p

Rozstanie to nie koniec świata - Susan J. Elliott

Kup ebooka

37.90 zł
31.72 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podziękowania

Żaden pisarz nie two­rzy książki sam. Ja rów­nież dosta­łam ogromne wspar­cie. Oto osoby, któ­rym chcia­ła­bym podzię­ko­wać.

Mój mąż, Michael DiCarlo, za to, że mnie kocha, jest przy mnie i wie­rzy we mnie jak nikt inny. Szcze­rze cię kocham.

Moi cudowni wnu­ko­wie: C.J. i Derek za to, że codzien­nie dają mi powód do uśmie­chu.

Moi bra­cia: Ricky i Billy. Kocham was.

Moja przy­ja­ciółka, Car­lotta Cas­sidy, za wspar­cie i wyro­zu­mia­łość.

Moja droga przy­ja­ciółka, Bar­bara McCar­thy, za to, że zawsze jest przy mnie.

Moi pomocni przy­ja­ciele: Marian Eric­son, Can­dice Cook, Melissa Wan­der­see, Jenny Rynell i Mar­tin Pascual.

Moje synowe, Kri­sten i Heather, i moje szwa­gierki, Kathy i Marion.

Moi men­to­rzy, nauczy­ciele i osoby, które mnie inspi­ro­wały: Che­ryl Cabral, Beverly Hall, Rod­ney Hayes, Ken Ham­mond, Katie Sun­der­land, Jacquie Pells, John James z Grief Reco­very Insti­tute i Lou Tice z Paci­fic Insti­tute.

Moja agentka, Diane Freed i wspa­niały zespół z Fine­Print Lite­rary Mana­ge­ment.

Moja redak­torka, Katie McHugh z Da Capo za to, że dała szansę tej książce.

Joan i Anthony Nit­toli, The­resa Andis-DiCarlo, Mark Car­ley, Julie Carlo, Tony Nit­toli, Joe Jasniew­ski, Kathy Fox, Vonne Cran­mer, Gia Gold­man, Lexi Fein­berg, Beatrice B., Nick Chio­dini, Eric Elkins, Brenda Mur­phy, Laura Jelin, Eileen Mac­Do­nald, Kara Har­ter, Jenny Maho­ney, Gena Wri­ght, Patrick Lidji, L. Felipe Guima­res, Paul Ale­xan­der, Megan McLeod, Lucy Hunt, Libby Huegel, Heather Baker, Nicole Cusick i Gene­vieve Sebe­sta.

Wszy­scy czy­tel­nicy mojego bloga, klienci i uczest­nicy kon­fe­ren­cji, a także ci, któ­rzy zachę­cali mnie do "napi­sa­nia o tym książki".

Przez dwa­dzie­ścia lat zgłę­bia­łam temat i czy­ta­łam, ale kilka ksią­żek w wyjąt­kowy spo­sób tra­fiło do mojego serca i duszy, odmie­niło moje życie i wywarło ogromny wpływ na moją pracę. Oto ich auto­rzy, do któ­rych kie­ruję podzię­ko­wa­nia: Melody Beat­tie, Robin Nor­wood, Susan For­ward, Cla­rissa Pin­kola Estes, The­rese Rando oraz Ste­phen i Ondrea Levine.

Kiedy skoń­czy­łam pisać tę książkę, u Micha­ela, miło­ści mojego życia, zdia­gno­zo­wano nie­ule­czalny nowo­twór mózgu. Myśl o tym, że go stracę, jest dru­zgo­cząca, ale wiem, że ni­gdy bym nie zaznała takiej miło­ści, gdy­bym nie zmie­niła swo­jego życia. Lata, które z nim spę­dzi­łam, to naj­pięk­niej­szy okres w moim życiu. Trosz­czę się o niego tak samo, jak on by się trosz­czył o mnie. Zawsze będę wdzięczna za to, że poja­wił się w moim życiu. A to nie byłoby moż­liwe bez pracy, którą opi­suję w tej książce.

Przedmowa: Moja historia

Skarb, jakim jest życie, odkry­jemy dopiero wtedy, gdy zej­dziemy w otchłań. Tam, gdzie się potkniesz, tam leży twój skarb.

[JOSEPH CAMP­BELL]

Histo­ria mojego dzie­ciń­stwa i moich związ­ków może się wyda­wać dość eks­tre­malna, ale chcę ją opo­wie­dzieć, byście uwie­rzyli, że skoro mnie się udało, to uda się i wam. Dziś moje życie jest nie tylko udane - przy­nosi mi wiele rado­ści. Jestem zdrowa, szczę­śliwa i silna. Wyko­na­łam pracę, któ­rej i od was będę ocze­ki­wać. Wiem, że to trudne, ale wierz­cie mi: warto.

Kiedy ode­szłam od męża, przez jakieś dwa­dzie­ścia cztery godziny byłam pewna, że słusz­nie zro­bi­łam. Od dawna byłam nie­szczę­śliwa w mał­żeń­stwie: cią­gle się kłó­ci­li­śmy i byłam prze­ko­nana, że mąż mnie zdra­dza. Przez lata zno­si­łam jego kry­tykę, ale rela­cje mię­dzy nami pogor­szyły się, kiedy moja firma zban­kru­to­wała i nagle stra­ci­łam pracę.

Szef dał mi dobre refe­ren­cje. Przez parę pierw­szych dni sta­ra­łam się myśleć opty­mi­stycz­nie. Napi­sa­łam CV, kupi­łam ele­gancką gar­sonkę i zaczę­łam szu­kać nowej pracy. Co wie­czór mój mąż wra­cał do domu, ocze­ku­jąc wysprzą­ta­nego domu i goto­wej kola­cji, bo prze­cież "cały dzień sie­dzia­łam w domu i nic nie robi­łam". Nie chcia­łam się z nim kłó­cić, więc zre­zy­gno­wa­łam z szu­ka­nia pracy i przez parę następ­nych dni sie­dzia­łam w domu, gotu­jąc i sprzą­ta­jąc. Wtedy przy­cze­pił się do tego, że gotuję zbyt "powsze­dnie" potrawy i nie piorę jego ubrań. Zaczę­łam więc przy­rzą­dzać wymyślne dania i codzien­nie robić pra­nie, ale wtedy on zaczął narze­kać, że zamiast aktyw­nie szu­kać pracy, "bawię się w dom".

Tego rodzaju patowa sytu­acja nie była w naszym związku niczym nowym, ponie­waż jed­nak nie mogłam odre­ago­wać w pracy, zaczęła mi ona dzia­łać na nerwy. Mar­twi­łam się o nasze finanse i moją przy­szłość zawo­dową i to cze­pia­nie się o goto­wa­nie czy pra­nie nie poma­gało. Któ­re­goś dnia wyda­wało mi się, że zna­la­złam złoty śro­dek. Rano poszłam na roz­mowę w spra­wie pracy, a po powro­cie do domu wyszo­ro­wa­łam pod­łogi. Kiedy wyschły, ode­bra­łam dzieci ze szkoły i kupi­łam mężowi jego ulu­bione danie na wynos. Pod­su­mo­wu­jąc: szu­ka­łam pracy, zro­bi­łam porządki, spę­dzi­łam tro­chę czasu z dziećmi i mia­łam dla męża kola­cję-nie­spo­dziankę. Byłam pewna, że zacho­wa­łam się jak żona ide­alna.

Kiedy tego wie­czora mąż wró­cił do domu, stwier­dził, że na pod­ło­gach zostały smugi i że spe­cjal­nie to zro­bi­łam, żeby mi zabro­nił myć pod­łogę. Zdu­miona, pró­bo­wa­łam mu wytłu­ma­czyć, że to wcale nie było moim celem. Przy­po­mniały mi się kry­tyczne uwagi mojej mamy. Kiedy byłam dziec­kiem, mawiała, że celowo robię coś źle, żeby wymi­gać się od obo­wiąz­ków. Teraz, sły­sząc podobne oskar­że­nie, z upo­rem powta­rza­łam, że to nie­prawda. Mąż obrzu­cił mnie wyzwi­skami, ja zre­wan­żo­wa­łam się tym samym. Jak to zwy­kle u nas bywało, kłót­nia prze­ro­dziła się w awan­turę i oboje zagro­zi­li­śmy, że odej­dziemy.

Następ­nego dnia powie­dzia­łam mu, że to już koniec i że ma się wyno­sić. Wyśmiał mnie i oznaj­mił, że poprzed­niego wie­czora to ja wywo­ła­łam awan­turę. Za każ­dym razem, kiedy się kłó­ci­li­śmy, była to moja "wina". Prze­waż­nie mu wie­rzy­łam, ale tym razem było mi wszystko jedno. Po pro­stu mia­łam już dosyć. Wło­ży­łam do pudła jego rze­czy i posta­wi­łam je na stole w kuchni, razem z liści­kiem, by je zabrał i się wyno­sił. Nie pró­bo­wał się sprze­ci­wiać. Zła­pał pudło i wypadł z domu. Poczu­łam natych­mia­stową ulgę - bar­dzo się cie­szy­łam, że jestem sama.

Rano czu­łam się roz­bita. Począt­kowo myśla­łam, że jestem chora, ale szybko uświa­do­mi­łam sobie, że fizycz­nie nic mi nie dolega. Zwle­kłam się z łóżka i wypra­wi­łam dzieci do szkoły. Czu­łam coś gor­szego niż zwy­kły smu­tek. Pró­bo­wa­łam się czymś zająć, żeby nie myśleć o zbli­ża­ją­cej się kata­stro­fie. Coraz czę­ściej spo­glą­da­łam na tele­fon. Wcze­snym popo­łu­dniem co parę minut pod­no­si­łam słu­chawkę, żeby spraw­dzić, czy tele­fon działa.

Kiedy chłopcy wró­cili ze szkoły i zaczęli się bawić, usma­ży­łam kur­czaka. Zamiast dżin­sów i T-shirtu zało­ży­łam spód­nicę i bluzkę, mocno wytu­szo­wa­łam rzęsy i zacze­sa­łam włosy na bok. W głębi ducha mia­łam nadzieję, że mąż przyj­dzie do domu, zoba­czy gotową kola­cję, wysprzą­tany dom, piękną żonę i grzeczne dzieci i zapra­gnie wró­cić. Co takiego? Tak długo pró­bo­wa­łam wyrwać się z tego związku. Skąd takie absur­dalne myśli?

Minęło parę dni. Mąż nie dzwo­nił i nie przy­cho­dził, a ja prze­sta­łam spać i jeść. Czu­łam oszo­ło­mie­nie, lęk, przy­gnę­bie­nie i obse­syj­nie o nim roz­my­śla­łam. Zamiast sku­pić się na naszych kłót­niach, wspo­mi­na­łam tylko dobre chwile. Roz­pacz­li­wie za nim tęsk­ni­łam. Zro­zu­mia­łam, że popeł­ni­łam strasz­liwy błąd.

Pró­bo­wa­łam się z nim skon­tak­to­wać, chcia­łam poroz­ma­wiać. Nie reago­wał na wia­do­mo­ści, jakie mu zosta­wi­łam w poczcie gło­so­wej.

Któ­re­goś popo­łu­dnia nie­ocze­ki­wa­nie zja­wił się w domu. Wziął parę rze­czy i spy­tał o chłop­ców. Począt­kowo roz­mowa szła nam opor­nie, ale w końcu wybuch­nę­łam: "Pro­szę, wróć!". Zaczę­łam pła­kać i bła­gać, żeby wró­cił do domu. Uśmiech­nął się szy­der­czo i ruszył do wyj­ścia. Pobie­głam za nim, pró­bo­wa­łam go objąć, wciąż bła­ga­jąc, żeby został. Mocno mnie ode­pchnął i wyszedł. Usia­dłam na scho­dach. Czu­łam się upo­ko­rzona. Zaczę­łam histe­rycz­nie szlo­chać. Jeśli nie uda mi się prze­ko­nać go do powrotu, moje życie straci cały sens.

Rano posta­no­wi­łam wysprzą­tać cały dom, zna­leźć pracę i ugo­to­wać wykwintną kola­cję. Zamiast pro­sić go o powrót, po pro­stu mu pokażę, jak bar­dzo się sta­ram. Udo­bru­cham go, będąc dobrą żoną, dobrą matką i dobrym pra­cow­ni­kiem. Tego dnia posta­no­wi­łam zacząć życie od nowa i odzy­skać męża.

Zro­bi­łam dzie­ciom śnia­da­nie i zabra­łam się do porząd­ków. Nie było bała­ganu, ale ja chcia­łam, żeby dom lśnił czy­sto­ścią.

Zmy­łam naczy­nia po śnia­da­niu, wyję­łam z opa­ko­wa­nia nową żółtą gąbkę, nala­łam na nią płynu do czysz­cze­nia i zaczę­łam sprzą­tać. Kiedy szo­ro­wa­łam kuchenny blat, uświa­do­mi­łam sobie, że już wcze­śniej był czy­sty. Jako dora­sta­jąca dziew­czyna mogła­bym wyszo­ro­wać dom od piw­nicy aż po strych, żeby zado­wo­lić swoją matkę, ale ona i tak zna­la­złaby jakiś pyłek. To samo powtó­rzyło się w moim mał­żeń­stwie. Zada­łam sobie pyta­nie: "Kiedy będzie wystar­cza­jąco czy­sto?" i sama na nie odpo­wie­dzia­łam: "Nie mam poję­cia".

Szo­ro­wa­łam blat, a łzy pły­nęły mi po twa­rzy. "Czy są już wystar­cza­jąco czy­ste? Dobrze się spi­sa­łam?" Moje mam­ro­ta­nie prze­szło w powar­ki­wa­nie, a potem we wrzask. "Kiedy będą wystar­cza­jąco czy­ste?! Kiedy wresz­cie dobrze się spi­szę?!" Nagle padłam na pod­łogę.

Nie mogłam się ruszyć. Przy­gnio­tła mnie świa­do­mość, że nie wiem, kim jestem ani czego chcę. Nie wie­dzia­łam nawet, czy chcę, by wszystko było "wystar­cza­jąco czy­ste". Zna­łam rodziny szczę­śliwe w swo­ich zaba­ła­ga­nio­nych domach. Nikogo tam nie karano ani nie kry­ty­ko­wano za nie­po­rzą­dek. Może chcia­łam być wła­śnie taka. Może chcia­łam być czło­wie­kiem, któ­remu po pro­stu nie zależy. A może mi zale­żało, ale wola­łam zatrud­nić sprzą­taczkę. Tym­cza­sem szo­ro­wa­łam nie­ska­zi­tel­nie czy­sty blat - nie dla­tego, że aż tak mi zale­żało na porządku, ale dla­tego, że pró­bo­wa­łam zdo­być uzna­nie ludzi, któ­rzy nie byli zdolni mi go oka­zać.

Co lubi­łam? Co myśla­łam o tym wszyst­kim? Kiedy prze­sta­łam mieć wła­sne zda­nie?

Nagle powró­ciło moje pierw­sze wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa. Mia­łam wtedy trzy albo cztery lata. Przy­śniło mi się, że "źli ludzie" mnie zabie­rają i gwał­tow­nie wybu­dzi­łam się z tego kosz­maru. Wycho­wy­wa­łam się w domach zastęp­czych i czę­sto mi się śniło, że jakieś potwory w ciem­nych ubra­niach wycią­gają mnie z łóżka. Kiedy dora­sta­łam, moi rodzice zastęp­czy czę­sto prze­bą­ki­wali, że nie będą mogli mnie adop­to­wać. Cza­sami odwie­dza­łam matkę bio­lo­giczną. Pozna­łam dwóch braci i bawi­łam się z naj­star­szym, Edwar­dem. Nie wie­dzia­łam, gdzie byłoby mi lepiej: w domu rodzin­nym czy zastęp­czym. Mia­łam wra­że­nie, że nie pasuję do żad­nej z tych rodzin. Cze­ka­łam, aż ktoś mi pod­po­wie, co powin­nam zro­bić i dokąd pójść.

Pew­nego dnia, kiedy mia­łam sie­dem lat, weszłam do pokoju gościn­nego w biu­rze Kato­lic­kiej Orga­ni­za­cji Cha­ry­ta­tyw­nej. Na krze­śle sie­działa moja matka, a mój brat, Edward, bawił się w kącie pokoju. Gdy do niego pode­szłam, bez słowa podał mi zabawkę. Nie roz­ma­wia­li­śmy, ale co jakiś czas uśmie­cha­li­śmy się do sie­bie. Miał nieco smutne spoj­rze­nie. Czu­łam, że jeste­śmy ule­pieni z tej samej gliny. Nie mia­łam poję­cia, że to nasze ostat­nie spo­tka­nie. Nie­długo potem matka oddała mnie do adop­cji.

Przez lata spo­ty­ka­ły­śmy się w tym biu­rze. Kiedy po raz ostatni wra­ca­łam stam­tąd metrem, wyobra­ża­łam sobie swoje życie poza sys­te­mem domów zastęp­czych. Bar­dzo się cie­szy­łam, że wresz­cie stanę się "nor­mal­nym" ame­ry­kań­skim dzie­cia­kiem. Tam­tego wie­czora poszli­śmy do restau­ra­cji, żeby uczcić począ­tek mojego nowego życia. Uro­dzi­łam się na nowo w wieku ośmiu lat! Byłam taka prze­jęta. Nie­stety wkrótce czar prysł. W domu nie wszystko dobrze się ukła­dało. Mój nowy ojciec sporo pił. Kiedy żona czuła od niego alko­hol, wpa­dała w szał. Jeśli nie reago­wał, gro­ziła, że się utopi w rzece albo zamknie się w łazience i połknie wszyst­kie leki z apteczki. Z prze­ra­że­niem słu­cha­łam, jak moja przy­brana matka - jedyna, jaką mia­łam - zarzeka się, że się zabije. Nawet jeśli oby­wało się bez tych dra­ma­tycz­nych gróźb, to kłót­nie cią­gnęły się godzi­nami, aż ojciec wycho­dził z domu. Wtedy matka prze­no­siła swój gniew na nas, a my się cho­wa­li­śmy albo sta­ra­li­śmy się wysprzą­tać dom, żeby prze­stała się na nas wście­kać.

Zda­rzały się i dobre dni, kiedy rodzice żyli w zgo­dzie. Wszy­scy zapo­mi­nali o tych strasz­nych awan­tu­rach, szli­śmy do kina, restau­ra­cji albo zosta­wa­li­śmy w domu i gra­li­śmy w karty. Nie­stety po jakimś cza­sie mój ojciec znowu zaczy­nał pić, spo­kój burzyły wrza­ski mojej matki i pie­kło roz­pę­ty­wało się od nowa. Kiedy mia­łam dzie­sięć lat, uwa­ża­łam, że spo­kojna noc to jedy­nie prze­rwa w ciągu awan­tur. W wieku dwu­na­stu lat zrozumia­łam, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Kiedy skoń­czy­łam czter­na­ście lat, nie wie­dzia­łam już dosłow­nie nic.

Wpływ moich rodzi­ców i prze­żyć z wcze­snego okresu życia stał się widoczny, gdy zaczę­łam inte­re­so­wać się chłop­cami. Podo­bali mi się albo poryw­czy jak moja matka, albo nie­obecni jak mój ojciec. Kiedy mia­łam osiem­na­ście lat, zwią­za­łam się z chło­pa­kiem, który nie tylko sto­so­wał prze­moc, ale i sta­no­wił dla mnie poten­cjal­nie śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo. Po pija­nemu mógłby mnie zabić. Wiele razy pod­bił mi oko, dusił, aż tra­ci­łam przy­tom­ność, a kie­dyś zamknął mnie na dwa dni w sza­fie. Kiedy mnie wypu­ścił, wybie­głam z domu, a wtedy pró­bo­wał prze­je­chać mnie moim wła­snym samo­cho­dem. Moje życie, już i tak fatalne, teraz ofi­cjal­nie prze­mie­niło się w hor­ror.

W końcu udało mi się bez­piecz­nie od niego odejść. Wkrótce potem zaczę­łam się spo­ty­kać z kolegą, który został moim pierw­szym mężem. Znowu goni­łam za "nor­mal­nym" życiem i byłam gotowa zro­bić wszystko, żeby tylko stać się nor­mal­nym czło­wie­kiem. Wie­rzy­łam, że jeśli ktoś mnie poko­cha, będę nor­malna i szczę­śliwa.

Teraz, leżąc na pod­ło­dze i gapiąc się w sufit, zaczę­łam sobie uświa­da­miać, że kur­czowo cze­pia­łam się mar­twego mał­żeń­stwa, by unik­nąć tych bole­snych wspo­mnień. Sche­mat mojego związku - na prze­mian zry­wa­nie i godze­nie się - chro­nił mnie przed opusz­cze­niem, prze­mocą i roz­pa­czą. W próżni spo­wo­do­wa­nej roz­sta­niem i utratą pracy poja­wiła się ta lawina kosz­mar­nych myśli, emo­cji, wspo­mnień i nie­do­koń­czo­nych spraw. Nie mogłam sobie pora­dzić z ogro­mem tych uczuć, z tym przy­tła­cza­ją­cym zada­niem. Potrze­bo­wa­łam pomocy. I to szybko. Zadzwo­ni­łam do psy­cho­te­ra­peutki i wykrzy­cza­łam w słu­chawkę całą swoją roz­pacz. Miała zapi­sa­nych pacjen­tów na parę kolej­nych tygo­dni, ale się zgo­dziła, żebym przy­szła następ­nego dnia. Przy­je­cha­łam pra­wie godzinę za wcze­śnie. Sie­dzia­łam w samo­cho­dzie na par­kingu, prze­mar­z­nięta do szpiku kości i zasta­na­wia­łam się, czy dobrze robię. W końcu przy­szła pora mojej wizyty. Psy­cho­te­ra­peutka była niska, szczu­pła i dość młoda. Miała zadarty nosek, pogodny uśmiech i rudawe włosy ścią­gnięte w koń­ski ogon, który koły­sał się przy każ­dym jej ruchu. Nie mia­łam poję­cia, jak taka mała osóbka może mi pomóc. Wska­zała na krze­sło naprze­ciwko sie­bie i spy­tała, w jakim celu przy­szłam. Drżą­cym gło­sem, czu­jąc się jak dziecko, powie­dzia­łam, że popeł­ni­łam strasz­liwy błąd, dopro­wa­dza­jąc do roz­padu swo­jego mał­żeń­stwa. Roz­dzie­ra­jąco szlo­cha­jąc, mówi­łam przez pół godziny. W końcu mi prze­rwała i spy­tała, co się stało z moją twa­rzą.

Z moją twa­rzą?

Moje życie legło w gru­zach, a ona się mar­twiła o moją twarz? Począt­kowo pró­bo­wa­łam to zigno­ro­wać i zaczę­łam mówić o czymś innym, ale ona dalej komen­to­wała mój wygląd. Moje ubra­nie było wymięte, zle­pione w strąki włosy opa­dały mi na posza­rzałą twarz. Nie odpo­wia­da­łam, bo nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć, a wtedy ona rze­czo­wym tonem stwier­dziła, że widzi przed sobą kobietę pozba­wioną poczu­cia war­to­ści i sza­cunku dla samej sie­bie. Nie mia­łam niskiego poczu­cia war­to­ści - byłam cał­ko­wi­cie go pozba­wiona. Odpar­łam, że nie zależy mi na poczu­ciu war­to­ści. Chcia­łam tylko odbu­do­wać swoje mał­żeń­stwo. Wcze­śniej bar­dzo chcia­łam się roz­stać z mężem, ale teraz nagle się zała­ma­łam i uzna­łam, że postą­pi­łam bar­dzo źle. Zawy­łam: "Powiedz mi, co mam robić!".

Przez chwilę mil­czała. Potem wychy­liła się do przodu i powie­działa: "Ta reak­cja to oznaka lęku przed porzu­ce­niem".

Lęk przed porzu­ce­niem.

Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam tego okre­śle­nia, ale instynk­tow­nie wie­dzia­łam, że "lęk przed porzu­ce­niem" pod­su­mo­wuje wszyst­kie pro­blemy w moim życiu. A skoro ist­niała nazwa mojego stanu, to z pew­no­ścią było i lekar­stwo. Na­dal nie byłam pewna, co myśleć o tej tera­peutce, ale teraz byłam skłonna jej wysłu­chać. Dała mi kilka ksią­żek na temat ura­zów psy­chicz­nych, prze­mocy, współ­uza­leż­nie­nia i rodzin z pro­ble­mem alko­ho­lo­wym. Co prawda nie wie­rzy­łam, że te książki zawie­rają odpo­wie­dzi na moje pyta­nia, ale obie­ca­łam, że je prze­czy­tam. Lek­tura była bole­sna, ale zaska­ku­jąca. Ni­gdy wcze­śniej nie czy­ta­łam porad­ni­ków i nie wie­dzia­łam, że lite­ra­tura tego typu może do mnie prze­mó­wić. Jako dziecko, które wycho­wało się w domach zastęp­czych, a potem w rodzi­nie adop­cyj­nej, zawsze i wszę­dzie czu­łam się nie­przy­sto­so­wana, co moja tera­peutka okre­śliła jako "krań­cowe wyalie­no­wa­nie". Po raz pierw­szy w życiu poczu­łam nadzieję i zro­zu­mia­łam, że może jed­nak uda mi się napra­wić to, co uwa­ża­łam za trwale uszko­dzone.

Ni­gdy też nie przy­szło mi do głowy, że mój mąż czę­ściowo ponosi odpo­wie­dzial­ność za nasze pro­blemy. Na­dal tkwi­łam w prze­ko­na­niu, że tylko ja jestem winna wszyst­kiemu, co poszło nie tak w naszym mał­żeń­stwie. Póź­niej tera­peutka wyja­śniła mi, że "swój cią­gnie do swego", że wady i pro­blemy part­nera zazwy­czaj idą w parze z two­imi wła­snymi. Ludzie wybie­rają part­ne­rów o podob­nym stop­niu "uszko­dze­nia" i w ten spo­sób zaczyna się taniec dys­funk­cji, któ­rego kroki oboje świet­nie znają. Dla­tego jedna osoba nie może być o wiele zdrow­sza od dru­giej. Zdrowi ludzie nie tań­czą z cho­rymi.

Mimo wszystko na­dal gorąco wie­rzy­łam, że jeśli znajdę w tych książ­kach coś, co wytłu­ma­czy mi zacho­wa­nie męża, zbliżę się do męż­czy­zny, któ­rego kocham, ojca moich dzieci i spro­wa­dzę go z powro­tem do domu. Prze­czy­ta­łam więc te książki, a potem zaczę­łam pisać do niego listy. Cza­sami go dener­wo­wały. Kiedy indziej reago­wał bar­dzo miło, pro­wa­dzi­li­śmy dłu­gie, dra­ma­tyczne roz­mowy, które zwy­kle koń­czyły się w łóżku. Cza­sami przy­cho­dził. Oboje byli­śmy sko­ło­wani i razem pła­ka­li­śmy. Nie­kiedy wydzie­ra­li­śmy się na sie­bie, wyzy­wa­li­śmy się od naj­gor­szych, a nawet docho­dziło do ręko­czy­nów. Nasz zwią­zek był cha­otyczny, ale za każ­dym razem, kiedy się widzie­li­śmy, mia­łam nadzieję, że tym razem się pogo­dzimy na dobre. Na­dal cze­ka­łam, aż ktoś inny roz­wieje moje wąt­pli­wo­ści.

Tera­pia nie poma­gała mi skleić mał­żeń­stwa. Tera­peutka radziła, żebym prze­stała kon­tak­to­wać się z mężem i pozwa­lała mu tylko na spo­tka­nia z dziećmi. Zachę­cała mnie do pro­wa­dze­nia pamięt­nika i pisa­nia do męża listów bez wysy­ła­nia ich. Pro­po­no­wała też, żebym przyj­rzała się całemu swo­jemu życiu i dostrze­gła prze­moc, porzu­ce­nie i nad­uży­cia ze strony innych ludzi. Jeśli chcia­łam wyrwać się z tego kręgu prze­mocy i wycho­wać dzieci na zdro­wych ludzi, powin­nam przyj­rzeć się swo­jemu życiu, uświa­do­mić sobie, gdzie popeł­ni­łam błąd i go napra­wić. W tym celu musia­łam rzu­cić się w otchłań i doświad­czyć cier­pie­nia.

Pierw­szy mie­siąc oka­zał się naj­strasz­niej­szy w całym moim życiu. Myśla­łam, że nie dam rady. Kiedy otwo­rzyła się puszka Pan­dory, wylały się z niej wszyst­kie żale i ból. Nie mogłam uwie­rzyć, że z takiego kosz­maru może wynik­nąć coś dobrego. Co gor­sza, mój mąż nawet nie pró­bo­wał się kryć ze swoim roman­sem ze zna­jomą z pracy i kie­dyś w jego samo­cho­dzie zna­la­złam list miło­sny od niej.

Któ­re­goś dnia przy­je­chał, żeby odwie­dzić chłop­ców. Wła­śnie wra­ca­łam z pracy. Zoba­czy­łam, że bawią się w ogródku za domem, weszłam do środka, żeby zmie­nić buty, a chwilę póź­niej mąż sta­nął obok mnie i zaczął wrzesz­czeć, że się z nim nie przy­wi­ta­łam. Nie wie­dzia­łam, jak zare­ago­wać. Sie­dzia­łam w mil­cze­niu i zakła­da­łam buty. Wku­rzył się jesz­cze bar­dziej. Prze­ma­sze­ro­wał przez pokój i mnie spo­licz­ko­wał. I tym razem nie zare­ago­wa­łam, tylko cicho, ale sta­now­czo powie­dzia­łam: "Wyjdź". Następ­nego dnia spo­tka­łam się z praw­ni­kiem, zło­ży­łam papiery roz­wo­dowe i zała­twi­łam zakaz zbli­ża­nia się. Mąż pró­bo­wał go pod­wa­żyć, więc doszło do roz­prawy sądo­wej.

Wie­dzia­łam, że w ten spo­sób chciał mnie zastra­szyć. Pew­nie myślał, że nie dam rady i rze­czy­wi­ście - stara "ja" nie pora­dzi­łaby sobie w tej sytu­acji. Pro­blem pole­gał na tym, że ni­gdy nikomu się nie posta­wi­łam i nie byłam pewna, czy tym razem mi się uda. Kiedy nad­szedł dzień roz­prawy, weszłam do sądu na trzę­są­cych się nogach, trzy­ma­jąc się porę­czy, żeby nie upaść. Kiedy wywo­łano nasze nazwi­ska, mój adwo­kat wezwał mnie na miej­sce dla świadka i wypy­tał o wszyst­kie przy­padki prze­mocy w naszym domu. Począt­kowo mówi­łam tak cicho, że ledwo mnie było sły­chać, ale nagle przy­po­mniały mi się słowa mojej tera­peutki: Nikt nie ma prawa sto­so­wać prze­mocy wobec innych. Wcze­śniej o tym nie wie­dzia­łam. Zawsze myśla­łam, że zmu­sza­łam innych do sto­so­wa­nia prze­mocy, bo byłam taka bez­na­dziejna.

Niczym man­trę powta­rza­łam sobie w myślach te słowa i nagle coś się we mnie zmie­niło. Uwie­rzy­łam, że tera­peutka miała rację. Moje zacho­wa­nie cał­ko­wi­cie się odmie­niło. Zaczę­łam mówić gło­śniej i bar­dziej sta­now­czo. Odwró­ci­łam się i spoj­rza­łam mężowi pro­sto w oczy. Ku mojemu zdu­mie­niu jego adwo­kat coś mu szep­nął do ucha, po czym wstał i wyco­fał sprze­ciw. Sędzia powie­dział, że mogę usiąść i wydał stały zakaz zbli­ża­nia się.

Po roz­pra­wie dosłow­nie sfru­nę­łam ze scho­dów. Czu­łam, że zaczy­nam życie od nowa. Wie­dzia­łam, że od tej pory nie pozwolę, żeby kto­kol­wiek sto­so­wał wobec mnie prze­moc. W końcu prze­ję­łam kon­trolę nad wła­snym życiem i powie­dzia­łam: "Dosyć tego! Nie wolno ci tego robić!". Sta­wia­nie gra­nic stało się prio­ry­te­tem w moim życiu i zmie­niło wszystko na lep­sze.

Roz­wód nie był łatwy i sfi­na­li­zo­wał się dopiero po ponad dwóch latach. Na­dal pra­co­wa­łam z tera­peutką, cho­dzi­łam na spo­tka­nia grup wspar­cia, czy­ta­łam porad­niki i sta­wa­łam się coraz sil­niej­sza. Pod­czas pierw­szych świąt nastą­pił u mnie pewien regres, ale dzięki swo­jemu sys­te­mowi wspar­cia poko­na­łam go i dalej pra­co­wa­łam nad sobą. Przez całe życie nie cier­pia­łam nie­pew­no­ści i ocze­ki­wa­łam, że ktoś da mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Przez całe życie szu­ka­łam kogoś, kto by mnie poko­chał i uczy­nił ze mnie nor­mal­nego czło­wieka. Teraz się dowie­dzia­łam, że pew­ność sie­bie muszę odna­leźć w sobie i że sama muszę odkryć i pie­lę­gno­wać wła­sną nor­mal­ność. Było ciężko, ale nie tylko zmie­rzy­łam się z prze­szło­ścią, lecz zmie­ni­łam rów­nież swoje nasta­wie­nie do teraź­niej­szo­ści i zaczę­łam pla­no­wać przy­szłość. Nauczy­łam się mieć przy­ja­ciół, zain­te­re­so­wa­nia i hobby. Kiedy zaczę­łam odkry­wać, co lubię, a czego nie lubię, nauczy­łam się wyra­żać wła­sne zda­nie. Im bar­dziej pra­co­wa­łam nad sobą i im zdrow­sza się sta­wa­łam, tym zdrowsi się sta­wali ludzie w moim życiu.

Im lepiej trak­to­wa­łam samą sie­bie, tym lepiej trak­to­wali mnie inni. Kiedy moja pew­ność sie­bie się zwięk­szyła, zaczę­łam pozna­wać ludzi zdol­nych do miło­ści i takich, na któ­rych mogłam pole­gać.

Nauczy­łam się cho­dzić na randki z męż­czy­znami i odma­wiać. Nauczy­łam się wier­no­ści samej sobie i prze­sta­łam robić wszystko, żeby tylko przy­po­do­bać się innym. Zaczę­łam zada­wać sobie pyta­nie: "Czy go lubię?". Jeśli odpo­wiedź była prze­cząca, od razu się żegna­łam. Moje związki z męż­czy­znami na­dal nie były udane i przez parę pierw­szych lat wciąż domi­no­wał w nich lęk przed porzu­ce­niem, ale z każ­dego wycią­ga­łam jakąś lek­cję. Zaczę­łam postrze­gać swoje związki jako źró­dło wie­dzy i inwen­ta­ry­zo­wa­łam je, gdy się koń­czyły, co mi pomo­gło zro­zu­mieć, na jakie kwe­stie w swoim życiu powin­nam zwró­cić uwagę.

W tam­tym okre­sie pod­ję­łam decy­zję, która kie­dyś wyda­wa­łaby mi się nie do poję­cia: wolę być sama, niż mia­ła­bym zaak­cep­to­wać coś nie do zaak­cep­to­wa­nia. Już ni­gdy nie poświęcę sie­bie dla związku z męż­czy­zną. Nie zamie­rza­łam być igno­ro­wana, wyzy­wana czy umiesz­czana na ostat­nim miej­scu listy prio­ry­te­tów. Nie zamie­rza­łam akcep­to­wać nie­ak­cep­to­wal­nego zacho­wa­nia tylko po to, żeby mieć kogoś. Przez lata się bałam, że nikt mnie nie poko­cha. Teraz byłam pewna, że dostanę to, na co się zgo­dzę, więc nie zamie­rzam zga­dzać się na mniej, niż zasłu­guję. Powoli zaczy­na­łam wie­rzyć, że zasłu­guję na wszystko, co naj­lep­sze.

Sporo czasu mi zajęło uwie­rze­nie w sie­bie jako rodzica. Kiedy się uczy­łam, co jest zdrowe, co nie, zaczęło się to prze­ja­wiać w moim spo­so­bie wycho­wy­wa­nia dzieci. W naszym domu wolno było sta­wiać gra­nice, dba­li­śmy o sie­bie i mogli­śmy na sobie pole­gać. Nie przej­mo­wa­li­śmy się takimi głup­stwami jak to, czy stół w kuchni jest wystar­cza­jąco czy­sty. Przej­mo­wa­li­śmy się tylko tym, jaką rodziną jeste­śmy. Dziś syno­wie są mi wdzięczni za to, że wyrwa­łam się z kręgu prze­mocy i porzu­ce­nia. Każdą roz­mowę tele­fo­niczną koń­czą sło­wami "Kocham cię" i zawsze mnie przy­tu­lają na powi­ta­nie i poże­gna­nie. Przy­cho­dzą do mnie po radę. Są mnie pewni, a ja jestem pewna ich. To cudowni mło­dzi męż­czyźni i jestem z nich bar­dzo dumna.

Pró­bu­jąc wyle­czyć swoje rany, zaczę­łam szu­kać swo­jej bio­lo­gicz­nej rodziny. W każ­dym peł­nym prze­mocy związku całym ser­cem tęsk­ni­łam za moim bra­tem Edwar­dem. Byłam pewna, że gdyby był przy mnie, nie sta­łaby mi się żadna krzywda. Być może go ide­ali­zo­wa­łam, ale mia­łam wra­że­nie, że to moja zagu­biona gdzieś w świe­cie druga połówka i bar­dzo pra­gnę­łam, żeby wró­cił do mojego życia. Zawsze mi się wyda­wało, że gdy­by­śmy byli razem, w życiu lepiej by się nam uło­żyło.

Szu­ka­łam go przez parę lat, aż wresz­cie dowie­dzia­łam się, że od jakie­goś czasu nie żyje. Mam jesz­cze dwóch braci - Billy'ego i Ricky'ego, z któ­rymi odno­wi­łam kon­takt. Gorzko żało­wa­łam, że nie mogłam z nimi dora­stać i że z tego powodu moje uzdro­wie­nie ni­gdy nie będzie kom­pletne. Żałuję, że ni­gdy nie pozna­łam swo­jego brata Edwarda i nie dora­sta­łam z pozo­sta­łymi braćmi. Poza tym jed­nak uzdro­wi­łam swoją prze­szłość. Na tera­pii prze­pra­co­wa­łam rela­cje ze wszyst­kimi swo­imi rodzi­cami i w końcu udało mi się ich zaak­cep­to­wać i im wyba­czyć. Wyba­czy­łam im, żeby móc żyć dalej jako zdrowy czło­wiek.

Kiedy się dowie­dzia­łam, że "swój cią­gnie do swego", wresz­cie mogłam dostrzec swoje pro­blemy, ana­li­zu­jąc, do jakich ludzi mnie cią­gnie i jakim ludziom się podo­bam. Dało mi to pew­ność, że mogę kon­tro­lo­wać to, co się dzieje w moim życiu i moich związ­kach. Tyle razy wyda­wało mi się, że jestem gotowa zwią­zać się z "tym jedy­nym", a jed­nak pako­wa­łam się w zwią­zek z męż­czy­zną z ogrom­nymi pro­ble­mami. Ana­li­zu­jąc te kwe­stie, zro­zu­mia­łam, nad czym jesz­cze powin­nam popra­co­wać i że muszę zacząć od początku. Nie­kiedy było to fru­stru­jące, ale moim celem było wyle­cze­nie się do tego stop­nia, bym mogła stwo­rzyć zdrowy zwią­zek.

Byłam szczę­śliwą sin­gielką, kiedy nie­ocze­ki­wa­nie się zako­cha­łam. On też był samot­nym rodzi­cem, wycho­wy­wał córeczkę. Był szczery, otwarty, miły, tro­skliwy i uwa­żał, że ja jestem taka sama. Oboje dobrze czu­li­śmy się jako sin­gle i stwier­dzi­li­śmy, że wolimy żyć w samot­no­ści, niż znowu fun­do­wać sobie jakiś dra­mat. Zmie­ni­li­by­śmy zda­nie tylko wtedy, gdy­by­śmy poznali osobę o takim samym nasta­wie­niu do życia. Wyda­wało się nam, że to ni­gdy nie nastąpi, że ni­gdy nie znaj­dziemy osoby, która będzie cenić nasze życie i dzieci, która będzie popie­rać naszą nie­za­leż­ność, która będzie pra­co­wać razem z nami, by stwo­rzyć zdrowy zwią­zek.

I nagle się odna­leź­li­śmy.

Od dwu­na­stu lat jeste­śmy szczę­śli­wym mał­żeń­stwem. Na pal­cach jed­nej ręki mogę poli­czyć poważne kłót­nie. Mąż ni­gdy mnie nie wyzy­wał. Ni­gdy nie dopro­wa­dził mnie do pła­czu. Nie zważa na to, czy w domu jest porzą­dek. Zależy mu na moim szczę­ściu i kocha mnie bez­wa­run­kowo. Jeste­śmy dobrymi i kocha­ją­cymi part­ne­rami zarówno w życiu, jak i w miło­ści.

Wstęp

W tej książce znaj­dziesz pro­sty prze­pis na to, jak odna­leźć szczę­ście po zakoń­cze­niu związku. Zebra­łam w niej wszyst­kie swoje doświad­cze­nia jako osoba po roz­sta­niu, jako tera­peutka, naukow­czyni i nauczy­cielka. Pokażę ci, jak prze­kształ­ci­łam nie­sły­cha­nie bole­sne roz­sta­nie w naj­lep­szą rzecz, jaka mi się kie­dy­kol­wiek przy­da­rzyła. Ty też możesz tego doko­nać. Podzielę się z tobą wszyst­kim, czego się nauczy­łam w szkole i w życiu, wszyst­kim, co stu­dio­wa­łam i co inni mi opo­wie­dzieli na ten temat w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat.

Po tym, jak moje pierw­sze mał­żeń­stwo się roz­pa­dło, zapra­gnę­łam zacząć poma­gać ludziom zmie­niać życie i prze­ko­nać ich, że wszystko jest moż­liwe. Poszłam do szkoły, żeby zostać tera­peutką, a póź­niej uzy­ska­łam dyplom tera­peutki spe­cja­li­zu­ją­cej się w tera­pii żałoby. Dzięki bada­niom i pro­wa­dze­niu grup wspar­cia dla osób radzą­cych sobie ze stratą prze­ko­na­łam się, jak głę­boki i pozy­tywny wpływ na ludzi ma jej prze­pra­co­wa­nie. Ludzie, któ­rzy się z nią zmie­rzyli - czy cho­dziło o roz­sta­nie, roz­wód, śmierć czy jakąś inną nagłą zmianę - sami w zdu­mie­wa­jący spo­sób się zmie­niali.

Któ­re­goś dnia ktoś mnie spy­tał, czy wszyst­kie moje marze­nia się speł­niły. Przy­tak­nę­łam, ale potem przez parę dni się zasta­na­wia­łam, czy to prawda, bo zostało mi jedno nie­zre­ali­zo­wane marze­nie. Wycho­wu­jąc się w domach zastęp­czych, marzy­łam o tym, żeby zostać pra­cow­ni­kiem opieki spo­łecz­nej albo praw­ni­kiem. Kiedy w sądzie w Bronx County osta­tecz­nie oddano mnie do adop­cji, sędzia popro­sił mnie do swo­jego gabi­netu, chcąc zadać mi parę pytań. Mia­łam dopiero osiem lat, ale i tak ten sza­cowny, wypeł­niony książ­kami pokój zro­bił na mnie ogromne wra­że­nie. Spy­ta­łam, jak mogę dostać taką pracę. Sędzia roze­śmiał się i odparł: "Ciężko pra­cuj, ucz się i zostań praw­ni­kiem". W duchu przy­rze­kłam sobie, że wła­śnie to uczy­nię.

Trzy­dzie­ści dwa lata póź­niej speł­ni­łam swoje marze­nie i zaczę­łam stu­dio­wać prawo. Potem prze­pro­wa­dzi­łam się do Nowego Jorku, mojego rodzin­nego mia­sta. Codzien­nie wyko­ny­wa­łam swój zawód, ale w naj­mniej ocze­ki­wa­nych momen­tach, kiedy ktoś opo­wia­dał mi histo­rię swo­jego roz­sta­nia albo pró­bo­wał się wyrwać z kręgu prze­mocy, czu­łam potrzebę podzie­le­nia się wła­snymi doświad­cze­niami. Zawsze wtedy klienci mnie do tego zachę­cali, mówiąc, że w ten spo­sób im poma­gam. Za każ­dym razem, kiedy odsu­wa­łam od sie­bie tę myśl, wyda­rzało się coś, co znowu mi przy­po­mi­nało o tym pomy­śle albo ktoś mi mówił, że powin­nam opo­wie­dzieć swoją histo­rię, by dać nadzieję innym oso­bom w podob­nej sytu­acji.

W tym celu zaczę­łam pro­wa­dzić semi­na­ria pod nazwą "Jak pora­dzić sobie z prze­szło­ścią" i "Roz­sta­nie to nie koniec świata". Zało­ży­łam bloga, stwo­rzy­łam inter­ne­tową grupę dys­ku­syjną i biu­le­tyn inter­ne­towy. Począt­kowo blog słu­żył mi tylko do odpo­wia­da­nia na e-maile i pyta­nia od uczest­ni­ków moich semi­na­riów, ale po paru tygo­dniach poja­wiły się w nim komen­ta­rze nie tylko od stu­den­tów. Wkrótce zyskał sobie wielu zwo­len­ni­ków i na moich semi­na­riach zaczęli się poja­wiać czy­tel­nicy z całego świata. Stwo­rzyli wspa­niałą grupę wspar­cia. Roz­ma­wiali ze sobą pry­wat­nie i czę­sto przy­jeż­dżali razem. Nowi czy­tel­nicy bloga, któ­rzy prze­waż­nie są w głę­bo­kiej roz­pa­czy, są ser­decz­nie witani przez całą spo­łecz­ność. Na swoim blogu zachę­cam czy­tel­ni­ków, by prze­ka­zy­wali zdo­bytą wie­dzę innym, co też czy­nią. Spo­łecz­ność ta jest bar­dzo zżyta i daje wiel­kie wspar­cie oso­bom świeżo po roz­sta­niu.

Moi stu­denci i czy­tel­nicy czę­sto pro­sili, bym napi­sała książkę przed­sta­wia­jącą drogę ku wyzdro­wie­niu. Opi­sa­łam więc swoją podróż i podzie­li­łam się swo­imi doświad­cze­niami. Kosz­marne roz­sta­nie stało się kata­li­za­to­rem dla mojego obec­nego cudow­nego życia. Życzę wszyst­kim tego samego i gorąco wie­rzę, że każdy może to osią­gnąć.

Książka ta, podob­nie jak spo­łecz­ność stwo­rzona wokół bloga, jest dla każ­dego: dla męż­czyzn i kobiet, gejów i osób hete­ro­sek­su­al­nych, duchow­nych i osób świec­kich, mło­dych i sta­rych. Strata to czę­ste prze­ży­cie. Ist­nieją bar­dzo kon­kretne spo­soby na pora­dze­nie sobie z nią. Ta książka jest prze­zna­czona dla każ­dego, kto chce się dowie­dzieć, jak się pogo­dzić z roz­pa­dem związku i zacząć nowe, szczę­śliwe życie.

Możesz sobie poradzić z rozstaniem

Roz­sta­nie to nie koniec świata pomoże ci raz na zawsze zmie­nić na lep­sze naturę two­ich związ­ków. Mój plan zawiera ory­gi­nalną kon­cep­cję "obser­wa­cji, przy­go­to­wa­nia i pie­lę­gna­cji". Jeśli chcesz się zmie­nić na stałe, musisz zacząć obser­wo­wać, co się dzieje w tobie i wokół cie­bie, przy­go­to­wać się na zmianę, a następ­nie pie­lę­gno­wać jej rezul­taty. W tej książce pokażę ci krok po kroku, jak tego doko­nać.

Więk­szość teo­rii i tech­nik, które opi­suję, wywo­dzi się z kla­sycz­nej i współ­cze­snej myśli psy­cho­lo­gicz­nej, ale sam plan jest cał­ko­wi­cie ory­gi­nalny. Z wła­snej pracy i z pracy z innymi dowie­dzia­łam się, że ludzie szybko mają dosyć tera­pii poprzez roz­mowę i cięż­kiej pracy nad stratą, jeśli nie mogą ich zrów­no­wa­żyć jakąś formą roz­rywki czy uspo­ko­je­nia. Nato­miast pozy­tywne myśle­nie i roz­mowa z samym sobą dzia­łają przez jakiś czas, ale nie mogą dać trwa­łych rezul­ta­tów, jeśli wielka strata czy cier­pie­nie mają swoje źró­dło w dzie­ciń­stwie. Wszyst­kie te tech­niki i teo­rie do pew­nego stop­nia dzia­łają, ale mój plan wzmac­nia ich efek­tyw­ność.

Książka ta nie służy do jed­no­ra­zo­wej lek­tury. Napi­sa­łam ją jako pod­ręcz­nik, do któ­rego możesz wra­cać, kiedy tylko tego potrze­bu­jesz, i z któ­rego możesz korzy­stać przez wiele mie­sięcy. Może słu­żyć jako doda­tek i uzu­peł­nie­nie tera­pii, pro­gramu dwu­na­stu kro­ków i udziału w gru­pach wspar­cia.

Pod­stawą zdro­wego, szczę­śli­wego życia jest rów­no­waga. Jeśli chcesz je osią­gnąć, twoje dzia­ła­nia rów­nież muszą być zrów­no­wa­żone. Ważne jest, by łączyć przed­sta­wione tu narzę­dzia i dosto­so­wać je do wła­snego życia.

Plan opi­sany w tej książce działa, a jeśli sko­rzy­stasz z moich rad i prze­ro­bisz cały pro­gram, cał­ko­wi­cie zmie­nisz swoje życie. Nie tylko pora­dzisz sobie z ostat­nim roz­sta­niem, ale rów­nież sta­niesz się szczę­śli­wym, zdro­wym i nie­za­leż­nym czło­wie­kiem, a wtedy zaczniesz przy­cią­gać do sie­bie podob­nych ludzi.

Kiedy nadej­dzie koniecz­ność zmie­rze­nia się ze swoim cier­pie­niem, nie cofaj się.

To boli, ale jeśli wytrzy­masz, czeka cię ogromne szczę­ście.

Posprzą­taj pobo­jo­wi­sko, jakim jest twoja prze­szłość, i odnajdź to szczę­ście.

Zejdź w otchłań i wynieś z niej skarb, jakim jest twoje nowe życie.

1. Droga ku uzdrowieniu: W jaki sposób ta książka odmieni twoje życie

1

Droga ku uzdro­wie­niu: W jaki spo­sób ta książka odmieni twoje życie

Prawdą jest, że naj­pięk­niej­sze chwile poja­wiają się wtedy, gdy czu­jemy się naj­bar­dziej nie­szczę­śliwi i nie­speł­nieni, bo tylko w takich chwi­lach zmie­niamy swoje nawyki i zaczy­namy szu­kać innych dróg i praw­dziw­szych odpo­wie­dzi.

[M. SCOTT PECK]

To trudne, ale wyko­nalne.

To boli.

Kochasz kogoś, kto kie­dyś kochał cie­bie. Może zacho­wy­wał się tak, jakby odwza­jem­niał twoją miłość, ale już się tak nie zacho­wuje. Albo może po pro­stu nie czuje i ni­gdy nie poczuje tego samego co ty.

Może wyda­wało ci się, że twój były part­ner kochał cię rów­nie mocno, jak ty jego. Potem nagle odwró­cił się od cie­bie i zra­nił cię w nie­wy­obra­żalny spo­sób.

Może odszedł do kogoś innego. Przy­ja­ciele powta­rzają, że pod każ­dym wzglę­dem jesteś lep­sza od tego kogoś. A jed­nak twój były wciąż jest z tą inną. Cała aż się gotu­jesz, bo ta nowa osoba to pod­stępna żmija, czego twój były nie zauważa. Ta osoba jest nie­doj­rzała, nie­przy­stępna, roz­piesz­czona albo po pro­stu głu­pia. Mimo to on jest zako­chany. Jak to moż­liwe?

Albo może twój były cał­ko­wi­cie zmie­nił nasta­wie­nie. Pytasz: "Nie chcesz, żeby ktoś pomógł ci dźwi­gać ten cię­żar?" i dosta­jesz odpo­wiedź: "Pro­szę, daj mi spo­kój". Ogar­nia cię prze­ra­że­nie. Jak to moż­liwe, że pomocą, jakiej twój part­ner ocze­kuje, jest roz­sta­nie? No jak?

Może to ty chcia­łaś się roz­stać, a może on. Tak czy ina­czej bar­dzo cier­pisz. Czu­jesz potworny ból. Na okrą­gło odtwa­rzasz w myślach wasze roz­mowy. Gdzie popeł­ni­łaś błąd, co zro­bi­łaś nie tak? Co powin­naś była zro­bić? Czego nie powin­naś była zro­bić?

Czu­jesz się odrzu­cona i gor­sza. Masz wra­że­nie, że coś jest z tobą nie tak. Zasta­na­wiasz się, jak mogła­byś spra­wić, żeby part­ner znowu cię zapra­gnął.

Natych­miast prze­stań.

Nawet nie pró­buj kogoś zmie­niać. Prze­stań się tar­go­wać z losem i pró­bo­wać go prze­ku­pić. Nie pró­buj zatra­cić sie­bie po to, żeby ten ogra­ni­czony czło­wiek cię poko­chał. Zapo­mnij o tym!

Zasłu­gu­jesz na wię­cej - o wiele wię­cej. W tej książce pokażę ci, jak to zdo­być.

Czas po roz­sta­niu przy­nosi ogromne cier­pie­nie, ale może też oka­zać się wielką szansą na roz­wój, który zmieni całe twoje życie. Kiedy masz zła­mane serce, może ci się to wyda­wać nie­wia­ry­godne, ale uwierz mi, że okres ten może być nie­zwy­kle owocny, jeśli tylko się otwo­rzysz i będziesz gotowa na speł­nie­nie swo­ich marzeń. Roz­sta­nie to doświad­cze­nie wyzwa­la­jące, jeśli sta­niesz się panią wła­snego życia i zaczniesz wpro­wa­dzać pozy­tywne zmiany, zamiast bier­nie na nie cze­kać.

Po roz­sta­niu masz trzy opcje. Możesz zużyć całą ener­gię i czas, możesz wylać morze łez, pró­bu­jąc odzy­skać byłego. Możesz żyć dalej, jakby nic się nie stało i podą­żać tą samą ścieżką wprost do kolej­nego nie­uda­nego związku. Trze­cia opcja to uzdro­wie­nie, przyj­rze­nie się temu, co się stało i pozna­nie nowych spo­so­bów na to, jak żyć bar­dziej zdrowo i szczę­śli­wie. Dzięki temu sta­niesz się nie tylko szczę­śliw­sza, ale i zyskasz wielką szansę na odna­le­zie­nie praw­dzi­wej miło­ści i osoby, która jest dla cie­bie odpo­wied­nia. Ta ostat­nia opcja jest nie­skoń­cze­nie bar­dziej atrak­cyjna od poprzed­nich i daje gwa­ran­cję dłu­go­trwa­łego szczę­ścia, a jed­nak więk­szość osób wybiera pierw­szą, a jeśli to nie działa - drugą. Dla­czego? Bo nie mają poję­cia, jak zro­bić to, na czym polega trze­cia opcja - jak stać się panią wła­snego życia.

Pozna­łam wielu klien­tów, stu­den­tów i czy­tel­ni­ków, któ­rzy po roz­sta­niu chcieli zmie­nić swoje życie, ale nie wie­dzieli, jak to zro­bić. Pewna kobieta mi powie­działa: "Po roz­wo­dzie sta­nę­łam na roz­drożu i nie wiem, w którą stronę pójść". Inny mój klient myślał, że roz­wód będzie dla niego wyzwo­le­niem, oka­zało się jed­nak, że nie­zde­cy­do­wa­nie go spa­ra­li­żo­wało. Powie­dział: "Chcia­łem robić wiele rze­czy, ale moja żona była doma­torką, więc z nich zre­zy­gno­wa­łem. Teraz w końcu mógł­bym roz­wi­jać swoje pasje, ale wciąż cier­pię po roz­sta­niu, a wybór mnie przy­tła­cza".

Każda para ma swój rytm, ale zaan­ga­żo­wa­nie w zwią­zek jest waż­niej­sze od innych zobo­wią­zań. Kiedy zwią­zek się roz­pada i te ogra­ni­cze­nia prze­stają ist­nieć, dosta­jesz nie­po­wta­rzalną szansę na wyko­rzy­sta­nie całego wachla­rza nowych opcji i zasta­no­wie­nie się, czego chcesz od życia, dokąd zmie­rzasz i jak możesz tam dotrzeć. Nie­stety oszo­ło­mie­nie i strach mogą cię para­li­żo­wać.

Czy zde­cy­do­wa­łaś się na zwią­zek, żeby przed czymś uciec? Teraz masz szansę nie tylko doko­nać życio­wych wybo­rów, ale rów­nież zająć się swoim zdro­wiem emo­cjo­nal­nym. Po roz­sta­niu wiele osób decy­duje się na psy­cho­te­ra­pię albo udział w gru­pach wspar­cia. Odkry­wają wtedy, że mają w sobie wiele nie­za­le­czo­nych ran. Pewna kobieta mi powie­działa: "Kiedy zwią­za­łam się ze swoim byłym chło­pa­kiem, zepchnę­łam w pod­świa­do­mość wszyst­kie złe wspo­mnie­nia z poprzed­nich związ­ków. Gdy tylko się roz­sta­li­śmy, wspo­mnie­nia wypły­nęły na powierzch­nię. Nie mogłam znieść tego bólu". Inny męż­czy­zna po roz­pa­dzie mał­żeń­stwa poszedł na psy­cho­te­ra­pię. Zdu­miało go to, że tera­peuta sku­pił się na śmierci matki, którą jego klient prze­żył jako mały chło­piec. Powie­dział:

Ni­gdy nie umia­łem pora­dzić sobie ze stratą, kiedy więc moja żona ode­szła, wpa­dłem w straszną depre­sję, myśla­łem wręcz, że umrę. Ale wcale nie cho­dziło o żonę. Cho­dziło o to, że znowu musia­łem zmie­rzyć się z cier­pie­niem po utra­cie matki. Byłem za mały, żeby prze­żyć żałobę. Póź­niej w każ­dym związku kur­czowo cze­pia­łem się swo­ich part­ne­rek, byłem marudny i za wszelką cenę sta­ra­łem się unik­nąć roz­sta­nia. Kiedy żona ode mnie ode­szła, musia­łem się cof­nąć i w końcu opła­kać śmierć matki.

Może prze­ży­łaś sze­reg mniej­szych strat - na przy­kład prze­pro­wadzkę albo utratę pracy - któ­rych ni­gdy nie uwa­ża­łaś za warte opła­ki­wa­nia. A może ni­gdy nie prze­ży­łaś żad­nej istot­nej straty i to roz­sta­nie jest dla cie­bie pierw­szym takim doświad­cze­niem. Tak czy ina­czej naucze­nie się prze­pra­co­wa­nia straty to jedna z naj­zdrow­szych rze­czy, jakie możesz dla sie­bie zro­bić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki