4
Maja
Chyba nie powinnam prowadzić po pijaku. No dobra, przecież nie byłam pijana, wypiłam zaledwie cztery piątki. Co to dla mnie? Chociaż nie powiem, miałam duszę na ramieniu, jadąc przez miasto. Wiadomo, zawsze mogłabym pomachać blachą w razie kontroli i sajonara. Ale jednak gdyby coś...
Chyba brakuje mi jakiegoś głosu rozsądku, który stałby gdzieś obok mnie i bił w dzwon za każdym razem, kiedy zaczęłabym robić głupie rzeczy. Niestety, nie można mieć wszystkiego. Tak się składa, że jestem sama, bo tego chcę. Nie wierzę w kwiatki, motylki i inne pierdoły. Mam za sobą trochę związków... No dobra, kilka... Okej, parę. Czyli doświadczenia mam prawie tyle, co dziewica. Szału nie ma.
Wyciągam z szafy jeden ze swoich nieśmiertelnych zestawów, który składa się z czarnych, skórzanych spodni i kurtki. Wkładam białą bluzkę na ramiączkach. Strój prawie jak na apel, ale takiej trochę niegrzecznej uczennicy. Na nogi czarne, wiązane buty na niskim koturnie. Dzisiaj albo wylecę, albo zacznę nosić mundur i białą czapkę, by wlepiać mandaty za przekroczenie prędkości i wyskakiwać z krzaków z radarem.
Kiedy docieram na komendę, jest za pięć jedenasta. Szef kazał mi nie pokazywać się wcześniej, więc nie chciałam go drażnić. Może chociaż tak złagodzę swoją karę, którą dostanę tak naprawdę nie wiadomo za co.
- Jak bardzo się wściekniesz, kiedy powiem ci, że to była wasza ostatnia służba razem? - pyta podinspektor zaraz po tym, jak kazał mi usiąść po wejściu do jego gabinetu.
- Niech szef zapyta, jak bardzo będę szczęśliwa. - Uśmiecham się od ucha do ucha, ale po chwili dociera do mnie dualizm sytuacji, a rogal z mojej twarzy od razu znika. - Czy to znaczy...
- Dobra - wchodzi mi w słowo szef, jednocześnie rzucając przede mną szarą teczkę.
Od razu cała krew ucieka mi w nogi, powodując, że blednę. Czuję to, gdyż automatycznie robi mi się zimno. Oddech przyśpiesza, a ręce zaczynają drżeć. Zaciskam mocno prawą dłoń, chowając kciuk pod palce. Nie chcę, żeby facet zorientował się, że robi to na mnie takie wrażenie. Trudno się mówi, wylatuję i nic już tego nie zmieni.
- Okej - rzucam na odczepnego, sięgając do wewnętrznej kieszeni kurtki, by wyjąć odznakę.
- Nowicka, co ty robisz? - pyta szef, widząc moją zabandażowaną dłoń wyciągniętą w jego stronę, a na niej wiszący srebrny łańcuszek.
- Wywala mnie szef, to przecież...
- Nic z tych rzeczy - zaprzecza od razu, uśmiechając się szeroko. - Chowaj tę gwiazdę, bo ci się jeszcze przyda.
- Nie rozumiem...
- Artur Konop vel Śnieg - zaczyna mężczyzna, stukając palcem wskazującym w teczkę. - Gruba ryba z Warszawki, która rządzi się na naszym terenie. Młokos, bo dopiero trzy dekady, jednak majątek nie do zliczenia. Co ciekawe, żadnej historii zawodowej czy kredytowej. Człowiek duch mający w dupie prawo.
- Czy to nie jest zadanie dla skarbówki? - pytam, poluzowując zaciśniętą do białości pięść, i wypuszczam z płuc wstrzymywane z wrażenia powietrze.
- Gdyby tylko o forsę chodziło to tak - zgadza się ze mną, kiwając głową. - Ale mamy tu jeszcze przerzut magicznego proszku zza wschodniej granicy i inne kwiatki.
- Więc narkotykowi będą mieli pełne ręce roboty. - Zwracam uwagę na charakter przestępstw.
- Cóż, te inne kwiatki to w szczególności kryminał, więc szala jest po naszej stronie.
- Taki z niego złoty misiek - podsumowuję, unosząc brwi.
- Tak - ciągnie szef, opierając się wygodnie w fotelu. - Znajdziemy tu wszystko, czego dusza zapragnie. Przestępstwa przy użyciu broni palnej, przestępstwa przeciwko mieniu znacznej wartości, kradzieże w transporcie, wymuszenia rozbójnicze - wylicza, rozkładając po kolei palce.
- Haracze, zabójstwa? - dopytuję.
- Na tę chwilę nie mam żadnych wieści o morderstwach, ale nie oszukujmy się.
- Sutenerstwo?
- Brak danych, ale ma swoje kluby, więc wszystko jest możliwe.
- Żywy towar? Nieletni? - zgaduję, aby mieć lepszy pogląd na człowieka.
- Taką formę handlu mam niepotwierdzoną. - Kręci głową. - Za to dołoży się przemyt i legalizację pojazdów, a także innego mienia znacznej wartości. No i o Vacie chyba wspominać już nie trzeba.
- Sporo tego - wzdycham, również opierając się wygodnie. - Więc dlaczego on jeszcze nie siedzi?
- No i tu pies pogrzebany - odpowiada, składając ręce jak do modlitwy, i zaczyna pukać o siebie palcami wskazującymi. - Brakuje nam wystarczających dowodów. Facet robi wszystko bardzo umiejętnie i zaciera za sobą wszelkie ślady. Jednym słowem, godny z niego przeciwnik.
- Nie mówi mi szef o tym bez przyczyny - stwierdzam odkrywczo. Przecież jeszcze chwilę temu myślałam, że wylatuję za położenie akcji z kurierem.
- No tak, na towarzyskie spotkanie cię tu nie zaprosiłem. - Uśmiecha się, po czym szybko poważnieje. - Masz bardzo dobrą wykrywalność i jesteś dobra w tym, co robisz, a ja chcę to wykorzystać.
- A co ze śledztwem w sprawie haraczy? No i z kurierem?
- Oboje z Rawiczem jesteście odsunięci - odpowiada, po czym wstaje i podchodzi do okna, a ja muszę patrzeć na jego plecy. - Przenikniesz do środowiska naszego - zerka przez ramię - złotego miśka - sarka i znów wpatruje się w widok za oknem. - W jaki sposób się do niego zbliżysz, zostawiam tobie, ale sama wiesz najlepiej, co działa na takich facetów. Oczywiście nie każę ci iść z nim do łóżka, są różne sposoby - chrząka i wreszcie spogląda na mnie. Jest mu głupio?
- Rozumiem. - Kiwam głową, a kącik jego ust nieco się unosi.
- Świetnie. - Klaszcze w dłonie. - Dostaniesz wszelkie dokumenty i całe akta sprawy, niezbędny sprzęt i co tam jeszcze będziesz chciała.
- Szef tak serio?
- Oczywiście - potwierdza, z powrotem siadając na swoim fotelu. - Oficjalnie jesteś zawieszona na dwa tygodnie, a Rawicz będzie kible szorował - śmieje się. - Ten czas masz na to, by się rozejrzeć i czegokolwiek dowiedzieć. Dopóki nikt nie wie, że pracujesz w policji, mamy przewagę.
- Węszę klauzulę tajności - domniemam.
- Zgadza się. W tej sprawie kontaktujesz się wyłącznie ze mną - potwierdza, kiwając powoli głową. - Nikt z wydziału nie wie i wiedzieć nie może.
- A co ze wsparciem? Alarmowaniem? - pytam, choć z góry znam odpowiedź.
- To ściśle tajna operacja. Od ciebie zależy, czy w to wchodzisz - odpowiada, po czym bierze głęboki wdech. - Jeśli wszystko pójdzie, jak należy, komisarza masz w kieszeni.
- Rozumiem - mówię, wiedząc, że nie mam ani czasu na zastanowienie, ani w sumie powodu, by nie wziąć tego zadania. Od razu wyciągam dłoń, by wreszcie chwycić za tajemną teczkę, gdy z tyłu roznosi się pukanie do drzwi.
- Wejść - rzuca szef i po chwili drzwi się uchylają, a w nich staje Tomek. Ignoruję go, znów siadając wygodnie, a między zęby chwytam kolczyk i zaczynam go mielić.
- Panie podinspektorze, kurier chce Maję - słyszę, na co moja szczęka nieruchomieje.
- Co znaczy, że chce Maję? - pyta szef, marszcząc czoło, i zerka na mnie podejrzliwie.
- Od wczoraj nie odpowiedział na żadne pytanie, nie wiemy nic - informuje mój były niedoszły. - Dziś stwierdził, że będzie gadał tylko... - urywa, chrząkając, a ja zerkam na niego przez ramię.
- No? - ponagla szef, wbijając w niego zniecierpliwione spojrzenie. - Nie jesteś u cioci na herbatce.
- Będzie gadał tylko z tą dupą, co się za nim uganiała, a potem dosiadła.
- Co? - Podinspektor spogląda na mnie, a na jego czole już widzę tę samą żyłę co wczoraj.
- Boże. - Przewracam oczami, wzdychając. - Aresztowałam go, a wcześniej przegoniłam po Brochowie, potem powaliłam butem i skułam, gdy wił się pod moim kolanem - wyjaśniam, na co żyła nieco się kurczy, a mnie chce się śmiać.
- No to choć go wyspowiadać - słyszę za sobą.
- Jestem zawieszona - rzucam na odczepnego, wzruszając nonszalancko ramieniem, ale nadal nie odwracam się do Tomka.
- Jeszcze nie podpisałaś kwitów - wtrąca szef, kładąc rękę na teczce, której nie zdążyłam chwycić. - Idź, zrób swoje i wróć po papiery.
Prycham cicho pod nosem, ale wstaję i od razu wychodzę, Tomka nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem. Obieram kierunek na pokoje przesłuchań i wchodzę do pomieszczenia sąsiadującego z tym właściwym. Łączy je lustro weneckie. Jest tu stoisko monitorowania oraz głośniki od znajdujących się po tamtej stronie mikrofonów.
- Twardy jest - mówi mój eks, wchodząc za mną. - Zero snu, a i tak nie pisnął nawet słówka. Chyba rzuciłaś na niego urok.
- Do cyganki mi daleko - sarkam, spoglądając przez szkło. Przy stoliku widzę kuriera, którego dorwałam osobiście wczorajszym popołudniem. Wygląda na zmęczonego, ale wyraz twarzy ma zacięty. - Jakieś posiadanie? - pytam, mając nadzieję przynajmniej na gram białka.
- Czysty, wszystko zdrowe i legalne. Miał tylko dwa koła zapewne z haraczu, ale tego nie udowodnimy, zero portfela, ale paczka fajek - wymienia, wskazując wszystko kolejno ułożone na blacie.
- Słabo - komentuję.
- A, no i telefon komórkowy, ale raczej kompletnie bezużyteczny, bo roztrzaskany w drobny mak - dodaje, a w jego głosie daje się usłyszeć drwinę. - Ktoś tak rzucał kurierem, że z telefonu nic nie zostało.
Wzdycham głośno, sięgając po papierosy, i wychodzę na korytarz, by wejść już do odpowiedniego pomieszczenia. Chłopak, gdy tylko mnie zauważa, od razu się ożywia, a na twarz wchodzi mu cyniczny uśmieszek.
- Jest i moja fanka! - woła ucieszony i kielczy się jak głupi do sera. Co ci faceci mają takiego w sobie, że tak mnie odpycha ich przymilanie się?
- Żadna fanka - poprawiam go, siadając po drugiej stronie małego, kwadratowego stolika. - To, że goniłam cię przez pół dzielnicy, nie oznacza, że robiłam to dla przyjemności - dodaję, a w międzyczasie z paczki wyjmuję papierosa i wepchniętą tam zapalniczkę. - Jak noc w naszym hotelu? - pytam i zapalam fajkę. Staram się nie zaciągnąć. Nie palę, nie znoszę tego. Co nie znaczy, że nie potrafię pociągnąć bucha tak, by teraz pochylić się nad blatem i koncertowo wydmuchać go w twarz chłopaka. - Wyspałeś się, misiu złoty?
Kurier milczy, zaciskając mocno szczęki. Oj tak, jest uzależniony od tytoniu, więc pięknie go uruchomiłam. Nic dziwnego, w końcu nie pali już jakieś osiemnaście godzin.
- Nawet bardzo - odpowiada wreszcie, a oczy niemal wychodzą mu z orbit, gdy ledwie zapalonego papierosa wrzucam do plastikowego kubka z wodą. - Macie przytulne schronisko - dodaje, patrząc mi w oczy.
- Schronisko mówisz? - upewniam się, wstając, i aż muszę zagryźć kolczyk, bo zaczyna mnie nosić. - A wiesz, co jest najlepsze w schronisku?
- Suki? - drwi, czym nakręca mnie jeszcze bardziej. - A te twoje sucze wdzianko - mruczy i oblizuje usta. - Pięknie wrzyna ci się tam, gdzie sam bym wszedł - kontynuuje, myśląc chyba, że spękam i ucieknę. Ja jednak zdejmuję kurtkę, wieszam ją na oparciu krzesła i podpieram się o nie, nieco nachylając w jego stronę, przez co uwydatniam swój biust. - O kurwa - rzuca zaskoczony. - Znowu twardnieję na twój widok!
- Mówić nie chciałeś, a teraz się rozgadałeś - zaczynam, powoli ruszając w jego stronę. - Widzę, że moja osoba pobudza twój aparat mowy. I nie tylko - mówię odkrywczo, zatrzymując się tuż obok niego.
Chłopak ściąga z blatu skute ręce i odsuwa się z krzesłem, by obrócić się w moją stronę.
- Jak się nim zajmiesz, to powiem wszystko - zapewnia, rozsuwając nogi. - Och, tak, krwawiłaś - dodaje, zauważając moją zabandażowaną dłoń. - Chętnie się odwdzięczę i wyliżę ranę... i nie tylko - proponuje, a ja zastanawiam się, skąd ci faceci biorą te teksty.
- Mam się nim zająć? - pytam delikatnie, przechylając głowę w bok. - Jesteś tego pewny?
- Jestem...
Nie zdążył dokończyć, a moja noga już znalazła się na jego kroczu, wbijając się koturnem tam, gdzie żaden facet by tego nie chciał. Chłopak czerwienieje w sekundę, chwytając skrępowanymi dłońmi mojego buta.
- Taki jesteś cwany? - syczę przez zaciśnięte zęby. - Prowokujesz mnie i myślisz, że padnę tu przed tobą i ci obciągnę? Chłopcze, ile ty masz lat? Dziewiętnaście? - rzucam zdanie po zdaniu, nogą wciąż napierając, mimo że ten próbuje ją odepchnąć.
- O kurwa... - jęczy.
- Dla ciebie pani - wtrącam. Prawą dłonią chwytam go za włosy i odciągam jego głowę w górę, a lewą rękę kładę na blacie stołu. - Lepiej zacznij mówić, bo nie wyjdziesz z pudła przez długie lata. - Zaczynam swoje przedstawienie.
- Nic na mnie nie macie - sapie cały czerwony.
- Mylisz się, misiu złoty - zaprzeczam z uśmiechem na ustach. - Kasa, którą odebrałeś, była znaczona, a jeszcze w nocy ściągnęliśmy bilingi z twojego telefonu - wymieniam, kompletnie go tym zaskakując. - A, zapomniałabym! W tej paczce - wskazuję głową na papierosy, które tu ze sobą przyniosłam - był malutki woreczek z bialutkim proszeczkiem - ciągnę, siląc się na beztroski ton, a jego oczy robią się coraz większe. - I wiesz, co potwierdziło laboratorium? Pięć gramów amfetaminy! Czyż to nie cudowne?
- Jesteś pojebana - warczy, obierając taktykę ofensywną.
- Ja? - dziwię się. - Wcale! - zaprzeczam, śmiejąc się. - A właśnie, chciałeś mnie wylizać, to może zaczniesz od rany? - proponuję, ale nie czekam na jego odpowiedź.
Szarpię jego głową tak, że z pełnym impetem uderza w moją zabandażowaną dłoń. Od razu czuję ukłucie, a ból rozciąga się aż do ramienia. Jednak to nie czas na płacz, więc odciągam go i uderzam tak jeszcze raz i jeszcze jeden.
- Na drugi raz zastanów się, jak podrywasz kobiety - warczę przez zaciśnięte zęby. - A ja strasznie nie lubię się powtarzać.
Robię kolejny zamach, kiedy drzwi do pomieszczenia się otwierają, a do środka wpada Tomek z dwoma aspirantami. Od razu prostuję się jak struna, to samo robiąc z nogą umieszczoną na kroczu kuriera. Ten zatacza się do tyłu i upada z krzykiem na podłogę, przewracając przy tym krzesło.
- Dobrze, że jesteście! - wołam, kiedy ten zbiera się migiem z posadzki. Szybki jest. - Zanotujcie czynną napaść na policjanta na służbie - nakazuję, czym przywołuję zaskoczone spojrzenie kuriera.
- Co? Nie!
- Aresztant wykorzystał fakt widocznego skaleczenia i z premedytacją rzucił krzesłem w policjantkę podczas przesłuchania, trafiając w zabandażowaną rękę - recytuję jak wierszyk.
- Tak jest, pani podkomisarz - odpowiada Tomek, doskonale znając się na rzeczy, a ci dwaj chwytają kuriera pod ręce, nieco je wyginając.
- No to teraz - zaczynam z wyższością - jak się poskłada wszystko do kupy, wyjdziesz najszybciej - zamyślam się na chwilę - za jakieś piętnaście lat - obwieszczam, uśmiechając się od ucha do ucha, i zgarniam swoją kurtkę, po czym ruszam do wyjścia, zauważając tłok na korytarzu.
- Nie! Stój! - krzyczy za mną chłopak, na co przystaję, ale się nie odwracam. - Powiem wszystko, co wiem, tylko błagam, nie zamykajcie mnie - prosi, tym samym ogłaszając moje zwycięstwo.
Kiwam tylko głową, po czym wychodzę na zewnątrz, gdzie stoi już grono wzajemnej adoracji na czele z Romkiem, a za mną wyskakuje Tomek.
- Kurwa, aż mi stanął - rzuca Romek niby szeptem, będąc tuż obok mojego eks, ale na tyle głośno, żeby wszyscy zdążyli się roześmiać.
Zaciskam prawą rękę w pięść, gdy lewa cholernie mi pulsuje, i odwracam się do niego wściekła.
- Mam ci pomóc dokładnie tak, jak pomogłam jemu? - odpyskowuję, po czym wymijam ich, puszczając mimo uszu te gwizdy i wołania.
Pukam i wchodzę do gabinetu szefa. Ten od razu na mnie spogląda i już widzę, że w oczy rzuca mu się moja krwawiąca rana.
- Musiałaś - stwierdza chyba bardziej, niż pyta, po czym podaje mi teczkę.
Zniecierpliwiona otwieram ją, by zobaczyć, kto właśnie staje się moim celem i aż muszę sobie usiąść z wrażenia.
- O kurwa - szepczę. - Ja go znam.
- Jak to znasz? Długo? - docieka szef wyraźnie zaniepokojony, a ja podnoszę na niego zakłopotane spojrzenie.
- Poznałam go wczoraj...