p

Saga nadmorska. Obcy powiew wiatru - Magdalena Majcher

-
Proszę czekać

Pro­log

ar­cjan­na Ziel­czyń­ska za­mknę­ła oko­lo­ne siat­ką drob­nych zmarsz­czek oczy. Mło­dość umknę­ła jej nie­po­strze­że­nie, po­dob­nie jak ca­łe­mu jej po­ko­le­niu. Ze zdzi­wie­niem od­no­to­wa­ła obec­ność pierw­szych bruzd na twa­rzy. Wczo­raj była mło­dą, uf­nie pa­trzą­cą w przy­szłość dziew­czy­ną, a dziś jest zgorzk­nia­łą ko­bie­tą, któ­rej po­trze­by ze­szły na dal­szy plan wo­bec ko­niecz­no­ści wy­kar­mie­nia dziec­ka. Sa­mot­nym mat­kom ni­g­dy nie było ła­two, a ona mia­ła wra­że­nie, że w cza­sach, któ­re na­de­szły po woj­nie, bę­dzie jesz­cze go­rzej.

Wcią­gnę­ła do płuc obce po­wie­trze. Nie po­tra­fi­ła przy­zwy­cza­ić się do po­ry­wi­stych wia­trów i cią­gną­ce­go od mo­rza chło­du.

Moc­niej za­ci­snę­ła po­wie­ki.

Dom.

Pierw­sze sko­ja­rze­nie: ten na­le­żą­cy do jej dziad­ków, do któ­re­go dro­ga pro­wa­dzi­ła przez łąki i łany doj­rze­wa­ją­ce­go zbo­ża. Wy­star­czy­ło, że tro­chę po­pa­da­ło, a drew­nia­ne koła fur­man­ki dziad­ka grzę­zły w bło­cie. Dom sto­ją­cy w Woli Ostro­wiec­kiej, ser­ce no­wo­cze­sne­go go­spo­dar­stwa, ze stud­nią na środ­ku, z ży­wo­pło­tem wo­kół obej­ścia i z ogród­ka­mi wa­rzyw­nym i kwia­to­wym, w któ­rych kró­lo­wa­ła bab­cia. Po­rząd­ny, z czer­wo­nej ce­gły, nie drew­nia­ny. Jako je­den z nie­licz­nych we wsi był kry­ty bla­chą, a nie strze­chą. Dzia­dek po­tra­fił za­dbać o swo­ją ro­dzi­nę. Do­brze im się z bab­cią po­wo­dzi­ło. Mie­li duże go­spo­dar­stwo, dwa­dzie­ścia pięć mórg. Ale nie za­dzie­ra­li nosa. Po­ma­ga­li są­sia­dom w po­trze­bie, a cza­sem na­wet da­wa­li za­ro­bić parę gro­szy w cza­sie żniw. Obok domu była pa­sie­ka - kró­le­stwo dziad­ka. Mar­cjan­na wciąż czu­ła smak ma­cza­nych w świe­żym mio­dzie bu­łek. I ten za­pach! Obłęd­ny. Le­śnych owo­ców, doj­rza­łych zbóż, ka­czeń­ców i ta­ta­ra­ku. Za­pach Wo­ły­nia.

Dru­gie sko­ja­rze­nie: dom, któ­ry stwo­rzy­li ro­dzi­ce. Szczę­śli­we dzie­ciń­stwo, tro­ska mamy i taty, pierw­sze przy­jaź­nie. Dom w Lu­bom­lu. Wy­star­czy­ło za­mknąć oczy, a już tam była. Spa­ce­ro­wa­ła przy za­bu­do­wa­niach ze­spo­łu pa­ła­co­we­go Bra­nic­kich, w dro­dze do ko­ścio­ła mi­ja­ła cer­kiew i z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach po­zdra­wia­ła ko­le­żan­ki, któ­re zni­ka­ły we wnę­trzu oka­za­łe­go bu­dyn­ku. Znów mi­ja­ła Ży­dów cza­tu­ją­cych na wło­ścian w dni tar­go­we, bie­gła na przed­sta­wie­nie cyr­ku, któ­re­go przy­jazd za­wsze był wiel­kim wy­da­rze­niem, prze­cho­dzi­ła tuż obok ko­szar, ukry­wa­jąc ru­mień­ce, któ­re po­ja­wia­ły się na jej twa­rzy za­wsze, gdy jej wzrok skrzy­żo­wał się ze wzro­kiem przy­stoj­ne­go uła­na.

Była szczę­śli­wa, za­rów­no u dziad­ków, jak i w ro­dzin­nym domu. Tam za­wsze czu­ła się u sie­bie. Swo­bod­nie. Ni­g­dy nie przy­szło­by jej na myśl, że pew­ne­go dnia ktoś za­pu­ka do ich drzwi i po­wie: Tu już nie jest Pol­ska, nie je­ste­ście u sie­bie. Jak to: nie je­ste­ście u sie­bie? Gdzie za­tem jest to "u sie­bie"? Gdzie jest jej dom? Bo prze­cież nie tu, nie w tym miej­scu, gdzie po­wie­trze pach­nie tak obco, a za­miast zna­jo­me­go cy­ka­nia ko­ni­ków po­lnych sły­chać szum mo­rza. Mia­ła wra­że­nie, że jest wszę­dzie. Ota­czał ją. Wni­kał w nią głę­bo­ko. Wciąż nie po­tra­fi­ła się do nie­go przy­zwy­cza­ić. Czy kie­dy­kol­wiek to na­stą­pi? Czy po­czu­je się tu u sie­bie?

Im dłu­żej się nad tym za­sta­na­wia­ła, tym bar­dziej utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że nie war­to się przy­zwy­cza­jać. Bo sko­ro te zie­mie, na któ­rych zna­leź­li schro­nie­nie - prze­cież nie dom - sko­ro te zie­mie są te­raz po­nie­miec­kie, to kie­dyś mogą stać się też po­pol­skie. Bar­dzo się tego bała. Że pew­ne­go dnia ktoś znów za­pu­ka do jej drzwi i po­wie: Tu już nie jest Pol­ska, nie je­ste­ście u sie­bie.

Z tę­sk­no­tą zer­ka­ła na wschód. Ach, gdy­by tyl­ko mo­gła wró­cić...

Otwo­rzy­ła oczy. Nie była już na Kre­sach. Sta­ła nad sa­mym brze­giem mo­rza, gdzie w po­je­dyn­kę przy­szło jej stwo­rzyć dom dla cór­ki, któ­rej nie po­tra­fi­ła po­ko­chać tak, jak mat­ka ko­chać po­win­na.

Roz­dział 1

ar­cjan­na sta­nę­ła przed lu­strem i wy­gła­dzi­ła kre­to­no­wą su­kien­kę. Naj­lep­szą, jaką mia­ła. Mama ku­pi­ła ma­te­riał od Chaj­ki, sta­rej Ży­dów­ki, któ­ra od lat pro­wa­dzi­ła swój sklep w są­siedz­twie bu­dyn­ku, gdzie mie­ścił się urząd gmi­ny, pocz­ta i ko­mi­sa­riat po­li­cji. Ja­ni­na czę­sto po­wta­rza­ła, że woli ro­bić za­ku­py u Ży­dów niż u Po­la­ków. Po­la­cy w ogó­le nie po­tra­fi­li za­dbać o klien­ta.

- Nie mam, bie­rze to, co jest, albo w ogó­le - mó­wi­li, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

Ży­dzi nie wy­pusz­cza­li ku­pu­ją­ce­go ze skle­pu, do­pó­ki nie był w peł­ni za­do­wo­lo­ny. Chaj­ka za­wsze dwo­iła się i tro­iła, żeby usa­tys­fak­cjo­no­wać klien­tów. Po­trzeb­ne ma­te­ria­ły po­tra­fi­ła wy­cią­gnąć spod zie­mi.

Mar­cjan­na uśmiech­nę­ła się do swo­je­go od­bi­cia. Uszczyp­nę­ła się de­li­kat­nie w po­licz­ki, aby na­brać ru­mień­ców. Tata nie lu­bił, kie­dy się ma­lo­wa­ła. Za­wsze po­wta­rzał, że tego, co pięk­ne, w ża­den spo­sób nie trze­ba po­pra­wiać, ale ona mia­ła swo­je spo­so­by, żeby nie­po­strze­że­nie pod­kre­ślić to pięk­no. Pod­kre­ślić, nie po­pra­wić. Wła­dy­sław nie miał ra­cji, ale co on, męż­czy­zna, mógł o tym wie­dzieć.

W ży­ciu Mar­cjan­ny za­koń­czył się waż­ny etap. Zda­ła po­myśl­nie wszyst­kie eg­za­mi­ny i otrzy­ma­ła świa­dec­two doj­rza­ło­ści. Z tej oka­zji tata po­sta­no­wił zor­ga­ni­zo­wać wy­staw­ną ko­la­cję, na któ­rą za­pro­sił ro­dzi­nę i przy­ja­ciół, a na na­stęp­ny dzień umó­wił wi­zy­tę w za­kła­dzie fo­to­gra­ficz­nym swo­je­go do­bre­go zna­jo­me­go Sta­ni­sła­wa. Zresz­tą z tego, co Mar­cjan­na wie­dzia­ła, pan Miau­czyń­ski miał być dzi­siej­sze­go wie­czo­ru obec­ny przy sto­le. "Tat­ko pew­nie znów wy­pi­je o je­den kie­li­szek bim­bru za dużo, a mama bę­dzie się na nie­go gnie­wać", po­my­śla­ła i za­chi­cho­ta­ła.

Wciąż nie wie­dzia­ła, co chce ro­bić w ży­ciu. Gdzieś w od­da­li ma­ja­czy­ło ma­rze­nie o stu­diach, ale jesz­cze żad­na z ko­biet w jej ro­dzi­nie nie zdo­by­ła wyż­sze­go wy­kształ­ce­nia, a Mar­cjan­na nie była ty­pem pio­nier­ki. Bała się tego, co nie­zna­ne. Na myśl o wiel­kim świe­cie czu­ła nie eks­cy­ta­cję, a lęk. Wil­no, Lwów, Kra­ków... Lu­bi­ła czy­tać o tych mia­stach w swo­ich książ­kach, ale mia­ła wra­że­nie, że nie po­tra­fi­ła­by się tam od­na­leźć. Tu­taj, w Lu­bom­lu, zna­ła każ­dy kąt. Z jed­nej stro­ny chcia­ła­by tu zo­stać, ale z dru­giej pra­gnę­ła od ży­cia cze­goś wię­cej niż tyl­ko do­brze wyjść za mąż.

Za mąż... Ko­lej­ny draż­li­wy te­mat. Wpraw­dzie jej sy­tu­acja wy­glą­da­ła o wie­le le­piej niż na wsi, gdzie Ro­za­lia, nie­co star­sza od niej ku­zyn­ka, wciąż wy­słu­chi­wa­ła uty­ski­wań dziad­ków i ro­dzi­ców, że jest sta­rą pan­ną, ale i tu­taj już od­czu­ła pierw­sze na­ci­ski ze stro­ny mamy.

- Naj­waż­niej­sze, że­byś tra­fi­ła na od­po­wied­nie­go męż­czy­znę. Wi­dzisz, ja mia­łam szczę­ście, że po­zna­łam two­je­go ojca. Do­brze by było, gdy­by i to­bie się tak po­wio­dło...

Kie­dy tyl­ko mama za­czy­na­ła swo­je alu­zje, tata cmo­kał z nie­za­do­wo­le­niem. Mar­cjan­na uwa­ża­ła, że ro­dzi­ce po­dzie­li­li się dzieć­mi po rów­no. Ona była uko­cha­ną có­recz­ką ta­tu­sia, a jej dzie­wię­cio­let­ni brat An­to­ni skradł ser­ce mat­ce. Mia­ła wra­że­nie, że oj­ciec nie chce, żeby wy­szła za mąż. To Ja­ni­na zwy­kle po­dej­mo­wa­ła ten te­mat.

- Ja w two­im wie­ku by­łam już w cią­ży!

- Mamo, wte­dy były inne cza­sy - przy­po­mi­na­ła jej Mar­cjan­na.

- Inne cza­sy, inne cza­sy... Masz szczę­ście, że miesz­kasz w mie­ście, a nie na wsi. Tam wszyst­kie dziew­czy­ny idą za mąż mło­do, w wie­ku pięt­na­stu, szes­na­stu lat. Nie­za­męż­na dwu­dzie­sto­lat­ka to sta­ra pan­na! - po­wta­rza­ła mama, cho­ciaż prze­cież Mar­cjan­na była tego świa­do­ma, bo każ­de wa­ka­cje spę­dza­ła u dziad­ków w Woli Ostro­wiec­kiej, gdzie miesz­ka­ła też Ro­za­lia.

Czę­sto się za­sta­na­wia­ła, czy mama za­wsze taka była, czy zmie­nił ją ślub z tatą i wy­jazd do mia­sta. Prze­cież sama po­cho­dzi­ła ze wsi, a te­raz za­dzie­ra­ła nosa. Utrzy­my­wa­ła sta­ły, choć chłod­ny kon­takt z ro­dzi­ca­mi i sio­strą Teo­do­rą, któ­ra zo­sta­ła w Woli Ostro­wiec­kiej i mło­do wy­szła za mąż za miesz­ka­ją­ce­go w są­siedz­twie Ni­ki­fo­ra. Mar­cjan­na była cie­ka­wa, z cze­go to wy­ni­ka, ale ni­g­dy nie śmia­ła­by jej za­py­tać o to wprost. Nie czu­ła, że może z nią po­roz­ma­wiać o wszyst­kim. Za­dzi­wia­ją­ce, ale to tata uświa­do­mił ją, że wca­le nie umie­ra, kie­dy w wie­ku trzy­na­stu lat na wi­dok pierw­szej krwi na bie­liź­nie za­nio­sła się gło­śnym pła­czem. Ja­ni­na tyl­ko za­ci­snę­ła usta i rzu­ci­ła su­cho: "Nie becz, to nor­mal­ne". To Wła­dy­sław przy­szedł do sy­pial­ni Mar­cjan­ny i czer­wo­ny ze wsty­du wy­ja­śnił jej, że wła­śnie sta­ła się ko­bie­tą.

Jej roz­my­śla­nia prze­rwa­ło ci­che pu­ka­nie do drzwi. Szyb­ko spoj­rza­ła w lu­stro, jesz­cze raz wy­gła­dzi­ła ma­te­riał na wy­so­ko­ści ta­lii i od­wró­ci­ła się w stro­nę wej­ścia.

- Pro­szę!

Drzwi po­wo­li się otwo­rzy­ły. W pro­gu stał za­do­wo­lo­ny, choć po­ru­szo­ny Wła­dy­sław.

- Wejdź, tat­ku - za­chę­ci­ła go Mar­cjan­na.

Oj­ciec sta­wiał kro­ki po­wo­li, przez cały czas bacz­nie ob­ser­wu­jąc cór­kę. Wy­glą­da­ła prze­pięk­nie. Był prze­ko­na­ny, że dziew­czy­na po­cią­gnę­ła usta ja­sną szmin­ką, ale tego dnia uznał, że nie bę­dzie się na nią z tego po­wo­du zło­ścił. Kie­dy ma świę­to­wać, jak nie dziś, gdy otrzy­ma­ła świa­dec­two doj­rza­ło­ści? W po­wie­trzu uno­si­ła się le­d­wo wy­czu­wal­na woń per­fum, ale i to zi­gno­ro­wał.

- Je­steś go­to­wa? - za­py­tał. - Go­ście za­raz za­czną się scho­dzić.

- Tak. Pój­dę po­móc ma­mie w kuch­ni.

- Zo­staw. - Wła­dy­sław zła­pał cór­kę za rękę. - Dzi­siaj jest two­je świę­to, nie bę­dziesz stać przy ga­rach. Mama zresz­tą już wszyst­ko przy­go­to­wa­ła.

Mar­cjan­na po­wo­li ski­nę­ła gło­wą. Za­pa­dła ci­sza. Oj­ciec stał w tym sa­mym miej­scu i wpa­try­wał się w nią z za­in­te­re­so­wa­niem. O co cho­dzi­ło? Czyż­by do­strzegł ru­mień­ce na twa­rzy cór­ki lub ślad szmin­ki, któ­rą po­ma­lo­wa­ła usta?

- Tat­ku?

Wła­dy­sław uśmiech­nął się smut­no. Od­kąd zo­stał oj­cem, z tru­dem ak­cep­to­wał upływ cza­su. Nie chciał, żeby jego Mar­cy­sia tak szyb­ko wy­fru­nę­ła z domu. Od­dał­by wszyst­ko, aby jesz­cze raz prze­żyć jej dzie­ciń­stwo, a tym­cza­sem sta­ła przed nim do­ro­sła ko­bie­ta, go­to­wa, by opu­ścić ro­dzin­ne gniaz­do. Na ra­zie tyl­ko na okres let­ni, któ­ry, jak zwy­kle, mia­ła spę­dzić u dziad­ków na wsi, ale kto wie, co po­sta­no­wi? A je­śli, nie daj Boże, się za­ko­cha, wyj­dzie za mąż i uro­dzi dzie­ci, a Wła­dy­sław prze­sta­nie być naj­waż­niej­szym męż­czy­zną w jej ży­ciu?

Mar­cjan­na była po­dob­na do Ja­ni­ny, przy­naj­mniej z wy­glą­du, ale cha­rak­ter z pew­no­ścią odzie­dzi­czy­ła po nim. Dłu­gie ja­sne wło­sy za­plo­tła tego dnia w cia­sny war­kocz, a wą­ską ta­lię pod­kre­śli­ła do­pa­so­wa­ną su­kien­ką. Kie­dy się śmia­ła, ro­bi­ła to całą sobą. Jej brą­zo­we oczy były ni­czym iskier­ki, któ­re swo­im bla­skiem przy­cią­ga­ły męż­czyzn. Wła­dy­sław był tego świa­do­my. Jego cór­ka po­do­ba­ła się i dżen­tel­me­nom, i chło­pom. Mógł tyl­ko mieć na­dzie­ję, że ża­den nie zro­bi jej krzyw­dy.

- Coś nie tak? - wy­chry­pia­ła Mar­cjan­na. Tata za­cho­wy­wał się dziw­nie. Nic nie mó­wił, tyl­ko stał i na nią pa­trzył.

- Wszyst­ko w jak naj­lep­szym po­rząd­ku - zre­flek­to­wał się Wła­dy­sław. - Po pro­stu wciąż nie mie­ści mi się to w gło­wie, Mar­cy­siu...

Dziew­czy­na ro­ze­śmia­ła się szcze­rze.

- Le­piej chodź­my już do sa­lo­nu. Mó­wi­łeś, że za­raz zja­wią się go­ście.

Przed drzwia­mi Mar­cjan­na i Wła­dy­sław na­tknę­li się na An­to­nie­go. Pew­nie jak zwy­kle pod­słu­chi­wał, o czym roz­ma­wia­ją oj­ciec i sio­stra. Chło­piec wy­ka­zy­wał nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie spra­wa­mi in­nych. Mar­cjan­na uwa­ża­ła, że po­wi­nien po­świę­cać wię­cej uwa­gi na­uce, do któ­rej wca­le się nie przy­kła­dał, a mniej śle­dze­niu in­nych, ale za­cho­wa­ła tę uwa­gę dla sie­bie. To nie ona mia­ła go wy­cho­wy­wać. Uśmiech­nę­ła się więc tyl­ko i zmierz­wi­ła bra­tu czu­pry­nę. Wła­dy­sław nie był jed­nak aż tak wy­ro­zu­mia­ły.

- Zno­wu pod­słu­chi­wa­łeś? - zde­ner­wo­wał się. - Tyle razy mó­wi­łem ci, że to nie­ład­nie!

- To co mam ro­bić? - żach­nął się chło­piec. - Mama wy­go­ni­ła mnie z kuch­ni, bo po­dob­no tyl­ko tam prze­szka­dzam, a wy...

- Cii, nic się nie dzie­je - we­szła mu w sło­wo Mar­cjan­na. - Chodź, za­raz przyj­dą go­ście.

Całą trój­ką we­szli do sa­lo­nu, gdzie Ja­ni­na ukła­da­ła już pół­mi­ski i ta­le­rze, mam­ro­cząc coś do sie­bie pod no­sem. Na­wet nie pod­nio­sła wzro­ku, kie­dy sta­nę­li obok sto­łu. Ski­nę­ła tyl­ko ręką na Mar­cjan­nę i po­pro­si­ła, aby po­szła do kuch­ni spraw­dzić, czy barszcz jest go­to­wy.

Kwa­drans póź­niej w domu Ziel­czyń­skich po­ja­wi­li się pierw­si go­ście: Pau­li­na, przy­ja­ciół­ka Mar­cjan­ny, wraz z ro­dzi­ca­mi, któ­rzy utrzy­my­wa­li bli­skie kon­tak­ty z Ja­ni­ną i Wła­dy­sła­wem. Pau­li­na wy­glą­da­ła bar­dzo ele­ganc­ko w su­kien­ce po­dob­nej do tej, któ­rą mia­ła na so­bie mło­da Ziel­czyń­ska, i w pan­to­fel­kach na fran­cu­skim ob­ca­sie. Czar­ne wło­sy spię­ła ozdob­ną spin­ką.

Mar­cjan­na po­czu­ła się pew­niej na wi­dok ko­le­żan­ki, któ­ra już cią­gnę­ła ją na plot­ki.

- Sły­sza­łaś, że Wal­dek Tu­szyń­ski po­pro­sił o rękę Anie­lę od Zient­kie­wi­czów?

- Żar­tu­jesz! Prze­cież od lat wo­dził wzro­kiem za Ołe­ną!

- Naj­wi­docz­niej ro­dzi­ce wy­bi­li mu ślub z Ukra­in­ką z gło­wy - pod­su­mo­wa­ła Pau­li­na.

Mar­cjan­na, któ­ra do ży­cia pod­cho­dzi­ła bar­dzo ide­ali­stycz­nie, uwa­ża­ła jed­nak, że musi ist­nieć inna przy­czy­na ta­kie­go sta­nu rze­czy. Może po pro­stu Anie­la bar­dziej mu się po­do­ba­ła? Jej sa­mej do­brze żyło się w są­siedz­twie Ukra­iń­ców. Nie było awan­tur, wza­jem­nych ani­mo­zji. Trak­to­wa­ła ko­le­gów i ko­le­żan­ki po­cho­dze­nia ukra­iń­skie­go tak samo jak Po­la­ków czy Ży­dów. Ty wie­rzysz w to, ja w to, je­ste­śmy inni, ale rów­ni so­bie. Po­la­cy i Ukra­iń­cy na­wią­zy­wa­li ze sobą re­la­cje, zda­rza­ły się mał­żeń­stwa mie­sza­ne, na­wet w jej ro­dzi­nie. Sio­stra mamy, ciot­ka Teo­do­ra, mia­ła męża Ukra­iń­ca. Uro­dzi­ło im się tro­je dzie­ci. Trzy cór­ki: Ro­za­lia oraz bliź­niacz­ki He­len­ka i Zo­sia, ochrzczo­ne w ko­ście­le, bo dziew­czyn­ki chrzci­ło się w ka­to­lic­kich świą­ty­niach, a chłop­ców w cer­kwi. Tak było od za­wsze. Nie wie­rzy­ła za­tem, żeby po­cho­dze­nie Ołe­ny mo­gło być pro­ble­mem.

- Nie wy­da­je mi się. Pew­nie po pro­stu się o coś po­kłó­ci­li - oświad­czy­ła z peł­nym prze­ko­na­niem.

- Oj, Mar­cyś, aleś ty na­iw­na. Prze­cież wi­dać, że nasi ro­dzi­ce trak­tu­ją Ukra­iń­ców go­rzej niż Po­la­ków - wy­szep­ta­ła Pau­li­na, igno­ru­jąc ojca, któ­ry wo­łał ją do sto­łu.

- Moi ro­dzi­ce są uczci­wi - obu­rzy­ła się Mar­cjan­na.

- Po­wie­dzia­łam "nasi ro­dzi­ce", bo mia­łam na myśl ogół, no wiesz, star­sze po­ko­le­nie...

- Prze­stań!

Dziew­czę­ta po­de­szły do sto­łu, przy któ­rym za­sie­dli już go­ście. Oprócz Pau­li­ny i jej ro­dzi­ców po­ja­wi­li się pań­stwo Miau­czyń­scy ze swo­im dzie­się­cio­let­nim sy­nem, co ucie­szy­ło Ant­ka, bab­cia Al­fre­da i Ste­fan, brat taty, któ­ry przy­był tyl­ko ze star­szą cór­ką, nie­lu­bia­ną przez Mar­cjan­nę Kry­sty­ną.

- A gdzie ciot­ka Ka­ta­rzy­na? - Dziew­czy­nę zdzi­wi­ła nie­obec­ność żony wuja Ste­fa­na.

- Ja­nek się czymś za­truł, Ste­fa­nia też się źle czu­je, więc uzna­li­śmy, że le­piej bę­dzie, jak zo­sta­ną w domu. Ka­ta­rzy­na nie mo­gła przyjść, za co pro­si­ła cię bar­dzo moc­no prze­pro­sić.

Mar­cjan­na tyl­ko ski­nę­ła gło­wą. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła­by, żeby to Kry­sia za­cho­ro­wa­ła, a jej ro­dzeń­stwo po­ja­wi­ło się na uro­czy­sto­ści. Ni­g­dy pa­ła­ła do ku­zyn­ki szcze­gól­ną sym­pa­tią. Kry­sty­na mia­ła nie­zno­śny zwy­czaj wtrą­ca­nia się w nie swo­je spra­wy i rzu­ca­nia zło­śli­wych uwag.

- A twoi ro­dzi­ce? - Ste­fan zwró­cił się do Ja­ni­ny, któ­ra wła­śnie sta­wia­ła przed go­ść­mi kie­lisz­ki. Za­wa­ha­ła się przy na­kry­ciu Mar­cjan­ny, ale osta­tecz­nie na­wet cór­ka i jej przy­ja­ciół­ka do­sta­ły tego wie­czo­ru przy­zwo­le­nie na pi­cie al­ko­ho­lu.

- Mar­cy­sia wy­jeż­dża do nich ju­tro - wy­ja­śni­ła Ja­ni­na. - Mama ma pro­ble­my z nogą i po­dróż mo­gła­by jej za­szko­dzić, a tata nie chciał zo­sta­wiać jej sa­mej na noc w go­spo­dar­stwie. Przy­je­dzie z sa­me­go rana, bo ma coś do za­ła­twie­nia w mie­ście, i za­bie­rze ze sobą Mar­cy­się.

- A An­tek? - nie od­pusz­cza­ła Kry­sty­na.

Mar­cjan­na prze­wró­ci­ła ocza­mi. Co ją to wła­ści­wie in­te­re­su­je?

- A An­tek zo­sta­je w domu - skwi­to­wa­ła Ja­ni­na. - Nie chciał je­chać, to co go będę zmu­szać? W ni­czym mi nie prze­szka­dza, a tak to przy­naj­mniej będę mieć to­wa­rzy­stwo, kie­dy Wła­dek bę­dzie zni­kał na całe dnie w pra­cow­ni...

Wła­dy­sław uniósł kie­li­szek na­peł­nio­ny bursz­ty­no­wym pły­nem i gło­śno od­chrząk­nął. Przy sto­le za­pa­dła ci­sza.

- Chciał­bym wznieść to­ast za moją cór­kę. - Spoj­rzał na Mar­cjan­nę z czu­ło­ścią. - Za moją cór­kę oraz jej przy­ja­ciół­kę Pau­li­nę. Obie dziew­czy­ny zda­ły eg­za­mi­ny i otrzy­ma­ły świa­dec­twa. Zdro­wie na­szych ma­tu­rzy­stek!

- Zdro­wie!

Mar­cjan­na upi­ła łyk na­po­ju, któ­ry do­tych­czas był za­re­zer­wo­wa­ny dla do­ro­słych. Naj­wy­raź­niej mat­ka uzna­ła, że do­łą­czy­ła do tego gro­na, zdo­by­wa­jąc świa­dec­two doj­rza­ło­ści, bo jej kie­li­szek był wy­peł­nio­ny po brze­gi. Nie spo­dzie­wa­ła się, że płyn bę­dzie tak moc­ny i pa­lą­cy w gar­dło. Za­kasz­la­ła, ale kie­dy al­ko­hol spły­nął już do żo­łąd­ka, po­czu­ła przy­jem­ne cie­pło i szyb­ko po­cią­gnę­ła ko­lej­ny łyk.

Pod­czas je­dze­nia bie­siad­ni­cy nie­wie­le się od­zy­wa­li. Co ja­kiś czas ktoś tyl­ko rzu­cał po­chwa­ły pod ad­re­sem kuch­ni Ja­ni­ny. Kie­dy po ko­la­cji pani domu po­sprzą­ta­ła ze sto­łu, a kie­lisz­ki po­now­nie wy­peł­ni­ły się pły­nem, tym ra­zem ciem­no­czer­wo­nym, to­wa­rzy­stwo wi­docz­nie się roz­luź­ni­ło.

- Mar­cy­siu, ja­kie masz pla­ny na przy­szłość? - za­py­tał wuj Ste­fan, wpro­wa­dza­jąc Mar­cjan­nę w kon­ster­na­cję.

Bo co niby mia­ła po­wie­dzieć? Że wciąż nie wie, co po­win­na zro­bić ze swo­im ży­ciem? Pójść na stu­dia, do pra­cy, a może wyjść za mąż? Zo­stać w Lu­bom­lu czy wy­je­chać na wieś, gdzie prze­cież cze­ka­ło ogrom­ne go­spo­dar­stwo? Ser­ce mia­ła roz­dar­te na pół. Jed­na po­ło­wa zo­sta­ła w mie­ście, w któ­rym do­ra­sta­ła, a dru­ga w Woli Ostro­wiec­kiej, gdzie spę­dzi­ła naj­bar­dziej bez­tro­ski czas. Ale czyż to nie de­gra­da­cja? Z mia­sta na wieś, gdzie lu­dzie nie po­tra­fi­li czy­tać i pi­sać?

- Ma jesz­cze czas na de­cy­zję. - Wła­dy­sław wy­czuł wa­ha­nie cór­ki i po­spie­szył jej z po­mo­cą.

- A masz już ja­kie­goś absz­ty­fi­kan­ta? Ktoś jest za­in­te­re­so­wa­ny two­ją ręką? - Kry­sty­na po­sła­ła ku­zyn­ce roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie.

- Kry­siu! - zru­gał ją Ste­fan. - Nie­ład­nie tak lu­dzi wy­py­ty­wać o pry­wat­ne spra­wy.

- Prze­cież to ro­dzi­na! Naj­bliż­sza!

Mar­cjan­na zła­pa­ła kie­li­szek i na­pi­ła się łap­czy­wie. Uzna­ła, że je­śli bę­dzie za­ję­ta pi­ciem, wuj i sio­stra stry­jecz­na da­dzą jej świę­ty spo­kój.

Z ra­tun­kiem, zu­peł­nie nie­świa­do­mie, przy­szedł An­tek, któ­ry nie lu­bił, kie­dy uwa­ga zbyt dłu­go sku­pia­ła się na sio­strze.

- Ty­dzień temu umarł mój na­uczy­ciel - wy­pa­lił dość nie­spo­dzie­wa­nie. - Wszy­scy go bar­dzo lu­bi­li­śmy i jest nam te­raz przy­kro. Kto bę­dzie uczył na­szą kla­sę w przy­szłym roku?

- An­to­siu, kie­row­nik szko­ły na pew­no roz­wią­że ten pro­blem, nie mu­sisz się te­raz za­mar­twiać - wtrą­ci­ła Ja­ni­na.

- A tak, rze­czy­wi­ście, zda­je się, że na­wet wi­dzia­łem, jak kon­dukt ża­łob­ny prze­cho­dził uli­ca­mi - po­wie­dział Sta­ni­sław Miau­czyń­ski. Jego za­kład fo­to­gra­ficz­ny mie­ścił się przy alei Ja­giel­loń­skiej, któ­ra pro­wa­dzi­ła na cmen­tarz.

- Trum­nę nie­śli ucznio­wie - kon­ty­nu­ował An­tek. - Wszy­scy go bar­dzo lu­bi­li­śmy, dla­te­go star­si chłop­cy, a na­wet męż­czyź­ni, któ­rzy skoń­czy­li szko­łę, zgło­si­li się od razu na ochot­ni­ków.

Mar­cjan­na zi­gno­ro­wa­ła szum w gło­wie i do­la­ła so­bie al­ko­ho­lu. Ja­ni­na po­sła­ła jej obu­rzo­ne spoj­rze­nie, ale dziew­czy­na je zi­gno­ro­wa­ła. Nie zna­ła wcze­śniej tego sta­nu, ale już wie­dzia­ła, że jest bar­dzo przy­jem­ny. Da­wał nowe przy­dat­ne umie­jęt­no­ści, ta­kie jak choć­by lek­ce­wa­że­nie nie­za­do­wo­le­nia mat­ki.

- A jak ci idzie w szko­le, mło­dy czło­wie­ku? - zwró­cił się do Ant­ka oj­ciec Pau­li­ny.

Chło­piec wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Chy­ba nie­źle... Naj­le­piej z pol­skie­go, tro­chę go­rzej z ra­chun­ków, ale mama mówi, że naj­wy­raź­niej je­stem hu­ma­ni­stą po niej i po sio­strze.

- Ucz się, ucz, bo ten kraj po­trze­bu­je po­tęż­nych umy­słów! - sko­men­to­wał Drze­wiec­ki, a Mar­cjan­na jęk­nę­ła w du­chu, bo wie­dzia­ła, co te­raz bę­dzie. Po­li­ty­ka.

- Wczo­raj by­łam świad­kiem strasz­nej sce­ny - wtrą­ci­ła szyb­ko, aby od­wró­cić uwa­gę go­ści od te­ma­tów po­li­tycz­nych. - Wi­dzia­łam, jak taki ele­ganc­ki pan, ko­ja­rzę go z wi­dze­nia, ale nie pa­mię­tam jego na­zwi­ska. Na pew­no jest woj­sko­wym... No, nie­waż­ne! W każ­dym ra­zie pod­szedł do dru­gie­go męż­czy­zny i ni stąd, ni zo­wąd ude­rzył go w twarz. No jak tak moż­na?!

- Pew­nie ten dru­gi so­bie za­słu­żył - pod­su­mo­wał Ste­fan.

- Albo był Ukra­iń­cem - do­dał Miau­czyń­ski.

Pau­li­na po­sła­ła przy­ja­ciół­ce roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć: A nie mó­wi­łam?

- A co to ma za zna­cze­nie? - obu­rzy­ła się Mar­cjan­na. - Nie moż­na tak po pro­stu bić lu­dzi na uli­cy!

Wszy­scy go­ście za­mil­kli. Mar­cjan­na kon­se­kwent­nie lek­ce­wa­ży­ła Ja­ni­nę, któ­ra już nie tyl­ko po­sy­ła­ła jej obu­rzo­ne spoj­rze­nia, ale też pry­cha­ła z nie­za­do­wo­le­niem. Na­wet Wła­dy­sław zda­wał się su­ge­ro­wać cór­ce chrząk­nię­ciem, że o pew­nych spra­wach nie po­win­no się dys­ku­to­wać przy sto­le.

- Kie­dyś zro­zu­miesz - skwi­to­wał Miau­czyń­ski.

- Ale co zro­zu­miem? Że moż­na po­dejść do dru­gie­go czło­wie­ka i ude­rzyć go w twarz? Mam na­dzie­ję, że jed­nak nie zro­zu­miem. Wolę po­zo­stać nie­świa­do­ma...

- Mar­cy­siu, dość. - Wła­dy­sław wy­cią­gnął w stro­nę cór­ki dłoń w uspo­ka­ja­ją­cym ge­ście. - Nie spo­tka­li­śmy się tu­taj chy­ba po to, żeby się po­kłó­cić.Poza tym nie zna­my sy­tu­acji, nie wie­my, kim byli ci męż­czyź­ni, co mię­dzy nimi za­szło...

- Ale pan Miau­czyń­ski zdą­żył wtrą­cić, że na pew­no był Ukra­iń­cem!

- Po­wie­dzia­łem: dość, praw­da? Pew­ne spra­wy... - Po­ru­szył nie­spo­koj­nie wą­sem. - Pew­ne spra­wy nie za­le­żą od nas i nie war­to się nimi zaj­mo­wać. W po­rząd­ku?

- A co jest nie tak z Ukra­iń­ca­mi? - za­py­tał z za­cie­ka­wie­niem An­tek. - Mam w kla­sie kil­ku i bar­dzo ich lu­bię. Mam się z nimi nie ko­le­go­wać?

- A skąd! Ko­le­guj się, z kim chcesz. Pan Miau­czyń­ski po pro­stu głu­pio za­żar­to­wał, praw­da, Sta­ni­sła­wie? - Wła­dy­sław wbił w przy­ja­cie­la świ­dru­ją­ce spoj­rze­nie.

- Oczy­wi­ście. - Miau­czyń­ski otarł rę­ka­wem spo­co­ne czo­ło. - Taki głu­pi, nie­win­ny dow­cip...

Nie­smak jed­nak po­zo­stał, a Mar­cjan­na, te­raz już na lek­kim rau­szu, wciąż ana­li­zo­wa­ła w gło­wie wcze­śniej­szą roz­mo­wę z Pau­li­ną. Czy Wal­dek mógł zre­zy­gno­wać z Ołe­ny tyl­ko dla­te­go, że jest Ukra­in­ką? Oczy­wi­ście Mar­cjan­na nie była śle­pa. Wie­dzia­ła, co się wo­kół niej dzie­je, ale nie za­sta­na­wia­ła się nad przy­czy­na­mi ta­kie­go sta­nu rze­czy. Ak­cep­to­wa­ła rze­czy­wi­stość taką, jaka jest. Zdą­ży­ła za­uwa­żyć, że wszyst­kie kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska zaj­mu­ją Po­la­cy, że Ukra­iń­cy wła­ści­wie nie mają szans, żeby do­stać pra­cę na ko­lei czy w ad­mi­ni­stra­cji, ale do­tych­czas my­śla­ła, że to dla­te­go, że nie mają od­po­wied­nich kwa­li­fi­ka­cji. Te­raz w jej ser­cu jed­nak zo­sta­ło za­sia­ne zia­ren­ko nie­pew­no­ści. Dla­cze­go ich nie mają? Czyż­by z tego sa­me­go po­wo­du, dla któ­re­go Wal­dek Tu­szyń­ski po­pro­sił o rękę Anie­lę Zient­kie­wicz?

To wszyst­ko było skom­pli­ko­wa­ne. Bo cho­ciaż żyli w Pol­sce, na Wo­ły­niu było mniej Po­la­ków niż Ukra­iń­ców. Ję­zy­kiem urzę­do­wym był pol­ski, a Mar­cjan­na sama kie­dyś była świad­kiem, jak w urzę­dzie od­mó­wio­no po­mo­cy star­szej ko­bie­cie ze wsi, któ­ra pró­bo­wa­ła po­ro­zu­mieć się z urzęd­ni­ka­mi po ukra­iń­sku. Tata po­tem wy­tłu­ma­czył Mar­cy­si, że star­si lu­dzie, któ­rzy żyli na tych te­re­nach jesz­cze za cara, nie mie­li moż­li­wo­ści na­uczyć się pol­skie­go. Mimo to urzęd­nicz­ka z sa­tys­fak­cją rzu­ci­ła sta­ro­win­ce, że tu­taj jest Pol­ska i tu­taj mówi się po pol­sku. Wte­dy Mar­cjan­na na­wet się nad tym nie za­sta­na­wia­ła, ale te­raz za­czę­ła łą­czyć fak­ty i sama nie wie­dzia­ła, jak się z tym czu­je.

Od­sta­wi­ła kie­li­szek na stół. Po przy­jem­nym rau­szu nie zo­stał na­wet ślad. Krę­ci­ło jej się w gło­wie, co wca­le jej się nie po­do­ba­ło. Po­trze­bo­wa­ła dłuż­szej chwi­li, aby zro­zu­mieć, o czym tak za­żar­cie dys­ku­tu­ją tata, wu­jek Ste­fan oraz pa­no­wie Drze­wiec­ki i Miau­czyń­ski. Ko­bie­ty tak­tow­nie mil­cza­ły lub szep­tem roz­ma­wia­ły o wła­snych spra­wach. Wie­dzia­ły, że nie po­win­ny mie­szać się do roz­mów o po­li­ty­ce, rów­nie do­brze jak Mar­cjan­na zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że do­sta­nie jej się od mat­ki za uwa­gi wy­gło­szo­ne przy sto­le, ale uzna­ła, że po­mar­twi się o to ju­tro. Zresz­tą na­stęp­ne­go dnia mia­ła prze­cież wy­je­chać do dziad­ków. Gdy wró­ci do domu z koń­cem sierp­nia, mama zdą­ży za­po­mnieć, o co tak w ogó­le się gnie­wa na cór­kę.

- Prze­cież do­pie­ro co była woj­na. Uwa­ża­cie, że po­li­ty­cy są na tyle głu­pi, żeby pchnąć nas w stro­nę na­stęp­ne­go kon­flik­tu? - Wuj Ste­fan nie był prze­ko­na­ny do wi­zji bra­ta i jego zna­jo­mych.

Męż­czyź­ni upie­ra­li się, że wy­buch woj­ny jest tyl­ko kwe­stią cza­su.

- Nikt się nie prze­ciw­sta­wił Hi­tle­ro­wi, kie­dy wy­cią­gał łapy po Au­strię i Cze­cho­sło­wa­cję. My­ślisz, że to go za­do­wo­li, że nie pój­dzie da­lej? Nie mam złu­dzeń, woj­na bę­dzie, py­ta­nie tyl­ko kie­dy - oznaj­mił ze smut­kiem Wła­dy­sław.

- A może do nas nie doj­dzie? - wy­ra­ził na­dzie­ję Ste­fan. - Nie ma się co mar­twić, Bry­tyj­czy­cy i Fran­cu­zi nam sprzy­ja­ją.

Miau­czyń­ski prych­nął z po­gar­dą.

- Cze­cho­sło­wa­cję sprze­da­li Hi­tle­ro­wi, a ty my­ślisz, że o nas się upo­mną? Na­wet nie za­pro­si­li Cze­chów i Sło­wa­ków na kon­fe­ren­cję, mimo że de­cy­do­wa­li o ich te­ry­to­rium!

Mar­cjan­nę od tych roz­mów tyl­ko roz­bo­la­ła gło­wa. Woj­na wy­da­wa­ła jej się czymś abs­trak­cyj­nym i da­le­kim. Od­su­wa­ła od sie­bie my­śli o ewen­tu­al­nym kon­flik­cie zbroj­nym, wie­rząc, że na­wet je­śli woj­na wy­buch­nie, na­stą­pi to w od­le­głym cza­sie.

- Po­dob­no spo­tka­li­śmy się tu­taj, żeby świę­to­wać, a wy kłó­ci­cie się o to, czy bę­dzie woj­na, czy nie - fuk­nę­ła ze zło­ścią.

- Mar­cy­siu, to jest bar­dzo po­waż­na spra­wa. Wy, mło­dzi, nie wie­cie, co to zna­czy, ale my... - za­czął oj­ciec, ale nie po­zwo­li­ła mu skoń­czyć.

- Tato, nie dziś.

Kwa­drans póź­niej go­ście się ro­ze­szli. Naj­wy­raź­niej dy­wa­ga­cje na te­mat woj­ny ze­psu­ły im hu­mor, co Mar­cjan­na przy­ję­ła z za­do­wo­le­niem. Czu­ła zmę­cze­nie i czmych­nę­ła do swo­jej sy­pial­ni, jesz­cze za­nim Ja­ni­na zdą­ży­ła ją zru­gać za za­cho­wa­nie przy sto­le.

Rzu­ci­ła się na łóż­ko w ele­ganc­kiej suk­ni i pan­to­flach i nim zdą­ży­ła o czym­kol­wiek po­my­śleć, już twar­do spa­ła.

Roz­dział 2

bu­dzi­ło ją brzę­cze­nie mu­chy. Otwo­rzy­ła oczy, ale na­tych­miast je za­mknę­ła. Jęk­nę­ła gło­śno. Sen wca­le nie spra­wił, że po­czu­ła się le­piej. Jesz­cze wczo­raj była go­to­wa zgo­dzić się z tymi, któ­rzy twier­dzą, że al­ko­hol po­ma­ga się roz­luź­nić, ale tego ran­ka do­łą­czy­ła do gro­na za­de­kla­ro­wa­nych prze­ciw­ni­ków spo­ży­wa­nia na­po­jów wy­sko­ko­wych. Szorst­ki i twar­dy ję­zyk spra­wiał wra­że­nie, że kon­takt z pły­na­mi in­ny­mi niż wy­so­ko­pro­cen­to­we miał w po­przed­nim stu­le­ciu, a nie­świe­ży od­dech tyl­ko po­tę­go­wał mdło­ści. Gło­wa cią­ży­ła Mar­cjan­nie tak bar­dzo, że nie była w sta­nie jej pod­nieść na­wet na cen­ty­metr.

Przez krót­ką chwi­lę tkwi­ła w bło­giej nie­świa­do­moś­ci. Kie­dy jed­nak przy­po­mnia­ła so­bie, co wy­ga­dy­wa­ła przy sto­le, ze wsty­du scho­wa­ła gło­wę pod po­dusz­kę. Co w nią wstą­pi­ło? Prze­cież ni­g­dy nie wtrą­ca­ła się w roz­mo­wy ojca z wu­jem i przy­ja­ciół­mi! Zo­sta­ła do­brze wy­cho­wa­na, wie­dzia­ła, kie­dy po­win­na się ode­zwać, a kie­dy le­piej za­milk­nąć, ale po­przed­nie­go wie­czo­ru... No cóż, do­bre wy­cho­wa­nie prze­gra­ło w star­ciu z al­ko­ho­lem. Mama bę­dzie wście­kła!

Jak na złość roz­le­gło się ci­che pu­ka­nie do drzwi.

- Wsta­łaś już? - za­py­ta­ła Ja­ni­na.

Mar­cjan­na nie­chęt­nie pod­nio­sła się i usia­dła na brze­gu łóż­ka. Wy­gła­dzi­ła suk­nię i po­pra­wi­ła wło­sy. Na wię­cej nie mia­ła cza­su.

- Wejdź, pro­szę.

Ja­ni­na we­szła do sy­pial­ni cór­ki i po­sła­ła jej spoj­rze­nie peł­ne tro­ski i dez­apro­ba­ty za­ra­zem.

- To two­ja naj­lep­sza suk­nia! - Za­ła­ma­ła ręce. - Mia­łaś ją jesz­cze za­ło­żyć do fo­to­gra­fa. Jak ty wy­glą­dasz?!

Mar­cjan­na spró­bo­wa­ła prze­łknąć śli­nę, ale nie była w sta­nie.

- Prze­pra­szam, na­wet nie wiem, kie­dy za­snę­łam...

Mat­ka po­de­szła do okna i otwo­rzy­ła je na oścież. Mimo że słoń­ce było sto­sun­ko­wo ni­sko, do po­ko­ju wdar­ło się na­grza­ne po­wie­trze.

- Nie spo­dzie­wa­łam się po to­bie ta­kie­go za­cho­wa­nia. - Ja­ni­na po­krę­ci­ła gło­wą i ge­stem za­chę­ci­ła cór­kę, aby wsta­ła, co Mar­cjan­na na­tych­miast uczy­ni­ła. - Ko­bie­ty nie mogą tak po pro­stu się upi­jać, nie wol­no nam tego, co męż­czy­znom. Ja ro­zu­miem - kon­ty­nu­owa­ła, ście­ląc łóż­ko - wy­pić kie­li­szek wina do ko­la­cji, ale żeby wy­ga­dy­wać przy sto­le ta­kie bzdu­ry?

- Prze­pra­szam. Jest mi okrop­nie wstyd.

- Cho­ciaż tyle! - Ja­ni­na za­trzy­ma­ła wzrok na twa­rzy cór­ki. - Jak ty bę­dziesz wy­glą­dać na fo­to­gra­fii? W wy­gnie­cio­nej suk­ni, ze skoł­tu­nio­ny­mi wło­sa­mi i pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi...

Mar­cjan­na z gło­śnym ję­kiem osu­nę­ła się na ta­bo­ret po­sta­wio­ny przy odzie­dzi­czo­nej po mat­ce to­a­let­ce. Tata za­mó­wił ją dla niej w pre­zen­cie ślub­nym. Przy­je­cha­ła aż ze Lwo­wa i była prze­pięk­na. Bo­ga­to zdo­bio­na, z trze­ma ogrom­ny­mi lu­stra­mi.

- Prze­pra­szam. - To było je­dy­ne, na co tego po­ran­ka było stać Mar­cjan­nę.

Ja­ni­na prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Bę­dziesz mu­sia­ła za­ło­żyć tę gra­na­to­wą suk­nię. Wpraw­dzie wy­glą­dasz w niej bla­do, ale lep­sze to niż wy­gnie­cio­ny ma­te­riał.

- Do­brze.

Mat­ka po­de­szła do cór­ki. Ich spoj­rze­nia skrzy­żo­wa­ły się w lu­strza­nej ta­fli. Ja­ni­na była po­wścią­gli­wa w oka­zy­wa­niu uczuć, ale Mar­cjan­na czu­ła, że gdy­by coś jej się sta­ło, mama sko­czy­ła­by za nią w ogień. Taka po pro­stu była - za­wsze po­stę­po­wa­ła tak, jak po­win­na, a nie tak, jak chcia­ła.

Ja­ni­na wy­su­nę­ła szu­fla­dę i wy­ję­ła z niej szczot­kę do wło­sów. Mar­cjan­na za­drża­ła, kie­dy po­czu­ła na skó­rze do­tyk cie­płej dło­ni mat­ki. Po­wo­li, pa­smo po pa­śmie, za­czę­ła szczot­ko­wać dłu­gie ja­sne wło­sy dziew­czy­ny. Mar­cjan­na przy­mknę­ła oczy. Czu­ła się tak, jak­by znów była małą dziew­czyn­ką. Po­trze­bo­wa­ła tego. Po­gu­bi­ła się. Była w naj­głup­szym wie­ku: ni to dziec­ko, ni ko­bie­ta. Z jed­nej stro­ny mia­ła ogrom­ną po­trze­bę nie­za­leż­no­ści, z dru­giej wciąż chcia­ła, aby to ro­dzi­ce roz­wią­zy­wa­li za nią wszyst­kie pro­ble­my.

Ja­ni­na de­li­kat­nie roz­pra­wia­ła się z koł­tu­na­mi we wło­sach cór­ki.

- Masz ta­kie pięk­ne, gę­ste wło­sy - za­uwa­ży­ła. - Za­wsze o ta­kich ma­rzy­łam. Masz szczę­ście, że odzie­dzi­czy­łaś je po ojcu! Moje cią­gle wy­pa­da­ją, ła­mią się, są su­che...

- Będę za wami tę­sk­nić.

Ja­ni­na spoj­rza­ła na cór­kę z za­sko­cze­niem.

- Tę­sk­nić?

- Jak po­ja­dę do bab­ci i dziad­ka.

- A! - zre­flek­to­wa­ła się mat­ka. - To tyl­ko dwa mie­sią­ce, szyb­ko zle­cą. Zresz­tą za­wsze masz tyle za­jęć u dziad­ków... Na­wet nie zdą­żysz o nas po­my­śleć!

Mar­cjan­na wy­ję­ła z szu­fla­dy spin­kę i po­da­ła ją ma­mie.

- Skąd wie­dzia­łaś, że tata to... no wiesz, że to ten wła­ści­wy?

Ja­ni­na uśmiech­nę­ła się ta­jem­ni­czo.

- Nie wiem. Wie­dzia­łam i tyle. Dla­cze­go py­tasz?

- Tak po pro­stu. - Mar­cjan­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Bez po­wo­du.

- Jest ktoś?

Dziew­czy­na ucie­szy­ła się, że jest od­wró­co­na do mat­ki ple­ca­mi. Wpraw­dzie ich spoj­rze­nia co ja­kiś czas krzy­żo­wa­ły się w lu­strze, ale to nie to samo, co pa­trzeć ko­muś pro­sto w oczy. Mar­cjan­na bar­dzo rzad­ko roz­ma­wia­ła z mamą o tak in­tym­nych spra­wach, dla­te­go czu­ła się nie­swo­jo.

- Nie ma ni­ko­go - przy­zna­ła z ża­lem. - Może coś jest ze mną nie tak? Moje ko­le­żan­ki dys­ku­tu­ją o chłop­cach, dziw­nie się za­cho­wu­ją, kie­dy znaj­dą się w ich to­wa­rzy­stwie, a ja... - za­wa­ha­ła się. - A mnie nikt się nie po­do­ba.

- Naj­wy­raź­niej nie spo­tka­łaś jesz­cze ni­ko­go in­te­re­su­ją­ce­go, ale nie martw się. Wkrót­ce na pew­no się to zmie­ni.

- A je­śli nie? Nie wiem, co mam zro­bić ze swo­im ży­ciem...

- Ja też nie wie­dzia­łam. A po­tem po­ja­wił się twój tata i wszyst­ko na­bra­ło sen­su - przy­zna­ła Ja­ni­na. - Przy­pusz­czam, że w two­im wie­ku nie­wie­le osób jest pew­nych tego, cze­go chce od ży­cia. Nie­dłu­go na pew­no po­znasz ko­goś, z kim za­ło­żysz ro­dzi­nę, a kie­dy po­ja­wią się dzie­ci...

Roz­cza­ro­wa­nie było wy­pi­sa­ne na twa­rzy Mar­cjan­ny tak wi­docz­nie, że mat­ka gwał­tow­nie urwa­ła.

"Męż­czy­zna, dzie­ci, ro­dzi­na. A ja? Gdzie w tym wszyst­kim jest miej­sce dla mnie? Jak od­na­leźć sie­bie, sko­ro wszy­scy tyl­ko cze­ka­ją na to, że wyj­dę za mąż?", my­śla­ła Mar­cjan­na.

- Wra­ca­jąc do two­je­go wczo­raj­sze­go za­cho­wa­nia... - Ja­ni­na po­wró­ci­ła do ostre­go tonu. - Nie chcia­ła­bym, żeby kie­dyś się to po­wtó­rzy­ło! Mu­sisz zro­zu­mieć, że ko­bie­ty nie są dla męż­czyzn part­ne­ra­mi do dys­ku­sji. I pa­mię­taj, że ca­łe­go świa­ta nie zba­wisz.

- Ca­łe­go świa­ta może i nie, ale... - Na­gle Mar­cjan­nie przy­szła do gło­wy pew­na myśl. - Mamo, Pau­li­na wczo­raj po­wie­dzia­ła mi, że nasz ko­le­ga Wal­dek po­pro­sił o rękę Anie­lę Zient­kie­wicz, cho­ciaż wcze­śniej po­do­ba­ła mu się Ołe­na od Pa­ła­czu­ków. My­ślisz, że to dla­te­go, że...

Ja­ni­na ścią­gnę­ła brwi, przez co jej twarz spra­wia­ła wra­że­nie dużo star­szej.

- Nie wiem. Prze­bierz się, za­raz mu­si­my wy­cho­dzić. Za pół go­dzi­ny je­ste­śmy umó­wie­ni u fo­to­gra­fa, a po­tem przy­je­dzie po cie­bie dzia­dek. - Odło­ży­ła szczot­kę i szyb­ko wy­szła z po­ko­ju.

Mar­cjan­na opar­ła gło­wę na rę­kach i roz­ma­so­wa­ła obo­la­łe skro­nie.

Roz­dział 3

każ­dym ko­lej­nym ki­lo­me­trem Mar­cjan­na czu­ła się co­raz le­piej. Po­dróż mi­ja­ła szyb­ko i wy­god­nie. Deszcz nie pa­dał od wie­lu dni, to­też wszyst­kie dro­gi były su­che, a koń­skie ko­py­ta nie za­pa­da­ły się w bło­cie. Kie­dy wóz z dziad­kiem Fe­lik­sem i Mar­cjan­ną mi­nął stru­myk, przy któ­rym wiej­skie dzie­ci ła­pa­ły żaby, dziew­czy­na w koń­cu po­czu­ła, że może ode­tchnąć peł­ną pier­sią. Ży­cie na wo­łyń­skiej wsi było prost­sze. Tu­taj nie obo­wią­zy­wa­ły po­dzia­ły: za swo­ich uwa­ża­ło się wszyst­kich są­sia­dów, mó­wi­ło się raz po pol­sku, raz po ukra­iń­sku, a wśród ku­zy­nów mia­ło się i ka­to­li­ków, i pra­wo­sław­nych. Nie do­cie­ra­ły tu­taj echa kon­flik­tu, w któ­ry za­an­ga­żo­wa­ne były miesz­ka­ją­ce w mie­ście eli­ty. Miesz­kań­cy kon­cen­tro­wa­li się na ży­ciu co­dzien­nym.

Je­cha­li w ci­szy, raz po raz mi­ja­jąc sto­ją­ce przy dro­dze han­dlar­ki i ob­no­śnych kup­ców. Fe­liks w ogó­le nie­wie­le mó­wił. Od­zy­wał się rzad­ko, ale kie­dy już coś po­wie­dział, za­dzi­wiał roz­mów­cę traf­no­ścią prze­myś­leń i ży­cio­wą mą­dro­ścią. Je­śli praw­dą jest to, że prze­ci­wień­stwa się przy­cią­ga­ją, dzia­dek Fe­liks i bab­cia Jó­ze­fa do­bra­li się ide­al­nie. Bab­ci bu­zia się nie za­my­ka­ła. Mó­wi­ła cią­gle, cza­sem bez ładu i skła­du, a że mąż nie był dla niej kom­pa­nem do roz­mo­wy, jak tyl­ko uwi­nę­ła się z ro­bo­tą w polu, bie­gła na plot­ki do są­sia­dek. Jó­ze­fa Ol­szak była zna­ną w oko­li­cy per­so­ną.

Na ho­ry­zon­cie po­ja­wi­ły się zna­jo­me za­bu­do­wa­nia. Mar­cjan­na uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko na ich wi­dok. W Lu­bom­lu była pa­nien­ką, tu­taj mo­gła so­bie po­zwo­lić na to, żeby zno­wu być małą dziew­czyn­ką, bie­ga­ją­cą boso po polu i je­dzą­cą jabł­ka pro­sto z sadu.

- Co w ogó­le sły­chać w Woli? - za­py­ta­ła dziad­ka. - Co u wuj­ka, ciot­ki, Ro­za­lii i dziew­czy­nek?

- Po sta­re­mu - skwi­to­wał Fe­liks.

O wie­le bar­dziej wy­lew­na oka­za­ła się bab­cia, któ­ra już cze­ka­ła na nich przy dro­dze. Na wi­dok wnucz­ki aż za­pisz­cza­ła z ra­do­ści.

- Mar­cy­siu, aleś ty się zmie­ni­ła! Parę mie­się­cy cię nie wi­dzia­łam, a tyś wy­ro­sła na taką pan­ni­cę! Ka­wa­le­ro­wie to się pew­nie usta­wia­ją do cie­bie w ko­lej­ce, co? Niech cię uści­skam!

Mar­cjan­na rzu­ci­ła się bab­ci w ra­mio­na. Kie­dy już się wy­ści­ska­ły, Jó­ze­fa ukrad­kiem otar­ła łzy ro­bo­czą spód­ni­cą.

- Co u was sły­chać, bab­ciu? Jak się z dziad­kiem czu­je­cie?

- Sta­ra bie­da, dziec­ko, nie ma o czym mó­wić! - Mach­nę­ła ręką, a Mar­cjan­na ro­ze­śmia­ła się gło­śno, bo wie­dzia­ła, że bab­cia dłu­go nie utrzy­ma ję­zy­ka za zę­ba­mi. - Ale ty opo­wia­daj! Tacy dum­ni tu z cie­bie je­ste­śmy! Wszyst­kim są­siad­kom opo­wia­dam, jaką mam wy­kształ­co­ną wnucz­kę. Wszyst­kim! - Oto­czy­ła Mar­cjan­nę ra­mie­niem, pro­wa­dząc ją w stro­nę domu. - Ro­zal­ka nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy przy­je­dziesz. Cią­gle o cie­bie pyta. Czte­ro­let­nie sio­stry to żad­ne to­wa­rzy­stwo dla ta­kiej pan­ni­cy... Do­bry Boże, kie­dy wy­ście mi tak wy­ro­sły, no kie­dy... Chodź, naj­pierw coś zjesz! Utar­łam ziem­nia­ki na plac­ki, na pew­no je­steś głod­na. Zjesz obiad, a po­tem pew­nie po­le­cisz do Ro­zal­ki i ko­le­ża­nek. Tu­taj wszy­scy na cie­bie cze­ka­ją. Miła cią­gle wy­py­tu­je o twój przy­jazd!

- Miła? Ba­łam się, że w mię­dzy­cza­sie wszyst­kie moje ko­le­żan­ki po­wy­cho­dzi­ły za mąż i będę się nu­dzić, a tym­cza­sem wi­dzę, że u was bez więk­szych zmian - ucie­szy­ła się Mar­cjan­na, wcho­dząc przez sień do kuch­ni.

Jó­ze­fa za­cmo­ka­ła z nie­za­do­wo­le­niem.

- Ro­zal­ce to by się już przy­da­ło za mąż pójść, bo ile cza­su oj­ciec z mat­ką mają ją ży­wić? A koło Miły krę­ci się Dmy­tro od Wa­siej­ki, tak mi się wi­dzi, że bę­dzie z tej mąki chleb... Ale wcze­śniej od Iwa­chi­wów Ka­te­ri­na idzie za mąż, za dwa ty­go­dnie. Bę­dziesz mia­ła oka­zję być na ślu­bie.

Mi­len­ty­na Iwa­chiw była pierw­szą przy­ja­ciół­ką Mar­cjan­ny. Ba­wi­ły się ra­zem jako małe brzdą­ce, kie­dy Mar­cy­sia wraz z ro­dzi­ca­mi przy­jeż­dża­ła w od­wie­dzi­ny do dziad­ków. Gdy dziew­czy­na za­czę­ła spę­dzać w Woli Ostro­wiec­kiej całe wa­ka­cje, więź po­mię­dzy nimi jesz­cze bar­dziej się za­cie­śni­ła.

Fe­liks wszedł do kuch­ni za żoną i wnucz­ką i po­ło­żył wa­liz­kę Mar­cjan­ny na pod­ło­dze.

- No co ty! Nie wiesz, gdzie Mar­cy­sia bę­dzie spać? Za­nieś no wa­liz­kę do jej po­ko­ju! - wy­da­ła po­le­ce­nie Jó­ze­fa, a mąż na­tych­miast je wy­ko­nał.

Bab­cia po­sa­dzi­ła wnucz­kę przy sto­le i po­sta­wi­ła przed nią so­lid­ną por­cję plac­ków ziem­nia­cza­nych, któ­re po­la­ła śmie­ta­ną, bez prze­rwy przy tym traj­ko­cząc.

- U Iwa­chi­wów tak się zło­ży­ło, że trzy dziew­czy­ny mie­li rok po roku, Ka­te­ri­nę, Mi­len­ty­nę i jak tej naj­młod­szej było... - Zmarsz­czy­ła czo­ło. - O! Oksa­na. Wi­dzisz, wy­pa­dło mi z gło­wy. Czło­wiek już sta­ry jest, to i pa­mięć szwan­ku­je... No więc oni będą pew­nie te­raz w nie­dłu­gim cza­sie mie­li trzy we­se­la! Gdy­by tak na­sza Ro­zal­ka za kogo po­szła... Czy ja w ogó­le do­ży­ję? No i ty, Mar­cy­siu, nam jesz­cze zo­sta­łaś! Po­wiedz no mi - mru­gnę­ła kon­spi­ra­cyj­nie do wnucz­ki - masz ja­kie­goś ka­wa­le­ra w tym Lu­bom­lu?

Mar­cjan­na aż się za­krztu­si­ła. Dla­cze­go wszy­scy upar­li się, żeby jak naj­szyb­ciej wy­dać ją za mąż?

W kuch­ni po­ja­wił się Fe­liks i spoj­rzał na żonę z dez­apro­ba­tą.

- Daj zjeść dziew­czy­nie w spo­ko­ju! Tyl­ko byś na we­se­la cho­dzi­ła - mruk­nął.

- Le­piej na we­se­la niż na po­grze­by!

Uwa­ga dziad­ka mu­sia­ła za­bo­leć bab­cię, gdyż za­mil­kła na kil­ka mi­nut, co było do niej nie­po­dob­ne. Mar­cjan­na w spo­ko­ju skoń­czy­ła po­si­łek, po­dzię­ko­wa­ła i po­szła się prze­brać.

Kie­dy wró­ci­ła do kuch­ni, Jó­ze­fa znów mia­ła do­bry hu­mor i nu­ci­ła pod no­sem ukra­iń­ską przy­śpiew­kę.

- Pój­dę przy­wi­tać się z cio­cią i wuj­kiem - oznaj­mi­ła Mar­cjan­na.

Bab­cia od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie i zła­pa­ła się za ser­ce.

- Nie sły­sza­łam, jak we­szłaś! O, jak ład­nie wy­glą­dasz - po­chwa­li­ła pro­stą be­żo­wą su­kien­kę wnucz­ki. - Nie ro­zu­miem, dla­cze­go na co dzień się tak nie no­sisz. Dziew­czy­na wy­glą­da naj­ład­niej, kie­dy jest skrom­na i schlud­na! A te wszyst­kie ob­ca­sy, fal­ba­ny... - Roz­ło­ży­ła ręce.

Mar­cjan­na po­chy­li­ła się, aby uca­ło­wać spra­co­wa­ne dło­nie bab­ci.

- Idę, bab­ciu.

- Idź, tyl­ko się nie za­siedź u Ro­zal­ki i wróć przed nocą!

Dziew­czy­na ro­ze­śmia­ła się szcze­rze. Lata mi­ja­ły, a Jó­ze­fa wciąż trosz­czy­ła się o nią tak jak wte­dy, gdy mia­ła dzie­sięć lat.

Wy­bie­gła z domu. Mo­gła iść dro­gą, ale wte­dy by­ło­by dłu­żej, dla­te­go po­sta­no­wi­ła, że po­bie­gnie przez pole. Mi­nę­ła dwie sto­do­ły, obo­rę i kur­nik. Po­zdro­wi­ła są­sia­dów i pu­ści­ła się bie­giem w stro­nę go­spo­dar­stwa Kow­to­niu­ków. Na polu spo­tka­ła wuj­ka Ni­ki­fo­ra.

- Mar­cy­sia! - ucie­szył się na jej wi­dok. - Ro­za­lia już nie może się cie­bie do­cze­kać!

- Dzień do­bry, wuj­ku. Ja też cze­ka­łam na na­sze spo­tka­nie! Lecę do niej, do zo­ba­cze­nia!

- Leć, leć - ro­ze­śmiał się Ni­ki­for. - Noc was za­sta­nie, a wy się jesz­cze nie na­ga­da­cie!

Ro­za­lia mu­sia­ła usły­szeć głos ku­zyn­ki, bo kie­dy Mar­cjan­na zbli­ża­ła się do drew­nia­nej cha­ty, dziew­czy­na sta­ła w drzwiach.

- Mar­cy­siu, tak się cie­szę!

Okrzy­ki ra­do­ści wy­cią­gnę­ły z domu ciot­kę Teo­do­rę, któ­ra na wi­dok ska­czą­cych i pisz­czą­cych dziew­cząt po­ki­wa­ła ze śmie­chem gło­wą. W ślad za mat­ką po­dą­ży­ły bliź­niacz­ki He­len­ka i Zo­sia, młod­sze cór­ki Kow­to­niu­ków.

- Chodź­cie do domu, pla­cek upie­kłam!

- Póź­niej! - Dziew­czę­ta już bie­gły w stro­nę sta­wu. - Po­tem, mamo, na ra­zie nie je­ste­śmy głod­ne!

I znów Mar­cjan­na bie­gła przez pole, tym ra­zem w to­wa­rzy­stwie Ro­za­lii. Ro­ze­śmia­ne dziew­czę­ta prze­krzy­ki­wa­ły się na­wza­jem, pró­bu­jąc zre­la­cjo­no­wać so­bie wy­da­rze­nia z ostat­nich mie­się­cy. Kie­dy do­tar­ły nad staw, po dzie­ciach, któ­re Mar­cjan­na wi­dzia­ła w dro­dze do dziad­ków, zo­sta­ły tyl­ko śla­dy pa­ty­ków na zie­mi. Pro­my­ki słoń­ca przy­jem­nie ogrze­wa­ły cia­ło złak­nio­ne cie­pła po mroź­nej zi­mie i sto­sun­ko­wo chłod­nej wio­śnie. Lato ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­ste­go dzie­wią­te­go roku za­po­wia­da­ło się go­rą­ce i sło­necz­ne. Mar­cjan­na uf­nie pa­trzy­ła w przy­szłość.

- I jak, po­de­rwa­łaś któ­re­goś z tych przy­stoj­nych uła­nów, któ­rzy sta­cjo­nu­ją w ko­sza­rach obok two­je­go domu? - za­py­ta­ła ze śmie­chem Ro­za­lia.

- No wiesz! - Mar­cjan­na dość wia­ry­god­nie uda­ła obu­rze­nie. - To oni po­win­ni się za mną uga­niać, nie ja za nimi...

- Ależ ci za­zdrosz­czę!

- Przy­stoj­nych uła­nów?

- A cze­go in­ne­go? - Ro­za­lia po­ka­za­ła ku­zyn­ce ję­zyk. Mimo że obie były już do­ro­słe, cza­sem za­cho­wy­wa­ły się jak dzie­ci. - Na two­im miej­scu daw­no by­ła­bym żoną któ­re­goś z nich! Nie wiem, na co cze­kasz!

Mar­cjan­na ze­rwa­ła po­lny kwiat, a po­tem dru­gi, trze­ci i ko­lej­ny, po czym za­czę­ła pleść z nich wia­nek.

- Nie de­ner­wu­je cię to, że wszy­scy tak wy­glą­da­ją two­je­go ślu­bu? Praw­dę mó­wiąc, ja mam dość. Nie chcę się spie­szyć, a tym­cza­sem mam wra­że­nie, że cała ro­dzi­na oprócz tat­ki nie robi nic in­ne­go, tyl­ko wy­cze­ku­je mo­je­go za­mąż­pój­ścia.

Ro­za­lia wy­sta­wi­ła twarz do słoń­ca. Przy­mknę­ła oczy.

- Nie za­sta­na­wiam się nad tym. Praw­da jest taka, że i młod­sze ode mnie wy­cho­dzą za mąż. U nas we wsi znów się szy­ku­je kil­ka ślu­bów.

- Tak, bab­cia zdą­ży­ła o tym wspo­mnieć. Ka­te­ri­na, po­dob­no u Miły też coś się kroi.

- An­dzia Ja­siń­ska idzie za Ryś­ka od Kwiat­kow­skich.

Mar­cjan­na ode­rwa­ła wzrok od wian­ka i spoj­rza­ła z nie­do­wie­rza­niem na krew­ną.

- Za Ryś­ka? Na­praw­dę? Prze­cież on... - za­wa­ha­ła się, jak­by się za­sta­na­wia­ła, jak prze­ka­zać to, co mia­ła do po­wie­dze­nia - ni­g­dy nie był zbyt uro­dzi­wy. Ma na twa­rzy po­twor­ne bli­zny po ospie, któ­rą prze­szedł w dzie­ciń­stwie, i jest niż­szy od An­dzi chy­ba o gło­wę!

- Może nie jest szcze­gól­nie przy­stoj­ny, ale za to go­spo­dar­ny. Do­ga­dał się z ro­dzi­ca­mi An­dzi, zło­żył im do­brą pro­po­zy­cję. - Ro­za­lia bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce. - Wiesz prze­cież, jak dzia­ła ten świat.

- My­ślisz, że na­sze mamy też nie ko­cha­ły na­szych oj­ców? Że to przy­szło z cza­sem? - za­py­ta­ła Mar­cjan­na.

- My­ślę, że cho­dzisz z gło­wą w chmu­rach - stwier­dzi­ła Ro­za­lia i od­wró­ci­ła wzrok.

Mar­cjan­na mia­ła dziw­ne wra­że­nie, że ku­zyn­ka nie za­cho­wu­je się w jej to­wa­rzy­stwie tak swo­bod­nie, jak ze­szłe­go lata. Uni­ka­ła pa­trze­nia w oczy, od­po­wia­da­ła pół­słów­ka­mi. Coś się w Ro­za­lii zmie­ni­ło. Mar­cjan­na jesz­cze nie wie­dzia­ła co, ale mia­ła wiel­ką na­dzie­ję, że wkrót­ce się tego do­wie.

Sku­pi­ła się na ple­ce­niu wian­ka, pod­czas gdy Ro­za­lia rzu­ca­ła w stro­nę sta­wu ka­mie­nia­mi w taki spo­sób, aby te od­bi­ja­ły się i pod­ska­ki­wa­ły na wo­dzie. Mar­cjan­na mimo wie­lu prób ni­g­dy się tego nie na­uczy­ła. Kie­dy były ma­ły­mi dziew­czyn­ka­mi, po ci­chu za­zdro­ści­ła cio­tecz­nej sio­strze tej umie­jęt­no­ści.

- Tata mó­wił, że gdy był w mie­ście, wszy­scy dys­ku­to­wa­li tyl­ko o zbli­ża­ją­cej się woj­nie. - Ci­sza prze­dłu­ży­ła się na tyle, że na­gła uwa­ga Ro­za­lii zdzi­wi­ła Mar­cjan­nę, zu­peł­nie jak­by za­po­mnia­ła, że nie jest nad sta­wem sama. - Jak my­ślisz, bę­dzie ta woj­na?

- Nie wiem, mam na­dzie­ję, że nie. - Mar­cjan­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - A na­wet je­śli woj­na wy­buch­nie, na pew­no nie do­trze do spo­koj­ne­go, od­le­głe­go od Nie­miec Wo­ły­nia!

- A co mówi twój tata?

- Tata uwa­ża, że Hi­tler się­gnie w koń­cu i po te­re­ny na­le­żą­ce do Pol­ski - przy­zna­ła nie­chęt­nie Mar­cjan­na. - Ale chy­ba nie my­ślisz, że do­trze i tu? Mo­że­my spać spo­koj­nie. Woj­na nas nie do­ty­czy. Je­śli wy­buch­nie, to gdzieś przy pol­sko-nie­miec­kiej gra­ni­cy.

Roz­sta­ły się na roz­dro­żu dróg. Mar­cjan­na przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­ła od­da­la­ją­cą się ku­zyn­kę i zdzi­wi­ła się, kie­dy zo­ba­czy­ła, że Ro­za­lia za­miast skrę­cić w pra­wo, w stro­nę swo­je­go domu, idzie w kie­run­ku wsi. Dla­cze­go jej o tym nie po­wie­dzia­ła? Co ukry­wa? Mar­cjan­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Po chwi­li my­śla­ła już tyl­ko o świe­żym mio­dzie, któ­ry na pew­no cze­kał na nią w domu. Dzia­dek do­sko­na­le wie­dział, że kie­dy jego wnucz­ka przy­jeż­dża na lato, musi do­sta­wać miód pro­sto z ula.

Na­stęp­ne­go dnia była nie­dzie­la. Bab­cia przy­wdzia­ła od­święt­ne ubra­nie: weł­nia­ną spód­ni­cę, któ­rą pod­szy­ła kraj­ką, i za­pi­na­ną pod szy­ją bia­łą bluz­kę, obo­wiąz­ko­wo wy­kroch­ma­lo­ną i wy­pra­so­wa­ną. Na gło­wie za­wią­za­ła bia­łą chu­s­tę w drob­ne kwiat­ki*. W ta­kim stro­ju Wo­ły­nian­ki tłum­nie ru­sza­ły do ko­ścio­ła lub cer­kwi. Roz­dzie­la­ły się przed świą­ty­nia­mi, a po­tem ra­zem wra­ca­ły do swo­ich do­mostw.

* Opis stro­ju po­cho­dzi z książ­ki Anny Her­bich Dziew­czy­ny z Wo­ły­nia, Znak Ho­ry­zont, Kra­ków 2018.

Mar­cjan­na ucie­szy­ła się, kie­dy zo­ba­czy­ła Miłę w to­wa­rzy­stwie sióstr, bra­ta i ro­dzi­ców. Pla­no­wa­ła od­wie­dzić ko­le­żan­kę po po­łu­dniu, ale nie mo­gła od­mó­wić so­bie krót­kiej roz­mo­wy.

- Mam ci tyle do opo­wie­dze­nia! - wy­szep­ta­ła pod­eks­cy­to­wa­ła Mi­len­ty­na pro­sto do ucha dziew­czy­ny.

- Przyj­dziesz do nas ju­tro? - za­py­ta­ła Mar­cjan­na. - Bab­cia po­wie­dzia­ła, że zro­bi ka­szę ja­gla­ną z za­cier­ką, a ja nie mogę so­bie od­mó­wić ta­kie­go ra­ry­ta­su. Przyjdź! Coś mi się wy­da­je, że wy­ja­dę stąd grub­sza, niż przy­je­cha­łam...

- To­bie by się przy­da­ło! - ro­ze­śmia­ła się Miła. - Je­steś taka szczu­plut­ka! Zo­ba­czy­my się ju­tro, te­raz mu­szę iść.

Wsia­dła na fur­man­kę, któ­rą po­wo­ził jej oj­ciec Fe­dor Iwa­chiw, i po­ma­cha­ła przy­ja­ciół­ce.

Do świą­ty­ni Mar­cjan­na po­je­cha­ła w to­wa­rzy­stwie bab­ci, dziad­ka, cio­ci, Ro­za­lii i bliź­nia­czek. Ha­nia i Zo­sia były uro­cze, ale trze­ba przy­znać, że da­wa­ły mat­ce po­pa­lić. Pod­czas mszy Teo­do­ra dwu­krot­nie mu­sia­ła wy­cho­dzić z dziew­czyn­ka­mi na ze­wnątrz, żeby je uspo­ko­ić.

- Roz­pie­ści­li je - szep­nę­ła Ro­za­lia Mar­cjan­nie do ucha. - Mnie za­wsze trzy­ma­li krót­ko, a one wcho­dzą im na gło­wę.

- Skąd ja to znam... Tak to już jest z młod­szym ro­dzeń­stwem.

Dziew­czę­ta, czu­jąc na so­bie obu­rzo­ne spoj­rze­nie bab­ci Jó­ze­fy, prze­sta­ły roz­ma­wiać i sku­pi­ły się na mszy. Mar­cjan­na ukrad­kiem ziew­nę­ła. Nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że w ko­ście­le za­wsze chcia­ło jej się spać.

Po na­bo­żeń­stwie spo­tka­li się z wu­jem Ni­ki­fo­rem, któ­ry wy­szedł z cer­kwi, i ra­zem uda­li się w stro­nę go­spo­dar­stwa dziad­ków. Bab­cia Jó­ze­fa za­pro­si­ła całą ro­dzi­nę na nie­dziel­ny obiad.

- Gdzie wczo­raj po­szłaś, jak się roz­sta­ły­śmy? - za­py­ta­ła Mar­cjan­na Ro­za­lię niby mi­mo­cho­dem, ale tak na­praw­dę zże­ra­ła ją cie­ka­wość.

- A gdzie mia­łam pójść? Do domu!

Re­ak­cja sio­stry cio­tecz­nej tyl­ko utwier­dzi­ła ją w prze­ko­na­niu, że ta coś ukry­wa.

- Wi­dzia­łam, jak szłaś w kie­run­ku wsi - po­wie­dzia­ła, czym przy­cią­gnę­ła uwa­gę ciot­ki Teo­do­ry.

Ro­za­lia, wi­dząc, że mat­ka przy­słu­chu­je się roz­mo­wie, spa­ni­ko­wa­ła i wy­ła­do­wa­ła całą swo­ją złość na ku­zyn­ce.

- Mu­sia­łaś się po­my­lić! Po tym, jak się roz­sta­ły­śmy, po­szłam pro­sto do domu. Nie wy­ga­duj głupstw!

- O któ­rej to było? - Teo­do­ra spoj­rza­ła na Ro­za­lię z nie­po­ko­jem.

- Nie wiem, nie pa­mię­tam, słoń­ce za­cho­dzi­ło, ale było jesz­cze ja­sno... - bąk­nę­ła Ro­za­lia.

Mar­cjan­na od­wró­ci­ła wzrok. Kie­dy roz­sta­wa­ła się z ku­zyn­ką, słoń­ce wciąż było wy­so­ko na nie­bie. Ro­za­lia coś ukry­wa­ła nie tyl­ko przed nią, lecz tak­że przed ro­dzi­ca­mi. Nie za­mie­rza­ła jej zdra­dzać, ale co­raz mniej po­do­ba­ła jej się ta cała sy­tu­acja.

Na szczę­ście spo­tka­nie z Mi­len­ty­ną sku­tecz­nie od­wró­ci­ło uwa­gę Mar­cjan­ny od dziw­ne­go za­cho­wa­nia Ro­za­lii. Miła przy­szła w po­nie­dzia­łek, kie­dy dziew­czy­na po­ma­ga­ła bab­ci w ogród­ku wa­rzyw­nym. Jó­ze­fa sie­dzia­ła na wy­so­kim ta­bo­re­cie i krok po kro­ku tłu­ma­czy­ła wnucz­ce, co ma ro­bić. Wi­zy­tę mło­dej są­siad­ki przy­ję­ła z za­do­wo­le­niem. Li­czy­ła, że dziew­czy­na przy­nie­sie ze wsi ja­kieś no­wi­ny. Od­kąd za­czę­ła mieć pro­ble­my z cho­dze­niem, jesz­cze bar­dziej cie­szy­ła się z każ­dych od­wie­dzin. Każ­de­go wie­czo­ru na­cie­ra­ła nogi ma­ścią z kasz­ta­now­ca, ale po­pra­wa była nie­znacz­na. Łyd­ki pu­chły i bo­la­ły, utrud­nia­jąc co­dzien­ne funk­cjo­no­wa­nie.

- Co tam sły­chać u two­ich ro­dzi­ców? - za­py­ta­ła Jó­ze­fa Mi­len­ty­nę, któ­ra od razu przy­stą­pi­ła do od­chwasz­cza­nia grzą­dek, wspie­ra­jąc w tym nie­co zdez­o­rien­to­wa­ną Mar­cjan­nę. - Ostat­nio wi­dzia­łam się we wsi z Wie­rą. Opo­wia­da­ła mi o tym strasz­nym nie­szczę­ściu, któ­re spo­tka­ło jej bra­ta­ni­cę...

- Co się sta­ło? - za­in­te­re­so­wa­ła się Mar­cjan­na.

- Jej dziec­ko uro­dzi­ło się mar­twe. Okrop­na hi­sto­ria. Bied­na Ira jest za­ła­ma­na.

- Ech, i taka praw­da, że przez całe ży­cie bę­dzie no­sić ten krzyż - przy­zna­ła ze smut­kiem Jó­ze­fa, a Mar­cjan­na od­nio­sła wra­że­nie, że jed­nak nie wie wszyst­kie­go o swo­jej ro­dzi­nie. I rze­czy­wi­ście, ko­lej­ne sło­wa bab­ci to po­twier­dzi­ły. - Przed Ja­ni­ną i Teo­do­rą uro­dzi­łam jesz­cze jed­no dziec­ko, chłop­ca, ale zmarł dwa ty­go­dnie po po­ro­dzie. Przy­szedł na świat mie­siąc za wcze­śnie, sła­by był od uro­dze­nia, cho­ro­wi­ty. Strasz­ne to było prze­ży­cie, i dla mnie, i dla Fe­lik­sa, i dla na­szych ro­dzi­ców. Cała ro­dzi­na cier­pia­ła, bo to było na­sze pierw­sze dziec­ko... Złóż, pro­szę, ode mnie kon­do­len­cje Irze i jej mę­żo­wi. Będę się za nich mo­dlić!

- Dzię­ku­ję. Całe szczę­ście, że Ira ma już dwo­je dzie­ci i ma dla kogo żyć.

Mar­cjan­na pra­co­wa­ła w ci­szy, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie. Bab­cia Jó­ze­fa mia­ła w so­bie coś ta­kie­go, że w jej to­wa­rzy­stwie każ­dy się otwie­rał. Była pro­stą wiej­ską ko­bie­tą, któ­ra le­d­wo czy­ta­ła i pi­sa­ła, cze­go wsty­dzi­ła się Ja­ni­na, ale Mar­cjan­nie wca­le to nie prze­szka­dza­ło. Mą­dro­ści ży­cio­wej nie na­ucza­ją prze­cież na­wet w naj­lep­szych szko­łach.

- No, ale żeby nie było, że na świe­cie same tra­ge­die! Cie­szę się na myśl o ślu­bie Ka­te­ri­ny. U mnie z cho­dze­niem co­raz sła­biej, a nie chcę Fe­lik­sa od­ry­wać od ro­bo­ty, któ­rej w polu co nie­mia­ra. Ra­czej nie dam rady przyjść, żeby oso­bi­ście zło­żyć jej gra­tu­la­cje, ale prze­każ jej, że my­ślę o niej cie­pło i ży­czę jej jak naj­le­piej.

- Ale ty, Mar­cy­siu, chy­ba przyj­dziesz? - za­py­ta­ła Mi­len­ty­na.

- Oczy­wi­ście!

Mar­cjan­na lu­bi­ła ukra­iń­skie ślu­by. Po­do­ba­ły jej się bar­dziej niż pol­skie. Były bar­dziej oka­za­łe i hucz­ne. Jako dziec­ko czę­sto za­kra­da­ła się do cer­kwi, żeby przy­glą­dać się ce­re­mo­niom.

- Pani Ol­sza­ko­wa, a sły­sza­ła pani, jaki cud na­wie­dził cha­tę Sa­wic­kich? - za­gad­nę­ła Mi­len­ty­na Jó­ze­fę.

- A sły­sza­łam, co mia­łam nie sły­szeć! Cór­kę po­cho­wa­li, zdą­ży­li opła­kać, a tym­cza­sem ona za­pu­ka­ła do ich drzwi! - pod­chwy­ci­ła te­mat bab­cia.

- Jak to: po­cho­wa­li, opła­ka­li, a ona za­pu­ka­ła do ich drzwi? - Mar­cjan­na aż zbla­dła.

Bab­cia czę­sto snu­ła hi­sto­rie o du­chach, któ­re wy­wie­ra­ły na Mar­cjan­nie ogrom­ne wra­że­nie. Kie­dyś Jó­ze­fa opo­wie­dzia­ła jej hi­sto­rię chłop­ca z są­sied­niej wsi, któ­ry wy­ru­szył nocą do lasu i spo­tkał w nim dia­bła. Tak się prze­stra­szył nie­bo­rak, że stra­cił mowę!

- Ich cór­ka cho­ro­wa­ła od wie­lu lat - wy­ja­śni­ła Jó­ze­fa. - Ona w ogó­le uro­dzi­ła się ja­kaś taka li­cha­wa, od dziec­ka były z nią same pro­ble­my... No i w koń­cu jej się po­gor­szy­ło. Sa­wic­ka to już chy­ba daw­no stra­ci­ła na­dzie­ję, że dziew­czy­na wró­ci do zdro­wia, no i w koń­cu jej się zmar­ło. Mło­dej, nie sta­rej, oczy­wi­ście.

- Do rze­czy, bab­ciu. - Mar­cy­sia prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Prze­cież cały czas mó­wię do rze­czy! Jak zmar­ła, to ją po­cho­wa­li na cmen­ta­rzu. Jak to u nas, na Wo­ły­niu, na tam­ten świat po­rząd­nie ją wy­pra­wi­li, za­ło­ży­li bi­żu­te­rię i pięk­ną suk­nię, do trum­ny wło­ży­li kosz­tow­no­ści... No i po po­grze­bie wró­ci­li do domu. - Jó­ze­fa zro­bi­ła pau­zę na za­czerp­nię­cie po­wie­trza. - W nocy na cmen­tarz przy­szli sza­brow­ni­cy. Otwo­rzy­li trum­nę, a wte­dy dziew­czy­na wsta­ła i po­szła do domu.

Mar­cjan­na po­czu­ła, że wło­sy zje­ży­ły jej się na kar­ku. Po co do­py­ty­wa­ła, no po co? Mo­gła się spo­dzie­wać, że to opo­wieść z ga­tun­ku tych o dia­ble, któ­re­go chło­piec spo­tkał w le­sie.

- Tak było - po­twier­dzi­ła Mi­len­ty­na. - Sa­wic­cy prze­szczę­śli­wi, że do­bry Bóg im zwró­cił je­dy­ną cór­kę. Bo u nich w domu sze­ściu chłop­ców i tyl­ko jed­na dziew­czy­na.

- Star­czy tego do­bre­go! - po­sta­no­wi­ła Jó­ze­fa. - Wy, mło­de, ma­cie swo­je spra­wy do ob­ga­da­nia, nie bę­dzie­cie prze­cież przez całe po­po­łu­dnie ze sta­ru­chą sie­dzieć.

- Bab­ciu... - Mar­cjan­na chcia­ła za­pro­te­sto­wać, ale sta­rusz­ka nie po­zwo­li­ła jej skoń­czyć.

- Pręd­ko, do domu! Zje­cie ka­szę na cie­pło, a po­tem już was nie ma! - Bab­cia pró­bo­wa­ła brzmieć groź­nie, ale jej to nie wy­szło, bo po chwi­li za­czę­ła się gło­śno śmiać. Po­wo­li skie­ro­wa­ła się w stro­nę domu, żeby przy­go­to­wać po­si­łek.

Dziew­czę­ta szły za Jó­ze­fą, do­pa­so­wu­jąc się do jej tem­pa.

- Two­ja bab­cia jest taką cie­płą oso­bą. We wsi wszy­scy ją sza­nu­ją - po­wie­dzia­ła Mi­len­ty­na, kie­dy już za­ja­da­ły się ka­szą ja­gla­ną z za­cier­ka­mi.

Niby pro­ste da­nie, a jed­nak był to ulu­bio­ny przy­smak Mar­cjan­ny. Bab­cia kie­dyś zdra­dzi­ła jej se­kret przy­rzą­dza­nia za­cie­rek. Po­ka­za­ła jej wszyst­ko krok po kro­ku. Na­sy­pa­ła do bla­sza­nej mi­secz­ki tro­chę mąki i do­la­ła wody, po­tem ule­pi­ła małe klu­secz­ki i wrzu­ci­ła je do wrząt­ku. Chwi­lę po­go­to­wa­ła i go­to­we! Mar­cjan­na nie mo­gła uwie­rzyć, że wy­star­czy tak nie­wie­le, aby przy­go­to­wać tak wspa­nia­łe da­nie!

Te­raz uśmiech­nę­ła się do ko­le­żan­ki. Cóż mia­ła po­wie­dzieć? Że do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę z tego, iż jest szczę­ścia­rą, że ma taką bab­cię?

- Jak Ka­te­ri­na czu­je się przed ślu­bem? Jest zde­ner­wo­wa­na?

- Jest bar­dzo szczę­śli­wa. Ner­wy pew­nie do­pad­ną ją dzień przed ce­re­mo­nią. Ni­g­dy nie do­ga­dy­wa­ła się z mamą. Od­kąd się­gam pa­mię­cią, za­wsze ska­ka­ły so­bie do gar­deł, dla­te­go jest te­raz za­do­wo­lo­na, że w koń­cu nie bę­dzie mu­sia­ła miesz­kać z mat­ką pod jed­nym da­chem - za­chi­cho­ta­ła Mi­len­ty­na.

- A ty? - Mar­cjan­na czuj­nie spoj­rza­ła na ko­le­żan­kę.

- Co ja?

- Nie uda­waj! Sły­sza­łam, że ty i Dmy­tro... No wiesz!

Mi­len­ty­na prze­żu­ła ka­szę i po­wo­li ski­nę­ła gło­wą.

- Do­brze sły­sza­łaś - po­wie­dzia­ła ta­jem­ni­czo.

Uwa­dze Mar­cjan­ny nie umknę­ło, że kie­dy Miła mó­wi­ła o mło­dym Wa­siej­ce, jej oczy lśni­ły ta­jem­ni­czym bla­skiem. Tak opo­wia­dać o męż­czyź­nie może tyl­ko za­ko­cha­na ko­bie­ta.

- No do­brze! Już do­brze! - W koń­cu Mi­len­ty­na nie wy­trzy­ma­ła. - Jest wspa­nia­ły. Czu­ły, opie­kuń­czy, ko­cha­ny... O ta­kim mężu za­wsze ma­rzy­łam! Nie mogę się do­cze­kać dnia, kie­dy Dmy­tro uczy­ni mnie naj­szczę­śliw­szą ko­bie­tą na świe­cie! I nic wię­cej mi nie bę­dzie po­trze­ba...

- Ale nie je­ste­ście po sło­wie? Dmy­tro nie roz­ma­wiał z two­imi ro­dzi­ca­mi?

Mar­cjan­na mia­ła wra­że­nie, jak­by w jed­nej se­kun­dzie z Mi­len­ty­ny uszło całe po­wie­trze.

- Jesz­cze nie - przy­zna­ła nie­chęt­nie. - Ale to tyl­ko kwe­stia cza­su! Nie­dłu­go Dmy­tro po­pro­si ro­dzi­ców o moją rękę. Wiesz, tak mi z nim do­brze...

- Do­brze? - Mar­cjan­na aż za­drża­ła. - W ja­kim sen­sie?

Na twa­rzy przy­ja­ciół­ki po­ja­wił się krwi­sto­czer­wo­ny ru­mie­niec.

- Miła... Czy ty z nim... no wiesz... - Ziel­czyń­ska za­kry­ła usta dło­nią. Tego się po Mi­len­ty­nie nie spo­dzie­wa­ła!

- A na co mam cze­kać? Ko­cha­my się, nie­dłu­go weź­mie­my ślub, wszyst­ko idzie we wła­ści­wym kie­run­ku!

- No nie wiem... Męż­czyź­ni są dziw­ni. Bab­cia za­wsze prze­strze­ga­ła mnie, że­bym za bar­dzo z nimi się nie spo­ufa­la­ła, bo róż­nie może być. Dziś ko­cha­ją tę, ju­tro tam­tą, a dziew­czy­na po­tem zo­sta­je sama albo, nie daj Boże, z brzu­chem.

- Dmy­tro taki nie jest! - Mi­len­ty­na się zde­ner­wo­wa­ła. - To uczci­wy męż­czy­zna! Na­wet go nie znasz, a pró­bu­jesz oce­niać! Ja przy­naj­mniej ni­ko­mu nie ro­bię krzyw­dy swo­im po­stę­po­wa­niem...

- O czym ty mó­wisz? - Mar­cjan­na zmru­ży­ła oczy.

- O ni­czym kon­kret­nym. Po pro­stu gło­śno my­ślę. - Miła wy­glą­da­ła tak, jak­by ża­ło­wa­ła wy­po­wie­dzia­nych słów.

- Na pew­no?

- Na pew­no!

Mar­cjan­na przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wa­ła się w ko­le­żan­kę. Mia­ła wra­że­nie, że nie jest z nią do koń­ca szcze­ra, ale po­sta­no­wi­ła nie drą­żyć. Sko­ro Miła nie chcia­ła mó­wić, nie zmu­si jej do tego.

- No do­bra, to te­raz mi po­wiedz, jak to jest być z męż­czy­zną? Dziw­nie? - za­py­ta­ła szep­tem.

- Dziw­nie? Nie, chy­ba nie. Może na po­cząt­ku, ale po­tem... - urwa­ła, wi­dząc minę ko­le­żan­ki. - A idź ty!

Dziew­czę­ta gło­śno się ro­ze­śmia­ły.

Roz­dział 4

zas na wsi pły­nął zu­peł­nie ina­czej niż w mieś­cie. Mar­cjan­na bu­dzi­ła się bla­dym świ­tem, a kła­dła się spać za­raz po tym, jak słoń­ce cho­wa­ło się za ho­ry­zon­tem. Po­ma­ga­ła dziad­kom w go­spo­dar­stwie. Z sa­me­go rana szła z Fe­lik­sem do obo­ry, aby opo­rzą­dzić i na­kar­mić zwie­rzę­ta. Męż­czy­zna ob­ser­wo­wał wnucz­kę z ta­jem­ni­czym wy­ra­zem twa­rzy.

- Tyś jest prze­cież na­sza - po­wie­dział pew­ne­go dnia, czym za­dzi­wił Mar­cjan­nę, bo rzad­ko zda­rza­ło się, żeby od­zy­wał się nie­py­ta­ny.

- Co masz na my­śli, dziad­ku?

Fe­liks wbił wi­dły w obor­nik i oparł się o drew­nia­ną rącz­kę.

- Two­ja mama, jak jesz­cze miesz­ka­ła z nami, na­wet nie chcia­ła wejść do obo­ry, bo się brzy­dzi­ła.

- Na­praw­dę? Prze­cież wy­cho­wa­ła się na wsi. Po­win­na być przy­zwy­cza­jo­na.

- Ją za­wsze cią­gnę­ło do mia­sta. Nie in­te­re­so­wa­ła jej pra­ca w polu. Nie po­wi­nie­nem tego mó­wić, w koń­cu to moja cór­ka, ale... Ona tro­chę się wy­wyż­sza­ła. Dzie­ci tu za nią nie prze­pa­da­ły, nie chcia­ły się z nią ba­wić, a zwie­rząt się bała. Ty je­steś inna.

Mar­cjan­na spoj­rza­ła na dziad­ka z czu­ło­ścią.

- Do­brze mi tu­taj. Ko­cham zwie­rzę­ta, kon­takt z na­tu­rą. Sama nie wiem, gdzie je­stem u sie­bie.

- A kto po­wie­dział, że nie moż­na mieć wię­cej niż jed­ne­go domu? I tu je­steś u sie­bie, i w Lu­bom­lu!

- Ale w koń­cu będę mu­sia­ła wy­brać - wtrą­ci­ła gorz­ko.

Fe­liks zno­wu sku­pił się na pra­cy, co ja­kiś czas za­no­sząc się gło­śnym kasz­lem. Mar­cjan­na zer­ka­ła na nie­go z nie­po­ko­jem. Był prze­mę­czo­ny, przy­da­ło­by mu się tro­chę od­po­czyn­ku. Ale kto na wsi mógł so­bie po­zwo­lić na taki luk­sus? Po­trze­bo­wa­li z bab­cią po­mo­cy - Mar­cjan­na była tego pew­na. Tego lata po raz pierw­szy po­my­śla­ła, że dziad­kom jest już na tam­tą stro­nę bli­żej niż da­lej. Ni­g­dy wcze­śniej się nad tym nie za­sta­na­wia­ła, ale ich sta­rość i zmę­cze­nie ostat­nio bar­dzo rzu­ca­ły jej się w oczy.

Dużo cza­su spę­dza­ła z Mi­len­ty­ną. Przy­ja­ciół­ka opo­wia­da­ła jej o tym, jak za­iskrzy­ło mię­dzy nią a Dmy­trem; z wy­pie­ka­mi na twa­rzy re­la­cjo­no­wa­ła pierw­sze czu­łe ge­sty, po­ca­łun­ki i to upra­gnio­ne "ja tebe ko­cha­ju". Mar­cjan­na mia­ła wra­że­nie, że mię­dzy nią a Miłą po­ja­wi­ła się nie­wi­dzial­na kur­ty­na, i zro­zu­mia­ła, że to wła­śnie pierw­sza mi­łość jest tym, co gru­bą kre­ską od­dzie­la dzie­ciń­stwo od do­ro­sło­ści. Nie pierw­sza mie­siącz­ka, nie świa­dec­two doj­rza­ło­ści, tyl­ko wła­śnie od­po­wie­dzial­ność, któ­rą bie­rze się za dru­gie­go czło­wie­ka, kie­dy ob­da­rza się go uczu­ciem. Mi­len­ty­na we­szła w świat do­ro­słych, Mar­cjan­na wciąż była dziec­kiem nie­zna­ją­cym sma­ku pierw­szych po­ca­łun­ków, go­ry­czy tę­sk­no­ty i ra­do­ści z obec­no­ści tej naj­waż­niej­szej oso­by.

Na po­cząt­ku po­tę­pi­ła Mi­len­ty­nę, kie­dy ta jej wy­zna­ła, że była z Dmy­trem, ale im dłu­żej wsłu­chi­wa­ła się w opo­wie­ści przy­ja­ciół­ki, tym bar­dziej jej za­zdro­ści­ła.

- Dmy­tro za­mie­rza przyjść do mo­ich ro­dzi­ców po ślu­bie Ka­te­ri­ny i po­pro­sić ich o moją rękę! - wy­zna­ła roz­e­mo­cjo­no­wa­na dziew­czy­na. - Chciał zro­bić to jak naj­szyb­ciej, ale pro­si­łam, żeby po­cze­kał kil­ka dni, bo te­raz to Ka­te­ri­na jest naj­waż­niej­sza. Ogło­si­my za­rę­czy­ny po jej ślu­bie.

Mar­cjan­na uści­ska­ła przy­ja­ciół­kę. Cie­szy­ła się jej szczę­ściem, cho­ciaż z tyłu gło­wy ode­zwał się pod­stęp­ny głos, do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją­cy głos mamy: "W two­im wie­ku już od daw­na by­łam mę­żat­ką".

- To wspa­nia­le! Gdzie za­miesz­ka­cie po ślu­bie?

- Dmy­tro chce, że­by­śmy na ra­zie za­trzy­ma­li się u jego ro­dzi­ców - po­wie­dzia­ła Mi­len­ty­na, a Mar­cjan­na wy­czu­ła, że nie jest jej to w smak. - Oni mają wię­cej miej­sca, duże pole. Oj­ciec chce prze­pi­sać na nie­go go­spo­dar­kę...

- Nie prze­pa­dasz za jego ro­dzi­ca­mi, praw­da? - do­my­śli­ła się Mar­cjan­na.

- To nie tak. Lu­bię jego tatę, ale mama... - Mi­len­ty­na gło­śno wcią­gnę­ła po­wie­trze. - Mam wra­że­nie, że nie da­rzy mnie sym­pa­tią.

- To chy­ba nor­mal­ne. Moja mama za­wsze po­wta­rza, że sy­no­wa z te­ścio­wą ni­g­dy nie doj­dą do po­ro­zu­mie­nia. Chy­ba coś w tym jest.

Wra­ca­jąc do domu, Mar­cjan­na nie mo­gła po­zbyć się wra­że­nia, że po­wo­li tra­ci przy­ja­ciół­kę. Lata bez­tro­ski od­cho­dzi­ły w nie­pa­mięć. Nie wie­rzy­ła, że kie­dy na­stęp­ne­go lata przy­je­dzie do dziad­ków, Miła na­dal bę­dzie spę­dzać z nią czas, bie­ga­jąc po po­lach i wy­ja­da­jąc łyż­ką miód ze sło­ika. Bę­dzie wte­dy mło­dą mę­żat­ką, naj­pew­niej już mat­ką. Dla Mar­cy­si w ży­ciu Mi­len­ty­ny za­brak­nie miej­sca i cza­su. Miła mo­gła so­bie opo­wia­dać, że Dmy­tro jest czu­ły i ro­man­tycz­ny, ale wy­glą­dał na męż­czy­znę, któ­ry bę­dzie trzy­mał żonę sil­ną ręką.

- Dla­cze­go je­steś smut­na, Mar­cy­siu?

Na­wet nie za­uwa­ży­ła bab­ci, któ­ra sie­dzia­ła przed do­mem na drew­nia­nej ław­ce i pod­pie­ra­jąc się la­ską, wy­grze­wa­ła się w po­po­łu­dnio­wym słoń­cu.

Mar­cjan­na usia­dła obok Jó­ze­fy i opar­ła gło­wę na jej ra­mie­niu.

- Miła nie­dłu­go wyj­dzie za mąż.

- Taka ko­lej rze­czy, dziec­ko. Nie ma się co smu­cić. Za­wsze po­wta­rzam, że lep­sze we­se­le niż po­grzeb.

- Ale ja stra­cę przy­ja­ciół­kę!

- Praw­dzi­wych przy­ja­ciół nie tra­ci się ot tak - za­pro­te­sto­wa­ła bab­cia. - Je­stem pew­na, że tak nie bę­dzie. Wa­sza przy­jaźń wy­trzy­ma­ła już wie­le prób. Spę­dza­cie ze sobą dwa mie­sią­ce w roku, po­tem ty wra­casz do domu, ona zo­sta­je tu­taj, a kie­dy znów do nas przy­jeż­dżasz, je­ste­ście do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym roz­sta­ły­ście się pra­wie rok wcze­śniej.

- Wyj­ście za mąż jest bar­dziej osta­tecz­ne niż roz­sta­nie na kil­ka mie­się­cy - upie­ra­ła się przy swo­im Mar­cjan­na.

- To tyl­ko na chwi­lę. Ona te­raz przej­dzie na tam­tą stro­nę, za­re­zer­wo­wa­ną tyl­ko dla mę­ża­tek, ale prze­cież ty nie­dłu­go do niej do­łą­czysz.

"Nie by­ła­bym tego taka pew­na", po­my­śla­ła Mar­cjan­na, ale nie po­wie­dzia­ła tego na głos. Wsta­ła z drew­nia­nej ła­wecz­ki. Jej po­stać rzu­ci­ła cień na bab­cię Jó­ze­fę.

- Chy­ba jesz­cze pój­dę do Ro­za­lii, nie wi­dzia­łam jej od kil­ku dni.

- Idź, dziec­ko, idź. Ja so­bie tu­taj po­sie­dzę.

Tym ra­zem Mar­cjan­na wy­bra­ła dłuż­szą dro­gę. Uzna­ła, że spa­cer do­brze jej zro­bi. Szła przez wieś, co ja­kiś czas za­trzy­mu­jąc się, aby za­mie­nić kil­ka słów z są­sia­da­mi. Pani Ja­siń­ska py­ta­ła, co sły­chać u Ja­ni­ny i dla­cze­go tak rzad­ko przy­jeż­dża w ro­dzin­ne stro­ny. Men­dla Be­ren­son nie mo­gła się na­dzi­wić, jaka pięk­na pan­ni­ca wy­ro­sła z tej ma­łej Mar­cy­si, a sta­ra Kow­to­niu­ko­wa, te­ścio­wa ciot­ki Teo­do­ry, wci­snę­ła jej dzie­sięć ja­jek, cho­ciaż Mar­cjan­na tłu­ma­czy­ła, że dziad­ko­wie mają prze­cież kury. Do domu cio­ci i wuj­ka do­szła moc­no zmę­czo­na i ża­ło­wa­ła, że nie ob­ra­ła jed­nak krót­szej dro­gi przez pola.

He­len­ka i Zo­sia ba­wi­ły się z psem, cią­gnąc go za ogon. Zwie­rzę naj­wy­raź­niej nie po­dzie­la­ło en­tu­zja­zmu dziew­czy­nek, bo gło­śno war­cza­ło. Ro­za­lia mia­ła ra­cję - bliź­niacz­ki były roz­piesz­czo­ne. Mar­cjan­nie żal było psa, dla­te­go zwró­ci­ła nie­sfor­nym ku­zyn­kom uwa­gę, ale te spoj­rza­ły na nią tak, jak­by psu­ła im naj­lep­szą za­ba­wę, więc mach­nę­ła tyl­ko ręką i po­szła w stro­nę domu.

Ciot­ka Teo­do­ra roz­wie­sza­ła wła­śnie pra­nie na sznur­kach roz­cią­gnię­tych mię­dzy drew­nia­nym pło­tem a sta­rą lipą.

- Dzień do­bry, cio­ciu. Po­móc ci?

Teo­do­ra naj­pierw mia­ła od­mó­wić, ale wes­tchnę­ła gło­śno i po­ki­wa­ła gło­wą.

- Je­śli mo­żesz. Ska­ra­nie bo­skie z tymi dzie­wu­cha­mi! Ro­za­lia za­wsze była taka usłu­cha­na! Pój­dzie szyb­ciej, jak zro­bi­my to we dwie.

Mar­cjan­na po­chy­li­ła się nad mi­ską i wy­ję­ła z niej bia­łe prze­ście­ra­dło.

- Są uro­cze, ale rze­czy­wi­ście tro­chę nie­grzecz­ne - ode­zwa­ła się za­cho­waw­czo.

- Tro­chę? Prze­cież to dia­bły wcie­lo­ne! - ro­ze­śmia­ła się ciot­ka. - Przy­szłaś z Ro­zal­ką?

- Nie ro­zu­miem... - Mar­cjan­na zbla­dła.

Ciot­ka Teo­do­ra odło­ży­ła ko­szu­lę noc­ną z po­wro­tem do mi­ski i opar­ła ręce na bio­drach.

- Nie było u cie­bie Ro­za­lii?

Twarz Mar­cjan­ny bły­ska­wicz­nie po­kry­ła się pur­pu­rą. Nie po­tra­fi­ła kła­mać. Nie lu­bi­ła tego ro­bić, a poza tym za­wsze mia­ła wra­że­nie, że nie umie ukry­wać emo­cji i wszyst­kie uczu­cia ma wy­pi­sa­ne na twa­rzy.

- Mu­sia­ły­śmy się mi­nąć! Wi­dzisz, ja przy­szłam do niej, ona do mnie. Nie do­ga­da­ły­śmy się.

- Nie spo­tka­łaś jej po dro­dze? - Ciot­ka zmru­ży­ła oczy.

- Nie, ale ja szłam przez wieś, a ona pew­nie po­bie­gła przez pola, to dla­te­go... Na pew­no cze­ka na mnie u bab­ci.

Teo­do­ra nie była jed­nak prze­ko­na­na.

- Nie ma jej już ze dwie go­dzi­ny.

- Szłam bar­dzo po­wo­li, bo spo­tka­łam pa­nią Ja­siń­ską, za­mie­ni­łam dwa sło­wa z pa­nią Be­ren­son i two­ja te­ścio­wa dała mi jaj­ka... - urwa­ła, wska­zu­jąc na siat­kę, któ­rą po­wie­si­ła na drew­nia­nym pło­cie.

- Mar­cy­siu, je­śli jest coś, co po­win­nam wie­dzieć o mo­jej cór­ce, po­wiedz mi to te­raz... Ona mnie okła­mu­je, ja to wiem! Mat­ka czu­je ta­kie rze­czy.

Mar­cjan­na gło­śno prze­łknę­ła śli­nę. Była o krok od pła­czu. Nie zno­si­ła ta­kich sy­tu­acji. Niech no tyl­ko spo­tka Ro­za­lię, do­pie­ro jej na­ga­da! Co ona so­bie wy­obra­ża? Dla­cze­go wplą­tu­je ją w swo­je gier­ki?

- Cio­ciu, ale ja na­praw­dę nic nie wiem. Przy­się­gam! Mu­sia­ły­śmy się mi­nąć po dro­dze - po­wtó­rzy­ła.

Teo­do­ra ob­ser­wo­wa­ła sio­strze­ni­cę przez dłuż­szą chwi­lę. Mar­cjan­na nie­mal sły­sza­ła swo­je ser­ce, któ­re chcia­ło jej się wy­rwać z pier­si. W koń­cu ciot­ka opu­ści­ła bez­rad­nie ręce i po­krę­ci­ła gło­wą.

- Do­brze. Jak spo­tkasz Ro­za­lię, prze­każ jej, że już ja so­bie z nią po­roz­ma­wiam!

- Do­koń­czyć z tobą roz­wie­sza­nie pra­nia?

- Nie, dzię­ku­ję, po­ra­dzę so­bie. Idź, pew­nie Ro­za­lia na cie­bie cze­ka i się nie­po­koi. Tyl­ko że­by­ście się znów nie roz­mi­nę­ły!

Mar­cjan­na chwy­ci­ła siat­kę z jaj­ka­mi, ski­nę­ła ciot­ce gło­wą i pu­ści­ła się bie­giem w stro­nę pól. Mia­ła złe prze­czu­cia co do Ro­za­lii. Sio­stra cio­tecz­na za­wsze naj­pierw ro­bi­ła, a do­pie­ro póź­niej za­sta­na­wia­ła się nad tym, co zro­bi­ła, więc Mar­cjan­na była prze­ko­na­na, że tym ra­zem jest po­dob­nie. Co ona mo­gła na­bro­ić?

Jesz­cze za­nim do­tar­ła do go­spo­dar­stwa dziad­ków, wie­dzia­ła, że nie za­sta­nie tam Ro­za­lii. Jó­ze­fa sie­dzia­ła z za­mknię­ty­mi ocza­mi w tym sa­mym miej­scu co wcze­śniej.

- Bab­ciu, czy była tu­taj Ro­za­lia? - za­py­ta­ła Mar­cjan­na.

Sta­rusz­ka aż się wzdry­gnę­ła, a wnucz­ce dłuż­szą chwi­lę za­ję­ło zro­zu­mie­nie, że ucię­ła so­bie drzem­kę.

- O co py­ta­łaś, Mar­cy­siu?

- Czy była tu­taj Ro­za­lia?

Jó­ze­fa zmarsz­czy­ła czo­ło.

- Ro­za­lia? Prze­cież do niej po­szłaś. Nie za­sta­łaś jej w domu?

- Nie - ucię­ła Mar­cjan­na.

- Pew­nie włó­czy się po ko­le­żan­kach. Znasz ją.

"To moż­li­we", po­my­śla­ła dziew­czy­na. "Tyl­ko dla­cze­go po­wie­dzia­ła swo­jej ma­mie, że idzie do mnie?"

- Nie­waż­ne - po­wie­dzia­ła na głos. - Lato do­pie­ro nie­daw­no się za­czę­ło, na pew­no zdą­ży­my spę­dzić ze sobą mnó­stwo cza­su.

Ślub Ka­te­ri­ny Iwa­chiw i Ta­ra­sa Sacz­ki był prze­pięk­ny. Mar­cjan­na przy­glą­da­ła się uro­czy­sto­ści z da­le­ka. Kon­ny or­szak ru­szył po pan­nę mło­dą z domu Ta­ra­sa. Przy­szły mąż Ka­te­ri­ny wraz z in­ny­mi męż­czy­zna­mi przy­je­chał po nią okry­ty ha­fto­wa­ny­mi ręcz­ni­ka­mi. Ka­te­ri­na uśmie­cha­ła się sze­ro­ko, pod­czas gdy jej oj­ciec Fe­dor Iwa­chiw ukrad­kiem ocie­rał łzy. Była jego pierw­szym dziec­kiem. Wpraw­dzie kie­dy tam­tej mroź­nej nocy do­wie­dział się, że na świat przy­szedł nie upra­gnio­ny syn, a cór­ka, po­czuł ukłu­cie żalu, ale gdy wziął ma­lut­ką na ręce, tam­to uczu­cie ode­szło w nie­pa­mięć. Na mę­skie­go po­tom­ka przy­szło mu tro­chę po­cze­kać. Rok póź­niej na świat przy­szła Mi­len­ty­na, kil­ka­na­ście mie­się­cy po niej Oksa­na, a do­pie­ro jako czwar­ty po­ja­wił się Ste­pan.

Tego dnia Fe­dor nie po­tra­fił opa­no­wać wzru­sze­nia. Wy­da­wał za mąż swo­ją pierw­szą cór­kę. Od­tąd nic nie bę­dzie już ta­kie samo. Wpraw­dzie w domu zo­sta­ła jesz­cze trój­ka, ale prze­cież za Mi­len­ty­ną wo­dził ocza­mi Dmy­tro od Wa­siej­ków, lada mo­ment i Oksa­na znaj­dzie wiel­bi­cie­la, a w cha­cie osta­nie się tyl­ko Ste­pan. "Czas sta­now­czo za szyb­ko pły­nie", my­ślał Fe­dor, ob­ser­wu­jąc cór­kę.

Za Ka­te­ri­ną sta­ła Mi­len­ty­na, któ­ra tego dnia peł­ni­ła ho­no­ry druh­ny. Trzy­ma­ła iko­nę z Je­zu­sem z otwar­tym ser­cem. Nie­zna­ny Mar­cjan­nie męż­czy­zna, druż­ba Ta­ra­sa, dzier­żył z ko­lei wi­ze­ru­nek Mat­ki Bo­skiej. Pop wy­szedł po mło­dych przed cer­kiew i zwią­zał ich ręce. Przy pre­sto­le** po­ło­żo­no ręcz­nik, a z każ­dej stro­ny roz­ło­żo­no mo­ne­ty. Mło­dzi sta­nę­li na ha­fto­wa­nym ma­te­ria­le, pa­trząc so­bie głę­bo­ko w oczy. Swat trzy­mał nad gło­wą mło­dej ko­ro­nę Mat­ki Bo­żej, dru­gi nad mło­dym - ko­ro­nę Je­zu­sa. Mu­sie­li tak trzy­mać przez pół­to­rej go­dzi­ny, bo tyle trwa­ła ce­re­mo­nia***.

** Pre­stoł - oł­tarz.

*** Opis ukra­iń­skie­go ślu­bu po­cho­dzi z książ­ki Ma­rii Fre­dro-Bo­niec­kiej Wo­łyń. Siła trau­my, W.A.B., War­sza­wa 2016.

Mar­cjan­na wró­ci­ła do dziad­ków ocza­ro­wa­na nie­sa­mo­wi­tą at­mos­fe­rą uro­czy­sto­ści, w któ­rej bra­ła udział. Bab­cia Jó­ze­fa cze­ka­ła na nią przed do­mem.

- I jak? Opo­wia­daj, bo ja już tu­taj nie mogę wy­sie­dzieć! - po­pro­si­ła wnucz­kę, uda­jąc, że nie wi­dzi, jak Fe­liks wy­krzy­wia usta w gry­ma­sie. Ni­g­dy nie ro­zu­miał, po co żo­nie szcze­gó­ły z ży­cia są­sia­dów. On wo­lał się nie in­te­re­so­wać, żeby i nim się nikt nie zaj­mo­wał. Chciał prze­żyć swo­je ży­cie god­nie i w spo­ko­ju, ni­cze­go wię­cej do szczę­ścia nie po­trze­bo­wał.

- Ach, bab­ciu! Co to był za ślub! Tak się wzru­szy­łam. Ka­te­ri­na wy­glą­da­ła na szczę­śli­wą, a Ta­ras był w nią wpa­trzo­ny jak w ob­ra­zek!

- Niech ich do­bry Bóg dzieć­mi po­bło­go­sła­wi! - Jó­ze­fa aż się prze­że­gna­ła. - Gdy­by te nogi mi tak nie do­ku­cza­ły, sama bym po­szła do cer­kwi po­mo­dlić się za szczę­śli­we mał­żeń­stwo Ka­te­ri­ny! To taka do­bra dziew­czy­na...

- Po­szła­byś po­mo­dlić się do cer­kwi? - zdu­mia­ła się Mar­cjan­na.

- A co w tym dziw­ne­go? Jak ksiądz do­bro­dziej nie dał rady nas wszyst­kich wy­spo­wia­dać przed Wiel­ka­no­cą, to my­ślisz, że do kogo nas ode­słał? Ano do ba­tiusz­ki! Prze­cież Bóg jest je­den, co to za róż­ni­ca, jak Go czci­my? - Bab­cia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Je­steś głod­na, Mar­cy­siu? Zja­dła­byś coś?

- Nie, dzię­ku­ję.

Już ru­szy­ła w stro­nę pa­sie­ki, gdzie wcze­śniej udał się dzia­dek, ale Jó­ze­fa ją za­trzy­ma­ła.

- A wi­dzisz, Mar­cy­siu, z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­łam... Ro­zal­ka cię szu­ka­ła! Po­wie­dzia­łam jej, że je­steś na ślu­bie Ka­te­ri­ny. Zdzi­wi­łam się, że ona nie po­szła, bo prze­cież Ni­ki­for i Teo­do­ra do­brze żyją z Iwa­chi­wa­mi...

Mar­cjan­na za­drża­ła i po­wo­li od­wró­ci­ła się do bab­ci. Nie wi­dzia­ła się z sio­strą cio­tecz­ną od tam­te­go pa­mięt­ne­go dnia, kie­dy mu­sia­ła tłu­ma­czyć Ro­za­lię przed ciot­ką Teo­do­rą. Ku­zyn­ka wciąż nie wy­ja­śni­ła jej, co za se­kre­ty ukry­wa przed mat­ką.

- I co ona na to?

- Źle się czu­ła - wy­ja­śni­ła Jó­ze­fa. - I rze­czy­wi­ście, była ja­kaś nie­wy­raź­na. Na moje oko to ona ma ja­kieś pro­ble­my. Wi­dać było, że pła­ka­ła, ale po­wie­dzia­ła mi, że to ka­tar. Ka­tar? W środ­ku lata? Zresz­tą obie prze­cież nie mia­ły­ście ka­ta­ru od lat, do­bre po­wie­trze tu, u nas na Wo­ły­niu, świe­ży miód, to cze­mu mia­ły­byś­cie cho­ro­wać?

- Gdzie ona te­raz jest? - prze­rwa­ła bab­ci Mar­cjan­na.

Jó­ze­fa za­mru­ga­ła, jak­by nie do koń­ca wie­dzia­ła, o czym mówi wnucz­ka.

- Ale kto? Ro­za­lia? A skąd mam wie­dzieć? Przy­szła i za­raz ucie­kła, jak­by się pa­li­ło. Na­wet nie chcia­ła nic zjeść!

Mar­cjan­na po­sta­no­wi­ła od razu roz­mó­wić się z ku­zyn­ką. Nie chcia­ła dłu­żej cze­kać. Po­ma­cha­ła tyl­ko bab­ci i szyb­kim kro­kiem uda­ła się w kie­run­ku pól. Dom Kow­to­niu­ków był pu­sty. Przy­pusz­cza­ła, że ciot­ka, wuj i dziew­czyn­ki nie wró­ci­li jesz­cze z uro­czy­sto­ści za­ślu­bin Ka­te­ri­ny i Ta­ra­sa. Ale gdzie mo­gła być Ro­za­lia, sko­ro nie do­tar­ła na ślub?

Przy­cho­dzi­ło jej na myśl tyl­ko jed­no miej­sce. Kwa­drans póź­niej była nad sta­wem. Nie po­my­li­ła się. Na brze­gu sie­dzia­ła Ro­za­lia z pod­ku­lo­ny­mi no­ga­mi i gło­wą opar­tą o ko­la­na. Nie za­uwa­ży­ła Mar­cjan­ny, ale mu­sia­ła wy­czuć jej obec­ność, bo pod­nio­sła wzrok i ro­zej­rza­ła się wo­kół. Kie­dy spo­strze­gła ku­zyn­kę, od­ru­cho­wo wy­tar­ła twarz i po­pra­wi­ła wło­sy. Mar­cjan­na usia­dła obok niej. Sły­chać było tyl­ko cy­ka­nie świersz­czy. Ro­za­lia od­dy­cha­ła szyb­ko, wciąż uni­ka­jąc wzro­ku cio­tecz­nej sio­stry.

- Bab­cia mi mó­wi­ła, że mnie szu­ka­łaś - prze­rwa­ła ci­szę Mar­cjan­na.

- Jak było na ślu­bie?

- O tym chcia­łaś ze mną po­roz­ma­wiać? - Mar­cy­sia unio­sła wy­so­ko brwi.

- A kto po­wie­dział, że chcia­łam po­roz­ma­wiać? - żach­nę­ła się Ro­za­lia.

Znów tyl­ko cy­ka­nie świersz­czy. Mar­cjan­na nie po­zna­wa­ła Ro­zal­ki. Ni­g­dy wcze­śniej taka nie była - za­czep­na, nie­mi­ła, ner­wo­wa.

- Co się dzie­je? Tyl­ko nie pró­buj mi wma­wiać, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Zmie­ni­łaś się, Ro­za­lio - oświad­czy­ła z peł­nym prze­ko­na­niem. - Ni­g­dy mnie nie okła­ma­łaś, a tego lata zro­bi­łaś to już kil­ka­krot­nie.

- Nie okła­ma­łam cię, daj mi spo­kój!

Mar­cjan­na wsta­ła i otrze­pa­ła su­kien­kę.

- W po­rząd­ku. Gdy­byś jed­nak ze­chcia­ła ze mną po­roz­ma­wiać, wiesz, gdzie mnie szu­kać.

Zro­bi­ła le­d­wie kil­ka kro­ków, kie­dy Ro­za­lia po­wie­dzia­ła:

- Prze­pra­szam. Masz ra­cję, okła­ma­łam cię, ale nie mo­głam ci po­wie­dzieć praw­dy, bo da­łam sło­wo.

Mar­cjan­na ski­nę­ła gło­wą i po­now­nie usia­dła obok ku­zyn­ki.

- Komu?

- Nie mogę... - Ro­za­lia przy­gry­zła dol­ną war­gę. - To ta­kie trud­ne! Wiem, że nie zro­bi­łam nic złe­go, bo prze­cież mi­łość nie może być zła, ale z dru­giej stro­ny...

- Cze­kaj, cze­kaj. - Mar­cjan­na po­wstrzy­ma­ła ją ge­stem. - Po­wie­dzia­łaś, że mi­łość nie może być zła? O czym ty mó­wisz? Za­ko­cha­łaś się?

Dziew­czy­na ze wsty­dem spu­ści­ła gło­wę.

- To już nie­waż­ne, bo on i tak mnie nie chce. Zre­zy­gno­wał ze mnie, a naj­pierw... - za­nio­sła się pła­czem.

- Ktoś cię wy­ko­rzy­stał? - do­my­śli­ła się Mar­cjan­na. - Ro­za­lio, po­win­naś o tym po­wie­dzieć ro­dzi­com! I to jak naj­szyb­ciej.

Ku­zyn­ka po­sła­ła jej wście­kłe spoj­rze­nie.

- Zwa­rio­wa­łaś? Oj­ciec by mnie wy­klął! Nie, to nie wcho­dzi w grę... Mu­szę o nim za­po­mnieć, mu­szę żyć da­lej, ale jak? - Bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce.

Mar­cjan­na nic z tego nie ro­zu­mia­ła. Nie po­pie­ra­ła tego, co zro­bi­ła ku­zyn­ka, ale nie to było te­raz naj­waż­niej­sze. Trze­ba było za­pew­nić Ro­za­lii wspar­cie, żeby nie daj Boże so­bie cze­goś nie zro­bi­ła! Ob­ję­ła ją ra­mie­niem i de­li­kat­nie po­gła­ska­ła po gło­wie.

- Wszyst­ko się uło­ży, zo­ba­czysz. Za­po­mnisz o nim...

- Kie­dy ja wca­le nie chcę o nim za­po­mnieć! Nie pra­gnę ni­cze­go in­ne­go, tyl­ko tego, żeby ze mną był, żeby znów mnie ko­chał do utra­ty tchu... - Ro­za­lia scho­wa­ła twarz w dło­niach.

- Kto to jest?

- Nie mogę ci po­wie­dzieć! Ni­g­dy! Wy­bacz, Mar­cy­siu, ale nie mogę. Nie chcę, nie po­tra­fię... Ko­cham go i nie chcę, żeby cier­piał.

Mar­cjan­na prze­ra­zi­ła się nie na żar­ty.

- Je­zus Ma­ria, Ro­za­lio, o czym ty mó­wisz?! Nie chcesz, żeby cier­piał? Dla­cze­go miał­by cier­pieć? Nic z tego nie ro­zu­miem! Te­raz to mnie do­pie­ro na­stra­szy­łaś!

Ro­za­lia przez dłuż­szą chwi­lę nic nie mó­wi­ła, tyl­ko ci­cho pła­ka­ła. Na­wet świerszcz ucichł. Gdzieś w od­da­li ba­wi­ły się dzie­ci, ale i one za­cho­wy­wa­ły się ci­szej, jak­by wie­dzia­ły, że po­grą­żo­nej w roz­pa­czy za­ko­cha­nej ko­bie­cie nie moż­na prze­szka­dzać.

- Nie mów o ni­czym mo­jej ma­mie, do­brze?

- Oczy­wi­ście, że o ni­czym jej nie po­wiem, to są two­je spra­wy, tyl­ko... - Mar­cjan­na się za­wa­ha­ła. - Mam do cie­bie proś­bę. Na­stęp­nym ra­zem nie zmu­szaj mnie do kłam­stwa. Wiesz, jak się czu­łam, kie­dy ostat­nio przy­szłam do cie­bie, a ciot­ka zdzi­wi­ła się na mój wi­dok, bo po­wie­dzia­łaś jej, że idziesz do mnie?

- A co mia­łam po­wie­dzieć? Mat­ka już daw­no za­czę­ła coś po­dej­rze­wać, a ja nie mo­głam po­wie­dzieć jej praw­dy. Wy­rzu­ci­li­by mnie z oj­cem z domu!

- Prze­sa­dzasz! Nie ty pierw­sza i nie ostat­nia, w koń­cu by im prze­szło. Naj­waż­niej­sze, że... no wiesz... - Mar­cjan­na na­gle urwa­ła, gdyż wy­da­wa­ło jej się, że zro­zu­mia­ła, dla­cze­go ku­zyn­ka tak roz­pa­cza. - Czy ty je­steś w cią­ży? Spo­dzie­wasz się dziec­ka, tak? To o to cho­dzi?

Ro­za­lia po­pu­ka­ła się wy­mow­nie w czo­ło.

- Tyl­ko dziec­ka mi bra­ku­je! Nie, głu­pia, nie je­stem w cią­ży, tyl­ko...

- Tyl­ko?

- Mar­cy­siu, ty nie masz po­ję­cia, co ja zro­bi­łam! - Ku­zyn­ka znów za­nio­sła się gło­śnym pła­czem.

Mar­cjan­na po­czu­ła, że wło­sy zje­ży­ły jej się na kar­ku. Co ta­kie­go zro­bi­ła Ro­za­lia?

Roz­dział 5

ar­cjan­na mia­ła wra­że­nie, jak­by do­pie­ro wczo­raj wje­cha­ła z dziad­kiem do wsi zde­ze­lo­wa­ną fur­man­ką, a tym­cza­sem przy­szła już pora żniw. Fe­liks za­trud­nił kil­ku Ukra­iń­ców, bo sam nie dał­by rady ob­ro­bić ca­łe­go pola, mimo że miał no­wo­cze­sną żni­wiar­kę za­przę­żo­ną w czte­ry ko­nie. Wnucz­ka po­ma­ga­ła mu, ile mo­gła, ale w koń­cu mu­sia­ła przy­znać, że cięż­ka pra­ca fi­zycz­na nie jest dla niej i po dwóch, trzech go­dzi­nach czu­ła się wy­czer­pa­na.

- Przy­je­cha­łaś tu­taj od­po­cząć, a nie na ro­bo­tę - upo­mi­na­ła ją bab­cia.

- Wiem, bab­ciu, ale kie­dy nic nie ro­bię, czu­ję się bez­u­ży­tecz­na. Nie lu­bię sie­dzieć w miej­scu - za­pro­te­sto­wa­ła Mar­cjan­na.

Sta­rusz­ka gło­śno wes­tchnę­ła.

- Ro­bo­tę w polu zo­staw chło­pom. Je­śli ko­niecz­nie chcesz po­móc, mo­żesz się przy­dać przy ce­ro­wa­niu.

Mar­cjan­na chęt­nie się zgo­dzi­ła. Praw­dę mó­wiąc, po­ma­ga­ła przy żni­wach nie tyl­ko dla­te­go, że chcia­ła się czuć po­trzeb­na. Nie mia­ła nic in­ne­go do ro­bo­ty. Mi­len­ty­na więk­szość cza­su spę­dza­ła z Dmy­trem, pla­nu­jąc ślub i snu­jąc ma­rze­nia o przy­szło­ści, bo za­rę­czy­ny zo­sta­ły już ofi­cjal­nie ogło­szo­ne. Była jesz­cze Ro­za­lia, ale i ona gdzieś zni­ka­ła na całe dnie. Mar­cjan­na przy­pusz­cza­ła, że sio­stra cio­tecz­na naj­praw­do­po­dob­niej po­go­dzi­ła się ze swo­im uko­cha­nym, kim­kol­wiek on był.

Nie po­do­ba­ło jej się to. Po co te wszyst­kie ta­jem­ni­ce? Gdy­by tam­ten męż­czy­zna miał wo­bec Ro­za­lii uczci­we za­mia­ry, nie wy­ma­gał­by od niej, żeby się ukry­wa­li. Mar­cjan­na naj­chęt­niej opo­wie­dzia­ła­by o ca­łej spra­wie bab­ci. Jó­ze­fa była do­świad­czo­na i zna­ła ży­cie, na pew­no wie­dzia­ła­by, jak na­le­ży po­stą­pić, ale prze­cież obie­ca­ła ku­zyn­ce, że nie pi­śnie ani sło­wa...

- Gdzie błą­dzisz, Mar­cy­siu? - Z za­my­śle­nia wy­rwał ją głos bab­ci.

Jó­ze­fa wpraw­nie ce­ro­wa­ła sta­rą ko­szu­lę. Jej sa­mej nie szło tak do­brze.

- Je­steś ja­kaś za­my­ślo­na. Wi­dzę, że coś cię tra­pi - kon­ty­nu­owa­ła bab­cia. - Ktoś ci coś przy­kre­go po­wie­dział? Zro­bił krzyw­dę? Po­wiedz no mi, a ja wszyst­ko za­ła­twię!

Mar­cjan­na za­prze­czy­ła ru­chem gło­wy.

- Nikt mnie nie skrzyw­dził, nie mu­sisz się mar­twić. Po pro­stu... - Zmarsz­czy­ła czo­ło. - Po pro­stu ktoś po­wie­rzył mi ta­jem­ni­cę, któ­rej cię­żar za­czy­na mnie prze­ra­stać. Ale to prze­cież se­kret, więc nic nie mogę z tym zro­bić.

Bab­cia prze­rwa­ła ce­ro­wa­nie i za­nie­po­ko­jo­na spoj­rza­ła na wnucz­kę.

- Cza­sem dla do­bra spra­wy le­piej zła­mać sło­wo, zwłasz­cza je­śli wiesz, że ko­muś dzie­je się krzyw­da. Niby mó­wią, że sło­wo ho­no­ru to rzecz świę­ta, ale sko­ro aż tak ci cią­ży, że za­miast być tu i te­raz, błą­dzisz my­śla­mi gdzieś da­le­ko i za­mar­twiasz się dnia­mi i no­ca­mi, to może jed­nak le­piej po­pro­sić o po­moc?

- To chy­ba nie jest naj­lep­szy po­mysł - bąk­nę­ła Mar­cjan­na, koń­cząc tym sa­mym dys­ku­sję.

Jó­ze­fa, o dzi­wo, nie drą­ży­ła, tyl­ko za­czę­ła uważ­niej ob­ser­wo­wać wnucz­kę. In­tu­icja za­zwy­czaj pod­po­wia­da­ła jej, co ro­bić, tym ra­zem jed­nak ją za­wio­dła. Przez ko­lej­ne dni ob­ser­wo­wa­ła Mar­cjan­nę, ale nie wy­snu­ła żad­nych wnio­sków. Cóż, wy­glą­da­ło na to, że bę­dzie mu­sia­ła za­po­mnieć o ca­łej spra­wie. Mar­cjan­na była do­ro­sła, co nie­ustan­nie wpra­wia­ło bab­cię w zdu­mie­nie. Nie­mal każ­de­go dnia ła­pa­ła się na my­śli, że jej wnucz­ki nie są już dzieć­mi. Nie po­tra­fi­ła się do tego przy­zwy­cza­ić. Ba! Nie przy­ję­ła jesz­cze do wia­do­moś­ci tego, że jej cór­ki są doj­rza­ły­mi ko­bie­ta­mi, a tu na­stęp­ne po­ko­le­nie zdą­ży­ło do­ro­snąć.

Żni­wa zbli­ża­ły się ku koń­co­wi. Na wsi ży­cie to­czy­ło się ina­czej niż w mie­ście. Nie wy­zna­cza­ły go ko­lej­ne mie­sią­ce i zmie­nia­ją­ce się pory roku, a pra­ce, któ­re trze­ba było prze­pro­wa­dzić w polu. Upły­wa­ją­cy czas wy­zna­cza­ły okre­sy orki, bro­no­wa­nia, sie­wu, żniw, zbio­rów i ko­lej­nych za­sie­wów. Po skoń­cze­niu zbio­rów Ukra­iń­cy szli przez pola i śpie­wa­li Pe­trów­kę. W koń­cu moż­na było ode­tchnąć przed ko­lej­ny­mi pra­ca­mi, któ­re mia­ły się roz­po­cząć je­sie­nią.

Jó­ze­fa i Fe­liks sie­dzie­li na fur­man­ce, cze­ka­jąc tyl­ko na Mar­cjan­nę, któ­ra nie po­tra­fi­ła się zde­cy­do­wać, któ­rą su­kien­kę po­win­na za­ło­żyć. Kie­dy usły­sza­ła nie­cier­pli­we na­wo­ły­wa­nia bab­ci, mach­nę­ła ręką i zła­pa­ła pierw­szą z brze­gu, któ­ra wi­sia­ła w sza­fie.

Było ro­dzin­ną tra­dy­cją, że na za­koń­cze­nie żniw Teo­do­ra i Ni­ki­for za­pra­sza­li do sie­bie całą ro­dzi­nę. Tego dnia mie­li ich od­wie­dzić nie tyl­ko ro­dzi­ce pani domu, ale też sta­ra Iri­na Kow­to­niu­ko­wa, mat­ka go­spo­da­rza. Po śmier­ci męża zo­sta­ła w ogrom­nym do­mo­stwie zu­peł­nie sama. Jej licz­ne dzie­ci wciąż ją na­ma­wia­ły, żeby wpro­wa­dzi­ła się do któ­re­goś z nich, ale nie chcia­ła o tym sły­szeć.

- Tu­taj się uro­dzi­łam i tu­taj umrę - mó­wi­ła.

Kie­dy Mar­cjan­na była mała, prze­raź­li­wie bała się Iri­ny. Ogrom­na bro­daw­ka na jej czo­le przy­po­mi­na­ła o tych wszyst­kich baj­kach o cza­row­ni­cach, któ­re mama opo­wia­da­ła jej przed snem. Poza tym Iri­na mia­ła bar­dzo ni­ski głos. Czę­sto bra­no ją za męż­czy­znę, co do­dat­ko­wo po­tę­go­wa­ło lęk, któ­ry Mar­cjan­na od­czu­wa­ła przed bab­cią ku­zyn­ki. Mała Mar­cy­sia już daw­no prze­sta­ła być dziec­kiem, a jed­nak wciąż czu­ła się nie­swo­jo przy Iri­nie, mimo że ta była bar­dzo sym­pa­tycz­ną ko­bie­tą.

Pierw­sze, co po przy­by­ciu do domu Kow­to­niu­ków usły­sza­ła Mar­cjan­na, to głos ciot­ki Teo­do­ry na­wo­łu­ją­cy Ro­za­lię.

- Wy­chodź! Za­raz będą go­ście! Prze­stań się tak za­cho­wy­wać!

- Nie chcę ni­ko­go wi­dzieć, daj mi spo­kój!

Teo­do­ra zro­bi­ła do­brą minę do złej gry, kie­dy się zo­rien­to­wa­ła, że Jó­ze­fa, Fe­liks i Mar­cjan­na sto­ją w kuch­ni, za­sta­na­wia­jąc się, co ro­bić.

- Je­ste­ście już! - Ciot­ka uśmiech­nę­ła się nie­pew­nie. - Wchodź­cie, wchodź­cie, cze­ka­my jesz­cze tyl­ko na mat­kę Ni­ki­fo­ra i za­raz za­czy­na­my... Mamy tu­taj mały pro­blem, ale za­raz go roz­wią­że­my. Ro­za­lia wpa­dła w ja­kąś hi­ste­rię, kom­plet­nie nie wiem, co w tę dzie­wu­chę wstą­pi­ło! Wy­chodź, sły­szysz?! - wy­krzy­cza­ła ostat­nie sło­wa.

Ni­ki­for wszedł do sie­ni z wście­kło­ścią wy­pi­sa­ną na twa­rzy.

- Co tu się dzie­je?! Go­ście przy­szli, a wy drze­cie się wnie­bo­gło­sy!

- Ro­za­lia nie chce wyjść ze swo­je­go po­ko­ju - oświad­czy­ła Teo­do­ra.

- Jak to: nie chce wyjść ze swo­je­go po­ko­ju? A ty co, nie umiesz so­bie z cór­ką po­ra­dzić? - Za­ci­snął pię­ści. - Ja jej po­ka­żę! Daw­no po­rząd­ne­go la­nia nie do­sta­ła! Wy­chodź, bo po­ża­łu­jesz, zo­ba­czysz! Ta­kie baty do­sta­niesz, że przez ty­dzień na du­pie nie sią­dziesz!

Mar­cjan­na naj­chęt­niej wy­szła­by na ze­wnątrz, ale bab­cia i dzia­dek ani drgnę­li, więc i ona sta­ła, cze­ka­jąc na roz­wój sy­tu­acji. Nie chcia­ła być świad­kiem tej kłót­ni. Zna­ła wuja Ni­ki­fo­ra i wie­dzia­ła, że bywa po­ryw­czy, więc mo­gła tyl­ko mieć na­dzie­ję, że i Ro­za­lia jest tego świa­do­ma, opa­mię­ta się i za­raz wyj­dzie do go­ści. Nie po­my­li­ła się. Po chwi­li drzwi sy­pial­ni otwo­rzy­ły się i po­ja­wi­ła się w nich za­pła­ka­na twarz ku­zyn­ki.

- Czło­wiek nie może mieć ani odro­bi­ny pry­wat­no­ści - mruk­nę­ła, prze­cie­ra­jąc oczy.

- Go­ście przy­szli, a to­bie głu­po­ty w gło­wie! - de­ner­wo­wał się Ni­ki­for. - Dla­cze­go pła­ka­łaś? Mo­żesz mi wy­tłu­ma­czyć, co to za dąsy?

Ro­za­lia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­sła­ła bła­gal­ne spoj­rze­nie Mar­cjan­nie, któ­ra w mig zro­zu­mia­ła, o co cho­dzi, i za­czę­ła traj­ko­tać o li­ście, któ­ry przy­szedł dziś od mat­ki, żeby od­wró­cić uwa­gę wszyst­kich od ku­zyn­ki.

- An­tek miał wy­pa­dek pod­czas jaz­dy kon­nej, ale na szczę­ście nic po­waż­ne­go mu się nie sta­ło. Tro­chę się po­obi­jał, ale do­brze się czu­je, do­cho­dzi do sie­bie w domu - re­la­cjo­no­wa­ła.

- Bied­na Ja­ni­na, pew­nie prze­ży­ła chwi­le gro­zy - wtrą­ci­ła ciot­ka Teo­do­ra, a za jej ple­ca­mi Ro­za­lia gło­śno ode­tchnę­ła z ulgą.

Tyl­ko Ni­ki­for nie dał się prze­chy­trzyć i kie­dy nikt nie pa­trzył, po­gro­ził cór­ce pal­cem.

Po chwi­li w domu po­ja­wi­ła się Iri­na i cała ro­dzi­na roz­po­czę­ła świę­to­wa­nie. Kie­dy star­si za­ję­li się roz­mo­wą, Mar­cjan­na prze­su­nę­ła się w stro­nę Ro­za­lii i wy­szep­ta­ła jej pro­sto do ucha:

- Znów cię skrzyw­dził?

Ro­za­lia po­sła­ła jej obu­rzo­ne spoj­rze­nie, któ­re su­ge­ro­wa­ło, że to nie czas i miej­sce na tego typu dys­ku­sje.

Jó­ze­fa i Iri­na wła­śnie de­ba­to­wa­ły na te­mat jed­nej z miesz­ka­nek wsi, któ­rą zna­chor­ka wy­le­czy­ła z prze­wle­kłe­go kasz­lu, kie­dy roz­le­gło się gło­śne pu­ka­nie do drzwi. Bie­siad­ni­cy spoj­rze­li po so­bie skon­fun­do­wa­ni, jak­by chcie­li za­py­tać po­zo­sta­łych, czy się ko­goś spo­dzie­wa­ją.

- A kogo to li­cho nie­sie? - Teo­do­ra wsta­ła od sto­łu i po­de­szła do okna. - To Ja­ry­na Hir­ska!

Mar­cjan­na mo­gła­by przy­siąc, że z twa­rzy Ro­za­lii od­pły­nę­ły wszyst­kie ko­lo­ry, kie­dy usły­sza­ła to na­zwi­sko. Ale dla­cze­go? Co ta­kie­go zro­bi­ła jej Ukra­in­ka z dru­gie­go koń­ca wsi? Kow­to­niu­ko­wie i Ol­sza­ko­wie za­wsze do­brze żyli z Hir­ski­mi. Zresz­tą nie tyl­ko z nimi. Ży­cie w wio­sce pły­nę­ło spo­koj­nie, bez żad­nych po­waż­niej­szych wa­śni.

- Ja­ry­na? - zdzi­wił się Ni­ki­for. - Idę spraw­dzić, co się dzie­je, bo wali w drzwi, jak­by się pa­li­ło!

Ro­za­lia za­sty­gła w bez­ru­chu. Mar­cjan­na wpa­try­wa­ła się w ku­zyn­kę z pew­ną fa­scy­na­cją. Czy ona w ogó­le od­dy­cha? Ani drgnie! Coś ta­kie­go!

De­li­kat­nie szturch­nę­ła Ro­za­lię, ale tam­ta wciąż wy­glą­da­ła, jak­by zo­ba­czy­ła, a ra­czej usły­sza­ła du­cha.

Tym­cza­sem Ni­ki­for znik­nął w sie­ni, skąd po krót­kiej chwi­li za­czę­ły do­bie­gać pod­nie­sio­ne gło­sy. Wy­glą­da­ło na to, że go­spo­darz kłó­ci się z Hir­ską. Tam­ta była co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wa­na. Po chwi­li wtar­gnę­ła do kuch­ni i omio­tła spoj­rze­niem ze­bra­nych przy sto­le. Peł­ne nie­na­wi­ści spoj­rze­nie za­trzy­ma­ła na Ro­za­lii.

- Co to wszyst­ko ma zna­czyć? - Wście­kły Ni­ki­for pod­szedł do Ja­ry­ny i zła­pał ją za rękę, ale ta szyb­ko ją wy­szar­pa­ła.

- Przy­szłam ci po­wie­dzieć, jaką la­dacz­ni­cę wy­cho­wa­łeś, ale wi­dzę, że za­sta­łam przy sto­le całą ro­dzi­nę. I do­brze! Niech się wszy­scy do­wie­dzą, co to za dia­bel­skie na­sie­nie!

- Ja­ry­na! - Teo­do­ra wsta­ła z im­pe­tem, a krze­sło, na któ­rym sie­dzia­ła, się prze­wró­ci­ło. - Co ty so­bie wy­obra­żasz? Że wpad­niesz do na­sze­go domu i bę­dziesz nas ob­ra­żać?

Mar­cjan­na nie sły­sza­ła tych wszyst­kich krzy­ków, nie wi­dzia­ła obu­rzo­nych spoj­rzeń ci­ska­nych przez bab­cię, dziad­ka i Iri­nę w stro­nę wa­riat­ki, któ­ra wtar­gnę­ła do cu­dze­go domu i za­czę­ła wrzesz­czeć. Była skon­cen­tro­wa­na na dwóch twa­rzach: Ro­za­lii i Ja­ry­ny. Wie­dzia­ła. Wie­dzia­ła, za­nim Hir­ska zdą­ży­ła się ode­zwać i ob­wie­ścić praw­dę ca­łe­mu świa­tu. Wszyst­ko na­gle sta­ło się ja­sne. Dla­cze­go wcze­śniej się nie do­my­śli­ła? Prze­cież to oczy­wi­ste!

- A co so­bie wy­obra­ża­ła ta mała wy­wło­ka, kie­dy uwo­dzi­ła mo­je­go męża?

Za­pa­dła ci­sza. Teo­do­ra po­czu­ła się, jak­by do­sta­ła w twarz. Pró­bo­wa­ła opaść na krze­sło, ale ono le­ża­ło gdzieś prze­wró­co­ne, dla­te­go tyl­ko opar­ła dło­nie o stół.

- Czy to praw­da? - wy­ją­ka­ła, pa­trząc na cór­kę, ale wca­le nie po­trze­bo­wa­ła od­po­wie­dzi.

Teo­do­ra, tak jak i Mar­cjan­na, zro­zu­mia­ła wszyst­ko w jed­nej krót­kiej chwi­li. Tyl­ko Ni­ki­for, któ­ry z uwa­gi na płeć cier­piał na nie­umie­jęt­ność czy­ta­nia mię­dzy wier­sza­mi i łą­cze­nia pew­nych fak­tów, wciąż wpa­try­wał się w Ja­ry­nę, jak­by osza­la­ła.

- O czym ty mó­wisz? Kto uwiódł two­je­go męża? I co ja mam z tym wszyst­kim wspól­ne­go?

- Czy ty na­praw­dę je­steś taki głu­pi, czy tyl­ko tak wy­glą­dasz? - Hir­ska ude­rzy­ła pię­ścią w stół. - Ro­za­lia uży­ła swo­ich cza­rów, żeby usi­dlić mo­je­go Usty­ma! Bied­ny chłop, uwzię­ła się na nie­go ta mała cza­row­ni­ca i nie od­pu­ści­ła, do­pó­ki nie osią­gnę­ła celu!

- A on na pew­no bar­dzo się opie­rał - prych­nę­ła Jó­ze­fa, na co Iri­na wy­buch­nę­ła nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem.

- Cze­go się cie­szy­cie, głu­pie baby? - unio­sła się Ja­ry­na. - Po­win­ny­ście się wsty­dzić za taką la­ta­wi­cę!

Mar­cjan­na po­czu­ła we­wnętrz­ny bunt, kie­dy zo­ba­czy­ła, jak oczy Ro­za­lii wy­peł­nia­ją się łza­mi. Po­stą­pi­ła nie­wła­ści­wie, ale czy za­słu­ży­ła so­bie na ta­kie upo­ko­rze­nie?

Tym­cza­sem Jó­ze­fa wsta­ła, a Iri­na szyb­ko po­szła jej śla­dem. Wy­pię­ły pier­si, da­jąc tym sa­mym od­czuć Ja­ry­nie, że nie po­zwo­lą zro­bić krzyw­dy wnucz­ce. Tym­cza­sem Ni­ki­for pró­bo­wał zła­pać spoj­rze­nie Ro­za­lii, ale ta za nic w świe­cie nie chcia­ła po­pa­trzeć w jego stro­nę.

- Ro­zal­ko, o czym ona mówi? Co się sta­ło? Po­wiedz...

- To wszyst­ko nie tak! - Ro­za­lia scho­wa­ła twarz w dło­niach.

Teo­do­ra po­wo­li od­zy­ski­wa­ła wła­dzę nad cia­łem, ale jej mat­ka i te­ścio­wa dzia­ła­ły o wie­le szyb­ciej.

- Jak śmiesz wpa­dać do cha­ty Ni­ki­fo­ra i wy­krzy­ki­wać oszczer­stwa pod ad­re­sem jego cór­ki? Wsty­du nie masz! Cała wieś plot­ku­je o ro­man­sach two­je­go męża, nie sły­szysz tego? Wi­dzisz tyl­ko to, co chcesz zo­ba­czyć! - po­wie­dzia­ła Jó­ze­fa.

Ro­za­lia ner­wo­wo za­mru­ga­ła, jak­by nie mo­gła uwie­rzyć w to, że bab­cia sta­nę­ła w jej obro­nie.

- Chło­pem się zaj­mij, a od na­szej wnucz­ki wara! - za­wtó­ro­wa­ła Iri­na.

Ja­ry­na naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wa­ła się ta­kie­go ob­ro­tu spraw.

- Wsty­du nie ma­cie! Wy­wło­ka gzi się na sia­nie z ob­cy­mi chło­pa­mi, a wy jej bro­ni­cie! A ty - spoj­rza­ła na Ro­za­lię - po­pa­mię­tasz mnie, je­śli jesz­cze raz zbli­żysz się do Usty­ma! Oczy ci wy­dra­pię, za ku­dły wy­tar­gam, nie da­ru­ję!

Ni­ki­for nie wy­trzy­mał: zde­cy­do­wa­nym ru­chem zła­pał Hir­ską za ra­mię i wy­pro­wa­dził z domu. Jej krzy­ki było sły­chać jesz­cze sprzed cha­ty. Po chwi­li uci­chły, a on wró­cił do kuch­ni, gdzie pa­no­wa­ła ci­sza. Mil­cza­ły na­wet He­len­ka i Zo­sia, ro­zu­mie­jąc po­wa­gę chwi­li. Kow­to­niuk bez sło­wa po­szedł do mał­żeń­skiej sy­pial­ni i chwy­cił za pas. Po chwi­li był z po­wro­tem w kuch­ni. Ro­za­lia na wi­dok ojca ze skó­rza­nym pa­sem aż krzyk­nę­ła i wsta­ła od sto­łu.

- Już ja ci wy­bi­ję żo­na­tych chło­pów z gło­wy! - za­grzmiał Ni­ki­for. - Taki wstyd przed całą wsią, taki wstyd! Masz szczę­ście, że tu cho­dzi o Usty­ma, ina­czej ju­tro cała Wola i całe Ostrów­ki plot­ko­wa­ły­by o to­bie i two­im ko­chan­ku, tfu! - Splu­nął na pod­ło­gę. - Hir­ska to naj­więk­sza plot­ka­ra, ale że Ustym to jej mąż, sło­wem się nie ode­zwie.

Kie­dy Ro­za­lia za­czę­ła ucie­kać przed oj­cem wo­kół sto­łu, żad­na z ko­biet nie ode­zwa­ła się ani sło­wem. Wie­dzia­ły, że je­śli oj­ciec chce zlać cór­kę pa­sem, nie ma żad­nej siły, któ­ra mo­gła­by go przed tym po­wstrzy­mać. Co in­ne­go obro­nić Ro­za­lię przed Ja­ry­mą, a co in­ne­go przed oj­cem. Jó­ze­fa w koń­cu jed­nak nie wy­trzy­ma­ła.

- Ni­ki­for, daj dziew­czy­nie spo­kój, wy­star­cza­ją­co się wsty­du naja­dła...

- Tato, ty nie ro­zu­miesz, ja go ko­cham! - łka­ła Ro­za­lia.

- Nic tak nie le­czy z mi­ło­ści, jak la­nie - fuk­nął Ni­ki­for.

- Coś ty na­ro­bi­ła, dzie­wu­cho, coś ty na­ro­bi­ła? - Teo­do­ra krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. - Nie tak cię wy­cho­wa­łam, nie tak!

- Mamo, po­wiedz coś ojcu! Mamo! - bła­ga­ła Ro­za­lia.

Ciot­ka tup­nę­ła nogą.

- Ni­ki­for, dość, nie przy go­ściach.

Kow­to­niuk za­trzy­mał się kil­ka kro­ków przed trzę­są­cą się ze stra­chu cór­ką. Za­mach­nął się, ale w ostat­niej chwi­li opu­ścił bez­rad­nie rękę.

- Ko­niec bie­sia­do­wa­nia, wszy­scy do do­mów - oznaj­mił.

Mar­cjan­nie nie trze­ba było tego dwa razy po­wta­rzać. Żal jej było Ro­za­lii, ale cała sce­na wy­wo­ła­ła w niej taki lęk, że nie ma­rzy­ła już o ni­czym in­nym, jak tyl­ko o tym, żeby wyjść na ze­wnątrz i ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem. Sy­tu­acje stre­so­we ją pa­ra­li­żo­wa­ły. Po­dzi­wia­ła wszyst­kich tych, któ­rzy pod wpły­wem ad­re­na­li­ny po­tra­fi­li dzia­łać. Ona sta­ła jak słup soli i li­czy­ła na to, że ktoś wy­ba­wi ją z opre­sji.

Wy­bie­gła z domu ciot­ki i wuja, za­nim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać. Zbli­ża­ła się je­sień, noc była chłod­na, a nie za­bra­ła z domu swe­tra, któ­rym mo­gła­by okryć ra­mio­na. Kie­dy do­łą­czy­li do niej Jó­ze­fa, Iri­na i Fe­liks, trzę­sła się z zim­na.

- Co te­raz bę­dzie z Ro­zal­ką? - za­py­ta­ła, po­cie­ra­jąc przed­ra­mio­na dłoń­mi.

- A co ma być? - Jó­ze­fa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Do­sta­nie la­nie od ojca i miej­my na­dzie­ję, że na tym skoń­czy się cała hi­sto­ria, cho­ciaż mam złe prze­czu­cia.

- Dla­cze­go? Czy Ro­za­lia po­wie­dzia­ła coś, kie­dy wy­szłam?

- Nie, ale te­raz, kie­dy już zna­my praw­dę, za­czę­łam łą­czyć fak­ty i da­ła­bym so­bie rękę uciąć, że to trwa od dłuż­sze­go cza­su - przy­zna­ła bab­cia ze smut­kiem.

- Nie kracz, ko­bie­to, nie kracz - wtrą­cił Fe­liks, któ­ry pod­czas ca­łe­go zaj­ścia nie ode­zwał się ani sło­wem, a Mar­cjan­na jak­by za­po­mnia­ła o jego obec­no­ści.

Te­raz spoj­rza­ła na dziad­ka z nie­po­ko­jem. Fe­liks wy­da­wał się star­szy niż jesz­cze go­dzi­nę temu. To nie­praw­da, że pro­ble­my ro­dzin­ne nie za­przą­ta­ły jego gło­wy. Po pro­stu ni­g­dy nie brał czyn­ne­go udzia­łu w spo­rach.

- Nie kra­czę, mó­wię, jak jest. Ro­zal­ka od mie­się­cy cho­dzi z gło­wą w chmu­rach, zni­ka gdzieś na dłu­gie go­dzi­ny i ni­ko­mu nie mówi gdzie. I tak uda­ło im się dłu­go utrzy­mać wszyst­ko w ta­jem­ni­cy... - Jó­ze­fa na­gle za­drża­ła. - Wie­dzia­łaś, praw­da?

- Skąd! Nie mia­łam bla­de­go po­ję­cia! - bro­ni­ła się Mar­cjan­na. - Ro­za­lia po­wie­dzia­ła mi tyl­ko, że jest za­ko­cha­na i że to nie­szczę­śli­wa mi­łość, ale nic wię­cej nie chcia­ła mi zdra­dzić.

- Ech, nie ma co roz­trzą­sać, sta­ło się - po­wie­dzia­ła Iri­na. - Miej­my tyl­ko na­dzie­ję, że Ni­ki­for w tej zło­ści nie zro­bi Ro­za­lii krzyw­dy i że nie skoń­czy się to... no, wia­do­mo, jak to się może skoń­czyć.

Po­że­gna­li się i ro­ze­szli w swo­ich kie­run­kach: Jó­ze­fa, Mar­cjan­na i Fe­liks do domu Ol­sza­ków, Iri­na w stro­nę swo­je­go go­spo­dar­stwa. Mar­cjan­na co chwi­la oglą­da­ła się za sie­bie, ale z cha­ty Kow­to­niu­ków nikt nie wy­szedł.

Roz­dział 6

oza­lia nie po­ka­zy­wa­ła się przez dwa dni, a Mar­cjan­na nie mia­ła śmia­ło­ści, żeby pójść do domu ciot­ki i wuja po tym, co tam za­szło. Ter­min jej wy­jaz­du do domu zbli­żał się nie­uchron­nie, a ona wciąż nie wie­dzia­ła, co się dzie­je u ku­zyn­ki. Ode­tchnę­ła z ulgą, kie­dy Ro­za­lia w koń­cu przy­szła do go­spo­dar­stwa dziad­ków. Mar­cjan­na przyj­rza­ła jej się uważ­nie. Poza kil­ko­ma si­nia­ka­mi na ra­mio­nach i no­gach nic jej nie było.

Sio­stra cio­tecz­na sta­nę­ła przed nią i ze wsty­dem spu­ści­ła wzrok. Dzia­dek Fe­liks, któ­re­mu Mar­cjan­na po­ma­ga­ła przy by­dle, kiw­nął tyl­ko nie­znacz­nie gło­wą na znak, że nie ma nic prze­ciw­ko, żeby wnucz­ka za­ję­ła się swo­imi spra­wa­mi. Dziew­czę­ta wy­szły przed obo­rę.

- Prze­pra­szam, że ci nie po­wie­dzia­łam... - za­czę­ła Ro­za­lia. - Te­raz już chy­ba ro­zu­miesz, dla­cze­go nie mo­głam pi­snąć ani słów­ka... Nie chcia­łam ob­cią­żać cię tak wiel­ką ta­jem­ni­cą.

- Jak twoi ro­dzi­ce? Są bar­dzo wście­kli?

- Za­wio­dłam ich... Nie wiem, czy te­raz uda mi się od­bu­do­wać ich za­ufa­nie.

- A chcesz?

- Chcę, ale to nie jest ta­kie pro­ste. Przej­dzie­my się? O wszyst­kim ci opo­wiem.

Nogi same po­nio­sły je nad staw, z któ­rym były zwią­za­ne ich naj­pięk­niej­sze wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. To tu­taj urzą­dza­ły po­lo­wa­nia na żaby i plu­ska­ły się w go­rą­ce dni. Tu­taj opo­wia­da­ły so­bie o ma­rze­niach, któ­re, jak się oka­za­ło, nie­wie­le mia­ły wspól­ne­go z rze­czy­wi­sto­ścią. Staw był po­wier­ni­kiem ich naj­więk­szych ta­jem­nic.

- Ja wca­le tego nie chcia­łam. Ja­ry­na nie ma ra­cji. Nie uwio­dłam Usty­ma! Ni­g­dy bym tego nie zro­bi­ła...

Mar­cjan­na ski­nę­ła gło­wą. Zna­ła swo­ją ku­zyn­kę, jak się jed­nak oka­za­ło, nie dość do­brze, bo prze­cież wplą­ta­ła się w ro­mans z żo­na­tym męż­czy­zną, ale na tyle do­brze, żeby wie­dzieć, że to nie ona tę zna­jo­mość za­ini­cjo­wa­ła.

Ustym Hir­ski. Mar­cjan­na ni­g­dy nie za­py­ta­ła­by Ro­za­lii, dla­cze­go wła­śnie on, ale w głę­bi ser­ca bar­dzo się zdzi­wi­ła, kie­dy w koń­cu po­zna­ła na­zwi­sko uko­cha­ne­go ku­zyn­ki. Ustym był od nich o do­bre dwa­dzie­ścia lat star­szy. Kie­dy że­nił się z Ja­ry­ną, chy­ba nie było ich jesz­cze na świe­cie. W każ­dym ra­zie od­kąd tyl­ko Mar­cy­sia się­ga­ła pa­mię­cią, Hir­scy byli ra­zem. Mie­li czwo­ro dzie­ci, a sam Ustym, no coż, nie na­le­żał do naj­przy­stoj­niej­szych... Ona ni­g­dy by na nie­go na­wet nie spoj­rza­ła. Co ta­kie­go za­tem zo­ba­czy­ła w nim Ro­za­lia? Na­wet nie śmia­ła py­tać.

- To on mnie wy­pa­trzył. Wo­dził za mną wzro­kiem od daw­na, ale ja nie zwra­ca­łam na nie­go naj­mniej­szej uwa­gi. Spo­ro star­szy, żo­na­ty, dzie­cia­ty... Z całą pew­no­ścią moż­na po­wie­dzieć, że znaj­do­wał się poza sfe­rą mo­ich za­in­te­re­so­wań. Kie­dyś spo­tka­łam go tu­taj, nie wiem, czy to był przy­pa­dek, czy nie, ni­g­dy o to nie py­ta­łam - przy­zna­ła Ro­za­lia, a Mar­cjan­na była dziw­nie pew­na, że po­ja­wie­nie się Hir­skie­go nad sta­wem, nad któ­rym ku­zyn­ka czę­sto prze­sia­dy­wa­ła, nie mo­gło być zbie­giem oko­licz­no­ści. - Za­czę­li­śmy roz­ma­wiać, a ja prze­ży­łam szok. Za­wsze wy­da­wa­ło mi się, że Ustym to pies na baby, zresz­tą bab­cia sama o tym nie raz opo­wia­da­ła, a tym­cza­sem on wca­le nie chciał się do mnie do­brać, tyl­ko po pro­stu mnie po­znać, prze­ko­nać się, ja­kim je­stem czło­wie­kiem... Py­tał, cze­go pra­gnę, o czym ma­rzę, opo­wia­dał, jaki jest nie­szczę­śli­wy z ko­bie­tą, któ­rej ni­g­dy nie ko­chał, a z któ­rą się oże­nił, bo ro­dzi­na na­ci­ska­ła. Mó­wił, że jego oj­ciec do­bił tar­gu z ro­dzi­ca­mi Ja­ry­ny, że sprze­da­li mu ją za dwie kro­wy i ka­wa­łek pola.

Ro­za­lia nie mu­sia­ła tłu­ma­czyć Mar­cjan­nie re­aliów, w któ­rych żyła. Cho­ciaż mał­żeń­stwa z mi­ło­ści zda­rza­ły się co­raz czę­ściej, wie­le z nich wciąż za­wie­ra­no z roz­sąd­ku.

- Wiesz - za­czę­ła ostroż­nie Mar­cjan­na. - Mój tato mó­wił, że oni tak wła­śnie ro­bią. Prze­strze­gał mnie kie­dyś, że­bym ni­g­dy nie wie­rzy­ła męż­czy­znom, któ­rzy opo­wia­da­ją, że żona ich nie ro­zu­mie i nie ko­cha. Bo oni chcą tyl­ko jed­ne­go...

- Nie Ustym! - zde­ner­wo­wa­ła się Ro­za­lia. - On taki nie jest. Po­wie­dzia­łam ci prze­cież, że wca­le się do mnie nie do­bie­rał. Nie pa­trzył tyl­ko na moje cia­ło, on mnie na­praw­dę słu­chał. Po raz pierw­szy mia­łam wra­że­nie, że ktoś do­ro­sły... ktoś spo­ro ode mnie star­szy - po­pra­wi­ła się - chce mnie wy­słu­chać. Że je­stem dla nie­go waż­na. Ro­dzi­ce mnie wiecz­nie zby­wa­li. Kie­dy o coś py­ta­łam, od­po­wia­da­li, że nie te­raz, że ro­bo­ta w polu cze­ka. Wiesz, jak to jest... Wciąż bra­ku­je rąk do pra­cy. Za­wsze lu­bi­łam od­wie­dzać bab­cię Jó­ze­fę, ale to nie to samo. Znasz ją, ona nie lubi słu­chać, ona głów­nie mówi. Ustym jako pierw­szy miał dla mnie czas, po­wta­rzał, że go­spo­dar­ka po­cze­ka, a dzie­ci mu w domu nie pła­czą.

- Bo zaj­mo­wa­ła się nimi Ja­ry­na - wtrą­ci­ła Mar­cjan­na, ale ku­zyn­ka spio­ru­no­wa­ła ją wzro­kiem.

- Ty je­steś taka sama, wiesz? Pa­mię­tasz, co mó­wi­ły­śmy, jak by­ły­śmy dzieć­mi? Że ni­g­dy nie bę­dzie­my ta­kie jak do­ro­śli. Że za­wsze bę­dzie­my mieć czas dla dru­gie­go czło­wie­ka i nie bę­dzie­my go osą­dzać po po­zo­rach...

- Sta­re dzie­je - wes­tchnę­ła Mar­cjan­na. - Tyle się zmie­ni­ło... Ale mów, mów, słu­cham cię.

Ro­za­lia gło­śno wcią­gnę­ła po­wie­trze.

- Na­wet się nie zo­rien­to­wa­łam, kie­dy za­czę­łam nie­cier­pli­wie cze­kać na każ­de na­stęp­ne spo­tka­nie. Ustym był moją ostat­nią my­ślą przed za­śnię­ciem i pierw­szą po prze­bu­dze­niu. Z dnia na dzień sta­wał się moją ob­se­sją... Po każ­dym spo­tka­niu obie­cy­wa­łam so­bie, że to ostat­ni raz, bo prze­cież on ma żonę, dzie­ci! Nie tak mnie ro­dzi­ce wy­cho­wy­wa­li. Nie, wte­dy jesz­cze nic mię­dzy nami nie było... Ale ja wie­dzia­łam, do cze­go to pro­wa­dzi. Każ­dy gest z jego stro­ny da­wał mi na­dzie­ję, któ­rą chwi­lę po­tem tra­ci­łam, bo od­wo­ły­wał spo­tka­nie albo ni­cze­go nie mó­wił, a po pro­stu nie przy­cho­dził. Tłu­ma­czył mi wte­dy, że cza­sem jest mu trud­no wy­rwać się z domu, bo Ja­ry­na wy­py­tu­je, gdzie zni­ka, i za­czy­na coś po­dej­rze­wać.

- Może po pro­stu to zna­ła, bo wcze­śniej mu się to zda­rza­ło...

- Tak. Ustym był za­ko­cha­ny dwa razy w ży­ciu. Tak mi po­wie­dział. - Ro­za­lia za­pa­trzy­ła się aż za ho­ry­zont, gdzie bez­kre­sne rów­ni­ny spo­ty­ka­ły się z błę­ki­tem nie­ba. - W jed­nej ko­bie­cie z Ostró­wek, nie chciał mi po­dać jej imie­nia, i we mnie. Po­znał tam­tą, jak już był mę­żem Ja­ry­ny, i po­ko­chał ca­łym ser­cem... No po­wiedz sama, czy mo­że­my po­tę­pić mi­łość tyl­ko dla­te­go, że się wy­da­rzy­ła? Ustym nie miał wte­dy od­wa­gi i w koń­cu tam­ta po­wie­dzia­ła, że nie chce go znać, bo przez cały czas ją zwo­dzi, ale te­raz nie za­mie­rzał zno­wu po­peł­nić tego błę­du.

- Dla­cze­go więc cię po­rzu­cił? Prze­cież przez nie­go pła­ka­łaś. - Mar­cjan­na była po­dejrz­li­wa.

- Ja­ry­na wszyst­kie­go się do­my­śli­ła. Pew­ne­go dnia po­pro­si­ła są­siad­kę, żeby przy­pil­no­wa­ła młod­szych dzie­ci. Star­sze ra­dzą so­bie same... No, nie­waż­ne. Zo­sta­wi­ła dzie­cia­ki z są­siad­ką i po­szła za Usty­mem. Przy­ła­pa­ła nas na po­ca­łun­kach. To było strasz­ne, bo rzu­ci­ła się na mnie z wi­dła­mi! Na­praw­dę my­śla­łam, że zro­bi mi krzyw­dę i do dziś je­stem prze­ko­na­na, że by­ła­by do tego zdol­na... Ale Ustym za­ła­go­dził całą sy­tu­ację - po­wie­dzia­ła Ro­za­lia. - Po­tem za­cho­ro­wa­ła ich naj­młod­sza cór­ka, było na­praw­dę kiep­sko, jeź­dzi­li z nią po róż­nych zna­cho­rach i fel­cze­rach, ale wszy­scy roz­kła­da­li ręce. Ja­ry­na ka­za­ła mu przy­siąc na ży­cie dziec­ka, że już ni­g­dy ze mną nie... - Po jej po­licz­ku po­to­czy­ła się łza. - Wzbu­dzi­ła w nim po­czu­cie winy. Mała wy­zdro­wia­ła, ale Ustym po­wie­dział mi, że nie mo­że­my się dłu­żej spo­ty­kać. Pę­kło mi wte­dy ser­ce! By­łam na nie­go wście­kła! Od­da­łam mu wszyst­ko co mia­łam: ko­cha­ją­ce ser­ce, cno­tę, całą moją nie­win­ność, a on to wszyst­ko po­de­ptał... Wte­dy nie wie­dzia­łam, dla­cze­go to zro­bił.

- Wró­cił do cie­bie, praw­da? - do­my­śli­ła się Mar­cjan­na.

- Tak. Przy­szedł i po­wie­dział, że nie po­tra­fi beze mnie żyć. Wy­znał mi­łość, prze­ko­ny­wał, że mu­szę jesz­cze tro­chę po­cze­kać, ale że nie­dłu­go uciek­nie­my ra­zem gdzieś da­le­ko, gdzie nie bę­dzie jego żony, dzie­ci i lu­dzi, któ­rzy pa­trzą na nas nie­przy­chyl­nym wzro­kiem.

Nad ich gło­wa­mi prze­le­ciał ogrom­ny ptak. Dziew­czę­ta od­ru­cho­wo spoj­rza­ły w górę.

- Uwie­rzy­łaś?

- A dla­cze­go mia­ła­bym nie uwie­rzyć? - żach­nę­ła się Ro­za­lia. - Ustym wbrew temu, co so­bie my­ślisz, jest uczci­wym czło­wie­kiem. To pro­sty męż­czy­zna, nie kła­mie, nie uda­je. U nie­go co w ser­cu, to na ję­zy­ku. Gdy­byś go po­zna­ła, od razu byś zro­zu­mia­ła, za co go po­ko­cha­łam.

- Ja nic nie mó­wię, tyl­ko...

- Tyl­ko pró­bu­jesz go oce­nić. - Ro­za­lia uśmiech­nę­ła się smut­no. - Ja wiem, jak to wy­glą­da... Dużo star­szy męż­czy­zna po­sta­no­wił uwieść mło­dą nie­do­świad­czo­ną dziew­czy­nę, ale, Mar­cy­siu, ja nie je­stem głu­pia. Po­tra­fię o sie­bie za­dbać!

"Jak wi­dać, nie do koń­ca, sko­ro te­raz sie­dzisz i wy­pła­ku­jesz so­bie oczy", po­my­śla­ła Mar­cjan­na, po czym za­py­ta­ła:

- Więc co się sta­ło? Dla­cze­go Ja­ry­na przy­szła do cie­bie do domu? Tyl­ko mi nie mów, że nie wiesz, bo prze­cież już wcze­śniej nie chcia­łaś wyjść z sy­pial­ni, a kie­dy się po­ja­wi­łaś przy sto­le, by­łaś cała za­pła­ka­na.

- Zno­wu go za­szan­ta­żo­wa­ła - oznaj­mi­ła Ro­za­lia. - Sko­ro nie uda­ło jej się z cho­rym dziec­kiem, po­sta­no­wi­ła, że ude­rzy w inną czu­łą stro­nę Usty­ma, czy­li we mnie...

- Zro­bi­ła ci krzyw­dę? - za­nie­po­ko­iła się Mar­cjan­na.

- Nie, ale za­gro­zi­ła Usty­mo­wi, że je­śli to się nie skoń­czy, pój­dzie do mo­ich ro­dzi­ców i o wszyst­kim im opo­wie, a po­tem cała wieś się do­wie, że mło­da Kow­to­niucz­ka uwo­dzi żo­na­tych. Ustym nie chciał, żeby lu­dzie my­śle­li, że je­stem pusz­czal­ska... Cho­ciaż ja nie wie­rzę, żeby Hir­ska roz­po­wie­dzia­ła w wio­sce o moim ro­man­sie z jej mę­żem. Nie jest głu­pia, wie, że i ona by się wsty­du naja­dła... - Ro­za­lia po­cią­gnę­ła no­sem. - Ustym przy­szedł do mnie kil­ka dni przed tym, jak po­ja­wi­ła się u nas Ja­ry­na, i po­wie­dział, że mnie nie ko­cha i ni­g­dy nie ko­chał. Że mnie wy­ko­rzy­stał, że miał ocho­tę na mło­dą dziew­czy­nę, a ja wy­da­łam mu się głu­pia, na­iw­na, ła­two do­stęp­na...

Mar­cjan­na za­kry­ła usta dło­nią.

- Jak on mógł! Co za drań!

- Zro­bił to, bo wie­dział, że tyl­ko tak po­go­dzę się z na­szym roz­sta­niem. Że je­śli po­wie mi praw­dę, nie od­pusz­czę, nie zre­zy­gnu­ję z nie­go tak ła­two. Ale nie prze­wi­dział, że nie uwie­rzę w ani jed­no jego sło­wo! Ustym nie jest czło­wie­kiem, któ­ry mógł­by ko­go­kol­wiek skrzyw­dzić - oświad­czy­ła Ro­za­lia z peł­nym prze­ko­na­niem, a wi­dząc minę sio­stry cio­tecz­nej, szyb­ko do­da­ła: - Ja wiem, wiem, co te­raz so­bie my­ślisz... Prze­cież zdra­dził żonę, zła­mał przy­się­gę mał­żeń­ską... Ale on jej nie ko­chał. Ni­g­dy! To co in­ne­go. Wiem, że nie zra­nił­by ni­ko­go świa­do­mie. Ustym, ja­kie­go zna­łam, ni­g­dy nie wy­ga­dy­wał ta­kich rze­czy. Nie uwie­rzy­łam w to, co mówi... Tak dłu­go pro­si­łam go, żeby po­wie­dział praw­dę, aż się ugiął i w koń­cu wy­znał mi, że żona go do tego zmu­si­ła.

- Dla­cze­go więc Ja­ry­na przy­szła do was do domu? Prze­cież Ustym zro­bił, co chcia­ła! - Mar­cjan­na nie ro­zu­mia­ła, ale kie­dy Ro­za­lia spu­ści­ła ze wsty­dem wzrok, od razu ją przej­rza­ła.

- Nie oce­niaj mnie... - bąk­nę­ła Ro­za­lia.

- By­łaś z nim wczo­raj, tak? On przy­szedł ci po­wie­dzieć, że to ko­niec, a po­tem ty i on...

- Tak, ko­cha­li­śmy się. - Ro­za­lia spoj­rza­ła jej w oczy. - To chcia­łaś po­wie­dzieć, praw­da?

- Ro­za­lio, to nie­roz­sąd­ne. On ma żonę i dzie­ci, ty je­steś mło­da, mo­żesz znisz­czyć so­bie ży­cie! Jaki męż­czy­zna cię ze­chce, je­śli wieść o ro­man­sie się roz­nie­sie albo, co gor­sza, zaj­dziesz w cią­żę? - Mar­cjan­na pró­bo­wa­ła po­dejść do spra­wy ra­cjo­nal­nie.

- Ja nie chcę ni­ko­go, tyl­ko Usty­ma! To jemu od­da­łam ser­ce i już ni­g­dy nie po­ko­cham in­ne­go. Ni­g­dy, sły­szysz?!

"Je­śli mi­łość robi z lu­dzi głup­ców, ni­g­dy nie chcę się za­ko­chać", po­my­śla­ła Mar­cjan­na. Ro­za­lia po­win­na jak naj­szyb­ciej za­koń­czyć ro­mans z Hir­skim, a tym­cza­sem lgnę­ła do nie­go jak ćma do świa­tła. Nie słu­cha­ła lo­gicz­nych ar­gu­men­tów, uwa­ża­ła, że cały świat sprzy­siągł się prze­ciw­ko niej. A prze­cież kie­dyś była mą­drą, roz­sąd­ną dziew­czy­ną!

- Co pla­nu­jesz? Te­raz, kie­dy twoi ro­dzi­ce już o wszyst­kim wie­dzą...

- Nie mam po­ję­cia, co ro­bić. - Ro­za­lia pod­ciąg­nęła ko­la­na pod bro­dę i prze­cze­sa­ła pal­ca­mi wło­sy. - Oj­ciec za­bro­nił mi się z nim spo­ty­kać, a mat­ka pil­nu­je, że­bym do nie­go nie po­bie­gła. Dzi­siaj od­pro­wa­dzi­ła mnie pra­wie do sa­me­go go­spo­dar­stwa dziad­ków, żeby mieć pew­ność, że idę się spo­tkać z tobą, a nie z Usty­mem. Nie wiem, co się z nim dzie­je! Ja­ry­na jest fu­riat­ką, mar­twię się o to, co jesz­cze może zro­bić, ale... - jęk­nę­ła. - Mar­cy­siu, ja nie chcę z nie­go re­zy­gno­wać, ro­zu­miesz?

Nie, Mar­cjan­na nie ro­zu­mia­ła i słu­cha­jąc ku­zyn­ki, co­raz moc­niej utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że chy­ba jed­nak nie chce zro­zu­mieć.