Podziękowania
Żaden pisarz nie tworzy książki sam. Ja również dostałam ogromne
wsparcie. Oto osoby, którym chciałabym podziękować.
Mój mąż, Michael DiCarlo, za to, że mnie kocha, jest przy mnie i wierzy
we mnie jak nikt inny. Szczerze cię kocham.
Moi cudowni wnukowie: C.J. i Derek za to, że codziennie dają mi powód do
uśmiechu.
Moi bracia: Ricky i Billy. Kocham was.
Moja przyjaciółka, Carlotta Cassidy, za wsparcie i wyrozumiałość.
Moja droga przyjaciółka, Barbara McCarthy, za to, że zawsze jest przy
mnie.
Moi pomocni przyjaciele: Marian Ericson, Candice Cook, Melissa
Wandersee, Jenny Rynell i Martin Pascual.
Moje synowe, Kristen i Heather, i moje szwagierki, Kathy i Marion.
Moi mentorzy, nauczyciele i osoby, które mnie inspirowały: Cheryl
Cabral, Beverly Hall, Rodney Hayes, Ken Hammond, Katie Sunderland,
Jacquie Pells, John James z Grief Recovery Institute i Lou Tice z Pacific Institute.
Moja agentka, Diane Freed i wspaniały zespół z FinePrint Literary
Management.
Moja redaktorka, Katie McHugh z Da Capo za to, że dała szansę tej
książce.
Joan i Anthony Nittoli, Theresa Andis-DiCarlo, Mark Carley, Julie Carlo,
Tony Nittoli, Joe Jasniewski, Kathy Fox, Vonne Cranmer, Gia Goldman,
Lexi Feinberg, Beatrice B., Nick Chiodini, Eric Elkins, Brenda Murphy,
Laura Jelin, Eileen MacDonald, Kara Harter, Jenny Mahoney, Gena Wright,
Patrick Lidji, L. Felipe Guimares, Paul Alexander, Megan McLeod, Lucy
Hunt, Libby Huegel, Heather Baker, Nicole Cusick i Genevieve Sebesta.
Wszyscy czytelnicy mojego bloga, klienci i uczestnicy konferencji, a także ci, którzy zachęcali mnie do "napisania o tym książki".
Przez dwadzieścia lat zgłębiałam temat i czytałam, ale kilka książek w wyjątkowy sposób trafiło do mojego serca i duszy, odmieniło moje życie i wywarło ogromny wpływ na moją pracę. Oto ich autorzy, do których kieruję
podziękowania: Melody Beattie, Robin Norwood, Susan Forward, Clarissa
Pinkola Estes, Therese Rando oraz Stephen i Ondrea Levine.
Kiedy skończyłam pisać tę książkę, u Michaela, miłości mojego życia,
zdiagnozowano nieuleczalny nowotwór mózgu. Myśl o tym, że go stracę,
jest druzgocząca, ale wiem, że nigdy bym nie zaznała takiej miłości,
gdybym nie zmieniła swojego życia. Lata, które z nim spędziłam, to
najpiękniejszy okres w moim życiu. Troszczę się o niego tak samo, jak on
by się troszczył o mnie. Zawsze będę wdzięczna za to, że pojawił się w moim życiu. A to nie byłoby możliwe bez pracy, którą opisuję w tej
książce.
Przedmowa: Moja historia
Skarb, jakim jest życie, odkryjemy dopiero wtedy, gdy zejdziemy w otchłań. Tam, gdzie się potkniesz, tam leży twój skarb.
[JOSEPH CAMPBELL]
Historia mojego dzieciństwa i moich związków może się wydawać dość
ekstremalna, ale chcę ją opowiedzieć, byście uwierzyli, że skoro mnie
się udało, to uda się i wam. Dziś moje życie jest nie tylko udane -
przynosi mi wiele radości. Jestem zdrowa, szczęśliwa i silna.
Wykonałam pracę, której i od was będę oczekiwać. Wiem, że to trudne,
ale wierzcie mi: warto.
Kiedy odeszłam od męża, przez jakieś dwadzieścia cztery godziny byłam
pewna, że słusznie zrobiłam. Od dawna byłam nieszczęśliwa w małżeństwie:
ciągle się kłóciliśmy i byłam przekonana, że mąż mnie zdradza. Przez
lata znosiłam jego krytykę, ale relacje między nami pogorszyły się,
kiedy moja firma zbankrutowała i nagle straciłam pracę.
Szef dał mi dobre referencje. Przez parę pierwszych dni starałam się
myśleć optymistycznie. Napisałam CV, kupiłam elegancką garsonkę i zaczęłam szukać nowej pracy. Co wieczór mój mąż wracał do domu,
oczekując wysprzątanego domu i gotowej kolacji, bo przecież "cały dzień
siedziałam w domu i nic nie robiłam". Nie chciałam się z nim kłócić,
więc zrezygnowałam z szukania pracy i przez parę następnych dni
siedziałam w domu, gotując i sprzątając. Wtedy przyczepił się do tego,
że gotuję zbyt "powszednie" potrawy i nie piorę jego ubrań. Zaczęłam
więc przyrządzać wymyślne dania i codziennie robić pranie, ale wtedy on
zaczął narzekać, że zamiast aktywnie szukać pracy, "bawię się w dom".
Tego rodzaju patowa sytuacja nie była w naszym związku niczym nowym,
ponieważ jednak nie mogłam odreagować w pracy, zaczęła mi ona działać na
nerwy. Martwiłam się o nasze finanse i moją przyszłość zawodową i to
czepianie się o gotowanie czy pranie nie pomagało. Któregoś dnia
wydawało mi się, że znalazłam złoty środek. Rano poszłam na rozmowę w sprawie pracy, a po powrocie do domu wyszorowałam podłogi. Kiedy
wyschły, odebrałam dzieci ze szkoły i kupiłam mężowi jego ulubione danie
na wynos. Podsumowując: szukałam pracy, zrobiłam porządki, spędziłam
trochę czasu z dziećmi i miałam dla męża kolację-niespodziankę. Byłam
pewna, że zachowałam się jak żona idealna.
Kiedy tego wieczora mąż wrócił do domu, stwierdził, że na podłogach
zostały smugi i że specjalnie to zrobiłam, żeby mi zabronił myć podłogę.
Zdumiona, próbowałam mu wytłumaczyć, że to wcale nie było moim celem.
Przypomniały mi się krytyczne uwagi mojej mamy. Kiedy byłam dzieckiem,
mawiała, że celowo robię coś źle, żeby wymigać się od obowiązków. Teraz,
słysząc podobne oskarżenie, z uporem powtarzałam, że to nieprawda. Mąż
obrzucił mnie wyzwiskami, ja zrewanżowałam się tym samym. Jak to zwykle
u nas bywało, kłótnia przerodziła się w awanturę i oboje zagroziliśmy,
że odejdziemy.
Następnego dnia powiedziałam mu, że to już koniec i że ma się wynosić.
Wyśmiał mnie i oznajmił, że poprzedniego wieczora to ja wywołałam
awanturę. Za każdym razem, kiedy się kłóciliśmy, była to moja "wina".
Przeważnie mu wierzyłam, ale tym razem było mi wszystko jedno. Po prostu
miałam już dosyć. Włożyłam do pudła jego rzeczy i postawiłam je na stole
w kuchni, razem z liścikiem, by je zabrał i się wynosił. Nie próbował
się sprzeciwiać. Złapał pudło i wypadł z domu. Poczułam natychmiastową
ulgę - bardzo się cieszyłam, że jestem sama.
Rano czułam się rozbita. Początkowo myślałam, że jestem chora, ale
szybko uświadomiłam sobie, że fizycznie nic mi nie dolega. Zwlekłam się
z łóżka i wyprawiłam dzieci do szkoły. Czułam coś gorszego niż zwykły
smutek. Próbowałam się czymś zająć, żeby nie myśleć o zbliżającej się
katastrofie. Coraz częściej spoglądałam na telefon. Wczesnym popołudniem
co parę minut podnosiłam słuchawkę, żeby sprawdzić, czy telefon działa.
Kiedy chłopcy wrócili ze szkoły i zaczęli się bawić, usmażyłam kurczaka.
Zamiast dżinsów i T-shirtu założyłam spódnicę i bluzkę, mocno
wytuszowałam rzęsy i zaczesałam włosy na bok. W głębi ducha miałam
nadzieję, że mąż przyjdzie do domu, zobaczy gotową kolację, wysprzątany
dom, piękną żonę i grzeczne dzieci i zapragnie wrócić. Co takiego? Tak
długo próbowałam wyrwać się z tego związku. Skąd takie absurdalne
myśli?
Minęło parę dni. Mąż nie dzwonił i nie przychodził, a ja przestałam spać
i jeść. Czułam oszołomienie, lęk, przygnębienie i obsesyjnie o nim
rozmyślałam. Zamiast skupić się na naszych kłótniach, wspominałam tylko
dobre chwile. Rozpaczliwie za nim tęskniłam. Zrozumiałam, że popełniłam
straszliwy błąd.
Próbowałam się z nim skontaktować, chciałam porozmawiać. Nie reagował na
wiadomości, jakie mu zostawiłam w poczcie głosowej.
Któregoś popołudnia nieoczekiwanie zjawił się w domu. Wziął parę rzeczy
i spytał o chłopców. Początkowo rozmowa szła nam opornie, ale w końcu
wybuchnęłam: "Proszę, wróć!". Zaczęłam płakać i błagać, żeby wrócił do
domu. Uśmiechnął się szyderczo i ruszył do wyjścia. Pobiegłam za nim,
próbowałam go objąć, wciąż błagając, żeby został. Mocno mnie odepchnął i wyszedł. Usiadłam na schodach. Czułam się upokorzona. Zaczęłam
histerycznie szlochać. Jeśli nie uda mi się przekonać go do powrotu,
moje życie straci cały sens.
Rano postanowiłam wysprzątać cały dom, znaleźć pracę i ugotować
wykwintną kolację. Zamiast prosić go o powrót, po prostu mu pokażę, jak
bardzo się staram. Udobrucham go, będąc dobrą żoną, dobrą matką i dobrym
pracownikiem. Tego dnia postanowiłam zacząć życie od nowa i odzyskać
męża.
Zrobiłam dzieciom śniadanie i zabrałam się do porządków. Nie było
bałaganu, ale ja chciałam, żeby dom lśnił czystością.
Zmyłam naczynia po śniadaniu, wyjęłam z opakowania nową żółtą gąbkę,
nalałam na nią płynu do czyszczenia i zaczęłam sprzątać. Kiedy
szorowałam kuchenny blat, uświadomiłam sobie, że już wcześniej był
czysty. Jako dorastająca dziewczyna mogłabym wyszorować dom od piwnicy
aż po strych, żeby zadowolić swoją matkę, ale ona i tak znalazłaby jakiś
pyłek. To samo powtórzyło się w moim małżeństwie. Zadałam sobie pytanie:
"Kiedy będzie wystarczająco czysto?" i sama na nie odpowiedziałam: "Nie
mam pojęcia".
Szorowałam blat, a łzy płynęły mi po twarzy. "Czy są już wystarczająco
czyste? Dobrze się spisałam?" Moje mamrotanie przeszło w powarkiwanie, a potem we wrzask. "Kiedy będą wystarczająco czyste?! Kiedy wreszcie
dobrze się spiszę?!" Nagle padłam na podłogę.
Nie mogłam się ruszyć. Przygniotła mnie świadomość, że nie wiem, kim
jestem ani czego chcę. Nie wiedziałam nawet, czy chcę, by wszystko było
"wystarczająco czyste". Znałam rodziny szczęśliwe w swoich
zabałaganionych domach. Nikogo tam nie karano ani nie krytykowano za
nieporządek. Może chciałam być właśnie taka. Może chciałam być
człowiekiem, któremu po prostu nie zależy. A może mi zależało, ale
wolałam zatrudnić sprzątaczkę. Tymczasem szorowałam nieskazitelnie
czysty blat - nie dlatego, że aż tak mi zależało na porządku, ale
dlatego, że próbowałam zdobyć uznanie ludzi, którzy nie byli zdolni mi
go okazać.
Co lubiłam? Co myślałam o tym wszystkim? Kiedy przestałam mieć własne
zdanie?
Nagle powróciło moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Miałam wtedy
trzy albo cztery lata. Przyśniło mi się, że "źli ludzie" mnie zabierają
i gwałtownie wybudziłam się z tego koszmaru. Wychowywałam się w domach
zastępczych i często mi się śniło, że jakieś potwory w ciemnych
ubraniach wyciągają mnie z łóżka. Kiedy dorastałam, moi rodzice
zastępczy często przebąkiwali, że nie będą mogli mnie adoptować. Czasami
odwiedzałam matkę biologiczną. Poznałam dwóch braci i bawiłam się z najstarszym, Edwardem. Nie wiedziałam, gdzie byłoby mi lepiej: w domu
rodzinnym czy zastępczym. Miałam wrażenie, że nie pasuję do żadnej z tych rodzin. Czekałam, aż ktoś mi podpowie, co powinnam zrobić i dokąd
pójść.
Pewnego dnia, kiedy miałam siedem lat, weszłam do pokoju gościnnego w biurze Katolickiej Organizacji Charytatywnej. Na krześle siedziała moja
matka, a mój brat, Edward, bawił się w kącie pokoju. Gdy do niego
podeszłam, bez słowa podał mi zabawkę. Nie rozmawialiśmy, ale co jakiś
czas uśmiechaliśmy się do siebie. Miał nieco smutne spojrzenie. Czułam,
że jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Nie miałam pojęcia, że to nasze
ostatnie spotkanie. Niedługo potem matka oddała mnie do adopcji.
Przez lata spotykałyśmy się w tym biurze. Kiedy po raz ostatni wracałam
stamtąd metrem, wyobrażałam sobie swoje życie poza systemem domów
zastępczych. Bardzo się cieszyłam, że wreszcie stanę się "normalnym"
amerykańskim dzieciakiem. Tamtego wieczora poszliśmy do restauracji,
żeby uczcić początek mojego nowego życia. Urodziłam się na nowo w wieku
ośmiu lat! Byłam taka przejęta. Niestety wkrótce czar prysł. W domu nie
wszystko dobrze się układało. Mój nowy ojciec sporo pił. Kiedy żona
czuła od niego alkohol, wpadała w szał. Jeśli nie reagował, groziła, że
się utopi w rzece albo zamknie się w łazience i połknie wszystkie leki z apteczki. Z przerażeniem słuchałam, jak moja przybrana matka - jedyna,
jaką miałam - zarzeka się, że się zabije. Nawet jeśli obywało się bez
tych dramatycznych gróźb, to kłótnie ciągnęły się godzinami, aż ojciec
wychodził z domu. Wtedy matka przenosiła swój gniew na nas, a my się
chowaliśmy albo staraliśmy się wysprzątać dom, żeby przestała się na nas
wściekać.
Zdarzały się i dobre dni, kiedy rodzice żyli w zgodzie. Wszyscy
zapominali o tych strasznych awanturach, szliśmy do kina, restauracji
albo zostawaliśmy w domu i graliśmy w karty. Niestety po jakimś czasie
mój ojciec znowu zaczynał pić, spokój burzyły wrzaski mojej matki i piekło rozpętywało się od nowa. Kiedy miałam dziesięć lat, uważałam, że
spokojna noc to jedynie przerwa w ciągu awantur. W wieku dwunastu lat
zrozumiałam, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Kiedy skończyłam
czternaście lat, nie wiedziałam już dosłownie nic.
Wpływ moich rodziców i przeżyć z wczesnego okresu życia stał się
widoczny, gdy zaczęłam interesować się chłopcami. Podobali mi się albo
porywczy jak moja matka, albo nieobecni jak mój ojciec. Kiedy miałam
osiemnaście lat, związałam się z chłopakiem, który nie tylko stosował
przemoc, ale i stanowił dla mnie potencjalnie śmiertelne
niebezpieczeństwo. Po pijanemu mógłby mnie zabić. Wiele razy podbił mi
oko, dusił, aż traciłam przytomność, a kiedyś zamknął mnie na dwa dni w szafie. Kiedy mnie wypuścił, wybiegłam z domu, a wtedy próbował
przejechać mnie moim własnym samochodem. Moje życie, już i tak fatalne,
teraz oficjalnie przemieniło się w horror.
W końcu udało mi się bezpiecznie od niego odejść. Wkrótce potem zaczęłam
się spotykać z kolegą, który został moim pierwszym mężem. Znowu goniłam
za "normalnym" życiem i byłam gotowa zrobić wszystko, żeby tylko stać
się normalnym człowiekiem. Wierzyłam, że jeśli ktoś mnie pokocha, będę
normalna i szczęśliwa.
Teraz, leżąc na podłodze i gapiąc się w sufit, zaczęłam sobie
uświadamiać, że kurczowo czepiałam się martwego małżeństwa, by uniknąć
tych bolesnych wspomnień. Schemat mojego związku - na przemian zrywanie
i godzenie się - chronił mnie przed opuszczeniem, przemocą i rozpaczą. W próżni spowodowanej rozstaniem i utratą pracy pojawiła się ta lawina
koszmarnych myśli, emocji, wspomnień i niedokończonych spraw. Nie mogłam
sobie poradzić z ogromem tych uczuć, z tym przytłaczającym zadaniem.
Potrzebowałam pomocy. I to szybko. Zadzwoniłam do psychoterapeutki i wykrzyczałam w słuchawkę całą swoją rozpacz. Miała zapisanych pacjentów
na parę kolejnych tygodni, ale się zgodziła, żebym przyszła następnego
dnia. Przyjechałam prawie godzinę za wcześnie. Siedziałam w samochodzie
na parkingu, przemarznięta do szpiku kości i zastanawiałam się, czy
dobrze robię. W końcu przyszła pora mojej wizyty. Psychoterapeutka była
niska, szczupła i dość młoda. Miała zadarty nosek, pogodny uśmiech i rudawe włosy ściągnięte w koński ogon, który kołysał się przy każdym jej
ruchu. Nie miałam pojęcia, jak taka mała osóbka może mi pomóc. Wskazała
na krzesło naprzeciwko siebie i spytała, w jakim celu przyszłam. Drżącym
głosem, czując się jak dziecko, powiedziałam, że popełniłam straszliwy
błąd, doprowadzając do rozpadu swojego małżeństwa. Rozdzierająco
szlochając, mówiłam przez pół godziny. W końcu mi przerwała i spytała,
co się stało z moją twarzą.
Z moją twarzą?
Moje życie legło w gruzach, a ona się martwiła o moją twarz? Początkowo
próbowałam to zignorować i zaczęłam mówić o czymś innym, ale ona dalej
komentowała mój wygląd. Moje ubranie było wymięte, zlepione w strąki
włosy opadały mi na poszarzałą twarz. Nie odpowiadałam, bo nie
wiedziałam, co powiedzieć, a wtedy ona rzeczowym tonem stwierdziła, że
widzi przed sobą kobietę pozbawioną poczucia wartości i szacunku dla
samej siebie. Nie miałam niskiego poczucia wartości - byłam całkowicie
go pozbawiona. Odparłam, że nie zależy mi na poczuciu wartości. Chciałam
tylko odbudować swoje małżeństwo. Wcześniej bardzo chciałam się rozstać
z mężem, ale teraz nagle się załamałam i uznałam, że postąpiłam bardzo
źle. Zawyłam: "Powiedz mi, co mam robić!".
Przez chwilę milczała. Potem wychyliła się do przodu i powiedziała: "Ta
reakcja to oznaka lęku przed porzuceniem".
Lęk przed porzuceniem.
Nigdy wcześniej nie słyszałam tego określenia, ale instynktownie
wiedziałam, że "lęk przed porzuceniem" podsumowuje wszystkie problemy w moim życiu. A skoro istniała nazwa mojego stanu, to z pewnością było i lekarstwo. Nadal nie byłam pewna, co myśleć o tej terapeutce, ale teraz
byłam skłonna jej wysłuchać. Dała mi kilka książek na temat urazów
psychicznych, przemocy, współuzależnienia i rodzin z problemem
alkoholowym. Co prawda nie wierzyłam, że te książki zawierają odpowiedzi
na moje pytania, ale obiecałam, że je przeczytam. Lektura była bolesna,
ale zaskakująca. Nigdy wcześniej nie czytałam poradników i nie
wiedziałam, że literatura tego typu może do mnie przemówić. Jako
dziecko, które wychowało się w domach zastępczych, a potem w rodzinie
adopcyjnej, zawsze i wszędzie czułam się nieprzystosowana, co moja
terapeutka określiła jako "krańcowe wyalienowanie". Po raz pierwszy w życiu poczułam nadzieję i zrozumiałam, że może jednak uda mi się
naprawić to, co uważałam za trwale uszkodzone.
Nigdy też nie przyszło mi do głowy, że mój mąż częściowo ponosi
odpowiedzialność za nasze problemy. Nadal tkwiłam w przekonaniu, że
tylko ja jestem winna wszystkiemu, co poszło nie tak w naszym
małżeństwie. Później terapeutka wyjaśniła mi, że "swój ciągnie do
swego", że wady i problemy partnera zazwyczaj idą w parze z twoimi
własnymi. Ludzie wybierają partnerów o podobnym stopniu "uszkodzenia" i w ten sposób zaczyna się taniec dysfunkcji, którego kroki oboje świetnie
znają. Dlatego jedna osoba nie może być o wiele zdrowsza od drugiej.
Zdrowi ludzie nie tańczą z chorymi.
Mimo wszystko nadal gorąco wierzyłam, że jeśli znajdę w tych książkach
coś, co wytłumaczy mi zachowanie męża, zbliżę się do mężczyzny, którego
kocham, ojca moich dzieci i sprowadzę go z powrotem do domu.
Przeczytałam więc te książki, a potem zaczęłam pisać do niego listy.
Czasami go denerwowały. Kiedy indziej reagował bardzo miło,
prowadziliśmy długie, dramatyczne rozmowy, które zwykle kończyły się w łóżku. Czasami przychodził. Oboje byliśmy skołowani i razem płakaliśmy.
Niekiedy wydzieraliśmy się na siebie, wyzywaliśmy się od najgorszych, a nawet dochodziło do rękoczynów. Nasz związek był chaotyczny, ale za
każdym razem, kiedy się widzieliśmy, miałam nadzieję, że tym razem się
pogodzimy na dobre. Nadal czekałam, aż ktoś inny rozwieje moje
wątpliwości.
Terapia nie pomagała mi skleić małżeństwa. Terapeutka radziła, żebym
przestała kontaktować się z mężem i pozwalała mu tylko na spotkania z dziećmi. Zachęcała mnie do prowadzenia pamiętnika i pisania do męża
listów bez wysyłania ich. Proponowała też, żebym przyjrzała się całemu
swojemu życiu i dostrzegła przemoc, porzucenie i nadużycia ze strony
innych ludzi. Jeśli chciałam wyrwać się z tego kręgu przemocy i wychować
dzieci na zdrowych ludzi, powinnam przyjrzeć się swojemu życiu,
uświadomić sobie, gdzie popełniłam błąd i go naprawić. W tym celu
musiałam rzucić się w otchłań i doświadczyć cierpienia.
Pierwszy miesiąc okazał się najstraszniejszy w całym moim życiu.
Myślałam, że nie dam rady. Kiedy otworzyła się puszka Pandory, wylały
się z niej wszystkie żale i ból. Nie mogłam uwierzyć, że z takiego
koszmaru może wyniknąć coś dobrego. Co gorsza, mój mąż nawet nie
próbował się kryć ze swoim romansem ze znajomą z pracy i kiedyś w jego
samochodzie znalazłam list miłosny od niej.
Któregoś dnia przyjechał, żeby odwiedzić chłopców. Właśnie wracałam z pracy. Zobaczyłam, że bawią się w ogródku za domem, weszłam do środka,
żeby zmienić buty, a chwilę później mąż stanął obok mnie i zaczął
wrzeszczeć, że się z nim nie przywitałam. Nie wiedziałam, jak
zareagować. Siedziałam w milczeniu i zakładałam buty. Wkurzył się
jeszcze bardziej. Przemaszerował przez pokój i mnie spoliczkował. I tym
razem nie zareagowałam, tylko cicho, ale stanowczo powiedziałam:
"Wyjdź". Następnego dnia spotkałam się z prawnikiem, złożyłam papiery
rozwodowe i załatwiłam zakaz zbliżania się. Mąż próbował go podważyć,
więc doszło do rozprawy sądowej.
Wiedziałam, że w ten sposób chciał mnie zastraszyć. Pewnie myślał, że
nie dam rady i rzeczywiście - stara "ja" nie poradziłaby sobie w tej
sytuacji. Problem polegał na tym, że nigdy nikomu się nie postawiłam i nie byłam pewna, czy tym razem mi się uda. Kiedy nadszedł dzień
rozprawy, weszłam do sądu na trzęsących się nogach, trzymając się
poręczy, żeby nie upaść. Kiedy wywołano nasze nazwiska, mój adwokat
wezwał mnie na miejsce dla świadka i wypytał o wszystkie przypadki
przemocy w naszym domu. Początkowo mówiłam tak cicho, że ledwo mnie było
słychać, ale nagle przypomniały mi się słowa mojej terapeutki: Nikt nie
ma prawa stosować przemocy wobec innych. Wcześniej o tym nie
wiedziałam. Zawsze myślałam, że zmuszałam innych do stosowania przemocy,
bo byłam taka beznadziejna.
Niczym mantrę powtarzałam sobie w myślach te słowa i nagle coś się we
mnie zmieniło. Uwierzyłam, że terapeutka miała rację. Moje zachowanie
całkowicie się odmieniło. Zaczęłam mówić głośniej i bardziej stanowczo.
Odwróciłam się i spojrzałam mężowi prosto w oczy. Ku mojemu zdumieniu
jego adwokat coś mu szepnął do ucha, po czym wstał i wycofał sprzeciw.
Sędzia powiedział, że mogę usiąść i wydał stały zakaz zbliżania się.
Po rozprawie dosłownie sfrunęłam ze schodów. Czułam, że zaczynam życie
od nowa. Wiedziałam, że od tej pory nie pozwolę, żeby ktokolwiek
stosował wobec mnie przemoc. W końcu przejęłam kontrolę nad własnym
życiem i powiedziałam: "Dosyć tego! Nie wolno ci tego robić!". Stawianie
granic stało się priorytetem w moim życiu i zmieniło wszystko na lepsze.
Rozwód nie był łatwy i sfinalizował się dopiero po ponad dwóch latach.
Nadal pracowałam z terapeutką, chodziłam na spotkania grup wsparcia,
czytałam poradniki i stawałam się coraz silniejsza. Podczas pierwszych
świąt nastąpił u mnie pewien regres, ale dzięki swojemu systemowi
wsparcia pokonałam go i dalej pracowałam nad sobą. Przez całe życie nie
cierpiałam niepewności i oczekiwałam, że ktoś da mi poczucie
bezpieczeństwa. Przez całe życie szukałam kogoś, kto by mnie pokochał i uczynił ze mnie normalnego człowieka. Teraz się dowiedziałam, że pewność
siebie muszę odnaleźć w sobie i że sama muszę odkryć i pielęgnować
własną normalność. Było ciężko, ale nie tylko zmierzyłam się z przeszłością, lecz zmieniłam również swoje nastawienie do
teraźniejszości i zaczęłam planować przyszłość. Nauczyłam się mieć
przyjaciół, zainteresowania i hobby. Kiedy zaczęłam odkrywać, co lubię,
a czego nie lubię, nauczyłam się wyrażać własne zdanie. Im bardziej
pracowałam nad sobą i im zdrowsza się stawałam, tym zdrowsi się stawali
ludzie w moim życiu.
Im lepiej traktowałam samą siebie, tym lepiej traktowali mnie inni.
Kiedy moja pewność siebie się zwiększyła, zaczęłam poznawać ludzi
zdolnych do miłości i takich, na których mogłam polegać.
Nauczyłam się chodzić na randki z mężczyznami i odmawiać. Nauczyłam się
wierności samej sobie i przestałam robić wszystko, żeby tylko
przypodobać się innym. Zaczęłam zadawać sobie pytanie: "Czy go lubię?".
Jeśli odpowiedź była przecząca, od razu się żegnałam. Moje związki z mężczyznami nadal nie były udane i przez parę pierwszych lat wciąż
dominował w nich lęk przed porzuceniem, ale z każdego wyciągałam jakąś
lekcję. Zaczęłam postrzegać swoje związki jako źródło wiedzy i inwentaryzowałam je, gdy się kończyły, co mi pomogło zrozumieć, na jakie
kwestie w swoim życiu powinnam zwrócić uwagę.
W tamtym okresie podjęłam decyzję, która kiedyś wydawałaby mi się nie do
pojęcia: wolę być sama, niż miałabym zaakceptować coś nie do
zaakceptowania. Już nigdy nie poświęcę siebie dla związku z mężczyzną. Nie zamierzałam być ignorowana, wyzywana czy umieszczana na
ostatnim miejscu listy priorytetów. Nie zamierzałam akceptować
nieakceptowalnego zachowania tylko po to, żeby mieć kogoś. Przez lata
się bałam, że nikt mnie nie pokocha. Teraz byłam pewna, że dostanę to,
na co się zgodzę, więc nie zamierzam zgadzać się na mniej, niż
zasługuję. Powoli zaczynałam wierzyć, że zasługuję na wszystko, co
najlepsze.
Sporo czasu mi zajęło uwierzenie w siebie jako rodzica. Kiedy się
uczyłam, co jest zdrowe, co nie, zaczęło się to przejawiać w moim
sposobie wychowywania dzieci. W naszym domu wolno było stawiać granice,
dbaliśmy o siebie i mogliśmy na sobie polegać. Nie przejmowaliśmy się
takimi głupstwami jak to, czy stół w kuchni jest wystarczająco czysty.
Przejmowaliśmy się tylko tym, jaką rodziną jesteśmy. Dziś synowie są mi
wdzięczni za to, że wyrwałam się z kręgu przemocy i porzucenia. Każdą
rozmowę telefoniczną kończą słowami "Kocham cię" i zawsze mnie
przytulają na powitanie i pożegnanie. Przychodzą do mnie po radę. Są
mnie pewni, a ja jestem pewna ich. To cudowni młodzi mężczyźni i jestem
z nich bardzo dumna.
Próbując wyleczyć swoje rany, zaczęłam szukać swojej biologicznej
rodziny. W każdym pełnym przemocy związku całym sercem tęskniłam za moim
bratem Edwardem. Byłam pewna, że gdyby był przy mnie, nie stałaby mi się
żadna krzywda. Być może go idealizowałam, ale miałam wrażenie, że to
moja zagubiona gdzieś w świecie druga połówka i bardzo pragnęłam, żeby
wrócił do mojego życia. Zawsze mi się wydawało, że gdybyśmy byli razem,
w życiu lepiej by się nam ułożyło.
Szukałam go przez parę lat, aż wreszcie dowiedziałam się, że od jakiegoś
czasu nie żyje. Mam jeszcze dwóch braci - Billy'ego i Ricky'ego, z którymi odnowiłam kontakt. Gorzko żałowałam, że nie mogłam z nimi
dorastać i że z tego powodu moje uzdrowienie nigdy nie będzie kompletne.
Żałuję, że nigdy nie poznałam swojego brata Edwarda i nie dorastałam z pozostałymi braćmi. Poza tym jednak uzdrowiłam swoją przeszłość. Na
terapii przepracowałam relacje ze wszystkimi swoimi rodzicami i w końcu
udało mi się ich zaakceptować i im wybaczyć. Wybaczyłam im, żeby móc żyć
dalej jako zdrowy człowiek.
Kiedy się dowiedziałam, że "swój ciągnie do swego", wreszcie mogłam
dostrzec swoje problemy, analizując, do jakich ludzi mnie ciągnie i jakim ludziom się podobam. Dało mi to pewność, że mogę kontrolować to,
co się dzieje w moim życiu i moich związkach. Tyle razy wydawało mi się,
że jestem gotowa związać się z "tym jedynym", a jednak pakowałam się w związek z mężczyzną z ogromnymi problemami. Analizując te kwestie,
zrozumiałam, nad czym jeszcze powinnam popracować i że muszę zacząć od
początku. Niekiedy było to frustrujące, ale moim celem było wyleczenie
się do tego stopnia, bym mogła stworzyć zdrowy związek.
Byłam szczęśliwą singielką, kiedy nieoczekiwanie się zakochałam. On też
był samotnym rodzicem, wychowywał córeczkę. Był szczery, otwarty, miły,
troskliwy i uważał, że ja jestem taka sama. Oboje dobrze czuliśmy się
jako single i stwierdziliśmy, że wolimy żyć w samotności, niż znowu
fundować sobie jakiś dramat. Zmienilibyśmy zdanie tylko wtedy, gdybyśmy
poznali osobę o takim samym nastawieniu do życia. Wydawało się nam, że
to nigdy nie nastąpi, że nigdy nie znajdziemy osoby, która będzie cenić
nasze życie i dzieci, która będzie popierać naszą niezależność, która
będzie pracować razem z nami, by stworzyć zdrowy związek.
I nagle się odnaleźliśmy.
Od dwunastu lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Na palcach jednej ręki
mogę policzyć poważne kłótnie. Mąż nigdy mnie nie wyzywał. Nigdy nie
doprowadził mnie do płaczu. Nie zważa na to, czy w domu jest porządek.
Zależy mu na moim szczęściu i kocha mnie bezwarunkowo. Jesteśmy dobrymi
i kochającymi partnerami zarówno w życiu, jak i w miłości.
Wstęp
W tej książce znajdziesz prosty przepis na to, jak odnaleźć szczęście po
zakończeniu związku. Zebrałam w niej wszystkie swoje doświadczenia jako
osoba po rozstaniu, jako terapeutka, naukowczyni i nauczycielka. Pokażę
ci, jak przekształciłam niesłychanie bolesne rozstanie w najlepszą
rzecz, jaka mi się kiedykolwiek przydarzyła. Ty też możesz tego dokonać.
Podzielę się z tobą wszystkim, czego się nauczyłam w szkole i w życiu,
wszystkim, co studiowałam i co inni mi opowiedzieli na ten temat w ciągu
ostatnich dwudziestu lat.
Po tym, jak moje pierwsze małżeństwo się rozpadło, zapragnęłam zacząć
pomagać ludziom zmieniać życie i przekonać ich, że wszystko jest
możliwe. Poszłam do szkoły, żeby zostać terapeutką, a później uzyskałam
dyplom terapeutki specjalizującej się w terapii żałoby. Dzięki badaniom
i prowadzeniu grup wsparcia dla osób radzących sobie ze stratą
przekonałam się, jak głęboki i pozytywny wpływ na ludzi ma jej
przepracowanie. Ludzie, którzy się z nią zmierzyli - czy chodziło o rozstanie, rozwód, śmierć czy jakąś inną nagłą zmianę - sami w zdumiewający sposób się zmieniali.
Któregoś dnia ktoś mnie spytał, czy wszystkie moje marzenia się
spełniły. Przytaknęłam, ale potem przez parę dni się zastanawiałam, czy
to prawda, bo zostało mi jedno niezrealizowane marzenie. Wychowując się
w domach zastępczych, marzyłam o tym, żeby zostać pracownikiem opieki
społecznej albo prawnikiem. Kiedy w sądzie w Bronx County ostatecznie
oddano mnie do adopcji, sędzia poprosił mnie do swojego gabinetu, chcąc
zadać mi parę pytań. Miałam dopiero osiem lat, ale i tak ten szacowny,
wypełniony książkami pokój zrobił na mnie ogromne wrażenie. Spytałam,
jak mogę dostać taką pracę. Sędzia roześmiał się i odparł: "Ciężko
pracuj, ucz się i zostań prawnikiem". W duchu przyrzekłam sobie, że
właśnie to uczynię.
Trzydzieści dwa lata później spełniłam swoje marzenie i zaczęłam
studiować prawo. Potem przeprowadziłam się do Nowego Jorku, mojego
rodzinnego miasta. Codziennie wykonywałam swój zawód, ale w najmniej
oczekiwanych momentach, kiedy ktoś opowiadał mi historię swojego
rozstania albo próbował się wyrwać z kręgu przemocy, czułam potrzebę
podzielenia się własnymi doświadczeniami. Zawsze wtedy klienci mnie do
tego zachęcali, mówiąc, że w ten sposób im pomagam. Za każdym razem,
kiedy odsuwałam od siebie tę myśl, wydarzało się coś, co znowu mi
przypominało o tym pomyśle albo ktoś mi mówił, że powinnam opowiedzieć
swoją historię, by dać nadzieję innym osobom w podobnej sytuacji.
W tym celu zaczęłam prowadzić seminaria pod nazwą "Jak poradzić sobie z przeszłością" i "Rozstanie to nie koniec świata". Założyłam bloga,
stworzyłam internetową grupę dyskusyjną i biuletyn internetowy.
Początkowo blog służył mi tylko do odpowiadania na e-maile i pytania od
uczestników moich seminariów, ale po paru tygodniach pojawiły się w nim
komentarze nie tylko od studentów. Wkrótce zyskał sobie wielu
zwolenników i na moich seminariach zaczęli się pojawiać czytelnicy z całego świata. Stworzyli wspaniałą grupę wsparcia. Rozmawiali ze sobą
prywatnie i często przyjeżdżali razem. Nowi czytelnicy bloga, którzy
przeważnie są w głębokiej rozpaczy, są serdecznie witani przez całą
społeczność. Na swoim blogu zachęcam czytelników, by przekazywali
zdobytą wiedzę innym, co też czynią. Społeczność ta jest bardzo zżyta i daje wielkie wsparcie osobom świeżo po rozstaniu.
Moi studenci i czytelnicy często prosili, bym napisała książkę
przedstawiającą drogę ku wyzdrowieniu. Opisałam więc swoją podróż i podzieliłam się swoimi doświadczeniami. Koszmarne rozstanie stało się
katalizatorem dla mojego obecnego cudownego życia. Życzę wszystkim tego
samego i gorąco wierzę, że każdy może to osiągnąć.
Książka ta, podobnie jak społeczność stworzona wokół bloga, jest dla
każdego: dla mężczyzn i kobiet, gejów i osób heteroseksualnych,
duchownych i osób świeckich, młodych i starych. Strata to częste
przeżycie. Istnieją bardzo konkretne sposoby na poradzenie sobie z nią.
Ta książka jest przeznaczona dla każdego, kto chce się dowiedzieć, jak
się pogodzić z rozpadem związku i zacząć nowe, szczęśliwe życie.
Możesz sobie poradzić z rozstaniem
Rozstanie to nie koniec świata pomoże ci raz na zawsze zmienić na
lepsze naturę twoich związków. Mój plan zawiera oryginalną koncepcję
"obserwacji, przygotowania i pielęgnacji". Jeśli chcesz się zmienić na
stałe, musisz zacząć obserwować, co się dzieje w tobie i wokół ciebie,
przygotować się na zmianę, a następnie pielęgnować jej rezultaty. W tej
książce pokażę ci krok po kroku, jak tego dokonać.
Większość teorii i technik, które opisuję, wywodzi się z klasycznej i współczesnej myśli psychologicznej, ale sam plan jest całkowicie
oryginalny. Z własnej pracy i z pracy z innymi dowiedziałam się, że
ludzie szybko mają dosyć terapii poprzez rozmowę i ciężkiej pracy nad
stratą, jeśli nie mogą ich zrównoważyć jakąś formą rozrywki czy
uspokojenia. Natomiast pozytywne myślenie i rozmowa z samym sobą
działają przez jakiś czas, ale nie mogą dać trwałych rezultatów, jeśli
wielka strata czy cierpienie mają swoje źródło w dzieciństwie. Wszystkie
te techniki i teorie do pewnego stopnia działają, ale mój plan wzmacnia
ich efektywność.
Książka ta nie służy do jednorazowej lektury. Napisałam ją jako
podręcznik, do którego możesz wracać, kiedy tylko tego potrzebujesz, i z którego możesz korzystać przez wiele miesięcy. Może służyć jako dodatek
i uzupełnienie terapii, programu dwunastu kroków i udziału w grupach
wsparcia.
Podstawą zdrowego, szczęśliwego życia jest równowaga. Jeśli chcesz je
osiągnąć, twoje działania również muszą być zrównoważone. Ważne jest, by
łączyć przedstawione tu narzędzia i dostosować je do własnego życia.
Plan opisany w tej książce działa, a jeśli skorzystasz z moich rad i przerobisz cały program, całkowicie zmienisz swoje życie. Nie tylko
poradzisz sobie z ostatnim rozstaniem, ale również staniesz się
szczęśliwym, zdrowym i niezależnym człowiekiem, a wtedy zaczniesz
przyciągać do siebie podobnych ludzi.
Kiedy nadejdzie konieczność zmierzenia się ze swoim cierpieniem, nie
cofaj się.
To boli, ale jeśli wytrzymasz, czeka cię ogromne szczęście.
Posprzątaj pobojowisko, jakim jest twoja przeszłość, i odnajdź to
szczęście.
Zejdź w otchłań i wynieś z niej skarb, jakim jest twoje nowe życie.
1. Droga ku uzdrowieniu: W jaki sposób ta książka odmieni twoje życie
1
Droga ku uzdrowieniu: W jaki sposób ta książka odmieni twoje życie
Prawdą jest, że najpiękniejsze chwile pojawiają się wtedy, gdy czujemy
się najbardziej nieszczęśliwi i niespełnieni, bo tylko w takich chwilach
zmieniamy swoje nawyki i zaczynamy szukać innych dróg i prawdziwszych
odpowiedzi.
[M. SCOTT PECK]
To trudne, ale wykonalne.
To boli.
Kochasz kogoś, kto kiedyś kochał ciebie. Może zachowywał się tak, jakby
odwzajemniał twoją miłość, ale już się tak nie zachowuje. Albo może po
prostu nie czuje i nigdy nie poczuje tego samego co ty.
Może wydawało ci się, że twój były partner kochał cię równie mocno, jak
ty jego. Potem nagle odwrócił się od ciebie i zranił cię w niewyobrażalny sposób.
Może odszedł do kogoś innego. Przyjaciele powtarzają, że pod każdym
względem jesteś lepsza od tego kogoś. A jednak twój były wciąż jest z tą
inną. Cała aż się gotujesz, bo ta nowa osoba to podstępna żmija, czego
twój były nie zauważa. Ta osoba jest niedojrzała, nieprzystępna,
rozpieszczona albo po prostu głupia. Mimo to on jest zakochany. Jak to
możliwe?
Albo może twój były całkowicie zmienił nastawienie. Pytasz: "Nie chcesz,
żeby ktoś pomógł ci dźwigać ten ciężar?" i dostajesz odpowiedź: "Proszę,
daj mi spokój". Ogarnia cię przerażenie. Jak to możliwe, że pomocą,
jakiej twój partner oczekuje, jest rozstanie? No jak?
Może to ty chciałaś się rozstać, a może on. Tak czy inaczej bardzo
cierpisz. Czujesz potworny ból. Na okrągło odtwarzasz w myślach wasze
rozmowy. Gdzie popełniłaś błąd, co zrobiłaś nie tak? Co powinnaś była
zrobić? Czego nie powinnaś była zrobić?
Czujesz się odrzucona i gorsza. Masz wrażenie, że coś jest z tobą nie
tak. Zastanawiasz się, jak mogłabyś sprawić, żeby partner znowu cię
zapragnął.
Natychmiast przestań.
Nawet nie próbuj kogoś zmieniać. Przestań się targować z losem i próbować go przekupić. Nie próbuj zatracić siebie po to, żeby ten
ograniczony człowiek cię pokochał. Zapomnij o tym!
Zasługujesz na więcej - o wiele więcej. W tej książce pokażę ci, jak to
zdobyć.
Czas po rozstaniu przynosi ogromne cierpienie, ale może też okazać się
wielką szansą na rozwój, który zmieni całe twoje życie. Kiedy masz
złamane serce, może ci się to wydawać niewiarygodne, ale uwierz mi, że
okres ten może być niezwykle owocny, jeśli tylko się otworzysz i będziesz gotowa na spełnienie swoich marzeń. Rozstanie to doświadczenie
wyzwalające, jeśli staniesz się panią własnego życia i zaczniesz
wprowadzać pozytywne zmiany, zamiast biernie na nie czekać.
Po rozstaniu masz trzy opcje. Możesz zużyć całą energię i czas, możesz
wylać morze łez, próbując odzyskać byłego. Możesz żyć dalej, jakby nic
się nie stało i podążać tą samą ścieżką wprost do kolejnego nieudanego
związku. Trzecia opcja to uzdrowienie, przyjrzenie się temu, co się
stało i poznanie nowych sposobów na to, jak żyć bardziej zdrowo i szczęśliwie. Dzięki temu staniesz się nie tylko szczęśliwsza, ale i zyskasz wielką szansę na odnalezienie prawdziwej miłości i osoby, która
jest dla ciebie odpowiednia. Ta ostatnia opcja jest nieskończenie
bardziej atrakcyjna od poprzednich i daje gwarancję długotrwałego
szczęścia, a jednak większość osób wybiera pierwszą, a jeśli to nie
działa - drugą. Dlaczego? Bo nie mają pojęcia, jak zrobić to, na czym
polega trzecia opcja - jak stać się panią własnego życia.
Poznałam wielu klientów, studentów i czytelników, którzy po rozstaniu
chcieli zmienić swoje życie, ale nie wiedzieli, jak to zrobić. Pewna
kobieta mi powiedziała: "Po rozwodzie stanęłam na rozdrożu i nie wiem, w którą stronę pójść". Inny mój klient myślał, że rozwód będzie dla niego
wyzwoleniem, okazało się jednak, że niezdecydowanie go sparaliżowało.
Powiedział: "Chciałem robić wiele rzeczy, ale moja żona była domatorką,
więc z nich zrezygnowałem. Teraz w końcu mógłbym rozwijać swoje pasje,
ale wciąż cierpię po rozstaniu, a wybór mnie przytłacza".
Każda para ma swój rytm, ale zaangażowanie w związek jest ważniejsze od
innych zobowiązań. Kiedy związek się rozpada i te ograniczenia przestają
istnieć, dostajesz niepowtarzalną szansę na wykorzystanie całego
wachlarza nowych opcji i zastanowienie się, czego chcesz od życia, dokąd
zmierzasz i jak możesz tam dotrzeć. Niestety oszołomienie i strach mogą
cię paraliżować.
Czy zdecydowałaś się na związek, żeby przed czymś uciec? Teraz masz
szansę nie tylko dokonać życiowych wyborów, ale również zająć się swoim
zdrowiem emocjonalnym. Po rozstaniu wiele osób decyduje się na
psychoterapię albo udział w grupach wsparcia. Odkrywają wtedy, że mają w sobie wiele niezaleczonych ran. Pewna kobieta mi powiedziała: "Kiedy
związałam się ze swoim byłym chłopakiem, zepchnęłam w podświadomość
wszystkie złe wspomnienia z poprzednich związków. Gdy tylko się
rozstaliśmy, wspomnienia wypłynęły na powierzchnię. Nie mogłam znieść
tego bólu". Inny mężczyzna po rozpadzie małżeństwa poszedł na
psychoterapię. Zdumiało go to, że terapeuta skupił się na śmierci matki,
którą jego klient przeżył jako mały chłopiec. Powiedział:
Nigdy nie umiałem poradzić sobie ze stratą, kiedy więc moja żona
odeszła, wpadłem w straszną depresję, myślałem wręcz, że umrę. Ale wcale
nie chodziło o żonę. Chodziło o to, że znowu musiałem zmierzyć się z cierpieniem po utracie matki. Byłem za mały, żeby przeżyć żałobę.
Później w każdym związku kurczowo czepiałem się swoich partnerek, byłem
marudny i za wszelką cenę starałem się uniknąć rozstania. Kiedy żona ode
mnie odeszła, musiałem się cofnąć i w końcu opłakać śmierć matki.
Może przeżyłaś szereg mniejszych strat - na przykład przeprowadzkę albo
utratę pracy - których nigdy nie uważałaś za warte opłakiwania. A może
nigdy nie przeżyłaś żadnej istotnej straty i to rozstanie jest dla
ciebie pierwszym takim doświadczeniem. Tak czy inaczej nauczenie się
przepracowania straty to jedna z najzdrowszych rzeczy, jakie możesz dla
siebie zrobić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki