie dziś.
Kwadrans później goście się rozeszli. Najwyraźniej dywagacje na temat wojny zepsuły im humor, co Marcjanna przyjęła z zadowoleniem. Czuła zmęczenie i czmychnęła do swojej sypialni, jeszcze zanim Janina zdążyła ją zrugać za zachowanie przy stole.
Rzuciła się na łóżko w eleganckiej sukni i pantoflach i nim zdążyła o czymkolwiek pomyśleć, już twardo spała.
budziło ją brzęczenie muchy. Otworzyła oczy, ale natychmiast je zamknęła. Jęknęła głośno. Sen wcale nie sprawił, że poczuła się lepiej. Jeszcze wczoraj była gotowa zgodzić się z tymi, którzy twierdzą, że alkohol pomaga się rozluźnić, ale tego ranka dołączyła do grona zadeklarowanych przeciwników spożywania napojów wyskokowych. Szorstki i twardy język sprawiał wrażenie, że kontakt z płynami innymi niż wysokoprocentowe miał w poprzednim stuleciu, a nieświeży oddech tylko potęgował mdłości. Głowa ciążyła Marcjannie tak bardzo, że nie była w stanie jej podnieść nawet na centymetr.
Przez krótką chwilę tkwiła w błogiej nieświadomości. Kiedy jednak przypomniała sobie, co wygadywała przy stole, ze wstydu schowała głowę pod poduszkę. Co w nią wstąpiło? Przecież nigdy nie wtrącała się w rozmowy ojca z wujem i przyjaciółmi! Została dobrze wychowana, wiedziała, kiedy powinna się odezwać, a kiedy lepiej zamilknąć, ale poprzedniego wieczoru... No cóż, dobre wychowanie przegrało w starciu z alkoholem. Mama będzie wściekła!
Jak na złość rozległo się ciche pukanie do drzwi.
- Wstałaś już? - zapytała Janina.
Marcjanna niechętnie podniosła się i usiadła na brzegu łóżka. Wygładziła suknię i poprawiła włosy. Na więcej nie miała czasu.
- Wejdź, proszę.
Janina weszła do sypialni córki i posłała jej spojrzenie pełne troski i dezaprobaty zarazem.
- To twoja najlepsza suknia! - Załamała ręce. - Miałaś ją jeszcze założyć do fotografa. Jak ty wyglądasz?!
Marcjanna spróbowała przełknąć ślinę, ale nie była w stanie.
- Przepraszam, nawet nie wiem, kiedy zasnęłam...
Matka podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Mimo że słońce było stosunkowo nisko, do pokoju wdarło się nagrzane powietrze.
- Nie spodziewałam się po tobie takiego zachowania. - Janina pokręciła głową i gestem zachęciła córkę, aby wstała, co Marcjanna natychmiast uczyniła. - Kobiety nie mogą tak po prostu się upijać, nie wolno nam tego, co mężczyznom. Ja rozumiem - kontynuowała, ścieląc łóżko - wypić kieliszek wina do kolacji, ale żeby wygadywać przy stole takie bzdury?
- Przepraszam. Jest mi okropnie wstyd.
- Chociaż tyle! - Janina zatrzymała wzrok na twarzy córki. - Jak ty będziesz wyglądać na fotografii? W wygniecionej sukni, ze skołtunionymi włosami i podkrążonymi oczami...
Marcjanna z głośnym jękiem osunęła się na taboret postawiony przy odziedziczonej po matce toaletce. Tata zamówił ją dla niej w prezencie ślubnym. Przyjechała aż ze Lwowa i była przepiękna. Bogato zdobiona, z trzema ogromnymi lustrami.
- Przepraszam. - To było jedyne, na co tego poranka było stać Marcjannę.
Janina przewróciła oczami.
- Będziesz musiała założyć tę granatową suknię. Wprawdzie wyglądasz w niej blado, ale lepsze to niż wygnieciony materiał.
- Dobrze.
Matka podeszła do córki. Ich spojrzenia skrzyżowały się w lustrzanej tafli. Janina była powściągliwa w okazywaniu uczuć, ale Marcjanna czuła, że gdyby coś jej się stało, mama skoczyłaby za nią w ogień. Taka po prostu była - zawsze postępowała tak, jak powinna, a nie tak, jak chciała.
Janina wysunęła szufladę i wyjęła z niej szczotkę do włosów. Marcjanna zadrżała, kiedy poczuła na skórze dotyk ciepłej dłoni matki. Powoli, pasmo po paśmie, zaczęła szczotkować długie jasne włosy dziewczyny. Marcjanna przymknęła oczy. Czuła się tak, jakby znów była małą dziewczynką. Potrzebowała tego. Pogubiła się. Była w najgłupszym wieku: ni to dziecko, ni kobieta. Z jednej strony miała ogromną potrzebę niezależności, z drugiej wciąż chciała, aby to rodzice rozwiązywali za nią wszystkie problemy.
Janina delikatnie rozprawiała się z kołtunami we włosach córki.
- Masz takie piękne, gęste włosy - zauważyła. - Zawsze o takich marzyłam. Masz szczęście, że odziedziczyłaś je po ojcu! Moje ciągle wypadają, łamią się, są suche...
- Będę za wami tęsknić.
Janina spojrzała na córkę z zaskoczeniem.
- Tęsknić?
- Jak pojadę do babci i dziadka.
- A! - zreflektowała się matka. - To tylko dwa miesiące, szybko zlecą. Zresztą zawsze masz tyle zajęć u dziadków... Nawet nie zdążysz o nas pomyśleć!
Marcjanna wyjęła z szuflady spinkę i podała ją mamie.
- Skąd wiedziałaś, że tata to... no wiesz, że to ten właściwy?
Janina uśmiechnęła się tajemniczo.
- Nie wiem. Wiedziałam i tyle. Dlaczego pytasz?
- Tak po prostu. - Marcjanna wzruszyła ramionami. - Bez powodu.
- Jest ktoś?
Dziewczyna ucieszyła się, że jest odwrócona do matki plecami. Wprawdzie ich spojrzenia co jakiś czas krzyżowały się w lustrze, ale to nie to samo, co patrzeć komuś prosto w oczy. Marcjanna bardzo rzadko rozmawiała z mamą o tak intymnych sprawach, dlatego czuła się nieswojo.
- Nie ma nikogo - przyznała z żalem. - Może coś jest ze mną nie tak? Moje koleżanki dyskutują o chłopcach, dziwnie się zachowują, kiedy znajdą się w ich towarzystwie, a ja... - zawahała się. - A mnie nikt się nie podoba.
- Najwyraźniej nie spotkałaś jeszcze nikogo interesującego, ale nie martw się. Wkrótce na pewno się to zmieni.
- A jeśli nie? Nie wiem, co mam zrobić ze swoim życiem...
- Ja też nie wiedziałam. A potem pojawił się twój tata i wszystko nabrało sensu - przyznała Janina. - Przypuszczam, że w twoim wieku niewiele osób jest pewnych tego, czego chce od życia. Niedługo na pewno poznasz kogoś, z kim założysz rodzinę, a kiedy pojawią się dzieci...
Rozczarowanie było wypisane na twarzy Marcjanny tak widocznie, że matka gwałtownie urwała.
"Mężczyzna, dzieci, rodzina. A ja? Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla mnie? Jak odnaleźć siebie, skoro wszyscy tylko czekają na to, że wyjdę za mąż?", myślała Marcjanna.
- Wracając do twojego wczorajszego zachowania... - Janina powróciła do ostrego tonu. - Nie chciałabym, żeby kiedyś się to powtórzyło! Musisz zrozumieć, że kobiety nie są dla mężczyzn partnerami do dyskusji. I pamiętaj, że całego świata nie zbawisz.
- Całego świata może i nie, ale... - Nagle Marcjannie przyszła do głowy pewna myśl. - Mamo, Paulina wczoraj powiedziała mi, że nasz kolega Waldek poprosił o rękę Anielę Zientkiewicz, chociaż wcześniej podobała mu się Ołena od Pałaczuków. Myślisz, że to dlatego, że...
Janina ściągnęła brwi, przez co jej twarz sprawiała wrażenie dużo starszej.
- Nie wiem. Przebierz się, zaraz musimy wychodzić. Za pół godziny jesteśmy umówieni u fotografa, a potem przyjedzie po ciebie dziadek. - Odłożyła szczotkę i szybko wyszła z pokoju.
Marcjanna oparła głowę na rękach i rozmasowała obolałe skronie.
każdym kolejnym kilometrem Marcjanna czuła się coraz lepiej. Podróż mijała szybko i wygodnie. Deszcz nie padał od wielu dni, toteż wszystkie drogi były suche, a końskie kopyta nie zapadały się w błocie. Kiedy wóz z dziadkiem Feliksem i Marcjanną minął strumyk, przy którym wiejskie dzieci łapały żaby, dziewczyna w końcu poczuła, że może odetchnąć pełną piersią. Życie na wołyńskiej wsi było prostsze. Tutaj nie obowiązywały podziały: za swoich uważało się wszystkich sąsiadów, mówiło się raz po polsku, raz po ukraińsku, a wśród kuzynów miało się i katolików, i prawosławnych. Nie docierały tutaj echa konfliktu, w który zaangażowane były mieszkające w mieście elity. Mieszkańcy koncentrowali się na życiu codziennym.
Jechali w ciszy, raz po raz mijając stojące przy drodze handlarki i obnośnych kupców. Feliks w ogóle niewiele mówił. Odzywał się rzadko, ale kiedy już coś powiedział, zadziwiał rozmówcę trafnością przemyśleń i życiową mądrością. Jeśli prawdą jest to, że przeciwieństwa się przyciągają, dziadek Feliks i babcia Józefa dobrali się idealnie. Babci buzia się nie zamykała. Mówiła ciągle, czasem bez ładu i składu, a że mąż nie był dla niej kompanem do rozmowy, jak tylko uwinęła się z robotą w polu, biegła na plotki do sąsiadek. Józefa Olszak była znaną w okolicy personą.
Na horyzoncie pojawiły się znajome zabudowania. Marcjanna uśmiechnęła się szeroko na ich widok. W Lubomlu była panienką, tutaj mogła sobie pozwolić na to, żeby znowu być małą dziewczynką, biegającą boso po polu i jedzącą jabłka prosto z sadu.
- Co w ogóle słychać w Woli? - zapytała dziadka. - Co u wujka, ciotki, Rozalii i dziewczynek?
- Po staremu - skwitował Feliks.
O wiele bardziej wylewna okazała się babcia, która już czekała na nich przy drodze. Na widok wnuczki aż zapiszczała z radości.
- Marcysiu, aleś ty się zmieniła! Parę miesięcy cię nie widziałam, a tyś wyrosła na taką pannicę! Kawalerowie to się pewnie ustawiają do ciebie w kolejce, co? Niech cię uściskam!
Marcjanna rzuciła się babci w ramiona. Kiedy już się wyściskały, Józefa ukradkiem otarła łzy roboczą spódnicą.
- Co u was słychać, babciu? Jak się z dziadkiem czujecie?
- Stara bieda, dziecko, nie ma o czym mówić! - Machnęła ręką, a Marcjanna roześmiała się głośno, bo wiedziała, że babcia długo nie utrzyma języka za zębami. - Ale ty opowiadaj! Tacy dumni tu z ciebie jesteśmy! Wszystkim sąsiadkom opowiadam, jaką mam wykształconą wnuczkę. Wszystkim! - Otoczyła Marcjannę ramieniem, prowadząc ją w stronę domu. - Rozalka nie mogła się doczekać, kiedy przyjedziesz. Ciągle o ciebie pyta. Czteroletnie siostry to żadne towarzystwo dla takiej pannicy... Dobry Boże, kiedy wyście mi tak wyrosły, no kiedy... Chodź, najpierw coś zjesz! Utarłam ziemniaki na placki, na pewno jesteś głodna. Zjesz obiad, a potem pewnie polecisz do Rozalki i koleżanek. Tutaj wszyscy na ciebie czekają. Miła ciągle wypytuje o twój przyjazd!
- Miła? Bałam się, że w międzyczasie wszystkie moje koleżanki powychodziły za mąż i będę się nudzić, a tymczasem widzę, że u was bez większych zmian - ucieszyła się Marcjanna, wchodząc przez sień do kuchni.
Józefa zacmokała z niezadowoleniem.
- Rozalce to by się już przydało za mąż pójść, bo ile czasu ojciec z matką mają ją żywić? A koło Miły kręci się Dmytro od Wasiejki, tak mi się widzi, że będzie z tej mąki chleb... Ale wcześniej od Iwachiwów Katerina idzie za mąż, za dwa tygodnie. Będziesz miała okazję być na ślubie.
Milentyna Iwachiw była pierwszą przyjaciółką Marcjanny. Bawiły się razem jako małe brzdące, kiedy Marcysia wraz z rodzicami przyjeżdżała w odwiedziny do dziadków. Gdy dziewczyna zaczęła spędzać w Woli Ostrowieckiej całe wakacje, więź pomiędzy nimi jeszcze bardziej się zacieśniła.
Feliks wszedł do kuchni za żoną i wnuczką i położył walizkę Marcjanny na podłodze.
- No co ty! Nie wiesz, gdzie Marcysia będzie spać? Zanieś no walizkę do jej pokoju! - wydała polecenie Józefa, a mąż natychmiast je wykonał.
Babcia posadziła wnuczkę przy stole i postawiła przed nią solidną porcję placków ziemniaczanych, które polała śmietaną, bez przerwy przy tym trajkocząc.
- U Iwachiwów tak się złożyło, że trzy dziewczyny mieli rok po roku, Katerinę, Milentynę i jak tej najmłodszej było... - Zmarszczyła czoło. - O! Oksana. Widzisz, wypadło mi z głowy. Człowiek już stary jest, to i pamięć szwankuje... No więc oni będą pewnie teraz w niedługim czasie mieli trzy wesela! Gdyby tak nasza Rozalka za kogo poszła... Czy ja w ogóle dożyję? No i ty, Marcysiu, nam jeszcze zostałaś! Powiedz no mi - mrugnęła konspiracyjnie do wnuczki - masz jakiegoś kawalera w tym Lubomlu?
Marcjanna aż się zakrztusiła. Dlaczego wszyscy uparli się, żeby jak najszybciej wydać ją za mąż?
W kuchni pojawił się Feliks i spojrzał na żonę z dezaprobatą.
- Daj zjeść dziewczynie w spokoju! Tylko byś na wesela chodziła - mruknął.
- Lepiej na wesela niż na pogrzeby!
Uwaga dziadka musiała zaboleć babcię, gdyż zamilkła na kilka minut, co było do niej niepodobne. Marcjanna w spokoju skończyła posiłek, podziękowała i poszła się przebrać.
Kiedy wróciła do kuchni, Józefa znów miała dobry humor i nuciła pod nosem ukraińską przyśpiewkę.
- Pójdę przywitać się z ciocią i wujkiem - oznajmiła Marcjanna.
Babcia odwróciła się gwałtownie i złapała się za serce.
- Nie słyszałam, jak weszłaś! O, jak ładnie wyglądasz - pochwaliła prostą beżową sukienkę wnuczki. - Nie rozumiem, dlaczego na co dzień się tak nie nosisz. Dziewczyna wygląda najładniej, kiedy jest skromna i schludna! A te wszystkie obcasy, falbany... - Rozłożyła ręce.
Marcjanna pochyliła się, aby ucałować spracowane dłonie babci.
- Idę, babciu.
- Idź, tylko się nie zasiedź u Rozalki i wróć przed nocą!
Dziewczyna roześmiała się szczerze. Lata mijały, a Józefa wciąż troszczyła się o nią tak jak wtedy, gdy miała dziesięć lat.
Wybiegła z domu. Mogła iść drogą, ale wtedy byłoby dłużej, dlatego postanowiła, że pobiegnie przez pole. Minęła dwie stodoły, oborę i kurnik. Pozdrowiła sąsiadów i puściła się biegiem w stronę gospodarstwa Kowtoniuków. Na polu spotkała wujka Nikifora.
- Marcysia! - ucieszył się na jej widok. - Rozalia już nie może się ciebie doczekać!
- Dzień dobry, wujku. Ja też czekałam na nasze spotkanie! Lecę do niej, do zobaczenia!
- Leć, leć - roześmiał się Nikifor. - Noc was zastanie, a wy się jeszcze nie nagadacie!
Rozalia musiała usłyszeć głos kuzynki, bo kiedy Marcjanna zbliżała się do drewnianej chaty, dziewczyna stała w drzwiach.
- Marcysiu, tak się cieszę!
Okrzyki radości wyciągnęły z domu ciotkę Teodorę, która na widok skaczących i piszczących dziewcząt pokiwała ze śmiechem głową. W ślad za matką podążyły bliźniaczki Helenka i Zosia, młodsze córki Kowtoniuków.
- Chodźcie do domu, placek upiekłam!
- Później! - Dziewczęta już biegły w stronę stawu. - Potem, mamo, na razie nie jesteśmy głodne!
I znów Marcjanna biegła przez pole, tym razem w towarzystwie Rozalii. Roześmiane dziewczęta przekrzykiwały się nawzajem, próbując zrelacjonować sobie wydarzenia z ostatnich miesięcy. Kiedy dotarły nad staw, po dzieciach, które Marcjanna widziała w drodze do dziadków, zostały tylko ślady patyków na ziemi. Promyki słońca przyjemnie ogrzewały ciało złaknione ciepła po mroźnej zimie i stosunkowo chłodnej wiośnie. Lato tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku zapowiadało się gorące i słoneczne. Marcjanna ufnie patrzyła w przyszłość.
- I jak, poderwałaś któregoś z tych przystojnych ułanów, którzy stacjonują w koszarach obok twojego domu? - zapytała ze śmiechem Rozalia.
- No wiesz! - Marcjanna dość wiarygodnie udała oburzenie. - To oni powinni się za mną uganiać, nie ja za nimi...
- Ależ ci zazdroszczę!
- Przystojnych ułanów?
- A czego innego? - Rozalia pokazała kuzynce język. Mimo że obie były już dorosłe, czasem zachowywały się jak dzieci. - Na twoim miejscu dawno byłabym żoną któregoś z nich! Nie wiem, na co czekasz!
Marcjanna zerwała polny kwiat, a potem drugi, trzeci i kolejny, po czym zaczęła pleść z nich wianek.
- Nie denerwuje cię to, że wszyscy tak wyglądają twojego ślubu? Prawdę mówiąc, ja mam dość. Nie chcę się spieszyć, a tymczasem mam wrażenie, że cała rodzina oprócz tatki nie robi nic innego, tylko wyczekuje mojego zamążpójścia.
Rozalia wystawiła twarz do słońca. Przymknęła oczy.
- Nie zastanawiam się nad tym. Prawda jest taka, że i młodsze ode mnie wychodzą za mąż. U nas we wsi znów się szykuje kilka ślubów.
- Tak, babcia zdążyła o tym wspomnieć. Katerina, podobno u Miły też coś się kroi.
- Andzia Jasińska idzie za Ryśka od Kwiatkowskich.
Marcjanna oderwała wzrok od wianka i spojrzała z niedowierzaniem na krewną.
- Za Ryśka? Naprawdę? Przecież on... - zawahała się, jakby się zastanawiała, jak przekazać to, co miała do powiedzenia - nigdy nie był zbyt urodziwy. Ma na twarzy potworne blizny po ospie, którą przeszedł w dzieciństwie, i jest niższy od Andzi chyba o głowę!
- Może nie jest szczególnie przystojny, ale za to gospodarny. Dogadał się z rodzicami Andzi, złożył im dobrą propozycję. - Rozalia bezradnie rozłożyła ręce. - Wiesz przecież, jak działa ten świat.
- Myślisz, że nasze mamy też nie kochały naszych ojców? Że to przyszło z czasem? - zapytała Marcjanna.
- Myślę, że chodzisz z głową w chmurach - stwierdziła Rozalia i odwróciła wzrok.
Marcjanna miała dziwne wrażenie, że kuzynka nie zachowuje się w jej towarzystwie tak swobodnie, jak zeszłego lata. Unikała patrzenia w oczy, odpowiadała półsłówkami. Coś się w Rozalii zmieniło. Marcjanna jeszcze nie wiedziała co, ale miała wielką nadzieję, że wkrótce się tego dowie.
Skupiła się na pleceniu wianka, podczas gdy Rozalia rzucała w stronę stawu kamieniami w taki sposób, aby te odbijały się i podskakiwały na wodzie. Marcjanna mimo wielu prób nigdy się tego nie nauczyła. Kiedy były małymi dziewczynkami, po cichu zazdrościła ciotecznej siostrze tej umiejętności.
- Tata mówił, że gdy był w mieście, wszyscy dyskutowali tylko o zbliżającej się wojnie. - Cisza przedłużyła się na tyle, że nagła uwaga Rozalii zdziwiła Marcjannę, zupełnie jakby zapomniała, że nie jest nad stawem sama. - Jak myślisz, będzie ta wojna?
- Nie wiem, mam nadzieję, że nie. - Marcjanna wzruszyła ramionami. - A nawet jeśli wojna wybuchnie, na pewno nie dotrze do spokojnego, odległego od Niemiec Wołynia!
- A co mówi twój tata?
- Tata uważa, że Hitler sięgnie w końcu i po tereny należące do Polski - przyznała niechętnie Marcjanna. - Ale chyba nie myślisz, że dotrze i tu? Możemy spać spokojnie. Wojna nas nie dotyczy. Jeśli wybuchnie, to gdzieś przy polsko-niemieckiej granicy.
Rozstały się na rozdrożu dróg. Marcjanna przez chwilę obserwowała oddalającą się kuzynkę i zdziwiła się, kiedy zobaczyła, że Rozalia zamiast skręcić w prawo, w stronę swojego domu, idzie w kierunku wsi. Dlaczego jej o tym nie powiedziała? Co ukrywa? Marcjanna wzruszyła ramionami. Po chwili myślała już tylko o świeżym miodzie, który na pewno czekał na nią w domu. Dziadek doskonale wiedział, że kiedy jego wnuczka przyjeżdża na lato, musi dostawać miód prosto z ula.
Następnego dnia była niedziela. Babcia przywdziała odświętne ubranie: wełnianą spódnicę, którą podszyła krajką, i zapinaną pod szyją białą bluzkę, obowiązkowo wykrochmaloną i wyprasowaną. Na głowie zawiązała białą chustę w drobne kwiatki*. W takim stroju Wołynianki tłumnie ruszały do kościoła lub cerkwi. Rozdzielały się przed świątyniami, a potem razem wracały do swoich domostw.
* Opis stroju pochodzi z książki Anny Herbich Dziewczyny z Wołynia, Znak Horyzont, Kraków 2018.
Marcjanna ucieszyła się, kiedy zobaczyła Miłę w towarzystwie sióstr, brata i rodziców. Planowała odwiedzić koleżankę po południu, ale nie mogła odmówić sobie krótkiej rozmowy.
- Mam ci tyle do opowiedzenia! - wyszeptała podekscytowała Milentyna prosto do ucha dziewczyny.
- Przyjdziesz do nas jutro? - zapytała Marcjanna. - Babcia powiedziała, że zrobi kaszę jaglaną z zacierką, a ja nie mogę sobie odmówić takiego rarytasu. Przyjdź! Coś mi się wydaje, że wyjadę stąd grubsza, niż przyjechałam...
- Tobie by się przydało! - roześmiała się Miła. - Jesteś taka szczuplutka! Zobaczymy się jutro, teraz muszę iść.
Wsiadła na furmankę, którą powoził jej ojciec Fedor Iwachiw, i pomachała przyjaciółce.
Do świątyni Marcjanna pojechała w towarzystwie babci, dziadka, cioci, Rozalii i bliźniaczek. Hania i Zosia były urocze, ale trzeba przyznać, że dawały matce popalić. Podczas mszy Teodora dwukrotnie musiała wychodzić z dziewczynkami na zewnątrz, żeby je uspokoić.
- Rozpieścili je - szepnęła Rozalia Marcjannie do ucha. - Mnie zawsze trzymali krótko, a one wchodzą im na głowę.
- Skąd ja to znam... Tak to już jest z młodszym rodzeństwem.
Dziewczęta, czując na sobie oburzone spojrzenie babci Józefy, przestały rozmawiać i skupiły się na mszy. Marcjanna ukradkiem ziewnęła. Nic nie mogła poradzić na to, że w kościele zawsze chciało jej się spać.
Po nabożeństwie spotkali się z wujem Nikiforem, który wyszedł z cerkwi, i razem udali się w stronę gospodarstwa dziadków. Babcia Józefa zaprosiła całą rodzinę na niedzielny obiad.
- Gdzie wczoraj poszłaś, jak się rozstałyśmy? - zapytała Marcjanna Rozalię niby mimochodem, ale tak naprawdę zżerała ją ciekawość.
- A gdzie miałam pójść? Do domu!
Reakcja siostry ciotecznej tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że ta coś ukrywa.
- Widziałam, jak szłaś w kierunku wsi - powiedziała, czym przyciągnęła uwagę ciotki Teodory.
Rozalia, widząc, że matka przysłuchuje się rozmowie, spanikowała i wyładowała całą swoją złość na kuzynce.
- Musiałaś się pomylić! Po tym, jak się rozstałyśmy, poszłam prosto do domu. Nie wygaduj głupstw!
- O której to było? - Teodora spojrzała na Rozalię z niepokojem.
- Nie wiem, nie pamiętam, słońce zachodziło, ale było jeszcze jasno... - bąknęła Rozalia.
Marcjanna odwróciła wzrok. Kiedy rozstawała się z kuzynką, słońce wciąż było wysoko na niebie. Rozalia coś ukrywała nie tylko przed nią, lecz także przed rodzicami. Nie zamierzała jej zdradzać, ale coraz mniej podobała jej się ta cała sytuacja.
Na szczęście spotkanie z Milentyną skutecznie odwróciło uwagę Marcjanny od dziwnego zachowania Rozalii. Miła przyszła w poniedziałek, kiedy dziewczyna pomagała babci w ogródku warzywnym. Józefa siedziała na wysokim taborecie i krok po kroku tłumaczyła wnuczce, co ma robić. Wizytę młodej sąsiadki przyjęła z zadowoleniem. Liczyła, że dziewczyna przyniesie ze wsi jakieś nowiny. Odkąd zaczęła mieć problemy z chodzeniem, jeszcze bardziej cieszyła się z każdych odwiedzin. Każdego wieczoru nacierała nogi maścią z kasztanowca, ale poprawa była nieznaczna. Łydki puchły i bolały, utrudniając codzienne funkcjonowanie.
- Co tam słychać u twoich rodziców? - zapytała Józefa Milentynę, która od razu przystąpiła do odchwaszczania grządek, wspierając w tym nieco zdezorientowaną Marcjannę. - Ostatnio widziałam się we wsi z Wierą. Opowiadała mi o tym strasznym nieszczęściu, które spotkało jej bratanicę...
- Co się stało? - zainteresowała się Marcjanna.
- Jej dziecko urodziło się martwe. Okropna historia. Biedna Ira jest załamana.
- Ech, i taka prawda, że przez całe życie będzie nosić ten krzyż - przyznała ze smutkiem Józefa, a Marcjanna odniosła wrażenie, że jednak nie wie wszystkiego o swojej rodzinie. I rzeczywiście, kolejne słowa babci to potwierdziły. - Przed Janiną i Teodorą urodziłam jeszcze jedno dziecko, chłopca, ale zmarł dwa tygodnie po porodzie. Przyszedł na świat miesiąc za wcześnie, słaby był od urodzenia, chorowity. Straszne to było przeżycie, i dla mnie, i dla Feliksa, i dla naszych rodziców. Cała rodzina cierpiała, bo to było nasze pierwsze dziecko... Złóż, proszę, ode mnie kondolencje Irze i jej mężowi. Będę się za nich modlić!
- Dziękuję. Całe szczęście, że Ira ma już dwoje dzieci i ma dla kogo żyć.
Marcjanna pracowała w ciszy, przysłuchując się rozmowie. Babcia Józefa miała w sobie coś takiego, że w jej towarzystwie każdy się otwierał. Była prostą wiejską kobietą, która ledwo czytała i pisała, czego wstydziła się Janina, ale Marcjannie wcale to nie przeszkadzało. Mądrości życiowej nie nauczają przecież nawet w najlepszych szkołach.
- No, ale żeby nie było, że na świecie same tragedie! Cieszę się na myśl o ślubie Kateriny. U mnie z chodzeniem coraz słabiej, a nie chcę Feliksa odrywać od roboty, której w polu co niemiara. Raczej nie dam rady przyjść, żeby osobiście złożyć jej gratulacje, ale przekaż jej, że myślę o niej ciepło i życzę jej jak najlepiej.
- Ale ty, Marcysiu, chyba przyjdziesz? - zapytała Milentyna.
- Oczywiście!
Marcjanna lubiła ukraińskie śluby. Podobały jej się bardziej niż polskie. Były bardziej okazałe i huczne. Jako dziecko często zakradała się do cerkwi, żeby przyglądać się ceremoniom.
- Pani Olszakowa, a słyszała pani, jaki cud nawiedził chatę Sawickich? - zagadnęła Milentyna Józefę.
- A słyszałam, co miałam nie słyszeć! Córkę pochowali, zdążyli opłakać, a tymczasem ona zapukała do ich drzwi! - podchwyciła temat babcia.
- Jak to: pochowali, opłakali, a ona zapukała do ich drzwi? - Marcjanna aż zbladła.
Babcia często snuła historie o duchach, które wywierały na Marcjannie ogromne wrażenie. Kiedyś Józefa opowiedziała jej historię chłopca z sąsiedniej wsi, który wyruszył nocą do lasu i spotkał w nim diabła. Tak się przestraszył nieborak, że stracił mowę!
- Ich córka chorowała od wielu lat - wyjaśniła Józefa. - Ona w ogóle urodziła się jakaś taka lichawa, od dziecka były z nią same problemy... No i w końcu jej się pogorszyło. Sawicka to już chyba dawno straciła nadzieję, że dziewczyna wróci do zdrowia, no i w końcu jej się zmarło. Młodej, nie starej, oczywiście.
- Do rzeczy, babciu. - Marcysia przewróciła oczami.
- Przecież cały czas mówię do rzeczy! Jak zmarła, to ją pochowali na cmentarzu. Jak to u nas, na Wołyniu, na tamten świat porządnie ją wyprawili, założyli biżuterię i piękną suknię, do trumny włożyli kosztowności... No i po pogrzebie wrócili do domu. - Józefa zrobiła pauzę na zaczerpnięcie powietrza. - W nocy na cmentarz przyszli szabrownicy. Otworzyli trumnę, a wtedy dziewczyna wstała i poszła do domu.
Marcjanna poczuła, że włosy zjeżyły jej się na karku. Po co dopytywała, no po co? Mogła się spodziewać, że to opowieść z gatunku tych o diable, którego chłopiec spotkał w lesie.
- Tak było - potwierdziła Milentyna. - Sawiccy przeszczęśliwi, że dobry Bóg im zwrócił jedyną córkę. Bo u nich w domu sześciu chłopców i tylko jedna dziewczyna.
- Starczy tego dobrego! - postanowiła Józefa. - Wy, młode, macie swoje sprawy do obgadania, nie będziecie przecież przez całe popołudnie ze staruchą siedzieć.
- Babciu... - Marcjanna chciała zaprotestować, ale staruszka nie pozwoliła jej skończyć.
- Prędko, do domu! Zjecie kaszę na ciepło, a potem już was nie ma! - Babcia próbowała brzmieć groźnie, ale jej to nie wyszło, bo po chwili zaczęła się głośno śmiać. Powoli skierowała się w stronę domu, żeby przygotować posiłek.
Dziewczęta szły za Józefą, dopasowując się do jej tempa.
- Twoja babcia jest taką ciepłą osobą. We wsi wszyscy ją szanują - powiedziała Milentyna, kiedy już zajadały się kaszą jaglaną z zacierkami.
Niby proste danie, a jednak był to ulubiony przysmak Marcjanny. Babcia kiedyś zdradziła jej sekret przyrządzania zacierek. Pokazała jej wszystko krok po kroku. Nasypała do blaszanej miseczki trochę mąki i dolała wody, potem ulepiła małe kluseczki i wrzuciła je do wrzątku. Chwilę pogotowała i gotowe! Marcjanna nie mogła uwierzyć, że wystarczy tak niewiele, aby przygotować tak wspaniałe danie!
Teraz uśmiechnęła się do koleżanki. Cóż miała powiedzieć? Że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż jest szczęściarą, że ma taką babcię?
- Jak Katerina czuje się przed ślubem? Jest zdenerwowana?
- Jest bardzo szczęśliwa. Nerwy pewnie dopadną ją dzień przed ceremonią. Nigdy nie dogadywała się z mamą. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze skakały sobie do gardeł, dlatego jest teraz zadowolona, że w końcu nie będzie musiała mieszkać z matką pod jednym dachem - zachichotała Milentyna.
- A ty? - Marcjanna czujnie spojrzała na koleżankę.
- Co ja?
- Nie udawaj! Słyszałam, że ty i Dmytro... No wiesz!
Milentyna przeżuła kaszę i powoli skinęła głową.
- Dobrze słyszałaś - powiedziała tajemniczo.
Uwadze Marcjanny nie umknęło, że kiedy Miła mówiła o młodym Wasiejce, jej oczy lśniły tajemniczym blaskiem. Tak opowiadać o mężczyźnie może tylko zakochana kobieta.
- No dobrze! Już dobrze! - W końcu Milentyna nie wytrzymała. - Jest wspaniały. Czuły, opiekuńczy, kochany... O takim mężu zawsze marzyłam! Nie mogę się doczekać dnia, kiedy Dmytro uczyni mnie najszczęśliwszą kobietą na świecie! I nic więcej mi nie będzie potrzeba...
- Ale nie jesteście po słowie? Dmytro nie rozmawiał z twoimi rodzicami?
Marcjanna miała wrażenie, jakby w jednej sekundzie z Milentyny uszło całe powietrze.
- Jeszcze nie - przyznała niechętnie. - Ale to tylko kwestia czasu! Niedługo Dmytro poprosi rodziców o moją rękę. Wiesz, tak mi z nim dobrze...
- Dobrze? - Marcjanna aż zadrżała. - W jakim sensie?
Na twarzy przyjaciółki pojawił się krwistoczerwony rumieniec.
- Miła... Czy ty z nim... no wiesz... - Zielczyńska zakryła usta dłonią. Tego się po Milentynie nie spodziewała!
- A na co mam czekać? Kochamy się, niedługo weźmiemy ślub, wszystko idzie we właściwym kierunku!
- No nie wiem... Mężczyźni są dziwni. Babcia zawsze przestrzegała mnie, żebym za bardzo z nimi się nie spoufalała, bo różnie może być. Dziś kochają tę, jutro tamtą, a dziewczyna potem zostaje sama albo, nie daj Boże, z brzuchem.
- Dmytro taki nie jest! - Milentyna się zdenerwowała. - To uczciwy mężczyzna! Nawet go nie znasz, a próbujesz oceniać! Ja przynajmniej nikomu nie robię krzywdy swoim postępowaniem...
- O czym ty mówisz? - Marcjanna zmrużyła oczy.
- O niczym konkretnym. Po prostu głośno myślę. - Miła wyglądała tak, jakby żałowała wypowiedzianych słów.
- Na pewno?
- Na pewno!
Marcjanna przez dłuższą chwilę wpatrywała się w koleżankę. Miała wrażenie, że nie jest z nią do końca szczera, ale postanowiła nie drążyć. Skoro Miła nie chciała mówić, nie zmusi jej do tego.
- No dobra, to teraz mi powiedz, jak to jest być z mężczyzną? Dziwnie? - zapytała szeptem.
- Dziwnie? Nie, chyba nie. Może na początku, ale potem... - urwała, widząc minę koleżanki. - A idź ty!
Dziewczęta głośno się roześmiały.
zas na wsi płynął zupełnie inaczej niż w mieście. Marcjanna budziła się bladym świtem, a kładła się spać zaraz po tym, jak słońce chowało się za horyzontem. Pomagała dziadkom w gospodarstwie. Z samego rana szła z Feliksem do obory, aby oporządzić i nakarmić zwierzęta. Mężczyzna obserwował wnuczkę z tajemniczym wyrazem twarzy.
- Tyś jest przecież nasza - powiedział pewnego dnia, czym zadziwił Marcjannę, bo rzadko zdarzało się, żeby odzywał się niepytany.
- Co masz na myśli, dziadku?
Feliks wbił widły w obornik i oparł się o drewnianą rączkę.
- Twoja mama, jak jeszcze mieszkała z nami, nawet nie chciała wejść do obory, bo się brzydziła.
- Naprawdę? Przecież wychowała się na wsi. Powinna być przyzwyczajona.
- Ją zawsze ciągnęło do miasta. Nie interesowała jej praca w polu. Nie powinienem tego mówić, w końcu to moja córka, ale... Ona trochę się wywyższała. Dzieci tu za nią nie przepadały, nie chciały się z nią bawić, a zwierząt się bała. Ty jesteś inna.
Marcjanna spojrzała na dziadka z czułością.
- Dobrze mi tutaj. Kocham zwierzęta, kontakt z naturą. Sama nie wiem, gdzie jestem u siebie.
- A kto powiedział, że nie można mieć więcej niż jednego domu? I tu jesteś u siebie, i w Lubomlu!
- Ale w końcu będę musiała wybrać - wtrąciła gorzko.
Feliks znowu skupił się na pracy, co jakiś czas zanosząc się głośnym kaszlem. Marcjanna zerkała na niego z niepokojem. Był przemęczony, przydałoby mu się trochę odpoczynku. Ale kto na wsi mógł sobie pozwolić na taki luksus? Potrzebowali z babcią pomocy - Marcjanna była tego pewna. Tego lata po raz pierwszy pomyślała, że dziadkom jest już na tamtą stronę bliżej niż dalej. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała, ale ich starość i zmęczenie ostatnio bardzo rzucały jej się w oczy.
Dużo czasu spędzała z Milentyną. Przyjaciółka opowiadała jej o tym, jak zaiskrzyło między nią a Dmytrem; z wypiekami na twarzy relacjonowała pierwsze czułe gesty, pocałunki i to upragnione "ja tebe kochaju". Marcjanna miała wrażenie, że między nią a Miłą pojawiła się niewidzialna kurtyna, i zrozumiała, że to właśnie pierwsza miłość jest tym, co grubą kreską oddziela dzieciństwo od dorosłości. Nie pierwsza miesiączka, nie świadectwo dojrzałości, tylko właśnie odpowiedzialność, którą bierze się za drugiego człowieka, kiedy obdarza się go uczuciem. Milentyna weszła w świat dorosłych, Marcjanna wciąż była dzieckiem nieznającym smaku pierwszych pocałunków, goryczy tęsknoty i radości z obecności tej najważniejszej osoby.
Na początku potępiła Milentynę, kiedy ta jej wyznała, że była z Dmytrem, ale im dłużej wsłuchiwała się w opowieści przyjaciółki, tym bardziej jej zazdrościła.
- Dmytro zamierza przyjść do moich rodziców po ślubie Kateriny i poprosić ich o moją rękę! - wyznała rozemocjonowana dziewczyna. - Chciał zrobić to jak najszybciej, ale prosiłam, żeby poczekał kilka dni, bo teraz to Katerina jest najważniejsza. Ogłosimy zaręczyny po jej ślubie.
Marcjanna uściskała przyjaciółkę. Cieszyła się jej szczęściem, chociaż z tyłu głowy odezwał się podstępny głos, do złudzenia przypominający głos mamy: "W twoim wieku już od dawna byłam mężatką".
- To wspaniale! Gdzie zamieszkacie po ślubie?
- Dmytro chce, żebyśmy na razie zatrzymali się u jego rodziców - powiedziała Milentyna, a Marcjanna wyczuła, że nie jest jej to w smak. - Oni mają więcej miejsca, duże pole. Ojciec chce przepisać na niego gospodarkę...
- Nie przepadasz za jego rodzicami, prawda? - domyśliła się Marcjanna.
- To nie tak. Lubię jego tatę, ale mama... - Milentyna głośno wciągnęła powietrze. - Mam wrażenie, że nie darzy mnie sympatią.
- To chyba normalne. Moja mama zawsze powtarza, że synowa z teściową nigdy nie dojdą do porozumienia. Chyba coś w tym jest.
Wracając do domu, Marcjanna nie mogła pozbyć się wrażenia, że powoli traci przyjaciółkę. Lata beztroski odchodziły w niepamięć. Nie wierzyła, że kiedy następnego lata przyjedzie do dziadków, Miła nadal będzie spędzać z nią czas, biegając po polach i wyjadając łyżką miód ze słoika. Będzie wtedy młodą mężatką, najpewniej już matką. Dla Marcysi w życiu Milentyny zabraknie miejsca i czasu. Miła mogła sobie opowiadać, że Dmytro jest czuły i romantyczny, ale wyglądał na mężczyznę, który będzie trzymał żonę silną ręką.
- Dlaczego jesteś smutna, Marcysiu?
Nawet nie zauważyła babci, która siedziała przed domem na drewnianej ławce i podpierając się laską, wygrzewała się w popołudniowym słońcu.
Marcjanna usiadła obok Józefy i oparła głowę na jej ramieniu.
- Miła niedługo wyjdzie za mąż.
- Taka kolej rzeczy, dziecko. Nie ma się co smucić. Zawsze powtarzam, że lepsze wesele niż pogrzeb.
- Ale ja stracę przyjaciółkę!
- Prawdziwych przyjaciół nie traci się ot tak - zaprotestowała babcia. - Jestem pewna, że tak nie będzie. Wasza przyjaźń wytrzymała już wiele prób. Spędzacie ze sobą dwa miesiące w roku, potem ty wracasz do domu, ona zostaje tutaj, a kiedy znów do nas przyjeżdżasz, jesteście dokładnie w tym samym miejscu, w którym rozstałyście się prawie rok wcześniej.
- Wyjście za mąż jest bardziej ostateczne niż rozstanie na kilka miesięcy - upierała się przy swoim Marcjanna.
- To tylko na chwilę. Ona teraz przejdzie na tamtą stronę, zarezerwowaną tylko dla mężatek, ale przecież ty niedługo do niej dołączysz.
"Nie byłabym tego taka pewna", pomyślała Marcjanna, ale nie powiedziała tego na głos. Wstała z drewnianej ławeczki. Jej postać rzuciła cień na babcię Józefę.
- Chyba jeszcze pójdę do Rozalii, nie widziałam jej od kilku dni.
- Idź, dziecko, idź. Ja sobie tutaj posiedzę.
Tym razem Marcjanna wybrała dłuższą drogę. Uznała, że spacer dobrze jej zrobi. Szła przez wieś, co jakiś czas zatrzymując się, aby zamienić kilka słów z sąsiadami. Pani Jasińska pytała, co słychać u Janiny i dlaczego tak rzadko przyjeżdża w rodzinne strony. Mendla Berenson nie mogła się nadziwić, jaka piękna pannica wyrosła z tej małej Marcysi, a stara Kowtoniukowa, teściowa ciotki Teodory, wcisnęła jej dziesięć jajek, chociaż Marcjanna tłumaczyła, że dziadkowie mają przecież kury. Do domu cioci i wujka doszła mocno zmęczona i żałowała, że nie obrała jednak krótszej drogi przez pola.
Helenka i Zosia bawiły się z psem, ciągnąc go za ogon. Zwierzę najwyraźniej nie podzielało entuzjazmu dziewczynek, bo głośno warczało. Rozalia miała rację - bliźniaczki były rozpieszczone. Marcjannie żal było psa, dlatego zwróciła niesfornym kuzynkom uwagę, ale te spojrzały na nią tak, jakby psuła im najlepszą zabawę, więc machnęła tylko ręką i poszła w stronę domu.
Ciotka Teodora rozwieszała właśnie pranie na sznurkach rozciągniętych między drewnianym płotem a starą lipą.
- Dzień dobry, ciociu. Pomóc ci?
Teodora najpierw miała odmówić, ale westchnęła głośno i pokiwała głową.
- Jeśli możesz. Skaranie boskie z tymi dziewuchami! Rozalia zawsze była taka usłuchana! Pójdzie szybciej, jak zrobimy to we dwie.
Marcjanna pochyliła się nad miską i wyjęła z niej białe prześcieradło.
- Są urocze, ale rzeczywiście trochę niegrzeczne - odezwała się zachowawczo.
- Trochę? Przecież to diabły wcielone! - roześmiała się ciotka. - Przyszłaś z Rozalką?
- Nie rozumiem... - Marcjanna zbladła.
Ciotka Teodora odłożyła koszulę nocną z powrotem do miski i oparła ręce na biodrach.
- Nie było u ciebie Rozalii?
Twarz Marcjanny błyskawicznie pokryła się purpurą. Nie potrafiła kłamać. Nie lubiła tego robić, a poza tym zawsze miała wrażenie, że nie umie ukrywać emocji i wszystkie uczucia ma wypisane na twarzy.
- Musiałyśmy się minąć! Widzisz, ja przyszłam do niej, ona do mnie. Nie dogadałyśmy się.
- Nie spotkałaś jej po drodze? - Ciotka zmrużyła oczy.
- Nie, ale ja szłam przez wieś, a ona pewnie pobiegła przez pola, to dlatego... Na pewno czeka na mnie u babci.
Teodora nie była jednak przekonana.
- Nie ma jej już ze dwie godziny.
- Szłam bardzo powoli, bo spotkałam panią Jasińską, zamieniłam dwa słowa z panią Berenson i twoja teściowa dała mi jajka... - urwała, wskazując na siatkę, którą powiesiła na drewnianym płocie.
- Marcysiu, jeśli jest coś, co powinnam wiedzieć o mojej córce, powiedz mi to teraz... Ona mnie okłamuje, ja to wiem! Matka czuje takie rzeczy.
Marcjanna głośno przełknęła ślinę. Była o krok od płaczu. Nie znosiła takich sytuacji. Niech no tylko spotka Rozalię, dopiero jej nagada! Co ona sobie wyobraża? Dlaczego wplątuje ją w swoje gierki?
- Ciociu, ale ja naprawdę nic nie wiem. Przysięgam! Musiałyśmy się minąć po drodze - powtórzyła.
Teodora obserwowała siostrzenicę przez dłuższą chwilę. Marcjanna niemal słyszała swoje serce, które chciało jej się wyrwać z piersi. W końcu ciotka opuściła bezradnie ręce i pokręciła głową.
- Dobrze. Jak spotkasz Rozalię, przekaż jej, że już ja sobie z nią porozmawiam!
- Dokończyć z tobą rozwieszanie prania?
- Nie, dziękuję, poradzę sobie. Idź, pewnie Rozalia na ciebie czeka i się niepokoi. Tylko żebyście się znów nie rozminęły!
Marcjanna chwyciła siatkę z jajkami, skinęła ciotce głową i puściła się biegiem w stronę pól. Miała złe przeczucia co do Rozalii. Siostra cioteczna zawsze najpierw robiła, a dopiero później zastanawiała się nad tym, co zrobiła, więc Marcjanna była przekonana, że tym razem jest podobnie. Co ona mogła nabroić?
Jeszcze zanim dotarła do gospodarstwa dziadków, wiedziała, że nie zastanie tam Rozalii. Józefa siedziała z zamkniętymi oczami w tym samym miejscu co wcześniej.
- Babciu, czy była tutaj Rozalia? - zapytała Marcjanna.
Staruszka aż się wzdrygnęła, a wnuczce dłuższą chwilę zajęło zrozumienie, że ucięła sobie drzemkę.
- O co pytałaś, Marcysiu?
- Czy była tutaj Rozalia?
Józefa zmarszczyła czoło.
- Rozalia? Przecież do niej poszłaś. Nie zastałaś jej w domu?
- Nie - ucięła Marcjanna.
- Pewnie włóczy się po koleżankach. Znasz ją.
"To możliwe", pomyślała dziewczyna. "Tylko dlaczego powiedziała swojej mamie, że idzie do mnie?"
- Nieważne - powiedziała na głos. - Lato dopiero niedawno się zaczęło, na pewno zdążymy spędzić ze sobą mnóstwo czasu.
Ślub Kateriny Iwachiw i Tarasa Saczki był przepiękny. Marcjanna przyglądała się uroczystości z daleka. Konny orszak ruszył po pannę młodą z domu Tarasa. Przyszły mąż Kateriny wraz z innymi mężczyznami przyjechał po nią okryty haftowanymi ręcznikami. Katerina uśmiechała się szeroko, podczas gdy jej ojciec Fedor Iwachiw ukradkiem ocierał łzy. Była jego pierwszym dzieckiem. Wprawdzie kiedy tamtej mroźnej nocy dowiedział się, że na świat przyszedł nie upragniony syn, a córka, poczuł ukłucie żalu, ale gdy wziął malutką na ręce, tamto uczucie odeszło w niepamięć. Na męskiego potomka przyszło mu trochę poczekać. Rok później na świat przyszła Milentyna, kilkanaście miesięcy po niej Oksana, a dopiero jako czwarty pojawił się Stepan.
Tego dnia Fedor nie potrafił opanować wzruszenia. Wydawał za mąż swoją pierwszą córkę. Odtąd nic nie będzie już takie samo. Wprawdzie w domu została jeszcze trójka, ale przecież za Milentyną wodził oczami Dmytro od Wasiejków, lada moment i Oksana znajdzie wielbiciela, a w chacie ostanie się tylko Stepan. "Czas stanowczo za szybko płynie", myślał Fedor, obserwując córkę.
Za Kateriną stała Milentyna, która tego dnia pełniła honory druhny. Trzymała ikonę z Jezusem z otwartym sercem. Nieznany Marcjannie mężczyzna, drużba Tarasa, dzierżył z kolei wizerunek Matki Boskiej. Pop wyszedł po młodych przed cerkiew i związał ich ręce. Przy prestole** położono ręcznik, a z każdej strony rozłożono monety. Młodzi stanęli na haftowanym materiale, patrząc sobie głęboko w oczy. Swat trzymał nad głową młodej koronę Matki Bożej, drugi nad młodym - koronę Jezusa. Musieli tak trzymać przez półtorej godziny, bo tyle trwała ceremonia***.
** Prestoł - ołtarz.
*** Opis ukraińskiego ślubu pochodzi z książki Marii Fredro-Bonieckiej Wołyń. Siła traumy, W.A.B., Warszawa 2016.
Marcjanna wróciła do dziadków oczarowana niesamowitą atmosferą uroczystości, w której brała udział. Babcia Józefa czekała na nią przed domem.
- I jak? Opowiadaj, bo ja już tutaj nie mogę wysiedzieć! - poprosiła wnuczkę, udając, że nie widzi, jak Feliks wykrzywia usta w grymasie. Nigdy nie rozumiał, po co żonie szczegóły z życia sąsiadów. On wolał się nie interesować, żeby i nim się nikt nie zajmował. Chciał przeżyć swoje życie godnie i w spokoju, niczego więcej do szczęścia nie potrzebował.
- Ach, babciu! Co to był za ślub! Tak się wzruszyłam. Katerina wyglądała na szczęśliwą, a Taras był w nią wpatrzony jak w obrazek!
- Niech ich dobry Bóg dziećmi pobłogosławi! - Józefa aż się przeżegnała. - Gdyby te nogi mi tak nie dokuczały, sama bym poszła do cerkwi pomodlić się za szczęśliwe małżeństwo Kateriny! To taka dobra dziewczyna...
- Poszłabyś pomodlić się do cerkwi? - zdumiała się Marcjanna.
- A co w tym dziwnego? Jak ksiądz dobrodziej nie dał rady nas wszystkich wyspowiadać przed Wielkanocą, to myślisz, że do kogo nas odesłał? Ano do batiuszki! Przecież Bóg jest jeden, co to za różnica, jak Go czcimy? - Babcia wzruszyła ramionami. - Jesteś głodna, Marcysiu? Zjadłabyś coś?
- Nie, dziękuję.
Już ruszyła w stronę pasieki, gdzie wcześniej udał się dziadek, ale Józefa ją zatrzymała.
- A widzisz, Marcysiu, z tego wszystkiego zapomniałam... Rozalka cię szukała! Powiedziałam jej, że jesteś na ślubie Kateriny. Zdziwiłam się, że ona nie poszła, bo przecież Nikifor i Teodora dobrze żyją z Iwachiwami...
Marcjanna zadrżała i powoli odwróciła się do babci. Nie widziała się z siostrą cioteczną od tamtego pamiętnego dnia, kiedy musiała tłumaczyć Rozalię przed ciotką Teodorą. Kuzynka wciąż nie wyjaśniła jej, co za sekrety ukrywa przed matką.
- I co ona na to?
- Źle się czuła - wyjaśniła Józefa. - I rzeczywiście, była jakaś niewyraźna. Na moje oko to ona ma jakieś problemy. Widać było, że płakała, ale powiedziała mi, że to katar. Katar? W środku lata? Zresztą obie przecież nie miałyście kataru od lat, dobre powietrze tu, u nas na Wołyniu, świeży miód, to czemu miałybyście chorować?
- Gdzie ona teraz jest? - przerwała babci Marcjanna.
Józefa zamrugała, jakby nie do końca wiedziała, o czym mówi wnuczka.
- Ale kto? Rozalia? A skąd mam wiedzieć? Przyszła i zaraz uciekła, jakby się paliło. Nawet nie chciała nic zjeść!
Marcjanna postanowiła od razu rozmówić się z kuzynką. Nie chciała dłużej czekać. Pomachała tylko babci i szybkim krokiem udała się w kierunku pól. Dom Kowtoniuków był pusty. Przypuszczała, że ciotka, wuj i dziewczynki nie wrócili jeszcze z uroczystości zaślubin Kateriny i Tarasa. Ale gdzie mogła być Rozalia, skoro nie dotarła na ślub?
Przychodziło jej na myśl tylko jedno miejsce. Kwadrans później była nad stawem. Nie pomyliła się. Na brzegu siedziała Rozalia z podkulonymi nogami i głową opartą o kolana. Nie zauważyła Marcjanny, ale musiała wyczuć jej obecność, bo podniosła wzrok i rozejrzała się wokół. Kiedy spostrzegła kuzynkę, odruchowo wytarła twarz i poprawiła włosy. Marcjanna usiadła obok niej. Słychać było tylko cykanie świerszczy. Rozalia oddychała szybko, wciąż unikając wzroku ciotecznej siostry.
- Babcia mi mówiła, że mnie szukałaś - przerwała ciszę Marcjanna.
- Jak było na ślubie?
- O tym chciałaś ze mną porozmawiać? - Marcysia uniosła wysoko brwi.
- A kto powiedział, że chciałam porozmawiać? - żachnęła się Rozalia.
Znów tylko cykanie świerszczy. Marcjanna nie poznawała Rozalki. Nigdy wcześniej taka nie była - zaczepna, niemiła, nerwowa.
- Co się dzieje? Tylko nie próbuj mi wmawiać, że wszystko jest w porządku. Zmieniłaś się, Rozalio - oświadczyła z pełnym przekonaniem. - Nigdy mnie nie okłamałaś, a tego lata zrobiłaś to już kilkakrotnie.
- Nie okłamałam cię, daj mi spokój!
Marcjanna wstała i otrzepała sukienkę.
- W porządku. Gdybyś jednak zechciała ze mną porozmawiać, wiesz, gdzie mnie szukać.
Zrobiła ledwie kilka kroków, kiedy Rozalia powiedziała:
- Przepraszam. Masz rację, okłamałam cię, ale nie mogłam ci powiedzieć prawdy, bo dałam słowo.
Marcjanna skinęła głową i ponownie usiadła obok kuzynki.
- Komu?
- Nie mogę... - Rozalia przygryzła dolną wargę. - To takie trudne! Wiem, że nie zrobiłam nic złego, bo przecież miłość nie może być zła, ale z drugiej strony...
- Czekaj, czekaj. - Marcjanna powstrzymała ją gestem. - Powiedziałaś, że miłość nie może być zła? O czym ty mówisz? Zakochałaś się?
Dziewczyna ze wstydem spuściła głowę.
- To już nieważne, bo on i tak mnie nie chce. Zrezygnował ze mnie, a najpierw... - zaniosła się płaczem.
- Ktoś cię wykorzystał? - domyśliła się Marcjanna. - Rozalio, powinnaś o tym powiedzieć rodzicom! I to jak najszybciej.
Kuzynka posłała jej wściekłe spojrzenie.
- Zwariowałaś? Ojciec by mnie wyklął! Nie, to nie wchodzi w grę... Muszę o nim zapomnieć, muszę żyć dalej, ale jak? - Bezradnie rozłożyła ręce.
Marcjanna nic z tego nie rozumiała. Nie popierała tego, co zrobiła kuzynka, ale nie to było teraz najważniejsze. Trzeba było zapewnić Rozalii wsparcie, żeby nie daj Boże sobie czegoś nie zrobiła! Objęła ją ramieniem i delikatnie pogłaskała po głowie.
- Wszystko się ułoży, zobaczysz. Zapomnisz o nim...
- Kiedy ja wcale nie chcę o nim zapomnieć! Nie pragnę niczego innego, tylko tego, żeby ze mną był, żeby znów mnie kochał do utraty tchu... - Rozalia schowała twarz w dłoniach.
- Kto to jest?
- Nie mogę ci powiedzieć! Nigdy! Wybacz, Marcysiu, ale nie mogę. Nie chcę, nie potrafię... Kocham go i nie chcę, żeby cierpiał.
Marcjanna przeraziła się nie na żarty.
- Jezus Maria, Rozalio, o czym ty mówisz?! Nie chcesz, żeby cierpiał? Dlaczego miałby cierpieć? Nic z tego nie rozumiem! Teraz to mnie dopiero nastraszyłaś!
Rozalia przez dłuższą chwilę nic nie mówiła, tylko cicho płakała. Nawet świerszcz ucichł. Gdzieś w oddali bawiły się dzieci, ale i one zachowywały się ciszej, jakby wiedziały, że pogrążonej w rozpaczy zakochanej kobiecie nie można przeszkadzać.
- Nie mów o niczym mojej mamie, dobrze?
- Oczywiście, że o niczym jej nie powiem, to są twoje sprawy, tylko... - Marcjanna się zawahała. - Mam do ciebie prośbę. Następnym razem nie zmuszaj mnie do kłamstwa. Wiesz, jak się czułam, kiedy ostatnio przyszłam do ciebie, a ciotka zdziwiła się na mój widok, bo powiedziałaś jej, że idziesz do mnie?
- A co miałam powiedzieć? Matka już dawno zaczęła coś podejrzewać, a ja nie mogłam powiedzieć jej prawdy. Wyrzuciliby mnie z ojcem z domu!
- Przesadzasz! Nie ty pierwsza i nie ostatnia, w końcu by im przeszło. Najważniejsze, że... no wiesz... - Marcjanna nagle urwała, gdyż wydawało jej się, że zrozumiała, dlaczego kuzynka tak rozpacza. - Czy ty jesteś w ciąży? Spodziewasz się dziecka, tak? To o to chodzi?
Rozalia popukała się wymownie w czoło.
- Tylko dziecka mi brakuje! Nie, głupia, nie jestem w ciąży, tylko...
- Tylko?
- Marcysiu, ty nie masz pojęcia, co ja zrobiłam! - Kuzynka znów zaniosła się głośnym płaczem.
Marcjanna poczuła, że włosy zjeżyły jej się na karku. Co takiego zrobiła Rozalia?
arcjanna miała wrażenie, jakby dopiero wczoraj wjechała z dziadkiem do wsi zdezelowaną furmanką, a tymczasem przyszła już pora żniw. Feliks zatrudnił kilku Ukraińców, bo sam nie dałby rady obrobić całego pola, mimo że miał nowoczesną żniwiarkę zaprzężoną w cztery konie. Wnuczka pomagała mu, ile mogła, ale w końcu musiała przyznać, że ciężka praca fizyczna nie jest dla niej i po dwóch, trzech godzinach czuła się wyczerpana.
- Przyjechałaś tutaj odpocząć, a nie na robotę - upominała ją babcia.
- Wiem, babciu, ale kiedy nic nie robię, czuję się bezużyteczna. Nie lubię siedzieć w miejscu - zaprotestowała Marcjanna.
Staruszka głośno westchnęła.
- Robotę w polu zostaw chłopom. Jeśli koniecznie chcesz pomóc, możesz się przydać przy cerowaniu.
Marcjanna chętnie się zgodziła. Prawdę mówiąc, pomagała przy żniwach nie tylko dlatego, że chciała się czuć potrzebna. Nie miała nic innego do roboty. Milentyna większość czasu spędzała z Dmytrem, planując ślub i snując marzenia o przyszłości, bo zaręczyny zostały już oficjalnie ogłoszone. Była jeszcze Rozalia, ale i ona gdzieś znikała na całe dnie. Marcjanna przypuszczała, że siostra cioteczna najprawdopodobniej pogodziła się ze swoim ukochanym, kimkolwiek on był.
Nie podobało jej się to. Po co te wszystkie tajemnice? Gdyby tamten mężczyzna miał wobec Rozalii uczciwe zamiary, nie wymagałby od niej, żeby się ukrywali. Marcjanna najchętniej opowiedziałaby o całej sprawie babci. Józefa była doświadczona i znała życie, na pewno wiedziałaby, jak należy postąpić, ale przecież obiecała kuzynce, że nie piśnie ani słowa...
- Gdzie błądzisz, Marcysiu? - Z zamyślenia wyrwał ją głos babci.
Józefa wprawnie cerowała starą koszulę. Jej samej nie szło tak dobrze.
- Jesteś jakaś zamyślona. Widzę, że coś cię trapi - kontynuowała babcia. - Ktoś ci coś przykrego powiedział? Zrobił krzywdę? Powiedz no mi, a ja wszystko załatwię!
Marcjanna zaprzeczyła ruchem głowy.
- Nikt mnie nie skrzywdził, nie musisz się martwić. Po prostu... - Zmarszczyła czoło. - Po prostu ktoś powierzył mi tajemnicę, której ciężar zaczyna mnie przerastać. Ale to przecież sekret, więc nic nie mogę z tym zrobić.
Babcia przerwała cerowanie i zaniepokojona spojrzała na wnuczkę.
- Czasem dla dobra sprawy lepiej złamać słowo, zwłaszcza jeśli wiesz, że komuś dzieje się krzywda. Niby mówią, że słowo honoru to rzecz święta, ale skoro aż tak ci ciąży, że zamiast być tu i teraz, błądzisz myślami gdzieś daleko i zamartwiasz się dniami i nocami, to może jednak lepiej poprosić o pomoc?
- To chyba nie jest najlepszy pomysł - bąknęła Marcjanna, kończąc tym samym dyskusję.
Józefa, o dziwo, nie drążyła, tylko zaczęła uważniej obserwować wnuczkę. Intuicja zazwyczaj podpowiadała jej, co robić, tym razem jednak ją zawiodła. Przez kolejne dni obserwowała Marcjannę, ale nie wysnuła żadnych wniosków. Cóż, wyglądało na to, że będzie musiała zapomnieć o całej sprawie. Marcjanna była dorosła, co nieustannie wprawiało babcię w zdumienie. Niemal każdego dnia łapała się na myśli, że jej wnuczki nie są już dziećmi. Nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. Ba! Nie przyjęła jeszcze do wiadomości tego, że jej córki są dojrzałymi kobietami, a tu następne pokolenie zdążyło dorosnąć.
Żniwa zbliżały się ku końcowi. Na wsi życie toczyło się inaczej niż w mieście. Nie wyznaczały go kolejne miesiące i zmieniające się pory roku, a prace, które trzeba było przeprowadzić w polu. Upływający czas wyznaczały okresy orki, bronowania, siewu, żniw, zbiorów i kolejnych zasiewów. Po skończeniu zbiorów Ukraińcy szli przez pola i śpiewali Petrówkę. W końcu można było odetchnąć przed kolejnymi pracami, które miały się rozpocząć jesienią.
Józefa i Feliks siedzieli na furmance, czekając tylko na Marcjannę, która nie potrafiła się zdecydować, którą sukienkę powinna założyć. Kiedy usłyszała niecierpliwe nawoływania babci, machnęła ręką i złapała pierwszą z brzegu, która wisiała w szafie.
Było rodzinną tradycją, że na zakończenie żniw Teodora i Nikifor zapraszali do siebie całą rodzinę. Tego dnia mieli ich odwiedzić nie tylko rodzice pani domu, ale też stara Irina Kowtoniukowa, matka gospodarza. Po śmierci męża została w ogromnym domostwie zupełnie sama. Jej liczne dzieci wciąż ją namawiały, żeby wprowadziła się do któregoś z nich, ale nie chciała o tym słyszeć.
- Tutaj się urodziłam i tutaj umrę - mówiła.
Kiedy Marcjanna była mała, przeraźliwie bała się Iriny. Ogromna brodawka na jej czole przypominała o tych wszystkich bajkach o czarownicach, które mama opowiadała jej przed snem. Poza tym Irina miała bardzo niski głos. Często brano ją za mężczyznę, co dodatkowo potęgowało lęk, który Marcjanna odczuwała przed babcią kuzynki. Mała Marcysia już dawno przestała być dzieckiem, a jednak wciąż czuła się nieswojo przy Irinie, mimo że ta była bardzo sympatyczną kobietą.
Pierwsze, co po przybyciu do domu Kowtoniuków usłyszała Marcjanna, to głos ciotki Teodory nawołujący Rozalię.
- Wychodź! Zaraz będą goście! Przestań się tak zachowywać!
- Nie chcę nikogo widzieć, daj mi spokój!
Teodora zrobiła dobrą minę do złej gry, kiedy się zorientowała, że Józefa, Feliks i Marcjanna stoją w kuchni, zastanawiając się, co robić.
- Jesteście już! - Ciotka uśmiechnęła się niepewnie. - Wchodźcie, wchodźcie, czekamy jeszcze tylko na matkę Nikifora i zaraz zaczynamy... Mamy tutaj mały problem, ale zaraz go rozwiążemy. Rozalia wpadła w jakąś histerię, kompletnie nie wiem, co w tę dziewuchę wstąpiło! Wychodź, słyszysz?! - wykrzyczała ostatnie słowa.
Nikifor wszedł do sieni z wściekłością wypisaną na twarzy.
- Co tu się dzieje?! Goście przyszli, a wy drzecie się wniebogłosy!
- Rozalia nie chce wyjść ze swojego pokoju - oświadczyła Teodora.
- Jak to: nie chce wyjść ze swojego pokoju? A ty co, nie umiesz sobie z córką poradzić? - Zacisnął pięści. - Ja jej pokażę! Dawno porządnego lania nie dostała! Wychodź, bo pożałujesz, zobaczysz! Takie baty dostaniesz, że przez tydzień na dupie nie siądziesz!
Marcjanna najchętniej wyszłaby na zewnątrz, ale babcia i dziadek ani drgnęli, więc i ona stała, czekając na rozwój sytuacji. Nie chciała być świadkiem tej kłótni. Znała wuja Nikifora i wiedziała, że bywa porywczy, więc mogła tylko mieć nadzieję, że i Rozalia jest tego świadoma, opamięta się i zaraz wyjdzie do gości. Nie pomyliła się. Po chwili drzwi sypialni otworzyły się i pojawiła się w nich zapłakana twarz kuzynki.
- Człowiek nie może mieć ani odrobiny prywatności - mruknęła, przecierając oczy.
- Goście przyszli, a tobie głupoty w głowie! - denerwował się Nikifor. - Dlaczego płakałaś? Możesz mi wytłumaczyć, co to za dąsy?
Rozalia wzruszyła ramionami i posłała błagalne spojrzenie Marcjannie, która w mig zrozumiała, o co chodzi, i zaczęła trajkotać o liście, który przyszedł dziś od matki, żeby odwrócić uwagę wszystkich od kuzynki.
- Antek miał wypadek podczas jazdy konnej, ale na szczęście nic poważnego mu się nie stało. Trochę się poobijał, ale dobrze się czuje, dochodzi do siebie w domu - relacjonowała.
- Biedna Janina, pewnie przeżyła chwile grozy - wtrąciła ciotka Teodora, a za jej plecami Rozalia głośno odetchnęła z ulgą.
Tylko Nikifor nie dał się przechytrzyć i kiedy nikt nie patrzył, pogroził córce palcem.
Po chwili w domu pojawiła się Irina i cała rodzina rozpoczęła świętowanie. Kiedy starsi zajęli się rozmową, Marcjanna przesunęła się w stronę Rozalii i wyszeptała jej prosto do ucha:
- Znów cię skrzywdził?
Rozalia posłała jej oburzone spojrzenie, które sugerowało, że to nie czas i miejsce na tego typu dyskusje.
Józefa i Irina właśnie debatowały na temat jednej z mieszkanek wsi, którą znachorka wyleczyła z przewlekłego kaszlu, kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Biesiadnicy spojrzeli po sobie skonfundowani, jakby chcieli zapytać pozostałych, czy się kogoś spodziewają.
- A kogo to licho niesie? - Teodora wstała od stołu i podeszła do okna. - To Jaryna Hirska!
Marcjanna mogłaby przysiąc, że z twarzy Rozalii odpłynęły wszystkie kolory, kiedy usłyszała to nazwisko. Ale dlaczego? Co takiego zrobiła jej Ukrainka z drugiego końca wsi? Kowtoniukowie i Olszakowie zawsze dobrze żyli z Hirskimi. Zresztą nie tylko z nimi. Życie w wiosce płynęło spokojnie, bez żadnych poważniejszych waśni.
- Jaryna? - zdziwił się Nikifor. - Idę sprawdzić, co się dzieje, bo wali w drzwi, jakby się paliło!
Rozalia zastygła w bezruchu. Marcjanna wpatrywała się w kuzynkę z pewną fascynacją. Czy ona w ogóle oddycha? Ani drgnie! Coś takiego!
Delikatnie szturchnęła Rozalię, ale tamta wciąż wyglądała, jakby zobaczyła, a raczej usłyszała ducha.
Tymczasem Nikifor zniknął w sieni, skąd po krótkiej chwili zaczęły dobiegać podniesione głosy. Wyglądało na to, że gospodarz kłóci się z Hirską. Tamta była coraz bardziej zdenerwowana. Po chwili wtargnęła do kuchni i omiotła spojrzeniem zebranych przy stole. Pełne nienawiści spojrzenie zatrzymała na Rozalii.
- Co to wszystko ma znaczyć? - Wściekły Nikifor podszedł do Jaryny i złapał ją za rękę, ale ta szybko ją wyszarpała.
- Przyszłam ci powiedzieć, jaką ladacznicę wychowałeś, ale widzę, że zastałam przy stole całą rodzinę. I dobrze! Niech się wszyscy dowiedzą, co to za diabelskie nasienie!
- Jaryna! - Teodora wstała z impetem, a krzesło, na którym siedziała, się przewróciło. - Co ty sobie wyobrażasz? Że wpadniesz do naszego domu i będziesz nas obrażać?
Marcjanna nie słyszała tych wszystkich krzyków, nie widziała oburzonych spojrzeń ciskanych przez babcię, dziadka i Irinę w stronę wariatki, która wtargnęła do cudzego domu i zaczęła wrzeszczeć. Była skoncentrowana na dwóch twarzach: Rozalii i Jaryny. Wiedziała. Wiedziała, zanim Hirska zdążyła się odezwać i obwieścić prawdę całemu światu. Wszystko nagle stało się jasne. Dlaczego wcześniej się nie domyśliła? Przecież to oczywiste!
- A co sobie wyobrażała ta mała wywłoka, kiedy uwodziła mojego męża?
Zapadła cisza. Teodora poczuła się, jakby dostała w twarz. Próbowała opaść na krzesło, ale ono leżało gdzieś przewrócone, dlatego tylko oparła dłonie o stół.
- Czy to prawda? - wyjąkała, patrząc na córkę, ale wcale nie potrzebowała odpowiedzi.
Teodora, tak jak i Marcjanna, zrozumiała wszystko w jednej krótkiej chwili. Tylko Nikifor, który z uwagi na płeć cierpiał na nieumiejętność czytania między wierszami i łączenia pewnych faktów, wciąż wpatrywał się w Jarynę, jakby oszalała.
- O czym ty mówisz? Kto uwiódł twojego męża? I co ja mam z tym wszystkim wspólnego?
- Czy ty naprawdę jesteś taki głupi, czy tylko tak wyglądasz? - Hirska uderzyła pięścią w stół. - Rozalia użyła swoich czarów, żeby usidlić mojego Ustyma! Biedny chłop, uwzięła się na niego ta mała czarownica i nie odpuściła, dopóki nie osiągnęła celu!
- A on na pewno bardzo się opierał - prychnęła Józefa, na co Irina wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
- Czego się cieszycie, głupie baby? - uniosła się Jaryna. - Powinnyście się wstydzić za taką latawicę!
Marcjanna poczuła wewnętrzny bunt, kiedy zobaczyła, jak oczy Rozalii wypełniają się łzami. Postąpiła niewłaściwie, ale czy zasłużyła sobie na takie upokorzenie?
Tymczasem Józefa wstała, a Irina szybko poszła jej śladem. Wypięły piersi, dając tym samym odczuć Jarynie, że nie pozwolą zrobić krzywdy wnuczce. Tymczasem Nikifor próbował złapać spojrzenie Rozalii, ale ta za nic w świecie nie chciała popatrzeć w jego stronę.
- Rozalko, o czym ona mówi? Co się stało? Powiedz...
- To wszystko nie tak! - Rozalia schowała twarz w dłoniach.
Teodora powoli odzyskiwała władzę nad ciałem, ale jej matka i teściowa działały o wiele szybciej.
- Jak śmiesz wpadać do chaty Nikifora i wykrzykiwać oszczerstwa pod adresem jego córki? Wstydu nie masz! Cała wieś plotkuje o romansach twojego męża, nie słyszysz tego? Widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć! - powiedziała Józefa.
Rozalia nerwowo zamrugała, jakby nie mogła uwierzyć w to, że babcia stanęła w jej obronie.
- Chłopem się zajmij, a od naszej wnuczki wara! - zawtórowała Irina.
Jaryna najwyraźniej nie spodziewała się takiego obrotu spraw.
- Wstydu nie macie! Wywłoka gzi się na sianie z obcymi chłopami, a wy jej bronicie! A ty - spojrzała na Rozalię - popamiętasz mnie, jeśli jeszcze raz zbliżysz się do Ustyma! Oczy ci wydrapię, za kudły wytargam, nie daruję!
Nikifor nie wytrzymał: zdecydowanym ruchem złapał Hirską za ramię i wyprowadził z domu. Jej krzyki było słychać jeszcze sprzed chaty. Po chwili ucichły, a on wrócił do kuchni, gdzie panowała cisza. Milczały nawet Helenka i Zosia, rozumiejąc powagę chwili. Kowtoniuk bez słowa poszedł do małżeńskiej sypialni i chwycił za pas. Po chwili był z powrotem w kuchni. Rozalia na widok ojca ze skórzanym pasem aż krzyknęła i wstała od stołu.
- Już ja ci wybiję żonatych chłopów z głowy! - zagrzmiał Nikifor. - Taki wstyd przed całą wsią, taki wstyd! Masz szczęście, że tu chodzi o Ustyma, inaczej jutro cała Wola i całe Ostrówki plotkowałyby o tobie i twoim kochanku, tfu! - Splunął na podłogę. - Hirska to największa plotkara, ale że Ustym to jej mąż, słowem się nie odezwie.
Kiedy Rozalia zaczęła uciekać przed ojcem wokół stołu, żadna z kobiet nie odezwała się ani słowem. Wiedziały, że jeśli ojciec chce zlać córkę pasem, nie ma żadnej siły, która mogłaby go przed tym powstrzymać. Co innego obronić Rozalię przed Jarymą, a co innego przed ojcem. Józefa w końcu jednak nie wytrzymała.
- Nikifor, daj dziewczynie spokój, wystarczająco się wstydu najadła...
- Tato, ty nie rozumiesz, ja go kocham! - łkała Rozalia.
- Nic tak nie leczy z miłości, jak lanie - fuknął Nikifor.
- Coś ty narobiła, dziewucho, coś ty narobiła? - Teodora kręciła z niedowierzaniem głową. - Nie tak cię wychowałam, nie tak!
- Mamo, powiedz coś ojcu! Mamo! - błagała Rozalia.
Ciotka tupnęła nogą.
- Nikifor, dość, nie przy gościach.
Kowtoniuk zatrzymał się kilka kroków przed trzęsącą się ze strachu córką. Zamachnął się, ale w ostatniej chwili opuścił bezradnie rękę.
- Koniec biesiadowania, wszyscy do domów - oznajmił.
Marcjannie nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Żal jej było Rozalii, ale cała scena wywołała w niej taki lęk, że nie marzyła już o niczym innym, jak tylko o tym, żeby wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem. Sytuacje stresowe ją paraliżowały. Podziwiała wszystkich tych, którzy pod wpływem adrenaliny potrafili działać. Ona stała jak słup soli i liczyła na to, że ktoś wybawi ją z opresji.
Wybiegła z domu ciotki i wuja, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Zbliżała się jesień, noc była chłodna, a nie zabrała z domu swetra, którym mogłaby okryć ramiona. Kiedy dołączyli do niej Józefa, Irina i Feliks, trzęsła się z zimna.
- Co teraz będzie z Rozalką? - zapytała, pocierając przedramiona dłońmi.
- A co ma być? - Józefa wzruszyła ramionami. - Dostanie lanie od ojca i miejmy nadzieję, że na tym skończy się cała historia, chociaż mam złe przeczucia.
- Dlaczego? Czy Rozalia powiedziała coś, kiedy wyszłam?
- Nie, ale teraz, kiedy już znamy prawdę, zaczęłam łączyć fakty i dałabym sobie rękę uciąć, że to trwa od dłuższego czasu - przyznała babcia ze smutkiem.
- Nie kracz, kobieto, nie kracz - wtrącił Feliks, który podczas całego zajścia nie odezwał się ani słowem, a Marcjanna jakby zapomniała o jego obecności.
Teraz spojrzała na dziadka z niepokojem. Feliks wydawał się starszy niż jeszcze godzinę temu. To nieprawda, że problemy rodzinne nie zaprzątały jego głowy. Po prostu nigdy nie brał czynnego udziału w sporach.
- Nie kraczę, mówię, jak jest. Rozalka od miesięcy chodzi z głową w chmurach, znika gdzieś na długie godziny i nikomu nie mówi gdzie. I tak udało im się długo utrzymać wszystko w tajemnicy... - Józefa nagle zadrżała. - Wiedziałaś, prawda?
- Skąd! Nie miałam bladego pojęcia! - broniła się Marcjanna. - Rozalia powiedziała mi tylko, że jest zakochana i że to nieszczęśliwa miłość, ale nic więcej nie chciała mi zdradzić.
- Ech, nie ma co roztrząsać, stało się - powiedziała Irina. - Miejmy tylko nadzieję, że Nikifor w tej złości nie zrobi Rozalii krzywdy i że nie skończy się to... no, wiadomo, jak to się może skończyć.
Pożegnali się i rozeszli w swoich kierunkach: Józefa, Marcjanna i Feliks do domu Olszaków, Irina w stronę swojego gospodarstwa. Marcjanna co chwila oglądała się za siebie, ale z chaty Kowtoniuków nikt nie wyszedł.
ozalia nie pokazywała się przez dwa dni, a Marcjanna nie miała śmiałości, żeby pójść do domu ciotki i wuja po tym, co tam zaszło. Termin jej wyjazdu do domu zbliżał się nieuchronnie, a ona wciąż nie wiedziała, co się dzieje u kuzynki. Odetchnęła z ulgą, kiedy Rozalia w końcu przyszła do gospodarstwa dziadków. Marcjanna przyjrzała jej się uważnie. Poza kilkoma siniakami na ramionach i nogach nic jej nie było.
Siostra cioteczna stanęła przed nią i ze wstydem spuściła wzrok. Dziadek Feliks, któremu Marcjanna pomagała przy bydle, kiwnął tylko nieznacznie głową na znak, że nie ma nic przeciwko, żeby wnuczka zajęła się swoimi sprawami. Dziewczęta wyszły przed oborę.
- Przepraszam, że ci nie powiedziałam... - zaczęła Rozalia. - Teraz już chyba rozumiesz, dlaczego nie mogłam pisnąć ani słówka... Nie chciałam obciążać cię tak wielką tajemnicą.
- Jak twoi rodzice? Są bardzo wściekli?
- Zawiodłam ich... Nie wiem, czy teraz uda mi się odbudować ich zaufanie.
- A chcesz?
- Chcę, ale to nie jest takie proste. Przejdziemy się? O wszystkim ci opowiem.
Nogi same poniosły je nad staw, z którym były związane ich najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. To tutaj urządzały polowania na żaby i pluskały się w gorące dni. Tutaj opowiadały sobie o marzeniach, które, jak się okazało, niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. Staw był powiernikiem ich największych tajemnic.
- Ja wcale tego nie chciałam. Jaryna nie ma racji. Nie uwiodłam Ustyma! Nigdy bym tego nie zrobiła...
Marcjanna skinęła głową. Znała swoją kuzynkę, jak się jednak okazało, nie dość dobrze, bo przecież wplątała się w romans z żonatym mężczyzną, ale na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to nie ona tę znajomość zainicjowała.
Ustym Hirski. Marcjanna nigdy nie zapytałaby Rozalii, dlaczego właśnie on, ale w głębi serca bardzo się zdziwiła, kiedy w końcu poznała nazwisko ukochanego kuzynki. Ustym był od nich o dobre dwadzieścia lat starszy. Kiedy żenił się z Jaryną, chyba nie było ich jeszcze na świecie. W każdym razie odkąd tylko Marcysia sięgała pamięcią, Hirscy byli razem. Mieli czworo dzieci, a sam Ustym, no coż, nie należał do najprzystojniejszych... Ona nigdy by na niego nawet nie spojrzała. Co takiego zatem zobaczyła w nim Rozalia? Nawet nie śmiała pytać.
- To on mnie wypatrzył. Wodził za mną wzrokiem od dawna, ale ja nie zwracałam na niego najmniejszej uwagi. Sporo starszy, żonaty, dzieciaty... Z całą pewnością można powiedzieć, że znajdował się poza sferą moich zainteresowań. Kiedyś spotkałam go tutaj, nie wiem, czy to był przypadek, czy nie, nigdy o to nie pytałam - przyznała Rozalia, a Marcjanna była dziwnie pewna, że pojawienie się Hirskiego nad stawem, nad którym kuzynka często przesiadywała, nie mogło być zbiegiem okoliczności. - Zaczęliśmy rozmawiać, a ja przeżyłam szok. Zawsze wydawało mi się, że Ustym to pies na baby, zresztą babcia sama o tym nie raz opowiadała, a tymczasem on wcale nie chciał się do mnie dobrać, tylko po prostu mnie poznać, przekonać się, jakim jestem człowiekiem... Pytał, czego pragnę, o czym marzę, opowiadał, jaki jest nieszczęśliwy z kobietą, której nigdy nie kochał, a z którą się ożenił, bo rodzina naciskała. Mówił, że jego ojciec dobił targu z rodzicami Jaryny, że sprzedali mu ją za dwie krowy i kawałek pola.
Rozalia nie musiała tłumaczyć Marcjannie realiów, w których żyła. Chociaż małżeństwa z miłości zdarzały się coraz częściej, wiele z nich wciąż zawierano z rozsądku.
- Wiesz - zaczęła ostrożnie Marcjanna. - Mój tato mówił, że oni tak właśnie robią. Przestrzegał mnie kiedyś, żebym nigdy nie wierzyła mężczyznom, którzy opowiadają, że żona ich nie rozumie i nie kocha. Bo oni chcą tylko jednego...
- Nie Ustym! - zdenerwowała się Rozalia. - On taki nie jest. Powiedziałam ci przecież, że wcale się do mnie nie dobierał. Nie patrzył tylko na moje ciało, on mnie naprawdę słuchał. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że ktoś dorosły... ktoś sporo ode mnie starszy - poprawiła się - chce mnie wysłuchać. Że jestem dla niego ważna. Rodzice mnie wiecznie zbywali. Kiedy o coś pytałam, odpowiadali, że nie teraz, że robota w polu czeka. Wiesz, jak to jest... Wciąż brakuje rąk do pracy. Zawsze lubiłam odwiedzać babcię Józefę, ale to nie to samo. Znasz ją, ona nie lubi słuchać, ona głównie mówi. Ustym jako pierwszy miał dla mnie czas, powtarzał, że gospodarka poczeka, a dzieci mu w domu nie płaczą.
- Bo zajmowała się nimi Jaryna - wtrąciła Marcjanna, ale kuzynka spiorunowała ją wzrokiem.
- Ty jesteś taka sama, wiesz? Pamiętasz, co mówiłyśmy, jak byłyśmy dziećmi? Że nigdy nie będziemy takie jak dorośli. Że zawsze będziemy mieć czas dla drugiego człowieka i nie będziemy go osądzać po pozorach...
- Stare dzieje - westchnęła Marcjanna. - Tyle się zmieniło... Ale mów, mów, słucham cię.
Rozalia głośno wciągnęła powietrze.
- Nawet się nie zorientowałam, kiedy zaczęłam niecierpliwie czekać na każde następne spotkanie. Ustym był moją ostatnią myślą przed zaśnięciem i pierwszą po przebudzeniu. Z dnia na dzień stawał się moją obsesją... Po każdym spotkaniu obiecywałam sobie, że to ostatni raz, bo przecież on ma żonę, dzieci! Nie tak mnie rodzice wychowywali. Nie, wtedy jeszcze nic między nami nie było... Ale ja wiedziałam, do czego to prowadzi. Każdy gest z jego strony dawał mi nadzieję, którą chwilę potem traciłam, bo odwoływał spotkanie albo niczego nie mówił, a po prostu nie przychodził. Tłumaczył mi wtedy, że czasem jest mu trudno wyrwać się z domu, bo Jaryna wypytuje, gdzie znika, i zaczyna coś podejrzewać.
- Może po prostu to znała, bo wcześniej mu się to zdarzało...
- Tak. Ustym był zakochany dwa razy w życiu. Tak mi powiedział. - Rozalia zapatrzyła się aż za horyzont, gdzie bezkresne równiny spotykały się z błękitem nieba. - W jednej kobiecie z Ostrówek, nie chciał mi podać jej imienia, i we mnie. Poznał tamtą, jak już był mężem Jaryny, i pokochał całym sercem... No powiedz sama, czy możemy potępić miłość tylko dlatego, że się wydarzyła? Ustym nie miał wtedy odwagi i w końcu tamta powiedziała, że nie chce go znać, bo przez cały czas ją zwodzi, ale teraz nie zamierzał znowu popełnić tego błędu.
- Dlaczego więc cię porzucił? Przecież przez niego płakałaś. - Marcjanna była podejrzliwa.
- Jaryna wszystkiego się domyśliła. Pewnego dnia poprosiła sąsiadkę, żeby przypilnowała młodszych dzieci. Starsze radzą sobie same... No, nieważne. Zostawiła dzieciaki z sąsiadką i poszła za Ustymem. Przyłapała nas na pocałunkach. To było straszne, bo rzuciła się na mnie z widłami! Naprawdę myślałam, że zrobi mi krzywdę i do dziś jestem przekonana, że byłaby do tego zdolna... Ale Ustym załagodził całą sytuację - powiedziała Rozalia. - Potem zachorowała ich najmłodsza córka, było naprawdę kiepsko, jeździli z nią po różnych znachorach i felczerach, ale wszyscy rozkładali ręce. Jaryna kazała mu przysiąc na życie dziecka, że już nigdy ze mną nie... - Po jej policzku potoczyła się łza. - Wzbudziła w nim poczucie winy. Mała wyzdrowiała, ale Ustym powiedział mi, że nie możemy się dłużej spotykać. Pękło mi wtedy serce! Byłam na niego wściekła! Oddałam mu wszystko co miałam: kochające serce, cnotę, całą moją niewinność, a on to wszystko podeptał... Wtedy nie wiedziałam, dlaczego to zrobił.
- Wrócił do ciebie, prawda? - domyśliła się Marcjanna.
- Tak. Przyszedł i powiedział, że nie potrafi beze mnie żyć. Wyznał miłość, przekonywał, że muszę jeszcze trochę poczekać, ale że niedługo uciekniemy razem gdzieś daleko, gdzie nie będzie jego żony, dzieci i ludzi, którzy patrzą na nas nieprzychylnym wzrokiem.
Nad ich głowami przeleciał ogromny ptak. Dziewczęta odruchowo spojrzały w górę.
- Uwierzyłaś?
- A dlaczego miałabym nie uwierzyć? - żachnęła się Rozalia. - Ustym wbrew temu, co sobie myślisz, jest uczciwym człowiekiem. To prosty mężczyzna, nie kłamie, nie udaje. U niego co w sercu, to na języku. Gdybyś go poznała, od razu byś zrozumiała, za co go pokochałam.
- Ja nic nie mówię, tylko...
- Tylko próbujesz go ocenić. - Rozalia uśmiechnęła się smutno. - Ja wiem, jak to wygląda... Dużo starszy mężczyzna postanowił uwieść młodą niedoświadczoną dziewczynę, ale, Marcysiu, ja nie jestem głupia. Potrafię o siebie zadbać!
"Jak widać, nie do końca, skoro teraz siedzisz i wypłakujesz sobie oczy", pomyślała Marcjanna, po czym zapytała:
- Więc co się stało? Dlaczego Jaryna przyszła do ciebie do domu? Tylko mi nie mów, że nie wiesz, bo przecież już wcześniej nie chciałaś wyjść z sypialni, a kiedy się pojawiłaś przy stole, byłaś cała zapłakana.
- Znowu go zaszantażowała - oznajmiła Rozalia. - Skoro nie udało jej się z chorym dzieckiem, postanowiła, że uderzy w inną czułą stronę Ustyma, czyli we mnie...
- Zrobiła ci krzywdę? - zaniepokoiła się Marcjanna.
- Nie, ale zagroziła Ustymowi, że jeśli to się nie skończy, pójdzie do moich rodziców i o wszystkim im opowie, a potem cała wieś się dowie, że młoda Kowtoniuczka uwodzi żonatych. Ustym nie chciał, żeby ludzie myśleli, że jestem puszczalska... Chociaż ja nie wierzę, żeby Hirska rozpowiedziała w wiosce o moim romansie z jej mężem. Nie jest głupia, wie, że i ona by się wstydu najadła... - Rozalia pociągnęła nosem. - Ustym przyszedł do mnie kilka dni przed tym, jak pojawiła się u nas Jaryna, i powiedział, że mnie nie kocha i nigdy nie kochał. Że mnie wykorzystał, że miał ochotę na młodą dziewczynę, a ja wydałam mu się głupia, naiwna, łatwo dostępna...
Marcjanna zakryła usta dłonią.
- Jak on mógł! Co za drań!
- Zrobił to, bo wiedział, że tylko tak pogodzę się z naszym rozstaniem. Że jeśli powie mi prawdę, nie odpuszczę, nie zrezygnuję z niego tak łatwo. Ale nie przewidział, że nie uwierzę w ani jedno jego słowo! Ustym nie jest człowiekiem, który mógłby kogokolwiek skrzywdzić - oświadczyła Rozalia z pełnym przekonaniem, a widząc minę siostry ciotecznej, szybko dodała: - Ja wiem, wiem, co teraz sobie myślisz... Przecież zdradził żonę, złamał przysięgę małżeńską... Ale on jej nie kochał. Nigdy! To co innego. Wiem, że nie zraniłby nikogo świadomie. Ustym, jakiego znałam, nigdy nie wygadywał takich rzeczy. Nie uwierzyłam w to, co mówi... Tak długo prosiłam go, żeby powiedział prawdę, aż się ugiął i w końcu wyznał mi, że żona go do tego zmusiła.
- Dlaczego więc Jaryna przyszła do was do domu? Przecież Ustym zrobił, co chciała! - Marcjanna nie rozumiała, ale kiedy Rozalia spuściła ze wstydem wzrok, od razu ją przejrzała.
- Nie oceniaj mnie... - bąknęła Rozalia.
- Byłaś z nim wczoraj, tak? On przyszedł ci powiedzieć, że to koniec, a potem ty i on...
- Tak, kochaliśmy się. - Rozalia spojrzała jej w oczy. - To chciałaś powiedzieć, prawda?
- Rozalio, to nierozsądne. On ma żonę i dzieci, ty jesteś młoda, możesz zniszczyć sobie życie! Jaki mężczyzna cię zechce, jeśli wieść o romansie się rozniesie albo, co gorsza, zajdziesz w ciążę? - Marcjanna próbowała podejść do sprawy racjonalnie.
- Ja nie chcę nikogo, tylko Ustyma! To jemu oddałam serce i już nigdy nie pokocham innego. Nigdy, słyszysz?!
"Jeśli miłość robi z ludzi głupców, nigdy nie chcę się zakochać", pomyślała Marcjanna. Rozalia powinna jak najszybciej zakończyć romans z Hirskim, a tymczasem lgnęła do niego jak ćma do światła. Nie słuchała logicznych argumentów, uważała, że cały świat sprzysiągł się przeciwko niej. A przecież kiedyś była mądrą, rozsądną dziewczyną!
- Co planujesz? Teraz, kiedy twoi rodzice już o wszystkim wiedzą...
- Nie mam pojęcia, co robić. - Rozalia podciągnęła kolana pod brodę i przeczesała palcami włosy. - Ojciec zabronił mi się z nim spotykać, a matka pilnuje, żebym do niego nie pobiegła. Dzisiaj odprowadziła mnie prawie do samego gospodarstwa dziadków, żeby mieć pewność, że idę się spotkać z tobą, a nie z Ustymem. Nie wiem, co się z nim dzieje! Jaryna jest furiatką, martwię się o to, co jeszcze może zrobić, ale... - jęknęła. - Marcysiu, ja nie chcę z niego rezygnować, rozumiesz?
Nie, Marcjanna nie rozumiała i słuchając kuzynki, coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że chyba jednak nie chce zrozumieć.